Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Event. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Event. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 grudnia 2016

Wyniki Eventu Mikołajkowego!

Wybaczcie, że dopiero teraz, ale wczoraj zasnęłam przed ekranem telefonu i nie pykło xd

A więc po kolei:
I miejsce - Quinn
II miejsce - Noah
III miejsce - Max [przegrałeś o jedno słowo z Noahem :')]

(Jeszcze dogadam się z Marą jaka będzie nagroda za 2 i 3 miejsce, nie chcieliście kasy to będzie co innego xd)

Zmęczony życiem, Coleł :D
(ale jeszcze dwa dni i spokój xd)

niedziela, 18 grudnia 2016

Od Noaha - Event Mikołajkowy - Moc wrażeń

Jęknąłem czując jak ktoś po mnie skacze. A raczej siedzi i podskakuje. Na mojej twarzy pojawił się grymas. Na początku chciałem zrzucić z siebie niechcianego osobnika. Jednak ten nie dał się. Jęknąłem ponownie. Powoli otworzyłem oczy. Ukazał mi się dość niecodzienny widok. Mianowicie, Susanne wesoła jak dziecko skakała po moim brzuchu abym się obudził. Widząc to, że w końcu wstałem uśmiechnęła się szeroko.
- W końcu się obudziłeś! - niemalże wykrzyczała i przytuliła mnie mocno.
- Dusisz Sus... - wyjęczałem czując jak jej ręce coraz bardziej się zaciskają wokół mnie.
- Och... Przepraszam - powiedziała skruszona i odsunęła się. Jednak zaraz znowu uśmiechnęła się promiennie.
- Ech... Co ty tutaj w ogóle robisz? - zapytałem niepewnie po chwili.
- No co ty?! Nie pamiętasz?! Dzisiaj mikołajki! - krzyknęła uradowana.
Westchnąłem. No tak. Dzisiaj mamy szósty grudnia. Powinienem się domyślić, że w tym dniu musi być jakieś święto. Szczególnie widząc zachowanie mojej siostry. Zawsze podczas nich jakimś cudem magicznie się zmieniała. Zazwyczaj poważna, profesjonalna i wiecznie dogryzająca mi dziewczyna w takim czasie zaczynała się zachowywać niczym dziecko. Nie wiem czemu tak się działo. Jednak była taka jedynie w święta takie jak mikołajki, wigilia, Wielkanoc i inne podobne wydarzenia.
- Nigdy nie zrozumiem co się z tobą dzieje w takie dni - westchnąłem i przetarłem twarz ręką.
Na te słowa moja siostra jedynie wzruszyła ramionami. Po chwili ciszy ponownie zaczęło po mnie skakać. Do tego jeszcze szarpała mnie za ramiona.
- Wstawaj z łóżka! Nie możesz przegapić takiego dnia! Mam prezenty! Zresztą dowiedziałam się, że masz dzisiaj występ! - wykrzyczała co chwilę wymachując rękami na różne strony.
- Dobra, dobra. Już wstaję, ale proszę cię. Przestań już skakać i zejdź ze mnie - jęknąłem.
Susanne słysząc moje słowa momentalnie poderwała się na nogi. Stanęła obok łóżka przewiercając mnie wzrokiem. No cóż... Trzeba wstać. Powoli podniosłem się do pozycji siedzącej, a następnie wstałem z łóżka. Byłem w samych bokserkach, ale najwidoczniej mej siostrze to w ogóle nie przeszkadzało. Od razu niemalże wepchnęła mnie do łazienki. Ech... W takich dniach nie opłaca się z nią kłócić. I tak zawsze postawi na swoim. Wziąłem prysznic podczas, którego postanowiłem także umyć głowę. Wychodząc najpierw wytarłem się, potem owinąłem jeden z ręczników wokół bioder, a drugim wycierałem włosy. Wyszedłem z łazienki. Od razu zostały w moją stronę rzucone ubrania. Chwyciłem je i zdziwiony spojrzałem na siostrę.
- No co się tak patrzysz? Ubieraj się - powiedziała i założyła ręce na piersi, patrząc wymownie na łazienkę.
Westchnąłem i wróciłem do pomieszczenia. Założyłem na siebie ubrania wybrane przez Susanne. Należą do nich: bokserki, granatowa bluzka z długim rękawem i szare spodnie, które podwinąłem na końcach. Całość prezentowała się całkiem znośnie. Założyłem jeszcze zegarek, który leżał na szafce. Wyszedłem z pomieszczenia. Dziewczyna zaklaskała w ręce widząc mnie. Boże... Ona serio zachowuje się jak dziecko.
- Czyli dobrze wyglądam - zaśmiałem się.
Susanne szybko pokiwała głową na znak, że się zgadza.
- To... Co teraz? - zapytałem niepewnie.
- No jak to co?! Czas na prezenty! - zapiszczała podekscytowana.
Szybko podbiegła do drzwi. Dopiero teraz zauważyłem leżące obok nich prezenty. Wzięła do ręki ten największy. Podeszła do mnie próbując zapanować nad piskiem podekscytowania.
- Otwórz najpierw ten ode mnie - powiedziała i niemalże wepchnęła mi w ręce pakunek.
Wiedziałem, że coś w opakowaniu było twarde. Jednak nie miałem pewności czy to nie jest na przykład szkło. Dlatego też bardzo ostrożnie zacząłem to rozpakowywać. Po chwili moim oczom ukazała się całkiem nowa deska.
Prezent od Susanne
Na moich ustach pojawił się szeroki uśmiech. Moja obecna deska była już dość stara i poniszczona. Jednak sam jakoś nie mogłem się przemóc aby zakupić nową i jednocześnie pozbyć się tej co miałem. Ale teraz... Skoro to Susanne mi ją kupiła to całkiem inna sprawa. Jeszcze dzisiaj ją wypróbuję.
- Poczekaj. Też mam coś dla ciebie - szybko powiedziałem widząc jak dziewczyna kieruje się po kolejny prezent.
Momentalnie stanęła w miejscu i spojrzała na mnie z zaciekawieniem. Odłożyłem nową deskorolkę na łóżka, a sam skierowałem się do szafki nocnej. Otworzyłem drzwiczki i wyciągnąłem z niej niewielki pakunek owinięty niebieską folią ozdobną z niewielkimi śnieżkami w różnych miejscach. Podszedłem do siostry i podałem jej prezent. Ta z zaciekawieniem zaczęła go oglądać ze wszystkich stron. Po chwili jednak zaprzestała tej czynności i po prostu rozerwała papier. Otworzyła niewielkie pudełeczko i niemalże od razu rzuciła mi się na szyję. Oczywiście uważając na pakunek. Co chwilę powtarzała słowo dziękuję.
- Dobrze, dobrze Sus. Już wystarczy - zaśmiałem się po kilku minutach.
Ta w końcu oderwała się ode mnie  i z zafascynowaniem oglądała wyciągnęła z pudełka swoje prezenty, i dokładnie się im przyglądała. A był to naszyjnik oraz zestaw kilku bransoletek wraz z zegarkiem.
Po chwili założyła na rękę jeden ze swoich prezentów. Spojrzała na mnie z niemym pytaniem i podała naszyjnik. Zrozumiałem, że chce aby jej go założył. Kazałem jej się odwrócić. Kiedy to zrobiła ostrożnie zapiąłem naszyjnik za jej szyją. Susanne odwróciła się w moją stronę, spojrzała jeszcze raz na prezenty i uśmiechnęła się promiennie
- To teraz jeszcze prezent dla ciebie od rodziców - powiedziała podając mi pudełko.
