Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Molly. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Molly. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 21 czerwca 2018

Od Molly

Wyjechałam ze swojego pokoju na korytarz i postawiłam bagaże na podłodze.
- Może zapakuję wam ciasto na drogę? - usłyszałam z kuchni głos babci.
- Doskonały pomysł, babciu! W końcu nie wiadomo, kiedy znów będziemy mieli okazję go skosztować! - odkrzyknął Leonard, stawiając swoje rzeczy obok moich. Chwilę po tym w przejściu pojawiła się kochana Miriam Fletcher z pełnym pojemnikiem.
- Jesteście pewni, że nie padniecie z głody podczas drogi? Żaden człowiek nie powinien jeść tylko trawy! - oznajmiła, podając Leosiowi szarlotkę. Chłopak wrócił jeszcze raz na piętro, aby upewnić się, że wszystko zabrał.
- Babciu, przecież dobrze wiesz, że mięsa nie jemy od paru lat! Od tego czasu jesteśmy w znacznie lepszej formie. - odparłam z uśmiechem.
- Wasi kuzyni w Stanach zajadają się podróbkami jedzenia i też nie wychodzą na tym najlepiej. Ale grunt to znaleźć równowagę! - Typowa Fletcher… Babcia Miriam nigdy się nie zmieni i chyba właśnie dlatego tak ją szanuję. Pomimo krytyki ze strony zarówno znajomych, jak i bardziej odległych członków naszej rodziny, Ona nadal jest sobą. Szkoda, że nie każdy tak potrafi… Odruchowo spojrzałam kątem oka na brata. Może rzeczywiście jest podobny do matki i podatność na manipulacje odziedziczył po jej krewnych… - Ale niech wam już będzie… A jak sprawuje się twoje „Ferrari”, Wróbelku?
- Zaczynam coraz bardziej się przyzwyczajać… Choć, to dziwaczne uczucie… - westchnęłam.
- Mówisz to staremu wróblisku, które od lat nie uniosło się w górę o własnych skrzydłach.
- Oj… Przepraszam… Nie powinnam tak mówić… - babcia podjechała swoim wózkiem do mojego.
- Nic się nie stało, Wróbelku. To ja powinnam przeprosić. Przecież do dla ciebie coś zupełnie nowego. Ja zmagam się z tym problemem od kilkudziesięciu lat, a ty od paru miesięcy. Poza tym nie jest ze mną tak źle. Ostatnio rehabilitacja przynosi efekty i coraz częściej wstaję.
- Cieszę się, że zostawiamy cię w dobrych rękach.
- A tam zaraz zostawiamy! - prychnął schodzący ze schodów Leo. - Nie wyjeżdżamy na całą wieczność, a  do ciebie, babciu mamy dużo bliżej niż do domu!
- To będzie doskonała wymówka, żeby w weekendy wpadać na herbatę i ciasto! - wywnioskowałam ze śmiechem.
- Tylko nie przesadźcie! Dam wam się nacieszyć nową szkołą! - oznajmiła stanowczo kobieta.
- Nie martw się, babciu! Na pewno w końcu się znudzimy! Ile czasu można spędzać z jakimiś końmi?! - ledwo wstrzymawszy śmiech, prychnął Liliput. Pożegnaliśmy się z babcią, zawołaliśmy zwierzaki i wsiedliśmy do taksówki. Oparłam lekko głowę o szybę.
Nie żałuję dnia, w którym zdecydowałam się na przeprowadzkę do Anglii. Morgan University to szkoła na bardzo wysokim poziomie. No i możemy częściej odwiedzać kochaną babcię. Poza tym tutaj jest... inaczej. W końcu to państwo na poziomie! Podobno Brytyjczycy to jeden z najbardziej gościnnych narodów. Kobiety wydają się takie eleganckie, delikatne i piękne. A mężczyźni? Uprzejmi, kulturalni, szarmanccy i do tego zabójczo przystojni! No, jednak zdarzają się wyjątki...
- Zabierzecie te cholerne graty z mojego wozu?! Nie mam całego dnia! - warknął taksówkarz.
- Spokojnie, sir! Siostra ma problemy z poruszaniem się i... - Leo nie zdążył dokończyć zdania.
- Nie mój interes, chłopcze! Mniej gadaj, więcej działaj!
