Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Louis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Louis. Pokaż wszystkie posty

środa, 1 sierpnia 2018

Od Louisa cd Lydii

- Będę czekać na ciebie w parku na ławce po lekcjach, jakbyś chciał jednak porządnie porozmawiać, przyjacielu — dziewczyna szepnęła mi do ucha, po czym pocałowała mnie w policzek i wstała. Minęła me krzesło i zniknęła z klasy. Moja ręka automatycznie powędrowała do miejsca, gdzie poczułem wcześniej muśnięcie warg. Nie rozumiałem do końca, co się przed chwilą stało. Jednak po chwili ocknąłem się z zaskoczenia i niepewnie wziąłem kartkę leżącą przede mną. Schowałem ją do kieszeni i ruszyłem na kolejne zajęcia, mając w głowie mętlik…
Na następnym wykładzie siedziałem w ławce obok Quinlan. Było to jednocześnie dobre i złe. Po części dziewczyna rozumiała to, że potrzebowałem ciszy, aby się skupić. Jednak w momencie, gdy zaczynało jej się nudzić, to zaczynała mnie zaczepiać. Czasami próbując wciągnąć do rozmowy, innym razem po prostu mi dokuczając. Na szczęście tym razem siedziała w miarę spokojnie, więc mogłem spokojnie pomyśleć o sytuacji z poprzednich zajęć. Nadal nie byłem pewny, o co w tym wszystkim chodziło. Dlaczego tak nagle dostałem miano czyjegoś przyjaciela? Szczególnie że kompletnie się nie znaliśmy. Przecież ledwo co poznałem jej imię. Ludzie są dziwni. Tylko tyle wiedziałem.
- Ooo… A to, co to? — usłyszałem nagle głos kuzynki, a zaraz potem poczułem jej rękę w mej kieszeni.
Dopiero po chwili zrozumiałem, że to tam musiała znajdować się karteczka od Lydii. Nie myliłem się. Zaraz przed nami znalazł się ów kawałek papieru, a fioletowo włosa dziewczyna uważnie się mu przyglądała. Westchnąłem tylko i położyłem głowę na ławce, czekając na serię pytań, która najprawdopodobniej zaraz miała mnie dopaść.
- Kogo to numer telefonu? A ten numer pokoju? Poznałeś kogoś? Co się wydarzyło? A może ty masz randkę? Odpowiadaj — nie minęła minuta, zanim Quinn zaczęła wiercić we mnie dziurę wzrokiem, koniecznie chcąc dowiedzieć się wszystkiego na temat karteczki.
- Nie możesz choć raz odpuścić? — na to pytanie otrzymałem tylko spojrzenie, która wyrażało jedno: „Żartujesz sobie?”
- Okej, okej. Już ci tłumaczę. Od razu ci mówię, że to nie jest żadna randka ani nic w tym stylu. Dostałem tę kartkę od Lydii. Dziewczyny, którą ledwo co poznałem. Powiedziała też, że będzie czekać na mnie w parku po lekcjach, ale to nieważne. W sumie to nawet nie wiem do końca czy kiedykolwiek użyję którejś z tych informacji. Jakoś nie jestem przekonany co do zaprzyjaźniania się z innymi. Ty, Zoey i Erik w zupełności mi wystarczacie — powiedziałem dość cicho.
- Masz świadomość, że nie możesz się zamykać na innych? — Quinlan uniosła jedną brew.
- Dlaczego? Przecież wasza trójka jest jak najbardziej wystarczająca. Nie potrzebuję nikogo więcej — jęknąłem i przewróciłem oczami.
- Oj Lou Lou, jeszcze się przekonasz. Ale zapamiętaj sobie teraz jedno. Ja zawsze mam rację. Do tego nigdy ze mną nie wygrasz — zaśmiała się cicho, a ja tylko patrzyłem na nią niepewnie, nie do końca rozumiejąc, o co jej chodziło. Po chwili wpatrywania się w nią po prostu wzruszyłem ramionami i z powrotem skupiłem się na lekcji.
~*~*~*~*~
Oczywiście nie mogłem spodziewać się tego, co wydarzy się po lekcjach. Chociaż przepraszam bardzo. Mogłem się tego domyślić. To w końcu była Quinlan. Jednak w momencie, gdy przeciągnęła na swoją stronę Zoey i Erika wiedziałem jedno. Nie miałem praktycznie żadnych szans. Może jednak przejdźmy do sedna sprawy. Do tego, co się wydarzyło.
Spacerowałem w okolicach parku wraz z przyjaciółmi, swobodnie z nimi rozmawiając na najróżniejsze tematy. Nawet nie zauważyłem momentu, gdy dziewczyny pochwyciły mnie i zaczęły wprowadzać w jego głąb. Dopiero gdy zauważyłem Lydię siedzącą niedaleko na ławce, zrozumiałem, o co w tym wszystkim chodziło. Na przerwie przed ostatnią lekcją, powiedziałem Quinlan, że nie chcę. Nie pójdę do parku i już. Jak widać, ta postanowiła zmienić me plany. Momentalnie wyrwałem się dziewczynom i stanąłem w miejscu. Obróciłem się na pięcie i już miałem odchodzić, gdy poczułem na ramieniu mocny uścisk. Spojrzałem na Erika błagalnie. Miałem nadzieję, że chociaż on nie brał w tym wszystkim udziału. Ten jednak tylko pokręcił przecząco głowę i wskazał wzrokiem na Zoey stojącą wraz z Quinn. Westchnąłem i odwróciłem się w ich stronę. Stanąłem w miejscu i skrzyżowałem ręce na piersi. Nie miałem najmniejszego zamiaru uczestniczyć w ich intrygach.
- Louis. Daj spokój. Idź do niej. Przestań izolować się od ludzi — warknęła Zoey.
- Nigdzie nie idę — powiedziałem stanowczo.
- A założymy się? Pamiętasz może, co ci powiedziałam na zajęciach — Quinlan uśmiechnęła się tajemniczo, a ja dopiero w tym momencie zrozumiałem, o co jej chodziło. Ona od początku wiedziała, że nie będę chciał pójść na to spotkanie. Już wtedy sobie to wszystko zaplanowała. To właśnie tego dotyczyły słowa, „Do tego nigdy ze mną nie wygrasz”
Zamyślony nie zauważyłem, kiedy całą trójką zaciągnęli mnie bliżej Lydii, a następnie popchnęli w jej kierunku. Oczywiście sami od razu uciekli. Niepewnie na nią spojrzałem. Miałem nadzieję, że dziewczyna mnie nie zauważyła. Jednak nadzieja jest matką głupich. Momentalnie ma obecność, została wykryta. Brązowowłosa pomachała mi ręką na powitanie. Nie miałem już wyjścia. Wziąłem głęboki wdech i ciężko wypuściłem powietrze. Raz kozie śmierć. Podszedłem powoli do niej i usiadłem obok na ławce.
- Em… Hej? — powiedziałem, a może raczej zapytałem dość cicho.

Lydia?
Przepraszam, że takie krótkie i mało się dzieje, ale obiecuję poprawę...

niedziela, 11 marca 2018

Od Louisa CD Daniela

- Louisie Williamie Tomlinson, jesteś chudy, za chudy, byłeś o wiele piękniejszy te dziesięć kilo wcześniej… Naprawdę… Błagam cię… Nie rób… Nie… - chłopak w tym momencie zamarł. Wydawało się jakby nie potrafił się już wysłowić. Ukrył jedynie twarz w dłoniach i odsunął się znacznie.
Nie byłem do końca pewny co powinienem zrobić. Niby to nie był pierwszy raz kiedy ktoś mówił mi takie rzeczy, ale… Jakoś nie potrafiłem im zaufać. Miałem w sobie jakąś taką wewnętrzną blokadę. Z resztą… Miałem lustro. Widziałem jak wyglądałem i jakoś nie potrafiłem się zgodzić z tymi wszystkimi osobami. Westchnąłem i niepewnie usiadłem. Obok mnie od razu znalazła się Clary ze szczeniakami. Westchnąłem i niepewnie poklepałem ją po łbie, ale zaraz odsunąłem ich od siebie. Musiałem pomyśleć. Najlepiej w samotności. Jednak nie byłem pewny czy dałbym radę teraz od tak wyjść i pójść sobie. Szczególnie, że tak jakby uratował mnie. Wziąłem głęboki wdech i zamknąłem oczy. Po chwili lekko je uchyliłem. Lekko kiwając się na boki zacząłem zastanawiać się nad dwoma opcjami. Pierwszą było pozostanie upartym i całkowite odcięcie się od chłopaka, nie chcąc aby cały czas mówił o tym. Druga natomiast była dla dość ciężka. Po prostu wygadać się. Powiedzieć wszystko co czują. Co się dzieje w mej głowie. Nie wiedziałem co powinienem wybrać. Pierwsza opcja była łatwiejsza... Ale czy na pewno lepsza? Czy wtedy nie uciekałbym po prostu od problemów? Czy na pewno chciałem być tchórzem. Westchnąłem i schowałem twarz w dłoniach. Co powinienem zrobić? Wtem poczułem coś mokrego na ręce. Spojrzałem w tamtym kierunku. To Prince. Niepewnie trącał mnie noskiem i patrzył na mnie z nadzieją. Tak na niego patrząc, wiedziałem jedno. Nie mogłem go zostawić. Co jeżeli Daniel miał rację i na prawdę jest ze mną tak źle? Zdecydowałem. Nie chciałem aby te małe, niewinne stworzenia cierpiały. Musiałem w końcu z kimś porozmawiać. Odwróciłem głowę w stronę chłopaka, ale momentalnie spuściłem wzrok.
- Ja... Nadal nie potrafię w to uwierzyć... Nie potrafię zaufać tym słowom... Ale... Może naprawdę jest ze mną źle? Ja... Już nic nie wiem. Zawsze jak patrzyłem w lustro widziałem osobą, która jest po prostu gruba. Od dawna starałem się to zmienić... Nie jesteś pierwszą osobą, która mówi mi, że to kłamstwo, wiesz? - zaśmiałem się szorstko. - Jednak nigdy nie potrafiłem nikomu zaufać... Zawsze tłumaczyłem sobie, że tylko tak mówią... Że tylko chcą mnie pocieszyć. Jednak... Teraz sam nie wiem co o tym wszystkim myśleć... Pogubiłem się w tym wszystkim. Nie wiem co mam robić, co myśleć... - nie potrafiłem już nic więcej powiedzieć. W tym samym momencie z mych oczu wydostały się łzy, a z ust cichy szloch.

