Pokazywanie postów oznaczonych etykietą William. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą William. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 maja 2017

Od Will'a (& Vicky) CD. Quinlan

OSTRZEŻENIE!
Poniższa treść zawiera mnóstwo przesłodzonych scen!
Przed przeczytaniem tego opka skonsultuj się z lekarzem lub dentystą, bo od tej słodyczy mogą powypadać Ci zęby.
Życzę miłej lektury,
~Ninja

„Dlaczego nie potrafię zrobić ze sobą niczego sensownego?” - ta myśl chodziła mi po głowie przez cały czas. Nie rozumiałem kompletnie nic… musiałem nieźle się upić, albo… przejrzeć na oczy. Czemu nagle wszystko się zmieniło? Cały świat przestał się liczyć i została tylko Ona. Mocno już pijana przyjaciółka. To jedno słowo tak rani… I czy nie powinienem tego wykorzystać? Nagłej przychylności spowodowanej tymczasowym upojeniem alkoholowym? Pewnie każdy normalny facet skorzystałby z takiej okazji, ale… to nie tak ma wyglądać… Wszystko potoczyło się nie tak, jak powinno. Dlaczego sobie z tym nie radzę? Jesteś idiotą Grant. Jesteś największym idiotą jakiego sam kiedykolwiek znałeś… A na dodatek masz w życiu ogromnego farta – twój najlepszy kumple i brat nie żyje; twoja pierwsza prawdziwa dziewczyna zdradziła cię z twoją dobrą przyjaciółką i w końcowym efekcie musiałeś iść na studniówkę z kuzynką, bo Vicky była wtedy małolatą (przynajmniej z twojej ówczesnej perspektywy i toku myślenia).
- Jak ja nienawidzę alkoholu… - mruknąłem cicho. Ale czy miałem inne wyjście? Przecież nie mogłem tak po prostu jej zostawić, prawda? Oczywiście! Jest opcja, że już nigdy jej nie zobaczysz, więc powinieneś teraz być przy Quinlan i wspierać ją! Co z tego, że po wyjeździe złamie ci serce, w końcu i to przestanie boleć! Jesteś pieprzonym optymistą bez uczuć… Pojawiam się tylko, gdy pijesz! Już wiem, czemu tak nienawidzę alkoholu… Oj, już nie przesadzaj! Jestem twoim najlepszym kumplem! Zawsze przy tobie będę, na dobre i… Weź już mnie zostaw. Ale, Will! Spierdalaj…
I odszedł, na całe szczęście odszedł. I znów zostałem sam z Quinn, kompletnie już pijaną. Cholera, może jednak powinien wrócić? Radź sobie sam! W takim razie zamknij się idioto i daj pomyśleć w spokoju! Ojojoj, jaki drażliwy się zrobiłeś… WON STĄD!
Tym razem chyba na dobre się go pozbyłem. Co tu zrobić? Co robić? Trzeba by skierować to spotkanie na nieco inne tory…
- Już ci lepiej? - rzuciłem siadając na chwilę na fotelu.
- Nie, chyba… jeszcze nie… - wymamrotała i pociągnęła mnie za sobą, przez co o mało nie wywróciłem się razem z dosyć ciężkim meblem.
- No, niech będzie… - mruknąłem i przestałem stawiać opór, nie chcąc wyjść z jakimś uszczerbkiem na zdrowiu z tego pokoju. Tańczyliśmy i wygłupialiśmy się, a Quinlan ciągle było mało zabawy i alkoholu.
- Może tak… odwiedzilibyśmy… kochaną panią Liliannę odwiedzili…- wybełkotała.
- Myślę, że nie byłaby zachwycona takimi odwiedzinami. Nie wytrzymam, jeśli znów usłyszę coś w stylu „GRANT! DO MNIE NATYCHMIAST!”. Chociaż jednocześnie chyba nie potrafiłbym bez tego żyć. - zaśmiałem się w duchu. Nie wypiłem już ani kropli procentów więcej. W końcu ktoś musi jej pilnować… O dziwo wyjątkowo dobrze szło mi sklejanie spójnych, zrozumiałych i sensownych zdań, czego nie można było powiedzieć o dziewczynie. Chyba nie do końca odbierała wszystkie informacje z zewnątrz. Prawdopodobnie chciała coś odpowiedzieć, ale zamiast tego zerwała się z miejsca i pognała w stronę innego pomieszczenia, jakim była łazienka. Dobrze, że pamiętała gdzie się ona znajduje. Nie zastanawiając się dłużej, po prostu ruszyłem za nią. Zdążyłem zebrać jej liliowe włosy, nim zaczęła wymiotować. Gdy wszystko wskazywało, że sytuacja zmierza ku końcowi, zostawiłem ją na chwilę i pobiegłem po wodę mineralną.
- Chyba już wystarczy. - mruknąłem podając jej butelkę.
- Taaak, chyba… chyba rację masz... rację. - mruknęła biorąc ją ode mnie. Pomimo tego, że właśnie pijana rzygała do kibla, wciąż była uśmiechnięta. Westchnąłem cicho i wyszedłem z łazienki, zostawiając ją na chwilę samą. Niewiarygodna dziewczyna… Ale chyba już jej wystarczy, chociaż zapewne nie będzie łatwo namówić ją na odpoczynek. Trzeba spróbować… Po chwili Quinn wróciła do pokoju.
- Eeee… Quinlan, może zdrzemniesz się nieco? - wypaliłem bez zastanowienia.
- Nieee chcę! - odpowiedziała jak dziecko. Czyli rzeczywiście nie będzie to takie proste…
- Dobra, to co chcesz robić? - spytałem. starając się opanować niemałą irytację tym zachowaniem. Ale jak mogę mieć do niej pretensje, gdy dziewczyna jest kompletnie pijana?
- Tańczyć! Tańczyć! Tańczyć! - krzyczała, obracając się z rozłożonymi szeroko rękami nad głową. Po czym tak po prostu ze śmiechem opadła na łóżko.
- Niech ci będzie… - westchnąłem i ponownie zacząłem się wydurniać, a dziewczyna natychmiast zerwała się z miejsca i dołączyła do mnie.
***
Tańczyliśmy jeszcze bardzo długo, nim w końcu zmęczona padła na kanapę.
- Wytańczyłaś się już? - spytałem, siadając obok niej. W odpowiedzi usłyszałem tylko głośny jęk, a głowa dziewczyny opadła na moje ramię. Na moment znieruchomiałem i znów nie miałem pojęcia, co ze sobą zrobić. Czułem, że w jakiś sposób powinienem działać, póki jest okazja, ale jak? Przecież i tak nic nie będzie jutro pamiętać… Może dla jednych byłoby to doskonałe rozwiązanie, ale nie dla mnie.
- Toooo… Może wyjdziemy na balkon? - rzuciłem trochę od niechcenia.
- Tu jest baklon? Czemu ty nie masz bekonu? - spytała zdziwiona, wciąż myląc słowa.
- Ponieważ ja mieszkam pod 2, a to jest na parterze. - odpowiedziałem cierpliwie i sięgnąłem po swoją gitarę. W tak zwanym międzyczasie, który nie został tu opisany zdążyłem po nią pobiec, unikając na szczęście ukochanej sekretarki. Wyszedłem na zewnątrz, a zmęczona już nieco dziewczyna poczłapała za mną. Oboje usiedliśmy na małej ławeczce, która zajmowała niemal całą przestrzeń owego „baklonu”. Może w ten sposób nareszcie uśnie… Widziałem, że już ledwo siedzi i niedługo uśnie, ale i tak postanowiłem to rozegrać, jak zamierzałem. Oparła delikatnie głowę o ławkę, a ja zwyczajnie zacząłem cicho grać. Niekoniecznie chciałem śpiewać, choć i tak nie odbierała już bodźców z zewnątrz, więc tekstu i tak nie dosłyszy. A to może lepiej... Brzdąkałem cicho i nuciłem, gdy dziewczyna zamknęła oczy.
- Głośniej... – mruknęła. Westchnąłem ciężko i dłużej z tym nie walczyłem. Zaśpiewałem jej piosenkę Elliota Smitha „Between the Bars”.
- Drink up, baby, stay up all night 
The things you could do, you won't but you might 
The potential you'll be, that you'll never see 
The promises you'll only make.

Drink up with me now and forget all about the pressure of days 
Do what I say and I'll make you okay and drive them away 
The images stuck in your head.

People you've been before that you don't want around anymore 
That push and shove and won't bend to your will 
I'll keep them still.

Drink up, baby, look at the stars 
I'll kiss you again between the bars where I'm seeing you 
There with your hands in the air, waiting to finally be caught.

Drink up one more time and I'll make you mine 
Keep you apart deep in my heart separate from the rest 
Where I like you the best and keep the things you forgot.