- Monsieur, czy to na pewno tutaj? To istne... - zabrakło mi odpowiedniego określenia.
- Zadupie. - dokończył mój brat, wyciągając torby z bagażnika.
- O, właśnie! Czy to aby na pewno właściwy adres?
- Macie mnie za idiotę?! Oczywiście, że to tutaj! A teraz ruszcie się spod kół! I tak zmarnowałem już dość czasu. - fuknął, odjeżdżając w stronę miasta.
- Wygląda na to, że od czasów rodziców trochę się pozmieniało...
- Trochę to mało powiedziane… Ciekawe, czy ty też za parę lat będziesz takim dupkiem… - rzuciłam, czym prędzej odjeżdżając od brata na większą odległość.
- Spróbuję cię nie zawieźć, ale nic nie mogę obiecać. Przecież mnie znasz. - westchnął, podpinając psom smycze. Po raz pierwszy zrobił coś rozsądnego. Ze mnie zawsze się śmieje, gdy wolę mieć swojego Miśka tuż obok. Nie mam ochoty potem ganiać za psami po nieznanej okolicy i wydzierać się spanikowana jak kretynka…
- Ale poczekaj, poczekaj… Tak właściwie to ty już jesteś niezłym dupkiem!
- Przypomnę, że to ty wdałaś się w ojca! - fuknął z tym swoim brytyjskim akcentem, na co o mało nie wywróciłam się z wózka. Zatrzymałam się i zaczęłam śmiać, gibiąc przy tym na boki. Leoś stanął obok mnie ze skrzyżowanymi na klatce piersiowej rękoma i grymasem na twarzy.
- Powiedz, jak… ty właściwie to… to robisz? - spytałam, nie mogąc się uspokoić. Ten prychnął jedynie, wyciągnął telefon z kieszeni i ruszył dalej. Po chwili coś odezwało się z mojej komórki. Z uśmiechem wywróciłam oczami, odczytując wiadomość:
Od Łoś-Leoś:
Nieważne, co powiem Ty i tak będziesz się śmiać! Jestem na przegranej pozycji!
- Nie odpowiedziałeś na pytanie! - krzyknęłam, ruszając za nim. Po chwili przyszedł kolejny SMS:
Od Łoś-Leoś:
To… samo wychodzi xD
- Nie wierzę Ci! - wrzasnęłam, zatrzymując się gwałtownie. Nagle mnie tknęło. Coś tu nie pasowało... Od ponad 10 minut szliśmy bez celu jakąś cholerną szosą wzdłuż lasu, a akademii wciąż nie było widać.
Od Łoś-Leoś:
Wiara jest kwestią indywidualną. To Twój problem :P
- Zachciało ci się filozofować! Lepiej rozejrzyj się za kimś, kto wskaże nam drogę! Tam dalej zaczynają się jakieś zabudowania!
- A jak trafię na rasistę, który w najlepszym przypadku także wyśmieje mój akcent?! - odkrzyknął mój brat.
- Jesteśmy w Anglii, gamoniu! Wezmą cię za jednego ze swoich!
Leonard mruknął coś jeszcze pod nosem, ale w końcu podszedł do jakiejś starszej pani, która pracowała w swoim ogródku. Przybrał swój uroczy uśmiech i kulturalnie spytał o drogę. Wymienili jeszcze trzy zdania, po czym z kwaśną winą wrócił do mnie.
- Nienawidzę cię. Nienawidzę, gdy masz rację. Ta staruszka wzięła mnie za Brytyjczyka i była ogromnie zdziwiona, że miejscowy mógł zabłądzić w tej okolicy. Jednakowoż łaskawie wyjawiła mi, gdzie wysadził nas ten przemiły taksówkarz. Okazuje się, że główna brama jest po drugiej stronie tego ogrodzonego lasu.
- Czyli jesteś zupełnie od…
- Dupy strony, dokładnie. - dokończył Leoś.
- No to spacer… - westchnęłam, ruszając dalej przed siebie. - Jakie są szanse, że dotrzemy przed zmrokiem?
- Przypuszczam, że niewielkie.
- Brakuje jeszcze słynnej londyńskiej pogody! - fuknęłam i nieco przyspieszyłam.