Daniel?
Trochę - bardzo - krótkie i wydaje mi się, że to nie to co trzeba... ale mam nadzieję, że ujdzie :/

sobota, 24 lutego 2018

Od Louisa CD Daniela

Wyjątkowo napisany z trzeciej osoby, tylko ten raz, jakoś tak bardziej mi ta perspektywa tu pasowała...

Od razu po pożegnaniu się z Danielem, chłopak ruszył w kierunku swego pokoju. Chciał jeszcze bardziej udoskonalić plan działania z Frią. Wiedział, że nie mógł zawieść swego... przyjaciela? Nadal nie był pewny jak powinien nazywać Daniela. Ich relacja była dla niego dość specyficzna i nie do końca ją rozumiał. Po chwili Louis znalazł się w swej klitce. Od razu zgarnął laptopa z biurka i usiadł z nim na łóżku. Ponownie zaczął wyszukiwać wszystkich metod i rzeczy, które mogłyby mu pomóc przy pracy z klaczą. Zapisywał sobie co ważniejsze informacje w notatkach. Wtem przerwały mu wibracje telefonu. Niechętnie odłożył laptopa na bok. Szybko odnalazł małe urządzenie i odblokował je. Lekko się uśmiechnął widząc wiadomość od Daniela. Od razu postanowił odpisać. Jednak co chwilę coś mu nie pasowało i usuwał wiadomość. Dopiero po jakiś dziesięciu minutach zdecydował się coś wysłać.

OD Ja
DO Daniel :)
Jak uroczo! & Gratuluję postępów! Skoro udało ci się ją tak ubrać to coś udało nam się zdziałać! ^^

Zaraz po informacji, że wiadomość została dostarczona schował telefon do kieszeni. Od razu chciał powrócić do poprzedniej czynności, ale zamiast na laptopa jego ręce wylądowały na czymś włochatym. Louis momentalnie spojrzał w tamtą stronę. Obok niego znajdowała się Clary, trzymająca smycz w pysku. Chłopak pogłaskał ją łbie i postanowił spełnić prośbę suczki. Wstał z łóżka i zgarnął jeszcze dwie smycze. Po chwili wszystkie trzy psy były przypięte, a Lou opuścił wraz z nimi swój pokój. Kiedy tylko znaleźli się na dworze, skierowali się w stronę pobliskiego lasku. Będąc na jego skraju, chłopak spuścił swych pupili ze smyczy, pozwalając im się wybiegać. Wchodzili coraz głębiej pomiędzy drzewa, do momentu, jak szatynowi nie zaczęło kręcić się w głowie. Chwycił się niepewnie jedną ręką za głowę i oparł plecami o pobliskie drzewa. Miał nadzieję, że zaraz mu przejdzie. Jednak tak się nie stało. Było tylko gorzej. Po chwili Louis mieć mroczki przed oczami. Może trzeba było zjeść coś więcej niż kilka frytek przez cały dzień? Zdążył jeszcze pomyśleć, a potem zsunął się po korze. Zemdlał. Clary widząc co się dzieje z jej panem szybko podbiegła do niego i starała się go ochronić własnym ciałem. Natomiast szczeniaki pobiegły w stronę akademii...

Daniel? Heh... odpisałam w końcu? Jesteś bardzo zła? 
P.S. Pamiętaj! Możesz teraz zostać bohaterem! 

piątek, 22 grudnia 2017

Od Louisa CD Daniela

Następnego dnia postanowiliśmy zająć się Frią. Ten jeden raz stwierdziłem, że mogłem opuścić zajęcia… I tak niezbyt lubiłem zajęcia, które odbywają się w piątek. Zresztą w tym momencie klacz jest ważniejsza. Lekcje dam radę nadrobić później. Daniel oczywiście postanowił, że będzie mi towarzyszył. Wyprowadziłem klacz z jej boksu, starając się jak najmniej na tym ucierpieć. Jak jeszcze ostatnio była w miarę miła to już dzisiaj, postanowiła najwidoczniej pokazać co potrafi. Po kilku minutach w końcu udało nam się dotrzeć na padok. Wypuściłem klacz wolno, a sam chwyciłem w rękę lonżę i stanąłem na środku. Kątem oka zauważyłem, że Daniel stał za ogrodzeniem i uważnie mi się przyglądał. Nie teraz. Całą swą uwagę musiałem skupić na Frii. Nie wolno mi się rozpraszać. Czas zmusić ją do biegu. Stanąłem wyprostowany z lekko napiętymi barkami. Patrzyłem uważnie na klacz. Po chwili strzeliłem z lonży, ale ta ani drgnęła. Zaczęła sobie po prostu kopać kopytek, jakby chciała pokazać, że nudzi ją ta cała sytuacji. Ponowiłem swój ruch. Dopiero za piątym razem Fria łaskawie ruszyła przed siebie spokojnym stępem. Robiłem małe kółka w środku, chcąc być cały czas na wysokości łopatki konia. Starałem się ją w pospieszać. W końcu po upłynięciu około pół godziny udało mi się doprowadzić klacz do galopu. Cały czas, w miarę możliwości, starałem się patrzeć jej w oczy. Minęło kolejne kilkanaście minut kiedy zauważyłem, że Fria zaczyna reagować nie tylko na lonże, ale także na “ruchy mych oczu”. Kiedy patrzyłem jej prosto w oczy galopowała. Gdy zjeżdżałem wzrokiem na łopatkę zaczynała zwalniać, a kiedy wracałem do poprzedniego miejsca, znowu przyspieszała. Powoli mój plan zaczynał działać… A raczej jego pierwszy etap.  W pewnym momencie udało mi się osiągnąć jeden efekt, którego oczekiwałem. Jedno z uszu klaczy było skierowane do środka koła, czyli w moją stronę. Zaczęła naprawdę mnie słuchać. Chwilę zmieniałem chody zanim Fria nie spuściła łba i mimo wszystko zwolniła. Nie minęło wiele zanim zaczęła poruszać pyskiem jakby coś przeżuwała. Wtedy postanowiłem ustąpić nacisku. Odłożyłem lonżę na ziemię, po czym powoli ustawiłem się pod kątem czterdziestu pięciu stopni do łopatki zwierzęcia. Zgarbiłem się lekko i opuściłem wzrok, starając się nie zerkać na klacz. Chciałem dać jej do zrozumienia, że nic jej nie zrobię i jestem pokojowo nastawiony. W tym momencie usłyszałem, że Fria zatrzymała się. Obydwoje staliśmy nieruchomo w jednym miejscu. Sam nie wiem ile minęło zanim ta podeszła do mnie. Gdy poczułem na sobie jej oddech, powoli odwróciłem się w jej stronę. Nadal uważałem aby nie patrzeć jej w oczy. Dopiero po chwili gdy pogłaskałem ją po pysku, podniosłem wzrok. Następnie swą rękę przeniosłem między. Sprawdzałem na ile mi ufała i chciała ze mną przebywać. Po kolei podniosłem każdą jej nogę. Potem nadszedł czas na jej słabe miejsca. Kiedy skierowałem rękę na brzuch klaczy, ta szybko odsunęła się do tyłu i zarżała głośno… A było tak blisko. Niestety będę musiał przeprowadzić tę metodę od początku.
- Mamy może w planach zawitać na obiad czy cały dzień chcesz tu przesiedzieć?! - usłyszałem nagle krzyk Daniela.
Momentalnie odwróciłem się w jego stronę i spojrzałem na niego zdziwiony. Już pora obiadowa? Przecież... Wydawało mi się, że minęło tak niewiele i dam radę jeszcze raz przeprowadzić metodę przed posiłkiem… Musiałem całkiem stracić poczucie czasu. Normalnie pewnie nie przejąłbym się tym i po prostu nie poszedł na obiad. Jednak nie chciałem zmuszać do tego Daniela. Pewnie był już głodny po takim czasie. Westchnąłem i chwyciłem klacz za kantar. Wyprowadziłem ją z padoku i podszedłem do chłopaka.
- Przepraszam, całkiem straciłem poczucie czasu. Odprowadzę tylko Frię do boksu i możemy iść - powiedziałem dość cicho, nie patrząc uparcie na twarz Daniela.
- Okej, to chodźmy - odparł i ruszył przed siebie.
Byłem kilka kroków za nim, nie chcąc aby klacz znowu dała znać o tym co potrafi. Na szczęście tym razem udało nam się dotrzeć na miejsce bez żadnych przygód. Zostawiliśmy Frię w boksie i poszliśmy na stołówkę. Zabraliśmy po tacy i ustawiliśmy się w kolejce. Jeżeli dobrze udało mi się zauważyć to dzisiaj na obiad był dorsz w panierce z frytkami i zielonym groszkiem. Ugh. Nie miałem ochoty na tak wielki posiłek - przynajmniej w mym mniemaniu. Do tego groszek… Niezbyt za nim przepadałem. Skończyło się na tym, że wziąłem tylko trochę frytek. Tyle powinno wystarczyć mi na kolejną połowę dnia. I tak chciałem schudnąć więc tym lepiej, że nie wziąłem nic więcej. Po chwili usiedliśmy przy stoliku. Spojrzałem na chłopaka. Wziął wszystko. Niby miałem lekką ochotę na rybę, ale nie mogłem poddać się pokusie. Szybko spuściłem wzrok i zacząłem powoli jeść frytki.
- Jeżeli wszystko pójdzie po mojej myśli to w niedzielę zamienisz się ze mną miejscami i to ty przeprowadzisz tę metodę z Frią - wymamrotałem w końcu, nadal uparcie wpatrując się w talerz z frytkami.

