Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yuu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yuu. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 sierpnia 2018

Od Yuu CD Oli'ego

Miałem ochotę mu odparować, że poradzę sobie bez jego łaskawej połowy pizzy, ale się powstrzymałem. Darmowa wyżerka, dobra w dodatku- brzmi nieźle. Tak więc tylko zacisnąłem usta i lekko skinąłem głową.
- Niech będzie.
Oli wniósł oczy ku niebu, ale nie przestał jeść tego jednego kawałka pizzy. Szło mu to dość opornie, biorąc pod uwagę, że ja już po chwili kończyłem drugi fragment, a zacząłem jeść później niż blondyna. Wyciągnąłem z kartonowego pudełka kolejny kawałek i zacząłem na niego przekładać oliwki z innego mojego kawałka- wolałem na raz zjeść je wszystkie, gdyby ten idiota nagle zmienił zdanie i chciał mi ukraść moje jedzonko. Sok z oliwek spływał mi w dół dłoni, kończąc swój żywot albo w drodze do mojego łokcia, albo na pufie chłopaka. Uśmiechnąłem się tak, żeby blondi tego nie zobaczył, ale nie sięgnąłem po chusteczkę, żeby powstrzymać kolejny tworzący się strumyczek. Z namaszczeniem przystawiłem pizzę do ust i pochłonąłem pierwszy kęs.
- Jesteś obrzydliwy - powiedział w pewnym momencie Oli, krzywiąc przy tym swoją twarz tak bardzo, jak tylko się dało.
- A ty jesteś głupi - odpowiedziałem po przełknięciu tego, co akurat miałem w buzi.
- Ty jesteś gorszy, nie masz mózgu.
- Jesteś homofobem.
- Może i tak, ale- - urwał. Zaciekawiony przechyliłem w prawo głowę, żeby mieć lepszy widok na rumieniącego się blondyna.
- Nie jestem - oznajmił w końcu. Muszę szczerze przyznać, że naprawdę się wtedy zdziwiłem. Ale chłopak zaprzeczał sam sobie- kilka miesięcy wcześniej przy mnie obrażał "pedałów", więc to nie była tylko głupia, zasłyszana gdzieś plotka.
- Nie?
- Nie, przecież mówię, że nie, palancie - warknął na mnie. Wypuszczał ze swoich ust taki potok słów, że nie nadążałem za jego obelgami. - Mózg ci odęło przez te cholerne oliwki, że wyłączyłeś myślenie? Czy to może twoje wrodzone skretynienie połączyło się z chwilowym zanikiem szarych komórek i taki właśnie mamy efekt? Jesteś takim skurwysynem, że aż mnie oczy bolą od samego patrzenia na twoje spierdolenie.
W końcu opanowałem się na tyle, żeby odpowiedzieć zdaniem, którego później żałowałem przez wiele miesięcy.
- Akurat tu masz po części rację. Moja matka to zwykła kurwa.
Olie'ego chyba zatkało, bo przez dłuższą chwilę milczał, aż finalnie wydusił:
- Aha.
W tamtym momencie miałem ochotę mu pogratulować niezwykłej elokwencji i obszernego zasobu używanych na co dzień słów, ale mając w głowie zaistniałą sytuację, powstrzymałem się. Musiał wystarczyć mi fakt, że przewróciłem sobie oczami. Dokończyłem kolejny, bodajże już trzeci kawałek pizzy i ze znużeniem obserwowałem jak Oli męczył się z kolejnym kęsem, tkwiącym mu w buzi już od dłuższego czasu.
- Powiedz mi, geniuszu - zacząłem i zaczekałem aż chłopak podniósł na mnie wzrok. - Jakim cudem i przede wszystkim po co zamówiłeś pizzę z oliwkami, skoro ich nie lubisz?
W odpowiedzi dostałem jedynie wzruszenie ramion.
- Nie jesteś zbyt rozmowny, co?
Tym razem nie wywołałem u niego jakiejkolwiek reakcji. Miałem ochotę parsknąć śmiechem, bo jego zachowanie wydawało mi się strasznie dziecinne, ale wtedy zobaczyłem jego wzrok. Był zamglony i prawie że nieprzytomny. Śmiech utknął mi w gardle, powodując, że nieomal zakrztusiłem się kawałkiem ciasta. Niechętnie zacząłem go przeżuwać, dokładniej mieląc jedzenie, aż w końcu w miarę pewnie go przełknąłem.
- Stary, wszystko w porządku? - zapytałem, gdy Oli cały czas trwał w tej samej, siedzącej pozycji.
Przymknął oczy i przytaknął. Jednak po jego zbolałej minie łatwo mogłem się domyślić, że coś mu dolegało. Cholerny ćpun. Chciałem go zostawić, żeby odebrał swoją karmę. W końcu to jego postępowanie doprowadziło go do tego stanu i powinien przyjąć teraz na klatę konsekwencje swojej niewątpliwie dużej głupoty. Przecież nie będę go po raz kolejny ratował, niczym damę z opresji, pomyślałem sobie wtedy. Zgodnie z tym, czego chciałem- a w tamtej sytuacji chciałem dwóch rzeczy- wepchnąłem sobie do buzi ostatni kawałek pizzy z moje połowy i rzuciłem w przestrzeń, bo Oli już chyba nie kontaktował:
- Wychodzę. Połóż się, bo się zabijesz - dodałem niedługo później. - Bardzo ci - nie - dziękuję za pizzę - dopowiedziałem jeszcze i szybkim krokiem wyszedłem z mieszkania blondyna. W drzwiach obejrzałem się na dwie strony, czy na korytarzach był jakiś ślad po moim ojcu. Jednak nic nie dostrzegłem, dlatego zamknąłem za sobą drzwi i ruszyłem w kierunku schodów na pierwsze piętro. Szybko przeskakiwałem co kilka stopni. Podążałem ciemnym korytarzem aż do swojego mieszkania, gdzie tuż przed drzwiami stanąłem jak wryty. Przed moim mieszkaniem stał mój ojciec. Na szczęście stał tyłem do mnie, obrócony ku drzwiom i nerwowo przestępował z nogi na nogę. Zimny pot wystąpił mi na czoło. Otarłem go wierzchnią częścią ręki i starałem się wyrównać oddech, który w przypływie nagłej wściekłości, znacznie mi przyspieszył. Starając się być najciszej jak potrafiłem w tamte sytuacji, zrobiłem mały krok w tył. Nie miałem najmniejszej ochoty na konwersację z tym człowiekiem, który bardzo, naprawdę bardzo- bardziej niż ten blondwłosy ćpun z piętra niżej, a to już sukces- działał mi na nerwy. Zmierzyłem jego plecy nienawistnym spojrzeniem, po czym dokładniej mu się przyglądnąłem. Nawet z dość spore odległości widziałem kropelki potu, które zatrzymały się na jego karku. Blada skóra wyraźnie odznaczała się na tle ciemnego, jakiegoś szarego czy też, bodajże, granitowego- rozróżnianie kolorów jest trudne- garnituru. Popatrzyłem na ego idealnie wyprasowane spodnie z kantem i lśniące choć nieco przybrudzone błotem i czymś, co wyglądało na fragment końskiej kupy, lakierki. W ręce trzymał czarną obszerną torbę, która zapewne upchana była potrzebnymi mu na co dzień papierami. Z niedopiętej przegródki wystawała jaskrawożółta teczka. Mężczyzna, bo trudno było mi myśleć o nim jak o ojcu, wyglądał jakby właśnie wyszedł z pracy i przez błotnistą drogę wracał do domu. W tamtej chwili naprawdę byłem zdziwiony; nie wiedziałem, czego chciał ani dlaczego przyjechał do mnie, do swojego sprawiającego kłopoty syna, w tak eleganckim stroju. Z tego co o nim wiedziałem, a z pewnością nie było tego wiele, był strasznym lalusiem i jeszcze większym czyściochem. W końcu zrezygnowałem z próby oddalenia się od kłopotliwego człowieka i po krótkim namyśle, odchrząknąłem. Ojciec od razu odwrócił się w moją stronę, a na jego twarzy zawitał grymas, zapewne na kształt uśmiechu.
- Synku... - zaczął tym swoim przepełnionym lukrem, ale szorstkim głosem.
- Nie mam czasu, chciałbym wejść do swojego domu - specjalnie podkreśliłem słowo dom, żeby dać mu do zrozumienia, że ani do jego mieszkania, ani do willi matki nie czułem się w żaden sposób przywiązany. A on tylko westchnął. Podszedłem szybkim krokiem do drzwi i stanąłem twarzą w twarz z niższym od siebie ojcem. - Przepuść mnie.
Kiedy wciąż nie reagował, wiedziałem, że nie dawał mi wyboru. Ostrym ruchem przesunąłem go i ruszyłem przed siebie. Pospiesznym ruchem otworzyłem mieszkanie kluczem, po czym szybko wszedłem i zatrzasnąłem za sobą drzwi, nie oglądając się za mężczyzną, który masował sobie ramię. Gdy upewniłem się, że dokładnie zamknąłem drzwi, strąciłem z siebie buty i pozwoliłem swojemu ciału zsunąć się po drzwiach aż do podłogi. Życie jest trudne.

<Oli? Co prawda mam pomysł, ale mój leń ma większą siłę przebicia, wybacz>

sobota, 11 sierpnia 2018

Od Yuu CD Oli'ego

Patrzyłem za wychudzoną sylwetką chłopaka, starając się zachować kamienną twarz. Jacqueline stanęła obok mnie, delikatnie kładąc mi dłoń na ramieniu.
- Nie idź za nim - powiedziała głosem przepełnionym jadem, nie wiedzieć czemu.
- Nie zamierzałem - po chwili jej odpowiedziałem.
Po krótkiej wymianie zdań ze starszą dziewczyną, opuściłem stołówkę i wróciłem do swojego mieszkanka. Pokój przeze mnie oblegany, sypialnia, lśnił czystością. Przed kolacją odniosłem pościel do pralni i od jednej ze sprzątaczek dostałem nową, świeżo wypraną, dlatego teraz mogłem spokojnie opaść na łóżko. Szybko zdjąłem buty i boso ruszyłem do łazienki. Tam zdjąłem z siebie ubrania, a po tym wszedłem pod prysznic. Zimny strumień niespecjalnie mnie rozbudzał, dlatego szybko wyszedłem z kabiny i się przebrałem w "zestaw do spania" przygotowany przeze mnie wczoraj
wieczorem i położony na zamkniętej muszli klozetowej. Przebrałem się i szybko wsunąłem pod koc, zastępujący mi w lato puchową kołdrę. Sen nie przyszedł do mnie od razu, ale w końcu udało mi się odlecieć w siną dal, znaczy do krainy snów. Po ciężkiej nocy mnie też należał się odpoczynek.
- Wstawaj - mruknęła i potrząsnęła Tadashim z ziemi. 
Chłopak odwarknął coś w odpowiedzi i poszedł spać dalej. Mabel nie miała już wyboru, więc zrzuciła go z grzbietu tyranozaura i sama dosiadła wielkiego stwora. Krążący w pobliżu pterodaktyl ochoczo rzucił się na zdezorientowanego człowieka- źródło mięsa. Do szatynki doszedł jeszcze krzyk, zanim zniknęła wśród drzew, porzuciwszy dogorywające zwłoki Tadashiego na pastwę padlinożerców. 
Zadowolony postawiłem kropkę po ostatnim zdaniu, po czym ominąłem dwie linijki i niezgrabnymi literami dopisałem "Koniec". Przejrzałem jeszcze opowiadanie, po czym oddałem je nauczycielce. Może i tematem były niestworzone postacie, ale ja napisałem o dinozaurach, bo powiedzmy sobie szczerze- nie jestem zbyt kreatywny. Kobieta krytycznym spojrzeniem obrzuciła najpierw moją pracę, a potem mnie. Westchnąłem cicho, kiedy obróciła się i energicznym krokiem ruszyła do kolejnego ucznia, który skończył już swoje męki. Reszta lekcji miała mi upłynąć na czekaniu na pozostałą część klasy, aby skończyli, dlatego zatopiłem się w rozważaniach. Od incydentu z Oli'm minęły trzy dni. W tym czasie rozmawialiśmy tylko dwa razy- najpierw na stołówce, tego samego dnia, a później przed stajnią, kiedy przez przypadek na niego wpadłem. Obrzucił mnie wtedy taką ilością wyzwisk, że aż byłem pod wrażeniem jego zasobu słów. Podsumowując, wina leżała po jego stronie, bo nawet nie dał mi czas na przeprosiny. Pomijając fakt, że w życiu bym go nie przeprosił. Nasza... Nazwijmy to relacja, rozbiła się o ścianę nienawiści. Uratowałem mu życie, najprawdopodobniej aż dwa razy. Jednak to bez znaczenia, dopóki patrzymy na siebie przez pryzmat nienawiści. To prawda, że to ja określiłem go homofobem. Ale on zdecydowanie nie był mi dłużny- pedał, debil i chuj powtarzał wtedy najczęściej. Kiedy dużo czasu później rozbrzmiał dzwonek oznajmiający początek przerwy, szybko upchnąłem książki do plecaka i pędem wypadłem z sali.
Wybudziłem się ze szkolnego snu, kiedy rażący promień słońca trafił mnie prosto w zamknięte oczy. Niechętnie przetarłem oczy i sprawdziłem godzinę na telefonie- nie wyrwałem się jeszcze do końca ze sennego wrażenia, że był rok szkolny. A to przecież wakacje, dlatego równo trzydzieści-dwie minuty po siódmej wróciłem do spania.
***