- Nie kracz! Przy naszym szczęściu zaraz rozpęta się solidna burza, podczas której zabłądzimy i zaatakują nas wściekli Angole z widłami! - jęknął Leo.
- Zachowujesz się jak baba. Poza tym ty też jesteś Angolem.
- Masz rację! Najpierw rzucą się na ciebie, dziką Francuzkę! Jakkolwiek źle by to nie brzmiało...
- W takim razie ja pierwsza czymś w nich rzucę! To małe, upierdliwe, wybredne i niewdzięczne stworzenie nada się idealnie!
- Poświęcisz Nevadę?!
- Właściwie miałam na myśli ciebie. - uśmiechnęłam się szeroko i pokazałam bratu język.
- Pfff! Ja upierdliwy!? Ja!? Niewdzięczny!? To okrutne i kompletnie bezpodstawne oszczerstwa! - fuknął, nadymając się jak chomik, któremu ktoś zabrał miseczkę z jedzeniem.
- Nie powinni nazywać cię Lion tylko Hamster!
- Pff! Hamster, też mi pomysł… Tylko nie zapominaj o Leopardzie! - prychnął oburzony.
- Masz absolutną rację! Cholera, ale z ciebie dziwne stworzenie! Mieszanka wybuchowa!
- Żebyś wiedziała…
- If you’re happy, happy, happy clap your hands! - zaczęłam śpiewać, próbując rozchmurzyć tę Ciamajdę. - If you’re happy, happy, happy clap your hands!
- If you’re happy, happy, happy clap your hands, clap your hands! If you’re happy, happy, happy clap your hands! - dołączył Leo.
Następne dwie godziny zleciały nam na wspólnym śpiewaniu ulubionych piosenek. Aż w końcu nareszcie przekroczyliśmy bramę akademii. Rodzice z końmi już czekali.
- Co tak długo? - spytała zaskoczona mama.
- Brytyjscy taksówkarze są podobni do amerykańskich. - wzruszyłam ramionami.
- Za chwilę musimy jechać… - rzuciła mama i poszła pożegnać się z moim bratem. Tymczasem tata wyprowadził Rudą z koniowozu i wręczył mi uwiąz do ręki.
- Opiekuj się nią! - rzucił, przed wejściem z powrotem do pojazdu.
- Mówisz do mnie czy do konia? - spytałam ze śmiechem.
- Najlepiej opiekujcie się sobą wzajemnie i nie zapomnijcie o Leośku i reszcie zwierzyńca! - odparł, mrugając do mnie. Poszedł pożegnać się jeszcze z moi bratem, a ja z mamą i odjechali.
- Weźmiesz kucyśka? Ja pójdę załatwić sprawę naszych pokoi i papierkową robotę. - Leonard zrobił swoje słynne maślane oczy.
- Resztą zoo też mam się zająć? - prychnęłam ciut oburzona, chwytając do drugiej ręki uwiąz kucyka. Chłopak odpiął wszystkie psy ze smyczy.
- Dasz radę! Przyjdę najszybciej jak to będzie możliwe! Potraktuj ich jako obstawę! Jesteś najlepsza! - krzyknął, biegnąc w stronę jakiegoś dużego budynku. Wywróciłam oczami z nadzieją, że za chwilę się wywali. Tak się jednak nie wydarzyło, ponieważ po kilku krokach biegu znów zaczął normalnie iść. Westchnęłam cicho i cmoknęłam na konie, które wolnym stępem ruszyły w stronę stajni. Za nami czym prędzej pobiegły rozbrykane psiaki.
- O co zakład, że poszedł do niewłaściwego budynku? - spytałam ze śmiechem Grizzly’ego, który w odpowiedzi szczeknął radośnie. Wszystkie zwierzaki były zachwycone nowym miejscem, z jednym małym wyjątkiem. Nevada nerwowo rozglądała się na boki, ledwo wystawiając głowę spod mojej bluzy. - Spokojnie, Malutka! Wszystko jest w porządku, możesz dalej spać. - szepnęłam, głaszcząc ją delikatnie. W odpowiedzi kotka jedynie miauknęła cicho i z powrotem się schowała. Podjechaliśmy bliżej jednego z wejść do stajni, z którego akurat wychodził starszy mężczyzna, dzierżący w ręku widły. Zauważył naszą pielgrzymkę i bez wahania podszedł.