Kiedy ona zdążyła po to pójść. Przecież cały czas stałem obok. Jak? Dobra... Nie ważne. To po prostu była moja siostra. Jej się nigdy nie zrozumie. Wziąłem głęboki wdech i ciężko wypuściłem powietrze. Otworzyłem wieczko pudełka, a moje oczy momentalnie się powiększyły. Nie mogłem uwierzyć w to co dostałem. W opakowaniu znajdowała się bransoletka z zawieszką w kształcie wilka oraz księżyca, do którego przyczepione były "piórka". Dalej były trzy naszyjniki. Na wszystkich znajdował się taki sam wilk. Różniły się jedynie napisami na przywieszkach "Alpha", "Beta" i "Omega". Obok znajdowały się trzy pakunki. Powoli odpakowałem je. Moim oczom ukazały się figurki wilków. I to nie byle jakich. To były jedne z tych najdroższych. Do tego wszystkie były ręcznie robione. No nie... Jakby tego nie było dość, to wszystkie trzy są z edycji limitowanej. Wyprodukowano jedynie kilka egzemplarzy każdego z nich. Nie wiem skąd moi rodzice je wytrzasnęli. Musiały kosztować fortunę...
Figurki ostrożnie odłożyłem na jedną z wiszących półek. Nie mogłem pozwolić na to aby któryś z moich pupili je dorwał. Były za cenne. Bransoletkę założyłem na rękę, a na szyi zapiąłem sobie naszyjnik z napisem "Beta". Dwa inne włożyłem do szuflady. Właśnie! A gdzie są moje dwa urwisy? Jakoś za spokojnie tu.
- Susanne... Gdzie są moje psy? - zapytałem patrząc na nią podejrzliwie.
- Eee... Yy.... Zawiozłam je do tak zwanego hotelu dla psów? - zaśmiała się nerwowo.
- Co zrobiłaś?! - popatrzyłem na nią niedowierzająco.
- Noo... Wywiozłam je do hotelu. Ale chciałam dobrze! Nie chcę abyś się rozpraszał przed występem! Do tego chciałam aby ten dzień był tylko dla nas i najwyżej Nigerii... Bo z nią i tak nie mam co zrobić - powiedziała jakby chciała się usprawiedliwić.
- Boże... kobieto.... Ty nie myślisz. Wiesz co? Biorę prezent dla klaczy, potem mam trening, a następnie lekcje. Podczas nich zwalniam się na próbę. Więc... Masz czas do mniej więcej pierwszej aby sprowadzić moje pupile z powrotem. Inaczej możesz już nie pokazywać mi się dzisiaj na oczy - powiedziałem obojętnym tonem.
Chwyciłem ogromną torbę, w której znajdował się prezent dla Nigerii i wyszedłem z pokoju zostawiając Susanne samą. Byłem nieźle zirytowany. Nie mogłem uwierzyć, że odważyła zrobić się coś takiego. Ech.... Westchnąłem i skierowałem się do stajni.
*chwilę potem w stajni*
Wszedłem do boksu Rii. Odłożyłem torbę z prezentami na bok i podszedłem do klaczy. Przytuliłem ją. Ta cicho zarżała widocznie ucieszona mą obecnością. Uśmiechnąłem się. Przy niej zawsze potrafiłem się uspokoić. Po chwili odsunąłem się i podszedłem do torby. Zacząłem w niej grzebać.
- No to co mała. Czas abyś i ty coś dostała - zaśmiałem się wyjmując z niej jeden z prezentów.
Pierwszym był nowy zestaw szczotek. Ten poprzedni już był całkiem zepsuty i nie nadawał się do użytku. Kolejne prezenty jednak nie były takie tanie... Zwykłe siodło i to do westernu.
Zacząłem oporządzać klacz. Oprócz siodła, które dostała jako prezent założyłem jej jeszcze kilka rzeczy - w tym czerwono-białą czapeczkę z rogami renifera - aby wczuć się bardziej w klimat. Końcowy efekt wyszedł całkiem niezły i jednocześnie odrobinę śmieszny. Szybko wyprowadziłem klacz poza budynek stajni. Przywiązałem ja i oddaliłem się. Wyciągnąłem telefon i zrobiłem zdjęcie.
Wygląd Nigerii mniej więcej
Po chwili podszedłem ponownie do Rii. Wsiadłem na nią i podjechałem pod halę gdzie mieliśmy mieć trening z ujeżdżania. Pani Melanie już tam była. Każdemu z nas złożyła życzenia, a potem rozdała po paczce z różnymi słodyczami dla nas, jak i koni. Nie powiem. Miły gest. Następnie zarządziła, że dziewczyny, które miały brać udział w dzisiejszym występie mają mieć próbę. Jednak chłopcy mieli wolne. Sam postanowiłem chwilę poćwiczyć. Potem zaczęliśmy popisywać przed sobą różnymi sztuczkami. Nigeria tak się w to wszystko wciągnęła, że w pewnym momencie stanęła dęba. Nie dałem rady się w porę dobrze chwycić i zleciałem z grzbietu klaczy. Jęknąłem. Po chwili reszta grupy wraz z trenerką znaleźli się wokół mnie. Oczywiście na przedzie stała Ria, który wyraźnie była zmartwiona tym co się stało. Widziałem lekki strach i niepokój w jej oczach.
- Wszystko w porządku? - zapytała pani Melanie patrząc na mnie z troską.
- Tak, tak. Tylko lekko się potłukłem - powiedziałem i podniosłem się powoli. Skrzywiłem się na lekki ból w plecach. - Może lepiej odpuszczę sobie już dzisiejszy trening...
Wszyscy zgodnie pokiwali głowami zgadzając się ze mną. Chwyciłem za wodze Nigerii i powoli ruszyłem w stronę stajni...
*Jakiś czas później. Lekcje"
Po dzwonku wszyscy weszliśmy do klasy. Każdy usiadł na swoim miejscu. Ja, z racji, że nie przybyłem na początku roku tylko w jego trakcie siedziałem w pierwszej ławce pod ścianą. Na szczęście biurko nauczyciela znajdowało się przed tą przy oknie. Przynajmniej tyle. Mieliśmy akurat lekcje matematyki z panem Mark'iem. Zastanawiałem się czy poprowadzi normalne zajęcia czy może zrobi lekcje wolną.
- Wyciągnijcie karteczki - powiedział z obojętną miną nauczyciel.
Wszyscy momentalnie jęknęli słysząc to. Nawet w mikołajki nie mógł nam odpuścić...
- No nie marudzić tylko do roboty - powiedział zaraz.
Po chwili każdy miał przed sobą kartkę z imieniem i nazwiskiem oraz długopis w ręce. Pan Mark zaczął dyktować pytania. Nie wiedziałem o co chodzi. To było na poziomie podstawówki. Po kilku minutach wszyscy mieli już wszystko napisane. Oddaliśmy kartki nauczycielowi. Pan Mark nawet na nie nie spojrzał. Zaczął po prostu wstawiać oceny do dziennika. Po kolei czytał numerki i każdy dostał sześć.
- No co się tak na mnie patrzycie? Są mikołajki, a ja chciałem wstawić każdemu szóstki... A że za nic nie mogę to zrobiłem kartkówkę - uśmiechnął się ciepło.
Cała klasa momentalnie zaczęła się śmiać i dziękować w między czasie profesorowi. Potem było jeszcze lepiej. Pan Mark zadecydował, że się trochę "zabawimy" i zrobił nam karaoke. Po kolei każdy śpiewał jakąś piosenkę świąteczną. Czasami reszta osób przyłączała się. W pewnym momencie cała sala zaczęła skandować "PAN MARK!" chcąc przekonać go do wzięcia udziału w karaoke. Po kilku minutach w końcu nam uległ. Jak tylko zaczął śpiewać zaczęliśmy głośno klaskać.
Jako następne zajęcia był język łaciński. Nauczał go Pan Alfredo. Tam także nie mieliśmy się jak nudzić. Zrobił on konkurs wiedzy o mikołajkach. Mimo, że niektórzy praktycznie nic nie wiedzieli to i tak każdy chętnie się przyłączał do zabawy. Wygrała go jakaś nieznana mi dziewczyna o imieniu Luna. Jednak nikt się nie przejmował tym, że przegrał. Liczyła się dobra zabawa. Na koniec także Pan Alfredo wstawił każdemu piątki, a tamtej dziewczynie szóstkę. A! No i jeszcze gdzieś w trakcie rozdał wszystkich czapki mikołaja oraz nakręcił z nami filmik świąteczny. Także zgodził się abyśmy wraz z nim wykonali manekin challange. Chyba dzisiaj nie będzie się dało nudzić.
Po tych dwóch lekcjach jednak postanowiłem się zmyć. Miałem niby mieć próbę dopiero za godzinę jednak wolałem jeszcze sam trochę potrenować. Musiałem jeszcze wszystko dopracować. Nie mogłem pozwolić sobie na błędy. Powolnym krokiem ruszyłem do mego pokoju.
*Pokój Noaha*
Otworzyłem drzwi i wszedłem do pomieszczenia. Było puste. Czyżby moja kochana siostrzyczka postanowiła jednak posłuchać mnie i pojechać po moje psy? Niech tak lepiej będzie. Bo jak mi ich nie przywiezie to chyba ją zabiję. Westchnąłem i rozejrzałem się po pokoju. Zacząłem zbierać rzeczy z podłogi i odkładać je na miejsce. Po oczyszczeniu i zrobieniu sobie miejsca do tańca zacząłem trenować.
[od początku do 1:25]
Skończyłem idealnie aby wybrać się na próbę. Wyszedłem z pokoju i skierowałem się na salę gimnastyczną. Tam mieliśmy mieć próbę generalną. Potem chwilę wolnego, a następnie występ. Powoli ruszyłem na miejsce "spotkania".
*Po próbie. Pokój Noaha*
Była już trzynasta. Wszedłem do pokoju z zaciętą miną. Do tej właśnie godziny Susanne miała czas aby przyprowadzić Dashie i Secret'a. Rozejrzałem się wokół. Przed łóżkiem stała dziewczyna, a na jej twarzy widać było niepewność. W ręce trzymała dwie smycze, do których przyczepione były moje dwa skarby. Szybko podbiegłem tam. Odpiąłem psiaki, które rzuciły się na mnie liżąc po twarzy. Zaśmiałem się. Po kilku minutach odsunąłem ich od siebie.
- Tak. Wiem. Ja też się cieszę, ale chyba chcecie zobaczyć swoje prezenty - powiedział uśmiechając się szeroko.
Psiaki jakby zrozumiały co mówię i stały się jeszcze bardziej szczęśliwe. Wesoło merdały ogonami i szczekały donośnie. Zaśmiałem się ponownie i podszedłem do szafki wiszącej na ścianie. Otworzyłem ją, a następnie wyciągnąłem z niej dwa kosze i pudełko. Odłożyłem je na ziemi. Odwróciłem się w stronę pupili i kazałem im aby każdy usiadł. Kiedy to zrobiły przed każdą położyłem kosz, w którym znajdowały się różne smakołyki i zabawki. Ostatni pakunek był wspólny. Składał się z paczki poduszek i dwóch gryzaków.
Dashie i Secret chyba najbardziej ucieszyli się z nowych zabawek. Skąd taki wniosek? Od razu rozszarpali opakowania i zaczęli latać z nimi po pokoju. Zaśmiałem się widząc to. Po chwili spojrzałem na zegarek. Zaraz muszę być na sali, a potem występ. Westchnąłem i spojrzałem na moją siostrę.
- Ja spadam bo musimy jeszcze wszystko przyszykować. Jeżeli chcesz być na występie to przyjdź za jakieś pół godziny na salę gimnastyczną - powiedziałem do niej i ruszyłem w stronę wyjścia.
- Na pewno będę - krzyknęła abym usłyszał. Zaraz usłyszałem znowu. - Powodzenia!
- Nie dziękuję! - odkrzyknąłem i zaśmiałem się głośno.
*Występy*
Stałem wraz z Christianem, Dominic'iem i Harry'm na korytarzu przed drzwiami na salę. To właśnie z nimi miałem zatańczyć dzisiaj z okazji mikołajek. Na szczęście nie było to do żadnej kolędy tylko piosenki wybranej przez nas. Zaraz miał się zacząć nasz występ. Mimo wielu prób byliśmy na prawdę zestresowani. Mieliśmy nadzieję, że wszystko pójdzie idealnie. Jedynie Dominic wydawał się niczym nie przejmować.
- Boże... Jak możesz być taki spokojny? - jęknąłem.
- Nie myśl o tym po prostu. Nie myśl, że to występ publiczny. Po prostu rób to co kochasz - powiedział i uśmiechnął się lekko.
Może to dobry pomysł. Dam radę. Kiedy usłyszeliśmy głos, który wywoływał nas wbiegliśmy na salę. Muzyka zaczęła lecieć. Czas zaczął show...
[tak mniej więcej wyglądał ich taniec]
Kiedy muzyka przestała lecieć ukłoniliśmy się i z szerokimi uśmiechami na ustach wyszliśmy z sali. Udało się. Wszystko było idealne!
- Daliśmy radę! - krzyknął Harry.
Wszyscy zgodnie zaśmialiśmy się z naszego entuzjazmu. Po kilku minutach postanowiliśmy pójść na drugą część występów. Część jeździecką.
***
Wyszliśmy na dwór. Początkowa wersja była, że pokaz odbędzie się na hali. Jednak w ostatniej chwili plany zostały zmienione i odbywał się na czworoboku. Wszyscy staliśmy wokół niego. Czekaliśmy aż się zacznie. Po chwili wjechały na niego dziewczyny na swoich koniach. Każda z nich miała zjawiskowe stroje. Tak jak i ich wierzchowce. Najbardziej w oczy rzuciły mi się jednak trzy przedstawicielki płci pięknej. Dwie z nich były ubrane w sukienki, a motywem przewodnim była najwyraźniej biel i czerwień. Ta trzecia była natomiast zaprezentowana w różnych odcieniach niebieskiego.
Każdy jechał po kolei prezentując stroje. Potem ustawiły się w jednej linii. Kolejno występowała któraś z szeregu i prezentowała się. Z każdą osobą pokazy robiły się coraz bardziej widowiskowe. Z zadumy wyrwało mnie klepnięcie w ramię. Szybko odwróciłem głowę. Stała tam uśmiechnięta Susanne. Całym ciałem zwróciłem się w jej stronę. Ta momentalnie rzuciła mi się na szyję mocno przytulając. Odwzajemniłem uścisk.
- Byliście wspaniali - niemalże wykrzyknęła. - Nadal nie rozumiem czemu nie chcesz zostać profesjonalnym tancerzem. Po tym występie jestem święcie przekonana, że byłbyś idealny.
- Już o tym rozmawialiśmy Sus. Nie mam zamiaru znowu się powtarzać - westchnąłem.
- Na pewno nie da się zmienić twojego zdania? - zapytała wydymając wargę.
- Na pewno - powiedziałem stanowczo.
- Ech.. szkoda - jęknęła i odczepiła się ode mnie.
Odwróciłem się w stronę pokazu. Akurat była końcówka. Był to moment kiedy jedna z dziewczyn stanęła na koniu trzymając się wodzy, a ten stanął dęba. Nie powiem. Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie. Jednak występ się skończył... Czas wracać do siebie.
*Jakiś czas później. Stajnia*
Stałem w boksie Nigerii. Powoli przygotowywałem ją do popołudniowego treningu. Jednak nie wiem czemu, ale ta cały czas się wierciła. Po kilku minutach odpuściłem i odsunąłem się od niej. Westchnąłem. Podszedłem do mojego plecaka, który leżał w rogu. Otworzyłem go i wyciągnąłem z niego jabłko.
- Może jak dam ci to, to wtedy zaczniesz współpracować - powiedziałem cicho.
Klacz jakby mnie usłyszała i zarżała wesoło. Podszedłem do niej i wystawiłem rękę z jabłkiem przed siebie. Ria schyliła się i zabrał jedzenie. Po chwili po owocu nie było ani śladu. Powróciłem do przygotowywania klaczy. Na szczęście teraz była o wiele spokojniejsza. Zaczęła współpracować ze mną. Całe szczęście. Minęło kilkanaście minut i już miałem wyprowadzać klacz z boksu kiedy usłyszałem kogoś donośny głos. Wyszedłem na korytarz aby lepiej słyszeć.
- Uwaga! Trening popołudniowy jest odwołany! Każdy jest proszony o udanie się na salę gimnastyczną gdzie odbędzie się losowanie kto komu da prezent z okazji mikołajek! - wykrzyczał i wyszedł ze stajni.
Co? Jakie losowanie? Czyli z treningu nici... Podszedłem do Nigerii i pogłaskałem ją na pożegnanie. Sam wyszedłem z boksu klaczy i skierowałem się w stronę budynku.
***
Jako jeden z niewielu wpadłem na pomysł siedzenia na widowni. Było tam jeszcze kilka osób. Ale cóż. Tutaj nie musieliśmy się tak cisnąć jak ci na dole. A i tak wszystko doskonale słyszeliśmy. Mój wzrok był skierowany w miejsce gdzie znajdowali się dyrektor i dyrektorka. W ręce pani Ruby znajdowała się jakaś lista, a na przeciwko pana Sama, na stoliku stała szklana kula z karteczkami.
- W tej oto kuli znajdują się wasze imiona i nazwiska. Taką samą liczbę osób znajduje się w moich rękach. Za chwilę pan Sam będzie losował kto komu da prezent. Limit pieniężny to sto złoty - powiedziała dyrektorka.
Zaczęło się. Po kolei były wyczytywane imiona i nazwiska różnych osób. Czekałem tylko na moment kiedy dowiem się komu ja mam sprawić prezent. W międzyczasie oglądałem widok za oknem znajdującym się na przeciwko mnie. Padał śnieg.
- Noah Skyfull daje prezent Lucy Anderson - rozniósł się głos pani Ruby.
Czyli to tej osóbce mam coś sprawić. Jednak jest mały problem. Nie znam jej. No może wiem jedynie jak wygląda. Jednak to mi za wiele nie pomoże. Miałem jedynie nadzieję, że Susanne pomoże mi.
*chwilę później. Pokój Noaha*
Patrzyłem się na siostrę "natarczywym" wzorkiem. Mimo tego nie odzywaliśmy się.
- Czego chcesz? - powiedziała w końcu widząc, że inaczej nie odpuszczę.
- Potrzebuję twojej pomocy. Mam dać prezent jakiejś dziewczynie, której kompletnie nie znam - jęknąłem.
- Dobrze. Możesz na mnie liczyć. Pomogę ci. Chociaż sam powinieneś coś wymyślić - powiedziała.
- Dziękuję - uśmiechnąłem się promiennie.
- No to co? Czas na zakupy. Pojedziemy moim samochodem do miasta. Jakiś limit pieniężny? - zapytała.
- Sto złoty - powiedziałem od razu.
- Uuu... Trochę mało, ale dam radę - westchnęła.
Po chwili wyszliśmy z mojego pokoju. Zamknąłem za sobą drzwi na klucz. Powoli przemierzaliśmy korytarze budynku mieszkalnego. W końcu znaleźliśmy się na zewnątrz. Przeszliśmy na parking strzeżony. Szybko odnaleźliśmy samochód należący do Susanne. Dziewczyna wsiadła na miejsce kierowcy, a ja pasażera. Po chwili Sus odpaliła silnik i ruszyliśmy. Kierunek miasto.
*jakiś czas później. Jubiler*
Stanęliśmy pod jednym ze sklepów jubilerskich. Spojrzałem na siostrę niepewnie.
- Pamiętasz, że mój limit to sto złoty? -zapytałem.
- Doskonale o tym wiem. Daj działać profesjonalistce - powiedziała tylko i wyszła z samochodu.
Chcąc nie chcąc także to zrobiłem. Dziewczyna kliknęła przycisk na kluczach, a te się zablokowały. Szybko weszliśmy do sklepu. Susanne biegała od półki do półki. Cały czas zachwycała się różnymi rzeczami. Jednak po chwili mamrotała, że jest za drogie. Westchnąłem i podszedłem do obsługi.
- Przepraszam. Szukam jakiegoś prezentu na mikołajki dla dziewczyny. Tylko, że kompletnie jej nie znam i nie wiem co lubi. Do tego mam limit sto złoty. Mogłaby mi pani jakoś pomóc? - zapytałem.
- Oczywiście. Poczekaj chwilę. Zaraz przyniosę coś co idealnie będzie pasować na prezent - powiedziała i zniknęła na zapleczu.
Po chwili obok mnie znalazła się Susanne.
- Co tutaj robisz? - zapytała.
- Czekam. Poprosiłem o pomoc obsługę - powiedziałem i wzruszyłem ramionami.
- Ale... - już zaczęła mówić kiedy wróciła tamta kobieta.
Położyła przed nami naszyjnik. Na zawieszce miał baletnicę, a jej sukienka była w kryształkach.
- Jest idealny. Bierzemy go - powiedziała zafascynowana Susanne.
W sumie też mi się podobał. Więc bez żadnych kłótni zapłaciłem, a ekspedientka zapakowała mi go do ozdobnego pudełka. Podziękowaliśmy i wyszliśmy ze sklepu. Następnym celem była księgarnia.
*Przed księgarnią*
Wszedłem do dość starego i niewielkiego sklepu. Rozejrzałem się wokół. Posiadał on dwa piętra. Wszędzie znajdowały się półki z książkami. Niepewnie podszedłem do lady. Siedziała za nią jakaś starsza kobieta.
- Em... Mogłaby mi pani coś polecić? Potrzebuję prezentu dla dziewczyny tylko problem mam bo nie wiem co lubi - westchnąłem.
- Oczywiście kochaniutki. Co byś powiedział na "Zostań, jeśli kochasz"? Według mnie jest to bardzo piękna książka, która trafi do każdego serca - powiedziała kobieta.
- Okej. Skoro tak ją pani chwali to chętnie ją kupię - uśmiechnąłem się ciepło. - Ile płacę?
- Dwadzieścia złoty - odwzajemniła mój gest.
Po chwili podałem kobiecie odpowiedni banknot. Zabrałem książkę i wróciłem do samochodu siostry. Czas wracać do akademii.
*Następny dzień. Poranny trening*
Nadszedł ten moment. Właśnie na porannym treningu mieliśmy rozdać sobie prezenty. Na szczęście Lucy, której to miałem dać paczkę była w mojej grupie. Kiedy wszyscy się zebrali instruktor powiedział, że możemy już zacząć. Zanim zdążyłem zrobić jakikolwiek ruch podeszła do mnie jakaś dziewczyna. Wręczyła mi niewielki pakunek. Niepewnie otworzyłem go. W środku zobaczyłem sporej wielkości figurkę wilków. Wyglądały jakby skakały przez strumień. Prezent był jak najbardziej trafiony. Chciałem podziękować za niego jednak już nie było tamtej dziewczyny. Westchnąłem i odnalazłem wzrokiem Lucy. Po chwili zlokalizowałem ją. Zabrałem niewielki prezent zapakowany w czerwoną folię ozdobną w renifery. Ruszyłem przed siebie. Po chwili znalazłem się obok dziewczyny. Odchrząknąłem, a ta odwróciła się w moją stronę.
- Proszę. To dla ciebie - powiedziałem i podałem się paczkę.
Ta wzięła ją w ręce i podziękowała mi uśmiechając się. Odwzajemniłem gest. Lubiłem wywoływać na innych twarzach uśmiech. To było wspaniałe uczucie. Na pewno mogę zaliczyć te mikołajki do jednych z lepszych. Mam nadzieję, że przyszłoroczne będą takie same... A może nawet lepsze...

Ilość słów: 3767

Od Maxa - Event Mikołajkowy - O włos od tragedii

Drryyńń… Drryyńń… Otworzyłem zaspane oczy sięgając na oślep po telefon, leżący na szafce nocnej. Ktoś dzwonił. Na wyświetlaczu pojawił się numer i nazwa kontaktu. Dzwonił tata.
- Halo? – odezwałem się zaspanym głosem
~ Max? Wszystkiego najlepszego z okazji mikołajek! – po drugiej stronie słuchawki odpowiedział radosny głos mojego ojca – Oh, nie dzwonię za wcześnie, co? Która jest u ciebie?
Mój mózg przetwarzał jeszcze parę chwil te pytania. Mikołajki... Dziś szóstego grudnia? Właśnie… Która godzina? Zerknąłem szybko na zegarek uświadamiając sobie, że jest krótko po piątej nad ranem.
- Jest piąta. Rano. – wymruczałem do komórki i szybko dodałem – I dzięki za życzenia.
~ Piąta? Wybacz. U nas jest dopiero kilka minut po północy. Nie znam się na strefach czasowych.
- Nie szkodzi. I tak za godzinę miałem wstawać. Sammy jest z tobą?
~ Jest, już go daję tylko dojdę do jego pokoju. Znając go znowu gra na konsoli – usłyszałem jak wchodzi po skrzypiących schodach prowadzących do naszych pokoi, które były obok siebie - Nie połamałeś się tam jeszcze, co?
- Tato... - jęknąłem do słuchawki, jak wiele razy przedtem, kiedy pytał się czy nic mi nie ma
~No co, martwię się. Konie są niebezpieczne i... - przerwał słysząc moje wymowne westchnięcie - Dobra, dobra, wiem jestem nadopiekuńczy. Daję ci Sama, na razie.
- Bye, dzięki jeszcze raz za życzenia. - powiedziałem szybko zanim tata oddał telefon mojemu bratu
~Hej. Co jest? – Samuel przywitał się krótko, jak zwykle
- Hej, najlepszego. Masz coś dla taty, nie? – zapadła cisza, niemal widziałem tą jego zaskoczoną minę przyłapanego na gorącym uczynku dziecka – Haha, wiedziałem!
~ A ty coś masz, cwaniaku? – bronił się
- A mam. Książkę mamy. Tą o koniku. – odparłem dumnie, wygrzebując się spod ciepłej kołdry
~ Zaraz. Skąd? Przecież nie było nawet premiery. – zauważył i po chwili dodał przyciszonym tonem - Cholera, a nie możesz powiedzieć, że kupiliśmy ją razem?
- Haha, nie ma tak łatwo! Poza tym przyjadę na święta Bożego Narodzenia, a mikołajki u was są jutro.
~ Dobra, muszę coś skombinować. Jak będę mieć dylemat to się jeszcze odezwę.
- Ok, przekaż tacie, że wylatuję 25 i powinienem wrócić 26. Na razie – pożegnałem się, w odpowiedzi słysząc krótkie pa od Sammy’ego
Po zakończonej rozmowie nakarmiłem Shiręę. W jej terrarium ustawiłem miniaturową sztuczną choineczkę z lipnym śniegiem. A co mi tam, niech też ma świątecznie. Następnie skierowałem swe kroki do łazienki zabierając ze sobą ciuchy przeznaczone na dziś dzień. Obmyłem twarz zimną wodą spędzając tym samym resztki snu z powiek. Wyszorowałem zęby i przebrałem się z kraciastej piżamy na czerwoną bluzę z kapturem i kieszonką z przodu z wyszywanym Rudolfem, którą dostałem kiedyś właśnie na mikołajki. Do tego bryczesy i ciepłe skarpety. Zerknąłem jeszcze w lustro poprawiając ręką rozczochrane włosy, które, zacznijmy od tego, zawsze tak wyglądały. Przy drzwiach zdjąłem narciarską kurtkę z wieszaka i założyłem ją. Stopy włożyłem w zimowe buty jeździeckie i byle jak owinąłem sobie szal wokół szyi. Już przekraczałem próg drzwi, kiedy mnie olśniło. Muszę zabrać przecież prezent dla Newtona. Zawróciłem i pomaszerowałem ku szafie gdzie schowałem podarunek dla mojego gniadosza. Odrobinę podekscytowany chwyciłem za lnianą torbę, w której schowałem to:
Prezencik dla Newta :3
Zamówiłem je kilka dni temu przez Internet i przyszły wczoraj. Mam nadzieję, że mu się spodoba, bo trochę szkoda mi tego białego kompletu. Lepiej zostawić go na zawody. Chwyciłem za ucha torby i popędziłem do drzwi, zatrzaskując je i zamykając na klucz. Następnie zbiegłem po schodach i wybiegłem przed akademik. Prawie natychmiast oślepłem od bieli panującej na dworze. Biały puch przykrył każdą wystającą rzecz i wciąż go przybywało w postaci małych śnieżynek spadających z nieba. Uśmiechnąłem się pod nosem i ruszyłem w stronę stajni. 
W środku zastałem świąteczne dekoracje porozwieszane na belkach podtrzymujących sufit. Świąteczna atmosfera przenikła nawet tutaj. Wesoły przystanąłem przy boksie Newtona. Ogier zarżał na przywitanie i podszedł do bramki wystawiając łeb. Podrapałem go czule po nosie i czole, chowając prezent za plecami. Gniadosz wyczuł, że coś trzymam i zaciekawiony starał się zajrzeć co też takiego znajduje się za moimi plecami.
- Wszystkiego najlepszego, Newt. Dziś są mikołajki, nie? – powiedziałem do konia, wślizgując się jednocześnie do boksu – Mam prezent dla ciebie
Pokazałem mu torbę oraz pozwoliłem zbadać jej zawartość. Newton wsadził pysk do torby i zarżał cicho. Wyjąłem czaprak, uwiąz, kantar i nagolenniki w miętowym kolorze. Pamiętałem o usunięciu folii ochronnych już w pokoju. Nie raz widziałem jak szaleje ze strachu przed dźwiękiem szeleszczących toreb i worków. Zachowywał się wtedy jakby wstępował w niego jakiś demon.
Ogier obwąchał przedmioty i parsknął dwa razy zadowolony. Postanowiłem, że założę mu dziś to wszystko na pierwszy trening, który miał odbyć się o 6.30. Położyłem wszystko na ziemi i wyszedłem z boksu. Skierowałem się w stronę siodlarni po szczotki oraz sprzęt do jazdy. Wpadłem do pomieszczenia, wziąłem potrzebne rzeczy i wyszedłem stamtąd tak szybko jak wszedłem. Znajdując się ponownie w boksie gniadosza oceniłem na ile ogier jest brudny. Po przejechaniu ręką pod brzuchem domyśliłem się, że musiał leżeć. Pod palcami wyczułem pełno sklejek i grudek. No nic, trzeba to będzie wyczyścić. Sięgnąłem do skrzynki ze szczotkami i chwyciłem za iglaka. Energicznymi ruchami zacząłem szczotkować podbrzusze Newtona, który stał zadowolony, przysypiając. Uwielbiał, gdy się go pielęgnuje. Po wyszczotkowaniu sierści na brzuchu przejechałem szczotką jeszcze parę razy po nogach, grzbiecie i szyi. Następnie użyłem szczotki o miękkim włosiu. Przeciągałem ją długimi ruchami wzdłuż smukłego ciała angloaraba. Nagle zauważyłem małe skaleczenie na lewej łopatce. Hm, kiedy to się mogło stać? Może wtedy gdy wystraszył się tej foliówki od nieznajomej… Całe szczęście, że była wtedy ze mną Quinn, bo mogło się to skończyć o wiele gorzej. Poszukałem w magicznej skrzyneczce na szczotki środka dezynfekującego i spryskałem nim czterocentymetrową ranę. Ten środek był o tyle dobry, bo nie powodował nieprzyjemnego szczypania jak zwykła woda utleniona. Newton nawet tego nie poczuł. Następnie wziąłem się za kopyta. Podniosłem kopystkę i chwyciłem za lewą przednią nogę. Przesunąłem palcami wzdłuż pęciny ogiera i oparłem się o jego lewy bok, dając sygnał, aby podniósł kopyto. Newt posłusznie wykonał polecenie i dał sobie wyczyścić wszystkie kopyta.
Teraz przyszedł czas na siodłanie. Odwróciłem się by podnieść ze słomy nowiuteńki czaprak i założyłem go na grzbiet gniadosza, który skubał resztki siana. Poprawiłem go przesuwając odrobinę wyżej, a następnie założyłem na niego misternie szyte siodło z czarnej skóry. Przewlokłem popręg przez paski czapraku i obszedłem konia dookoła. Z drugiej strony zrobiłem to samo zapinając popręg na drugą dziurkę. Przed jazdą się dociągnie. Następnie sięgnąłem po ogłowie wykonane z tej samej czarnej i błyszczącej skóry co siodło. Odrobinę mi się poplątało, lecz już po kilku chwilach rozplątałem wszystkie paski. Przerzuciłem wodze przez szyję gniadosza i założyłem resztę ogłowia. Newt opierał się trochę, szczególnie przy dopinaniu skośnika. Ogólnie to on nie chodzi z wędzidłem. Gdybym miał mu to teraz zakładać, założyłbym się, że do południa bym tego nie zrobił. Nawet nie próbuję przekonywać go do gumowego wędzidła, bo wiem, że w tej kwestii z nim nie wygram. No, bo w sumie po co na siłę mu zakładać wędzidło, skoro nawet lepiej chodzi bez? Zostały tylko nagolenniki. Jednak po dłuższym zastanowieniu się stwierdziłem, że lepiej założyć mu ciepłe owijki. Przecież na dworze jest śnieg i minusowa temperatura.
Zerknąłem na zegarek. 6.28. Osiodłanego ogiera wyprowadziłem za zewnątrz. Newton podekscytowany jazdą oraz widokiem śniegu zaczął dreptać w miejscu. To u niego normalne. Założyłem toczek i dociągnąłem poluzowany popręg. Odbezpieczyłem strzemiona i jednym susem już siedziałem w siodle. Poklepałem nabuzowanego ogiera po szyi i popędziłem do szybkiego stępa. Przejechałem przez plac kierując się w stronę toru crossowego. Na miejsce dotarłem punktualnie. Moim oczom ukazał się niecodzienny widok. Trener Liam siedział w kostiumie Świętego Mikołaja na swojej kasztance, która również była przebrana tylko, że za renifera.
Trener Liam w kostiumie Św. Mikołaja xd Źródło: Pinterest

Wszyscy w mojej grupie nosili świąteczne czapki bądź poroża, a ich wierzchowce miały nowe komplety. Czyżby dostały je w prezencie od swoich właścicieli? Jeśli tak, to Newt nie był wyjątkiem. 
- Ho ho ho! Czy wszystkie dzieci są? - rozległ się rozbawiony i przesadnie obniżony głos trenera
- Tak. - odpowiedzieliśmy i ustawiliśmy się w kolejce przed torem utrzymując równe odstępy, ja stanąłem drugi
- To dobrze. - głos trenera Liama był już normalny - Znacie już tor, prawda? Z okazji świąt sprezentowaliśmy wam nieco inną ścieżkę. Tutaj macie mapkę. Po obejrzeniu mapy podajcie ją do tyłu. 
Uczniowie byli równie podekscytowani co ich wierzchowce. Rzuciłem okiem na mapkę i podałem ją do tyłu.
- A no i zapomniałem dodać, że pościgacie się parami. Ustawcie się proszę.
Moją parą był Cole na swoim kasztanie o imieniu Avenger. Wymieniliśmy ze sobą uśmiechy i łobuzerskie spojrzenia. Wreszcie trener dał znak, że pierwsza para może wystartować. Po kilku minutach przyszła kolej na nas. Poprawiłem stopy w strzemionach i wydłużyłem nieco wodze. 
- Start! - trener dał znak, na co my ruszyliśmy galopem
Newton rwał do przodu, włączając tryb zaciekłej rywalizacji. Na początku galopowaliśmy łeb w łeb, nie dając rywalowi choć centymetra przewagi. W końcu na horyzoncie pojawiła się pierwsza przeszkoda. Zwykły krzyżak, nic wielkiego. Newt pokonał go nawet o tym nie wiedząc. Tor ciągnął się dalej w las zakręcając co jakiś czas. Musiałem zwalniać gniadosza na zakrętach, bo przy tak obfitym śniegu było naprawdę ślisko i moglibyśmy wyrżnąć na błocie jak dłudzy. Chyba wykrakałem te słowa, ponieważ kilka metrów przed metą Newton stracił stały grunt pod kopytami i poślizgnął się, upadając na bok, a ja z nim. Wypadłem z siodła nie robiąc sobie większej krzywdy. Zakląłem cicho i podpełzłem do ogiera, który parskał lekko przestraszony i próbował wstać. Pomyślałem, że mógł sobie coś zrobić, a moją głowę szybko wypełniały czarne scenariusze. Kiedy byłem już przy gniadoszu gorączkowo szukałem oznak jakichkolwiek złamań. Na szczęście nic nie znalazłem. Serce waliło mi jak oszalałe. Wstałem i poczułem tępy ból w lewej kostce, zignorowałem to skupiając się na wstawającym z trudem Newtonie. Kątem oka zauważyłem, że Cole, choć był niecały metr przed metą, zawrócił  i kłusował właśnie w moją stronę. Newt stał już na nogach i nerwowo parskał łbem. 
- Nic ci nie ma? Pokaż - szeptałem do ogiera, gładząc go po sierści i sprawdzając po kolei nogi, żebra, szyję...
- Max, wszystko w porządku? - usłyszałem głos zaniepokojonego lekko Cole'a
- Z Newtem chyba tak... - chwyciłem za wodze i odszedłem parę kroków
Newton podążył powoli za mną. Bacznie obserwowałem jego ruchy. Odhaczałem w głowie po kolei: chód - ok, kuleje - nie...
- Widzę, a z tobą? - Cole ześlizgnął się z siodła podchodząc z Avem bliżej nas
- Nic mi nie ma - wysiliłem się na blady uśmiech - Zejdźmy z toru, blokujemy innym
Ruszyliśmy się z miejsca w stronę mety. Przy każdym nadepnięciu na lewą nogę odczuwałem ból. Nie był nie do zniesienia, ale i tak zacisnąłem zęby skupiając się na prostym chodzie. Jeszcze pomyślą, że coś mi jest i zawiozą do szpitala, pomyślałem przypominając sobie wypadek Quinn. Na myśl przyszło mi również to, że moja kostka mogła być w o wiele gorszym stanie niż mi się wydawało. Wiecie, adrenalina przyćmiewa ból.
Cole szedł niedaleko mnie również prowadząc swojego rumaka. Zerknąłem w jego stronę i napotkałem jego podejrzliwy wzrok. Wydawało mi się, że obserwował każdy mój ruch. Na mecie trener Liam kazał mi iść rozsiodłać Newta i przebrać się w czyste ciuchy, bo te co miałem na sobie postanowiły sobie wziąć błotna kąpiel. Zrobiłem tak, jak powiedział, jeszcze raz oglądając w boksie Newtona ze wszystkich stron.

W pokoju usiadłem ciężkim westchnieniem na łóżku. Chciałem w końcu obejrzeć swoją kostkę. Obawiałem się tego co zobaczę. Co jeśli to zwichnięcie, bądź skręcenie? Nie będę mógł wtedy jeździć przez jakiś czas. Ściągnąłem skarpetkę, a moim oczom ukazała się... Zdrowa kostka. Wypuściłem wstrzymywane powietrze z płuc czując ulgę. Uśmiechnąłem się do siebie ruszając stopą i sprawdzając, czy aby na pewno nic mi nie dolega. Poczułem tylko ten sam tępy ból. Stwierdziłem, że ustabilizuję sobie ją bandażem i tak pójdę na lekcje, które swoją drogą zaczynały się za jakieś dwadzieścia minut. Zawinąłem zręcznie staw, ubrałem skarpetkę. Następnie przebrałem bryczesy na jeansy, zostawiając czystą bluzę z reniferem. Brudne spodnie rzuciłem do wanny w łazience z późniejszym zamiarem ich wyprania. Założyłem czarne nike i kurtkę nie siląc się by ją zapinać. Spakowałem również wszystkie potrzebne książki i poszedłem najpierw na stołówkę. Pośpiesznie zjadłem śniadanie i udałem się na uniwerek.
W klasie usiadłem tam gdzie zazwyczaj siedzę. Co chwilę spoglądałem w stronę drzwi, mając nadzieję, że Sammy również pojawi się dziś na lekcjach. Jak na zawołanie dziewczyna pojawiła się wchodząc przez drzwi. Zmierzała moją stronę uśmiechając się promiennie.
- Hej - odpowiedziałem jej uśmiechem
Usiadła na krześle obok.

__LEKCJE__

Podczas zajęć nie działo się nic szczególnego. Nauczyciele pozwalali nam rozmawiać, a nawet jeść i pić. Dyrektor ogłosił przez radiowęzeł dzień wolny od pytania, co wszyscy przyjęli bardzo entuzjastycznie. Na większości lekcji dominowały świąteczne tematy typu: świąteczne zwyczaje. Na innych zajęciach było ciekawiej, na przykład na języku angielskim oglądaliśmy film. Jaki? Był spór pomiędzy "Kevinem samym w domu" a Czymś Innym, którego tytułu nie usłyszałem przez rozmowy innych uczniów. Ostatecznie jednak wygrał tradycyjny Kevin. Ustawiliśmy krzesła w półkole, a pani Angelina włączyła rzutnik. Ktoś nawet pobiegł po przekąski do stołówki. Usiadłem obok Samanthy częstując ją chipsami. Film się skończył, a wraz z nim lekcja angielskiego. Na biologii, która była następna, znów nic nie robiliśmy. Wszyscy rozmawiali między sobą, a pani Olivia również wdała się w rozmowę z uczniami. Za to na chemii pan Mark przyszykował dla nas małą niespodziankę. Mianowicie upiekł nam pierniczki! Powiedział nam, że ciasto zrobiła jego żona, a on je dekorował. Jakoś nie potrafiłem go sobie wyobrazić w fartuszku z nadrukiem: Najlepszy kucharz na świecie, i dekorującym chemiczne ciasteczka. Dlaczego chemiczne? Ponieważ każdy pierniczek ozdobiony był pierwiastkiem z układu okresowego bądź związkiem chemicznym. Mile zaskoczeni uczniowie zaczęli chrupać ciastka. Smakowały bardzo dobrze i zjadłem ich chyba z trzy. Klasa wypełniła się zapachem pierników i gwarem rozmów. 

Po lekcjach natychmiast popędziłem  do stajni. Nie biegłem jednak, obawiając się o kostkę. Kiedy byłem już na miejscu, a trochę to trwało zanim tam doszedłem, zastałem kogoś przy boksie Newtona. To był Cole. Zmartwione spojrzenie chłopaka momentalnie napełniło mnie obawami. Mój oddech przyspieszył, jakbym przebiegł cały maraton. Wpadłem do boksu gniadosza, zastając go leżącego na słomie. Widziałem jak podnosi głowę i rży cicho na powitanie. Sekundę później już głaskałem go uspokajająco po nosie. Mój wzrok powędrował do brzucha wierzchowca. Z przerażeniem zdałem sobie sprawę, że jest napompowany niczym balon. Ręce zaczęły mi się lekko trząść, a panika powoli zawładnęła moim umysłem. 
- To chyba kolka. - usłyszałem głos chłopaka zza pleców - Dzwonię po weterynarza
Zaschło mi w gardle. Nie byłem wstanie mu odpowiedzieć, więc pokiwałem szybko głową. Ogier położył łeb na moich nogach, a ja gładziłem go po szyi powtarzając cicho: Będzie dobrze. Nagle przypomniało mi się, że przecież przy kolce zwierzę nigdy nie powinno leżeć. Jest to wręcz zabronione. Zerwałem się z miejsca i starałem się ze wszystkich sił przekonać Newta by wstał. 
- Newt, proszę cię. Musisz wstać. No dalej, dasz radę - desperacko próbowałem podnieść go o własnych siłach i z góry byłem już skazany na porażkę, wyobrażałem sobie jaki ból sprawia Newtonowi nawet najmniejszy ruch
Jakimś magicznym cudem Newton starał się wstać. Wstąpił we mnie nowy entuzjazm i nadzieja, jakby ktoś wstrzyknął mi je przed chwilą strzykawką. Gorączkowo zachęcałem ogiera do stanięcia na nogi. Słyszałem jego parsknięcia i ciężkie westchnięcia i prawie odczuwałem jego ból na sobie. Przytuliłem go mocno czując łzy napływające do oczu. Wytarłem je szybko ręką, besztając się w duchu za tę chwilę słabości.
- Weterynarz jedzie. Powiedział, że koń nie może absolutnie leżeć i mamy zachęcać go do... - Cole podniósł wzrok znad telefonu i przerwał wypowiedź - ...chodzenia.
- Przypomniało mi się, że już kiedyś miał kolkę i weterynarz kazał nam zrobić identycznie. - uśmiechnąłem się blado do Cole'a czując ogromną wdzięczność. Widziałem, że chłopak również przejął się losem Newta. 
- Idę przed stajnię i poczekam, aż przyjedzie. Ty chodź z nim w kółko, ok? - skinąłem głową, a chłopak odwrócił się by odejść
- Cole... Dziękuję - wydusiłem
Szatyn uśmiechnął się i powędrował zająć posterunek. Miałem nadzieję, że weterynarz przyjedzie szybko, choć przez ten śnieg może być tutaj dopiero za pół godziny. Potrząsnąłem głową jakby wyrzucając czarne myśli i skupiłem się z powrotem na Newcie. 
- Chodź, stary. Musisz chodzić - powiedziałem, ciągnąc go lekko za miętowy kantar
Ogier początkowo stał jak słup soli, nie mając zamiaru się ruszać. 
- Proszę, Newt. To ci pomoże - westchnąłem zdesperowany
Gniadosz wykonał krok. Ucieszony zachęcałem go do zrobienia następnych. Wyciągnąłem kostkę cukru i postawiłem na dłoni odsuwając ją od pyska ogiera. Myślałem, że pomoże to choć trochę. Błagałem w myślach, żeby zaczął iść. 
- No dalej, dasz radę - powtarzałem wciąż
Po kilku minutach zrobiliśmy niecałe sześć kółek. Zauważyłem, że przed boksem zebrało się kilku gapiów. Nie zwracałem z Newtonem na nich większej uwagi, jednak podczas siódmego okrążenia dostrzegłem wśród nich znajoma twarz. Sammy, która z zatroskaniem patrzyła na gniadosza. Nagle rozległ się dźwięk gwałtownie otwieranych drzwi i szybkich kroków. Gapie spojrzeli w stronę pędzącego weterynarza i odsunęli się robiąc mu przejście.
- Oh, chodzisz z nim? To dobrze. - powiedział zdyszany, a sekundę później stał tuż przy mnie wyciągając dłoń - Chase Davidson
- Max Watson - również się przedstawiłem badając weterynarza wzrokiem, zastanawiałem się czy da radę pomóc Newtowi
Po moich słowach pan Davidson odwrócił się natychmiast do pacjenta oglądając jego brzuch. Widząc jak fachowo ocenia dolegliwości Newtona moje niepotrzebne wątpliwości rozpłynęły się. 
- Stało się dzisiaj coś? - weterynarz zaskoczył mnie pytaniem
- Tak, rano mieliśmy mały wypadek na torze crossowym. Na szczęście nic poważniejszego się nie stało. - odparłem, kucając by móc widzieć twarz lekarza - Myśli pan, że ma to z tym jakiś związek?
- Tak. Kiedy dostał jedzenie? - facet spojrzał mi prosto w oczy 
- Po rozsiodłaniu i wyczyszczeniu, czyli jakieś pół godziny później - pod naciskiem stalowego spojrzenia pana Davidsona, które zdawało się przewiercać duszę na wylot, powiedziałem całą prawdę. Zdałem sobie sprawę, że to była moja wina. Popełniłem tak głupi błąd, że Newton teraz cierpi. Pacnąłem się ręką w czoło wypowiadając jedno słowo - Stres
- Dokładnie. - weterynarz uśmiechnął się lekko, a jego spojrzenie złagodniało nieco - Uczysz się jeszcze, nie? No więc, ten ogier czuł się jakby miał zaraz pisać najważniejszy egzamin w swoim życiu i dowiedział się o tym przed chwilą. Zjadł na pewno wszystko, bo konie z natury są łakome. Stąd ta kolka. Podam mu środek na uspokojenie, a ty będziesz musiał chodzić z nim dobre dwie-trzy godziny. To powinno mu pomóc. A no i nie dawajcie mu dziś kolacji.
Zabawne porównanie pana Davidsona sprawiło, że uśmiechnąłem się lekko. Obserwowałem jak weterynarz aplikuje strzykawką Newtonowi przezroczysty płyn i chowa ją z powrotem do torby. Newton westchnął ciężko. Podziękowałem panu Davidsonowi i zapłaciłem za wizytę. Następnie zrobiłem tak, jak polecił. 

Po dwóch i pół godzinie chodzenia w kółko opuchlizna całkowicie zeszła. Widząc, że już jest dobrze odetchnąłem z ogromną ulgą. Przytuliłem gniadosza na pożegnanie i pocałowałem go w czoło. Ten parsknął zadowolony. Wyślizgnąłem się cicho z boksu i ruszyłem w stronę akademika. Jak się okazało było zebranie. Wszyscy losowali komu będą dawać prezenty. Zdążyłem na samo zakończenie zbiórki i dostałem ostatni los. Od czytałem szybko komu mam dać prezencik. Samantha i Quinn Uśmiechnąłem się pod nosem. 

Przebrałem się szybko, uświadamiając sobie, że śmierdzę na konie, i wskoczyłem do mojej hondy. Zapaliłem silnik i już po chwili byłem w drodze do miasteczka. Po drodze zastanawiałem się co kupić Quinlan, bo dla Sammy mam już wspaniały prezencik. Pomyślałem, że wstąpię do jubilera. miałem nadzieję, że gdzieś w tym miasteczku jakiś będzie. Okazało się, że był. Zamknąłem samochód i udałem się do środka. W sklepie powitał mnie starszy pan, właściciel. 
- W czym pomóc? - zapytał się mnie podchodząc bliżej
- Szukam czegoś dla dziewczyny, która uwielbia konie. Ma pan może coś takiego? 
- Konie? Zaraz czegoś poszukam. - odrzekł i podszedł do jednej ze szklanych szafek. 
Otworzył kluczykiem drzwi i wyciągnął srebrną bransoletkę. Podał mi ją bym mógł się lepiej przyjrzeć.
Uznałem, że będzie jej się podobać.
- Dziewczyna? - rozległ się głos właściciela, spojrzałem w jego stronę napotykając pogodny wzrok
- Nie, nie. Koleżanka - uśmiechnąłem się wyjaśniając szybko - robimy sobie prezenty na mikołajki
- Ach tak. Założę się, że jesteś z Morgan? - to było raczej stwierdzenie niż pytanie
Pokiwałem twierdząco głową i podszedłem do kasy. Podałem bransoletkę sprzedawcy by ten mógł ją spakować do czerwonego pudełka. Wyciągnąłem portfel i zapłaciłem za prezent. Pożegnałem się i wróciłem z powrotem do samochodu. Wstąpiłem jeszcze po słodycze dla obu dziewczyn i pojechałem do Morgan. 

Po powrocie do domu udałem się szybko do pokoju z zamiarem zapakowania prezentów. Kilka dni temu pobawiłem się w robienie pakunków i teraz trochę się ucieszyłem mając mniej roboty. Wpakowałem rzeczy do ozdobionych pudełek i zniosłem je na stołówkę, gdzie za dziesięć minut miało odbyć się ponowne zebranie, a wraz z nim dawanie prezentów.
Usiadłem przy stoliku, gdzie zwykle siedzimy z Sam i ułożyłem prezenty na stole. Podniosłem wzrok i powiodłem nim po twarzach zebranych. Uśmiechnąłem się napotykając spojrzenie roześmianej Sammy. Przysiadłem się do stolika, przy którym siedzieli Mara i Cole. Kiedy wszyscy pojawili się już na stołówce rozległ się jeszcze większy harmider i gwar. Każdy chciał dać prezent wylosowanej osobie i przepychał się teraz by jak najszybciej do niej dojść. Ja odczekałem chwilę i gdy zrobiło się trochę miejsca skierowałem się w stronę fioletowowłosej Quinn.
- Proszę. Wszystkiego najlepszego z okazji mikołajek - uśmiechnąłem się promiennie wręczając prezent dziewczynie
Na twarzy Quinlan zakwitł uśmiech. Wzięła prezent i odłożyła go na bok. Następnie przytuliła mnie, a ja odwdzięczyłem uścisk.
- Dziękuję ci - powiedziała pogodnym głosem, pomyślałem, że z uśmiechem bardziej jej do twarzy

Po chwili znalazłem się obok Samanthy. Uścisnąłem ją od tyłu zaskakując ją nieco i wręczyłem prezent. Dziewczyna podskoczyła radośnie i odwróciła się przytulając się do mnie przodem. Zaśmialiśmy się razem stojąc tak przez chwilę i kołysząc się lekko. Kątem oka dostrzegłem uśmiechy na twarzach innych uczniów, którzy spoglądali na nas niby ukradkiem. Nie przejęliśmy się tym. Oderwaliśmy się od siebie w tym samym czasie i usiedliśmy przy jednym stoliku. Sammy wyciągnęła zza pleców mały pakunek i wręczyła mi go. Przytuliłem ją jeszcze raz i podziękowałem. Sammy dała mi niespodziewanego całusa w policzek, na co mój uśmiech rozciągnął się jeszcze bardziej. Do naszego stolika dosiedli się inni uczniowie i zaczęła się żywa rozmowa. Kiedy podano obiad, wszyscy zajadali się z uśmiechem na twarzy. Atmosfera była tak ciepła i rodzinna, że wyobraziłem sobie ich wszystkich siedzących w moim salonie w Nowym Yorku przy stole wigilijnym.
Czas do ciszy nocnej spędziliśmy siedząc na stołówce, a po wybiciu godziny 23 udaliśmy się do naszych pokoi. Umyłem się szybko pod prysznicem i wskoczyłem do łóżka. Naciągnąłem kołdrę aż do uszu i zasnąłem z uśmiechem na twarzy.
Tak myślę, że skoro tak entuzjastycznie uczciliśmy mikołajki, to jak będziemy obchodzić wigilię?

Ilość słów: 3766