Daniel?

środa, 8 listopada 2017

Od Louisa CD Daniela

Słyszałem za drzwiami jakąś rozmowę, ale nie zwracałem większej uwagi na to kto w niej uczestniczył i co mówili. Po moich policzkach nadal spływały łzy, ale powoli się uspokajałem. Clary, w którą się właśnie wtulałem, bardzo mi w tym pomogła. Sam nie wiem czemu, ale jej obecność uspokajała mnie. Rozmowa na korytarzu zdążyła już ucichnąć. Wtem usłyszałem pukanie do drzwi.
- Lou... Wiem, że tam jesteś - odezwała się jeżeli dobrze rozpoznałem Quinlan.
Nie odezwałem się ani nie ruszyłem z miejsca.
- Wiesz, że prędzej czy później i tak wejdę do ciebie, ale lepiej dla ciebie jeżeli nie będę musiała użyć siły.
- Idź sobie - wymamrotałem, nie przejmując się tym czy dziewczyna da radę usłyszeć co mówię.
- Ty przecież zawsze mi mówisz wszystko. Coś musi być serio nie tak. Ale okej. Skoro tak się bawimy to może lepiej zadzwonię do Jay. Może ona coś wskóra - powiedziała Quinn.
Mimo, że wiedziałem, że dziewczyna tylko mnie straszy, to i tak miałem świadomość, że jest zdolna spełnić swe groźby. Tego akurat wolałem uniknąć. Westchnąłem, wstałem, otarłem łzy i lekko uchyliłem drzwi.
- Tak? - zapytałem, ale ta od razu wepchnęła się do mego pokoju i usiadła obok mnie.
- No i co tak patrzysz? Siadaj i opowiadaj - powiedziała patrząc na mnie uważnie.
Westchnąłem, wiedząc, że ta i tak nie odpuści. Posłusznie usiadłem obok Quinlan i zacząłem opowiadać jej o całym zdarzeniu, jak i o mych uczuciach oraz obawach. Sam nie wiem kiedy ponownie się rozpłakałem. Quinn wtedy od razu mnie przytuliła... Wtem usłyszałem pukanie do drzwi, a zaraz ktoś wszedł do pokoju.
- Cześć masz... - usłyszałem głos Lewisa, którego postać zaraz się nam ukazała, ale ten przerwał gdy zobaczył, że to nie odpowiedni moment. - Co się stało? - dodał po chwili.
Quinlan streściła mu całą historię. Usłyszałem jedynie "Muszę sobie z nim poważnie porozmawiać" i już chłopaka nie było. Chciałem go powstrzymać, ale dziewczyna przytrzymała mnie i powiedziała abym się nie wtrącał. Odpuściłem.
*dwa dni później*
W końcu po dwóch dniach postanowiłem wyjść ze swego pokoju. Byłem już w miarę stabilny emocjonalnie. Quinlan cały czas przy mnie była. Słyszałem, że podobnież Daniel też się pojawiał, ale dziewczyna go przeganiała. Powolnym krokiem kierowałem się w stronę stajni. Chciałem w końcu zobaczyć się z mą klaczą, którą ostatnio trochę zaniedbałem. Byłem już naprawdę nie daleko, kiedy usłyszałem krzyki. Mój wzrok od razu skierował się w tamtą stronę. Stał tam Daniel coś krzycząc, a obok niego byli jacyś ludzie ciągnący klacz chłopaka. Co się działo? Szybkim krokiem podszedłem do miejsca zdarzenia.
- Nie możecie jej zabrać! - krzyczał Daniel.
- Co tu się dzieje? - zapytałem patrząc po wszystkich.
- Chcą ją zabrać - powiedział Daniel.
Spojrzałem na Frie. Widziałem w jej oczach strach, kiedy rzucała się coraz bardziej. Nie dziwiłem jej się. Jednak też nie mogłem pozwolić aby dalej tak ją traktowali. To też była żywa istota i należał jej się przynajmniej minimalny szacunek.
- Co wy robicie? Nie widzicie jak ten koń się boi? - zapytałem patrząc na osoby, które trzymały klacz.
- Nie wtrącaj się. Naszym zadaniem jest jedynie ją zabrać. Jest niebezpieczna. Nie możemy pozwolić aby narażała życie innych - powiedział jeden mężczyzna, patrząc na mnie obojętnie.
- Nie zabierajcie jej! - usłyszałem za sobą głos Daniela.
Widać było, że zależało mu na klaczy.
- Oddajcie ją mi - powiedziałem spokojnie.
- Nie ma mowy. Nie możemy narażać kolejnych osób.
- Dajcie mi miesiąc. Zajmę się nią. Sprawię, że się zmieni - mówiłem z nadzieją, że ich przekonam.
- Niby na jakiej podstawie?
- Jeżeli nie wierzycie, że dam radę to mogę wam dać numer do mej ciotki. Może ją znacie? Muriel Bonnet. Mieszka we Francji, jedna z dość bogatszych oraz znanych kobiet w świcie koni. Ma jedną z większych hodowli. Pomagałem jej ułożyć konie. Już nie jeden zmienił się dzięki mnie. Zaufajcie mi. Dajcie mi miesiąc, a jak nie dam rady to wtedy ją zabierzecie.
- Masz miesiąc. I ani chwili dłużej - warknął mężczyzna, najprawdopodobniej wiedząc kim była moja ciotka i, że jeżeli nie po dobroci to i tak dałbym radę to załatwić inaczej... No cóż... Jak bardzo nie lubię się nią "chwalić" to tym razem mówienie o niej chyba pomogło.
Po chwili zaprowadzili klacz do jej boksu i patrząc na mnie wrogo odeszli.
- No to co mała? Damy radę? - powiedziałem cicho do klaczy, uważnie się w nią wpatrując. 

Daniel?
*nie przyznaje się do tego opka, bo jest do niczego*

wtorek, 27 czerwca 2017

Od Louisa CD Daniela

Oglądałem z zaciekawieniem obrazy. Były świetne. Jednak nie chciałem ich brać za darmo. Przecież Daniel się nad nimi pewnie ciężko napracował.... Ale one były takie... Po prostu zachwycały mnie. Po chwili wpadłem na pewien pomysł. Momentalnie odwróciłem się w stronę chłopaka, który przyglądał mi się.
- Nie śmiałbym brać twych prac za darmo... Więc... Co powiesz na wymianę? Jeden twój obraz za kilka mych szkiców? Akurat teraz mam ich sporo, bo nie miałem co robić przez te kilka dni odpoczywania - zapytałem Daniela i przekrzywiłem lekko głowę na bok.
- Ja tam bym ci je podarował... ale jeżeli tak bardzo ci to przeszkadza to zgoda, może być wymiana - odpowiedział i wzruszył ramionami.
- A... Mógłbyś pójść do pokoju po me szkice? Powinna gdzieś leżeć taka kupka kartek. To one. Poszedłbym sam, ale trochę boję się, że któraś z mych tymczasowych opiekunek mnie złapie - wymamrotałem i spuściłem głowę w dół, wpatrując się w swe buty.
- Jasne, nie ma sprawy - odpowiedział od razu.
Wyciągnąłem z kieszeni klucze od pokoju i podchodząc do chłopaka, podałem mu je. Ten od razu wstał i rzucając krótko, że zaraz wróci, wyszedł z pokoju. Nie mając nic lepszego do roboty, powróciłem do podziwiania obrazów. Miałem nadzieję, że Daniel szybko wróci i nie natknie się przypadkiem na żadne z moich przyjaciół... Sam nie wiem ile tak przesiedziałem. Jednak w końcu usłyszałem trzask drzwi. Od razu podniosłem głowę i spojrzałem w tamtym kierunku. W mą stronę zmierzał Daniel z kartkami w ręku. Na jego ustach widniał uśmiech. Zaraz stał on obok mnie i podał mi me szkice oraz klucz. Zabrałem tylko to drugie.
- Po prostu je przejrzyj i wybierz sobie coś co ci się spodoba. A ja sobie dalej pooglądam te obrazy - powiedziałem od razu i powróciłem do poprzedniej czynności.
Co jakiś czas słyszałem odgłos przewracanych kartek. Nie przejmowałem się tym. W końcu ma sobie coś wybrać. Jednak nie mogłem zignorować momentu gdy usłyszałem głośne "uuuuu...." ze strony Daniela. Spojrzałem na niego zaciekawiony o co chodzi. Ten z szerokim uśmiechem na ustach podniósł jeden z mych szkiców. Skupiłem na nim wzrok. Dopiero po chwili rozpoznałem co się na nim znajdowało.... Był to jeden z mych najnowszych szkiców. Tworzyłem go dwa dni temu. A był na nim Daniel.... Czując zażenowanie, szybko podbiegłem do chłopaka i wyrwałem mu kartkę z ręki. Zgniotłem ją i podszedłem do kosza. Wyrzuciłem szkic. Odetchnąłem, już trochę mniej zestresowany. Nawet nie zauważyłem kiedy chłopak znalazł się przy mnie, aż do momentu gdy poczułem jego oddech na karku. Niepewnie odwróciłem się przodem do niego. Nasze twarze znajdowały się naprawdę blisko siebie. Nawet nie zdążyłem niczego powiedzieć gdy jego usta znalazły się na moich. Byłem w szoku. Stałem tam po prostu bez ruchu i wpatrywałem się w chłopaka. Po chwili tak jakbym odzyskał świadomość tego co się działo. Szybko odepchnąłem chłopaka i wybiegłem z pokoju. Zaraz znalazłem się pod mymi drzwiami. Wyciągnąłem klucz i trzęsącymi się lekko dłońmi starałem się otworzyć zamek. Po chwili udało mi się. Wszedłem do pokoju, od razu się w nim zamykając. Zamknąłem oczy i oparłem się o drzwi. Zjechałem po nich w dół. Przyciągnąłem nogi do piersi i owinąłem je rękami, a następnie schowałem w nich twarz. Po mej twarzy powoli zaczęły spływać łzy. Jednak nie obchodziły mnie one. Ja... Ja po prostu nie mogłem na to pozwolić... Nie mogłem znowu przechodzić przez to samo... Nie wytrzymałbym psychicznie tym razem.... Nie potrzebowałem powtórki z rozrywki...