- Mogę w czymś pomóc? - spytał z uśmiechem.
- Mam taką nadzieję. Moje nazwisko Fletcher, przyjechałam tu dzisiaj razem z bratem i tym mini-zoo. - również się usmiechnęłam.
- Ach, tak! Przypominam sobie! Proszę za mną! - odłożył widły i wziął ode mnie C’est la vie. Weszliśmy do ogromnego budynku stajni. Minęliśmy kilkanaście boksów, nim trafiliśmy na nasze. Stajenny wprowadził klacz, a ja kucyśka. Mały Banzai miał duży boks, w którym będzie mieszkać sam dopóki Leo nie znajdzie drugiego kucyka z równie diabelskim charakterkiem.
- Bardzo panu dziękuję! - zawołałam do odchodzącego mężczyzny.
- Nie ma problemu! Polecam się na przyszłość! - odkrzyknął i udał się w swoją stronę.
Zawołałam psy i powoli skierowałam się w stronę wyjścia.
- A ty gdzie z tym wózkiem?! - warknęła nagle jakaś dziewczyna.
- Przez stajenny korytarz. - odparłam spokojnie, zaciskając dyskretnie pięści. Grizzly natychmiast teleportował się i już stał przy mnie, cicho powarkując. Pogłaskałam go uspokajająco po łebku. Taka reakcja ze strony otoczenia była do przewidzenia… Może kiedyś się przyzwyczają i uwierzą, że ktoś taki jak ja wcale nie musi być gorszy...
- To lepiej się odsuń! Właśnie wychodzę! - fuknęła, zapinając swój kask. Wywróciłam oczami i cofnęłam się kilka metrów. - A tak na przyszłość, lepiej kontroluj swoje kundle. To stajnia, nie schronisko! - wyszła z boksu, rzucając mi na pożegnanie pobłażliwe spojrzenie. Uśmiechnęłam się do niej najszerzej jak potrafiłam. Gdy tylko się oddaliła zrobiłam zeza i pokazałam jej język.
- Oby było tu mniej takich idiotek… - mruknęłam do siebie. Jak na swój pierwszy dzień, miałam stanowczo dosyć. I gdzie się podziewa ten cholerny Leonard?! Zirytowana zaczęłam na oślep wycofywać wózkiem, chcąc szybko znaleźć się jak najdalej stąd. W głowie ciągle powtarzałam sobie, że wytrzymam i nie wybuchnę. Nagle zza moich pleców rozległo się głośne:
- Ałć!
Czym prędzej odjechałam kawałek do przodu i odwróciłam się do swojej ofiary.
- Cholera! Bardzo przepraszam! To zdarza się dosyć często… Nic ci nie jest?
- Myślę że przeżyję. Obiecuję, że oszczędzę ci kłopotów ze spowodowania uszczerbku na zdrowiu. - uśmiechnął się, podskakujący na jednej nodze chłopak. - Mam tylko nadzieję, że masz całe koło. Jeszcze byś mnie oskarżyła o zniszczenie mienia.
- Wózek jest przystosowany do poruszania się po większości nawierzchni. Sądzę, że ludzkie kończyny nie będą dla niego wyzwaniem. - zaśmiałam się, wyciągając do niego rękę na powitanie. - Molly Fletcher, miło mi! 


<Ktoś? Masz takiego ładniutkiego Olafa na zachętnę xD>

piątek, 29 grudnia 2017

Molly Fletcher i C'est la vie

 [Buźki użyczyła Jenna Coleman]

Motto
: If you ever find yourself in wrong story, just leave.
Imię: Molly.
Nazwisko: Fletcher.
Płeć: Kobieta.
Wiek16.04.1996r. (19 lat).
PochodzenieUrodzona w Miami, USA.
Pojazd: Jeśli tylko jej stan jest na tyle dobry, kradnie auto bratu. Na co dzień jeździ swoim pierwszym "Ferrari", które dostała od babci Miriam tuż po wypadku.
Pokój: 4
Grupa: II
Poziom: Średnio zaawansowany.
Koń: C'est la vie.
Głos: Kelly Moncado.