Reszta dnia upłynęła mi spokojnie, ale miałem dużo do zrobienia- chciałem już na dobre skończyć sprzątać- i dopiero pod wieczór znalazłem trochę czasu, żeby móc wpaść do stajni. Zmieniłem buty na te jeździeckie i ruszyłem do budynku. Szybkim krokiem dotarłem do boksu Tooru, w międzyczasie zahaczając o siodlarnię, skąd zabrałem szczotki, uzdę i czaprak konia. Na widok człowieka andaluz zarżał niespokojnie, ale kiedy zobaczył, że to ja, uspokoił się i odsunął od wejścia. Otworzyłem boks, wcześniej witając się z ogierkiem i zabrałem się do roboty. Powtarzające się ruchy szczotki i ciepło bijące z ciała Tooru, bardzo mnie uspokoiły. Kiedy już przed stajnią, w luźnych spodniach siadałem na czapraku, czułem się pewnie. Poprawiłem wodze w dłoniach i lekko ścisnąłem łydki. Ogier próbował wierzgnąć, ale mu nie pozwoliłem- mimo to, trudniej było mi utrzymać się na Tooru bez siodła. Westchnąłem i bardziej popędziłem ogiera. Pozwoliłem mu na zgrabny kłus, dopóki jechaliśmy po żwirowym podłożu. Jednak chwilę później Tooru wyrwał się do szybkiego galopu, po chwili prawie przechodząc w cwał, a osobą, która to spowodowała, był człowiek, którego nie spodziewałem się zastać w Morgan University. Po raz kolejny. Mój ojciec. Ledwo co opanowałem rozszalanego rumaka, po czym skierowałem się w stronę lasu. Nie zamierzałem więcej rozmawiać z tym mężczyzną, którego nawet nie obchodziłem przez około piętnaście lat mojego cudownego życia. Ba! Nie dość, że nie interesował się moją skromną osobą, śmiał jeszcze mi szkodzić. Być może nieświadomie, ale co z tego. Westchnąłem raz jeszcze i skróciłem wiszące wodze. Tooru automatycznie zwolnił, wracając tym samym do stępa. Pozwoliłem mu wyznaczać nasze tempo, skoro bezbłędnie trzymał się wytyczonej przeze mnie ścieżki. Przyspieszyłem nieco i odchyliłem się łagodnie do tyłu. Tooru zboczył z naszej dotychczasowe trasy i galopem ruszył w kierunku otwartego terenu.
Rozpływałem się pod promieniami wieczornego, prawie że zachodzącego słońca. Leżałem na trawie, schowany w cieniu drzew na skraju polany. Dziwne myśli krążyły mi po głowie, ale ja nie zwracałem na nie uwagi- powoli zasypiałem, otulony cieplym powietrzem. Gdzieś w tle docierało do mnie poparskiwanie mojego ogierka, przywiązanego do jednego z wytrzymalszych- a przynajmniej na takie wyglądających- drzew. Uśmiechnąłem się do siebie. Jednak. Zawsze jest jakieś "ale".
- No proszę, nie wiedziałem, że szanowny pan Miyamato umie się uśmiechać - usłyszałem nad sobą szorstki głos. Podniosłem głowę i na widok tego sukinsyna wyżej wymieniony uśmiech od razu spełzł mi z twarzy. Odruchowo warknąłem na blondyna, czym zasłużyłem sobie na jego zimny, wręcz emanujący drwiną śmiech.
- Jesteś żałosny. Naprawdę nie rozumiem jak-
- Nie - uniósł dłoń, tym samym przerywając mi kiedy chciałem coś powiedzieć. Zaprotestować. Odpyskować mu. - Teraz ja mówię.
I tak właśnie Oli zaczął swój monolog, którego po prawdzie nie słuchałem, bo wpadał mi do głowy jednym uchem, a wylatywał z niej drugim. W końcu miałem dość jego bezsensownej paplaniny, więc wbiłem mu się w pół słowa i oznajmiłem:
- Słuchaj, ty... - próbowałem sobie przypomnieć nazwisko Oli'ego, ale było to coś tak pokrętnego, że nie dałem rady złożyć go poprawnie, choćby w myślach. - Nie obchodzi mnie twoje zdanie, ale przerwałeś mi spokojną chwilę. z takimi debilami jak ty w akademiku, w Morgan trudno o nieco umysłowego relaksu, nie sądzisz?
Chłopak długo milczał, a ja zaśmiałem się gorzko.
- Nie odpowiadaj, bo przesilisz swój móżdżek. Nie jesteś przyzwyczajony do myślenia, co? - z satysfakcją obserwowałem jak na policzki Oli'ego wstąpiły blade, ledwo widoczne rumieńce, pogłębiające się z każdą kolejną chwilą. - Hmm? Mowę ci odjęło? A może twój mózg w końcu wybuchł, nie dał rady wytrzymać z twoim debilizmem wrodzonym?
Na usta cisnęło mi się tylko słów, jakimi chciałem go nazwać, tyle zdań, którymi mógłbym go skutecznie zgasić. Widok jego zażenowania wypisanego na zrezygnowanej twarzy sprawiał mi chorą satysfakcję.
- Nie masz mi nic do powiedzenia? - spytałem po jakimś czasie, kiedy blondyn cały czas milczał. - No tak, mogłem się tego spodziewać. W takim razie, z łaski swojej, wytłumacz mi chociaż, co tu robisz... - jełopie.

<Oliś? Wiesz, taki love mode, bo go jeszcze nie zabił>

piątek, 10 sierpnia 2018

Od Yuu CD Oli'ego

- Sam się wykończę, więc możesz już spierdalać - warknął chłopak. Z trudem dźwignął się na nogi, kiedy ja usilnie analizowałem jego słowa. Nie zauważyłem momentu, w którym chłopak zaczął ziewać, ale nie przegapiłem chwili, w której zaczął osuwać się z powrotem na ziemię. Westchnąłem przeciągle i przytrzymałem jego bezwiedne ciało, chwytając blondyna za ramię.
Wydawało mi się, że Oli mruczał coś do siebie jednak średnio mnie to obchodziło. Powinienem tego skurwysyna wywlec gdzieś w głąb lasu, porzucić go na jakiejś polanie i najlepiej sam ją jeszcze podpalić. Powinienem, ale jego bezsensowny bełkot mi na to nie pozwalał. Przykucnąłem przy jego ciele, pozwalając aby w momencie puszczenia chłopaka, Oli z impetem uderzył o bruk. Zamachnąłem się i mocno uderzyłem blondyna w twarz. W odpowiedzi usłyszałem niewyraźny jęk, a sam zainteresowany próbował obrócić się na drugi bok.
- Stary, opanuj się - pacnąłem chłopaka w policzek. Nie usłyszawszy odpowiedzi, westchnąłem. - Halo? Słyszysz mnie? - napotkałem zamglony wzrok Oli'ego.
Westchnąłem i rozejrzałem się wokół. Nie było nawet ptaków. Ostatniego ucznia Morgan widziałem przy wejściu do akademika, więc nie miałem nawet kogo zawołać, żeby mi pomógł. Widziałem jak oczy blondyna lekko uciekają do środka głowy, ukazując przekrwione białka. Przyłożyłem palce do szyi chłopaka.
- Kurwa.
Wyczuwałem słabnący z każdą chwilą puls, a Oli wręcz rozpływał się na ziemi. W tamtej chwili nie miałem pojęcia, co ten wariat ze sobą zrobił, ale już wiedziałem co miał na myśli, mówiąc sam się wykończę. Pokręciłem głową nad ego głupotą, po czym złapałem i podniosłem. Chłopak, na wpół przytomny, ledwo się utrzymywał na nogach, ale przynajmniej nie musiałem go całkiem nieść. Położyłem jego ręce na swoich barkach i zacząłem prowadzić- choć lepszym określeniem byłoby wlec- w stronę akademika. Dużo czasu później, po walce z zablokowanymi drzwiami i boju o każdy stopień na schodach, położyłem go na swoje zdemolowane łóżko i popędziłem do kuchni po szklankę lub kilka wody. Kiedy wróciłem, Oli wymiotował na podłogę. Westchnąłem, ale pomogłem mu się podnieść i prowizorycznie wyczyścić.
- Pij - podstawiłem mu pod nos szklankę. Niechętnie ją przyjął i  zaczął pić małymi łyczkami. - Mogłem cię zaprowadzić do pielęgniarki, czy coś - stwierdziłem po chwili.
Blondyn nie odpowiedział, cały czas pijąc wodę. Kiedy szklanka była pusta, odstawiłem ją od prawie sinych warg chłopaka i podałem kolejną. Ja w czasie, kiedy blondyn powoli dochodził do siebie, kilkakrotnie sprawdziłem mu puls i odwiedziłem toaletę, wytrzasnąłem skądś mop i pościerałem orzyganą podłogę. Tyle dobrze, że dywan nie ucierpiał.
- Już ci lepiej? - spytałem po dłuższej chwili ciszy, gdy Oli siedział poskręcany na moim łóżku i tępo gapił się gdzieś w przestrzeń przed sobą.
- Tak - mruknął cicho. Tak cicho, że praktycznie domyślałem się, co właściwie powiedział. Skinąłem głową. - Dziękuję.
Wydawało mi się, że naprawdę podziękował, ale nie. Kiedy szybko na niego zerknąłem, jego usta były zaciśnięte w wąską kreskę, a wzrok mętny i bez wyrazu. Mentalnie beształem się za wymyślanie niestworzonych historyjek, lecz w głębi duszy byłem zawiedziony. Możliwe, że uratowałem temu homofobowi życie, a nawet jeśli nie, to przynajmniej uratowałem przed publicznym pośmiewiskiem, że zemdlał. Chyba należało mi się coś w styku "dziękuję".
- Jesteś w stanie wrócić do siebie? - spytałem czując, że byłem na skraju wytrzymania i potrzebowałem minimalnej choć dawki snu. A wcześniej chciałem go po prostu stąd wywalić. I tak, nawet możliwe, że nieświadomie, nadużył mojej gościnności. Nawet jeśli ja sam na to pozwoliłem.
Przedłużającą się wciąż chwilę ciszy uznałem za odpowiedź na nie, dlatego wygodniej ułożyłem się na podłodze i mruknąłem z przymkniętymi oczami:
- Połóż się spać, potrzebujesz odpoczynku. Gdybyś miał znowu puścić pawia - urwałem i wskazałem na drzwi do łazienki. - Tam jest kibel, tylko nie orzygaj deski.
Nie miałem na nic ochoty, ale nie miałem też wyboru. Jeszcze kilka razy poprawiłem się na twardym podłożu, po czym z głową opartą pod komicznym kątem o szafkę nocną, zapadłem w mało przyjemną drzemkę.

***

Obudził mnie wszystkim znany odgłos budzika. Naprawdę nie wiem, skąd wziął się takowy koło południa, jednak po odsłonięciu zasłon zrozumiałem. Był już ranek kolejnego dnia, a mnie niemiłosiernie bolał kark. Pomasowałem wystającą kość, po czym klapnąłem na niezajętą część łóżka. Potrząsnąłem śpiącym chłopakiem kilka razy, a kiedy to nie przyniosło oczekiwanych rezultatów, zafundowałem Oli'emu plaskacza w twarz, tak z rana. Blondyn jęknął przeciągle i powoli podniósł się do pozycji siedzącej, wciąż z zamkniętymi oczami.
- Wstawaj, nie marudź - warknąłem na niego, gdy cały czas nie podnosił się z pościeli. W końcu Oli dźwignął się z łóżka i bez słowa ruszył w stronę przedsionka. Zdziwiony ruszyłem za nim i złapałem go praktycznie w progu, gdy poprawiał swoje buty.
- Już czuję się dobrze - oznajmił ze znudzoną miną, jakby była to najoczywistsza rzecz na świecie. Nie pozostało mi nic innego jak uprzejmie wypierdolić go za drzwi.
- Okej, asie - mruknąłem, po czym złapałem go za przód koszulki i pociągnąłem do góry. Musiał się głodzić albo miał świetną przemianę materii, bo ważył tyle co nic. - Tylko nie zabrudź korytarza, bo tego już nie będę sprzątał.
Po czym otworzyłem drzwi i odstawiłem go przed wejściem, energicznie stawiając go na podłodze. Zatrzasnąłem drzwy i przekręciłem klucz, a następnie wróciłem do łóżka. Skopałem z niego pościel i zdjąłem prześcieradło, żeby pozbyć się odoru wymiocin blondyny. Kiedy uporałem się z brudami, postanowiłem ogarnąć resztę pokoju.
- Skoro zacząłem już sprzątać, to czemu by nie urządzić wielkich porządków? Bo czemu nie? - mruczałem do siebie, gdy odkurzałem nazbierane w kątach pokojów pajęczyny.
Z ponurych rozmyślań wyrwały mnie kilkukrotnie powtórzony dzwonek do drzwi. Odłożyłem na półkę gąbkę, którą w tamtym momencie myłem umywalkę i z ociekającymi wodą rękoma, podszedłem do drzwi. Zajrzałem na korytarz przez oko judasza, ale nic nie zobaczyłem, poza pustymi, pomalowanymi na jasnozielono ścianami. Wzruszyłem ramionami i odwróciłem się, aby z powrotem pójść do łazienki, ale zatrzymał mnie dźwięk dzwonka. Kolejny raz rozbrzmiał w moich uszach, okropnie mnie irytując, dlatego z rozmachem otworzyłem drzwi, żeby uciszyć a najlepiej poddać bolesnym torturom osobę, która odważyła się zakłócić mój dotychczasowy spokój. Na widok nieproszonego gościa, bezczelnie sterczącego przed moim mieszkaniem, usta same ułożyły mi się w słowa:
- Bardzo cię proszę...

***

- Możesz mi do cholery powiedzieć, czemu kazałeś własnemu ojcu opuścić teren swojego mieszkania!? - zaraz po odebraniu połączenia, usłyszałem pełen pretensji, ostry głos matki. Dokładniej rzecz biorąc kazałem mu wypierdalać, ale najwyraźniej mojej cudownej mamusi nie przechodziły przez gardło takie słowa. Szkoda, że kiedy byłem w domu, nie miała oporów przed uczeniem mnie takiego pięknego słownictwa. Oczywiście poprzez określanie mnie różnymi cudownymi epitetami.
- Nie sądzę, aby to była twoja sprawa - odpowiedziałem po chwili wahania, Mimo wszystko to była moja rodzicielka.
- Oczywiście, że to jest moja sprawa! W końcu jesteś moim synem! - z telefonu dobiegały mnie jej zirytowane słowa jednak nie słuchałem matki.
- Nie.
- Nie? - udało mi się ą zdziwić. Pierwszy raz w życiu, brawo dla mnie.
- Nie - potwierdziłem, po czym odsunąłem komórkę od ucha i kliknąłem czerwoną słuchawkę. Doszło do mnie jeszcze pipczenie, powtórzone z trzy razy, a potem zapadła cisza.

<Oli? Opisujesz to tak pięknie, że bałam się, że z własnych doświadczeń xd>

piątek, 27 lipca 2018

Od Yuu CD Oli’ego

Skrzywiłem się okropnie, gdy Oli wstał. Spojrzałem na jego plecy, na których wyraźnie było widac zarys odstających lekko łopatek, ale to nie był powód mojego grymasu. Chłopak miał na sobie jedynie przykrótkawą koszulę szpitalną oraz niepodważalnie był skończonym debilem, a to po dodaniu dało fakt, że bez jakiej kolwiek bielizny, po prostu wstał i wyszedł, na prawo i lewo paradując ze swoją nagą dupą. Obrzydlistwo. Gdy kliknął zawias w drzwiach, w momencie, w którym sie zamknęły, grymas na mojej twarzy pogłębił sie jeszcze bardziej, a ja na wszelki wypadek poprawiłem swoje szare dresy. Przewróciłem się na drugi bok, żeby leżeć tyłem do drzwi i pustego już sąsiadującego mojemu łóżka. Mój spokojny oddech i panująca wokół cisza, przerywana jedynie pyknięciami aparatury, do której byłem przyczepiony, zaczęły mnie usypiać. Po krótkiej chwili mrugania oczami, kiedy to bezskutecznie próbowałem odgonić ogarniające mnie znużenie, głowa bezwiednie opadła mi na twardą poduszkę, a ja odleciałem do krainy snów.