Daniel?

sobota, 17 czerwca 2017

Od Louisa CD Daniela

W pewnym momencie Quinn jak strzała wpadła do pokoju.
- Nadal tu jesteś?- westchnęła patrząc na Daniela jak na intruza.
- Już idę.. Papa Lou! Miłego wieczoru.. Pomyśl o tym pozowaniu dla mnie - puścił mi oczko i wyszedł z mego pokoju.
Od razu po zamknięciu się drzwi liliowo włosa dziewczyna znalazła się na łóżku obok mnie. Nie zwracając na nic uwagi po prostu położyła się na nim i westchnęła.
- Ja ty wytrzymujesz z tym dziwnym gościem? Ja ledwo co go poznałam, a już mam go dość - spojrzała na mnie, podnosząc się lekko na przedramionach.
Wzruszyłem jedynie ramionami i lekko uniosłem prawy kącik ust. Quinn jęknęła na to i opadła ponownie na łóżko. Po chwili na niej znalazł się Prince. Dziewczyna uśmiechnęła się i zaczęła bawić ze szczeniakiem. Oczywiście co chwilę kontrolowała czy odpoczywam. Taaak... Jakbym miał normalnie zaraz wstać i zacząć jej tu pajacyki robić na środku. Przecież powinna być świadoma, że nawet jakbym chciał to jak na razie nie miałem siły na to aby robić jakieś męczące rzeczy. Westchnąłem, położyłem się na boku tyłem do niej i zamknąłem oczy. Po chwili zasnąłem.
*Kilka dni później*
W końcu nastał poniedziałek. Czyli dzień kiedy to "moi opiekunowie" łaskawie zgodzili się abym w końcu opuścił pokój po ostatnich wydarzeniach. Jednak oczywiście nic nie mogło być takie łatwe jakby się wydawało. Na treningi nadal kategorycznie się zgadzali. Mało. Quinlan zgłosiła trenerom, że do końca tygodnia mnie na nich nie będzie i zacznę je dopiero w przyszły poniedziałek. Na szczęście nie zabronili mi jeszcze widywać się z Lenobią. Jednak wróćmy do rzeczywistości. Wraz ze spakowanym plecakiem wyszedłem z mego pokoju. Oczywiście przed nim już czekała na mnie cała trójka. Nawet nie zdążyłem nic powiedzieć, a już mój plecak został mi zabrany przez Erika, który to po prostu zarzucił go sobie na ramię. Spojrzałem na nich lekko zdziwiony.
- Nie możesz się przemęczać - powiedziała jedynie Zoey lekko się uśmiechając.
Wywróciłem oczami na to, ale już nic nie mówiłem. Po prostu zamknąłem pokój i ruszyłem przed siebie.
*Jakiś czas później*
Wręcz wbiegłem do łazienki od razu chowając się w jednej z kabin. Nie mogłem już wytrzymać z mymi przyjaciółmi. Cały czas nosili mi plecak i dosłownie wszystko chcieli robić za mnie. Quinn usiadła nawet ze mną i chciała pisać za mnie notatki. Na szczęście wybiłem jej to z głowy. Ale teraz przegięli. Stwierdzili, że podczas obiadu, na który mieliśmy iść razem po zajęciach będą mnie karmić. To było za wiele. Musiałem od nich odpocząć. Dlatego właśnie to znalazłem się w toalecie ukrywając się. Nagle usłyszałem pukanie do drzwi.
- Louis? - usłyszałem znany mi już głos Daniela.
Nie odpowiedziałem. W końcu nie miałem pewność czy ktoś z mego grona przyjaciół nie przyszedł tutaj. Jedynie uchyliłem odrobinę drzwi od kabiny. Wystawiłem głowę na zewnątrz i rozejrzałem się wokół. Nie było tutaj nikogo oprócz Daniela. Odetchnąłem i spojrzałem na niego.
- Co robisz? - zapytał lekko zdziwiony, ale nie dziwiłem się. W końcu wbiegłem do pomieszczenia, schowałem się, a potem spanikowanym wzrokiem rozglądałem się wokół.
- Ukrywam się - mruknąłem jedynie.
- Przed kim? - kolejne pytanie.
- Mymi opiekunkami - zaśmiałem się gorzko.
- Czemu?
- Przesadzają z pilnowaniem abym odpoczywał. Chcą robić wszystko za mnie. Przed chwilą stwierdzili, że będą mnie karmić podczas obiadu - jęknąłem i skrzywiłem się. Wtem do mych uszu doszedł zbliżający się głos Erika. Musiałem się ukryć. - Mnie tu nie ma jak coś - dopowiedziałem i szybko zatrzasnąłem drzwi od kabiny.

<Daniel?

wtorek, 6 czerwca 2017

Od Louisa CD Daniela

Uważnie przypatrywałem się Danielowi. Ciekawiło mnie po co tu nadal siedział, mimo że już oddał mi Princess.
- Idę wyprowadzić me psiaki na spacer. Powinnam wrócić w przeciągu góra godziny. Miło by było jakbym nie musiała wtedy już kogoś oglądać - powiedziała nagle Quinn, wyraźnie akcentując ostatnie zdanie.
- Okej, leć, poczekam - odpowiedziałem, a dziewczyna od razu skierowała się do drzwi.
Po chwili już jej nie było. Czułem na sobie wzrok Daniela, więc spojrzałem w jego kierunku.
- Widzę, że nie jestem przez nią zbytnio lubiany - zaśmiał się.
- To Quinn... Po prostu jest trochę nadopiekuńcza. Szczególnie po moim wypadku - powiedziałem niepewnie.
Na kilka minut zapadła cisza. Siedziałem jedynie wpatrując się w chłopaka. W pewnym momencie jego wzrok zatrzymał się na dłużej w jednym punkcie. Podążyłem za jego spojrzeniem. Wpatrywał się w gitarę akustyczną stojącą w rogu pokoju. Zaraz wstał i podszedł do niej. Wziął ją do rąk i zaczął oglądać ze wszystkich stron.
- Twoja? - zapytał, patrząc się na mnie.
- Mhm - potwierdziłem.
- Umiesz na niej grać? - kolejne pytanie zostało zadane.
- Trochę - powiedziałem, wzruszając ramionami.
Daniel momentalnie znalazł się przy mnie. Wepchnął mi gitarę w ręce, tak, że ledwo udało mi się ją uchronić przed upadkiem i zasiadł na łóżku obok mej osoby.
- Zagraj coś - powiedział momentalnie.
- Nie, to zły pomysł - wymamrotałem i odłożyłem instrument.
- No weź... Co ci szkodzi? - nalegał, wkładając mi ponownie gitarę do rąk.
- Niee... - powiedziałem jedynie.
- No zagraj coś, no weź, zagraj - zaczął w kółko powtarzać. Powoli zaczynało się to robić irytujące. Po kilku minutach nie dałem rady. Uległem, po to aby zaznać chwili spokoju.
- No dobra, zagram jedną piosenkę, ale przestań już - westchnąłem, a ten uśmiechnął się zadowolony z siebie.
Chwyciłem odpowiednio gitarę. Zastanowiłem się chwilę. Co by tu zagrać.... Po chwili miałem już pomysł. Zamknąłem oczy i zacząłem grać.