RodzinaCórka aktualnie profesjonalnego fotografa-reportera i wybitnej szefowej kuchni. Anglik (wówczas amator dziennikarstwa, który nie do końca wiedział jak trzymać aparat) poznał pewną Francuzkę (która pracowała na zmywaku, a szefowa regularnie nazywała ją beztalenciem) podczas wakacji w Paryżu i zakochali się. Kilka lat później Florence i Jerry, po przeprowadzce do USA doczekali się dwójki dzieci – Leo i Molly. Za granicą osiągnęli również sukcesy zawodowe. Po jakimś czasie coś zaczęło się między nimi psuć. Co parę tygodni dochodziło między nimi do kłótni. Czasami któreś z nich wyjeżdżało, ale w końcu zawsze wracało. Warto także wspomnieć o babci rodzeństwa, matce Jerry’ego. Opiekowała się nimi, gdy byli jeszcze całkiem mali, a aktualnie mieszka w Londynie. Bliźnięta często odwiedzają kochaną babcię Miriam, u której lata temu stwierdzono hemimelię.
Relacje: *Nowa w akademii.
*Siostra bliźniaczka Leonarda.
*Od dzieciństwa w bliskich relacjach z rodziną Grant.
Aparycja: Straszliwy kurdupel o wzroście wynoszącym równe 165 centymetrów, ale zwykle jest dużo, dużo niższa. Chudzina (choć mięśni i tak ma więcej od brata), która przypomina wieszak na swoje czarne ciuchy. Jej brązowe włosy sięgają ramion. Oczy dziewczyny różnią się o tych, należących do Leonarda. Ta para to świetny przykład bliźniąt dwujajowych. Tęczówki Molly mają piwny kolor, po ojcu. W przeciwieństwie do brata zwykle połyskują i tętnią życiem. Tylko czasem na krótką chwilę się zmieniają i nagle jakby gasną. To rzadkie i trudne do zauważenia zjawisko, które trwa najwyżej kilka sekund. Niemal zawsze na jej twarzy gości szeroki uśmiech, który bardzo trudno zmazać. Nie ma żadnych tatuaży, ponieważ... jakoś nigdy jej nie ciągnęło do "niszczenia" swojego ciała... W wyniku obrażeń po wypadku samochodowym konieczna była amputacja lewej nogi na poziomie podudzia. Od tamtej pory musi nosić protezę. W trosce o drugą nogę, zwykle porusza się swym "Ferrari", a gdy jej stan się poprawia chodzi o kuli.
CharakterZnacie ludzi, którzy codziennie chodzą uśmiechnięci i wydaje się, że nic na świecie nie jest w stanie zepsuć im humoru? To właśnie Molly Fletcher! Bije od niej jakaś pozytywna aura, która nie raz zaraża wszystkich wokoło. Bardzo towarzyska dziewczyna, która chętnie zawiera nowe znajomości. Jest ponadprzeciętnie wygadana i posługuje się bogatym słownictwem, ale rzadko w pełni je wykorzystuje z racji nieodpowiednich do tego rozmówców. Jeśli zdarza się taka potrzeba i naprawdę warto, jest w stanie zniżyć się do poziomu intelektualnego uczestników konwersacji. Udaje mniej doinformowaną albo po prostu głupszą. W większości przypadków nie wytrzymuje za długo i czym prędzej się wycofuje. Należy do osób, które dobrze wiedzą, czego chcą i nie zwlekają z podjęciem niezbędnych kroków do osiągnięcia celu. Molly emanuje pewnością siebie, często onieśmielając nieco słabsze jednostki. Nie boi się wykonywać tych tak zwanych „pierwszych kroków”. Woli zaryzykować, niż czekać w nieskończoność aż któryś z tych palantów wreszcie ruszy tyłek i weźmie się do roboty. Za każdym razem stara się jak najmniej angażować emocjonalnie. Jest zdania, że dodatkowe problemy w postaci tworzenia więzi i możliwości gwałtownego jej zerwania nie są jej potrzebne. Mężczyzn traktuje różnie, ze względu na typ. Pierwsi to romantycy, którzy szukają związku. Poddaje ich „12 pracom”, których nie przechodzą i problem z głowy. Choć czasami zastanawia się, jakby to było… Z kolei tych drugich interesuje tylko rozrywka na jedną noc. Nastawienie Molly zależy od nastoju. Raz wyrok jest przychylny, a raz nie. Powtarza sobie, że powinna w pełni korzystać z życia, ale… coraz częściej w jej głowie odzywa się cichy głos, który mówi; „Nie tędy droga!”.