***

Gdy wybudziłem się z jakiegoś iście porąbanego snu, za zasłonami dużego szpitalnego okna było już ciemno. A to przecież wspaniale, ponieważ noc oznaczała, że przegapiłem obiad i zapewne kolację. W moim brzuchu ziały pustki i czułem nieprzyjemne burczenie. Przekląłem soczyście, czując rosnącą irytację. Kiedy próbowałem podnieść się na ręce do pozycji siedzącej, ta nie wytrzymała i drżąc, osunąła się na pościel. Świetnie. Nie tylko byłem głodny, ale też osłabiony. Miałem ochotę zacząć krzyczeć (o ile mógłbym to zrobić ze względu na brak energii), ale wiedziałem, że pielęgniarki, czy inny personel mający dyżur na korytarzu, na pewno by podniosły larum i obudziłyby przy tym połowę szpitala. A zamieszania nad swoją osobą z pewnością nie chciałem. Westchnąłem więc przeciągłe i zacząłem się mościć na mało wygodnym łóżku, co chwila zmieniając pozycję i poprawiając poduszkę pod głową. Kiedy w końcu zasnąłem, los, bądź też inna Niezidentyfikowana Siła Wyższa postanowiła obarczyć mnie jeszcze jednym problemem. Chodzącym, a raczeh kuśtykającym i pięknie klnących problemem. Jeśli dodamy do tego jeszcze fakt, że był to mój blondwłosy wróg numer 1 - a należy zaznaczyć, że od zawsze miałem ich w cholerę - to już wszyscy powinni się domyslić o jakiego dupka chodziło. Westchnąłem przeciągle, gdy z ust chłopaka padła kolejna wiązanka przekleństw, od których czerwoni zrobiliby się nawet byli bądź obecni absolwenci najgorszych więzień. Przez tego idiotę w ciagu kilku sekund całkowicie się rozbudziłem.
- Oli, ja rozumiem, że jesteś głupi, ale że aż tak? Co tym razem zrobiła sobie nasza Księżniczka? - sarknąłem, unosząc się wyżej na poduszkach.
- Nie nazywaj mnie tak - wywarczał. - Uznaj, że schody były przepełnione pacjentami i personelem medycznym, więc wybrałem windę.
Przykładając sobie dłoń zaciśniętą w pięść do ust, próbowałem nie ryknąć śmiechem, bo, powiedzmy sobie szczerze, nie miałem ochoty jeszcze bardziej denerwować Księżniczki. Nie wiadomo co ten wariat kryje pod maską perfekcyjnego cioty. Swoją drogą, doszedłem do wniosku, że mam wyjątkowo dziwne skłonności do wymyślania ludziom przydomków. Niezdara, Księżniczka, kto będzie następny? Popatrzyłem na chłopaka, który z głuchym stęknieciem rzucił się na puste łóżko.
- Cóż... Chyba jesteś na mnie skazany - stwierdził po chwile blond chłopak, poprawiając się na pościeli. Mruknąłem kilka niecenzuralnych słów w odpowiedzi, w duszy przeczuwając, że ten dzień mojego pobytu w szpitalu będzie totalną porażką. Parsknąłem, gdy przypomniał mi się ten program, bajka, czy inne gówno „Wyspa Totalnej Porażki”.
- Na to wygląda - mruknąłem po dłuższej chwili ciszy. Popatrzyłem na zegar wiszący nad drzwiami. Był sterylnie biały, cały poza zielonawymi cyframi oznaczającymi godziny, podobnie jak całe to pomieszczenie. Westchnąłem lekko, obserwując jak sekundowa wskazówka mozolnie przesuwała się po tarczy. Każdy moment ciągnął mi się w nieskończoność, trwając w głuchej ciszy. Nie mając nic innego do roboty, ułożyłem się wygodnie i zacisnąłem powieki, próbując zasnąć. Jednak nie specjalnie mi się to udało, bo już po chwili do mojej głowy wpłynęły setki myśli. Zacząłem się zastanawiać, czy ktoś powiadomił moją matkę, a jeśli tak, to jak ona zareagowała. De facto nie odzywałem się do niej od prawie roku, bo jeszcze przed pójściem do Morgan University wyprowadziłem się z domu i zamieszkałem w wynajętym mieszkaniu na obrzeżach miasta. Przetarłem powieki, ponieważ powoli czułem wszechogarniającą mnie senność. Po niedługim czasie uznałem, że drzemka się mi należy i spokojnie zasnąłem.
Błękit na niebie wręcz raził w o czy, więc przezornie przymknąłem powieki. Uwolnione sie z tego sterylnie czystego pierdla. A to oznaczało, że byłem wolny. Minął już dzień- swoją drogą okropny, przybijających dzień- więc mogłem wrócić do domu... znaczy Morgan.

***
Minęły dwa miesiące odkąd przyjechałem do akademii. Żyło mi się średnio, ale jakoś wytrzymywałem. W końcu oswoiłem się z myślą, że Morgan University stało się moim drugim domem, jednak w duszy wciąż zwymyślałem się od sentymentalnych głupców w rekacji na tego typu idiotyzmy. Z Jacqueline zdarzalo mi się rozmawiać, ale Oli... Z tym błazenowatym blondynem była zupełnie inna sprawa. Rzadko kiedy w ogóle się spotykaliśmy, a jeśli już to przelotem na zatłoczonych akademickich korytarzach. Nie powiem, żebym za nim tęsknił. Z nieco ponurą wizją najbliższej przyszłości- ciemne chmury zbierające się nad uczelnią nawet mnie zepsuły nastrój w ten jescze przed chwilą słoneczny dzień- wyszedłem na dziedziniec. Widząc zatłoczonychh nastolatków pchających się z powrotem do budynków, zrezygnowałem ze spaceru i przysiadłem na ostatnim stopniu schodów. Szybkim ruchem wyjąłem paczkę papierosów z kieszeni i nie przejmując się spojrzeniami, jakie na mnie padały i nadawałyby się do cenzury , gdyby ich znaczenie wydrukować, wyciągnąłem jednego i wsunąłem sobie do ust. Szybko użyłem zapalniczki, by już po chwili zaciągać się przyjemnym, bo tak znajomym uczuciem, koedy to dym zaczyna wypełniać płuca. Westchnąłem przeciągłe i Przymknąłem powieki, jednak nie dane było mi się w spokoju odprężyć. Warknąłem widząc zbliżającego się do mnie jakimś połamanym krokiem Oli’ego. Chłopak wyglądał jak żyrafa próbująca tańczyć balet i zabijająca się o swoje długie nogi. Stłumiłem parsknięcie w obawie przed wyplucie papierosa, bo obecnie miałem problem z ich pozyskiwaniem. Nic nie mówiąc, poprawiłem sie i otrzepalem ciemmą koszulkę z osiągającego na mnie pyłu. Wstałem zanim blondyn zdążył dobiec do schodów i w glorii swojej wysokości, stałem teraz przed nim na podwyższeniu.
- Miyamato, posłuchaj... - wysyczał to tonem, jakiego zapewne używałby bazyliszek, gdyby umiał i mógł mówić. Przewróciłem oczami, czując palące mnie w przełyku rozbawienie.
- Nie, nie mam na to ani czasu ani ochoty - wydałem z siebie bliżej nieokreślony dźwięk przypominające nieco „ghy” i beznamiętnie kontymuowal, bawiąc się każdym słowem - Nie zamierzam marnowac czasu na twoje opowieści, bo egzystujesz w zbyt płytkim brodziku intelektualnym, abym miał siłę nad rozpracowywaniem bzdur, które pleciesz.
Słysząc moje słowa, Oli głośno warknął i patrzył na mnie gorznie, jednak jego spojrzenie nie wywierało na mnie żadnego wrażenia. Spojrzałem na niego, rejestrując pedantyczne, typowe dla niego, perfekcyjne... W sumie wszystko poza samą jego osobą. Idealnie dobranego odcienie idealnie dopasowanych kolorów. Idealny rozmiar idealnie wypracowanych ubrań bez jakiegokolwiek zagięcia, zapewne szytych na miarę idealnie leżących na zapewne idealnym w jego mniemaniu właścicielu. Idealnie zaczesane włosy, z których nie wystawał nawet najmniejszy kosmyk w nieporządaną stronę. To wszystko w połączeniu z idealnie zadartym, bo nie za bardzo, ale też dość wyraźnie, noskiem i idealnym odcieniem idealnych oczu. Cała idealna postawa chłopaka strasznie działa mi na nerwy, chociaż chyba dawałem radę udawać spokój, aby nie mógł tego po mnie poznać. Łagodnym ruchem otwartej ręki przeczesałem swoje skołtunione i odstające na każdą możliwą stronę włosy, zdając sobie sprawę, że w prawie każdym calu byłem przeciwieństwem chłopaka. Szybko zrobiłem w tył zwrot i nie zważając na głośne protesty blondyna, ruszyłem do drzwi akademika, gdzieś po drodze gasząc niedopałek i rzucając peta gdzieś na bruk, pewny, że zbliżający się deszcz w pełni unieszkodliwi papierosa. Otworzyłem masywne drzwi i wpadłem do środka. Sprężystym krokiem dopadłem schodów i zacząłem się wspinać na górę, przeskakując to trzy, to dwa, a czasem nawet co cztery schody. Gdzieś w tyle usłyszałem spokojny głos Oli’ego, który swoją monotonią właśnie udowodnił, jak bardzo przywiązywał uwagę do swojej reputacji, a krzyk w jego wydaniu całkowicie by ją roztrzaskał. Toteż mówił spokojnie i stosunkowo cicho, ale ja mimo bycia już prawie na pierwszym pietrze, słyszałem go dobrze i wyraźnie. Będąc już na pietrze, ruszyłem dalej, żeby w końcu dobrnąć do swojego mieszkania. Numer 21 mignął mi swoim blaskiem przed oczami, jednak o łóżko zajęło moją uwagę bardziej niż tandetny błyszczący napis. Z pasją się na nie rzuciłem, nie kłopocząc się zdjęciem brudnych butów czy poprawieniem zmierzch ubrań, które po gorącym romansie z łóżkiem, całkowicie pomnę. Z rozmachem poruszyłem stopami w ten sposób, aby pozbyc się uciążliwych tenisówek, które z głuchym pluskiem upadły na deski i wkładając w to całą swoją namiętność, skrytą głęboko we mnie, a z której nawet nie zdawałem sobie do końca sprawy, przycisnąłem rozgrzany policzek do przyjemnie chłodnej poduszki. Wybrnka mego serca zachichotała głośno, kiedy po chwili cicho, jakby z powiątpiewaniem, mruknąłem do siebie:
- Zdecydowaniw niw jestem normalny. Przecież ty nie mowisz, prawda? - podniosłem się do siadu i w zamyśleniu robiłem kolka palcem na powierzchni leżącej wciąż poduszki. W odpowiedzi usłyszałem ciche pomrukiwanie, a to nieco... No, dosyć mocno mnie zdezorientowało. - Umówię się najwyżej do psychiatry - mruknąłem jeszcze do siebie, zanim ponownie opadłem w ramiona ukochanej, zagrzebując się w chłodzącej moje ciało pościeli.

<Oli? Co ty na nową miłość Yuu? Doceń te dokładnie 1500 słów, hihi>

środa, 6 czerwca 2018

Od Yuu CD Jacqueline

Przekrzywiłem głowę i spojrzałem na dziewczynę cicho mruczacą do konia. Nie miałem pomysłu, co mogłem zrobić, więc najzwyczajniej w świecie milczałem. Kiedy Jacqueline zaczęła się śmiać, postanowiłem jej dać do zrozumienia, że nie jest sama. Zrobiłem to poprzez głośne chrząknięcie, które w końcu zwróciło uwagę blondynki na mnie. Patrząc w jej przez chwilę zdezorientowane oczy, chciało mi się śmiać. Pragnienie to pogłębiło się jeszcze bardziej, gdy do dziewczyny dotarło, co właściwie się działo i na jej teraz wpłynął grymas niezadowolenia. Zachowywała się jak niewychowanye dzieciak. Znowu. Z dezaprobatą pokręciłem głową.
- Kobieto... - wybaczcie wszystkie kobiety świata za tę obrazę, zaraz się poprawiłem. - Dziewczyno , ile ty właściwie masz lat?
- Kobiet się o wiek nie pyta - prychnęła w odpowiedzi, jednak po chwili, z cierpiętniczą miną, burknęła - Dziewiętnaście. 
Na jej słowa nie wytrzymałem i zacząłem się śmiać. Starsza ode mnie blondynka, wprawdzie tylko o rok, ale jednak ciagle starsza, zachowywała się bardziej dziecinnie, niż ja przez całe życie. A należy pamiętać, że miałemm tendencję do testowania na sobie różnych... Powiedzmy, że dziwnych pomysłów kolegów. Jacqueline spojrzała na mnie spod byka i warknela, jednak nie spotkała się z żadną reakcją z mojej strony- wciąż rżałem głośniej niż Tooru prychający kilka boksów dalej. Kiedy po kilku minutach próby złapania oddechu, udało mi się uspokoić i spojrzeć na wyraźnie zdenerwowaną już dziewczynę.
- Cóż, senpai-chan...
Pozostałości po ojcu i zwyczajach w Japonii wciąż tliły się z tylu mojej głowy, walcząc o pierwszeństwo w moim zachowaniu z amerykańskimi przyzwyczajeniami.
- Zwracam należne honory - mówiąc to skłoniłem się wpół z kpiną wymalowaną na twarzy.
Dziewczyna spojrzała na mnie z uniesioną brwią i ustami uniesionymi na rodzaj krzywego uśmiechu.
- Ja rozumiem, że swoim wątpliwie istniejącym móżdżkiem, sądzisz, że rozmawianie z końmi jest dziecinne. Ale to tylko znaczy, że masz ze swoim wierzchowcem dobry kontakt i jeśli tak cię to drażni, wnisokuję, że sam nie potrafisz utrzymać takiej więzi z koniem - i z uśmiechemm satysfakcji zakończyła swój wywód.
- Ja-cqu-eli-ne-chan - powoli przeliterowałem. - Nie śmieję się z mówienia do zwierząt, bo sam to robię, tylko z twojego zachowania. Choćby te lody - lekko wygiąłem lewy kącik ust, widząc ciwmniejący z każdą chwilą czerwony rumieniec na policzkach dziewczyny. Tę rundę wygrałem i z taką myślą postanowiłem ogłosić swe zwycięstwo całemu światu, to jest jedynie obecnej tu Jacqueline. Złożyłem palce w pistolet i wystrzeliłem w zdziwioną twarz blondynki.
- Wygrałem - parsknąłem radośnie i odwróciłem się na pięcie, kierując się w stronę boksu mojego ogierka. Za sobą usłyszałem jeszcze krzyk dziewczęcego głosu, w którym drgała nutka rozbawienia:
- I kto tu jest dziecinny?,
Roześmiałem się w głos, czując, że mimo wszystko, za odpowiednio dużą opłatą i zapewnieniem bezpłatnych codziennych wizyt u psychologa (czy też psychiatry, bo ta dziewczyna mogła by doprowadzić mnie do czystego szaleństwa), byłbym w stanie znieść jej towarzystwo na dłużej. Czując nadchodzącą chrypkę, chrzaknąłem i kilka razy przełknąłem swoją ślinę, jako że preferuję nawilżone, a nie pieczące, bo wyschnięte gardło. Szybkim krokiem podszedłem do boksu Tooru, który zdążył już wychylić łeb maksymalnie do przodu- do tego stopnia, że chyba to cud sprawił, że jeszcze nie zrobił sobie nic w szyję. Kręcąc głową nad jego głupotą, sprawnie otworzyłem boks i z wcześniej zabranymi szczotkami w ręku, wziąłem się za czyszczenie konia. Rozczesując sklejone włosie i pozbywając się grud błota, których swoją drogą pochodzenia nie mogłem zrozumieć, czułem rosnącą irytację. Kiedy przyszedł czas na czyszczenie kopyt, byłem skłonny zamknąć wyrywającego się ogiera w końskiej izolatce o ile coś takiego istnieje i więcej go nie odwiedzać. Po długich, niezwykle się wlekących minutach udręki i mocowania się z Tooru, w końcu go osiodłałem i mogłem spokojnie, na tyle na ile było to możliwe z tym diabłem, wyprowadzić konia ze stajni. Podporowadziłem ogiera pod ujeżdżalnię i na niego wsiadłem. Wjeżdżając na piasek, omal się nie przewróciłem... Znaczy, nie spadłem z konia. Zatrzymałem Tooru i patrzyłem. Byłem świadkiem pięknego skoku Jacqueline. Kiedy jej koń wrócił na ziemię, płynnie ruszyła kłusem w kierunku kolejnej przeszkody. Zacisnąłem wargi, pewnie do tego stopni, że pobielały i lekko ścisnąłem łydki, aby ruszyć tego andaluzyjskiego diabła z miejsca. Skierowałem się na najbliższą przeszkodę, wcześniej upewniając się, że blondyna kłusowała w zupełnie innej części ujeżdżalni. Zrezygnowałem z planowanych ćwiczeń z Tooru i postanowiłem się rozerwać poprzez skakanie. Zacząłem od niskich przeszkód, stopniowo przechodząc w te średnie. Nie miałem ochoty skakać wysoko, bo czułem jak świat wokół mnie wirował, gdy tylko ogier podrywał kopyta z ziemi. Nie rozumiałem swojej reakcji na dobrze wykonane skoki, ponieważ zazwyczaj wysokość nie sprawiała mi problemu. Czułem palący policzki wstyd przed samym sobą, choć wiedziałem, że i tak nie zarumieniłem się nawet  w najmniejszym stopniu. Delikatnie pociagnąłem za wodze, żeby pohamować Tooru rwącego się do  galopu i przełożyłem je do prawej ręki, aby wolną pociągnąć po twarzy i strzepać osiągające się na niej paprochy. Czując nieopartą chęć kichnięcia, przymknąłem do ust dłoń złożoną w pieść, prawie sobie ją przy tym wpychając do ust, by stłumić dźwięk, który mógłby rozdrażnić lub przestraszyć konie. Minęło pół godziny, a kolejna godzina upłynęła w moim odczuciu jeszcze szybciej. Wyjechałem z ujeżdżalni i podjechałem pod stajnię, zaraz przy tylnym wejściu do niej. Zsunalem się z siodła i wprowadziłem Tooru na korytarz. Po chwili ogier  stał w swoim boskie, a ja szczokowałem jego zlepioną potem sierść. Gdy kopyta zostały wyczyszczone, a sierść była przyjemnie miękka, pożegnałem się z wierzchowcem i wyszedłem z przesiąkniętego zapachem koni miejsca. Leniwym krokiem szedłem przez coś, co chyba było dziedzińcem, kierowałem się do swojego pokoju. Po mękach z wlokącymi się schodami i tłokiem na korytarzach akademika, na drzwiach błysnął mieniący się na srebrno  numer 21 i zaraz później byłem już w domu. Szybko zrzuciłem z siebie ubrania, które z braku sił i chęci na cokolwiek innego rzuciłem na podłogę, a przybrudzony kask wsunąłem pod łóżko. Czułem brud przyklejony do mojego ciała, przylagejące do skóry ubrania i czułem pot z pewnością wsiadający już w pościel, szczególnie w kołdrę, bezpośrednio na której leżałem, dlatego też postanowiłem się umyć. Zgodnie z zamiarem, udałem się do łazienki i szybko zrzuciłem z siebie ubrania, które z głuchym dźwiękiem opadły na wilgotne kafelki. Z kolei ja sam wlazłem pod prysznic i niechętnie puściłem parzącą wodę. Skrzywiłem się, gdy pierwsze krople gradu wody z pluskiem uderzyły o moje ramiona. Wziąłem do ręki żel do mycia ciała i wyciągnąłem nieco na otwraą dłoń. Całe to mydlenie, spłukiwanie i mycie głowy strasznie mi się dłużyło, dlatego kiedy tylko z moich włosów nie lały się już ciurkiem strumienie cieplej wody, a jedynie kąpały w postaci małych lub większych (choć raczej tych dużych) kropli, wybiegłem z łazienki nie zważając na swoje jedyne okrycie, w postaci małego, szorstkiego ku mojej irytacji ręcznika, a raczej jej brak. Szybko otarłem większą cześć ciała i wróciłem do toalety, by wątpliwie na spokojnie poszukać jakiegoś większego ręcznika. Zaraz po tym, gdy takowy znalazłem, usłyszałem dzwonek do drzwi. Zdziwiony uznalem po chwili, że musiała to być jakaś pomyłka, bo mnie nikt nie odwiedzał. Dlatego też zignorowałem odgłos dobijania się do mojego mieszkania i na spokojnie owinąłem duży ręcznik tuż nad linią bioder, a mniejszy zarzuciłem na szyję, by sam zsunął się na ramiona. Słuchałem przyjemnej ciszy, która nastała po chwili i byłem pewien, że gość już sobie poszedł, jednak ta nadzieja zaraz została rozwiana. Nastąpiła salwa pukania o drewno, a następnie kolejna seria dzwonienia dzwonkiem. Przeklinając w myślach natrętnego człowieka, podszedłem do źródła upierdliwych dźwięków i nie zajmując sobie nawet głowy tym, by przez judasza sprawdzić kto stał przed moim mieszkaniem, przekręciłem klucz tkwiący pod klamką i z rozmachem otworzyłem drzwi. I stanąłem, nie przymierzając, jak wryty. Wyczułem jak gęsta była zapanowana atmosfera, więc niewiele myśląc, odsunąłem się w drzwiach, robiąc przejście dla Jaqueline, abyśmy nie musieli stać w tak niezręcznej dla niej sytuacji. A ja? Ja nie miałem się czego wstydzić, toteż nienerwowo wskazałem dziewczynie salon, a ta niezdarnie, jak na nią przystało, usiadła na oparciu siedzenia. Patrzyłem jeszcze przez chwile, jak lekko, stopniowo się z niej zsuwa, by zaraz spaść na podłogę, po czym poszedłem do swojej sypialni. Z szafy wyciągnąłem niezbędną parę bokserek i sięgające mi nieco za kolano szare dresy. Wciągnąłem na siebie przygotowane ubrania, po czym wyszedłem z pomieszczenia i pchnąłem drzwi, aby same się zamknęły. Odczekałem przed nimi aż usłyszę ciche „klik”, a kiedy tak się stało, wróciłem do małego salonu, gdzie blondynka zdążyła się już rozgościć. Krzywiąc się na oparte o koniec szklanego stolika bose stopy, postanowiłem zabrać głos i- w zamyśle- jak najszybciej pozbyć się intruza z mojego domu.
- Mogłabyś mi wytłumaczyć, co u licha robisz w moim mieszkaniu, siedząc bezczelnie na fotelu i zajmując mój cenny czas?
Dziewczyna z dezaprobatą podkręciła głową, po czym zastukala wsakzującym palcem w wysuniętą, to jest dolną wargę.
- Ajć, nieładnie, nieładnie - z cwanym uśmieszkiem spojrzała na mnie spod przymrużonych powiek, a kiedy w odpowiedzi otrzymała moje niezrozumienie, bo naprawdę nierozumiałem o co tej wariatkę mogło chodzić, dodała - A gdzie się podział ten ładny, kulturalny - postawiła nacisk na ostatnie słowie - zwrot do mnie jako starszej osoby? Spodobało mi się - naburmuszona wydała dolną wargę, po czym znowu kilka razy o nią uderzyła.
- Nie ma, zwiał na widok twojej facjaty - mruknąłem. - Przechodź do konkretów. Czego ode mnie chcesz?