<Daniel?>
Przepraszam, że tyle musiałaś czekać, a opko dostałaś takie krótkie...

wtorek, 30 maja 2017

Od Louisa CD Daniela

Wodziłem wzrokiem za wychodzącym chłopakiem. Jednak po chwili zniknął on z mego pola widzenia. Dopiero gdy już go nie było, moi przyjaciela podeszli bliżej mnie.
- Co to za dziwny koleś? I o co chodziło z tymi schodami? - zaczęła Quinlan prosto z mostu.
- Daniel to nowy uczeń. Pomogłem mu gdy przyjechał. A jeżeli chodzi o schody - zaśmiałem się nerwowo i potarłem ręką kark. - Bo wiesz... Nie chciałem mu mówić prawdy o tym dlaczego tu jestem... No i... Powiedziałem mu, że spadłem ze schodów...
- Naprawdę? Dlaczego schody? - zaśmiała się.
- To było pierwsze co mi wpadło do głowy - wymamrotałem.
- Dobra, zostawmy w spokoju twego dziwnego znajomego. Jak się czujesz? - tym razem do Zoey zabrała głos.
- Już trochę lepiej. Ale nadal boli mnie nos i brzuch. W sumie to tam głównie dostałem więc się nie dziwię. Zawołalibyście pielęgniarkę? Chciałbym wiedzieć jak wygląda mój stan? - zapytałem i westchnąłem.
Erik tylko kiwnął głową i poszedł znaleźć kobietę. Nie minęło wiele zanim razem wrócili.
- Mógłbym wiedzieć jak wygląda mój stan? - od razu zadałem pytanie.
- Poszczęściło ci się. Z mojej oceny jesteś tylko mocno poobijany. Chociaż dla pewności poszłabym zrobić RTG nosa. Nie jestem w stanie od tak określić czy jest złamany czy nie - powiedziała kobieta patrząc na mnie uważnie. Pokiwałem głową na znak, że rozumiałem. Wtem pielęgniarka dodała. - Jest jeszcze jedna kwestia... Pobicie. Jak na moje powinieneś to gdzieś...
- Nie! - krzyknąłem, nie dając jej dokończyć.
- Ale jesteś pewny? - dopytywała się.
- Tak. To jest moja decyzja i jej nie zmienię - wolałem nie mieć już więcej do czynienia z tamtą grupą, a co dopiero samemu zaczynać z nimi.
- No dobrze, skoro tak uważasz - westchnęła i wyciągnęła w moją stronę paczkę jakiś leków oraz maść.
- Co to? - zapytałem niepewnie, biorąc owe leki.
- Tabletki przeciwbólowe i maść na twoje siniaki - odpowiedziała od razu.
- Dobrze, to... mogę już stąd wyjść? - w mym głosie słychać było nadzieję.
- Wypuszczę cię stąd, ale masz odpoczywać. A wy tego dopilnujcie - powiedziała do mych przyjaciół, którzy pokiwali od razu głowami na znak, że rozumieją.
Już po dziesięciu minutach wyszliśmy z gabinetu. Oczywiście nie mogłem iść sam. Moje tymczasowe "niańki" stwierdziły, że nie mogę się przemęczać. Dlatego też właśnie kroczę z Quinn i Zoey obok, które postanowiły mnie podtrzymywać. Jakbym sam nie mógł chodzić... No cóż... Z nimi się lepiej nie kłócić i tak wygrają. Po okropnie dłużących mi się kolejnych piętnastu minutach znaleźliśmy się w końcu w mym pokoju. Weszliśmy do środka, a w moje oczy od razu rzuciła się Clary. Leżała na dywaniku obok łóżka i jedynie patrzyła na mnie uderzając ogonem w podłogę. Od razu podszedłem do niej i delikatnie ją przytuliłem. Suczka momentalnie zaczęła lizać mnie po twarzy. Zaśmiałem się na to.
- Byłaś z nią może u weterynarza? - zapytałem, patrząc przez ramię na Quinn.
- Oczywiście. Tak jak u ciebie jest ona tylko poobijana. Dostała kroplówkę i lekarka powiedziała, że przez kilka dni może być taka... przymulona? Chyba to właściwe słowo. Jednak nie martw się. Wyjdzie z tego. Silna z niej psina - powiedziała dziewczyna lekko się uśmiechając.
Nie odpowiedziałem nic. Jedynie pokiwałem głową na znak, że rozumiem. Z powrotem swą uwagę skupiłem na mej małej przyjaciółce.
- To ja może pójdę wyprowadzić szczeniaki - usłyszałem głos Quinn, a jak się odwróciłem to już jej nie było.
- Lou, my też niestety musimy iść. Zaraz zaczyna się nasz trening - powiedziała Zoey, otwierając okno, a ja pokiwałem głową na znak, że zrozumiałem. - Odpoczywaj, za niedługo Quinlan powinna wrócić. Ona zdecydowała, że woli się tobą zająć i nie idzie na trening.
Pokręciłem jedynie niedowierzająco głową, przewróciłem oczami i westchnąłem. No i będę miał prywatną opiekunkę. Po chwili i wielu uściskach Zoey z Erikiem wyszli z mojego pokoju. Położyłem się na łóżku, a Clary zostawiłem w spokoju. Jej też należał się odpoczynek. Westchnąłem, patrząc się w sufit. Nie lubiłem nic nie robić. Wtem usłyszałem jakieś krzyki i wesołe szczekanie. Od razu zaciekawiło mnie to więc wstałem i podszedłem do okna, następnie się przez nie wychylając. Widziałem fioletową czuprynę biegnącą przed siebie. Quinlan. Najwyraźniej biegła goniąc coś. Przeniosłem wzrok bardziej "do przodu". Biegł tam szczeniak. Po chwili zauważyłem, że była uciekająca Princess. Czyli to dlatego Quinn biegła. A trzeba wspomnieć, że łatwo nie miało, bo akurat się rozpadało. Wodziłem wzrokiem za szczeniakiem. Nieprzerwanie biegła przed siebie. Wesoło szczekała, najwyraźniej zadowolona z siebie. Po chwili jednak zatrzymała się. Wyrwała komuś telefon z ręki i pobiegła dalej. Błagam.... Quinn... Złap ją, nie potrzebuję więcej kłopotów... Szybko spojrzałem na osobę, której Princess zabrała urządzenie. Daniel...
<Daniel?> 

czwartek, 25 maja 2017

Od Louisa CD Daniela

Powoli otworzyłem oczy, budząc się. Nie miałem bladego pojęcia, ile czasu minęło odkąd usnąłem w samochodzie, podczas gdy Quinn przywoziła mnie do szkoły po dość nieprzyjemnej sytuacji. Rozejrzałem się powoli po pomieszczeniu. Białe ściany. Trochę przybrudzone zasłony. Niby można by sądzić, że był to szpital. Jednak miałem niemalże stuprocentową pewność, że znajdowałem się w gabinecie higienistki. Wtem usłyszałem czyjąś rozmowę i kroki. Nie potrafiłem rozpoznać konkretnych słów. Jednak znałem te głosy. Pielęgniarka i Daniel. Moje przypuszczenia potwierdziły się w momencie gdy podeszli oni do łóżka, które znajdowało się na przeciwko mojego. Po jakimś czasie pielęgniarka odeszła gdzieś, a chłopak spojrzał na mnie. Widząc mą osobę wstał z łóżka i powoli szedł w moją stronę. Czułem jego wzrok na swym ciele. W sumie... Co się dziwić... Byłem cały poobijany...
-A ciebie co dopadło? Na pewno nie mój koń - powiedział i usiadł, a materac ugiął się pod jego ciężarem.
Pomyślałem chwilę nad odpowiedzią. Jednak w sumie to niemalże od początku wiedziałem co chciałem zrobić. A do tych rzeczy na pewno nie zaliczało się powiedzenie chłopakowi, którego praktycznie w ogóle nie znam o tym co się wydarzyło.
- Spadłem ze schodów - skłamałem.
Widziałem w oczach Daniela, że nie do końca mi wierzył. No ale cóż. To już jego sprawa.
- Coś nie byłbym pewny, że zrobiłeś sobie to wszystko dzięki schodom - powiedział przyglądając mi się uważnie.
- To wiedz, że jest to prawda - mruknąłem.
- Niezbyt chce mi się w to wierzyć - prychnął, a ja przewróciłem oczami na to.
- Wierz sobie w co chcesz. Nie mam już ochoty na rozmowę - powiedziałem jedynie i odwróciłem się plecami do chłopaka, a przodem do drzwi.
Mimo tego Daniel nie ruszył się z miejsca. Wtem zauważyłem, że ktoś wszedł do pomieszczenia. Po przyjrzeniu się tym osobom, rozpoznałem w nich moich przyjaciół. Quinlan, Zoey i Erika. Kierowali się w moją stronę. Jednak będąc kilka kroków ode mnie przystanęli i zgodnie spojrzeli na chłopaka, który siedział na mym łóżku.
- Kim jesteś i co tu robisz? Co chcesz? - i znowu u Quinn włączył się opiekuńczy tryb... W sumie to może być zabawne...
<Daniel?>