Omówmy także jej delikatną stronę. Dziewczyna stara się pomagać innym, jak tylko może. I nie chodzi tylko o pożyczenie notatek czy ściągniecie konia z padoku. Uwielbia wolontariat ze względu na możliwość poznania osób o podobnych problemach i udzieleniu im wsparcia. Z autopsji doskonale wie, że znalezienie się w nowej, obcej sytuacji najczęściej wywołuje strach. Nie ma nic gorszego od zagubienia się pośród własnych myśli. Świat potrzebuje takich szarych bohaterów, którzy będą w stanie uporządkować ludzkie umysły.
Jednak nawet najlepsi herosi czasami potrzebują urlopu. Panna Fletcher nie jest niezniszczalna, a jej maska superbohatera kiedyś w końcu spada. Pod nią kryje się przeciętna i nieco zagubiona dziewczyna, której nikt nie zdołał wyprowadzić z labiryntu własnych myśli. Ale mimo to stara się jakoś przetrwać do świtu, aby następnie na nowo stanąć na straży dusz przyjaciół. A wszystko, aby nie doświadczyli cierpienia, które ona sama tak dobrze zna. Zdarza się, że pomaga to i jej. Człowiek zrobi wszystko, by zagłuszyć rozszalały umysł. Przyjemne z pożytecznym. I może któregoś dnia wreszcie odzyska spokój ducha.
ZainteresowaniaZe względu na swoją chorobę nie może pozwolić sobie na uprawianie sportu. Wyjątkiem, o który zawzięcie walczyła jest oczywiście jeździectwo. Jej wydolność nie była na tyle silna, by bez problemu trenowała. A potem jeszcze ten okropny wypadek... Zatem postanowiła, że poradzi sobie bez wsiadania na konia. I proszę! Powożenie to jej najukochańsza dyscyplina. Obecnie rozważa rekrutację drugiego wierzchowca do ekipy. Swoje kroki skierowała zatem w stronę hobby nie wymagających wysiłku fizycznego. Do gustu wybitnie przypadła jej sztuka. Ciągle coś maluje, rysuje, a czasem (gdy już naprawdę nie ma nic innego do roboty) także rzeźbi czy lepi z modeliny. Nie pogardzi jakimś dobrym filmem. Byle nie ekranizacje książki! Wszystkie filmy wycięte z powieści omija szeroki łukiem. A jak już, to zawsze najpierw czyta, a dopiero potem ogląda i śmieje się z olbrzymich różnic w fabułach. Kocha literaturę i mogłaby spędzać całe dnie zamknięta w pokoju tylko w książkami. Któregoś razu spędziła cały weekend z "Władcą Pierścieni". Dawno temu należała do drużyny lacrosse. Ma (przynajmniej w jej mniemaniu) przeciętny talent wokalny i raczej go nie wykorzystuje. Leonard nauczył ją kilku chwytów na gitarze. Przed wypadkiem potrafiła grać na perkusji, a teraz próbuje wrócić do tej pasji pomimo kalectwa.
Inne:
- Rodzeństwo Fletcher to bliźnięta dwujajowe. Molly jest tą starszą (o 15 minut).
- Pomimo amerykańskiego pochodzenia, została wychowana na Francuzkę.
- Podobno jest bardzo podobna do ojca. Gdy małżeństwo Florence i Jerry'ego przechodziło kryzys, Molly mieszkała z matką. Pani Fletcher codziennie patrzyła na córkę i od razu miała przed oczami twarz męża.
- Od rodziców nauczyła się elastyczności i tolerancji w kwestii wiary. Dopuszcza każdą możliwą teorię, mając jednocześnie bardzo ogólne poglądy. Wierzy, że we wszechświecie istnieje jakaś niezwykła oraz nieskończenie dobra siła, która dba o ludzi i jej zdaniem nieważne, jak ją się nazywa. Nie uznaje Kościoła (w znaczeniu teologicznym), ale jest wielką fanką papieża Franciszka. Uważa, że swojej wiary nie trzeba "udowadniać" w każdą niedzielę, a jedynie mieć ją w sercu. Molly (tak jak Leonard) to dziwna osoba, która rzadko kiedy wypowiada się w kwestii religijnych.