<Jacqueline?>

czwartek, 31 maja 2018

Od Yuu CD Oli’ego

Pokręciłem głową, uśmiechając się wrednie.
- Dym aż tak bardzo otumanił ci mózg, że myślisz, iż tak po prostu cię posłucham? - zaśmiałem się, otrzymując w odpowiedzi głuchą ciszę. Głośniej zaniosłem się śmiechem, obserwując, jak na twarzy Oli’ego występuje ciemna czerwień, w niektórych miejscach przechodzącą w mocny, malinowy wręcz róż. Wyglądał tak uroczo... Zaraz, nie. Ty jesteś dupkiem bez serca, a on hetero homofobem. Nic was nie łączy.
- Nawet nie próbuj, Yuu - mruknąłem pod nosem do siebie, wprawiając w osłupienie blondyna. - No co? - warknąłem, gdy po dłuższym czasie zrozumiałem, że niepowołane uszy, uszy Oli’ego dokładniej mówiąc, usłyszały to, co mówiłem w swoim kierunku. - Każdy czasem gada do siebie.
Po tym jakże prawdziwym stwierdzeniu, założyłem na siebie ręce i ze skrzyżowanymi rękami stałem w miejscu, przypatrując się całej gamie emocji, jakie widać było w obliczu chłopaka. Najbardziej wybijała się chyba mieszanina poirytowania i rozbawienia- niezwykle rzadko spotykana mieszanka. Zauważyłem też zdziwienie, którego szczerze mówiąc, jako jedynego się spodziewałem. Przerwałem głuchą ciszę, która boleśnie i bardzo powoli, torturując mnie, zaczęła brzmieć mi w uszach niczym huragan.
- Pierdolę to wszystko. Gadaj - zwróciłem się do coraz bardziej zdumionego chłopaka - co ci strzeliło do tego twojego pustego łba, żeby iść do lasu w czasie, kiedy jest najwięcej pożarów w roku!? - wrzasnąłem, a pacjent po drugiej stronie sali podskoczył przerażony. Gdy już się wybudził i zrozumiał, że nic złego się nie stało, mruknął coś, co brzmiało łudząco podobnie do "Kłócące się pary, nawet w szpitalu. Co to się dzieje, spokojnie odpocząć mi nawet nie dadzą". Warknąłem pod nosem słysząc jego wypowiedź. Zaraz jednak spojrzałem na blondyna.
- Póki jestem delikatny... - pogroziłem mu palcem, zaraz po tym wybuchając histerycznych śmiechem. - Ga-gadaj - powiedziałem, a raczej, by nie zakłamywać rzeczywistości, wydusiłem z siebie przez łzy.
- Byłem... - urwał, mechanicznie zagryzając wargę i wypuszczając ją z zębów. Powtarzał te czynności przynajmniej z dziesięć razy, co oznaczało tylko jedno- zaciął się chłopak. - Natłok myśli w mojej głowie - zaczął kaszleć - robił się coraz bardziej uciążliwy, więc...
Zgiął się w pół, podkurczając nogi i obejmując je rękoma. Spojrzał na mnie swoim żałosnym wzrokiem i aż mi się zrobiło... Parsknąłem niepohamowanym śmiechem i aż zachłysnąłem się powietrzem, próbując unormować oddech, by zaraz później czując ból i niechętnie uświadamiając sobie, że moja przepona nie wytrzyma tak dużej ilości powietrza na raz.
- Cholera - mruknąłem do siebie, gdy już zdołałem się względnie uspokoić. Po chwili, aby zachęcić Oli'ego do dalszego mówienia, dodałem - Kontynuuj, homo- urwałem.
Zapadła niezwykle niezręczna cisza i chłopak z przybitą miną i jakby zamglonymi oczami, bardziej przycisnął nogi do klatki piersiowej, kuląc się.
- Po prostu kontynuuj - odezwałem się, jednocześnie walcząc ze swoim ściśniętym, suchym niczym Sahara gardłem.
- Chciałem pomyśleć i... tak wyszło, że poszedłem do lasu. Spokój, cisza i te sprawy - machnął do mnie ręką, jakby próbując mnie zbyć. Nie pozbędziesz się mnie tak łatwo. Będę cię męczył, dopóki nie wytłumaczysz się z każdego wypowiedzianego słowa i wziętego wdechu. Wszyściutko, ty chuju. 
- I zasnąłeś, a potem wybuchł pożar - dokończyłem za niego, na co blondyn tylko skinął głową. - Powinienem był cię tam zostawić, żebyś się porządnie usmażył. Świeże ludzkie mięsko, prosto z rożna. Zapewne pychota - dodałem po chwili, przykładając dwa palce do ust i cmokając, co miało mniej więcej znaczyć francuskie „mniam”. Oli skrzywił się w odpowiedzi i ostentacyjnie przewrócił oczami. Krzywo się uśmiechnąłem, co jak znam życie, wyszło jak okropny grymas, ale... Tak naprawdę to dobrze. Skinąłem głową, jakby bardziej do siebie, po czym gładko się obróciłem i idąc w stronę wyjścia ze prawie sterylnie czystego pomieszczenia i na odchodne powiedziałem do chłopaka:
- Uważaj na siebie i jak masz dać się zabić, to byle szybko.
Wychodząc z sali zrozumiałem, jak musiał moją wypowiedź odebrać Oli. Coś w rodzaju zdechnij jak najszybciej, ale to nie tak miało brzmieć. Wydźwiękiem moich słów miało być mniej więcej bądź ostrożny i dbaj o siebie, ale ja jak zwykle musiałem spierdolić. Chociaż dla mnie ta wypowiedź miałaby właśnie takie znaczenie, powiedziałem sobie w myślach, że może to nawet lepiej. Musiałem się od niego odseparować, póki jego zgubny wpływ mnie nie zniszczył, zabił powoli i od środka, wewnątrz mnie niszcząc kolejne skrawki mojej osoby. To...
Trzepnąłem się z otartej dłoni w piekący mnie już po chwili policzek, przykładając sobie, aby odgonić myśli zmierzające w coraz głupszym, a w dodatku irracjonalnym kierunku. Westchnąłem i kręcąc głową, szybkim krokiem, poprawka- biegiem- popędziłem w stronę obskurnej, wyraźnie podniszczonej windy. Widok odpadających guzików obrzydził mnie na tyle mocno, że rzez chwilę walczyłem sam ze sobą (obrzucając przy tym samego siebie wyzwiskami- inni ludzie będący w windzie odsuwali się ode mnie z niewiadomego powodu, jakbym był jakimś wariatem), żeby zmusić się do dotknięcia tych rozwalających się rupieci. Gdy w końcu kliknąłem guzik oznaczający parter,  winda ruszyła, a ja na krótki moment mogłem odetchnąć. Słuchając wysokiego gwar rozmów w ciasnym, prawie że przyprawiającym mnie o klaustrofobię pomieszczeni i rytmiczne uderzanie serc w klatkach piersiowych zgrzanych, czerwonych na twarzy i spoconych- co wnioskowałem przez okropny smród unoszący się w powietrzu- lekarzy, czułem coraz większe ogarniające mnie z każdej strony znużenie. A później? Potem było uderzenie, jakby winda się zatrzymała, okropny huk i otumanienie. Mroczki przed oczami spowodowały, że mogłem dostrzec tylko czerń. Wtedy byłem święcie przekonany, że ktoś mnie uderzył czymś ostrym, może na przykład metalową rurą, w kark bądź głowę. Przez te krótkie chwile, podczas których zachowałem przytomność, nie byłem w stanie zlokalizować źródła bólu. Ostatnią rzeczą jaką zrobiłem w pełni świadomie, było spoliczkowanie na oślep jednej z osób, które były w windzie. Jakiś inny idiota, co wywnioskowałem z cichego świstu z ust mężczyzny, pochylił się nade mną i był zdecydowanie za blisko. Swoich oddechem, wdechami dokładniej mówiąc, odbierała mi cenne powietrze, a wydechami wpompowywała we mnie dwutlenek węgla, który coraz bardziej kuł mnie w piersi. Z każdą sekundą tracąc siły i orientację, więc w automatycznym odruchu niechętnie i w dodatku z pewną blokadą wystrzelił rękę w stronę mordujące mnie twarzy, jednak ta zaraz opadła. Gdy twarz nieproszonego "pomocnika" się odsunęła, mogłem spokojnie przestać kontaktować, ze świadomością, że miałem dostęp do tlenu i chociaż to nie przyczyni się do mojej śmierci.