The people you've been before that you don't want around anymore 
That push and shove and won't bend to your will 
I'll keep them still... - skończyłem i dopiero wówczas zerknąłem na swoje lewe ramię, na którym spoczywała głowa dziewczyny. Uśmiechnąłem się mimowolnie i bardzo ostrożnie odstawiłem na bok gitarę. Okryłem jej ramię swetrem. Wstałem z ławki, podtrzymując jej głowę, a następnie delikatnie położyłem ją na poduszce. Schowałem gitarę do środka i wróciłem do Quinn.
 Wziąłem ją na ręce i przeniosłem do jej łóżka. Sam usiadłem z instrumentem na kanapie i wróciłem do brzdąkania i podśpiewywania. Patrzyłem na śpiącą liliowowłosą i wszystko tak jakoś samo mi się wyrywało. Najpierw „Stay with me” Sama Smitha (tylko Smithowie w tym opku xDD).
Popatrzyłem na zegarek, który wskazywał 21:43. Do 22 jeszcze trochę mi zostało… Więc na zakończenie koncertu John Legend i „All of me”.
A po tym znów nie wiedziałem, co ze sobą zrobić… Pojawiła się pustka i bezsilność…
- Nie będę dłużej przeciągał tego cierpienia… - szepnąłem do siebie i tak po prostu chciałem wyjść, ale… nie potrafiłem… Szybko podszedłem do łóżka i delikatnie pocałowałem dziewczynę w czoło, po czym niemal wybiegłem z jej pokoju. Wróciłem do siebie, nakarmiłem Homera i położyłem się na swoim łóżku. Kolejna cholerna i bezsenna noc…
***
Koło godziny 5 rano wyszedłem z budynku mieszkalnego, aby pojeździć trochę na quadzie. Wypuściłem Black’iego na padok i zaczęliśmy się ścigać, a przynajmniej taki był mój zamiar. Ale ogier stanął w miejscu i patrzył prosto na mnie.
- Masz rację stary, lepiej będzie, jak zniknę. - mruknąłem podjeżdżając do konia. Odprowadziłem go do boksu i czym prędzej pojechałem do warsztatu. Wyłączyłem telefon i zabrałem się do roboty. Całe szczęście, że miałem zapasowe klucze oraz mnóstwo rzeczy do zrobienia. Po kilku godzinach przyjechał Scott. Akurat majstrowałem przy jakiejś żółtej Hondzie. Rzucił mi krótkie spojrzenie i poszedł na zaplecze.
- Od której tu siedzisz? - odezwał się po kilku minutach.
- Od 6:30! - odkrzyknąłem i chwilę po tym usłyszałem jego kroki. - Tylko nie mów „a nie mówiłem”, bo dostanę szału. Już wystarczająco boli. - fuknąłem i wróciłem do pracy.
- Tylko nie zabij któregoś z chłopaków. - rzucił i sam zabrał się za robotę.
- Postaram się… - mruknąłem bardziej do siebie, niż Scott’a.
Panowie co prawda przeżyli, ale nie mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że byłem w porządku w stosunku do nich. Traktowałem ich podle, bo sam tak się czułem. Bardzo niechętnie wróciłem do Morgan o godzinie szóstej wieczorem, ale nie zastałem już liliowowłosej postaci o szarych oczach… Odeszła…
~Perspektywa Vicky~
I tak się wszystko zaczęło. To nieprawdopodobne, jak łatwo William daje się oswoić ludziom. Kiedyś taki nie był, kiedyś był nieufny i chłodny. Na jego przyjaźń trzeba było sobie zasłużyć, a dziś sam ją oferuje wszystkim wokoło. Znowu będzie tego żałował, a kto będzie musiał wyciągać go z tego dołka? Oczywiście ja! Nie, żeby było w tym coś złego, ale momentami bywa to irytujące. Przyjaciele przychodzą i dochodzą, ale siostrę ma tylko jedną i może na nią liczyć, zawsze i wszędzie. Po wyjeździe tej dziewczyny zrobił się okropny. Wyjątkowo opryskliwy, chamski i zirytowany. A w nocy… Nocami nie spał prawie w ogóle, więc musiałam zacząć wciskać mu jakieś tabletki nasenne w odpowiedniej dawce. To pomagało i przynajmniej czasem spał. Gorzej za dnia. Musiałam wymyślić mu bezpieczne zajęcie, które pomoże mu się w jakiś sposób wyładować. Osobiście liczyłam na jakiś boks czy sztuki walki, a on wybrał… muzykę! Choć muszę przyznać, w tej dziedzinie był świetny. Któregoś dnia miałam okazję podsłuchać jak gra i śpiewa…
Drzwi do jego pokoju były uchylone, a zza nich wydobywała się muzyka oraz głos mojego brata. Chyba kończył, więc tak po prostu wparowałam do środka. Natychmiast przerwał i prawie wyrzucił z rąk gitarę, jak oparzony.
- Co to było? I czy możesz zaśpiewać całość? - było to pytanie, ale oboje wiedzieliśmy, że i tak musi to zrobić bez względu na własne zdanie. I zaśpiewał Kodaline „All i want”.

~Wracamy do Will’a~
Na wsparcie mogłem liczyć nie tylko od siostry, ale także od kumpli z warsztatu. Coraz częściej zostawiałem tam gitarę i przyjeżdżałem wcześnie rano, żeby pograć bez publiczności. Aż któregoś razu publiczność sama mnie znalazła. Śpiewałem i grałem „One call away” Charliego Puth’a i po zakończeniu usłyszałem pojedyncze oklaski.

- Scott, no jasne… Mogłem się ciebie tu spodziewać. - mruknąłem odstawiając instrument na bok.
- Od pewnego czasu zastanawiam się, co robisz od tak wczesnej godziny, więc w końcu postanowiłem to sprawdzić i… nie żałuję. Tylko…
- Tak? - ponagliłem go nieco.
- Nie wiedziałem, że aż tak ci z tym ciężko. Po tamtej poprzedniej lasce, przed laty rozpaczałeś dosyć długo i wtedy nie potrafiłem tego zrozumieć i wręcz zaakceptować.
- Ale?
- Ale po tamtej nie śpiewałeś. Więc musi być z tobą cholernie źle!
- Jakoś przeżyję…
I rzeczywiście dawałem radę. Aż do tego przeklętego balu. To wydarzenie działało na mnie okropnie. Na samą myśl o balu, pojawiało się także wspomnienie… Quinn… I tego poprzedniego balu, który spędziliśmy razem… Niewyobrażalny ból. Nie przypuszczałem, że można kogoś tak kochać, że aż boli, ale w ostatnim czasie zmieniłem zdanie. To piękne i cholernie trudne do zniesienia uczucie. Ręce strasznie mi się trzęsły, ale jakimś cudem usiadłem do keyboardu. Znów grałem i śpiewałem, ale tym razem był to utwór zespołu Maroon 5 „Don’t wanna know”.
Po skończeniu omal nie zszedłem na zawał, ponieważ ktoś z okrzykiem przytulił mnie od tyłu.
- Kuźwa! Victoria! Nigdy więcej tak nie rób! - fuknąłem.
- Wyluzuj, brat! Przed koncertem nie powinieneś się tak spinać.
- Nadal nie uważam, żeby był to dobry pomysł…
- Od ostatnich tygodni twoje myśli i opinie są głównie pesymistyczne, więc nie biorę ich pod uwagę. Rusz tyłek i się przebierz, a ja cię pomaluję.
- Niby czym? - mruknąłem, wstając z krzesła i kierując się w stronę szafy.
- Nooo, neonową farbą uv, która świeci w świetle dyskotekowym.
- Niech będzie…
Jak powiedziała, tak zrobiła. Pomalowała mi cały lewy profil na trzy kolory: zielony, niebieski i w większości pomarańczowy. Efekt był naprawdę świetny. O ubiór zbytnio się nie postarałem, bo w ogóle nie miałem zamiaru iść na ten głupi bal, ale przekonała mnie ta ruda Wiewióra oraz Christiana Warrena. Dla przypomnienia Chris występował ze mną na poprzednim balu (postać do przejęcia! Głos Johannes Weber, wygląd dowolny!). Nie mogę stać się odludkiem, który opuszcza największe szkolne imprezy! I tak oto zgodziłem się. Kolejne wyzwanie, kolejna trudność do pokonania, ale poradzę sobie. Z gorszych sytuacji wychodziłem cało, więc bal to będzie „pikuś”. Nadszedł przeklęty dzień balu i już nie było odwrotu. Ja i Chris staliśmy na scenie, a cała szkoła uważnie się w nas wpatrywała. Na sali wciąż słychać było szmer spowodowany moją obecnością, ale nie specjalnie mnie to ruszało. Zaśpiewaliśmy mix dwóch piosenek: „Take Me To Church” Hoziera oraz „Crazy in Love” Beyonce. Wyszło o niebo lepiej, niż na próbie.
W trakcie piosenki do pomieszczenia weszła jeszcze jedna osoba. Dziewczyna w różowej, neonowej bluzce. Poczułem, jak moje serce zabiło mocniej na zapomniany już widok liliowych włosów. Po skończeniu szybko wymieniłem dwa zdania z przyjacielem i teraz przyszła pora na moje pięć minut. Najpierw „Say something” A Great Big World & Christina Aguilera.
Byłem ciekaw, czy zrozumie, że to do niej. Ale nie mogłem tego wymagać, w końcu nigdy nie dałem jej tego jasno do zrozumienia. Więc jako drugi utwór zaśpiewałem „Say you won’t let go” Jamesa Arthura.
Po zakończeniu szybko zbiegłem ze sceny i zacząłem rozglądać się za różową bluzką i liliowymi włosami. Aż nagle…
- Co zgubiłeś tym razem, Grant? - usłyszałem zza pleców TEN głos. Odwróciłem się i bez namysłu przytuliłem dziewczynę.
- Sens życia, nie widziałaś go może gdzieś po drodze? - zatrudniony DJ puścił jakąś piosenkę i zaczęliśmy delikatnie się kołysać.
- Taaak, to bardzo prawdopodobne.
- Czemu nie było cię tak cholernie długo?
- Eeee tam, wcale nie tak długo. - popatrzyła na mnie zdziwiona.
- No, wiesz dla mnie minęły całe wieki. - odparłem ze śmiechem i podniosłem rękę tak, aby dziewczyna się obróciła.
- Chyba przesadzasz.
- Chyba jednak nie… - ostrożnie schyliłem się i przysunąłem swoją twarz bliżej jej twarzy.
- A może jednak?
- Nawet sobie nie wyobrażasz, jak pusto tu bez ciebie było… - szepnąłem i zbliżyłem się jeszcze bliżej, starając się ją pocałować, a jednocześnie zostawiając jej miejsce, gdyby odmówiła.

Quinn?
(Zdążyłam! Wybacz, że tak muzycznie, ale nie mogłam się powstrzymać!)

niedziela, 2 kwietnia 2017

Od Will'a CD. Quinn

- Nie stać mnie. - prychnąłem, podnosząc się na łokciach.
- Wymyślisz coś, bystry jesteś... wystarczająco... - usłyszałem gdzieś z kanapy.
Mniej-więcej taki Will *-*
- Ała! - złapałem się teatralnie za klatkę piersiową w okolicy serca. - To boli! Nie rań mnie! Jeśli tak samo traktujesz brata, to mu się nie... - urwałem, bo w tym samym momencie moja ulubiona poduszka wylądowała na mej facjacie.
- Żarty, żartami, ale mógłbyś nie przekraczać pewnego umiaru? - fuknęła nagle. Chyba trafiłem w czuły punkt, zresztą nic dziwnego - w końcu to jej młodszy brat. Zrzuciłem z twarzy poduszkę.
- Rozumiem, co czujesz... Aż za dobrze... - westchnąłem, wpatrując się w sufit.
- Co masz przez to na myśli? - ton jej głos momentalnie się zmienił.
- Heh... - zaśmiałem się krótko. Miałem jej tyle do powiedzenia. Najchętniej to wygadałbym się raz, a porządnie. O pojawianiu się Victorii w moim życiu i o tym, jak przez długi czas nie potrafiłem jej zaakceptować. Aż do tej tragicznej serii zdarzeń, wypadek jej i... Michael'a... Ale to nie jest dobry moment. - Nic, zupełnie nic... - odparłem tylko.
Temat zmienił się równie szybko, co poprzedni pojawił. Quinn za wszelką cenę nie chciała dopuścić mnie do kanapy. Kręcąc głową westchnąłem i udałem się do biurka. Miałem jeszcze do napisania ten durny referat... Zapomniałem, że ściągnąłem soczewki, więc musiałem w końcu, po tak długim czasie, założyć okulary.Westchnąłem ciężko i wyciągnąłem z szuflady brązowe pudełko, a z niego czarną parę breli. Usłyszałem cichy, krótki trzask kanapy. Dziewczyna zerwała się na równe nogi i podbiegła do mnie. Ledwo zdążyłem wsunąć je za uszy, ona już stała obok.
- Ooooo... Wyglądasz tak inteligentnie... - powiedziała słodko z głową przechyloną lekko w bok. - To miła odmiana.
- Dzięki, dobrze usłyszeć kilka słów otuchy przed czymś tak straszliwym, jak to! - mruknąłem wskazując oburzony na stertę kartek, książek i Bóg wie czego, na moim biurku.
- Wiesz, że nie odpuszczę ci tego kina? - rzuciła nagle, patrząc na mnie podejrzliwie.
- Ehe. - mruknąłem, kiwając głową, unosząc brwi i lekko wydymając dolną wargę (Jprdl, jak ciężko opisuje się gify xD). Ze śmiechem pokręciła głową i wyszła z mojego pokoju. Założyłem okulary na nos i otępiały gapiłem się w ścianę. Kiedyś trzeba napisać to cholerstwo...
*Następnego dnia*
Podniosłem głowę na dźwięk swojego budzika. Wciąż siedziałem przy biurku, lecz tym razem referat był gotowy, tylko... trochę obśliniony... Ale to nie powinno przeszkadzać nauczycielowi, grunt, że jest napisane! Zadowolony z siebie ruszyłem do łazienki, żeby się przebrać. I tak już spóźniłem się na western, którego szczerze nie cierpię. Głód także mi nie dokazywał, za to memu wiernemu przyjacielowi owszem. Homer siedział przede mną z miską w pysku. Pogłaskałem go po łbie i obolały poszedłem po paczkę psich chrupek. Doberman natychmiast upuścił naczynie, które z brzękiem spadło na podłogę do góry dnem. Obróciłem je i wsypałem do środka jedną miarkę karmy. Zebrałem wszystkie potrzebne rzeczy, łącznie z referatem i wyszedłem z pokoju, a chwilę później także z budynku mieszkalnego. Nie spiesząc się zbytnio, dotarłem do gmachu uniwersytetu. Po schodach wspiąłem się na pierwsze piętro, gdzie powoli zbierała się reszta klasy. Nie zdążyłem nawet usiąść na ławce, bo akurat nadchodziła pani Angelina.
- Mam nadzieję, że twój referat powali nas wszystkich na kolana, Grant. - rzuciła mijając mnie.
- Ja również... - mruknąłem pod nosem. Tyle uroku osobistego, a żadna nauczycielka mnie nie lubi... Talent...
*Po wszystkich zajęciach, koło godz. 17:45*
Czysty i przebrany, ale wciąż zmęczony położyłem się na łóżku. Jedyne, na co miałem ochotę to pójście spać, ale nie było mi dane. Usłyszałem dzwonek swojej komórki. Podniosłem ją, a na wyświetlaczu pojawił mi się nieznany numer. Odebrałem i mruknąłem do telefonu ciche "halo?".
- Mam nadzieję, że o mnie nie zapomniałeś. - odpowiedział mi znajomy, żeński głos.
- Quinlan? Skąd masz mój numer? - zaskoczony, poderwałem się z miejsca.
- Od Victorii, nie musisz jej dziękować. Zbieraj się i jedziemy. - odparła, po czym tak po prostu się rozłączyła.
- I jak tu odmówić. - rzuciłem do siebie i zacząłem zbierać się do wyjścia. Jednak wcześniej musiałem rozmówić się z siostrą. Wyszedłem ze swojego pokoju i bez pukania wszedłem do pomieszczenia naprzeciwko, którego lokatorem była moja kochana siostrzyczka.
- Też dobrze cię widzieć i... - usłyszałem jej głos z wnętrza pomieszczenia. Mój ulubiony Rudzielec siedział przy biurku. Odwróciła się akurat, gdy wszedłem do "głównego pokoju". - Nie musisz mi dziękować. - wyszczerzyła się.
- Nienawidzę cię. - mruknąłem, mrużąc oczy.
- Ja ciebie też, a teraz idź, bo znajdzie sobie trzech innych na twoje miejsce. - rzuciła, odwracając się z krzesłem. - A! Na stoliku leżą kwiaty. Weź je, wszystkie dziewczyny lubią kwiaty.
- Dzięki... - szepnąłem cicho, zabrałem bukiet i wyszedłem. Do dziś mam trudności z docenieniem jej. Nie wiem, czy ja byłbym w stanie zrobić dla Vicky coś podobnego, tak sam z siebie... W końcu zawędrowałem do pokoju numer 29. Zapukałem, a po chwili drzwi otworzyła mi liliowowłosa. Zadowolony chciałem wręczyłem jej kwiaty, ale...
- Oooo! Podziękuj ode mnie Victorii. - moja twarz natychmiast zobojętniała. Rzuciłem w nią bukietem, zatrzasnąłem drzwi i wolnym krokiem ruszyłem przez korytarz. Stało się tak, jak przewidziałem i po chwili usłyszałem za plecami przyspieszone kroki. Uśmiechnąłem się pod nosem.
***
Dojechaliśmy do miasta, dziewczyna zaparkowała i wysiedliśmy z pojazdu. Quinn zaczęła iść w stronę kina, ale chwyciłem ją za rękę i pociągnąłem za sobą. Popatrzyła na mnie pytająco.
- Nie wiem, jak ty, ale ja nie dam się tym naciągaczom. - mruknąłem wskazując głową na budynek kina. Przeszliśmy przez ulicę, a następnie przekroczyliśmy próg supermarketu. Liliowowłosa chyba w końcu się odnalazła... Zaczęła biegać od jednego do drugiego działu w tę, we wte i z powrotem. Chwyciłem koszyk i powlokłem się za nią.
- Na co masz ochotę? - spytałem, gdy weszliśmy w dział słodyczy i chrupek.
- Emmm... Może to... O! Albo tamto! - pokazywała na różne opakowania.
- To co w końcu? - ponagliłem ją, powoli tracąc cierpliwość.
- Nie wiem, ty coś wybierz. - westchnęła rzucając zmęczone spojrzenie na pełny regał. Nieco zirytowany, przejeżdżając wózkiem obok półki zacząłem zrzucać z niej różne opakowania. Niestety nie wszystkie trafiły do koszyka, więc po chwili na podłodze leżało mnóstwo torebek z rozmaitymi chipsami, chrupkami, prażynkami, orzeszkami i innymi, nieznanymi mi przekąskami. Co za tym idzie już wkrótce byliśmy zmuszeni do szybkiej ewakuacji ze sklepu spowodowanej wściekłą sprzątaczką.
- Wiesz co? - ledwo usłyszałem Quinn przez jej dyszenie, gdy znaleźliśmy się daleko od sklepu.
- Jak mi... nie powiesz, to... się nie... dowiem. - powiedziałem z przerwami na złapanie tchu.
- Ta kobieta do złudzenia przypomina mi naszą ulubioną sekretarkę, panią Lilian. - wysłowiła się po uspokojeniu oddechu, a chwilę później oboje wybuchnęliśmy śmiechem.
- Może tylko trochę. - rzuciłem z teatralną nieznajomością sytuacji, po czym znów zacząłem się śmiać.
- Ile marketów zostało nam do rozwalenia? - spytała, gdy kierowaliśmy się do następnego sklepu.
- Dwa albo trzy, w zależności czy zdecydujemy się na to kino. - uśmiechnąłem się niewinnie, gdy zaczęła mierzyć mnie wzorkiem.
- Pamiętaj, że ci nie odpuszczę. - mruknęła, mrużąc oczy.
- Pamiętam... - westchnąłem przekraczając próg supermarketu. Na pierwszy rzut oka był mniej-więcej podobnej wielkości, co ten poprzedni. Jednak po piętnastu minutach przekonaliśmy się, że jest zdecydowanie większy... Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że przez tyle czasu nie potrafiliśmy znaleźć odpowiedniego działu? To znaczy: Quinn nie potrafiła znaleźć, bo ja nie bardzo się za nim rozglądałem. Byłem zajęty... czymś innym... I nawet nie uprzedziłem dziewczyny, że go minęła. Wygłupiałem się i tańczyłem ze swoim wózkiem po całym sklepie.
- Will, chodź już! - fuknęła do mnie Quinn szukająca czegoś w dziale naprzeciwko. Zrobiłem obrażoną minę i już miałem spokojnie do niej iść, gdy wpadł mi do głowy pewien pomysł... Rozpędziłem się z wózkiem i puściłem luźno nogi. Do Quinlan przyjechałem w pozie "na trupa", ale nie bardzo wiedziałem, jak się zatrzymać. Zatem pojechałem dalej i zatrzymał mnie dopiero pracownik sklepu... Uprzejmie podziękowałem mu za informację, wręczyłem wózek i zacząłem uciekać w stronę wyjścia. Zza pleców usłyszałem krzyki dziewczyny, przypominające coś jak: "Jesteś idiotą, Grant!" albo "Przez ciebie już nigdy nie będę mogła pokazać się w żadnym sklepie!".

- To zmień kolor włosów! - odkrzyknąłem jej ze śmiechem, przeskakując nad ostatnią barierką dzielącą mnie od drzwi. Jednak na zewnątrz nie zatrzymałem się od razu. Zamiast tego ruszyłem w stronę ostatniego znanego mi marketu. Raz po raz obracałem głowę, żeby upewnić się, że Quinn nadal za mną biegnie. Stanąłem dopiero pod ostatnim sklepem, spojrzałem za siebie...
- Quinlan? - stanąłem, jak wryty. Przed chwilą jeszcze tam była... - Quinlan! - puściłem się biegiem z powrotem. Minąłem zakręt i leciałem dalej po prostej, ale nigdzie jej nie było. Poczułem, że serce mi stanęło. I równie szybko ruszyło z jeszcze większą prędkością.
- Zgubiłeś coś? - usłyszałem zza pleców. Obróciłem się i popatrzyłem w dół. Dziewczyna po prostu zatrzymała się zaraz przed ostatnim skrętem i stała tak, jak gdyby nigdy nic, opierając się o ścianę.
- Nienawidzę cię... - mruknąłem i szybko ruszyłem w stronę sklepu.
- William, nie obrażaj się! - zawołała doganiając mnie. Weszliśmy do marketu.
- Nie jestem obrażony, ale mam zamiar serdecznie ci się odwdzięczyć... - uśmiechnąłem się zadowolony na widok wnętrza budynku. Wewnątrz znajdowała się sala, w której rodzice mogli zostawić swoje dzieciaki na czas zakupów, a także zorganizować tam urodziny pod opieką jakiegoś przebranego wolontariusza. Wieszak z dwoma strojami stał przed salą. Pociągnąłem Quinn za rękę, rozejrzałem się wokół i zgarnąłem dwa stroje postaci z Mario. Następnie wręczyłem jej zielony strój, a sam wszedłem do łazienki. Przebrałem się w czerwony strój i wyszedłem do dziewczyny.
- Twoja kolej. - powiedziałem spod brązowych wąsów.
- Zwariowałeś, prawda?
- Skądże znowu. Jakoś musisz mi wynagrodzić ten brzydki kawał... - odparłem niewinnie. Liliowowłosa westchnęła i weszła do pomieszczenia. Po kilku minutach wyszła i ruszyliśmy na podbój sklepu. Przed wejściem do strefy zakupów zauważyłem dwa dziecięce autka z koszykami z przodu. Takie biedne, samotne, bez opieki... Wsiadłem na pierwszy i odpaliłem go. W moim koszyku ktoś zostawił opakowanie jajek.
- To nic trudnego, poza tym jesteśmy przebrani. - zapewniłem dziewczynę. Quinn wsiadła na drugi pojazd i ruszyliśmy w trasę. Zaczęliśmy się ścigać po całym sklepie. Wykorzystując fakt, że byłem w posiadaniu dziesięciu jajek, postanowiłem grać nieco nie fair. Rzucałem je za siebie, a Quinlan starała się je wymijać. Po kilku próbach w końcu wpadła w stłuczone jajko i o mało nie spadła z "wózka". Objąłem prowadzenie i wygrałem nasz wyścig.
- To idziemy po te chrupki? - spytałem, gdy podjechała bliżej.

Quinn? xD

wtorek, 31 stycznia 2017

Od Will'a CD. Quinlan

~Okres świąteczny~
Bez Quinn do mojego życia wstąpiła nuda i tęsknota. Kiedy ostatnio tak się do kogoś przywiązałem? Miałem okazję, by choć na trochę o niej zapomnieć.
- Rusz dupę, Willy! - Victoria rzuciła we mnie bagażem podręcznym. Westchnąłem ciężko i ruszyłem za nią do samolotu. "Święta powinno się spędzać z rodziną", więc rodzice wysłali nam bilety do Miami. I jak zwykle nie mamy nic do powiedzenia... Zająłem swoje miejsce i cierpliwie czekałem, aż te męki się skończą. Nienawidzę korzystać z linii lotniczych, ale mógłbym narobić sobie kłopotów kradnąc ten spadochron...
Jedyny plusem w powrocie do domu, prócz zobaczenia rodziców oczywiście, było to, że mogłem przetestować swoje umiejętności na koniach matki. Nie mogę wypaść z formy tylko z powodu wyjazdu. Choć sama "rodzinna kolacja wigilijna" wyglądała dokładnie tak, jak się spodziewałem. Ojciec pojawił się dopiero pod koniec. Gdybym był młodszy, może przejąłbym się choć odrobinę, ale nie. Nie zrobiło to na mnie wrażenia, nawet nie byłem na niego zły. Wigilia wygląda tak samo od wielu lat i on może obiecywać, przysięgać, ale nie uwierzę mu nigdy. Mężczyznę ciężko zmienić, a im starszy, tym jest to trudniejsze. Podsumowując: przeżyłem. Vicky też, ale ona wyjdzie cało z każdej sytuacji.
~Wracając do Quinn~
Wyjątkowo niechętnie ją wypuściłem. Jej ciało było tak przyjemnie ciepłe... Dziewczyna pozbierała swoje rzeczy i wróciła do mnie z ciepłym uśmiechem, którego tak mi brakowało przez ten cały czas.
- Co ty tutaj właściwie robisz? - wyrwało mnie z zamyślenia. Odchrząknąłem i nachyliłem się nad jej uchem.
- Robię za twoją obstawę. - szepnąłem, robiąc z palców pistolet. - Ze mną jesteś bezpieczna. - jeszcze przez moment utrzymywaliśmy poważne miny, po czym oboje wybuchnęliśmy śmiechem. Przez ulicę akurat szedł niemały tłum ludzi. Stanąłem przed Quinlan i uniosłem swą zabójczą broń.
- Jeśli ktoś chce skrzywdzić to liliowowłose dziewczę, najpierw musi się zmierzyć ze mną! - ryknąłem w stronę tłumu, a ponieważ się nie zatrzymał, musiałem otworzyć ogień z palców.
Jednak na napastnikach nie zrobił najmniejszego wrażenia, wciąż napierali wykorzystując przewagę liczebną.
- Kurde, powinni już nie żyć... - westchnąłem z teatralną paniką.
- I co teraz? - Quinn przyłączyła się do sztuki. Chwyciłem dziewczynę za rękę.
- ODWRÓT! - wrzasnąłem ciągnąc ją za sobą. Ledwo nadążała za mną z powodu swoich bagaży. W biegu zabrałem jej jeden z nich i pędziliśmy dalej. W końcu wciągnąłem ją do hotelu "Beverage". Oparłem się o biurko recepcji, dysząc ciężko. Quinlan patrzyła na mnie zaskoczona, starając się uspokoić oddech.
- Co my tu robimy? - wysłowiła się w końcu.
- Zabieramy moje rzeczy i dzwonimy po taksówkę. - odparłem i zabrałem od chłopaka z obsługi swoją walizkę.
- Dlaczego mieszkałeś tutaj? Coś ze szkołą? - spytała, gdy wsiadaliśmy do czarnego samochodu.
- Przekonasz się na miejscu. - mruknąłem na samo wspomnienie szkoły.
~Jakiś czas później, MU~
Przed wejściem do budynku mieszkalnego, naciągnąłem sobie koszulkę aż do nosa i wyciągnąłem odświeżacz powietrza. Zrobiłem głęboki oddech i nacisnąłem klamkę. Weszliśmy do środka, a chwilę po tym, dziewczyna prychnęła śmiechem.
- Miłość jest w powietrzu. - mruknąłem spod koszulki i ruszyłem przed siebie, psikając wkoło. Akademia kipiała miłością bardziej, niż kiedykolwiek.
- Walentynki są dopiero w lutym. - mruknęła Quinn oglądając się za kolejną przechodzącą parą.
- Nie wyobrażam sobie przebywać w okolicy tego dnia... - akurat mijaliśmy obściskującą się parkę, więc psiknąłem w ich stronę odświeżaczem. Dopiero gdy przedarliśmy się do korytarza przed pokojami, opuściłem koszulkę na dół. Quinlan poszła zanieść rzeczy do siebie, a ja otworzyłem swój pokój i wniosłem do środka walizkę. Kilka minut później liliowowłosa wróciła już bez swoich dodatkowego obciążeniu.
- Jakby się nad tym głębiej zastanowić... - zaczęła mówić, co wyjątkowo przykuło moją uwagę. - ...to jest całkiem urocze... - rzuciła wyraźnie zamyślona. Do głowy wpadł mi pewien pomysł.
- Tak uważasz? - podjąłem temat, ożywiając się nagle.
- Taaaak...? - odparła wyraźnie zbita z tropu.
- Dobrze się zastanów, co mówisz. Uważasz, że to urocze? - podszedłem bliżej niej.
- Jakby się nad tym zastanowić... - nie wiedziała, o co mi chodzi, więc próbuje się wykręcić...
- Okej, skoro tak właśnie myślisz. - odsunąłem się od niej i sięgnąłem pod łóżko po gitarę akustyczną. Odwróciłem się z powrotem do dziewczyny z psychopatycznym uśmiechem. Zacząłem grać (choć tak tego nazwać nie można) i śpiewać (czytaj: wydzierać się).
- Grant, zamknij się! - zawołała ze śmiechem dziewczyna.
- Quinn, ja ciebie kocham! Do ciebie szlocham! Wciąż o tobie śnię, nawet gdy jeszcze nie śpię!* - ledwo mogła mnie zrozumieć, bo płakałem ze śmiechu. Zacząłem gonić szarooką z tą piękną piosenką na ustach, a ona uciekała, obracając się. Wybiegliśmy na korytarz, Quinlan ruszyła w stronę wyjścia z budynku, a ja za nią. Wydzierałem się chyba na cały budynek, a zaskoczeniu ludzie oglądali się za nami z wyraźny niepokojem w oczach. W końcu zacząłem się zastanawiać, czemu jeszcze nikt nie kazał mi się zamknąć... i wykrakałem...
- GRANT!!! - rozległ się znajomy mi głos sekretarki Lilian. Gwałtownie znieruchomieliśmy w tych pozach, w których akurat byliśmy: ja trzymałem lekko uniesioną gitarę i miałem rozdziawioną gębę, a Quinn zastygła w obrocie. Kobieta podeszła do nas i nie wyglądała na zadowoloną z mojego koncertu.
- Czy zechcesz mi wyjaśnić, CO TO MA ZNACZYĆ?! - jeszcze nigdy nie widziałem jej w takim stanie. Odchrząknąłem i rzuciłem liliowowłosej rozbawione spojrzenie.
- Chce pani powiedzieć, że nie podoba się pani mój głos? - spytałem z miną niewiniątka.
- Nie strzelaj głupa, Grant. Oboje wiemy, że darłeś się tak specjalnie. - odfuknęła.
- Owszem, bilety na moje koncerty nie kosztują groszy, więc nie każdy może mnie posłuchać. Próbuję umożliwić to takim uczniom, a pani nie pochwala mojego dobrego uczynku? - zrobiłem smutną minę. Kobieta pokręciła głową z oburzeniem i odeszła.
- Już nie będę! - krzyknąłem za nią. Gdy wyszła z budynku, oboje prychnęliśmy śmiechem. - Jestem ciekaw czy w ogóle cię zauważyła... - zwróciłem się do Quinn.
- Nawet nie dałeś jej takiej możliwości.
- Nic nie poradzę, że uwielbiam grać pierwsze skrzypce, a raczej... - uniosłem swój instrument w górę. - ...gitarę?

Quinn? (Will ocalił ją przed straszną i krwiożerczą sekretarką xD)
* - Jeśli oglądałaś 4(?) część Harryego Pottera, to pewnie kojarzysz ten tekst xDD

czwartek, 29 grudnia 2016

Od Will'a CD. Quinlan

Gdy dziewczyna zamknęła okno, uśmiechnąłem się triumfalnie. Pomachałem do David'a, aby mnie opuścił.
- Teraz tylko trzeba szybko się zwijać. - mruknąłem będąc na ziemi. Cała siódemka dziwnie na mnie patrzyła.
- Zabierajcie stąd wóz zanim zaczną się pytania. No, już! - fuknął najstarszy z ekipy, czyli Scott.
- To ja też już spadam. - odezwała się Vicky i ruszyła w stronę stajni. - Tylko odegrajcie wystarczająco dobre przedstawienie. - krzyknęła z daleka.
- Nie ma problemu! - odkrzyknąłem. - Czy teraz wyjaśnisz mi, o co ci chodzi? - zwróciłem się do chłopaka.
- Na razie, Will! - z wewnątrz samochodu dobiegł głos Tom'a.
- Tylko nie wygłup się zbytnio przed swą wybranką! - usłyszeliśmy głos Lou, a chwilę potem także głośny jęk.
- Zamknij się, Młody! - dołączył James.
- Jego przynajmniej jakaś chce, a nie... Ała! To bolało! - David oberwał w tył głowy.
- Jedźcie już, za dużo bałwanów, jak na jedną zimę. - przerwał im Scott. W końcu odjechali... Pokręciłem głową.
- Nigdy się nie zmienią... - westchnąłem. Chłopak wciąż patrzył w okno Quinn. - Coś nie tak?
- Nie, to znaczy... tak. Jesteś pewien, że ona jest warta twojego zachodu? - otworzyłem usta, aby coś odpowiedzieć, ale nie dał mi dojść do słowa. - Nie chcę, żeby złamała ci serce, przyjacielu. Chyba nie muszę przypominać, jak było ostatnim razem. Po prostu uważaj, aby nie zakochać się pochopnie. - w jego głosie wyczułem smutek, ale nagle gwałtownie się zmienił. - Hej, Vicky! Mogę potem pożyczyć quada?
- Tylko nie rozwal. - mruknęła Wiewiór i rzuciła mu kluczyki.
- W razie co mam warsztat. - uśmiechnął się, wsiadając na maszynę. Przez dłuższy moment patrzyłem w miejsce, gdzie widziałem go po raz ostatni. Zastanawiałem się nad tym, co powiedział, a najgorsze było to, że miał rację... Doskonale pamiętam koniec swojego poprzedniego związku, a zwłaszcza tego następstwa... Przez miesiąc mieszkałem u Scott'a, bo nie potrafiłem nic użytecznego ze sobą zrobić. Ktoś postanowił wyrwać mnie z zadumy - zimna śnieżka uderzyła w moją głowę.
- Nie myśl o tym, że ktoś może cię skrzywdzić. Idź i baw się dobrze. - usłyszałem za plecami. Obróciłem głowę i natychmiast dostałem śnieżką.
- To nie jest zabawne. - mruknąłem, strzepując śnieg z twarz i ubrania.
- Jest i musiałam jakoś doprowadzić cię do porządku. Ostudziłam trochę twoje myśli i emocje, więc rusz się. - oberwałem następną kulką. - Twoja księżniczka nie będzie czekać wiecznie.
~godzinę prze balem~
Taki elegancik xD
Wziąłem prysznic, aby choć trochę pozbyć się zapachu Black'a. Może wydawać się niemożliwym, ale chyba mi się udało. Owinąłem się ręcznikiem i wyszedłem do siostry.
- To będzie najgłupsze, co w życiu powiem... Mogłabyś mnie... obwąchać? - spytałem, a Vicky wybuchnęła śmiechem.
- Boisz się, że na balu w akademii jeździeckiej ktoś cię wyśmieje dlatego, że cuchniesz koniem?
- Możesz to dla mnie zrobić? - Roxette z uśmiechem przewróciła oczami i podeszła do mnie.
- Nic nie czuję, a teraz idź się przebrać. - rzuciła mi garnitur i wepchnęła z powrotem do łazienki. Założyłem wszystko, co tam było, ale miałem problem z muchą. Przejrzałem się w lustrze.
- Nie jestem przekonany... - mruknąłem przez drzwi. Po chwili rozległo się pukanie.
- Mogę? - usłyszałem głos siostry.
- Wchodź. - rzuciłem i wróciłem do oceny swego wyglądu. - I co sądzisz?
- Wyglądasz świetnie, będzie zachwycona. Tylko ta mucha. - popatrzyła krzywo na moje dzieło.
- Do dzieła. - posłałem jej uśmiech. Gdy skończyła potrafiłem powiedzieć jedno zdanie. - Następnym razem od razu pójdę do ciebie.
- Ćwiczyłam na tacie. Każda dziewczyna powinna to potrafić. - zaśmiała się.
- Lepiej już pójdę, za chwilę w pół do... - mruknąłem, zerknąwszy na zegarek.
- Nie możesz! - rozległ się krzyk Victorii. Popatrzyłam na nią zdziwiony takim zachowaniem. - Nigdy nie przychodź po dziewczynę punktualnie! Jeśli spotykacie się w umówionym miejscu, musisz być prze czasem, ale jeśli idziesz po nią, to koniecznie musisz spóźnić się parę minut. Faceci nie do końca to poujmują, ale potrzeba czasu i wysiłku, żeby tak świetnie wyglądać.
- Dooobra... - mruknąłem i usiadłem na łóżku. Dziesięć minut po umówionej godzinie, poszedłem pod drzwi z numerem 29. Zapukałem, a chwilę później wyszła Quinn. Obdarzyła mnie uśmiechem i zamknęła pokój na klucz.
- Idziemy? - spytała.
- Idziemy. - odparłem, starając się zachować spokój. Podałem jej ramię, położyła na nim swoją dłoń i ruszyliśmy na salę.
- Gdzie zgubiłeś siwego konia? - usłyszałem nagle.
- Vicky nie pożyczyła mi jej drugi raz. - westchnąłem. - Mam nadzieję, że nie przesadziłem za bardzo...
- Cóż... - Quinn odchrząknęła.
- I jak tu dogodzić kobiecie?! Facet się nie stara, a jak się stara, to przesadza! Ktoś mi to wyjaśni?! Normalnie muszę zmienić orientację... Świetna myśl! Zostanę gejem, bo mężczyźni są prostsi do zrozumienia. Quinlan, właśnie obudziłaś we mnie geja. Możesz sobie pogratulować. - starałem się zachować powagę, ale w końcu prychnąłem śmiechem. Akurat weszliśmy do sali balowej.
- Will, nie rób tego! Pomyśl o tych tabunach dziewczyn, które za tobą szaleją!
- Kurde! Kompletnie o tym zapomniałem! Jakby ci to powiedzieć... w trakcie imprezy będę musiał na chwilę cię opuścić. Muszę coś zaśpiewać, żeby nikt się nie czepiał, że nie pomagam przy balu. To nie problem?
- Skąd, chętnie popatrzę i się pośmieję. - po raz kolejny delikatnie wykrzywiła kąciki ust. Już miałem odwzajemnić gest, gdy zobaczyłem coś, a raczej kogoś...
- Cholera... - mruknąłem cicho. Niestety blondynka i towarzysząca jej brunetka już szły w naszą stronę.
- Witaj, William. - Sara zatrzepotała rzęsami, jakby nie zwracając uwagi na moją towarzyszkę.
- Tsa... Saro, dzisiejszy wieczór poświęcam swej siostrze, fanom podczas występu oraz tej pięknej damie.
- Och, Will! Po co się ograniczać? O ile się nie mylę, to chyba gustujesz w trójkąty? Może spróbowałbyś czegoś innego? - dołączyła się Wendy.
- Przypomnę ci, że zostałem wykluczony z gry. I, jakbyś nie zauważyła, już dokonałem wyboru. Życzę paniom miłego wieczoru. - odparłem i ruszyłem przed siebie, a liliowowłosa tuz za mną.
- Kto to?
- Sara Roberts i Wendy L'Anglais. Ta pierwsza jest mną desperacko zauroczona, a brunetka Wendy pomaga jej w dostawaniu tego, czego chce. Niestety do dziś jej się nie udało i próbuje dobić mnie faktem, iż moja była zostawiła mnie dla kobiety. - westchnąłem i spojrzałem w dół. - Nie wiedziałem, że jeżdżą konno... Proszę, nie daj sobie popsuć wieczoru z powodu tych dwóch idiotek. Jestem tu z tobą i nic na to nie poradzą. - puściłem jej oczko, uśmiechając się lekko. Ze złych myśli wyrwał mnie widok chłopaka, biegnącego w naszą stronę.
- William Grant? - spytał, na co skinąłem głową. - Wchodzisz na scenę za pięć minut.
- Rozumiem. - odparłem, a ten odbiegł. - Miałem nadzieję, że przedtem spędzę więcej czasu z tobą, ale co poradzę... Do zobaczenia później? - upewniłem się, odchodząc powoli.
- Pewnie. - usłyszałem jeszcze i ruszyłem w stronę tego chłopaka oraz niedużej sceny. Popatrzyłem na niego pytająco.
- Miałem śpiewać w duecie z Chrisem... Aktualne? - spytałem organizatora.
- Jak najbardziej. - odparł, a chwilę później podbiegł do nas blondyn imieniem Christian.
- Gotów? - zwróciłem się do wspólnika.
- Jak nigdy, do dzieła! - zawołał i weszliśmy na scenę. Chris chwycił mikrofon i odchrząknął, a wszystkie oczy skierowały się na nas.
- Christian Warren i William Grant! - rozległo się na całą salę. Odszukałem wzrokiem Quinn i nie patrzyłem już nigdzie indziej. Zaczęliśmy śpiewać "Shut Up And Dance".

W połowie piosenki dostrzegłem dwie postaci, które rozmawiały z Quinlan. Szarooka wybiegła z sali, a ja z trudem zakończyłem występ. Gdy tylko muzyka ucichła, zbiegłem po schodkach i zacząłem się przedzierać przez tłum aż do wyjścia. Kilka osób próbowało mnie zatrzymać, większość ciągle klaskała, domagając się bisu. W końcu wybiegłem z pomieszczenia i ruszyłem do pokoju numer 29. Podniosłem rękę i zawahałem się przez moment, po czym szybko zapukałem. Nie było odwrotu, musiałem wejść do środka. Nie wiedziałem, co chcę zrobić, a tym bardziej co będę musiał zrobić... Nie usłyszałem żadnej odpowiedzi, więc nacisnąłem klamkę. Drzwi delikatnie się uchyliły, a ja wszedłem do pokoju. Na podłodze były czarne buty Quinn, a gdy wszedłem dalej znalazłem także ich właścicielkę, która leżała skulona na łóżku. Usiadłem na jego brzegu, nie zbliżając się za bardzo.
- Co ona ci powiedziała? - zapytałem drżącym z furii głosem.
- To... było okropne... - wyjąkała, a zaraz po tym zerwała się i wbiegła do łazienki. Podszedłem do drzwi i już prawie je otworzyłem...
- Nie mogę... - szepnąłem do siebie i oparłem o nie głowę. Uderzyłem pięścią w drewno. Po kilkunastu minutach czekania, dziewczyna wreszcie wyszła. Spojrzeliśmy na siebie i przytuliłem ją. Czułem, że tego potrzebowała. W końcu musiałem ją puścić (mimo, iż bardzo nie chciałem). Złość na nowo we mnie wstąpiła. Zacisnąłem dłonie w pięści.
- Niedługo wrócę, dobrze? - rzuciłem i szybko wyszedłem, nie miałem zamiaru czekać na odpowiedź. Szybkim krokiem wróciłem na salę. Odszukałem te dwie żmije i niemal do nich podbiegłem.
- No, proszę! - zawołała Wendy. - Stęskniłeś się, Will?
- Chyba dawno ci nie przywaliłem, co?! - warknąłem i zamachnąłem się, ale ktoś chwycił moją rękę.
- Odczepisz się od nich, Grant?! - usłyszałem za plecami znajomy głos John'a...
- Rangel, jak miło cię słyszeć. Też chcesz zarobić?
- Niekoniecznie, ale chyba tobie by się przydało. - syknął, a ktoś złapał mnie od tyłu. Oberwałem kilkakrotnie w twarz, w brzuch i raz w piszczel, ale jakimś cudem wyrwałem się jego koledze i już miałem go uderzyć, gdy ponownie ktoś chwycił moją rękę. Odruchowo zastosowałem swój chwyt, ale nie poczułem, że w kogoś uderzam... Robił aż tak dobre uniki? Otworzyłem oczy. Stała przede mną Victoria i przyglądała się mojej uszkodzonej twarzy.
- Już wystarczy. - powiedziała stanowczo i chłodno. Podbiegli do nas opiekunowie i obu napastników usunęli z balu. Nie byli nawet uczniami, tylko przyszli z Sarą i Wendy.
- Czyli to oni będą mieć kłopoty? - spytałem siostrę, gdy wychodziliśmy z imprezy.
- Tak, dzięki mnie. Gdybyś go uderzył, zapewne także dostałbyś karę, a oni mogą nawet iść siedzieć.
- Nie zaszkodzi im. - fuknąłem. Vicky założyła moje ramię na swoją szyję i pomogła mi iść.
- Kurde, jak ty fatalnie wyglądasz! - zawołała po bliższym przyjrzeniu się moim obrażeniom. - Do pielęgniarki!
- Naprawdę muszę? - jęknąłem jeszcze bardziej załamany.
- Williamie Nicolasie Grant, marsz natychmiast! - fuknęła tak, że odechciało mi się dyskutować.
Pielęgniarka oznajmiła, że nic poważnego mi nie zrobili i będę żyć. Z gabinetu wyszedłem przed siostrą, aby czym prędzej przemknąć się do...
- WILL! - rozległ się jej głos, który zapewne słyszało pół szkoły. Zrezygnowany odwróciłem się i posłałem jej minę zbitego szczeniaka. - Nie mów, że idziesz do niej! Jeśli szukasz następnego guza, to po prostu nadstaw policzek, a ja cię uderzę.
- Nie zrozumiesz... - mruknąłem ponuro. - Obiecałem, że wrócę, a nie chcę być, jak twój ojciec...
- Nawet nie waż się wspominać o tym człowieku w mojej obecności! - warknęła. - To sprawa, której ty także nie zrozumiesz, a teraz spadaj.
- Miłej zabawy na... - urwałem.
- Przecież sam tam nie dojdziesz, sieroto. - mruknęła, a ja ją objąłem i tak szliśmy.
- Jesteś najlepsza, wiesz?
- Wiem, ale zamknij się już, ty podstępny lizusie.
Vicky podprowadziła mnie aż pod drzwi numer 29. Popatrzyłem na siostrę.
- Powodzenia. - uniosła kciuk w górę i ruszyła z powrotem na bal. Zapukałem, ale znowu nie doczekałem się jakiejkolwiek odpowiedzi. Zajrzałem do środka i uśmiechnięty przekroczyłem próg pokoju.

Musiałem wyglądać naprawdę fatalnie, bo mina Quinn była bezcenna, niepowtarzalna i jednorazowa.
- Co ci się stało?! - podbiegła do mnie i zaczęła oglądać moją obitą facjatę.
- Stado fanek mnie zaatakowało. Ledwo uszedłem z życiem. - odparłem i wybuchnąłem śmiechem.
- Wyglądasz strasznie, ale jesteś zdrowy. Humor cię nie opuścił, a to najlepszy dowód.
- Dlaczego uważasz, że żartuję? Śmiesz twierdzić, że nie mam tłumu fanek? Dobra, masz mnie! Musiałem przepędzić stado kawalerów, którzy chcieli zabiegać o twe względy, ale ja stanąłem im na drodze.
- Ilu ich było?
- Co najmniej dwudziestu, ale jak widzisz, ja jestem z nich najlepszy. - odparłem, ściągając buty i skarpety. Położyłem się na łóżku, a dziewczyna usiadła na krześle naprzeciwko mnie.
- I do tego taki skromny.
- Odziedziczyłem po ojcu wraz z urokiem osobistym. - nagle coś sobie przypomniałem.
- Cóż, śmiem kwestionować twe słowa.
- Hmmmm... A wiesz, że przez tą akcję z twoimi kawalerami nawet nie zdążyliśmy zatańczyć, więc... Zatańczysz ze mną, Quinlan Squarepants? - ukłoniłem się, szczerząc zęby.
<3
- A umiesz?
- Spójrz na tę niewinną twarz, czy maluje się na niej brak jakiejś umiejętności?
- Umiesz czy nie umiesz?
- A ty?
- Nie.
- Ja też, więc trzeba się nauczyć. Nikt nie patrzy, także... - przyciągnąłem ją do siebie, a Quinn stanęła na moich stopach, aby być wyższą.
- Nie ma muzyki. - mruknęła.
- Czepiasz się, ale zaraz coś się wymyśli. - odparłem i zacząłem nucić jakąś piosenkę. Przerwałem na chwilę, aby spytać - Teraz lepiej?

Quinn? (Tylko tego nie zepsuj! xD)

piątek, 23 grudnia 2016

Od Will'a CD. Quinn

Pomyślałem chwilę, a do głowy przyszedł mi genialny pomysł.
- Cóż... Idę z Molly Evans. - wzruszyłem ramionami. - A ty?
- Póki co wychodzi na to, że idę sama... - mruknęła ponuro, ale szybko zmieniła ton głosu. - To która?
- Myślę, że ta biało-różowa. Ale nie wiem, czy to, co myślę cię interesuje. - wyszczerzyłem się.
- Sama nie dałabym rady, a tylko ty zostałeś z osób, które nie omijają mnie szerokim łukiem.
- Właściwie to ten fakt nas łączy. - mruknąłem drapiąc się w kark.
- Co masz na myśli? - ożywiła się nagle Quinlan.
- Gdy rzuciła, a właściwie to ja ją rzuciłem z powodu zdrady... Nieważne, niejaka Mary Green rozpowiadała, że jestem orientacji homoseksualnej i dlatego mnie zostawiła. Wszyscy kumple mnie omijali, a jedyną dziewczyną w moim otoczeniu stała się Vicky. Ale to było dawno, bardzo dawno temu. To co? Idziemy do kasy?
- Jasne, tylko odłożę pozostałe. - odparła i zniknęła z mojego pola widzenia. Wyszedłem ze sklepu i czekałem aż zapłaci. Przyszła mi do głowy pewna myśl, która ponownie udowodniła mi, z jestem kompletnym idiotą. Wbiegłem z powrotem do sklepu, na szczęście Quinn jeszcze nie stała przy kasie. Podszedłem do sprzedawczyni i położyłem pieniądze na ladzie.
- To za sukienkę tej liliowowłosej dziewczyny. - powiedziałem do kobiety i równie szybko opuściłem sklep. Zadzwoniłem do Vicky.
- Nadal jesteś w mieście? - spytałem, gdy odebrała.
- Tak, ale...
- Podjedź pod galerię. Musimy być w stajni przed Quinlan. - rzuciłem i rozłączyłem się. Szybko wybiegłem przed galerię. Ruda była w samą porę, wskoczyłem na quada i pojechaliśmy do szkoły. Mieliśmy przewagę, bo niekoniecznie trzymaliśmy się drogi...
- Kurna! Uważaj trochę! - zawołałem do siostry, gdy pojazd po raz kolejny podskoczył.
- To jest quad! Czego ty się spodziewałeś na takim terenie. - odparła.
~jakiś czas później~
Wjechaliśmy na teren akademii. Szybko zsiadłem z maszyny i pobiegłem do stajni. Amesia wciąż wyglądała świetnie tak, jak ją zostawiliśmy ubiegłego wieczoru. W końcu dołączyła do mnie Victoria.
- I jak, wszystko gotowe? - spytałem mocno poddenerwowany.
- Na to wygląda. To może się udać. - odparła z uśmiechem. - Który ma pokój?
- 29. A teraz zajmij pozycję, widzimy się potem. - dziewczyna opuściła budynek, a ja rozpocząłem ostatnie przygotowania.
~pół godziny później~
Vicky biegiem wróciła do stajni.
- Orzeł wylądował. - powiedziała krótko.
- Świetnie, za chwilę zaczynamy. Nie mogę doczekać się jej reakcji. - ledwo mogłem ustać w miejscu.
- Chłopaki, jedziecie już? - nawet nie zauważyłem, kiedy wykręciła numer Scott'a. - Zaraz będą, a i... Możesz powtórzyć? - zwróciła się do swego rozmówcy telefonicznego. - Masz postawić piwo całej szóstce... Co? Całej piątce, bo Młodemu nie wolno. Pospieszcie się. - rzuciła jeszcze i się rozłączyła.
- Są niesamowici. - zaśmiałem się.
- Zobaczymy, co powiesz, gdy tu w końcu dojadą. A teraz do roboty! - krzyknęła równie podekscytowana, co ja. Wyszliśmy ze stajni, a ja wsiadłem na Amnesię.
- Jesteś pewna, że to właściwe okno? - spytałem, utraciwszy całą dotychczasową pewność siebie.
- Tak, sprawdziłam to. Kurde... Ci idioci już powinni tu być... - mruknęła zniecierpliwiona. Po paru minutach rzeczywiście się pojawili. Całą szóstkę do akademii przywiózł...
- Wóz strażacki raz! - krzyknął Arthur, gdy podjechali do nas. (pracują w warsztacie samochodowym i bez pozwolenia pożyczyli ten wóz)
- Jesteście niezwykli! - oznajmiła z niedowierzaniem Wiewiór. Wszyscy wysiedli z pojazdu, aby się przywitać.
- Scott... Arthur... James... David... Młody... - wymieniałem, witając się z każdym.
- Wolałbym, gdybyście mówili na mnie po prostu Lou. - poprawił mnie siedemnastoletni Louis.
- Dobra, dobra. Lou... i Tom... Wszystko się zgadza, wiec możemy zaczynać. - zwołałem. Chłopcy wrócili do samochodu, a Victoria ukryła się w krzakach. Wóz podjechał pod okna szkoły, a ekipa włączyła syrenę, którą słyszało pół ośrodka. Część uczniów pootwierało okna, a inni wybiegli przerażeni z budynku. Wśród tych pierwszych była także Quinn. Ruszyłem na Amnesii kłusem aż pod budynek. Zeskoczyłem z niej i zamieniłem z Victorią na gitarę (ona złapała konia, ja instrument). Następnie wlazłem na wysuwaną drabinę i zacząłem śpiewać piosenkę "Wherever I Go".


Wjechałem aż na wysokość okna dziewczyny. Odłożyłem gitarę i sięgnąłem po bukiet róż. Uklęknąłem na kolano.
- Quinlan Squarepants, zechcesz pójść ze mną na bal, czy ośmieszam i narażam się na daremno? - spytałem ze śmiechem.
- Przecież idziesz z Molly Evans. - prychnęła.
- Problem w tym, że nie istnieje.

Quinn? (Maciuś Stuhr i "Planeta Singli" mą inspiracją, tylko ta wersja jest lepsza xDD)

wtorek, 20 grudnia 2016

Od William'a CD. Quinlan

*Następnego dnia*
Obudził mnie nieznajomy odgłos... Chociaż nie, owy dźwięk był mi znany, ale... NIE O TEJ GODZINIE! Podniosłem się na łokciach i podniosłem telefon z szafki nocnej. SMS od siostry...
- Kto normalny pisze wiadomości o... 6 rano?! - mruknąłem zaspany. Oczywiście było to pytanie retoryczne. Przeczytałem ją z przymkniętymi oczami, a gdy tylko głowa opadła mi na poduszkę, zasnąłem ponownie.
Budzik miałem nastawiony na dwadzieścia po siódmej. Usiadłem na brzegu łóżka.
- Tym razem nie mogę zwalić tego na Victorię... - wstałem i podszedłem do szafki, z której wyciągnąłem miskę i karmę Homera. Przygotowałem mu śniadanie, a sam udałem się do łazienki. Potrzebowałem maksymalnie dziesięciu minut na ogarnięcie się. Po odświeżeniu ciała i umysłu, przypomniałem sobie o siostrze. Chwyciłem telefon i odpisałem na jej SMS'a. Podszedłem do stolika i zacząłem przeglądać papiery.
- Plan lekcji... Godziny wydawania posiłków... grupa II... plan treningów... Bal? Oni naprawdę chcą mnie wykończyć... - mruknąłem pod nosem. Nareszcie dotarłem do końca i mogłem spokojnie udać się na śniadanie. Wyszedłem z pokoju, zamykając za sobą drzwi i udałem się w tym samym kierunku, co wszyscy. Przed stołówką dostrzegłem postać o długich, rudych włosach. Podszedłem do Vicky.
- Twoje tępo jest niebywale... zawrotne. - mruknęła spoglądając na zegarek w telefonie.
- Dzień dobry, również świetnie wyglądasz i ja też cię kocham. - odparłem i otworzyłem przed nią drzwi. Ze śmiechem pokręciła głową i weszła do środka.
- Nie wierzę, że nie jesteśmy rodzeństwem. - rzuciła podchodząc po śniadanie. Pokiwałem głową w zamyśleniu. Ona tego nie pamięta, ale z początku byłem przeciwny tej adopcji i nie chciałem mieć siostry... Gdy z nami zamieszkała przez kilka tygodni nie mogłem na nią patrzeć... Dopiero Michael przekonał mnie, że wcale nie jest taka zła, jak mi się zdaje... Z tej zadumy wyrwał mnie głos kucharki i śmiech Victorii.
Reakcja Will'a xD
- Co dla ciebie, cukiereczku? - zwróciła się do mnie kobieta. Moja mina musiała być bezcenna, bo Wiewiór o mało nie wywaliła się na ziemię ze swoim śniadaniem. Zatkało mnie i stałem z tym uśmiechem, kompletnie nie wiedząc, co robić.
- Jakby pani mogła, to samo, co dla mnie. - Roxette zwróciła się do staruszki i poklepała mnie po ramieniu dodając ciche: "Nie ma za co" i odeszła. Odebrałem posiłek, ukłoniłem się kobiecie i ruszyłem za nią. Czekała parę metrów dalej i wciąż uśmiechała się pod nosem. Spiorunowałem ją wzrokiem i stanąłem obok.

- I co, cukiereczku? Dałeś radę donieść swe śniadanie aż tutaj?
- Nie musiałaś... Przecież bym sobie poradził! - fuknąłem.
- Ależ musiałam, inaczej stałbyś tam dalej, a wszyscy wokół mieliby naprawdę niezły ubaw. Teraz lepiej powiedz, gdzie siadamy? - spytała popijając herbatę, ale nie słuchałem. Rozglądałem się za pewną znajomą twarzą i fioletowymi włosami. Zadanie wydawało się proste, ale minęła chwila, nim odnalazłem stolik w kącie sali. Uśmiechnąłem się lekko i bez słowa udałem się w tamtą stronę. Zdumiona Victoria przez moment obserwowała moje poczynania, a potem ruszyła moim śladem. Nie zdążyłem zrobić dziesięciu kroków, gdy jakiś chłopak stanął mi na drodze.
- Odradzałbym ci... - zaczął, ale wtrąciła się Ruda...
- Wydaje mi się, że jest na tyle duży, aby sobie radzić. Doceniam twe inspirujące rady, ale nie dawaj ich, jeśli cię o to nie poprosimy. Rozumiesz? - warknęła. Ehhhhh, nigdy nie lubiła dostawać rozkazów... Kątem oka zauważyłem rozbawienie i oczekiwanie w oczach Quinlan. Dokładnie przypomniałem sobie jej słowa z ubiegłego wieczoru... Położyłem dłoń na ramieniu Vicky i stanąłem prze nią, mierząc chłopaczka zirytowanym, groźnym spojrzeniem. 190 centymetrów wzrostu robi swoje, a brunet cofnął się krok w tył.
- Powiem to tylko raz, więc słuchaj uważnie. Nie obchodzi mnie, jaka jest i kim jest dla ciebie. Interesuje mnie kim i jaka jest dla mnie, więc odsuń się albo zrobię to ja. - warknąłem, co brzmiało może trochę dwuznacznie, ale poskutkowało. Czym prędzej zszedł mi z drogi, a na twarzy Quinn pojawił się nikły uśmiech. Przeszedłem kawałek i odwróciłem się do siostry. Victoria kończyła jeść swoją bułkę i dopijała herbatę.
- Nie usiądziesz? - spytałem zaskoczony.
- Ktoś musi wyprowadzić psy i puścić konie do karuzeli. - wzruszyła ramionami i oparła się o ścianę.
- Dzięki! - "zawołałem" cicho i zacząłem się oddalać. Czułem na sobie kilkanaście par oczu, ale nie zwracając uwagi na zbędną publiczność, usiadłem naprzeciwko szarookiej. Zza pleców usłyszałem znajomy, stłumiony śmiech Wiewióra. Obróciłem głowę i pokazałem jej środkowy palec. Ruda odpowiedziała wychylając język.
- O co chodziło temu chłopakowi? - spytała Quinn, jak gdyby nigdy nic.
- Właściwie, to o nic. Biedak po prostu nie zna mnie wystarczająco dobrze, aby podejmować rozsądne decyzje i wypowiadać odpowiednie słowa, gdy już chce stawać mi na drodze. - wzruszyłem ramionami, biorąc łyk herbaty.
- Dzięki temu zostałeś królem całej stołówki? - spytała, ale... zrobiła to jakoś... w miarę normalnie, nie wyczułem sarkazmu i uznałem za żart.
- To wysoko postawiona poprzeczka. Mam bardzo napięty grafik, więc doceń to śniadanie z Królem Stołówki, bo może nigdy więcej się nie powtórzyć. - odparłem zachowując całkowitą powagę. Na jej twarz zagościł mały uśmiech. Nagle podeszła do nas Victoria...
- Ja już spadam. Do zobaczenia, cukiereczku! - pocałowała mnie w policzek i zadowolona wyszła ze stołówki. Pokręciłem głową z cichym śmiechem. Uwielbia mieszać mi w relacjach, a zwłaszcza z dziewczynami.
- No, proszę! Widzę, że nie tracisz czasu. - mruknęła dziewczyna odprowadzając wzrokiem moją siostrę. Zmarszczyłem brwi, obróciłem się gwałtownie i wskazałem palcem na wychodzącą Wiewiórę, po czym jeszcze raz z niedowierzaniem spojrzałem na Quinn. Przez moment siedziałem oszołomiony, a chwilę potem wybuchnąłem głośnym, niekontrolowanym śmiechem. Prawie zsunąłem się z krzesła.
- Mówisz poważnie? Nieeee, nie mówisz... To obrzydliwe... Nie mógłbym... Zaraz zwymiotuje! - i śmiałem się dalej. Liliowowłosa była wyraźnie zaskoczona moim zachowaniem.
- Powiesz mi wreszcie, o co chodzi?
- Ta rudowłosa, wredna piękność jest moją siostrą. Adoptowaną, ale nosi nazwisko Grant i choc nie łączą nas więzy krwi, to nie mógłbym wyobrazić sobie lepszej siostry. - odpowiedziałem, biorąc kolejny łyk kawy.

Quinlan? (Udało mi się! Nie spiesz się z odpisem, bo zostały mi jeszcze dwa xD)

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Od Will'a CD. Quinn

Może się mylę, ale od początku tego spotkania twarz dziewczyny kilkakrotnie się zmieniła. Poczułem dziwnie znajome uczucie... Przypominała mi kogoś, kogo znam bardzo dobrze, ale kogo... ?
- W sumie, to nawet Ci się dziwię... - odezwałem się po chwili i otworzyłem jego boks. Przez kraty nie był tak dobrze widoczny. - Moja reakcja przy naszym pierwszym spotkaniu była podobna.
- Robi wrażenie... - usłyszałem zza pleców. Cofnąłem się na tyle daleko, aby stać za dziewczyną i nie zasłaniać jej ogiera. Dyskretnie obserwowałem każdy jej ruch.
- Z tą agresją, to żartowałem... no, prawie... - urwałem na chwilę, ale nieznajoma chyba tego nie zauważyła, a przynajmniej nie specjalnie się tym przejęła. Stała tak, patrząc na niego. Chyba domyślała się, o co mi chodziło, ale nie była do końca pewna. - Pogłaszcz go. - zachęciłem ją. Dziewczyna podeszła bliżej Jack'a i ostrożnie wyciągnęła rękę w jego stronę. Zaczęła delikatnie gładzić go po szyi. Uśmiechnąłem się lekko na to, jaką czujność i ostrożność zachowuje przez cały ten czas. Podszedłem do nich, chwyciłem jej rękę i zrobiłem kilka śmielszych i większych ruchów na jego sierści. Zostawiłem ich samych, a sam udałem się do paszarni. Zastygłem w bezruchu i zastanawiałem się nad posiłkiem dla ogiera. Pożyczyłem szare wiaderko i wrzuciłem do niego wcześniej nabrane dwie miarki owca i pół miarki musli dla koni sportowych. Już kierowałem się w stronę wyjścia, gdy moją uwagę przykuło coś ciekawego... bardzo odpowiedniego dla Black Jack'a. Rozejrzałem się i szybko zwinąłem trzy marchewki z ogromnego worka.
- Chyba nikt nie zauważy... - mruknąłem wychodząc z pomieszczenia. Po cichu wróciłem pod boks mego wierzchowca. Liliowowłosa dziewczyna wciąż dotrzymywała mu towarzystwa. Nachyliłem się na jej uchem.
- Tylko nie przyzwyczajaj się za bardzo. - szepnąłem ze śmiechem. Wyglądał, jakby kompletnie odleciał. Poklepałem go po szyi Pokręciłem głową z niedowierzanie, w jak błogim stanie się znalazł. - Blackie! Tu baza, wracaj na Ziemię! Nieźle zawróciłaś mu w głowie, a mogłabyś na chwilkę się odsunąć? -  poprosiłem odkładając na bok kolację konia. Wyciągnąłem z kieszeni jedną marchewkę i przełamałem ją na pół. Ułożyłem ją na swojej dłoni i tak podaną zaserwowałem ogierowi. Jack włączył tryb odkurzacza, a warzywo zniknęło w ułamku sekundy. Jak zwykle, wciąż było mu mało i podjął się próby zlizania jakichś resztek, ale bezskutecznie. Kątem oka zaobserwowałem niewielki uśmiech u nieznajomej. Przyciągnąłem ją do nas i położyłem na jej dłoni drugi kawałek karotki. Wyciągnęła rękę, a zwierzak niemal rzucił się na przysmak i dokładnie wylizał jej rękę ze wszelkich możliwych pozostałości po marchwi.
Sięgnąłem do kieszeni po następną i cofnąłem się trzy kroki, a dziewczyna wraz ze mną. Podrzuciłem lekko warzywo, a Black stanął dęba, aby je złapać. Przypominało to trochę chwytanie patyka przez psy, ale wyglądało dużo lepiej. Powtórzyłem sztuczkę jeszcze dwa razy, a na zakończenie pokazałem mu puste ręce i wrzuciłem kolację do żłobu. Puste wiaderko odłożyłem na bok. Zamknąłem drzwi boksu i oparłem się o nie.
- Długo go tego uczyłeś? - usłyszałem gdzieś z dołu. Przez stosunkowo długi moment milczałem zamurowany, kompletnie nie wiedząc, co odpowiedzieć.
- To nie ja go tego nauczyłem... Tak właściwie, to żałuję, że w ogóle doszło do tego szkolenia... - mruknąłem tracąc cały dotychczasowy optymizm. Popatrzyłem w dół, na twarzy mojej towarzyszki malowało się zdziwienie. - Przepraszam, po prostu nie lubię o tym opowiadać... - sprostowałem, na co odpowiedziała kiwnięciem głowy. Nagle coś mnie olśniło. Pacnąłem się w czoło i zjechałem ręką w dół aż do ust. - Nie wierzę... Jeszcze nigdy mi się to nie zdarzyło. Pewnie wyszedłem na okropnego chama i palanta, prawda? Jak ja mogłem się nie przedstawić?! - pokrążyłem chwilę w prawo i w lewo, stukając się w czoło. - Jesteś idiotą, Will! Największym, jakiego znasz! - w końcu uspokoiłem się i stanąłem naprzeciwko nieznanej panny. Ukłoniłem się lekko mówiąc z nieśmiałym uśmiechem: - William Grant, ale chyba tego zdążyłaś się już dowiedzieć.

Quinlan? (Vaiana jednak działa! xD)
PS. Wykryto u mnie uzależnienie od gifów, więc musisz się przyzwyczaić
& Mam już genialny pomysł co do misji Will'a, także możesz zacząć się bać *psychopatyczny śmiech* xD

sobota, 10 grudnia 2016

Od Will'a do Quinn

Na lotnisku musieliśmy czekać jakieś trzydzieści minut tylko po to, aby dowiedzieć się o odwołanym locie, a raczej przesuniętym locie. Popatrzyłem na Roxette, która była równie niezadowolona, co ja.
- Przypomnij mi, już mamy kwiecień? Bo ten żart nie jest śmieszny. - mruknęła podchodząc do mnie.
- Ale widzę, że ta wiadomość nie wpłynęła zbytnio na Twój nastrój. Jesteś nie mniej sarkastyczna, niż zwykle. - odparłem biorąc łyk zakupionej kawy.
- Naprawdę Cię to bawi? - stanęła przede mną, przechylając z niedowierzania głowę lekko w bok.
- Mam zacząć płakać? Nic na to nie poradzimy, więc teraz usiądź sobie wygodnie, a ja zmówię dla Ciebie melisę. Zgoda? - zachowałem dotychczasowy optymizm. Vicky tylko fuknęła i gdzieś odeszła, na co pokręciłem głową ze śmiechem. Sam zasiadłem w kawiarni przy jednym ze stolików i cierpliwie czekałem. Po około dziesięciu minutach moja siostrzyczka wróciła i z założonymi rękami zajęła miejsce na przeciwko.
- Lepiej Ci? - spytała z wyrzutem, widząc mój wyraz twarzy.
- Po prostu wciąż jesteś tak straszliwie przewidywalna. - wzruszyłem ramionami. - Aha i tutaj jest twoja herbatka. - mrugnąłem do niej. Widząc, ze próbuje zabić mnie wzrokiem, założyłem słuchawki i przymknąłem oczy. Czas zleciał mi zaskakująco szybko, a z "transu' wyrwało mnie dopiero szturchnięcie w ramię.
- Chodź, odlatujemy za niecałe pół godziny. - zebraliśmy się i polecieliśmy do Wielkiej Brytanii.
~około 10 godzin później~
Podróż minęła bez większych przygód. Większość czasu (na zmianę) spędziliśmy przy zwierzętach. Na lotnisko przyjechał po nas umówiony samochód oraz koniowóz. W pierwszym wieziono bagaże, a my jechaliśmy tym drugim. Aby zaoszczędzić na transporcie quady umieściliśmy w wolnych miejscach w koniowozie, który normalnie pomieściłby cztery konie.
- Widzę, że lot samolotem Ci nie służy. - mruknęła Victoria, ustawiając swojego quada.
- Powinnaś się cieszyć, że ojciec w ogóle załatwił przewóz naszych rzeczy za tak niską cenę.
- Tatuś "biznesmen" ma kontakty. - fuknęła wprowadzając Amesię.
- Co Cię ugryzło? - spytałem wchodząc z Black Jackiem.
- Nic, jedźmy już. To ze zmęczenia. - weszła na górę piętrowego łóżka, kładąc wcześniej na stole swoją torbę (dla nieświadomych: niektóre koniowozy są tak wyposażone, przykład)
Zająłem swoje miejsce i wtuliłem głowę w poduszkę zmykając oczy. Zasnąłem bardzo szybko.
~jakiś czas później XD~
Obudził mnie głos kierowcy.
- Jesteśmy na miejscu. - oznajmił i zniknął za drzwiami. Przetarłem rękami oczy i wstałem. Victoria wciąż spała, a na tą chwilę nie zamierzałem jej przeszkadzać. Założyłem szarą bluzę z kapturem i wyjrzałem na zewnątrz. Spytałem przechodzącego mężczyznę o godzinę. Dochodziła dopiero piąta po południu, a już panowała ciemność. Homer wyskoczył z auta i zaczął biegać wokół mnie, radośnie machając ogonem. Pogłaskałem go po głowie i zajrzałem do koni.
- Pan Grant? - usłyszałem zza pleców.
- Słucham? - odwróciłem się w stronę właściciela męskiego głosu.
- Oto najpotrzebniejsze, jak na tą chwile dane dla pana i pańskiej siostry.
- Dziękuję... - odparłem czytając kartkę. Zawierała numery pokoi i informacje o boksach kopytnych. Po chwili dołączyła do mnie Victoria. Odstawiliśmy Amesię i Black'a do stajni, a następnie ruszyliśmy na poszukiwanie naszych pokoi. 
- Jedynka i dwójka. - zaśmiała się Vicky.
- Przynajmniej nie stęsknisz się zbytnio. - mruknąłem.
- Zabawny jak zwykle. - fuknęła zamykając za sobą drzwi z numerem 1. Pokręciłem głową z uśmiechem i poszedłem do siebie.
~2 godziny później~
Nie było mnie na kolacji, ale chyba nie straciłem zbyt wiele. Przed zamknięciem zajrzałem jeszcze do koni. Szczerze mówiąc liczyłem, że będę tam sam. Jednak (jak zwykle) stało się inaczej. Przy boksie Jack'a stała jakaś dziewczyna i przyglądała się ogierowi. Cicho podszedłem i rzuciłem:
- Podobno rzuca się na wszystko, co tylko się rusza.
Zaskoczona moją obecnością, cofnęła się dwa kroki. Dopiero teraz zauważyłem jej nietypowy kolor włosów.

Quinn? (Oto efekt Twojego towaru xD)