- Choruje na astmę, którą wykryto dwa lata temu. Wcześniej także miała kłopoty z oddychaniem, ale wszyscy to lekceważyli, a wizytę u lekarza odkładali w nieskończoność. Od tamtej pory jej życie bardzo się zmieniło.
- Brzydzi ją dym papierosowy i alkohol.
- W wyniku obrażeń doznanych podczas wypadku samochodowego konieczna była amputacja jej lewej nogi na poziomie podudzia.
- Niekiedy jej stan się pogarsza i ma także problemy z prawą nogą (zdania lekarzy są podzielone, ale najbardziej prawdopodobna wersja to hemimelia, którą ma także jej babcia - Miriam). W najgorszym przypadku nie może sama chodzić, o prowadzeniu samochodu nie ma mowy i porusza się na wózku inwalidzkim Istnieje zagrożenie utraty także drugiej nogi, więc czasem przesadnie ją oszczędza ze względu na zamartwiającą się rodzinę. Natomiast gdy jest dobrze porusza się o kuli.
- Grizzly był szkolony pod osobę niepełnosprawną, więc Molly zawsze może liczyć na jego pomoc.
- Jej wóz (do powożenia) jest wykonany tak, aby mogła wjechać nawet swoim "Ferrari".
- Świetnie radzi sobie z codziennymi obowiązkami w stajni. Bez problemu samodzielnie wyczyści i przygotuje do treningu Żabcię.
- Od czasu wypadku nie siedziała na koniu. Wycofała się na sam początek edukacji jeździeckiej. Nie jest w pełni sprawna, więc nie rozwija dalej swoich umiejętności w tej dziedzinie.
- Będąc w dobrym humorze, ściga się z psami, bratem lub końmi na wózku.
- Bardzo boi się małych, ciasnych i zatłoczonych pomieszczeń (klaustrofobia).
- Od małego zdrowo się odżywia, a trzy lata temu przeszła na wegetarianizm.
- Ogromna miłośniczka kina akcji.
- Bez problemu posługuje się językiem angielskim i francuskim.
- W wolnym czasie pomaga jako wolontariuszka.
- 1, 2, 3.
Kontakt: kasia2007.
Inne pupile: Kilkumiesięczna kocia przybłęda - Nevada.

Trzyletni teoretycznie nowofundland, ale prawdopodobniej niedźwiedź - Grizzly

Imię: C'est la vie (aka Żabcia).
PS. Czyta się "Se la wi"
Płeć: Klacz.
Rasa: KWPN (Holenderski koń gorącokrwisty).
Data urodzenia: 08.09.2011r. (6 lat).
Charakter: Anioł, nie koń. Mało kłótliwa i raczej uległa klacz. Bardzo chętnie współpracuje z ludźmi oraz innymi końmi. Szybko uczy się nowych rzeczy. Trochę zbyt ciekawska i towarzyska, przez co nieraz narzuca się innym zwierzętom. Dobrze ułożona i bezproblemowa w obsłudze. nigdy nie strzela jej do głowy nic głupiego. Molly może spokojnie przejeżdżać wózkiem, a psy biegać pomiędzy kopytami. Wydaję się, że nic nie jest w stanie jej przestraszyć. 
Specjalizacja: Powożenie/Wszechstronna.
Umiejętności: Prawdopodobnie sprawdziłaby się w różnych dyscyplinach sportowych. Ujeżdżeniowo przygotowana do klasy P z elementami N. Z kolei w korytarzu uzyskała wynik 140 cm z możliwościami na więcej. Jej pewność siebie i odwaga mogłyby okazać się bardzo przydatne na crossie. Wyjątkowo szybka, zwinna i precyzyjna. Te cechy czynią z niej doskonałego konia powoźniczego. Doskonale sprawdza się w konkursach jednokonnych. Niebawem rozpoczną poszukiwania nowego członka do zespołu. Poprzednim razem Żabcia świetnie współpracowała z pewnym wałachem w powozie dwukonnym. Może któregoś dnia wystartują w konkurencji czwórek.
Właściciel:  Molly Fletcher.