***

Bolało. Tak bardzo bolało. Cholernie mocny, uciążliwy ból rozprzestrzeniał się od ramienia w stronę karku, powodując nieprzyjemne mrowienie. Czyli... Z tym okropnym uczuciem wiąże się tylko jedno. Mrówki. Kurwa, mrówki atakują. Wciąż nie otwierając piekących oczu, z zaciśniętymi powiekami, rozmachnąłem się i wolną- drugą coś blokowało i przyciskało do powierzchni, na której leżałem- ręką uderzyłem powietrze. Nie wyczuwając nic podejrzanego, co mogłoby w jakimkolwiek przypadku przypominać te krwiożercze bestie pod postacią drobnych, niewinnych w swym rozmiarze, ciałek. Wzdrygnąłem się malowniczo, gdy poczułem drażniący moją skórę na zgięciu łokcia z zewnętrznej strony... cholera, która to prawa... lewej ręki chłód. Zacisnąłem mocno powieki, by zaraz je otworzyć. No błagam, tylko nie. Kurwa. To. Wyniosłem oczy ku bladozielonemu sufitowe, prosząc w duchu, aby to były jakieś głupie żarty. Jęcząc cicho i mrucząc pod nosem piękne określenia na sytuację, w jakiej się znalazłem, powtarzałem co chwilę epitety beznadziejności nienadające się do druku i kilka innych równie ciekawych słów. Nie chciałem tego, ba- uważałem, że ktoś tam na górze (czyżby moja sąsiadko, zawsze życząca mi źle, leżała na oddziale piętro wyżej?) pokarał mnie za nic, przez swój wyjątkowo beznadziejny humor. Przewróciłem się na lewy bok, by upewnić się, czy to co myslealem, że blokowało jedną z mych rąk, faktycznie było tym. Okazało się, że niestety, moje przypuszczenia nie okazały się błędnymi. W zgięciu kończyny tkwił wentylator, przypominając mi nieprzyjemne wspomnienia ze szpitalnymi „motylkami” w roli głównej. Skrzywiłem swoją i tak wygiętą już w grymasie twarz, gdy spostrzegłem, że nie tylko miałem nakłucie i byłam przypięty do kroplówki, ale też dostrzegłem małe sińce po najwyraźniej nieumiejętnie wbitych igłach. Wniosek nasuną mi się sam- obecna opieka medyczna zeszła na psy, nie obrażając tych czworonożnych przyjaciół człowieka. Po chwili podniosłem wzrok, aby zlustrować łóżko w drugim kącie i dotarłszy do twarzy jedynego towarzyszącego mi pacjenta, soczyście przekląłem.
- To są jakieś jaja - mruknąłem do siebie, gdy chłopak się poruszył i otworzył wcześniej przymknięte powieki. Oli we własnej homofobicznej, choć się tego zarzekł (o ile coś mi się nie pomieszało) i popierdolonej osobie, zaczął się wiercić i w końcu podniósł się na jednej ręce do pozycji siedzącej. Długo zajęło mu zorientowanie się, że coś było „nie tak”.
- Co do...? - wręcz wysyczał, śląc mi nieprzyjemne spojrzenie.
- A tak sobie przyszedłem poleżeć, bo wiesz, przecież nie mam nic do roboty - sarknąłem i rzuciłem się na poduszkę, zamykając piekące z każdą sekundą mocniej, gałki oczne. Nie musiałem długo czekać na kiepską ripostę.
- To poszukaj innego miejsca do opalania się, bo ta plaża jest już zajęta.
Śmiejąc się pod nosem, pomyślałem krótką chwilkę i otworzyłem ogień:
- Nie sądzę, aby było cię stać na rezerwację - Oli uniósł brew, jakby próbując sobie nadać kpiącego ze mnie, czy też złowieszczego wyglądu.
- Zapewniam cię, że mógłbym kupić cały twój dom razem z tobą i twoją rodziną.
I skurwiel trafił w mój czuły punkt. Skurczylem się w sobie, lekko opuszczając wzrok. Jednak zaraz odzyskałem butę:
- Widać, że jesteś pusty. Nawet ludzkie życie i rodzina nie mają dla ciebie znaczenia, skoro sądzisz, że możesz ich kupić.
Blondyn zaczął coś mruczeć, co niepokojąco przypominało mi miauczenie, ale dodał głośniej, że to przecież nie jego rodzina.

<Oli? Wybacz, że tak długo>

sobota, 12 maja 2018

Od Yuu CD Oli'ego

- Wyjaśnicie mi co do chuja? - wdzięczne pytanie padło z ust blondasia.
- Taaa - mruknąłem, a gdy Anastasia otworzyła otwór gębowy, żeby zacząć nawijać do swojego kochasia, warknąłem - Zamknij się, bekso.
Dziewczyna zdenerwowana na mnie spojrzała, ale przymknęła buzię i pozwoliła mi mówić. Zaczerpnąłem więc powietrza i na jednym wdechu wyparowałem:
- No więc, twoja panienka, swoją drogą masz beznadziejny gust, przyleciała do mnie z płaczem, że podobno źle z tobą, bo dzwoniła do szpitala i się o ciebie pytała. No to ją roztrzęsioną wpakowałem do taksówki i pojechaliśmy tutaj. Na parkingu nastąpił spór, kto płaci przewoźnikowi no i w końcu ta idiotka zgodziła się płacić, co i tak musiała zrobić, bo ona miała ze sobą pieniądze, a ja z kolei nie wziąłem ze sobą żadnych - chłopak przewrócił oczami, a ja zrobiłem szybki wydech i kolejny głęboki wdech. - Później długo kłóciliśmy się z recepcjonistką, która swoją drogą była jebaną suką, o to, czy powie nam gdzie leżysz, czy nie. Za sprawą tej beksy uległa naszym namowom, ale sądzę, że nie chciała, żeby Anastasia zmoczyła jej wszystkie dokumenty...
Dziewczyna obruszyła się i trzepnęła mnie w ramię. Prychnąłem tylko na nią i kontynuowałem:
- Gdy już znaleźliśmy salę numer - podrapałem się po karku - dwieście dwadzieścia-siedem, to sala była zajęta, bo była u ciebie matka. No więc musieliśmy czekać na korytarzu, z czymże Nastia musiała siedzieć, ponieważ była bliska padnięcia mi ze stresu i wyczerpania.
Anastasia mruknęła coś o odwodnieniu po długim płakaniu.
- Słyszeliśmy całą waszą rozmowę, widać że się kochacie - parsknąłem śmiechem. - Swoją drogą świetny tekst o trumnie. Kiedy już sobie poszła, zaczęła na mnie wrzeszczeć, że jej demoralizuję syna. Twoja dziewczyna w końcu się na coś przydała i uspokoiła twoją matkę tłumacząc, że to ona jest twoją... ukochaną. Ona tylko kazała jej udowodnić, dlatego stała teraz w drzwiach, obserwując jak się zachowasz. Chciała się przekonać, czy faktycznie jesteście parą - kiedy skończyłem, odetchnąłem głęboko.
- Stary, ty zostaniesz Eminemem - wykrztusił po chwili Oli. Bardzo ambitny komentarz. Przewróciłem oczami. Miałem jeszcze jedną rzecz do dodania, ale przerwała mi brunetka.
- Oli... Jak się czujesz, kochanie? - przełknąłem gulę w gardle, czując, jak od tych słodkości robi mi się niedobrze. Po chwili migdalenia się, dziewczyna oderwała się od swojego chłopaka i spojrzała na mnie. W kącikach jej oczu widziałem łzy, łzy wzruszenia.
- Chcę tylko coś powiedzieć twojemu kochanemu boy'owi - szepnąłem jej na ucho i gdy Anastasia, najwyraźniej nieco zdziwiona, skinęła głową, spokojnie podszedłem do łóżka, na którym leżał Oli.
- Aha, jeszcze jedno - odezwałem się, czym zwróciłem na siebie uwagę chłopaka. Zaczekałem, aż na mnie spojrzał i kontynuowałem. - Poza tym, bardzo mi miło, że masz taką cudowną opinię o homoseksualistach. Zakładam, że o wszystkich innych odłamach LGBT sądzisz podobnie.
Gdy blondyn otworzył usta, aby odpowiedzieć, może nawet zaprzeczyć, nie dałem mu się odezwać, mówiąc dalej.
- Wiesz co ci powiem? Mam nadzieję, że kiedyś każdy homofob zostanie potraktowany tak, jak on traktował innych od siebie. Że rasiści poczują to samo, co osoby "inne". Że wszyscy, którzy do cholery są głupimi ślepcami, przestaną być szanowani. I jeszcze jedno. Pierdol się.
Zrobiłem szybki w tył zwrot i sztywnym krokiem pomaszerowałem do drzwi. Gdy stałem już w progu, przystanąłem i odwróciłem głowę.
- Najlepiej ze swoją panienką, chuju. W końcu to będzie hetero, prawda? - gorzko się zaśmiałem. - Chociaż nie. Ty jesteś jebaną babą - i z tymi słowami wyszedłem z sterylnie czystej, białej sali.

<Oli? Króciutkie, ale dzięki temu ma swój urok>

środa, 9 maja 2018

Od Yuu CD Oli’ego

- Jak miło - sarknąłem do siebie, gdy Oli’emu podano pierwszą porcję tlenu i chłopak zniknął mi z oczu. - Właśnie dowiedziałem się, że mam chłopaka.
Westchnąłem. To prawda, że byłem panseksualny, co w pewnym sensie jest odłamem biseksualistów, ale proszę. Niech mi niecnego nie wmawiają, bo od tych bredni głowa zaczęła mi pulsować. Dzięki cudownie zidiociałem lekarzowi dowiedziałem się, że mały Oliś nie jest już taką cnotką, na jaką wygląda, tylko kurwą. I tak już to wiedziałem... Zaraz, miałem na myśli, że okazał się być gejem. A ja jestem jego ukochanym, odważnym i dominującym seme, który niczym pierwszorzędny superman ratuje biedne dupsko swojego kochasia przed spłonięciem żywcem. Chyba powinniśmy dokładniej ustalać reguły w naszym nowo narodzonym związku. Mocno zakaszlałem, czując jak moje przepełnione dymem nozdrza, drażni ostry, nienaturalnie intensywny zapach niedaleko rosnących, małej grupce kwiatów. Ich ostre kolory irytowały moje oczy, wciąż widzące czające się za plecami płomienie. Wszystko mnie denerwowało. Wręcz wrzasnąłem z furii, gdy poczułem czyjąś dłoń na ramieniu. Szybko się odwróciłem, chcąc pozbyć się natarczywej osoby i zostać sam. Czułem, że potrzebowałem długiego snu i kilka godzin na spokojne przemyślenie wszystkiego. Bądź co bądź, najprawdopodobniej właśnie uratowałem komuś życie. Gwałtownie strąciłem rękę lekarza, łypiąc na niego nieprzyjaznym spojrzeniem.
- Sądzę, że podobnie jak twój chłopak, powinieneś poddać się chociaż wstępnym badaniom - jego spokojny głos nieco ostudził moje mordercze zamiary. Spojrzałem na niego. Był to ten drugi lekarz, nie owy, który magicznie zeswatał mnie i blondyna. Ale najwyraźniej też odebrał nasze relacje błędnie. Westchnąłem, pozwalając starszemu mężczyźnie kontynuować. - Zakładam, że dosyć dużo czasu w lesie spędziłeś na szukaniu...
- Oli’ego - dopowiedziałem. W odpowiedzi doktor tylko kinął głową. - Nie mam nic przeciwko. Badajcie mnie ile chcecie, ja się poddaję. Dajcie mi tylko spać.
Lekarz lekko się uśmiechnął i zaprowadził mnie do karetki. Posłusznie usiadłem na stołku, który mi wskazał i czekałem. Po dosyć długim czasie u wejścia pojawił się jeden z doktorów i jakaś kobieta. Ona zaczęła mnie pytać o samopoczucie, on zapisywał wszystko, co powiedziałem. Starałem się nie pleść głupstw, ale ciemność przed oczami nie ułatwiała mi prowadzenia sensownej konwersacji. Po chwili zrozumiałem, że nie docierają do mnie słowa kobiety i nie mogąc się dłużej opierać- odpłynąłem w krainę snów.

***

Czas to pojęcie tak bardzo względne. Mówią, że szczęśliwi czasu nie liczą, ale praca i namaszczony tryb życia zmusza każdego człowieka do zerkania na zegarek. Tykającej wskazówki, mała i duża, połączone w rytmie oddzielnej, ale łączącej się melodii. Tik-tak, taki-tak.
Potrząsnąłem głową czując się niezwykle idiotycznie. Zagapiając się w tarczę naściennego zegara, nie miałem nic do roboty. Z nudów zacząłem bawić się w filozofa, rozmyślając jaki jest sens obecnego świata. Potrząsając nagle głową, starałem się odgonić idiotyczny słowotok w myślach. Przetarłem palcami wskazującymi kąciki oczu, pozbywając się uciążliwych paprochów. Z ogólnego stanu, jakim było nierozbudzenie się, a jednocześnie już nie spanie, wyrwało mnie ciche postukiwanie kopyt. Irracjonalną częścią siebie licząc, że to Tooru, zerwałem się z noszy- na których swoją drogą nie wiem jak się znalazłem- i uchylając wyjście, zajrzałem na dwór. Rażące słońce przyjemnie musnęło moją twarz, dając poczucie nikłego ciepła. Rozejrzałem się, natychmiast znajdując źródło dźwięku. Jakaś brunetka jechała na koniu. Była ubrana w strój jeździecki i miała skuloną wręcz posturę. Byłem pewien, że znała Oli’ego i po usłyszeniu wieści o pożarze, martwiła się o blondyna. O ile ktoś wytrzymuje z tym chujem. Mocniej pchnąłem drzwi i spokojnie wyszedłem na zewnątrz. Dziewczyna od razu skierowała swój wzrok na mnie i zawiedziona westchnęła, gdy nie okazałem się być blondwłosym dupkiem. Lekko pociągnęła za wodze, całkiem zatrzymując swojego konia. Zgrabnie z niego zeskoczyła, wcześniej wyjmując stopy ze strzemion i przytrzymując wierzchowca, podeszła do mnie.
- Co z nim?
W odpowiedzi roześmiałem się jej prosto w twarz. Obserwowałem, jak dziewczyna, zdziwiona moim zachowaniem, przystaje i dziwnie mi się przygląda.
- Nie interesuje mnie to - prychnąłem po dłuższym czasie, wciąż sławiąc się śmiechem. Brunetka z dezaprobatą podkręciła głową. Spojrzała na mnie po raz kolejny.
- To ty go uratowałeś - bardziej oznajmiła, niż zapytała. Usłyszała w odpowiedzi zwrotnej „może”. Wzruszyłem ramionami. Staliśmy chwilę w kompletnej ciszy. W pewnym momencie na widoku pojawił się lekarz. Dziewczyna od razu do niego podbiegła, puszczając wodze konia. Mimowolnie je złapałem. Doszły do mnie strzępki rozmowy, w której brunette wypytywała doktora- biedny facet- o Oli’ego. Pokręciłem głową, śmiejąc się pod nosem z ironii sytuacji.
- Ostatnio ciągle się śmieję - powiedziałem sam do siebie, obserwując żywą gestykulację obu rozmówców.
- A kim pani jest? Krewną? - spytał po chwili lekarz. Widząc, że dziewczyna kręci głową w formie zaprzeczenia, oświadczył - Nie wolno mi udzielać informacji o stanie zdrowia pacjenta obcym osobom.
- Jestem jego dziewczyną - jęknęła z błaganiem wymalowanym na twarzy. Lekarz westchnął i po kolejnej wymianie zdań, opowiedział pokrótce, co zaszło i co z blondynem. Roześmiałem się, czując, że łzy, które pojawiły się przez moje rozbawienie, nazbierane w kącikach oczu, powoli wydostają się na zapewne zaczerwienione już policzki. Czując, że zaraz przepona miała mi pęknąć, ryknąłem gromkim śmiechem. Był to dźwięk niezwykle głośny, jednak lekarz nie zwracał na te odgłosy. Jednak w końcu zauważył moją płaczącą ze śmiechu osobę. Natychmiast zostawił brunetkę samej sobie i podszedł do mnie, mrucząc coś o tym, że miałem przebywać w karetce. Mężczyzna zaczął wykład, czemu bez zgody nikogo z personelu nie powinienem opuszczać ambulansu.
- Gdzie Oli? - warknąłem w końcu, gdy już się uspokoiłem i przestałem śmiać. Przewróciłem oczami, mając dość ciągłej paplaniny doktora. Na jego twarz wpłynął leniwy uśmiech, jakby sytuacja sprzed chwili nie miała miejsca.
- W szpitalu - odpowiedział niedługo później lekarz, lekko przyglądając się mojej reakcji. Zachowując kamienną twarz, skinąłem głową, analizując w myślach, jak poważne „obrażenia” musiał mieć. Skoro zabrano go do szpitala, zakładałem, że nie mógł czuć się dobrze, chociaż nie wyglądał źle. Wiadomo, że wymiotował, ale to normalna reakcja na duże ilości dymu- mruczałem do siebie. Szybko pożegnałem się z mężczyzną, puściłem konia, czekając aż przejmie go jego właścicielka i skierowałem się w stronę budynku uniwersytetu. W końcu pod murkiem między akademikiem, a miejscem uczniowskich lekcji, zostawiłem rolki. Na miejscu wziąłem wszystkie zostawione rzeczy i wróciłem do akademika. Czując narastające przytłoczeniu, sięgnąłem po papierosa i wyszedłem na swój balkon. Prostą w wyglądzie zapalniczką, zapaliłem i już po chwili zaciągnąłem się dymem, czując jak przyjemne dreszczowiec przechodzą mnie po karku. Podrapałem go, głównie w przy wystającej u mnie lini kręgosłupa. Wydychając powietrze, wypuściłem z ust ciemnoszare kłęby papierosowego dymu. Wdychając zapach tak bardzo różniący się od woni dymu od żywego ognia, przymknąłem oczy. W tamtej chwili absolutnie nie życzyłem sobie, aby cokolwiek zaburzyło mój spokój, jednak nie dane było mi spokojnie wypalić papierosa. Niechętnie, specjalnie się ociągając, zszedłem z balkonu i podszedłem do drzwi. Zajrzałem przez wizjer, czy jak kiedyś usłyszałem- Judasza. Wciąż z nim w ustach, otworzyłem drzwi, do których ktoś usilnie się dobijał. Nie do końca ktoś, bo od razu poznałem tą drobną posturę.
- Jakbyś zapukała raz, to też by wystarczyło - warknąłem na stojącej w drzwiach dziewczyny. Była to ta sama, która pytała lekarza o swojego rzekomego chłopaka. Wtedy zakładałem, że to jedna z ogłupiałych wielbicielek Oli’ego, lecących na jego pedantyzm i możliwe, że pieniądze chłopaka. Nieproszony gość powtórzył to, co ja zrobiłem jeszcze na polu- podniosła ramiona i powoli, ze złośliwym wyrazem twarzy, opuszczała je. Strasznie mnie to zirytowało, dlatego od razu kazałem się jej streszczać. Krótko rozmawialiśmy, poznałem jej, swoją drogą obrzydliwe, imię i po obserwacji zachowania, pokrótce charakter. W końcu dotarła do najwyraźniej tego tematu, który chciała poruszyć od początku i to, co chciała przekazać mi swoim przynudzającym monologiem, miała zaraz mi wyznać. Chciała przejść do tematu swojego chłopaka, Oli'ego.
- On... Pewnie wiesz co się z nim stało... - wykrztusiła, patrząc na moją reakcję. Z kamienną twarzą pokiwałem głową. Przytakując, jednocześnie dałem jej znak, aby kontynuowała to, co chciała powiedzieć. Miałem nadzieję, że dziewczyna szybko przejdzie do sedna. Na szczęście od razu po prostu wypaliła:
- Dzwoniłam do szpitala, na oddział na którym leży. I... - zawahała się i z przybitą miną obniżyła głos o kilka tonów. - I źle z nim.

<Oli?
Miałam pomysł na więcej, ale to by zepsuło dramat kwestii Nastii. W ogóle przepraszam, że ją w to wplątałam>

poniedziałek, 7 maja 2018

Od Yuu CD Jacqueline

Sobotnim, jakże wczesnym jak na sobotę rankiem, postanowiłem w końcu wstać z łóżka. Było około godziny dziewiątej trzydzieści. A jako iż wstałem lewą nogą, postanowiłem, na uspokojenie, odwiedzić Tooru. Nadal w złym humorze, wyczyściłem i osiodlalem konia, a następnie dosiadłem. Ogier nie protestował- stał spokojnie i dał mi się nim zająć. Najwyraźniej wyczuł, że nawet drobne przewinienie skończy się dla niego źle. Zdecydowałem się na przejażdżkę po okolicach Morgan University, a nie, tak jak zazwyczaj w wypadku złego samopoczucia, ostry trening. Poza tym od dłuższego czasu planowałem „pozwiedzać” posiadłości uniwersytetu, ponieważ jak na razie znałem tylko budynki i las. Dzisiejsza sobota okazała się wyśmienitą okazją na przejażdżkę po najbliższych terenach. Tak więc wcisnąłem łydki, powodując, że Tooru zgodnie z moją wolą, ruszył przed siebie. Jęknąłem, gdy opuchnięte miejsca na nodze w dosyć uciążliwy, bolesny sposób dały o sobie znać. Nie wiedziałem gdzie dokładnie mailem zamiar jechać, więc obrałem losową, asfaltową drogę. Wybrany przeze mnie kierunek okazał się prowadzić przez polną ścieżkę na wzgórze, a dalej w kierunku łąk obficie porośniętych trawą. Delektując się przyjemnym zapachem ziół i mdlącą wonią kwiatów, powoli prowadziłem Tooru. Koń o dziwo nie wyrywał się prawie w ogóle do ziemi, aby podgryźć nieco trawy. Zdziwiło mnie to niezmiernie, ale była to miła niespodzianka. Gdy minąłem łąki, teren zaczął zmieniać się w zabudowania. Po krótkim czasie znajdowałem się już na obrzeżach miasteczka. Sporo o nim słyszałem, głównie słysząc rozmowy uczniów na korytarzach. Najczęściej pojawiały się w wymianie zdań pozytywne recenzje pobliskich kawiarenek i określenie przytulne. Zauważyłem kilka niewielkich sklepów, restaurację z ciepłym wnętrzem i wielki, zdobiony kwiatami baner oznajmiający przybycie cyrku w przyszłym miesiącu. Muszę szczersze przyznać, że spodobał mi się ustrój miasteczka i przede wszystkim- cisza. Cisza jaka tam panowała, niezmącona przez niedyskretne rozmowy, towarzyszyła spokojowi, jaki mnie ogarnął. Zawróciłem Tooru i z wyśmienitym nastrojem wróciłem z nim do Morgan. Po pielęgnacji zostawiłem konia w boksie, zastanawiać się kiedy wyjdzie na pastwisko. Następnie zadzwoniłem po taksówkę. Od mężczyzny obsługującego mnie dowiedziałem się, że auto po mnie będzie za kilkanaście minut. Uznałem, że w tym czasie około piętnastu minut zdążę się ogarnąć po jeździe, więc pognałem w kierunku akademika. Przeskakując po kilka- czasem dwa, czasem trzy czy cztery- schody, szybko znalazłem się pod drzwiami z szlachetnym, złotym napisem, głoszącym numer moich włości. Dwadzieścia jeden było moją szczęśliwą liczbą, dlatego niezmiernie się cieszyłem, gdy dowiedziałem siebie pana Stewart’a pod jakim numerem będę mieszkał w Morgan. Widocznie 21 nie tylko przynosiło mi szczęście, ale też było mi z góry przeznaczone. Westchnąłem, przestając rozmyślać o magicznej w znaczeniu (a przynajmniej dla mnie) liczbie. Zdawałem sobie sprawę, że co chwila odrywając się od rzeczywistości i odpływając myślami, zmarnuję większość czasu, jaki miałem do przybycia taksówki. Jednak ta wiecznie rozleniwioną cząstka mnie podpowiadała mi, niczym cichy głos w głębi duszy, aby zostać w domu, położyć się i rozmyślać. Kusząca propozycja, ale... Miałem takie przeczucie, że w miasteczku wydarzy się coś ciekawego. Mając nadzieję, że wrażenie to nie będzie jedynie głupim wytworem wyobraźni, zebrałem w sobie cały zapał, jaki jeszcze miałem i zacząłem się rozglądać w poszukiwaniu jakichś ciuchów. Po chwili otworzyłem szafę i wyjąłem z niej zieloną koszulę oraz białe, przybrudzone pyłem i kurzem jeansy. Zdjąłem z siebie jeden z posiadanych zestawów do jazdy konnej i rzuciłem go na podłogę przed drzwiami prowadzącymi do łazienki. Ubrałem spodnie, założyłem koszulę i przygładzając ją, założyłem też czarne sportowe buty. Sięgnąłem po telefon i pieniądze. Kilka banknotów wcisnąłem w tylną kieszeń jeansów, natomiast telefon wziąłem do ręki. Zamykając dom przypomniało mi się o Lesii, więc zawróciłem się do domu. Aby niczego jej nie brakowało, wrzuciłem jej kilka smakołyków i obowiązkowo- uzupełniłem wodę. Później już z spokojnym sumieniem wyszedłem z mieszkania, zamknąłem drzwi na klucz i siadając na poręczy schodów, zjechałem. Może i faktem było, że przy zaskakiwaniu z kończącej się na parterze poręczy trochę się poobijałem, ale mimo wszystko doskonale bawiłem się przez te kilka krótkich chwil. Gdy wybiegłem na parking, nieco zziajany, ale też uśmiechnięty, taksówka właśnie zajeżdżała. Przetarłem dłonią czoło, aby nie błyszczały na nim zdradliwe kropelki potu i spokojnym krokiem podszedłem do mężczyzny siedzącego za kierownicą. Widząc mnie, taksówkarz lekko uchylił okno i burknął, abym wsiadał. Obszedłem więc auto i z drugiej strony otworzyłem drzwi. Tyle, że te na tylne siedzenie, bo nigdy nie lubiałam siedzieć obok kierowców. Nawet przy rodzonej matce prowadzącej samochód czułem się nie zręcznie. Tak więc usiadłem i zamknąłem drzwi, które głośno skrzypnęły, gdy je pociągnąłem i jeszcze głośniej kliknęłam, gdy z lekkim „pyk” zderzyły się z ramą samochódu. Po chwili wpatrywania się przed siebie, odezwałem się do już podenerwowanego kierowcy, który odkąd wsiadłem czekał aż wyznaczę mu cel naszej podróży.
- Chcę dostać się do najbliższego od Morgan University miasteczka - gładko oznajmiłem, wyciągając, przeciągając nad swoim ciałem i zapinając czarny, szorstki pas. Taksówkarz mruknął coś, ale nie słyszałem, co mi odpowiedział. Z kolei to, że w ogóle się odezwał, wiedziałem tylko przez drobne poruszenie się jego ramion. Kiedy ruszył, podniósł się i mocno uderzył w sufit auta. Przyjrzałem się dokładniej sylwetce mężczyzny. Bez wątpienia był to tęgi chłop, o masywnej  posturze i dobrze zbudowanym ciele. Ledwo mieścił się za kierownicą, pochylając głowę do przodu i wyciągając kark możliwie najdalej, wyginając go przy tym w nienaturalne pozycje. Z głośnym parsknięcie stwierdziłem w duchu, że na pewno było mu okropnie niewygodnie. Mężczyzn szybko odwrócił głowę i spojrzał na mnie swoimi drobnymi oczyma, zdziwiony, co mogło mnie aż tak rozbawić. Tłumiąc cisnący się na usta śmiech, przymknąłem oczy. Razem z tym działaniem, jakby uszła ze mnie energia życiowa. Mruknąłem niezadowolony, pocierając ręce o drętwiejące nogi. Czując ogarniające mnie znużenie, oparłem prawy policzek o pokrytą naklejkami i przyklejonymi od zewnętrznej strony reklamami szybę. Po żmudnej jeździe przez monotonne pola i pojedyncze zabudowania- głównie gospodarstwa z masą zwierząt hodowlanych- w końcu dotarłem na miejsce. Zapłaciłem wyznaczoną przez faceta cenę i odebrałem resztę. Powiedziałem coś, co miało brzmieć jak „do widzenia”, ale w końcu zrezygnowałem i wyszedł z tego jakiś niezrozumiały pomruk. Zaraz po rozejrzeniu się dookoła siebie, ujrzałem pisturę drobnej- roześmiałem się- postaci, jakże mi znajomej.
- Hej, niezdaro! - krzyknąłem.
Widząc, jak dziewczyna rozmawia przez telefon i mnie ignoruje, mocno się zirytowałem. Usiadłem na krawężniku chodnika i odczekawszy dłuższą chwilę, krzyknąłem znowu. Tym razem wręcz wydarłem sobie płuca. Szybko wstałem i ruszyłem w stronę Jacqueline, która zdążyła już zwrócić na mnie uwagę. Zdawała się być bardzo zdziwiona. Rozchyliła nawet lekko usta, ale wcale nie wyglądała śmiesznie. Powiedziałbym raczej, że niezwykle dziecinnie.
- Hej, nieudaczniku - z zamyślenia wyrwał mnie głos dziewczyny, gdy podszedłem wystarczająco blisko, abyśmy mogli zamienić kilka słów. - Śledzisz mnie, czy jak?
Przez chwilę chciałem odpowiedzieć „Chciałabyś”, ale uznała, że to nie pasowałoby do sytuacji i Jacqueline tyklko by się zirytowała, nie dając mi żadnej satysfakcji.
- Czy jak - odparłem po krótkiej chwili, szczerząc się. W prostocie tkwi siła i ta wypowiedź była tego najlepszym przykładem. Gdyby blondynka chciała mnie oskarżyć o celowe denerwowanie jej, nie mogłaby, ponieważ ja tylko grzecznie odpowiedziałem na jej pytanie, używając słowo w słowo jedną z opcji, jakie dała mi do wyboru. Nic poza tym. Parsknąłem, widząc jak dziewczyna zaczyna się gotować. Wyglądała komicznie i zacząłem żałować, że w odpowiedniej chwili nie wyciągnąłem telefonu i nie zrobiłem jej zdjęcia, dla uchwycenia tego niewątpliwie poprawiającego humor widoku. Odkaszlnąłem, zwracając na siebie uwagę wciąż zdenerwowanej blondi. Spojrzała na mnie, a jej świdrujący wzrok, wręcz krzyczał do mnie, pytając o co chodzi.
- Nie ważne - mruknąłem, trać dłonią obolały kark. Słońce przygrzewało mi głowę i zacząłem mieć mroczki przed oczami, więc wolałem jak najszybciej usunąć się z pola rażenia słońca. - Czekasz na kogoś, że tak sterczysz jak pachołek na wietrze?
Po krótkiej chwili niezręcznej ciszy, gdy już stałem w cieniu razem z Jacqueline, są w końcu odpowiedziała:
- Być może.
Obserwując jej poirytowane oblicze, po prostu zamilkl, pozwalając, aby każde z nas popłynęło z własnymi myślami. Nawet nie zauważyłem, kiedy moja obecna towarzyszka zaczęła mi się przyglądać. Pytająco na nią spojrzałem, na co ta jedynie wzruszyła ramionami.
- A ty co tu robisz?
- Chciałem zwiedzić miasteczko... - urwałem, zastanawiając się jak mogę wytłumaczyć swój pobyt tutaj. - Słyszałem wiele pozytywnych słów o nim, więc chciałem przekonać się na własne oczy.
Idąc przykładem dziewczyny, zrobiłem to, co ona przed kilkoma sekundami, znaczy wzruszyłem ramionami i po szybkim namyśle dodałem:
- Nie mam zwyczaju wierzyć w plotki, czy choćby opinie innych ludzi, póki sam się nie przekonam.
Dziewczyna, zagryzając przy tym dolną wargę, myślała nad moimi słowami, po czym z wolna pokiwała głową. Gdy milczenie trwało już dłuższy czas, zdecydowałem się zapytać o to, co interesowało mnie najbardziej. Spytałem więc, na kogo blondynka czeka, ale- tak jak się spodziewałem- nie chciała mi nic powiedzieć. Męczyłem ją jeszczze długo, zanim w końcu raczyła mi powiedzieć, że umówiła się na spotkanie ze swoją kuzynką. Niejaką Harriet. Skinąłem głową na znak, że rozumiem i nie trudząc się pożegnaniem, odszedłem od Jacqueline, zapewne zostawiając ją w zupełnym osłupieniu. Ruszyłem wolno, ale przyspieszyłem, gdy prawie tuż za sobą usłyszałem kroki. Wątpiłem, aby był to jakiś przestępca, ale wolałem powłóczyć się po okolicy sam. Tak więc wstąpiłem do najbliższej lodziarni i kupiłem największe możliwe lody, decydując się aż na cztery smaki. Owoce leśne, miętę, gorzką czekoladę i słony karmel. Zadowolony wyszedłem z chłodnego budynku, zlizując z wafelka zciekające kropelki. Usłyszałem głośne prychnięcia, więc odwróciłem się w stronę źródła dźwięku. Co jak co, ale nie tego się spodziewałem. Zgodnie ze słowami dziewczyny, powinna teraz miło spędzaj czas ze swoją kuzynką, siedząc przy jakimś stoliku w pobliskiej kawiarence. Jacqueline stała, z rękoma opartymi na biodrach, przy ścianie lodziarni, mierząc mnie lodowatym spojrzeniem. W tamtym momencie prze głowę przeleciała mi niezwykle głupia myśl, że jej wzrok z pewnością był zimniejszy od moich lodów. Zdziwiony przeniosłem spojrzenie na nią.
- Jako gentleman powinieneś mi coś kupić, a sam wziąć porcję, która będzie mała, ale większa od mojej - powiedziała z wyrzutem. Spojrzałem na dziewczynę, jakby co najmniej była kosmitką.
- O czym ty mówisz?
- O tym, że właśnie zaprosiłeś mnie na lody - powiedziała głosem, jakby tłumaczyła coś pięciolatkowi. Zdołałem wydukać „Aha” i zlizać całą porcję karmelu zanim ozdobiły chodnik bursztynową wręcz plamą. Przejechałem kciukiem po karku.
- No to chodź.
Zamówiłem blondynce to, co chwila; tiramisu, karmel i wanilię, po czym zaprlacilem za porcję i z lodami w ręku wróciłem do zadowolonej dziewczyny.

<Jacqueline? Twój pomysł o zapominaniu o żywych kuzynkach zostawiam tobie>

niedziela, 6 maja 2018

Od Yuu CD Oli’ego

Po słabej bójce zostaliśmy odprowadzeni pod nadzorem stajennych do pokoi. A szkoda. Przylałbym pięknisiowi w mordę jeszcze z raz lub dwa i w końcu wygrał do końca.
- I tak nie miał najmniejszych szans - szepnąłem do siebie, padając na łóżko. Niechętnie zsunąłem buty i rozebrałem się, zostając w samych bokserkach. Oblizałem spierzchnięte wargi i poszedłem do łazienki. Zdjąłem bieliznę i rzuciłem ją w kierunku kuszą na brudy. Wszedłem do kabiny prysznicowej, wcześniej upewniwszy się, że na wieszaku czekają na mnie dwa szorstkie ręczniki. Odkręciłem wodę, zaraz potem uregulowałem temperaturę strumienia. Wziąłem trochę żelu i chaotycznie zacząłem rozprowadzać go po ciele. Nałożyłem jeszcze szampon na włosy, kolistym ruchami palców tworząc pianę. Spłukując głowę i resztę swojego prawie idealnego ciałka, zdałem sobie sprawę z faktu, że jestem cholernie głodny. Szybko więc skończyłem prysznic, wytarłem się i ubrałem w losowe ciuchy, leżące na wierzchu szafy, by zaraz zbiec na parter, kierując się do stołówki. Zdążyłem idealnie, bo zaraz potem zaczęły napływać tłumy półgłówków kierowanych w tym kierunki przez wątpliwy instynkt samozachowawczy. Ziewnąłem, z pełną tacką kierując się do jednego ze stołów w oszukiwaniu pustego miejsca, odgrodzonego od radośnie pohukujących grup idiotów, lub piszczących skupisk panienek. Tuż pod oknem, znajdowało się sporo pustych krzeseł, więc usiadłem możliwie najdalej, wręcz stykając się karkiem i ramieniem z niewielkim, plastikowym parapetem. Szybko zjadłem wszystko, co wcześniej zgarnąłem w ramach swojego posiłku i równie błyskawicznie wróciłem do mieszkania. Czekało na mnie miękkie łóżko, długi sen i dzień wolny od zajęć- sobota. Wnioskując, mogłem spać ile dusza zapragnie... Kosztem śniadania, ale co tam. Przed wpakowaniem się pod kołdrę, umyłem jeszcze zęby i przeczesałem mokre włosy. Następnie wróciłem do łóżka i zasnąłem lekkim snem. Mimo licznych koszmarów, spałem spokojnie i nawet nie zorientowałem się, kiedy otwierałem oczy, mrużąc je w obronie przed rażącymi promieniami słońca. Jeśli mam być szczery, odniosłem wrażenie, że te...- zerknąłem na zegar wiszący nad moim biurkiem- jedenaście godzin minęło niczym mrugnięcie okiem. Zorientowałem się, że jeśli się pospieszę, zdążę na zaczęte chwilę temu śniadanie, więc szybko wcisnąłem na siebie krótkie sportowe spodenki, pomarańczową koszulkę i obszerną czarną bluzę z jaskrawym napisem „Nie jestem modelem na wybiegu, przestań się gapić”. Napis znacznie poprawił mi humor, toteż z uśmiechem na ustach ubrałem jasnopomarańczowe adidasy, wyjątkowo nie decydując się na buty sportowe. Gdy już gnałem po schodach, nagle wbiegłem w jakąś postać. Oczywiście, moje szczęście.  W wyniku zderzenia, Oli upadł i potoczył się kilka schodów dalej. Stłumiłem parsknięcie, gdy spojrzałem na chłopaka wygładzającego swój nienagannie biały sweter. Odwróciłem wzrok, ale nie mogłem się powstrzymać i zaraz zerknąłem na Oli’ego. Blondyn, który zdążył już się podnieść, całkiem z resztą zrozumiale, obruszył się, gdy próbowałem stłumić salwę chichotu. W końcu się poddałem i zastąpiłem wciskanie sobie pięści do buzi, zgrabną symulacją ataku kaszlu. Chłopak burknął pod nosem kilka oczerniających mnie epitetów przekleństw i ruszył przed siebie, idąc dalej bez słowa do mnie- do mnie, bo ciągle mruczał coś o bezczelnych idiotach zakłócających jego perfekcyjny dzień. Poczułem się zignorowany, ale po chwili namysłu w drodze na stołówkę, doszedłem do wniosku, że wolę spędzać z nim jak najmniej czasu. Co jak co, ale Oli niezwykle działał mi na nerwy. Dotarłem więc do celu, zjadłem w samotności najważniejszy posiłek podczas dnia. Szybko wróciłem do mieszkania. Zrzuciłem z siebie sztywne buty i, mimo rannego wiatru, ściągnąłem bluzę. Z braku pomysłów na spędzenie jakoś wolnego czasu, wyszedłem na balkon. Stąpając bosymi nogami po zimnych, wilgotnych od osiadłej rosy kafelkach, rozglądałem się na boki. Obserwując piękny pejzaż mieniącego się słońca i lśniących od deszczu, który najwyraźniej przespałem, liści drzew, przyznałem w duchu, że dzień zapowiadał się pięknie. Wróciłem do mieszkania, aby w małej kuchni nastawić wodę do czajnika i przygotować kawę. Sypnąłem dwie łyżeczki i kiedy woda się zagotowała, zalałem napój. Po namyśle dodałem trochę zimnej wody, żeby się nie sparzyć. Uważając na gorące powierzchnie, złapałem za ucho kubka i razem z parującą kawą wyszedłem na balkon. Sącząc gorący napój małymi łyczkami, oparłem się o barierkę i bezwiednie obserwowałem pojedynczych uczniów, pędzących między akademikiem, a stajnią jak małe mrówki zaprzęgnięte do roboty. Gdy dotarł do mnie sens porównania, jakiego użyłem, nie pozostało mi nic innego, jak tylko głośno się roześmiać. Śmiałem się więc dopóki nie rozbolał mnie brzuch i nie zabrakło mi tchu, gdy wykorzystałem już nagromadzone powietrze. Wciąż w dobrym humorze, zamlaskałem i upiłem kolejną porcję kawy, parząc przy tym podniebienie. Lekko skrzywiłem się i jednym haustem wypiłem do końca tak zwany napój bogów. Mnie zawsze się zdawało, że ci greccy pili ambrozję, ale ja się tam nie znam. Odniosłem kubek i wstawiłem do zlewu. Puściłem lekki strumień ciepłej wody. Z gąbką w ręku nalałam do naczynia trochę płynu i zacząłem szorować kubek, wywołując szczypiący w ranki na skórze, białą pianę. Po ekspresowym myciu, opłukałem całą powierzchnię naczynia i odstawiłem na ociekacz, oparłem się o fragment powierzchni obok zlewu, by z lepszego miejsca do obserwacji, wręcz z fascynacją, patrzeć, jak liczne krople wody ściekają z kubka na blat, tworząc strumyczki zmierzające- w większości- ku zlewowi. Po krótkiej chwili obserwacji działania grawitacji w życiu codziennym, podniosłem łokcie z blatu i wróciłem do swojej sypialni, aby przygotować rzeczy do jazdy. Ale, ale. Nie konnej. Postanowiłem najzwyczajniej w świecie pojeździć na ukochanych rolkach. Założyłem więc ochraniacze na kolana, skarpetki i bluzę. W sumie... Zacząłem się zastanawiać po co wcześniej ją zdjąłem i tak myśląc nad sensem swoich działań, chwyciłem parę rolek w dłoń i z telefonem w kieszeni, wyszedłem z mieszkania. Po chwili wróciłem, bo zorientowałem się, że zapomniałem butów. Później już na dobre zamknąłem mieszkanie. Zszedłem po schodach, radośnie nucąc pod nosem. Mocno uderzyłem w drzwi wejściowe- tak, że odbiły się od ściany i ruszyły z podwójną prędkością na mnie. Przytrzymałem więc jedno skrzydło i wybiegłem na pole. Słońce zaatakowało moje oczy, więc lekko je zmrużyłem i podszedłem do najbliższego murku. Usiadłem na nim i zrzuciłem z siebie zwykle buty, zastępując je białymi rolkami. Odbiłem się od murku i już na kółkach stanąłem na chodniku. Lekko się odepchnąłem i ruszyłem nasłonecznioną ścieżką, nie zastanawiając się, dokąd ona tak właściwie prowadzi. Nienerwowo jechałem przed siebie, delektując się chłodnym powiewem wiatru, na tak naprawdę i tak zimnej skórze. Systematyczne ruchy odprężyły mnie, dlatego rozluźniłem się i ruszyłem szybciej. Nie zwracając uwagi na coraz większy tłum na chodnikach, lawirowałem między uczniami, jadąc w przeciwnym kierunku niż większość z nich. Chwilę później byłem już przy lesie, który swoją drogą przypominał mi park. Ciesząc się chwilową samotnością, zwolniłem i jadąc przyglądałem się starym drzewom o rozłożystych koronach, a także tym mniejszym roślinom- zarówno młodym drzewkom pnącym się dopiero ku górze, jak i gęstym krzaczkom, pojedynczym, wiotkim roślinom zielnym czy skrytym głęboko w ściółce grzybom. Skręciłem, aby zgodnie z zamiarem, znaleźć się po drugiej stronie chodnika. Bliżej lasu, wyczuwałem przyjemną woń kwiatów, duszącą wilgoć i... Upadłem na twardy beton, gdy przestałem ruszać wykrzywionymi nogami. Szybko otrzepałem się z gałązek i ziemi. Wstałem, podciągając się na pobliskiej gałęzi wielkiego drzewa. Po raz drugi wciągnąłem w nozdrza podrażniający zapach, w efekcie kichając. Teraz byłem już pewien. Coś paliło się w środku lasu. Szybko zawróciłem w stronę akademika, w między czasie wyjmując telefon. Gdy dojechałem do murku, przebrałem buty i zostawiając rolki oparte o murek, kilkunasty już raz zacząłem dzwonić po straż pożarną. W końcu odebrała jakaś kobieta, łagodnym głosem witając się ze mną.
- Dzień dobry. Ja z Morgan University. Z lasu doszedł do mnie okropny zapach dymu i... - zerknąłem z nieco większej odległości na las - widać już ogień, który pochłania kolejne drzewa.
- Rozumiem. Już powiadomiłam odpowiedni oddział, straż pożarna jest - urwała na chwilę, zakasłała i skończyła - jest już w drodze.
Pokiwałem energicznie głową, zapominając, że kobieta po drugiej stronie telefonu tego nie widzi.
- Dziękuję, do widzenia - po chwili usłyszałem ciche pożegnanie i pipczenie, sygnalizujące koniec rozmowy.
Odetchnąłem i ponownie spojrzałem na najbliższe drzewa. Głośno przełknąłem ślinę, czując jak pocą mi się ręce. Zastanawiałem się co powinienem w zaistniałej sytuacji zrobić. Zostać tu- choćby by pomóc komuś, kto nieszczęśliwym trafem akurat był w lesie, czy pobiec po dyrekcję, czy choćby jakiegoś nauczyciela. W końcu, po krótkiej burzy mózgów w jednoosobowym wydaniu, zdecydowałem się na pozostanie przy lasie. Może nie miałem w zwyczaju pomagać innym osobom, ale nie przesadzajmy. Tu chodziło o ludzkie życie i charakter czy uprzedzenia powinny w tym momencie zniknąć ze sceny. Wiedziałem o tym także ja. Tak więc przycupnąłem na skraju chodnika, czekając aż do moich uszu dojdzie odgłos syreny lub- czego akurat nie chcę- krzyk o pomoc. Czekałem, tracąc przy tym choćby ogólne poczucie czasu. Odniosłem wrażenie, że minęły wieki, kiedy usłyszałem przytłumiony wrzask, gdzieś z głębi lasu. Nie zastanawiając się zbyt długo nad jakimkolwiek planem, wbiegłem do lasu. Słyszałem, jak gałązki trzeszczały mi pod nogami, czułem duszący dym, mimo odległości, wdzierający się do nosa, aby mnie przydusić. Widziałem coś na rodzaj mgły, a jednak zdawałem sobie z prawę z faktu, iż to nie mgła, a kłęby popielatego dymu. Odganiając obłoki od twarzy, tnąc rękami zgęszczone powietrze, dotarłem w końcu na przycmioną mrokiem polanę. Zdawało mi się, że ujrzałem jakąś swetkę, siedzącą, możliwie najbardziej skuloną wręcz w pozycji embrionalnej, na trawie. Podszedłem do postaci, która faktycznie kuliła się, opierając plecami o obszerny pień drzewa. Zmuszając się po raz kolejny do oddychania dymem, który w niczym nie przypominał mi tego z papierosów i kaszląc, zapytałem:
- Od dawna tu jesteś?
Po chwili zdałem sobie sprawę z idiotyzmu tej wypowiedzi, ale już ją wypowiedziałem, więc mogłem tylko czekać na odpowiedź.
- Nie wiem - wychrypiał chłopak. Zdążyłem mu się przyjrzeć i zrozumieć... Oli. Westchnąłem, powtarzając w myślach „Uprzedzenia muszę schować do kieszeni” jak mantrę.
- Chodź - pociągnąłem blondyna za ramię.
Chłopak zachwiał się i lekko oparł na mnie. Po chwili poczuł się lepiej- a przynajmniej takie odniosłem wrażenie- i sam ruszył przed siebie. Szybko go dogoniłem i nakierowałem w odpowiednią stronę. Chłopak w przeciwnym razie wszedłby jeszcze głębiej w las. Zacząłem intensywnie mrugać, czując jak podrażnione przez dym oczy, szczypały mnie niemiłosiernie. Łzy napłynęły mi do oczu, zauważyłem, że Oli’emu także. Gdy w końcu wysiedliśmy z lasu, przysiadłem na chodniku, obserwując, jak chłopak kładzie się na betonie.

<Oli?>

Od Yuu do Jacqueline

Ten dzień miał być porażką. Ale, zaczął się spokojnie. Monotonne bębnienie wody o kabinę prysznica, szczypiący posmak miętowej pasty i miękki materiał ubrań. Wychodząc z mieszkania, złapałem za torbę z książkami i klucze, po czym niechętnie opuściłem swą przystań. Skierowałem się do stajni, niechętnie ogarnąłem Tooru i ruszyłem na trening. Jazda w terenie minęła stosunkowo spokojnie. Po treningu i oporządzeniu konia, wróciłem do mieszkania. Przebrałem się i co chwila ziewając, wolnym krokiem skierowałem się do stołówki. Już z daleka słyszałem zwyczajny zgiełk rozmów. Czułem jak od całego tego hałasu pulsowała mi głowa. Najwyraźniej się nie wsypałem, mimo tych sześciu godzin drzemki. Droga minęła mi niezwykle szybko, więc nawet nie pamiętałem, jak i kiedy znalazłem się przy ladzie stołówki. Odebrałem od starszej pani gruszkę, dwie kromki i pusty kubeczek, wszystko postawione na tacy. Podziękowałem kucharce i podreptałem w stronę akademickiego szwedzkiego stołu. Stanąłem w kolejce i wziąłem sztućce leżące w trzech, równo położonych, wiklinowych koszyczkach. Spojrzałem na fragment stołu, którego obrus był obficie ochlapany wtartym majonezem. Następnie przeniosłem wzrok i spojrzałem na sprawczynię zamieszania, stojącą przede mną blondynkę. Chwilę temu zauważyłem, jak z ukradła mi się przyglądała. Powiedziałbym, że połechtało mnie to w tak zwane męskie ego, ale ja takowego nie mam. W dupie miałem tę dziewczynę, dopóki nie przeszkadza mi w otrzymaniu czegoś, co da się zjeść. Byłem cholernie głodny, zmęczony i poirytowany zachowaniem niezdary. Mieszanka wybuchowa. Przewróciłem oczami i podałem jej chusteczkę, których ta nie miała w zasięgu ręki. Mruknęła coś, co brzmiało jak „poradziłabym sobie sama”. Wytarła, a raczej wtarła w materiał, majonez do końca, wzięła swoją tackę i z żałośnie uniesioną głową, energicznie poszła dalej. Pokiwałem z dezaprobatą głową i nałożyłem sobie trochę żółtego sera. Po dłuższej chwili stania w „wężyku” uczniów, napełnieniu tacki warzywami oraz skrajnego poirytowania, stoły skończyły się i został tylko automat z ciepłą lub gazowaną wodą. Odstawiłem tacę na skraj stołu i napełniłem kubeczek tą z bąbelkami. Następnie, już razem z pełnym posiłkiem, skierowałem się do najbliższego wolnego miejsca. Pech chciał, że nigdy tam nie doszedłem. W pierwszej połowie drogi, rozejrzałem się, mając jakby przeczucie, że zaraz się coś stanie. Właśnie tak się też stało. Nim zdążyłem się zorientować, co się właściwie stało, poczułem kłujący ból w okolicach żeber. Zagryzłem wargę, jakby w zwolnionym tempie widząc, jak blondynka- czemu mnie to nie dziwi?- potknęła się i wbijając mi szklankę pełną pomarańczowego soku w klatkę piersiową, opiera się o moje ramiona. Zaraz później poczułem, jak dziewczyna mnie wręcz popycha i już po chwili siedziałem na zimnej podłodze. Uśmiechnąłem się, widząc jak dziewczyna z grymasem, najwyraźniej bólu, masowała obolałe kości. Wręcz machinalnie zacząłem robić to samo, dociskając dużą dłoń do biodra. Spojrzałem na białą bluzę, na której widniała teraz soczyście pomarańczowa plama. Z byka zerknąłem na zmieszaną dziewczynę. Była to ta sama, która wcześniej rozwaliła ketchup. Przewróciłem oczami, czując, że świat mnie nienawidzi. Że też muszę na swojej drodze spotykać samych idiotów. Najpierw Oli, teraz ona. Rozejrzałem się za tacką, w duchu dziękując, że moja woda nie rozlała się na mnie, tylko... Kurde, liczyłem, że na blondynkę. A było tak blisko. Woda rozlała się tuż przy jej spodniach, pozostawiając je jednak nienaruszenie suche. Westchnąłem i ponownie się rozejrzałem. Przewrócona tacka leżała ‚do góry nogami’, jabłko potoczyło się z pół metra dalej. Kromki oskarżycielsko manifestowały swój gniew, zostawiając plamy po maśle i serze na podłodze, niczym patrzyły na mnie z zawiścią. Cały mój posiłek właśnie poszedł się jebać.
- Uważaj co robisz, księżniczko. Nie każdy będzie tak łagodny jak ja - warknąłem. - Zresztą, jeśli jeszcze kiedyś mnie ubrudzisz - pozwoliłem sobie zrobić lenny’ego - to obiecuję, że zdzielę cię po tym twoim pustym blond łbie.
Dziewczyna prychnęła i lekko się podniosła, otrzepując przy tym spodnie.
- To twoja wina. Wpadłeś na mnie, a ja tylko się ratowałam.
Podniosłem oczy ku górze, prosząc któregoś z bogów o cierpliwość.
- Jasne, wmawiaj sobie. Cóż, żegnam, księżniczko.
Wstałem, szybko zgarnąłem cześć rozwalonego jedzenia i podziękowałem za pomoc sprzątaczce, która zaczęła zbierać resztki. Powiedziałbym, że zrobiło mi się głupio, że starsza kobieta musi coś takiego robić, ale. Wiedziałem, że właśnie na tym polega jej praca i za to też dostaje pieniądze. Chciałem przez chwilę dodać, że jeśli plama się nie spierze, to dziewczyna będzie odkupywać, ale później uznałem, że chcę mieć z nią jak najmniej do czynienia. Zdjąłem tylko bluzę, uśmiechając się pod nosem, gdy usłyszałem kilka głośnych wdechów dziewczyn- przez przypadek podniosłem nieco koszulkę, odsłaniając cześć brzucha. Zawiesiłem bluzę na ugiętej ręce, sięgnąłem po torbę z książkami i z możliwie największą gracją, wyszedłem z obszernej sali. Pierwszy punkt dzisiejszej porażki został odhaczony. Ruszyłem do pokoju, wlekąc się niemiłosiernie, przez narastający z każdą sekundą głód. Uspokoiłem oddech, który stał się coraz szybszy na myśl o dużej kanapce z serem i warzywami. Jezu, głodny człowiek staje się żałosny. Przetarłem oczy wolną ręką i czym prędzej, po wejściu do swojego mieszkania, wparowałem do łazienki. Brudną bluzę wrzuciłem do kosza na pranie, torbę odstawiłem w kąt pomieszczenia, by zaraz przetrzeć całą twarz lodowatą wodą.  Spojrzałem w lustro i omal nie dostałem zawału. Rano zapomniałem założyć soczewkę. Od razu naprawiłem ten karygodny błąd.
- To by tłumaczyło, czemu blondynka nie uciekła ani nie krzyczała na mój widok - mruknąłem sam do siebie, raz po raz uderzając wskazującym palcem w brodę.
Chwyciłem z powrotem torbę i wyszedłem z łazienki. Zgasiłem światło i poszedłem do sypialni, gdzie sprawdziłem plan lekcji. Piątek, pierwsza lekcja... język francuski. Zerknąłem na zegarek- piętnaście po ósmej. Do rozpoczęcia się lekcji miałem nie więcej, niż pięć minut. Obliczając w myślach, czy zdążę, wybiegłem z mieszkania i pospiesznie zamknąłem na klucz. Wybiegając z akademika, zdałem sobie sprawę, że nie wziąłem żadnej bluzy, zamiast tej ubrudzonej. Jednak nie miałem czasu, żeby się wrócić, więc ruszyłem dalej, kierując się do budynku uniwersytetu. Praktycznie równo z dzwonkiem wbiegłem do sali, setne sekundy przed panem Alferdo. Mężczyzna tylko srogo na mnie spojrzał i podszedł do swojego biurka. Cała klasa, w trakcie, gdy nauczyciel szedł przez klasę, wstała i na trzy wyrecytowała „Dzień-do-bry”. Teraz żartowałem. Krótkie dzień dobry wystarczy i na szczęście, pan Alfredo był tego samego zdania.
- Dzień dobry. Siadajcie.
Podczas lekcji, zauważyłem blondynkę. Dziewczyna siedziała z dwie ławki przede mną, w równoległym rzędzie. Oczywiście, sama. Parsknąłem, przez co zaraz zostałem upomniany przez uważnego nauczyciela. Kolejne lekcje minęły dosyć szybko. Około godziny czternastej wyczołgałem się, oczywiście nie dosłownie, a mentalnie, ze szkoły. Wróciłem do mieszkania i niechętnie usiadłem do książek. Szybko odrobiłem zadania, ale była to kwestia pominięcia jednego przedmiotu. Cholerna fizyka. Absolutnie nic z niej nie rozumiałem, choć była oparta na matematyce, z której przecież byłem dobry, jak nie ponadprzeciętny. I to nie tak, że się chwaliłem, po prostu to same fakty. Zostało mi więc tylko zadanie z tego piekielnego przedmiotu. A mówią, że to matematyka jest dziełem szatana. Straszne było tylko to, w jaki sposób pan Jerry nam tłumaczył całe te brednie. Jego zadziwiająco spokojna metoda miała w sobie coś przerażającego. Mniejsza. W tym czasie zaczęło mi buraczek w brzuchu. Wpadłem na stołówkę około piętnaście minut przed jej zamknięciem. Nalałem sobie pełny talerz zupy, zdaje mi się, że to była pomidorowa, po czym pochłonąłem go w mgnieniu oka. Stanąłem do kolejki po drugie danie, ale nie dane było mi go dostać. Wypiła punkt 14:50, panie kucharki poprosiły o dokończenie posiłków i wyjście z sali. Z nadal burczącym brzuchem, przeklinałem moment, w którym zaczytałem się w podręcznik do historii. Mrucząc pod nosem przekleństwa, wróciłem do swojego pokoiku. Rzuciłem się na łóżko, wcześniej nie trudząc nawet zdjęciem butów. Wtedy w głowie zaświtała mi bardzo inteligentna myśl, będąca świetnym sposobem na zbicie nudy, a zarazem pomysłem, jak pozbyć się zirytowania. Z perspektywy czasu- piękny przykład sarkazmu, wtedy- przebłysk mego geniuszu. Postąpiłem więc zgodnie z tym planem, w zasadzie z góry skazanym na porażkę. Podszedłem więc do szafki, na której dumnie prezentowało się terrarium i wyciągnąłem z niego mojego skarbeńka - niewielką tarantulę. Położyłem ją na ziemi i zacząłem się bawić z przestraszonym pająkiem. Zabawa skończyła się, gdy zdenerwowana już, najwyraźniej do granic możliwości, Lesia ugryzła mnie w rękę. Szybko odłożyłem ją do jej mieszkanka. Może i wiedziałem, że jest jeszcze za młoda, żeby jej jadł mógł zrobić mi cokolwiek, ale z rany niezwykle obficie sączyła się krew. Czułem, jak w okolicach nadgarstka lekko zmienia kierunek i spływa aż do łokcia, by z niego w postaci dużych, szkarłatnych kropli, spadać na podłogę. Szybkim krokiem doszedłem do łazienki i odkaziłem ranę. Tłumaczyłem sobie, że to tylko na wszelki wypadek. Później wziąłem pierwszy lepszy bandaż z apteczki, przymknąłem gazę i owinąłem środkową część dłoni. Zawiązałem supeł i wzruszywszy ramionami, poszedłem do mini salonu, a następnie przebrałem się w zestaw do jazdy. Bawiąc się po drodze bacikiem, ruszyłem do stajni. Postanowiłem spędzić trochę czasu z Tooru, na jego pielęgnacji i przygotowaniach. Chciałem spożytkować czas, który został mi do treningu. Gdy w końcu dotarłem do boksu ogiera, przywitałem się z poirytowanymi prychnięciami konia. Z lekkim uśmiechem na ustach, przewróciłem oczami i poklepałem konia po grzbiecie. Wziąłem szczotki Tooru i zacząłem systematycznie wykonywać spokojne ruchy, aby strzepać możliwie najwięcej kurzu. Wziąłem jeszcze plastikową szczotkę, żeby wyczyścić brud sklejający krótką sierść Andaluza. Męczyłem się z nim jeszcze chwilę, lekko oczyściłem kopyta, żeby przyklejona słoma nie przeszkadzała koniu, a co za tym idzie- mi, w trakcie jazdy. Przetarłem oczy i przyniosłem z siodlarni czaprak z żelem, a zaraz potem zrobiłem drugą rundkę po uzdę oraz siodło. Zauważyłem też, że w stajni zebrało się już więcej osób, wszyscy przygotowywali konie do treningów. Założyłem siodło i lekko poprawiłem, jednak wolałem zaczekać z zapinaniem popręgu. Sąsiad Tooru z boksu obok też był oporządzany, przez co ogier irytował się jeszcze bardziej.
- Współpracuj, Tooru. Współpracuj - mruknąłem, gdy ogier znowu szarpnął głową.
Zdjąłem kantar i założyłem uzdę. Gdy większość koni wyszła, dopiąłem i poprawiłem popręg, zapiąłem kask i wyprowadziłem wierzchowca ze stajni. Dołączyłem się do swojej grupy, w drodze na cross.

***

Ziewnąłem i rozmasowałem pulsujące tępym bólem udo. Na treningu Tooru postanowił przeskoczyć przez ogrodzenie, co poskutkowało jego sukcesem i moim upadkiem. Ja rozumiem, że uwielbia skakać, ale bardzo proszę- bez przesady. Warknąłem na myśl o planowanym spacerze. Jedynym pocieszającym faktem był ten, że jutro miała być sobota. W końcu się wyśpię i poleniuchuję. Aha i jeszcze jedno. Za karę będę ćwiczyć z Andaluzem do upadłego. Żeby się cholernie zmęczył. Ziewnąłem po raz drugi i podniosłem się z łóżka. Zerknąłem na zegarek, była równa dwudziesta. Uznałem, że zdążę się obudzić przed końcem kolacji, więc poszedłem spać. Ale było tu jedno kluczowe słowo. Uznałem. A to, co miało się stać, zupełnie odbiegało od tego, co przed drzemką sobie zaplanowałem. Sen miałem mocny i spokojny, można by wręcz rzec, że twardy jak kamień. Kiedy mój mózg zaczął kontaktować i dotarło do mnie, że już nie śpię, na dzień dobry poczułem kłujący ból w lewym oku. Otworzyłem je i wyciągnąłem soczewkę, plując sobie w brodę za moją lekkomyślność. Rozciągnąłem się i poszedłem do łazienki, odłożyć czarną soczewkę. Wracając do sypialni zapaliłem światło, bo coś ciemno było. Dopiero po chwili wpadłem na to, żeby spojrzeć na zegarek- piętnaście po dwudziestej pierwszej. I chuj. Nie zdążyłem na kolację. Warcząc pod nosem o niesprawiedliwym świecie i pustym żołądku, założyłem na siebie bluzę, wziąłem klucze i telefon, chowając je do kieszeni. Mozolnie wiążąc sznurówki granatowych butów, zastanawiałem się, co jutro powinienem poćwiczyć z Tooru. Skupienie i łagodność podczas skoków, czy może nadrobić trochę pozostałe specjalizacje? Zamykając mieszkanie i wychodząc z akademika, dalej nie podjąłem decyzji. Czując znużenie monotonnym obrazem okien budynków, skierowałem się w stronę lasu. Przecierając policzki, założyłem na głowę kaptur, wcisnąłem ręce do kieszeni i ruszyłem przed siebie. Cisza. Chociaż nie. Szelest, całkiem niedaleko. Ciche przekleństwo wypowiedziane tonem, który sugeruje, że osoba klnąca, wolałaby je wykrzyczeć. No ładnie. W moje ramiona wpadła blondyneczka ze stołówki. Zaraz po odbiciu się od mojej klatki, upadła na ziemię pokrytą żwirkiem i wystającymi korzeniami. Musiało boleć. Uśmiechnąłem się na tę myśl, ale zaraz się zreflektowałem. Prychnąłem i z odpowiednią ilością kpiny w każdym słowie, rzuciłem:
- Aż tak przystojny jestem, że chcesz ze mną odgrywać romantyczne sceny z tandetnych filmów? - wyszczerzyłem się widząc, jak dziewczyna wręcz kipi ze złości.

<Jac?>