niedziela, 21 maja 2017

Od Louisa CD Daniela

- Musiałem dość szybko wyjechać więc nie dało rady, no bywa, mogę zawsze do ciebie wpadać po miłość co ? - powiedział chłopak i zaśmiał się lekko.
- W sumie… Możesz… Me kochane pupile są dość towarzyskie. Co prawda nie wszystkie, ale niektóre są - odparłem z lekkim uśmiechem na twarzy i wzruszyłem ramionami.
- Nie wszystkie? - zapytał Daniel, patrząc na mnie i marszcząc lekko brwi oraz głaszcząc Clary.
No tak. W końcu chłopak jak na razie spotkał jedynie Clarisse, a szczeniaki zazwyczaj z natury są towarzyskie. Nie zna innych, a te w większości były bardzo przyjazne. Chociaż nie zawsze, ale cóż…
- No tak… Poznałeś jak na razie tylko Clary. Tam zza szafki przygląda nam się Prince - powiedziałem wskazując w miejsce gdzie stał czarny szczeniak. - Jest on raczej dość nieufny. Musi się oswoić z obcymi mu osobami. Dopiero po jakimś czasie przestaje uciekać i się ukrywać, a z czasem pozwala sobie na bliższy kontakt z nieznanymi osobnikami. Więc towarzyskim raczej nie da się go nazwać. Ta tutaj, która właśnie przybiegła i szarpie twe spodnie to Princess - wskazałem głową w dół, gdzie był kolejny szczeniak. - Ją na pewno można nazwać duszą towarzystwa. Wszędzie jej pełno. Bardzo ciekawska. Do tego jak widać lubi zaczepiać innych. Kolejne są koty - powiedziałem i pokazałem dłonią na szafkę gdzie leżała owa dwójka. - Ta szara to Neferette, a ruda zwie się Cleopatra. Ta pierwsza jest dość podobna do Prince’a więc raczej nie będę tutaj nic opowiadał. Natomiast radzę ci uważać na Cleo. Z niej jest taki mały diabełek. Drapie, gryzie, niszczy, miewa swe humorki. Szkoda gadać, po prostu pamiętaj, że to naprawdę złośliwa kotka… W sumie to trochę podobna to Frie, ale mniejsza z tym. Na koniec jest Neferet - wtem przed nami pojawił się fenek. - Ona jest akurat bardzo sympatycznym stworzeniem. Chociaż trzeba się przyzwyczaić, że ma w sobie mnóstwo energii i potrafi biegać po całym pokoju bez opamiętania. No i to w sumie wszystko - zakończyłem swą jakże długą wypowiedź i wzruszyłem ramionami. W sumie to nie zauważyłem nawet tego, jak się rozgadałem.
- No to niezła, dość zróżnicowana gromadka - powiedział Daniel, biorąc na ręce Princess aby przestała gryźć jego spodnie.
Uśmiechnąłem się lekko i pogłaskałem suczkę.
- Co prawda to prawda - powiedziałem po chwili i wziąłem na ręce Neferet, który domagała się uwagi.
Przez następne minuty siedzieliśmy w ciszy, która była przerywana co jakiś czas przez dźwięki, jakie wydawały z siebie zwierzęta. Te, które wydobywały się z Neferet były po prostu przeurocze. Wtem Cleopatra postanowiła pokazać co potrafi. Usłyszałem nieprzyjemny dźwięk przejeżdżania pazurkami po drewnie. Od razu mój wzrok skierował się w tamtą stronę. Kota stała i zadowolona ostrzyła sobie pazurki na komodzie. Westchnąłem i odłożyłem Neferet na bok, a sam wstałem. Podszedłem do Cleo i podniosłem ją aby przestała niszczyć meble. Kotce się oczywiście to nie podobało. Od razu zaczęła mnie drapać. Po chwili byłem zmuszony odłożyć ją na ziemię. Ta tylko odwróciła się i odeszła widocznie dumna z siebie. Westchnąłem i poszedłem do łazienki, gdzie znajdowała się apteczka.
- Nic ci się nie stało? - już kolejny raz Daniel nagle pojawił się za mną.
- Nie, to normalne przy Cleo - powiedziałem i wzruszyłem ramionami, otwierając apteczkę.
Wyciągnąłem z niej jedynie wodę utlenioną. Wystawiłem rękę nad zlew i opłukałem rany. No i to w sumie tyle. Schowałem wszystko na swoje miejsce i wyszedłem z małego pomieszczenia. Oczywiście za mną szedł Daniel. Spojrzałem na zegar wiszący na ścianie. Wskazywał on godzinę dwudziestą jedenaście. To już tak późno? Westchnąłem i odwróciłem się przodem do chłopaka.
- Lepiej chodźmy na kolację, bo jeszcze wyjdzie, że nie zdążymy i zamkną nam stołówkę - powiedziałem i wyminąłem go kierując się do drzwi.
- No to chodźmy - powiedział chłopak za mną.
Zgarnąłem jeszcze klucze z szafki i wyszliśmy z pokoju.
*Następny dzień*
Jak zwykle przyszedłem do stajni około pół godziny przed rozpoczęciem się treningu. Musiałem oporządzić Lenobie. Wszedłem do boksu klaczy, w jednej ręce trzymając kantar. Drugą pogłaskałem Lenobie po głowie na powitanie. Założyłem przedmiot klaczy i przywiązałem ją w boksie aby było mi łatwiej. Co chwilę wychodziłem z pomieszczenia i znosiłem wszystkie potrzebne mi rzeczy. Na początku zabrałem się za czyszczenie Lenobii. Wziąłem gumowe zgrzebło i zacząłem wykonywać okrężne ruchy na klaczy. Potem zebrałem cały kurz za pomocą włosianej szczotki. Kolejno przyszła pora na czyszczenie kopyt. Jak zwykle poszło mi to szybko i sprawnie. No ale cóż. Lenobia to po prostu bardzo grzeczna i posłuszna klacz. Na koniec czyszczenia rozczesałem jej jeszcze grzywę i ogon specjalną szczotką. Kolejno przyszedł czas na zakładanie siodła. Wziąłem do rąk biały czaprak i ułożyłem go odpowiednio. Potem było siodło. Po chwili leżało na swym miejscu, a ja dopinałem popręg. Po skończeniu tego sprawdziłem jeszcze raz czy wszystko było okej. Na szczęście nic nie popsułem. Następnie wręcz błyskawicznie ściągnąłem Lenobii kantar i sprawnie założyłem jej ogłowie. Z racji, że dzisiejszy trening miał się odbyć w terenie postanowiłem zabrać jeszcze jedną rzecz. Ochraniacze na nogi. Po kolei zacząłem zakładać je klaczy. Odetchnąłem z ulgą kiedy skończyłem. Uśmiechnąłem się lekko i chwyciłem za wodze, wyprowadzając Lenobie z boksu. Powoli kierowaliśmy się przed siebie. Po chwili byliśmy już na dworze. Rozejrzałem się niepewnie wokół, bo jeżeli chodziło o wyjazdy w teren, to nie wiedziałem gdzie mamy zbiórkę. Nic. Niepewnie szedłem przed siebie, rozglądając się na boki w poszukiwaniu mej grupy. Wtem poczułem czyjeś ręce na mych ramionach. Wzdrygnąłem się i szybko odwróciłem. Za mną stał Cole. Z tego co wiedziałem był on synem właścicieli placówki.
- Chodź. Wszyscy już na ciebie czekają - powiedział i wskazał ręką na prawo, niedaleko wejścia do lasu.
Pokiwałem tylko głową na znak, że zrozumiałem. W ciszy ruszyliśmy w tamtą stronę. Po kilku minutach byliśmy przy reszcie grupy. Nie zwracając już uwagi na tamtego chłopaka, wsiadłem na Lenobie. Z tego co się dowiedziałem dzisiaj mieliśmy się wybrać właśnie do lasu obok. Kiedy ruszyliśmy, ja postanowiłem jechać na końcu. Najwyraźniej nikomu to nie przeszkadzało, bo większość pchała się na przód. Praktycznie nikt nie zwracał na mnie uwagi. Szczerze mówiąc było mi to na rękę. Nie lubiłem gdy ludzie się za bardzo mną interesowali. Wystarczyło mi naprawdę niewielkie grono znajomych, a samotność też mi nie przeszkadzała. Bycie w centrum uwagi? To stanowczo nie dla mnie. Jechałem powoli za resztą. Trasa nie była jakaś trudna czy skomplikowana. Raczej był to taki luźny wyjazd do lasu. Co jakiś czas rozglądałem się wokoło podziwiając piękno natury. Uwielbiałem lasy. Były takie niesamowite. Nagle Lenobia gwałtownie się zatrzymała. Ledwo co się utrzymałem na jej grzbiecie. Szybko rozejrzałem się wokół, aby dowiedzieć się co było źródłem tego zachowania. Zaraz mój wzrok spoczął na czymś czego kompletnie nie spodziewałem się tutaj zastać. Przed nami stał dzik. Jeden ogromny dzik! Do tego reszta grupy była z przodu i nie wiedziała co tu się działo. Wtem Lenobia stanęła dęba, a ja kompletnie się tego nie spodziewając poleciałem do tyłu i spadłem na ziemię. Poczułem ostry ból w nadgarstku i od razu chwyciłem się za niego, a na mej twarzy pojawił się grymas bólu. Jednak musiałem wiedzieć co się dzieje. Podniosłem wzrok i spojrzałem na Lenobie. Ta rżała głośno i napierała na dzika wierzgając kopytami. Na szczęście po chwili zwierzę uciekło do lasu. Klacz podeszła do mnie i lekko uderzyła łbem w me ramię. Westchnąłem i lekko się krzywiąc usiadłem, a po chwili wstałem. Wtem wokół mnie zebrała się cała grupa wraz z panią Blue na czele. Najprawdopodobniej rżenie Lenobii ich zaniepokoiło i postanowili zawrócić.
