Zatrzymuję się przed pięknym budynkiem mojej przyszłej akademii. Zdejmuję kask i od razu dmucham na zmarznięte dłonie. Przeniesienie się tutaj ze słonecznej kalifornii ma jednak swoje złe strony, a na pierwszym miejscu z całą pewnością znajdują się niskie temperatury.
Schodzę z motoru, wyłączając go, gdy słyszę charkot silnika. Odwracam się, akurat by zobaczyć nadjeżdżające furgonetkę. Auto zatrzymuje się obok mnie, a po chwili mogę zobaczyć ciemną czuprynę kierowcy.
– Powiem ci młody, że ładną se szkołę wybrałeś – gwiżdże Mark, patrząc z podziwem na budynek akademii.
Przytakuję i od razu ruszam w stronę przyczepy z moją klaczą. Otwieram drzwiczki od strony łba konia, gdy Mark w tym samym czasie opuszcza rampę.
– Szzzz… Spokojnie księżniczko. Już wychodzimy – mówię, widząc zaniepokojoną Carpe.
Ledwo zdążam ją odwiązać, gdy ona gwałtownie cofa przerażona. Nigdy nie lubiła jeździć w przyczepie, a zawsze mijało sporo czasu, zanim udawało mi się ją wprowadzić do przeklętego pojazdu.
– Carpe, uspokój się – upominam delikatnie klacz, która zaczyna brykać przestraszona, choć już jest na zewnątrz. – Szzzz… Koniku… – szepczę, a gdy Carpe zaczyna się uspokajać, daję jej smakołyka, tarmosząc puchate uszy. – Widzisz nie było tak źle.
–To ja już uciekam młody – stwierdza Mark, wchodząc do samochodu. – Odwdzięczysz się kiedyś.
– Dziękuję – mówię cicho, ale jestem pewien, że tego nie słyszy.
Oczywiście, Carpe musi się wystraszyć, nawet odjeżdżającego samochodu. Znowu zaczyna wariować, a ja bezskutecznie próbuję ją uspokoić. Oboje jesteśmy zmęczeni po długim locie z USA, ale stawanie dęba to już przesada.
– Carpe, też jestem zmęczony, więc zachowuj się przyzwoicie, a szybko znajdziemy kogoś, kto nam pomoże – wzdycham, gładząc łeb klaczy, która po kilku minutach w końcu się uspokoiła.
Jakby nie patrzeć, stoję sam z klaczą oraz walizką pośrodku placu przed wejściem do akademii bez jakiegokolwiek planu, co dalej z sobą zrobić. Zaczyna się tragicznie.
Słysząc za sobą śmiech, momentalnie sztywnieję. Carpe zadziera głową do góry, co utwierdza mnie w przekonaniu, że osoba za mną jest z koniem. Silę się na słaby uśmiech, odwracając w kierunku dziewczyny, uprzednio upewniając się czy rękawy mojej kurtki się nie podwijają.
<Diana?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz