Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Quinlan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Quinlan. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 października 2017

Od Quinlan CD Williama

Oto ludzie nastał cud! Skończyłam to! 
UWAGA! OSTRZEŻENIE!.. Całkowicie zrypałam to opowiadanie, a do tego najważniejsze sceny to jakaś masakra... Więc... Czytacie to na własną odpowiedzialność...! Plus... Nawet tego nie sprawdzałam chcąc jak najszybciej wrzucić więc przepraszam za wszelakie błędy, nieścisłości, głupie, bezsensowne momenty itp. itd.

Poczułam natarczywe lizanie po twarzy. Zaspana, zaczęłam odpychać jego źródło dłonią. Po chwili jednak zostałam zmuszona do otwarcia oczu. Jęknęłam czując ból głowy. Nie pomagało to, że nagle Senshi zaczął szczekać. Na mej twarzy pojawił się grymas. Jęcząc co chwilę poszłam do łazienki. Odnalazłam tam apteczkę, z której wyciągnęłam tabletki przeciwbólowe. Zgarnęłam jeszcze pierwszy lepszy kubek, do którego nalałam wody z kranu i wzięłam leki. Potarłam palcami skronie z nadzieją, że szybko zadziałają te tabletki i ból zniknie. Zdecydowanie kac nie jest dla mnie. Mogłam wczoraj tyle nie pić. Całe szczęście, że spakowałam się wczoraj rano. Nie wiem jak dałabym radę zrobić to teraz. Po chwili wyszłam z łazienki, pozostawiając wszystko samemu sobie, czyli po prostu zostawiając tam bałagan. Usiadłam na łóżku i spojrzałam na zegar wiszący na ścianie. Wskazywał on godzinę szóstą. Miałam jeszcze cztery godziny do lotu. No to jeszcze mam czas… Położyłam się na łóżku i zamknęłam oczy. W duchu prosiłam aby jak najszybciej przestała mnie boleć głowa. Pół godziny później tabletki w końcu zaczęły działać. Wtedy też postanowiłam zacząć się szykować. Zabrałam ubrania, które miałam naszykowane i ruszyłam do łazienki. Widząc bałagan jaki tam zostawiłam jedynie jęknęłam. Ociągając się zaczęłam sprzątać. Na szczęście nie zajęło mi to długo i już po dziesięciu minutach mogłam dalej się szykować. Z tym także raczej dość szybko się uwinęłam. Gotowa wyszłam z łazienki i sprawdziłam godzinę. Siódma rano. Westchnęłam i zabrałam torbę z rzeczami Hope oraz Senshiego. Zawołałam psiaki i poszłam zaprowadzić je do pokoju Harry’ego. To właśnie moi bracia mieli się nimi zająć podczas mego wyjazdu. Już po pięciu minutach wracałam do siebie. No cóż… Wolałam nie siedzieć tam za długo, bo jeszcze zaczęłabym płakać… Szczególnie widząc załamanego młodszego brata. Byłam już pod mymi drzwiami gdy coś mnie “natchnęło”. Od razu zmieniłam zdanie i ruszyłam wzdłuż korytarza. Chciałam pożegnać się z Willem. W końcu ostatnio nie wyszło to tak jak trzeba. Jedyne co, to upiliśmy się. Westchnęłam stając naprzeciwko drzwi z numerem dwa. Uniosłem dłoń lekko zaciśniętą do góry. Na chwilę zatrzymałam się nic nie robiąc. Czy ja na pewno dobrze robię będąc tutaj? Tak. Muszę się z nim pożegnać. Z tą myślą już bez wahania zapukałam do drzwi. Jeden raz. Nic. Drugi. Znowu cisza. Trzeci. Nadal brak reakcji. Niepewnie spróbowałam otworzyć drzwi. To też na nic się zdało. Były zamknięte na klucz.
- Nie ma go… - wymamrotałam cicho i spuściłam głowę.
Zawiedziona wróciłam do swego pokoju. Było tu teraz tak… pusto… Większość mych rzeczy spakowałam, bo nie wiedziałam kiedy wrócę. Usiadłam na łóżku. Nie robiłam niczego szczególnego. Nawet o niczym takim nie myślałam. Jedyne co, to patrzyłam się tępo na ścianę, a w mej głowie była tylko jedna myśl. Nie było go… Sama nie wiem ile dokładnie tak przesiedziałam. Jednak z letargu wyciągnęło mnie głośno “brzęczenie”. Spojrzałam na bok. Na szafce nocnej leżał mój telefon. Alarm się włączył. Wzięłam go niepewnie do dłoni i zmarszczyłam brwi. Zaczęłam czytać jego nazwę, bo niezbyt kojarzyłam czemu dzwonił. “Wyjazd na lotnisko”. Westchnęłam jedynie. Wstałam i schowałam telefon do kieszeni w spodniach. Zarzuciłam torbę sportową na ramię i chwyciłam za rączkę walizki.  Jeszcze ostatni raz rozejrzałam się po mym aktualnie prawie pustym pokoju. Był on teraz taki… bez życia. Jednak nie czas aby rozwodzić się nad tym. Czas jechać. Szybko wyszłam z pokoju i zamknęłam go na klucz, który następnie poszłam odnieść do sekretariatu. Następnie wyszłam przed budynek. Ruszyłam w kierunku parkingu. Widziałam w oddali, taksówkę, która już na mnie czekała, po tym jak wczoraj ją “zarezerwowałam”. Stanęłam kilka metrów od pojazdu i odwróciłam się jeszcze raz przodem do całego Morgan University. Będzie mi brakowało tego miejsca… A szczególnie niektórych osób… Westchnęłam i zamknęłam oczy. Wzięłam głęboki wdech i ciężko wypuściłam powietrze. Czas na mnie… Otworzyłam oczy i znowu skierowałam się w stronę taksówki. Zaraz z pojazdu wyszedł kierowca. Wyglądał na jakieś trzydzieści lat. Pomógł mi zapakować bagaże, a następnie oboje wsiedliśmy do samochodu. On z przodu, a ja z tyłu. Po chwili ruszyliśmy… Calutką drogę do Londynu na lotnisko, moją głowę zaprzątały myśli o Willu. Jak mogłam wczoraj być taka głupia i zamiast pożegnać się z przyjacielem, to wolałam się upić. Sama nie mogłam uwierzyć w swoją głupotę. A teraz… Przez to wszystko nawet nie zdążyłam się z nim pożegnać. Głupia, samolubna Quinn. Jak mogłaś. Westchnęłam i oparłam głowę o szybę. Nie chciałam już o tym myśleć. To mnie wykańczało. Wyrzuty sumienia to chyba najgorsza rzecz jaka może się przytrafić człowiekowi. Sama nie wiem ile minęło zanim dotarliśmy na miejsce. Po wyciągnięciu moich bagaży, zapłaciłam i pożegnałam się z kierowcą taksówki. Odwróciłam się przodem do lotniska.Na mej twarzy pojawił się krzywy uśmiech. Ech… Czas na mnie. Chwyciłam mocniej rączkę od walizki i powoli ruszyłam przed siebie…. [malutki przeskok w czasie].... W końcu nadszedł ten moment. Wejście do samolotu. Szłam za innymi pasażerami, co jakiś czas rozglądając się wokół. Po chwili znalazłam się w środku ogromnej maszyny. Odszukałam swe miejsce, które znajdowało się akurat przy oknie. Z westchnięciem opadłam na siedzenie, zapięłam pasy i oparłam głowę o szybę. Żegnaj Anglio. Żegnaj Will. Witaj Irlandio. Witajcie rodzice i Beatrice....
~*~*~*~*~*~
Była godzina dwunasta, gdy w końcu dotarłam na miejsce. Stałam przed mym rodzinnym domem, jedynie wpatrując się pustym wzrokiem w drzwi. Zastanawiałam się czy powinnam zapukać bądź zadzwonić czy może po prostu otworzyć sobie sama. W końcu nie było mnie tutaj od Bożego Narodzenia... Po tym jak minęło około dziesięć minut, zdecydowałam się wybrać na początku pierwszą opcję. Przyłożyłam prawą dłoń, zwiniętą w pięść do drzwi. Następnie ostrożnie zapukałam. Trzy razy jak to miałam w zwyczaju. Zero odzewu. No to trzeba sobie samemu otworzyć. Westchnęłam i zaczęłam przeszukiwać torbę sportową, chcąc odnaleźć klucze od domu. Po chwili udało mi się wyciągnąć je z samego dna bagażu. Włożyłam je do zamka w drzwiach i przekręciłam. Zaraz ustąpiły i lekko uchyliłam drewnianą konstrukcję. Od razu przy mym boku znalazł się mój kochany trzyłapek. Zamruczał, ocierając się o me nogi. Na mych ustach pojawił się delikatny uśmiech. Odstawiłam bagaże na bok i szybko ściągnęłam buty. Wzięłam kota na ręce i skierowałam się w głąb domu.
- Nawet nie wiesz jak bardzo za tobą tęskniłam mały - wyszeptałam lekko przytulając go.
Ten jedynie głośniej zamruczał na ten gest. Najpierw zajrzałam do salonu. Pusto. W kuchni również nikogo nie było. Sypialnia moja, chłopaków oraz ta rodziców też. Postanowiłam więc jeszcze sprawdzić pokój Beatrice. Zapukałam, ale nic nie usłyszałam. Uchyliłam trochę drzwi. Tam też nikogo nie było. Czyżby ma siostra mimo tych wszystkich wydarzeń normalnie poszła do szkoły? To do niej niepodobne… Zawsze wszystko przeżywała najbardziej z nas wszystkich. Westchnęłam i odstawiłam kota na ziemię. Wróciłam się do przedpokoju, skąd zabrałam swe bagaże i zaniosłam je do mojego pokoju. Nic się tam nie zmieniło przez te kilka miesięcy. No może był trochę czystszy, ale to szczegół. Położyłam się na łóżku i wyciągnęłam telefon z kieszeni. Odblokowałam go i szybko wybrałam numer do Beatrice. Przyłożyłam urządzenie do ucha i czekałam. Jeden sygnał. Drugi sygnał. Trzeci sygnał. Czwarty…
- H-halo? - wnet usłyszałam drżący głos mej młodszej siostry.
- Beatrice? Siostrzyczko, gdzie jesteś? - zapytałam od razu, chcąc mieć pewność, że jest bezpieczna.
- W-w szpi-pitalu. Z ro-rodzicami - wymamrotała.
- Za niedługo tam będę. Wyślij mi adres szpitala - powiedziałam jedynie i rozłączyłam się.
Od razu wróciłam na korytarz. Szybko założyłam buty i zarzuciłam na siebie kurtkę. Wyszłam z domu i zamknęłam go na klucz. Ruszyłam szybkim krokiem w kierunku postoju taksówek. Zazwyczaj była tam przynajmniej jedna wolna. Gdy byłam prawie na miejscu, poczułam wibracje telefonu. To była wiadomość od Beatrice. Wysłała mi adres szpitala, w którym leżeli nasi rodzice. Szybko podeszłam do pierwszej wolnej taksówki i wsiadłam do niej. Powiedziałam kierowcy gdzie ma jechać i już po chwili ruszyliśmy.
~*~*~*~*~*~
Szybkim krokiem weszłam do szpitala. Od razu skierowałam się do rejestracji. Niestety musiałam poczekać chwilę, bo przede mną było jeszcze kilka osób. To kilka minut dłużyło mi się niesłychanie. Chciałam w końcu dowiedzieć się gdzie znajdę rodziców… A z tego co widzę to tutaj niezłe ploteczki się odbywają. Pani z rejestracji zamiast zajmować się czymś ważnym po prostu śmiała się wraz z jakąś kobietą. Wywróciłam oczami i westchnęłam.
- Przepraszam? Mogłaby pani zakończyć to bezsensowne gadanie i powiedzieć mi gdzie znajdę mych rodziców? - zapytałam już nieźle poirytowana.
Kobieta tylko prychnęła na me słowa, ale z ociąganiem się odezwała.
- Nazwisko? - zapytała obojętnie.
- Squarepants. Samantha i Arthur Squarepants - powiedziałam szybko.
- Trzecie piętro. Sala trzysta piętnaście i trzysta szesnaście - odpowiedziała po chwili.
- Dziękuję - rzuciłam jedynie i już mnie nie było.
Nie chcąc czekać nie wiadomo ile na windę, pobiegłam schodami. Przeskakiwałam co drugi schodek. Musiałam jak najszybciej dostać się do rodziców i Beatrice. Trochę zdyszana w końcu udało mi się wejść na trzecie piętro. Już powoli zaczęłam iść przez korytarz, sprawdzając jakie sale mijam. Trzysta trzynaście… Trzysta czternaście… Jest! Trzysta piętnaście! Dopiero teraz postanowiłam rozejrzeć się wokół. Zaraz zauważyłam Beatrcie, która stała obok mnie. Można powiedzieć, że była niemal że przyklejona do szyby, która oddzielała korytarz od sali, w której znajdował się… Spojrzałam przez szklaną powłokę, który z mych rodziców leżał na tej sali. Była to moja mama. Wzięłam głęboki wdech i podeszłam bliżej Beatrice.
- Cześć siostrzyczko - powiedziałam cicho, lekko się uśmiechając i położyłam jej dłoń na ramieniu.
Dopiero po chwili Trice odwróciła się w moją stronę. Jednak nic nie odpowiedziała. Widziałam w jej oczach smutek. Bez słowa przytuliłam ją. Ta tylko odetchnęła i wtuliła się we mnie. Stałyśmy tak przez kilka minut w całkowitej ciszy. Westchnęłam i mocniej ją przytuliłam, próbując jakoś mentalnie ją wesprzeć. Po chwili oderwałyśmy się od siebie.
- I jak z rodzicami? - zapytałam cicho.
- Obydwoje nadal są w śpiączce, ale ich stan jest stabilny - wymamrotała ma siostra.
- Tyle dobrze, że nie zagraża jak na razie nic ich życiu - powiedziałam pod nosem.
Przez chwilę jeszcze stałyśmy obserwując przez szyby rodziców. Jednak no cóż. Nie mogłyśmy tak spędzić całego dnia. W końcu trzeba było wrócić do domu. Nie było to łatwe. Beatrice za wszelką cenę chciała pozostać w szpitalu. Jednak po długich namowach udało mi się ją nakłonić do powrotu. Oczywiście musiałam jej obiecać, że na następny dzień z rana wrócimy tu z powrotem. Po chwili byłyśmy już w drodze do domu.
~*~*~*~*~*~
Otworzyłam drzwi wejściowe. Najpierw przepuściłam Trice, a dopiero potem sama weszłam do środka. Zanim zdążyłam się rozebrać już usłyszałam trzask drzwi. Najprawdopodobniej tych od pokoju mej siostry. Westchnęłam tylko i ściągnęłam buty. Od razu skierowałam się do kuchni. Tam wstawiłam wodę. Wzięłam z szafki dwa kubki. Do jednego dałam herbatę o smaku owoców leśnych, a do drugiego tą cytrynową. Gdy czajnik zaczął gwizdać, zabrałam go i zalałam kubki gorącą wodą. Następnie odstawiłam go na bok i zabrałam napoje ze sobą. Powoli szłam w kierunku pokoju Beatrice. Sama nie wiem jakim cudem, ale udało mi się zapukać i nie rozlać nic przy okazji. Usłyszałam tylko ciche "proszę". Ostrożnie weszłam do środka i rozejrzałam się po pokoju. Trice siedziała na podłodze przy ścianie. Nie mogłam dokładnie powiedzieć jak się czuła, bo miała spuszczoną głowę. Ale zgadywałam, że nie było z nią za dobrze. Odstawiłam kubki na biurko i podeszłam do niej. Usiadłam obok swej siostry. Bez słowa przytuliłam ją. Ta tylko pochyliła lekko głowę na bok, opierając się o mą klatkę piersiową. Westchnęłam i pocałowałam ją w czoło. To będzie naprawdę ciężki okres dla nas...
~*~*~*~*~*~
Od mego przyjazdu do Irlandii minęło już dobre kilka tygodni. Sytuacja w domu w miarę się ustatkowała. Mama już się wybudziła ze śpiączki i za dwa dni będzie mogła wrócić do nas. Tata niestety jeszcze nie, ale jesteśmy dobrej myśli. W między czasie także Tiago wraz z Harry'm przyjechali do domu rodzinnego. Życie toczyło się dalej. Można powiedzieć, że w tym czasie mój dzień podzielił się na cztery części. Jedna należała do wizyt u rodziców. Druga to zajmowanie się Beatrice i Harry'm... Pocieszanie ich... Próbowanie sprawić aby tak bardzo się nie martwili. Trzecia należała do Quini Questro. Pewnego bardzo energicznego przedstawiciela koni Appaloosa. Musiałam trochę utemperować jego charakterek. Był nowy u nas. Niby miał się zająć nim mój tata. No ale... Wypadek mu na to nie pozwolił. Z tego co dowiedziałam się od mamy, miał on być potem prezentem dla mnie. Natomiast czwarta część dnia... Ta część odbywała się zazwyczaj wieczorami i dotyczyła po prostu mych myśli. Przez ten dość długi czas zaczęłam trochę tęsknić za Willem, którego zostawiłam w akademii. Zastanawiałam się na czym my stoimy.... Kim jesteśmy... Znajomi, koledzy, przyjaciele czy może coś więcej? Próbowałam odkryć jak to wyglądało z mojej strony. Jakie były moje odczucia względem jego...
~*~*~*~*~*~
Nastał kolejny wieczór. Przebrana w fioletową koszulę nocną leżałam na łóżku. Ręce miałam spleciona pod głową, a nogi skrzyżowane w kostkach. Patrzyłam się tępym wzorkiem w sufit. Jak co wieczór rozmyślałam o Williamie. Musiałam w końcu zdecydować się. Co tak naprawdę dzieje się w mojej głowie... Powoli zaczęłam analizować najróżniejsze sytuacje z mego życia... Zaczynając od poznania się z chłopakiem. Jako jeden z niewielu nie patrzył na mą opinię. Mimo, że inni ostrzegali go, że nie powinien się ze mną zadawać. Will nadal chciał mnie poznać. A ja... To było dla naprawdę miłe wydarzenie. Byłam szczęśliwa, że ktoś nie patrzy tylko na opinie innych... W późniejszym czasie można powiedzieć, że... no było dość ciekawie. Uwielbiałam przebywać w jego towarzystwie. Można powiedzieć, że czułam się po prostu swobodnie. Byłam sobą. Nie udawałam nikogo. Pamiętałam sytuację z czasu balu bożonarodzeniowego. To było urocze jak bardzo William starał się gdy chciał mnie na niego zaprosić. Zrobiło mi się ciepło na sercu wspominając ten czas. Potem coraz częściej miewałam tak zwane motyle w brzuchu... Wtedy jeszcze nie byłam świadoma, że to one, ale teraz byłam już tego pewna. Czy to możliwe... Czy mogłabym się w nim zakochać? Jeszcze raz zaczęłam analizować wszystko od początku. Z każdym wspomnieniem na mych ustach pojawiał się coraz szerszy uśmiech. Jednak nadal nie byłam stuprocentowo pewna swych uczuć. Musiałam się upewnić jakoś. Ta niepewność... Bezradność zżerała mnie od środka. Potrzebne mi było coś co upewni mnie w mych uczuciach.... Wtedy to zdecydowałam się na nagły zwrot akcji.
- Muszę wrócić do akademii - wymamrotałam pod nosem.
Momentalnie wyskoczyłam z łóżka i odszukałam na torby. Zaczęłam jak najszybciej się pakować. Gdy minęło pół godziny byłam gotowa.  Ubrana byłam w zwykły podkoszulek i dżinsy. Sprawdziłam jeszcze raz czy wszystko zabrałam. Tak. To powinno być wszystko. Gotowa wyszłam na korytarz. Byłam w trakcie ubierania butów gdy nagle, nie wiadomo skąd, obok mnie pojawił się Tiago.
- Quinn... Co ty robisz? Czemu tu stoją twe bagaże? - zapytał, patrząc na mnie zdezorientowany.
- Ja... Musze jak najszybciej wrócić do akademii - wymamrotałam, dalej się ubierając.
- Ale dlaczego? Co się dzieje?
- Nie zrozumiesz... Po prostu muszę - powiedziałam i już ubrana odwróciłam się przodem do niego. - Naprawdę muszę to zrobić. Przepraszam, że zostawiam cię samego z tym wszystkim. Postaram się wrócić do was jak najszybciej, ale najpierw muszę załatwić wszystkie sprawy w akademii. Żegnaj braciszku - dodałam i przytuliłam chłopaka.
- Eh... Rób co musisz. Kocham cię - usłyszałam cichy głos mego brata.
- Dziękuję. Też cię kocham, ale już muszę lecieć. Pa - powiedziałam i już mnie nie było.
Niedługo potem byłam na lotnisku czekając na najbliższy lot do Anglii....
~*~*~*~*~*~
Oczywiście wszystkie me środki transportu po spóźniały się, a w trakcie jazdy do akademii utknęliśmy w korku na dobre kilka godzin. Na teren Morgan University trafiłam około godziny dziesiątej rano. Przemierzałam korytarze akademika. Wszyscy rozmawiali o jakimś balu. Nie wiedziałam zbytnio, o co chodziło przez co byłam dość zdezorientowana. Jednak po chwili wszystko się wyjaśniło. Na tablicy ogłoszeń wisiał dość spory plakat. Dzisiaj miał się odbyć bal przebierańców. Każda grupa z treningów miała kilka wariantów przebrań do wyboru. Powinnam na niego pójść? W sumie... Czemu nie? Może wtedy uda mi się odnaleźć Willa, bo jak do tej pory jeszcze go nie widziałam, a jak pytałam innych uczniów to podobnież gdzieś wcześnie rano wyszedł i nadal nie wrócił. Westchnęłam i po chwili odnalazłam się w mym pokoju. Odłożyłam swe rzeczy obok drzwi i od razu ulotniłam się z pomieszczenia. W końcu musiałam jeszcze zabrać do siebie me ukochane psiaki, które to wylądowały u Noaha. Miałam tylko nadzieję, że dobrze się nimi zajmował...
~*~*~*~*~*~
Spóźniona wręcz biegłam w kierunku sali. Oczywiście musiałam pomylić godziny. Bal za pewne trwał już od około pół godziny. Kiedy dotarłam do drzwi, przystanęłam na chwilę. Wzięłam głęboki wdech, poprawiłam spódniczkę oraz przeczesałam ręką głosy. Dam radę. Ostrożnie otworzyłam drzwi i niepewnym krokiem weszłam do pomieszczenia. Rozejrzałam się wokół. Panował tu ogromny tłok. Jednak to co przykuło mą uwagę to scena. Stał na niej William wraz z tym swoim kolegą i aktualnie śpiewali jakiś miks piosenek. Zaczęłam powoli przedzierać się przez tłum aby stanąć bliżej. Stanęłam mniej więcej w połowie sali. Wpatrywałam się w Willa, wsłuchując się w to co śpiewał. Potem nastąpiły jeszcze dwie piosenki. Po zakończeniu występu William szybko zbiegł ze sceny. Widziałam jak przepychał się pomiędzy ludźmi, rozglądając się gorączkowo wokół. Po chwili postanowiłam coś zrobić. Stanęłam za chłopakiem i lekko przekrzywiłam głowę na bok.
- Co zgubiłeś tym razem, Grant? - zapytał i krótko się zaśmiałam. Niemalże natychmiastowo zostałam przytulona przez Willa.
- Sens życia, nie widziałaś go może gdzieś po drodze? - odpowiedział, a w tym czasie DJ puścił jakąś piosenkę i zaczęliśmy się delikatnie kołysać.
- Taak, to bardzo prawdopodobne.
- Czemu nie było cię tak cholernie długo?
- Eeee tam, wcale nie tak długo - popatrzyłam na niego zdziwiona.
- No wiesz, dla mnie minęły całe wieku - odparł ze śmiechem i podniósł rękę tak, abym się obróciła.
- Chyba przesadzasz.
- Chyba jednak nie... - chłopak schylił się i przysunął swoją twarz bliżej mojej.
- A może jednak?
- Nawet sobie nie wyobrażasz, jak pusto tu bez ciebie było... - szepnął i zbliżył się jeszcze bardziej.
Tak jakby starał się mnie pocałować, ale nie był pewny czy powinien. A czy ja tego chciałam? Jak cholera. Wtem nasze usta złączyły się ze sobą. Było to zaledwie cmoknięcie. Ale znaczyło tak wiele. W końcu byłam pewna swych uczuć. Uśmiechnęłam się delikatnie wiedząc, że to prawda. Zakochałam się. Po chwili nasze usta znowu się połączyły. Tym razem na dłużej. Nie mogłam sobie lepiej wyobrazić tego momentu...
~*~*~*~*~*~
Obudziłam się dość wcześnie rano. Na mych ustach pojawił się uśmiech, na wspomnienie tego co się wczoraj wydarzyło. Zaraz obok mnie pojawiła się Hope, która zawzięcie zaczęła lizać mnie po twarzy. Zaśmiałam się i lekko odepchnęłam ją, siadając. Wstałam, zgarnęłam ubranie na dziś i poszłam do łazienki. Stwierdziłam, że dzisiaj postawię bardziej na naturalność i w ogóle nie malowałam się. Z włosami także niewiele zrobiłam. Jedynie kilka pasem związałam z tyłu. Postanowiłam wyjść się przejść. Założyłam buty i po chwili zamykałam już pokój na klucz. Następnie skierowałam się do wyjścia z budynku. Spacerowałam po okolicach uniwersytetu przez około godzinę. Ten czas poświęciłam na kolejną analizę wczorajszych, jak i wcześniejszych wydarzeń. W sumie i tak doszłam do tego co wcześniej. Po prostu kochałam tego idiotę. Wracając nogi same zaprowadziły mnie pod drzwi od pokoju chłopaka. Przystanęłam na chwilę, ale zaraz ogarnęłam się i zapukałam. Nie minęło wiele zanim Will otworzył drzwi.
- Hi - powiedziałam cicho.
- Hej - odpowiedział, a kąciki jego ust lekko uniosły się do góry.
Zaraz bez zbędnych słów, uśmiechając się do siebie, przytuliliśmy się. Byłam szczęśliwa. Oto nastąpił koniec pewnej części mego życia. Zamknęłam jeden rozdział i rozpoczął się nowy. Czy będzie lepszy czy gorszy? Nie wiadomo. Ale aktualnie nie potrzebowałam niczego więcej niż już posiadałam.

Will?

niedziela, 23 kwietnia 2017

Od Quinlan CD Willa

- To idziemy po te chrupki? - zapytał chłopak gdy podjechałam bliżej.
- A idź ty - warknęłam tylko obrażona na jego nieczyste zagrywki.
Zeszłam z wózka i nadal w zielnym stroju ruszyłam przed siebie. Nie zwracając uwagi na to czy Will podążał za mną czy nie. Nie obchodziło mnie to. Aktualnie postanowiłam go ignorować za tą jego grę nie fair play. Prychnęłam pod nosem. Już miałam zacząć szukać działu ze słodyczami, ciasteczkami i tym podobne, gdy jednak zmieniłam zdanie. Postanowiłem wrócić się i przebrać w normalne ciuchy. Zawróciłam w stronę łazienek. Tam oto mając genialny pomysł, zostawiliśmy ubrania. W między czasie minęłam Willa, który chyba chciał coś powiedzieć... Jednak zignorowałam go. Jedynie przyspieszyłam tempa. Po chwili znalazłam się w łazience. Szybko przebrałam się i odstawiłam zielony strój na swoje miejsce. Już miałam pójść dalej w poszukiwaniu przekąsek gdy poczułam jak ktoś chwycił mnie za nadgarstek. Odwróciłam się. Był to William, który także przebrał się w normalne ciuchy.
- Tak? - zapytałam udając, że nadal jestem obrażona.
- Quinn... - zaczął jednak postanowiłam mu przerwać.
- Dobra. Nie jestem już obrażona. Chodź lepiej do tego sklepu póki nas nie wyrzucili - powiedziałam i wyrwałam rękę z uścisku chłopaka.
Ruszyłam z powrotem wgłąb sklepu. Tym razem w końcu udało nam się zakupić to co chcieliśmy. Wyszliśmy na dwór z dwoma torbami jedzenia.
- Dobra. Do kina idziemy wieczorem. Teraz mam lepszy pomysł - Will uniósł tylko brew pytająco, więc dodałam. - Idziemy do fryzjera. Czas na zmiany!
Szybko rozejrzałam się. Po chwili odnalazłam salon fryzjerski. Zostawiając chłopaka z torbami w tyle pobiegłam w tamtą stronę. Przystanęłam przed wejściem. Już powoli weszłam do środka. Tam na szczęście okazało się, że mają akurat wolne miejsce więc mogli się mną zająć od razu. Z uśmiechem usiadłam na krześle fryzjerskim. Ustaliłem jeszcze z chłopakiem, który miał się mną zająć co ma zrobić i pozwoliłam mu działać. Sama nie wiem ile minęło zanim skończył. Obejrzałam efekt końcowy w lustrze. Włosy skróciłam tam, że sięgały mi do ramion. Kolor niby pozostawiłam ten sam. Jednak przy czubku głowy przefarbowałam się na bardzo ciemny fiolet. Na koniec jeszcze chłopak zakręcił mi włosy lokówką. Było idealnie. Zapłaciłam i z wielkim uśmiechem na twarzy wyszłam z salonu. Przed nim stał Will widocznie znudzony. Torby leżała na ziemi u jego stóp, a w dłoniach trzymał telefon. Kiedy mnie zauważył, schował go. Widziałam jak znowu chciał coś powiedzieć. Tym razem przerwał mu mój telefon. Szybko wyciągnęłam urządzenie z kieszeni. Spojrzałam na wyświetlać aby sprawdzić kto do mnie dzwonił. Tiago. Bez zastanowienia odebrałam.
Q: Cześć Ti. Coś się stało? Nie często do mnie ostatnio dzwoniłeś - zaśmiałam się.
T: Nie czas na żarty. To poważna sprawa.
Q: Mów szybko co się dzieje. Zaczynam się martwić.
T: No bo... Beatrice dzwoniła do mnie przed chwilą. Płakała. Nasi rodzice... Oni mieli wypadek samochodowy. Teraz są w szpitalu w stanie krytycznym.
Q: O boże... - zakryłam usta dłonią.
T: Przepraszam, ale muszę kończyć. Z Harry'm nie jest dobrze po tym jak się dowiedział tego. Muszę przypilnować aby nie zrobił nic głupiego.
Q: Dobrze... To pa Ti.
T: Do zobaczenia.
Połączenie zakończyło się. W moich oczach stanęły łzy. Nie mogłam uwierzyć w to, czego się właśnie dowiedziałam... Moi rodzice. Oni mogą umrzeć. Ignorując wszystko wokół, czyli także krzyki Willa pobiegłam do samochodu. Nie myślałam teraz o tym, że chłopak może nie mieć jak wrócić. Liczyło się tylko dostanie do swego pokoju. Odpaliłem pojazd i ruszyłam z piskiem opon. Najprawdopodobniej złamałam kilka zasad ruchu drogowego w między czasie. Jednak w dość krótkim czasie dotarłem pod budynek mieszkalny. Zamknęłam samochód na klucz. Znowu rzuciłam się biegiem. W końcu dotarłem do upragnionego miejsca. Będąc w pokoju po prostu rzuciłam się na łóżko. Zaczęłam płakać w poduszkę. Hope i Senshi jakby wyczuwając mój nastrój po prostu wskoczyli na łóżko i ułożyli się obok mnie. Sama nie wiem kiedy usnęłam wykończona...
*Następnego dnia*
Nie pojawiłam się na treningach. Nie miałam sił tego zrobić. Ledwo co w ogóle zwlekłam się z łóżka. Dzisiaj był dość ciepły dzień więc mogliśmy zjeść śniadanie na dworze. Siedziałam na ławce tępo wpatrując się w przestrzeń przede mną. Wokół mnie toczyło się normalne życie. Jednak ja się czułam jakby świat zwolnił. Abym dłużej cierpiała. Moja twarz była obojętna. Przede mną na stoliku leżała tacka z niedojedzonymi płatkami. Mimo tego, że kompletnie nie miałam apetytu, wmusiłam w siebie chociaż trochę jedzenia. Widziałam jak uczniowie powoli zaczynali zbierać się na zajęcia, które to zaraz miały się zacząć. Ja jednak nie miałam zamiaru ruszać się z miejsca. Nie miałam zamiaru w ogóle pojawić się dzisiaj na lekcjach. Rano podjęłam dość ważną decyzję i teraz musiałam się z nią oswoić psychicznie. Sama nie wiem ile tak siedziałam. Wokół było coraz mniej osób. Nagle poczułam na ramionach czyjeś dłonie. Wzdrygnęłam się, ale nic poza tym. Osoba ta usiadła obok mnie na ławce. Odwróciłam głowę i nadal z obojętnym wyrazem twarzy spojrzałam na nią. Był to William. W sumie to mogłam się tego spodziewać. Jest on chyba jedyną osobą, z którą się przyjaźnię. Siedzieliśmy przez chwilę bez słowa.
- Nie idziesz na lekcje? - zapytał Will.
Pokręciłam jedynie przecząco głową.
- Quinn... Co się dzieje? Co się wczoraj stało? - zapytał chłopak, a ja miałam wrażenie, że w jego oczach widzę troskę o mnie.
Westchnęłam. Mówić prawdę czy skłamać? Zaufać mu na tyle czy nie? Co powinnam zrobić? Co będzie właściwym wyborem? Sama nie wiem ile minęło zanim zdecydowałam. Postanowiłam, że zaufam mu. W końcu jest to mój przyjaciel... Wzięłam głęboki wdech i ciężko wypuściłam powietrze. Czas się przemóc. Starając się powstrzymać emocje, które we mnie tkwiły zaczęłam mówić.
- Bo... Wczoraj zadzwonił do mnie telefon. Dzwonił mój starszy brat, Tiago. Na początku myślałam, że to nic takiego. Jednak myliłam się. To było coś naprawdę poważnego. Powiedział mi, że zadzwoniła do niego Beatrice. Nie wiem czy ci o niej mówiłam, ale jest to moja młodsza siostra. W tym roku kończy siedemnaście lat. Jednak wróćmy do głównego wątku. Ona płakała... Ti powiedział mi... on powiedział... nasi rodzice... oni... Oni mieli wypadek samochodowy. Teraz znajdują się w szpitalu w stanie krytycznym. Nie wiadomo czy przeżyją - na koniec już nie potrafiłam się pohamować. Z moich oczu wypłynęło kilka łez. Pozwoliłam im swobodnie płynąć wzdłuż mojej twarzy.
- Quinn... - zaczął mówić Will. Jednak nie wiem już który raz w ciągu kilku dni przerwałam mu.
- Proszę nic nie mów. Nie potrzebuję ani współczucia ani litości. Jestem dorosła. Muszę sobie z tym jakoś poradzić - mam nadzieję, że sobie poradzę.
Tym razem chłopak już nic nie powiedział. Po prostu przytulił mnie. Bez słowa wtuliłam się w niego. Westchnęłam. Nie płakałam już. Nie mówiliśmy nic. Po prostu trwaliśmy w uścisku przez jakiś czas. Jednak w końcu postanowiłam się odsunąć od Williama. Nie powiedziałam mu wszystkiego. Musiał wiedzieć jeszcze o czymś.
- Will. Muszę jeszcze o czymś ci powiedzieć.
- Tak?
- Bo... Przemyślałam wszystko... I... Załatwiłam z państwem Stewart. Ja... Will, jutro lecę do domu. Do Irlandii. Muszę zająć się Beatrice. Nie mogę zostawić jej samej, a Tiago nie może wyjechać. On zajął się Harry'm, który załamał się po usłyszeniu wieści... Ja.. Nie mogę pozwolić aby coś się stało Beatrice - powiedziałam cicho.
- A co z tobą? - zapytał chłopak.
- Ja dam jakoś radę - muszę, chociaż w środku czuję się pusta. - Teraz najważniejsze jest moje rodzeństwo - westchnęłam i po chwili zastanowienia dodałam. - Wiesz co? Muszę się napić. Chcę choć na chwilę móc o tym nie myśleć.
Po wypowiedzeniu ostatnich wstałam z miejsca. Spojrzałam na chłopaka, który nadal siedział na ławce.
- Idziesz ze mną czy zostajesz? - zapytałam.
Ten tylko pokiwał twierdząco głową i dołączył do mnie. Z racji, że nie posiadałam w zapasie żadnego alkoholu, byliśmy zmuszeni wybrać się do sklepu. Nie zwracając uwagi na to, że zostawiłem na stoliku tacę, po prostu ruszyłam przed siebie. Najpierw znaleźliśmy się w moim pokoju, z którego to musiałam zabrać klucze od samochodu. Uroki tego, że szkoła znajduje się na jakimś rypanym odludziu, a do najbliższego sklepu, który to znajdował się w miasteczku mieliśmy piętnaście kilometrów. Po kolejnych kilku minutach byliśmy przy moim samochodzie. Wsiedliśmy do niego. Odpaliłam silnik i ruszyliśmy.
*Jakiś czas później. Pokój Quinlan*
Weszliśmy do mojego małego królestwa z torbą alkoholu, którą to oczywiście niósł Will. Zamknęłam za nami drzwi i rozebrałam się. W między czasie chłopak zdążył wyciągnąć alkohol, który zakupiliśmy. Westchnęłam i podeszłam do łóżka. Zgarnęłam z niego poduszkę, z którą skierowałam się na fotel. Podłożyłam ją sobie pod plecy i usiadłam wygodnie. William podał mi kieliszek, który chętnie od niego odebrałam. W sumie to nie wiem skąd go wytrzasnął, ale mniejsza z tym. Wyciągnęłam rękę z kieliszkiem, a chłopak nalał mi do niego jakiś alkohol. Nawet nie wiem co my kupiliśmy, a tym bardziej co właśnie dostałam do picia. Przystawiłam kieliszek do ust. Wypiłam całą jego zawartość za jednym razem. Po kilku kolejkach zaczęło mi czegoś brakować. Było tu stanowczo za cicho. Brakowało mi muzyki. Szybko wstałam. Zgarnęłam mój telefon oraz głośnik. Połączyłam je ze sobą. Następnie włączyłam jakąś playlistę z piosenkami, które lecą w klubach. Zadowolona powróciłam na poprzednie miejsce. William wystawił w moją stronę butelkę z niemym pytaniem czy chcę kolejny kieliszek. Jednak zrezygnowałam. Pokręciłam przecząco głową. Za to schyliłam się i zgarnęłam nowy alkohol. Otworzyłam butelkę i zaczęłam pić z gwitna. Tego mi było trzeba. Zaśmiałam się z niczego.
Po mojej głowie przestały krążyć nieprzyjemne myśli. Spojrzałam na Williama. Wybuchłam śmiechem widząc go. Chłopak tańczył na środku pokoju, pijąc alkohol. Koszula, którą miał na sobie, była rozpięta. Po chwili zdecydowałam się dołączyć do chłopaka. Nadal śmiejąc się i z butelką w ręce wstałam. Ruszyłam w jego stronę. W międzyczasie zdążyłam potknąć się kilka razy o własne nogi. No cóż... Uroki bycia pijaną. W końcu dołączyłam do Willa. Zaczęłam tańczyć razem z nim

Will? Mam nadzieję, że za bardzo tego nie zrypałam...

czwartek, 16 marca 2017

Od Quinlan - Egzamin do Poziom Zaawansowanego

Wstałam z dość lekkiego snu, który i tak nie trwał długo. Do jakiejś drugiej nad ranem nie mogłam usnąć, a teraz była... Szybko zgarnęłam telefon i sprawdziłam godzinę. Teraz była szósta piętnaście. No to świetnie... Spałam jedynie jakieś cztery godziny. Nie wiem jak dam radę funkcjonować. A wszystko to przez egzamin... Jaki zapytacie? Miałam mieć egzamin ustny, abym mogła przejść na wyższy poziom jeździectwa. Okropnie się stresowałam. Bałam się, że czegoś zapomnę. Westchnęłam i zamknęłam oczy z nadzieją, że jakimś cudem uda mi się cofnąć w czasie i dostać kilka dodatkowych dni. Jednak oczywiście tak się nie da. Wtem poczułam coś mokrego na twarzy. Niemalże natychmiastowo otworzyłam oczy.
- Hope... Przestań - mruknęłam, odpychając dłonią pysk psa od siebie.
Suczka grzecznie odsunęła się i usiadła w nogach łóżka. Patrzyła się na mnie uważnie. Eh... Czy ona musi to robić? Będąc pod natarczywym spojrzeniem pupila w końcu "ugięłam się" i wstałam z łóżka. Niechętnie ruszyłam do szafy. Zgarnęłam z niej pierwsze lepsze ciuchy i poszłam do łazienki. Tam przebrałam się. Włosy zostawiłem rozpuszczone. Do tego jeszcze pomalowałam usta. Podniosłam wzrok patrząc na swoje odbicie w lustrze.
- Dobra Quinn... Dasz radę... Zdasz to i będzie po sprawie - powiedziałam do siebie i uśmiechnęłam się lekko.
Przez chwilę tak stałam. Jednak zaraz strach powrócił. Pokręciłam przecząco głową. W moim umyśle krążyła tylko jedna myśl. Nie dam rady. Niechętnie wyszłam z pomieszczenia. Spojrzałam na zegarek. Zostało mi półtorej godziny do sprawdzianu. Nakarmiłam jeszcze me pupile i postanowiłam powtarzać cały materiał skoro jeszcze mam jak.
~*~*~*~*~*~
Poprzedni dzień minął mi dość szybko. Na szczęście dałam radę odpowiedzieć na większość pytań podczas egzaminu ustnego. Miałam nadzieję, że zaliczą mi go. Jednak nie czas na to aby rozwodzić się nad wczorajszym dniem. Dzisiaj jest coś o wiele ważniejszego. Musiałam zdać egzamin praktyczny. U mnie składał się on z ujeżdżania i skoków. Z racji tego dzisiaj zostałam zwolniona z zajęć lekcyjnych. Jednak nie bardzo mnie to pocieszało. Szczególnie patrząc na to, że za godzinę mam mieć egzamin z ujeżdżania, który zdaję wraz z GrayRose. No tak. Bo nie wspomniałam. Rano odbywał się egzamin z ujeżdżania, a po południu ze skoków. Westchnęłam. Ubrałam się odpowiednio i wyszłam z mego pokoju. Zamknęłam go na klucz, który schowałam do torebki. Następnie przeszłam przez korytarz. Po chwili znalazłam się na dworze. Wzięłam głęboki wdech i ciężko wypuściłam powietrze. Quinn. Weź się w garść. Dasz radę. Powoli ruszyłam w stronę stadniny. Minęło z piętnaście minut zanim stanęłam przed boksem mej klaczy z jej sprzętem w rękach. Jednak dla mnie były to jak sekundy. Oporządziłam GrayRose i spojrzałam na nią.
- Damy radę. Musimy - powiedziałam i przyłożyłam palec do jej pyska oraz pocałowałam krótko.
Następnie wyprowadziłam klacz z jej boksu. Wyszłyśmy razem ze stajni i ruszyłyśmy na hale. Po chwili znalazłyśmy się w środku. Rozejrzałam się wokół. Przy jednym z boków zauważyłam trzy osoby. To najprawdopodobniej oni mieli oceniać moje zdolności. Stała tam kobieta i dwóch mężczyzna. Pierwsza dwójka wydawała się dość młoda. Jednak ten ostatni mężczyzna był już w podeszłym wieku. Niepewnie podeszłam do nich. Spojrzeli po mnie. Przedstawiłam się. Kobieta powiedziała, że mam wsiąść na konia. Od razu wykonałam jej polecenie. Następnie odjechałam kawałek do tyłu. Po kolei zaczęli mi mówić co mam pokazać. Na szczęście na razie wszystko szło nam bardzo dobrze. W końcu naszła pora na piaff. Poszedł on nam całkiem nieźle. Klacz grzecznie podnosiła nogi i nie wahała się przy niczym. Jakby nic innego nie robiła. Na tym skończyło się. Starszy mężczyzna jeszcze przekazał mi, że wyniki poznam jutro. Miałam tylko nadzieję, że wszystko było okej.
~*~*~*~*~*~
Stałam właśnie w hali czekając na osoby, które tym razem będą mnie oceniać. Nie miałam pretensji, że jeszcze ich nie było. W końcu byłam jakieś pół godziny przed czasem. Jednak mimo wszystko tor był już ustawiony. Na pierwszy rzut oka lekko przeraził mnie. Jednak potem uspokoiłam się. Westchnęłam i przytuliłam się do Rammsteina, z którym to miałam zdawać egzamin ze skoków. Wtem na hale weszła czwórka osób. Tym razem były to trzy kobiety i mężczyzna. Pierwsze trzy były raczej około czterdziestki, ale ostatnia osoba oceniająca wydawała się być dość młoda. Byłam gotowa nawet stwierdzić, że dzieli nas naprawdę niewiele. Stanęli kawałek ode mnie. Spojrzeli na mnie i powiedzieli, że mam wsiąść na konia. Pogłaskałam jeszcze raz Rammsteina po pysku i wsiadłam na ogiera. Stanęłam przed nimi. Wytłumaczyli mi jaka będzie kolejność przeszkód. Starałam się wszystko jak najdokładniej zapamiętać.
Ustawiłam się na linii startowej. Zamknęłam oczy i wzięłam głęboki wdech. Wypuściłam je ciężko, unosząc powieki. To jest mój czas. Dam radę. Wtem kazano mi wystartować. Od razu ruszyłam. Na początku wolno, a potem coraz szybciej. Pokonywałam po kolei przeszkody. Z każdą były wyższe i trudniejsze. Jednak całe szczęście Rammstein to po prostu urodzony skoczek. Świetnie sobie radził. Jako jedną z ostatnich przeszkód był okser. Skupiona skierowałam na niego ogiera. Przyspieszyłam trochę. Będąc kawałek przed przeszkodą Stein wybił się do góry. Od razu pochyliłam się do przodu. Koń zgrabnie przeskoczył i pobiegł dalej. Przy końcu lekko się wyprostowałam, ale zaraz wróciłam do pozycji pochylonej. Kolejno poszło nam już w miarę szybko. Tak jak wcześniej mężczyzna, kobieta podeszła do mnie i przekazała, że wyniki dostanę jutro. Błagam... Niech nie okaże się, że popełniłam jakieś błędy...
~*~*~*~*~*~
Cała zestresowana przemierzałam korytarze budynku. Moim celem był gabinet właścicieli stadniny. Z tego co wieczorem, poprzedniego dnia się dowiedziałam to właśnie tam miałam dostać wyniki. Po chwili stanęłam przed odpowiednimi drzwiami. Uniosłam rękę i już miałam zapukać. Zawahałam się. Jednak zaraz stwierdziłam, że nie warto się ociągać. Zapukałam w drzwi. Usłyszałam jedynie jak ktoś woła "proszę!". Niepewnie weszłam do środka.
- Dzień dobry - powiedziałam, do siedzącego przy biurku pana Stewarda.
- Dzień dobry. Zgaduję, że to ty jesteś Quinlan i przyszłaś po wyniki egzaminów? - zapytał, patrząc na mnie.
Pokiwałam twierdząco głową. Mężczyzna wtedy otworzył szufladkę w biurku i wyciągnął jakąś kopertę. Położył ją na nim i przesunął w moją stronę.
- Proszę. Tutaj masz wszystko - powiedział i wrócił do poprzedniej pracy.
Szybko zabrałam kopertę i wyszłam z pomieszczenia. Byłam cała zestresowana. Chyba bardziej niż wcześniej. Usiadłam na jednym z krzeseł na korytarzu. Niepewnie otworzyłam kopertę i wyciągnęłam z niej kartki. W mojej głowie widniało tylko jedno zdanie. Gratulujemy Quinlan Squarepants dostania się na poziom zaawansowany. Tak! Udało mi się! Dostałam się na poziom zaawansowany!

poniedziałek, 27 lutego 2017

Od Quinlan CD Will'a

*Następny dzień*
Jęknęłam, słysząc irytującą melodyjkę, która wydostawała się z mojego telefonu. Na oślep zaczęłam przeszukiwać ręką szafkę nocną. Po chwili urządzenie znalazło się w mej dłoni. Uchyliłam powieki, aby spojrzeć na wyświetlacz i dowiedzieć się w końcu, po co ustawiłam budzik na... Chwila... Która to godzina? Spojrzałam niechętnie na zegar wiszący na ścianie. Jęknęłam ponownie, widząc, że jest dopiero piąta rano. Co ja robię ze swoim życiem... Zaraz jednak zwróciłam swoją uwagę na telefon. Wyłączyłam tę jakże irytującą melodię i przeczytałam tytuł alarmu, Trening. Aaaa! No przecież! Obiecałam sobie zacząć ćwiczyć po powrocie do akademii. No cóż. Trzeba zrzucić to, co przybrało się podczas świąt. I to właśnie dzisiaj miałam zacząć. Dobra. Dam radę. Odłożyłam telefon na bok i powoli zwlekłam się z łóżka. Zgarnęłam już wcześniej przyszykowany strój - czyli trochę za dużą koszulkę z krótkim rękawem, legginsy i bieliznę - w ręce. Następnie ruszyłam do łazienki. Po jakiś piętnastu minutach byłam gotowa. Normalnie trwało to dłużej... Jednak tym razem stwierdziłam, że nie będę robić makijażu. Zajmę się tym po treningu. Związałam jedynie włosy gumką. Zgarnęłam bluzę z krzesła i założyłam ją. Byłam gotowa. Wzięłam jeszcze telefon, słuchawki i klucz od pokoju. Od razu "podłączyłam się" do źródła muzyki i włączyłam ostatnio stworzoną przez mnie playlistę. Wyszłam z mego miejsca zamieszkania. Zamknęłam drzwi na klucz i odwróciłam się w stronę wyjścia z budynku. Na razie powoli ruszyłam przed siebie. Nagle drzwi jednego z pokoi otworzyły się przede mną. Gwałtownie zahamowałam, nie chcąc dostać nimi w twarz. Zamrugałam szybko zaskoczona. Po chwili jednak drzwi zamknęły się. Przede mną ukazała się dość znajoma sylwetka. Na początku nie potrafiłam powiedzieć nic więcej oprócz tego, że jest to mężczyzna. Dopiero po jakiejś minucie zauważyłam, że był to Will. Uśmiechnęłam się pod nosem i szybko dogoniłam go. Szłam obok niego... Ale nie zauważył mnie.
- Co tutaj robisz o takiej godzinie? - odezwałam się w końcu.
Will gwałtownie zatrzymał się i odwrócił w moją stronę. Spojrzał na mnie zdziwiony.
- Następnym razem uważaj z drzwiami... Chyba że twoim hobby jest łamanie innym nosów, bo jakby nie to, że wyhamowałam to, to by mnie właśnie czekało - dopowiedziałam kiedy chłopak nadal się nie odpowiadał.
Jego oczy się lekko powiększyły, a usta delikatnie uchyliły. Po chwili jakby otrząsnął się z szoku.
- O boże... przepraszam - powiedział i chciał kontynuować, ale cóż... Przerwałam mu.
- Dobra. Nie ma sprawy. Ale nadal nie dostałam odpowiedzi - powiedziałam z udawaną, poważną miną.
- Jakie pytanie? - zapytał.
- To, przez które mnie zauważyłeś - przewróciłam oczami i dodałam. - Pytałam o to, co tutaj robisz o takiej godzinie.
- Mógłbym zapytać cię o to samo - tym razem od razu się odezwał.
- Byłam pierwsza - pokazałam mu język, a Will zaśmiał się.
- Nie mogłem spać, więc postanowiłem pójść do Blackie'ego - powiedział i dodał. - No to teraz ty.
- No cóż. Trzeba trzymać formę. Szczególnie po świętach... Więc postanowiłam zacząć biegać - odpowiedziałam z dumą w głosie. - W sumie... To może chciałabyś pójść ze mną? Jakbyśmy wrócili, to potem poszlibyśmy do koni.
- W sumie... Nie mam nic do stracenia. Mogę iść - uśmiechnął się do mnie.
Dokładnie przyjrzałam się jego ubiorowi.
- Na pewno chcesz w tym biegać? - zapytałam niepewnie. - Wiesz... Ja bym na twoim miejscu założyła coś bardziej.... Przewiewnego... I co najwyżej bluza. Może i mamy zimę, ale gwarantuję ci, że w pewnym momencie będzie ci mega gorąco.
- Zaraz wracam - powiedział tylko.
Westchnęłam i oparłam się o ścianę. Na szczęście nie musiałam długo czekać. Już po kilku minutach Will znowu był obok mnie. Odbiłam się od ściany. Ruszyliśmy przed siebie. Po chwili byliśmy na zewnątrz i zaczęliśmy "truchtać" przed siebie.
*Półtorej godziny później*
Wróciliśmy przed bramę akademika, gdzie przystanęliśmy na chwilę. Obydwoje byliśmy w jakimś stopniu zmęczeni. Czułam ból niektórych mięśni. Jednak nie przeszkadzał mi on. Można by powiedzieć, że był to taki dobry ból. Z uśmiechem spojrzałam na Will'a. Miał na sobie bluzkę na ramiączkach, a bluza, która wcześniej znajdowała się na jego ramionach, była teraz przewiązana w pasie. W sumie moja też. Przybiliśmy sobie piątkę i ruszyliśmy do wnętrza budynku. Kiedy już mieliśmy wchodzić do środka, na drodze stanęła nam osoba, której już wczoraj zdążyliśmy podpaść. Znaczy się William. Mnie wtedy nawet nie zauważyła. A była to sekretarka o imieniu Lilian.
- Co wy tutaj robicie o tej godzinie? - zapytała, patrząc się na nas podejrzliwie.
- No wie pani... Musieliśmy mózgi dotlenić, abyśmy w ciągu dnia uruchamiali czasami szare komórki i nie wchodzili pani w drogę. A co gorsza śpiewali koncerty - powiedziałam z niewinnym uśmieszkiem. Czułam na sobie wzrok chłopaka, ale zignorowałam to.
- Niech wam będzie. Idźcie do swoich pokojów pókim dobra - powiedziała i odsunęła się z przejścia.
Szybkim krokiem przemknęliśmy obok kobiety. Będąc spory kawałek za nią, usłyszałam głos Will'a.
- Co gorsza śpiewali koncerty? Nie podobało ci się, jak pięknie śpiewałem - zapytał i wydął wargę.
- Byłeś wspaniały - zaśmiałam się i dodałam. - Ale to był najłatwiejszy sposób na pozbycie się tamtej kobiety.
Tym razem obydwoje zaśmialiśmy się. Po chwili znaleźliśmy się pod drzwiami od pokoju chłopaka. Przystanęliśmy tam. Will wyciągnął z kieszeni klucz i otworzył pomieszczenie. W międzyczasie ściągnęłam gumkę z włosów. Potrząsnęłam głową i rozczochranymi włosami oraz uśmiechem na ustach spojrzałam na Williama.
- No to na razie - powiedziałam i odwróciłam się, powoli odchodząc.
- Do zobaczenie - usłyszałam chłopaka.
W tym momencie odwróciłam się i "posłałam" mu buziaka. Następnie z powrotem ruszyłam przed siebie, śmiejąc się. Po chwili znalazłam się przy moim pokoju. Wyciągnęłam klucze i otworzyłam nimi drzwi. Zaraz weszłam do środka. Odłożyłam na komodę klucze oraz telefon ze słuchawkami. Następnie po prostu rzuciłam się na łóżko z westchnięciem. Sama nie wiem, kiedy usunęłam...
*Dwie godziny później*
Obudziłam się jakiś czas później. Ziewnęłam przeciągle. Moje oczy nadal pozostawały zamknięte. Splotłam dłonie i wyciągnęłam ręce za siebie, rozciągając się. Po chwili postanowiłam zwlec się z łóżka. Powoli otworzyłam oczy. Zamrugałam szybko, chcąc przyzwyczaić się do jasnego światła. Kiedy już mogłam normalnie patrzeć, podniosłam się do pozycji siedzącej. Westchnęłam, widząc, że nadal jestem w ubraniach, które miałam na "treningu". Wstałam i od razu skierowałam się do szafy. Przydałoby się przebrać. Po chwili zastanowienia zdecydowałam się na czarną koszulkę z krótkim rękawkiem, jeansy i czarną, skórzaną kurtkę. Zgarnęłam ciuchy i poszłam z nimi do łazienki. Szybko przebrałam się, a ubrania z treningu wrzuciłam do kosza na pranie. No cóż. Nie miałam zamiar na drugi dzień chodzić czymś przepoconym. Następnie stanęłam przed lustrem. Spojrzałam na swoje odbicie. Trzeba by coś ze sobą zrobić. Na początku nałożyłam makijaż. Wyglądał on w miarę naturalnie. Znaczy się, nie licząc tego, że jak zwykle miałam usta pomalowane fioletową szminką. Potem zabrałam się za fryzurę. Stwierdziłam, że od czasu do czasu mogę wyglądać inaczej. Zatem, zamiast zostawić rozpuszczone włosy, zaplotłam z nich dwa warkocze, które to przerzuciłam do przodu. Wyszłam z łazienki i dopiero teraz spojrzałam na zegarek. Była godzina dziewiąta czterdzieści dwa. Czyli zdążyłam już przegapić śniadanie... Westchnęłam. Przydałoby się wybrać na miasto coś zjeść. Dobra. Jedziemy. Założyłam okulary oraz czarne vansy. Zgarnęłam torebkę, do której wrzuciłam telefon, słuchawki, portfel i chusteczki, a do rąk wzięłam klucze. Wyszłam z pokoju i zamknęłam za sobą drzwi. Klucze schowałam do torebki i ruszyłam przed siebie. Po chwili znalazłam się na parkingu, gdzie znajdował się mój samochód. Wsiadłam do niego i odpaliłam silnik. Ruszyłam w stronę miasta.
*Jakiś czas później. W mieście*
Zatrzymałam się pod jedną z miejscowych kawiarni. Zgasiłam silnik i wysiadłam z auta. Zamknęłam je na przycisk przy kluczyku i skierowałam się do budynku. Popchnęłam drzwi. Te otworzyły się z dźwiękiem dzwoneczka, który wisiał przy nich. Rozejrzałam się wokół. Było tu całkiem przytulnie. Ludzi niewiele. Spojrzałam na ladę. Stała przy niej jakaś blondynka. Nie mogła mieć więcej niż dwadzieścia pięć lat. Westchnęłam i podeszłam tam. Zamówiłam latte macchiato na wynos. Po chwili miałam ją w ręce. Wyszłam z kawiarni. Następnie skierowałam się do sklepu, który znajdował się po drugiej stronie ulicy z nadzieją, że znajdę tam jakąś kanapkę. Kiedy znalazłam się w środku, od razu zaczęłam przeszukiwać półki. Po chwili znalazłam odpowiedni dział. Wybrałam ciemną bułkę z serem. Poszłam z nią do kasy. Zapłaciłam i wyszłam ze sklepu. Nie mając zbytnio ochoty wracać do samochodu, podeszłam do prowizorycznych barierek, znajdujących się przy kawiarni. Usiadłam na nich i zaczęłam spożywać moje prowizoryczne śniadanie. Kiedy skończyłam jeść kanapkę, a mej kawy zostało mniej więcej połowa, rozejrzałam się wokół. Ulica. Sklepy. Samochody. William. Znowu ulica. Kolejne auta. Chwila! William? Mój wzrok od razu skierował się w stronę chłopaka. Szedł chodnikiem z jakimś workiem w ręce. Ciekawe co to było... Jednak z takiej odległości nie potrafiłam stwierdzić, co mogło się w nim znajdować. Nagle przed Willa wybiegło małe dziecko z soczkiem w kartoniku w ręce. Rozglądało się energicznie na boki.
- Mamo? - usłyszałam dziecięcy głosik.
Wtem maluch gwałtownie się odwrócił i chciał pobiec dalej, ale natrafił na małą przeszkodę. No może nie aż taką małą... Mianowicie. Maluch wpadł na Williama przy okazji wylewając soczek na chłopaka. Widziałam na twarzy Will'a mieszankę zaskoczenia i dezorientacji. Zaśmiałam się głośno na ten widok. Chyba dopiero teraz Will zauważył mnie. Szybkim krokiem podszedł do mnie.
- Z czego się tak śmiejesz? - zapytał, mrużąc lekko oczy.
- Hm... Pomyślmy... Z ciebie - powiedziałam, nadal się śmiejąc.
- Jak możesz - od razu odpowiedział Will. Jego oczy nadal były przymrużone.
Nagle moją uwagę zwrócił płacz. Ignorując Williama rozejrzałam się wokół. Po chwili zauważyłam tamtego malucha. Siedział na ziemi w miejscu gdzie zderzył się z chłopakiem. W jego rączce spoczywał pusty kartonik, a z oczu płynęły łzy. Z ust wydobywało się ciche łkanie. Szybko wyrzuciłam opakowanie po kawie i zeskoczyłam z barierek. Podeszłam do dziecka i przykucnęłam przy nim.
- Co się stało? - zapytałam opiekuńczo.
- Ch-chce do ma-mamy - wypłakał chłopczyk.
- Nie płacz. Zaraz ją znajdziemy - powiedziałam i przytuliłam malucha.
Ten wtulił się we mnie nadal płacząc. Westchnęłam i podniosłam chłopczyka. Z dzieckiem na rękach zaczęłam się rozglądać w poszukiwaniu jego rodzicielki. Niestety jak na złość nie widziałam nikogo na ulicy.
- Gdzie ostatnio widziałeś mamę? - zapytałam malucha.
- N-nie w-wiem... Chcę d-do mamy - płakała dalej.
Westchnęłam i podeszłam z nim do Will'a. Chłopak dziwnie się na mnie patrzył.
- Co się tak patrzysz? - zapytałam, przesuwając uspokajająco dłonią po plecach dziecka.
- Co ty tak właściwie robisz? - odpowiedział pytaniem na pytanie.
- Yy... Próbuję pomóc temu dziecku. Przecież nie zostawię go na pastwę losu - powiedziałam jakby to było oczywiste i lekko potrząsnęłam głową.
Chłopak już nic nie powiedział.
- Mama! - usłyszałam nagle krzyk dziecka.
Szybko zwróciłam na nie całą swoją uwagę. Maluch wyciągał rączki gdzieś za mnie. Od razu odwróciłam się. W oczy rzuciła mi się pewna kobieta. Widziałam jak nerwowo rozgląda się wokół i próbuje zaczepiać przechodniów. Niepewna podeszłam do niej.
- Przepraszam. Czy to może pani syn? - zapytałam.
Kobieta od razu spojrzała w moją stronę.
- O boże... Tak... Dziękuję, że znalazłaś go - powiedziała z wyraźną ulgą.
- Nie ma za co. Zresztą można powiedzieć, że sam do mnie przyszedł.
Jeszcze chwilę rozmawiałyśmy. Potem wróciłam do chłopaka. Jednak nie siedzieliśmy długo razem. Każdy z nas rozszedł się w swoją stronę.
*Pora kolacji*
Szłam powoli korytarzem w stronę stołówki. Było już po dziewiętnastej czyli pora kolacji. Tym razem postanowiłam się pojawić na posiłku. Moją głowę zaprzątały najróżniejsze myśli. Nagle zamyślona wpadłam na kogoś. Szybko odsunęłam się i spojrzałam na tą osobę. Musiałam lekko podnieść głowę. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Przede mną stał Tiago. Mój starszy brat. Bez zastanowienia przytuliłam go. Ten odwzajemnił uścisk i zaśmiał się. Po chwili odsunęłam się.
- Co ty tutaj robisz? - zapytałam od razu.
- A no przyjechałem sobie - uśmiechnął się zadziornie.
Spiorunowałam go jedynie wzrokiem.
- No ale taka prawda. Stwierdziliśmy, że też tutaj przyjedziemy się uczyć - wzruszył ramionami.
- Okej... Ale chwila... Czekaj... Stwierdziliśmy? - zapytałam niepewnie.
- Em... No bo... Nie przyjechałem tu sam? - Tiago nerwowo przesuwał ręką po karku. - William... Znaczy się Harry też się zdecydował.
Miałam wrażenie, że moje oczy od razu się zaświeciły. Mój mały braciszek też tutaj był. Uśmiechnęłam się. Niech ja tylko skończę kolację. Od razu pójdę go odszukać. W sumie to przy okazji dorwę Ti i obu spiorę tyłki za to, że nawet mi się nie przyznali do swego przyjazdu tutaj.
- Idziesz ze mną na stołówkę? - zapytałam po chwili brata.
- Okej - powiedział jedynie.
Ruszyliśmy w kierunku wcześniej wspomnianego pomieszczenia. Po chwili dotarliśmy na miejsce. Przez drzwi przepychało się mnóstwo osób. Westchnęłam i pokręciłam głową niedowierzająco. Przecież jedzenie im nie ucieknie. 
Weszliśmy do środka. Rozejrzałam się wokół. Mój wzrok momentalnie zatrzymał się na znajomej sylwetce. Harry. Siedział odwrócony tyłem, lekko zgarbiony, a twarz miał ukrytą w rękach. Wręcz zapiszczałam i szybkim krokiem podeszłam do braciszka. Widziałam jak kuli się bardziej. Ignorując ten odruch ciasno oplotłam ramionami ciało chłopaka.
- Co ty robisz? - dopiero teraz zauważyłam siedzącego obok chłopaka.
- Witam się z braciszkiem! - mimo wszystko powiedziałam podekscytowana i pocałowałam Hazze w czoło.
- Nie mówiłeś, że masz taką ładną siostrę - powiedział z uśmiechem kolega mego brata..
Spojrzałam na niego, a ten puścił mi oczko. Trochę się speszyłam i po chwili przestałam tulić Harry'ego.
- Quinlan - przedstawiłam się, rzucając krótki uśmiech chłopakowi.
- Thomas - mruknął.
Po chwili do stolika podszedł Tiago. Poczochrał Harry'ego po głowie i przywitał się.
- Cześć braciszku - po chwili dodał. - Jak ma na imię twój przyjaciel?
- Thomas - przedstawił się chłopak.
Wtem chwycił on za telefon i wstał od stolika. Pokiwał głową i poszedł najprawdopodobniej po jedzenie. Wtedy dostaliśmy swoje pięć minut.
- Kim on jest? Jak długo się znacie? To twój znajomy, przyjaciel czy może ktoś więcej? Poznałeś go tutaj czy może już wcześniej? Nie powinieneś plątać się w związki w tym wieku. Czy to na pewno odpowiednie towarzystwo dla ciebie? Kim są jego rodzice? - wypytywaliśmy na zmianę z Tiago.
- S-stop. P-przestańcie - powiedział Harry z poważną minę.
- Odpowiedz. My się tylko o ciebie troszczymy Hazza - odpowiedziałam i ponownie pocałowałam go w głowę.
- Nie p-potrzebuję n-niańki. J-jestem już p-pełnoletni - mruknął obrażony.
- Ależ wiemy to. Po prostu martwimy się o naszego małego braciszka - powiedziałam.
- Z-zostawcie mnie - powiedział nieco głośniej.
Wtem wrócił ten jego kolega. Thomas jeżeli dobrze pamiętam. Usiadł na swoim miejscu i spojrzał po naszych twarzach.
- A wy nie jesteście głodni? - zapytał.
- Właśnie. N-nie jesteście g-głodni? - zapytał Hazza.
- Ależ oczywiście. Właśnie idziemy po jedzenie. A ty z nami - powiedzieliśmy równocześnie z Tiago.
Wzięliśmy Harry'ego za ręce i zaprowadziliśmy go do kolejki. Po chwili odebraliśmy nasze posiłki. Na początku szliśmy razem. Jednak zaraz zauważyłam jak William  macha do mnie. Uśmiechnęłam się szeroko i powiedziałam Tiago, że pójdziemy tam aby dłużej nie męczyć młodszego. Ruszyliśmy w tamtym kierunku. Kiedy dotarliśmy usiedliśmy przy stoliku.
- Will to Tiago. Mój starszy brat. Tiago to Will. Mój... przyjaciel - przedstawiłam ich sobie, chociaż końcówki byłam niepewna.
Posiłek minął nam w bardzo przyjemnej atmosferze.
*Jakiś czas później. Pokój Harry'ego*
Wraz z Tiago czekaliśmy w pokoju naszego młodszego braciszka. Tak łatwo nie mogliśmy odpuścić.
- N-nie możecie z-zostawić mnie w-w końcu w spokoju - westchnął Hazza patrząc na nas błagalnie.
- Nie. Jesteś naszym małym braciszkiem i musimy się tobą opiekować - powiedziałam i uśmiechnęłam się słodko.
- J-jestem p-pełnoletni. M-mam prawo r-robić co chcę. P-przestańcie mnie w-wiecznie pilnować - odpowiedział i założył ręce na piersi.
- Nie ma nawet takiej mowy. Dopóki mamy tylko taką możliwość będziemy się tobą zawsze opiekować - powiedziałam poważnie.
- Z-zostawcie m-mnie. T-to, że się j-jąkam i m-mam zaburzenia l-lękowe n-nie oznacza, że m-macie m-mnie t-traktować jak j-jakiegoś n-niepełnosprawnego - mówił zdenerwowany, a w jego oczach stanęły łzy.
- Ale Hazza. My cię tak nie traktujemy - zaczęłam swoją wypowiedzieć.
Jednak szybko mi przerwano.
- N-nie kłam! O-od z-zawsze traktowaliście m-mnie jak ko-kogoś g-gorszego! J-jak kogoś k-kto nie p-potrafi s-sam n-nic zrobić! J-jestem t-taki sam j-jak wszyscy! N-nie róbcie z-ze m-mnie kaleki! - wykrzyczał, a po jego policzkach zaczęły spływać łzy.
- Ale Harry... - odezwał się w końcu Tiago.
- C-co Harry?! C-co Harry?! O-odczepcie s-się w k-końcu ode m-mnie! - krzyknął i szybko odwrócił się na pięcie.
Hazza wybiegł z pokoju. Przez pierwszą chwilę byliśmy całkiem zdezorientowani. Jednak zaraz wybiegliśmy za chłopakiem. Musieliśmy go odnaleźć. Po jakimś czasie wyszliśmy na zewnątrz. Rozglądaliśmy się wokół. Zauważyłam Thomasa. Podeszłam do niego z zamiarem zapytania o brata.
- Widziałeś gdzieś może Harry'ego? Bo wybiegł gdzieś i nie możemy go z Tiago znaleźć... - odezwałam się.
Na twarzy chłopaka pojawił się psychopatyczny uśmiech, a po chwili zaczął mówić.
- A może to, że "zniknął" - użył tu cudzysłowiu manualnego. - to wcale nie jest przypadek? Może chowa się przed wami? - powiedział, a uśmiech nie znikał mu z twarzy.
- To nie twoja sprawa - warknęłam - to wiesz gdzie on jest czy nie? - spytałam już bardziej stanowczo.
- Nie - odpowiedział i uniósł lekko brew.
Tupnęłam nogą oburzona, odwróciłam się na pięcie i odeszłam. Boże... Jak ten chłopak mnie wkurzał. Po chwili stałam przy Tiago.
- Coś wątpię w to, że go znajdziemy. Wracajmy - powiedział mój starszy brat.
Westchnęłam, ale kiwnęła  głową zgadzając się. Każdy z nas ruszył do swojego pokoju. Będąc już przed drzwiami zorientowałam się, że coś jest nie tak. Chciałam pukać, ale po co to robić w swoim pokoju? Zaraz zauważyłam, że był to pokój Willa. Westchnęłam, ale w końcu zapukałam. Drzwi otworzyły się niemalże natychmiast.
- Quinlan? - powiedział zaskoczony chłopak i dodał. - Co tutaj robisz?
Wzruszyłam ramionami i zrobiłam zbolałą minę.
- Co się stało? - zapytał Will.
- Mój ukochany, młodszy braciszek ma mnie dość. Do tego stopnia, że uciekł i najprawdopodobniej chowa się przede mną - powiedziałam i wydęłam wargę.
- Ej. Nie martw się. Będzie okej - powiedział chłopak i odgarnął mi włosy.
- Ech... Niech ci będzie. Ale niech tylko się okaże, że nie będzie dobrze to będziesz miał przechlapane - powiedziałam z poważną miną.
Ten jedynie pokręcił głową i gestem ręki zaprosił mnie do środka. Weszłam niepewnie i rozejrzałam się wokół. Mój wzrok stanął na kanapie. Podeszłam do niej i opadłam na nią. Po chwili Will także tu przyszedł. Położył się wzdłuż kanapy, a głowę dał na moje kolana. Po chwili sama z siebie zaczęłam opowiadać. Mówiłam o wszystkim co się zdarzyło. O obu konfrontacjach z Harry'm.
- Czyli można powiedzieć, że zachowywałaś się jak mama swego brata - powiedział Will i uniósł lekko głowę.
Zaśmiał się opadając. Zirytowana po prostu zrzuciłam go z siebie. Chłopak z hukiem opadł na podłogę.
- Za karę masz mnie jutro zabrać do kina i na lody. I nie wymiguj się, że jest zima. Chcę lody - powiedziałam mrużąc oczy i robiąc obrażoną minę.

Will? 
Mam nadzieję, że to 3115 słów zrekompensuje ci przynajmniej po części długi czas czekania na opo...

czwartek, 5 stycznia 2017

Od Quinlan CD Willa

Chłopak przyciągnął mnie do siebie. Stanęłam na jego stopach aby być wyższą.
- Nie ma muzyki - mruknęłam.
- Czepiasz się, ale zaraz coś się wymyśli - powiedział i zaczął nucić jakąś piosenkę. Po chwili jednak znowu się odezwał - Teraz lepiej?
- Hm... - udałam zamyślenie. - Nie jest idealnie, ale może być - mruknęłam.
William jedynie wywrócił oczami jednak zaraz uśmiechnął się. Ponownie zaczął nucić piosenkę. Powoli kołysaliśmy się na boki. Jego ręce znajdowały się na mojej talii. Natomiast swoje położyłem na karku Willa. Nasz taniec był spokojny. Piosenka jaką nucił chłopak świetnie do niego pasowała. Po kilku minutach wtuliłam się bardziej w Williama, a on swoje ręce przeniósł na moje plecy. Tańczyliśmy tak jeszcze przez jakiś czas. Will już kilka razy zmieniał piosenki jakie nucił. Jednak nie przeszkadzało mi to. Po chwili odsunęłam się od niego. Chłopak spojrzał na mnie nie rozumiejąc co się dzieje. Jego wzrok wyrażał jedno pytanie. "Zrobiłem coś nie tak?". Uśmiechnęłam się lekko. Podeszłam do łóżka, z którego zgarnęłam telefon. Następnie z szafki wyciągnęłam głośnik. Następnie ułożyłam wszystko na komodzie. Włączyłam oba urządzenia i połączyłam ze sobą. Weszłam w muzykę na telefonie i zaczęłam przeszukiwać moje utwory. Po chwili natrafiłam na ten idealny. Ten, którego szukałam. Uśmiechnęłam się pod nosem i włączyłam utwór "Katy Perry - Unconditionally". Muzyka rozbrzmiała w całym pokoju. Lekko ściszyłam głośnik aby nikt się nie doczepił i nie miał pretensji do mnie. Odwróciłam się i z uśmiechem podeszłam do Willa. Stanęłam przed nim i przez chwilę nic nie robiłam.
- Twoje nucenie było świetne... Jednak czas na coś szybszego - zaśmiałam się krótko.
Chłopak jedynie uśmiechnął się na moje słowa. Jeszcze bardziej się do niego zbliżyłam. Lewą ręką chwyciłam tą jego i lekko zgięte "wyciągnęłam" w bok. Prawą natomiast położyłam na ramieniu Willa. Chłopak drugą rękę położył na mojej tali. Na początku znowu zaczęliśmy się kołysać. Jednak po chwili zaczęłam robić kroki. To do przodu, to do tyłu, to na bok. Nie minęło wiele zanim złapaliśmy wspólny rytm. Kręciliśmy się wokół. W pewnym momencie William puścił mnie jedną ręką. Natomiast tą drugą wyciągnął przed siebie do góry. Kiwnął do mnie głową zachęcająco. Od razu zrozumiałam o co mu chodzi. Z lekkim uśmiechem obróciłam się wokół własnej osi i powróciłam do poprzedniej pozycji w jakiej tańczyliśmy. Kontynuowaliśmy nasze wcześniejsze ruchy. Potem jeszcze kilka razy powtórzyliśmy obroty. Przy chyba czwartym zachwiałam się. Po chwili straciłam równowagę i opadłam na łóżko za mną. Oczywiście ciągnąć za sobą Willa. Zaczęłam się śmiać. Mimo wszystkiego co się dzisiaj wydarzyło byłam szczęśliwa. Ten wieczór był wręcz idealny.
Nagle kątem oka zauważyłam poduszki, które leżały obok nas. W mojej głowie już rodził plan na niezłą zabawę. Szybko wyślizgnęłam się spod ciała chłopaka. Chwyciłam w ręce poduszką i z szerokim uśmiechem na ustach odwróciłam się w stronę Willa. Zanim zdążył się zorientować co się dzieje, zaczęłam ze śmiechem "bić" go poduszką. Po chwili ta pękła i pierze, którym była wypełniona, zaczęło latać po całym pokoju. W końcu Wiliam "ogarnął się". Spojrzał na mnie z charakterystycznym błyskiem w oczach. Zaraz rzucił się na mnie. Jedną ręką chwycił mnie w pasie, a drugą opierał się o łóżko. Pociągnął mnie wraz ze sobą to pozycji leżącej. Cały czas się śmiałam. Leżeliśmy tak przez chwilę. Ja na łóżku, a Will wisiał nade mną. Patrzyłam na niego uważnie. Na mojej twarzy malowała się poważna mina. Widziałam w oczach chłopaka lekki strach. Pewnie myśli teraz, że coś mi zrobił podczas gdy "powalał" mnie. Przez chwilę utrzymywałam jeszcze ten wyraz twarzy. Jednak potem uderzyłam go poduszką i zaśmiałam się. Podczas chwili kiedy Will był zdezorientowany, wyślizgnęłam się spod niego. Wstałam z łóżka. W mojej ręce nadal spoczywała poduszka. Natomiast na mojej twarzy malował się złośliwy uśmieszek. Wtem chłopak odniósł się i spojrzał na mnie, mrużąc oczy. Oboje byliśmy "gotowi" do ataku. Wtem usłyszałam czyiś donośny głos. Jednak nie mogłam rozpoznać tego co mówi. Niepewnie odłożyłam poduszkę i podeszłam do drzwi. Otworzyłam je i wychyliłam głowę na korytarz. Stała tam dyrektorka zarówno akademii, jak i stadniny.
- Dzisiaj mieliście bal. Jednak to nie oznacza, że cisza nocna nie obowiązuje. Jest już po dwudziestej trzeciej. Proszone jest aby każdy wrócił do swojego pokoju. Za dziesięć minut będzie to sprawdzane - usłyszałam jej donośny głos.
Westchnęłam i wróciłam do pokoju, zamykając drzwi za sobą.
- Chyba czas zakończyć zabawę. Dyrektora za dziesięć minut sprawdza czy każdy jest w swoim pokoju - mruknęłam niezadowolona... Tak świetnie się bawiłam przed jej przyjściem.
William westchnął. Powoli podniósł się z łóżka. Spojrzał na mnie i uśmiechnął się krzywo.
- To... Do jutra? - zapytał.
- Taa... Kurcze! Zapomniałam! Jutro ani przez najbliższe dni nie będzie mnie. Jutro przed południem lecę do rodziny. Do Irlandii - powiedział z niepewną miną. - Chyba, że chcesz mnie odwieźć?
- Oczywiście. Kto inaczej będzie odpędzał twoje grono wielbicieli - powiedział z uśmiechem.
- Ostrzegam od razu. Jedziemy najpierw taksówką do pobliskiego miasteczka, a potem z niego wsiadamy w bezpośredni pociąg do lotniska w Londynie. Skąd to właśnie lecę do Irlandii - powiedziałam od razu.
- Nie ma sprawy - odpowiedział Will i wzruszył ramionami.
- No to skoro tak to przyjdź tutaj jutro o... Chwila... Jazda do miasteczka zajmie nam z dwadzieścia minut, potem do Londynu zajmie z pół godziny.... Czyli abym zdążyła na samolot o dwunastej muszę wyjechać stąd najpóźniej o jedenastej... - mamrotałam do siebie. Po chwili jednak odezwałam się do chłopaka. - Przyjdź jutro o dziesiątej pięćdziesiąt. Tak na wszelki wypadek.
- Okej. Nie ma sprawy. Będę na czas - powiedział.
- Dobra. A teraz idź już. Bo jeszcze oboje będziemy mieli problemy - szybko dopowiedziałam i zaczęłam ciągnąć chłopaka w stronę wyjścia.
- Aż tak bardzo chcesz się mnie pozbyć - zaśmiał się stojąc przy drzwiach.
- Boże... Idź już - powiedziałam i wywróciłam oczami.
Szybko otworzyłam drzwi i po prostu wypchnęłam za nie Willa. Chyba coś jeszcze mówił. Jednak zignorowałam to. Westchnęłam i podeszłam do komody. Wyłączyłam muzykę, która nadal leciała. Następnie zgarnęłam piżamę i poszłam do łazienki się umyć.
~*~*~*~
Latałam po całym pokoju, sprawdzając czy niczego nie zapomniałam. Po kilkunastu minutach stwierdziłam, że mam wszystko. Spojrzałam na średniej wielkości torbę leżącą na łóżku i drugą, o wiele mniejszą obok. Westchnęłam i założyłam brązowe, zimowe buty na obcasie. Spojrzałam jeszcze w lusterko. Czarne legginsy, zielony, trochę za duży sweter i beżowy szalik. Chyba jest okej. Usiadłam na łóżku i spojrzałam na zegarek, który wisiał na ścianie. Była dziesiąta czterdzieści. Jeszcze tylko dziesięć minut. Wyciągnęłam telefon. Odblokowałam go i zaczęłam grać w jakąś gierkę. Nagle usłyszałam pukanie do drzwi. Co? To już czas? Szybko zablokowałam telefon i schowałam go do kieszeni. Podeszłam do drzwi i otworzyłam je. Zaraz moim oczom ukazał się William. Uśmiechnęłam się i powiedziałam mu aby chwilę poczekał. Chłopak pokiwał głową na znak, że rozumie. Szybko weszłam do pokoju. Założyłam kurtkę i czapkę. Następnie chwyciłam dużą torbę w rękę, a mniejszą zarzuciłam na ramię. Wyszłam z pokoju i zamknęłam go na klucz, który to potem schowałam. Ruszyliśmy korytarzem przed siebie.
- Daj tą wielką torbę. Co będziesz dźwigać - usłyszałam głos chłopaka obok mnie.
- Nie trzeba. Przed akademią czeka już taksówka. Dam radę - powiedziałam tylko.
William jedynie westchnął. Mam niemalże stu procentową pewność, że wywrócił właśnie oczami. Jednak nie powiedział już nic. Po chwili wyszliśmy przed budynek. Tak jak mówiłam taksówka już na nas czekała. Podałam tą większą torbę kierowcy, który zaraz spakował ją do bagażnika. Wraz z Willem weszliśmy do samochodu, siadając na tylnych siedzeniach. Dość młody mężczyzna wrócił na miejsce przy kierownicy. Odpalił samochód. Ruszyliśmy w drogę.
~*~*~*~
Staliśmy na peronie gdzie za pięć minut ma się zjawić pociąg. Obok moich nóg stała torba. Po chwili maszyna zjawiła się. Chciałam chwycić mój bagaż jednak William ubiegł mnie. Spojrzałam na mnie. Jednak ten tylko się uśmiechnął. Westchnęłam i wywróciłam oczami. Weszliśmy do pociągu. Odnalazłam wolne miejsca. Usiadłam na jednym i pokiwałam ręką do Willa aby przyszedł tutaj. Zaraz stał obok mnie. Uniósł moją torbę i położył ją na półce nad nami. Następnie usiadł na miejscu obok mnie. Po chwili ruszyliśmy. Wtem z nudów postanowiłam wyciągnąć słuchawki. Otworzyłam torbę podręczną. Przeszukiwałam ją dobre kilka minut. No cóż... Tak już bywa jak wrzuca się tam mnóstwo niekoniecznie potrzebnych rzeczy. Jednak w końcu udało mi się. Wyciągnęłam białe słuchawki douszne. Następnie sięgnęłam po telefon. Podłączyłam do niego słuchawki. Włożyłam jedną do prawego ucha i spojrzałam na Willa.
- Chcesz? - zapytałam i pokazałam na słuchawkę w mojej ręce.
Chłopak uśmiechnął się i pokiwał twierdząco głową. Podałam mu ją, a ten włożył ją do ucha. Z powrotem zwróciłam swój wzrok na telefon. Odblokowałam go i weszłam w muzykę. Włączyłam w pierwszą lepszą playlistę. Chwilę potem postanowiłam także poszukać w torbie jakiś gum do żucia. Jednak nic takiego nie mogłam znaleźć. Natomiast w oczy rzuciło mi się coś innego. Kilka lizaków leżących na samym wierzchu torby. Uśmiechnęłam  się do siebie i wyciągnęłam jednego. Odpakowałam go. Nagle poczułem lekki szturchnięcie. Spojrzałam na chłopaka obok. Patrzył na mnie "szczenięcym" wzrokiem i wysunął lekko dolną wargę. Eh... Co ja z nim mam. Westchnęłam i wyciągnęłam rękę z lizakiem w stronę Willa. Te nachylił się lekko i zadowolony chwycił go zębami. Puściłam patyczek i sięgnęłam po kolejnego lizaka. Tym razem dla mnie.
*godzinę później. Lotnisko w Dublinie*
Odebrałam moją torbę. Odwróciłam się i spojrzałam na ogromny tłum ludzi. Było ich tutaj na prawdę sporo. Wokół był ogólny gwar. Każdy coś krzyczał, przepychał się. Jak się spojrzało ponad tym tłumem można było zauważyć całkiem sporo uniesionych kartek i różnymi imionami oraz nazwiskami. Westchnęłam i tak jak wszyscy zaczęłam przepychać się do przodu. Po długich piętnastu minutach wydostałam się na zewnątrz. Rozejrzałam się wokół. Zaraz zauważyłam mego ojca stojącego z niewielką kartką. Na niej było napisane moje imię i nazwisko. Nabrałam powietrza i ciężko je wypuściłam. Powolnym krokiem ruszyłam w jego stronę. Bez słowa podałam mu mój bagaż. Ojciec zapakował go do bagażnika. Wsiadłam do samochodu na miejsce pasażera. Po chwili mój ojciec usiadł na swoim miejscu. Odpalił samochód. Ruszyliśmy w stronę mego rodzinnego miasta.
~*~*~*~
Święta minęły mi całkiem przyjemnie. Mimo, że wraz z rodzeństwem nie mieliśmy za dobrych kontaktów z rodzicami to daliśmy radę. Mogłam szczerze powiedzieć, że to były udane święta. Szczególnie cieszyłam się z tego, że udało mi się spędzić trochę czasu z Tiago, Harry'm i Trice. Potem w końcu wracam do akademii i znowu nie zobaczymy się przez długi czas. Jednak to było jedynie kilka dni. Samolot powrotny miałam w środę. To stanowczo za mało czasu. Chciałabym mieć go więcej. No ale cóż... Nic na to nie mogę poradzić... Te kilka dni minęło mi bardzo szybko. Zanim się obejrzałam nastała środa. Musiałam się już żegnać z rodziną. Czas wrócić do akademii.
*jakiś czas później. Londyn*
Wyszłam powolnym krokiem z lotniska. Rozejrzałam się wokół. Eh... Jaki tutaj gwar. Nie tylko na lotnisku. Wszędzie. Westchnęłam i spojrzałam na ekran telefonu. Miałam trochę ponad godzinę do mojego pociągu. Nie wiedziałam co mogłabym w tym czasie zrobić. Po chwili w moje oczy rzucił się jakiś niewielki most po drugiej stronie ulicy. Postanowiłam tam pójść. Ruszyłam na pasy. Poczekałam na zielone światło i przeszłam przez ulicę. Powolnym krokiem podeszłam do barierki. Me bagaże odłożyłam na ziemi obok moich stóp. Następnie oparłam się o barierkę plecami i położyłam na niej łokcie. Obserwowałam tych wszystkich wiecznie spieszących się ludzi. Mogliby czasami zwolnić. W pewnym momencie zauważyłam znajomą twarz. William. Niby mówiłam mu kiedy wracam. Jednak nie spodziewałam się, że przyjdzie tutaj. Uśmiechnęłam się i pomachałam do niego, opierając się bardziej o barierkę. Wtem chłopak też mnie zauważył. Widziałam jak odmachał mi i coś chyba wykrzyczał. Jednak nie usłyszałam nic przez to, że akurat jechało jakieś auto. Zaraz Will podszedł do pasów. Akurat miał zielone światło. Od razu przeszedł na drugą stronę ulicy. Tam gdzie ja stałam.
Kiedy chłopak znalazł się niedaleko uśmiechnęłam się i zostawiając bagaże ruszyłam w jego stronę. W końcu znaleźliśmy się obok siebie. Od razu przytuliłam Willa. Przez chwilę staliśmy tak, kołysając się lekko na boki. Jednak po kilku minutach odsunęłam się od niego. Szybko wróciłam po moje rzeczy i wraz z nimi podeszłam z powrotem do chłopaka.
- Co ty tutaj właściwie robisz? - zapytałam z uśmiechem.

Will? Sorry, że musiałaś tyle czekać... (Mam nadzieję, że nie zepsułam i uszłam z życiem xd)

czwartek, 29 grudnia 2016

Od Quinlan CD Maxa - Zakup drugiego konia

Minęło kilka dni odkąd zapytałam Maxa o wybranie się ze mną po nowego konia. Na początku nie byłam pewna jakiego chcę. Jednak po namyśle i pomocy chłopaka zdecydowałam się na konia hanowerskiego. Do tego postanowiłam odszukać takiego, który specjalizowałby się przede wszystkim w skokach. Odnaleźliśmy także dość porządną hodowlę. Co prawda znajdowała się kawał drogi stąd - jak sprawdzaliśmy na internecie to około trzy godziny jazdy w jedną stronę. Jednak uważałam, że warto. Wolę mieć pewność, że z koniem będzie wszystko okej i jest z dobrej rodziny.
*Kupno konia*
Dzisiaj nastał ten dzień. Mieliśmy jechać po mojego drugiego konia. Wsiedliśmy do mego samochodu, do którego już wcześniej została doczepiona przyczepa dla zwierzęcia. Spojrzałam na zegarek. Mieliśmy całkiem sporo czasu do umówionego spotkania z kierownikiem hodowli. Wyjechaliśmy.
~*~
W końcu dotarliśmy na miejsce. Zaparkowałam na parkingu przed sporej wielkości budynkiem. Wyszłam wraz z Max'em z samochodu. Powolnym krokiem ruszyliśmy w stronę budynku. Po chwili znaleźliśmy się w środku. Przystanęłam na minutkę. Zaraz jednak odnalazłam wzrokiem punkt informacyjny. Szybkim krokiem podeszłam tam. Za ladą siedział mężczyzna w podeszłym wieku.
- Przepraszam. Byłam umówiona na spotkanie w związku z kupnem konia - powiedziałam ode razu.
- Chwilkę - powiedział mężczyzna i zaczął czegoś szukać w papierach. Po chwili w końcu spojrzał na mnie i dopowiedział. - Tak. Już widzę. Jak pójdzie pani wzdłuż tego korytarza odnajdzie pani drzwi na zewnątrz. Potem proszę skierować się w stronę stajni. Przy wejściu do niej czeka kierowniczka hodowli.
- Dobrze - powiedziałam jedynie.
Wraz z chłopakiem skierowaliśmy się w stronę, którą wskazał mężczyzna. Cały czas panowała pomiędzy nami cisza. Jednak nie była ona krępująca. No przynajmniej dla mnie. Po chwili byliśmy przy drzwiach. Otworzył je Max i przepuścił mnie przodem. Posłałam mu lekki uśmiech i ruszyłam przed siebie. Będąc już na zewnątrz, stanęłam na chwilę. Rozejrzałam się wokół. Nagle w oczy rzuciła mi się kobieta, która patrzyła w moim kierunku. To musiała być ta kierownicza. Szybkim krokiem podeszliśmy do niej.
- Dzień dobry. Nazywam się Alison Feirtall - powiedziała kobieta i wyciągnęła rękę w moją stronę.
- Dzień dobry. Quinlan Squarepants - odpowiedziała i uścisnęłam dłoń kierowniczki.
Zaraz także Max przywitał się z panią Alison. Wydawała się dość miłą kobietą.
- No to chodźmy. Mam do pokazania wam pięć koni. Mam nadzieję, że któryś przypadnie wam do gustu - powiedziała kobieta i uśmiechnęła się przyjaźnie.
Wenna
Ruszyliśmy za kierowniczką. Zdziwiłam się trochę widząc, że nie idziemy do stajni. Jednak zaraz pani Alison wytłumaczyła, że wszystkie naszykowane konie są już na parkurze abym mogła je wypróbować. Po chwili znaleźliśmy się na miejscu. Do płotu była przywiązana piątka koni. Obok nich stał jakiś mężczyzna. Kobieta jedynie kiwnęła głową, witając się z nim. Podeszliśmy do pierwszego konia. Była to jabłkowita klacz.
- Nie dostaliśmy dokładnej informacji konia jakiej specjalizacji poszukujecie więc mamy tutaj dla was różne - zaczęła pani Alison. - Oto Wenna. Jest klaczą, która zdecydowanie przoduje w ujeżdżaniu. Ma siedem lat. Zna już mnóstwo komend. Wenna jest bardzo inteligentną klaczą. Szybko uczy się nowych rzeczy. Jeżeli chodziłoby o charakter to jest raczej spokojna i przyjazna. Wystawiliśmy ją już także na jedne zawody. Zajęła pierwsze miejsce.
Kobieta zakończyła i pogłaskała klacz po łbie. Podeszłam do Wenny i zaczęłam dokładnie ją oglądać. Wydawała się być okej. Jednak nie tego szukałam. Na ten dzień potrzebowałam konia, który specjalizowałby się w skokach. Nie w ujeżdżaniu. Może następnym razem, ale na pewno nie teraz. Pokiwałam głową na boki, pokazując, że nie o takiego konia mi chodziło.
- Nie chciałaby pani najpierw ją wypróbować zanim zdecyduje? - zapytała kobieta.
- Nie. Na dzień dzisiejszy nie szukam konia, który specjalizowałby się w ujeżdżaniu - odpowiedziałam po prostu.
Oman
Pani Alison pokiwała głową na znak, że rozumie. Podeszliśmy do kolejnego konia. Tym razem był to kary ogier. Miał dość długi ogon, a jego grzywa miał zrobioną w "koreczki". Cały czas czujnie nas obserwował. Kierowniczka przystnęła przy nim i spojrzała na mnie, i Maxa.
- Oto Oman - przedstawiła nam ogiera. - Jest on pięcioletnim koniem. Specjalizuje się w wyścigach. Jak do tej pory największa prędkość jaką wyciągał w galopie to trzydzieści pięć kilometrów na godzinę. Jednak patrząc na jego korzenie jesteśmy pewni, że stać go na więcej. Wystarczy jedynie odpowiednio pokierować jego treningami. Świetnie radzi sobie z zakrętami, w które zazwyczaj wchodzi bardzo płynnie i bez najmniejszego problemu. Przejdźmy do charakteru. Oman jest energicznym koniem. Nie potrafi za długo usiedzieć w jednym miejscu. Dlatego też często kręci się po boksie. Więc lepiej jakby był on dość duży. Ogier ten uwielbia przebywać na świeżym powietrzu. Nie ważne czy chodzi o wypad w teren, trening, wyjście na pastwisko czy nawet zwykły spacer. Po prostu ważne aby był na świeżym powietrzu.
Kobieta zakończyła swoją wypowiedź i spojrzała na nas. Wydawała się poważna, ale w jej oczach nadal mogłam zobaczyć niepewność. Najprawdopodobniej martwiła się tym czy którykolwiek z koni przypadnie nam do gustu. Westchnęłam. Uśmiechnęłam się sztucznie. To nadal nie to. Nie potrzebuję teraz konia wyścigowego. Niby mogłabym poinformować kierowniczkę o tym, że poszukują takiego wierzchowca, który specjalizowałby się w skokach. Jednak byłam za bardzo ciekawa tego, jakie jeszcze konie przygotowała.
- Niestety to nadal nie to - powiedziałam do kobiety.
Dafne
Pani Alison tak jak wcześniej kiwnęła głową i podeszła do kolejnego konia. Tym razem była to ciemnogniada klacz. Na lewej tylnej nodze miała białą skarpetkę. Stanęliśmy obok niej, a kierowniczka kolejny już raz zaczęła opowiadać.
- Oto Dafne - powiedziała kładąc rękę na bok konia. - Ma dopiero cztery lata. Jedna z młodszych koni. Świetnie radzi sobie w różnych dyscyplinach. Jednak muszę powiedzieć, że zdecydowanie przoduje w westernie. Posiada wielki potencjał. Jest jak taki nieoszlifowany diament. Wystarczy tylko dobrze nią pokierować aby stała się jedną z najlepszych. Oczywiście jeżeli mówimy nadal o westernie. Jeżeli chodziłoby o charakter... Jest to dość nieufna klacz. Ciężko zdobyć jej zaufanie. Jednak jeżeli złapie się z nią wspólny kontakt to jest wspaniałym koniem. Bardzo lojalna. Będzie bronić swoich bliskich za wszelką cenę. Najlepsze słowo jakie ją opisuje? Odważna. Mało co jest w stanie ją spłoszyć. Bywa czasami dość buntownicza i uparta. Jednak wystarczy wytłumaczyć jej, że czegoś ma nie robić i posłucha. Bardzo inteligentna i bez problemu pojmuje to co się do niej mówi.
Rammstein
Po zakończonym przemówieniu uśmiechnęłam się lekko. Bardzo podobała mi się ta klacz. Byłabym w stanie wziąć ją od razu. Jednak po chwili otrząsnęłam się. Nie po to tutaj przyjechaliśmy. Jesteśmy w tej hodowli po konia, który będzie specjalizował się w skokach. Nie westernie. Westchnęłam. Szkoda. Może następnym razem jeżeli Dafne nadal tutaj będzie. Tym razem porozumiałam się z kobietą jedynie kiwnięciami głowy. Wiedziała, że to znowu nie to. Przeszliśmy dalej. Stały tam dwa konie obok siebie. Były one skarogniade. Obydwa miały białą plamkę na łbie, a jeden z nich posiadał skarpetki na tylnych kończynach. Pani Alison podeszła do pierwszego i zaczęła go głaskać po łbie.
Forbes
- Oto Rammstein i Forbes - powiedziała kierowniczka, nadal głaszcząc konia. - Obydwoje mają po cztery lata. Te oto ogiery są do siebie bardzo podobne. Oczywiście jeżeli chodziłoby o umiejętności. Obydwoje radzą sobie we wszystkich dyscyplinach, ale zdecydowanie wolą i przodują w skokach. Przodkowie i Rammstein'a i Forbesa byli mistrzami w tej dziedzinie. Jeżeli wzięlibyśmy pod lupę tego pierwszego. Rammstein ma świetnie umięśnione kończyny i mocne stawy. Potrafi dobrze się wybić i naprawdę rzadko zdarza mu się zawadzić o przeszkodę. Skacze wysoko i daleko. Aktualnie jego rekordem jeżeli chodzi o wysokość to metr osiemdziesiąt pięć. Zna także kilkanaście komend jeżeli chodziłoby o ujeżdżanie. Jednak w tejże dziedzinie czasami bywa, że plączą mu się nogi i po prostu potyka się. Z charakteru jest koniem spokojnym i opanowanym. Bardzo przyjacielski. Szybko pojmuje nowe rzeczy i komendy. Praktycznie zawsze słucha się jeźdźca. Podczas treningów bardzo ostrożny. Jednak jak przychodzi co do czego można powiedzieć, że idzie na  żywioł. Teraz przejdźmy do Forbesa. Trochę słabszy od Rammsteina. Jednak nie daleko mu do niego. Radzi sobie równie dobrze. Tak samo dobrze się wybija i rzadko zawadza o przeszkody. Jego rekord skoków to metr osiemdziesiąt. Nadawałby się również do wyścigów. Potrafi wyciągnąć dość dużą prędkość. Jednak czasami bywa, że nie wyrabia na zakrętach. Z charakteru różni się dość od Rammsteina. Jest on raczej dość narwany. Energiczny. Uwielbia wypady w teren. W stosunku do nieznajomych nieufny. Bywa czasami agresywny. Ale to naprawdę rzadko.
Pani Alison w końcu skończyła mówić. Szczerze? Oba konie bardzo mnie do siebie zachęciły. Jakby mogła zabrałaby dwa ogiery. Idealnie by pasowały. Jednak muszę się zdecydować na jednego. Na więcej na razie nie mam pieniędzy. Jak dobrze, że mam Maxa ze sobą. Przynajmniej on pomógłby mi wybrać. Zdecydowałam się je wypróbować. Po chwili siedziałam już na grzbiecie Rammsteina. Wjechałam na prakur. Wykorzystałam kilka przeszkód i wróciłam. Potem to samo zrobiłam z Forbesem. Zsiadłam z ogiera i podeszłam do Maxa.
- Co myślisz? Który byłby lepszy? Wiesz... Obydwa są wspaniałe. Ale nie mogę sobie pozwolić na kupno dwóch koni - powiedziałam niechętnie.
- Hm... I Rammstein i Forbes świetnie się prezentują. Jednak musimy wybrać... Daj mi chwilę - powiedział Max. Minęło kilka minut zanim ponownie się odezwał. - Wybierz Rammsteina. Jest lepszy jeżeli chodzi o umiejętności i charakter też ma niczemu sobie.
- Dziękuję za pomoc - uśmiechnęłam się lekko i odwróciłam w stronę kierowniczki. - Weźmiemy Rammsteina.
- Wspaniale. To zaraz załatwimy wszystko i koń będzie wasz - powiedziała z uśmiechem na twarzy.
~*~
Załatwiliśmy już wszystko, a koń został opłacony. Wprowadziliśmy Rammsteina do przyczepy, doczepionej do mego samochodu. Nie było z tym żadnego problemu. Dzięki bogu. Sami także wsiedliśmy do pojazdu. Odpaliłam silnik. Ruszyliśmy w drogę powrotną.
~*~
W końcu dotarliśmy do naszej stajni. Był już wieczór. No cóż... Droga nie była krótka. Westchnęłam. Wysiedliśmy z auta. Po chwili wyprowadziłam z przyczepy Rammsteina. Pogłaskałam go po łbie.
- Oto twój nowy dom - wyszeptałam do ogiera.
Max stał i jedynie patrzył się na nas.
- Idziesz jeszcze ze mną zaprowadzić Steina do boksu czy może wracasz już do pokoju? - zapytałam z wzrokiem skierowany prosto na chłopaka.

Max? Trochę się rozpisałam xD