- Nic ci nie jest? - zapytała pani Megan patrząc uważnie na me ręce. No tak! Dalej trzymałem się za nadgarstek.
- Tak, raczej tak. Jedynie nadgarstek trochę mnie boli - powiedziałem cicho.
- Niech ktoś go zaprowadzi do pielęgniarki, a ja w tym czasie odprowadzę jego konia i tej osoby do stajni - zawołała instruktorka.
Po chwili obok mnie pojawiła się jakaś dziewczyna. Kompletnie jej nie kojarzyłem. Nie wiedziałem także po co mi taka jakby eskorta. Nie umierałem. To tylko nadgarstek. Jednak postanowiłem się nie kłócić. Ruszyliśmy do pielęgniarki. Tak jak myślałem, potwierdziła ona, że to tylko stłuczenie i jedyne co to będę się musiał męczyć z bólem nadgarstka….
*Po południu*
Powoli kroczyłem przed siebie. Obok mnie szła Clary. Na szczęście ta była na tyle grzeczna i inteligentna, że nie musiałem zabierać smyczy. W sumie to sam nawet nie wiedziałem gdzie zmierzałem. Po prostu po tym dość niespodziewanym wypadku potrzebowałem chwilę odpocząć. A przebywanie na świeżym powietrzu uspokajało mnie. Potrzebowałem dłuższego spaceru, a wyjście z Clarissą gwarantowało mi to. Ta psina zawsze wiedziała czego akurat potrzebuję i była gotowa zrobić dla mnie wszystko. Nigdy nie miałem bardziej wiernego przyjaciela i przejmującego się mną przyjaciela. Po chwili znalazłem jakiejś dość opuszczonej i zapuszczonej dzielnicy? Można tak powiedzieć… W sumie to sam nie wiedziałem co to było za miejsce. Rozejrzałem się wokół. Mój wzrok zatrzymał się na plakietce widzącej na jednym z budynków. Według niej byłem na ulicy Fnien. Nie znałem jej. Dlatego też postanowiłem jak najszybciej ulotnić się z tego miejsca. Zawróciłem i szybkim krokiem szedłem przed siebie. Jednak nie było mi to dane. W pewnym momencie poczułem uderzenie, a w drugim siedziałem na siebie, a but “napastnika” przyciskał me ramię, nie pozwalając się podnieść. Kątem oka zauważyłem jak dwójka chłopaków przytrzymuje wyrywającą się się Clary, która cały czas warczała i szczekała. Spojrzałem na osobę nade mną, nie rozumiejąc tego co się dzieje.
- Kto to nas zaszczycił? Czyżby to nie był ten Louis Tomlinson, który to niedawno tu przyjechał z Doncaster? - zakpił azjata.
Nie odzywałem się. Jedynie się patrzyłem na niego z niezrozumieniem. W końcu nawet go nie znał, a on już wiedział jak się nazywałem i skąd przyjechałem. W co ja się znowu wpakowałem?
- Kojarzysz może Josha? Wiesz, ten twój przyjaciel ze szkoły - powiedział sarkastycznie.
Zamrugałem szybko oczami na te słowa. Owszem. Znałem pewnego Josha. Ale w sumie w mej poprzedniej szkole nie było osoby, która by go nie znała. Był on w elicie szkoły. Niestety często się z nim widywałem i to nie w tych przyjemnych sytuacjach. Znalazł on kiedyś me zdjęcia z wakacji z mym dawnych chłopakiem. Na nic się zdały me tłumaczenie, że wcale nie byłem gejem. Mówiłem, że jestem biseksualny, ale on wiedział swoje. Stwierdził, że wypleni ze mnie to pedalstwo. Od tego czasu codziennie byłem gnębiony. Przełknąłem ślinę i nerwowo spoglądałem na grupkę wokół mnie. Jeżeli oni się znali to trafiłem najgorzej jak mogłem.
- Josh poinformował nas o twoim przyjeździe. Także dostaliśmy kilka ciekawych informacji na twój temat. Na przykład to, że masz pewne pedalskie zapędy - splunął na ziemię obok mych nóg, a mój oddech coraz bardziej przyspieszał. - Poprosił także abyśmy się tobą dobrze zajęli. A my zamierzamy spełnić jego prośbę. Bo wiesz, tu się nie toleruje pedałów takich jak ty.
Cała grupka zaśmiała się, a ja zacząłem drżeć. Wtem nadeszło to czego już się spodziewałem. Pierwsze uderzenie, które trafiło prosto w mą twarz. Jego siła była na tyle duża, że z lekkim hukiem opadłem na ziemię po mej prawej stronie. Kolejny był kopniak w brzuch. Zwinąłem się w kulkę chcąc nie czuć tego bólu i aby mnie zostawili. Jednak im ani śniło się spełnić me nieme prośby. Zaraz jeden z nich szarpnął mnie do góry i przytrzymał tak aby nie upadł, bo nogi całe mi drżały. Następnie oberwałem falę uderzeń. Brzuch, twarz, znowu brzuch.
- Kurwa! Głupi kundel! - usłyszałem nagle krzyk jednego z napastników.
Szybko odwróciłem głowę w tamtą stronę. Widziałem jak Clary wgryzła się w dłoń jednego z chłopaków i nie chciała puścić. Wtem drugi uderzył ją w bok. 
- Nie! - z moich ust wydobył się żałosny krzyk. Jednak co mogły dać moje protesty w tej sytuacji? Liczyły się tyle co nic. Jedyne co mogłem to płakać widząc całą sytuację.
Suczka zaskomlała, ale nadal nie chciała rozluźnić uścisku. Po kolejnym uderzeniu jednak nie dała rady. Puściła dłoń tamtego chłopaka i opadła na ziemię. Na koniec jeszcze ten pierwszy kopnął ją w bok. Z moich oczu wylatywało coraz więcej łez.
- I czego beczysz?! - warknął azjata i uderzył mnie kolejny już raz w brzuch.
Na koniec dostałem jeszcze dwa uderzenia w to samo miejsce co poprzednio i jedno w twarz. Odeszli śmiejąc się głośno, a ja opadłem na ziemię wykończony...
*Chwilę później*
Kiedy straciłem napastników z pola widzenia szybko podciągnąłem się na łokciach do góry. Powoli na czworaka i co chwilę upadając, dotarłem do Clarissy. Suczka cicho skomlała, ale zamerdała ogonem widząc mnie. Westchnąłem i przetarłem twarz ręką, a potem przytuliłem Clary. Po chwili jednak odsunąłem się nie chcąc sprawiać psinie więcej bólu. Oparłem się o stojącą obok skrzynkę i położyłem na niej lewą rękę, tak, że jej część zwisała swobodnie. Wtem poczułem jak coś po niej spływa. Zacisnąłem dłoń w pięść i podniosłem lekko do góry. Niepewnie ją otworzyłem. Prawie cała była w czerwonej cieczy. Krew. Nie byłem pewny czy należała ona do mnie czy Clary. Jednak wiedziałem jedno. Było źle. Musiałem działać. Odłożyłem lewą rękę z powrotem na miejsce. Natomiast prawą zacząłem szukać telefonu. Jęczałem cicho przez ból, który powiększał się przy gwałtowniejszych ruchach. Po chwili upragnione urządzenie znalazło się w mej dłoni. Nieporadnie odblokowałem telefon i włączyłem kontakty. Zawahałem się w związku z tym do kogo powinienem zadzwonić. Zaraz zdecydowałem. Quinlan. Ona na pewno mi pomoże. Z tą myślą wykręciłem numer dziewczyny.
Pierwszy sygnał… Nic
Drugi sygnał… Nadal nic.
Trzeci sygnał… I znowu…
- Louis? Co jest? Czemu dzwonisz? Mów szybko, bo mamy małe zamieszanie przez to, że grupa druga i trzecia zostały na ten jeden trening połączone i razem mamy cross. Tyle osób - można powiedzieć, że Quinn dostała słowotoku po odebraniu.
- Quinlan…. Błagam… Pomóż mi - powiedziałem jedynie cicho.
Dziewczyna momentalnie ucichła.
- Louis? Co się dzieje? Gdzie jesteś? - słychać było w jej głosie niepokój.
- Pomóż mi… Ulica Fnien - odpowiedziałem cicho.
Słyszałem jak jeszcze mówi coś o tym, że zaraz będzie czy coś. Jednak rozłączyłem się. Odłożyłem telefon na bok i delikatnie wtuliłem się w Clarisse. Zamknąłem oczy czekając na dalszy rozwój wydarzeń...

Daniel?

niedziela, 14 maja 2017

Od Louisa CD Daniela

- W sumie... Czemu nie? - zapytałem retorycznie i wzruszyłem ramionami. W sumie to nawet przydałoby mi się trochę "uspołecznić". - Może po prostu podam ci swój numer, a potem jak już zajmiesz się swym koniem to napiszesz do mnie?
- No wiesz... tak trochę nie mam jak dać ci teraz telefon czy coś - powiedział patrząc na klacz.
- No to... może po prostu przyjdź później do mojego pokoju? - zapytałem niepewnie.
- Okej, który numer?
- Trzydzieści siedem - odpowiedziałem niemalże natychmiastowo.
- No to widzimy się później - powiedział i zaczął wycofywać się z koniem.
- Do zobaczenia - odparłem jedynie.
Odwróciłem się i powoli podszedłem do drzewa, do którego były przywiązane szczeniaki. Te całe czas się wyrywały w moją stronę. Nie łatwym zadaniem było odwiązanie ich, podczas gdy ciągle plątały mi się pod nogami. Jednak po dłużących się dziesięciu minutach w końcu dałem radę. Ruszyłem w stronę budynków mieszkalnych. Gdy tylko znalazłem się na korytarzu odpiąłem szczeniaki. Nie miałem najmniejszej ochoty dalej bawić się w rozplątywanie z ich smyczy. Te radośnie biegały po całym korytarzu. Na szczęście gdy tylko otworzyłem drzwi o mego pokoju, a w ich progu zastałem Clary, maluchy grzecznie ruszyły do matki. Kiedy wszyscy byli już w pomieszczeniu zamknąłem je. Następnie podszedłem do łóżka. Usiadłem na nie, a zaraz na mych kolanach znalazła się Cleopatra. Zacząłem ją głaskać, a ta mruczała. Jednak długo to nie potrwało. W pewnym momencie stwierdziła, że zmienia zdanie i nie chce pieszczot. Złapała pazurkami moją rękę i zaczęła ją "podgryzać". Westchnąłem i lekko ją wyrwałem. Odłożyłem kotkę na ziemię. Ta od razu dumnym krokiem ruszyła przed siebie.
Postanowiłem, że nie będę tak siedział i nic nie robił. Wstałem z łóżka i podszedłem do mego keybordu, który stał pod ścianą. Usiadłem na krzesełku przy nim. Przejechałem delikatnie palcami po klawiszach. Uwielbiałem ten instrument. Włączyłem go i ustawiłem wszystko co powinienem. Przez chwilę siedziałem nic nie robiąc. Zastanawiając się tylko nad tym co dzisiaj zagrać. Po chwili do głowy wpadł mi pewien pomysł. How to save a life autorstwa zespołu The Fray. Położyłem ręce na instrumencie i zacząłem grać. Wkładałem w to całego siebie. Sam nawet nie wiem kiedy zacząłem śpiewać. Jednak nie przeszkadzało mi. Póki nikogo nie było w moim pokoju i po prostu nikt mnie nie słyszał mogłem to robić. Po kilku minutach skończyłem. Z uśmiechem wyłączyłem instrument. Rozejrzałem się po pokoju w poszukiwaniu czegoś co na nowo zajmie mi czas. Niemalże od razu wpadłem na pomysł. Rysowanie. Jednak jakoś nie miałem ochoty na rysunki na kartce. Wstałem i podszedłem do biurka. Stamtąd wyciągnąłem tablet graficzny. To jest to czego mi trzeba. Usiadłem na łóżku i zabrałem się od razu za tworzenie. W głowie już miałem pomysł na to co mój rysunek miał przedstawiać. Ledwo co zdążyłem zrobić wstępny zarys. Wtem coś mi przerwało. Pukanie do drzwi. Westchnąłem tablet na łóżko i wstałem. Podszedłem do drzwi i otworzyłem je. Przede mną stał tamten chłopak. Daniel jeżeli dobrze pamiętam.
- Hej - powiedziałem cicho.
Widziałem jak chłopak otwierał usta aby już coś powiedzieć. Jednak przerwał mu donośny huk. Szybko pobiegłem wgłąb pomieszczenia nie zwracając uwagi na Daniela. Na ziemi leżał mój tablet, a wokół radośnie biegała Neferet. Podniosłem niepewnie elektroniczne urządzenie. Zacząłem oglądać je ze wszystkich stron. Na szczęście nic się nie stało. Tablet był cały. Odetchnąłem z ulgą i posłałem Neferet karcące spojrzenie. Może i jest zwierzęciem, ale mogłaby bardziej uważać na to co robi.
- Co to? - usłyszałem nagle za sobą.
Wzdrygnąłem się zaskoczony. Nawet nie zauważyłem, że chłopak wszedł do środka. Odwróciłem się powoli w jego stronę i posłałem pytające spojrzenie, niezbyt rozumiejąc o co pyta. Ten tylko wskazał na tablet.
- A to... Rysunek, wzorowany na twej klaczy - wymamrotałem i zaraz dodałem. - Ale to nie ważne. Już to chowam.
Szybko zacząłem wyłączać tablet graficzny i chować go.

Daniel?

niedziela, 7 maja 2017

Od Louisa CD Daniela

Powoli przemierzałem tereny akademii. Tym razem obok mnie kroczyła sama Clary. Szczeniaków tym razem nie brałem. Spały i wolałem ich nie budzić, bo potem znowu zaczęłyby harcować. W pewnym momencie jednak zatrzymał mnie pewien chłopak.
- Hej! Gdzie jest jakaś kadra? - zapytał.
- Możliwe, że dzisiaj zastaniesz tylko właścicieli, bo czwartek to dzień wolny od treningów, ale będą oni zapewne w biurze - powiedziałem niemalże od razu i wskazałem ręką na budynek kawałek od nas.
- Dzięki - odpowiedział tylko chłopak i tyle go widziałem.
Znowu nowe osoby. Tutaj chyba nigdy nie będzie tak, że wszyscy przyjadą w jednym czasie. Do tej akademii to ciągle ktoś nowy przyjeżdża. Nie ważne czy to początek roku, środek czy koniec. Non stop jakieś nowe twarze. Westchnąłem i ruszyłem w drogę powrotną.
~*~*~*~*~
Kolejny spacer. Tym razem ze szczeniakami. No cóż... Clary za chiny ludowe nie chciała się ruszyć. Chyba miała już trochę dość. Szczeniaki nie dawały jej chwili spokoju. Rozumiałem ją. Jak zawsze smycze obu psiaków plątały się wokół mych nóg. Te to mają jakieś nieskończone pokłady energii. Niby mógłbym je puścić wolno, ale wolałem nie ryzykować. Szczególnie patrząc na suczkę. Ta to miała mnóstwo głupich pomysłów i bałem się, że jeszcze by uciekła. A odnalezienie szczeniaka to nie taka prosta sprawa... Po chwili znalazłem się przy czworoboku. Było tam jeszcze kilka przeszkód. Najprawdopodobniej jeszcze dzisiaj ktoś tam trenował. Jednak nie to najbardziej zwróciło mą uwagę. Zauważyłem jakąś osobę jadącą na koniu. Na początku wszystko wydawało się okej. No właśnie. Na początku. Zaraz się zepsuło. Koń pobiegł prosto na drzewo. Uderzył w nie bokiem, a jeździec wpadł cały na nie i spadł z wierzchowca. Zakryłem usta dłonią. O boże... Mam nadzieję, że to nie poważny wypadek... Szybko przywiązałem szczeniaki do jakiegoś drzewa i podbiegłem do poszkodowanej osoby. Kucnąłem obok jeźdźca. Był to chłopak. Chyba ten co wcześniej. Na szczęście był przytomny.
- Nic ci się nie stało? - zapytałem zmartwiony.

Daniel?

poniedziałek, 1 maja 2017

Od Louisa CD Lotte

*Następny dzień*
Powoli szedłem przed siebie z Clary u boku. Kierowałem się w stronę stajni. To tam miałem się spotkać z Lotte o dziesiątej trzydzieści. Z racji, że dopiero przyjechałem nie musiałem chodzić przez kilka dni na zajęcia abym mógł się zaaklimatyzować w nowym otoczeniu. Rzadko się z takim czymś spotykałem, ale jak najbardziej było mi to na rękę. A Lotte? Ona po prostu postanowiła nie pójść na zajęcia. Dla dziewczyny ważniejsze było odnalezienie ukochanego pupila. W sumie zrobiłbym to samo na jej miejscu. W końcu znalazłem się na miejscu. Przykucnąłem przy jednej ścianie stajni. Od razu przy mnie znalazła się Clary, domagając się pieszczot. Uśmiechnąłem się i zacząłem ją głaskać.
Po kilku minutach usłyszałem czyjeś kroki. Podniosłem się na równe nogi i spojrzałem w tamtym kierunku. W moją stronę zmierzała Lotte. Na głowie miała kapelusz, a w ustach spoczywał papieros, który za zaraz chwyciła w dwa palce i wypuściła dym z ust. Zaraz znalazła się przy mnie.
- Palisz? - zapytałem od razu.
- Tylko czasami. Gdy jestem zdenerwowana - powiedziała.
- To... idziemy?
Lotte pokiwała twierdząco głową. Ruszyliśmy w stronę lasu. To tam mieliśmy nadzieję odnaleźć suczkę. Nie minęło wiele zanim znaleźliśmy się na jego skraju. Tam przystanęliśmy na chwilę. Spojrzeliśmy na siebie niemo przekazując sobie, że wchodzimy. Powoli przemierzaliśmy teren lasu. Staraliśmy się jednak nie zbaczać ze ścieżki, bo źle mogłoby się to skończyć. W pewnym momencie usłyszeliśmy szelest w krzakach. Szybko spojrzałem w tamtą stronę. Jednak zauważyłem jedynie sylwetkę jakiegoś psa, który wbiegł głębiej w las. Czy to mógł być pupil Lotte? W sumie to nie miałem nic do stracenia.
- Clary! - zawołałem suczkę, która zaraz znalazła się przy mej nodze. - Widziałaś tamtego psa? Znajdź go i przyprowadź tutaj. Możliwe, że to nasza zguba. Liczę na ciebie mała.
Suczka zaszczekała jakby chciała potwierdzić, że to zrobi. Po chwili już jej nie było. Pobiegła wgłąb lasu za psem.
- Poczekajmy tu na nią. Zobaczymy czy jej się uda - powiedziałem do dziewczyny.
Ta kiwnęła głową, zgadzając się na moją sugestię. Usiadłem na powalonym drzewie znajdującym się kilka kroków dalej. Natomiast Lotte wylądowała na większym kamieniu. Cierpliwie czekaliśmy na rozwój sytuacji. Bawiłem  się telefonem w między czasie. Miałem tylko nadzieję, że Clarissa szybko wróci do nas. O to czy w ogóle powróci nie martwiłem się. Jest to bardzo inteligentny pies, który po prostu zawsze wraca do mnie. I tym razem oczywiście też tak się stało.
Uznajmy, że to Clary i Nanja
Sam nie wiem ile tak siedzieliśmy w ciszy. Jednak w końcu nastąpił ten moment, na które tyle oczekiwaliśmy. Zza drzew zaczęły wyłaniać się sylwetki psów. Zmierzały one w naszą stronę. W jednym z nich rozpoznałem Clary. Jak dobrze. Czyli wróciła cała i zdrowa. Pies obok wyglądał na owczarka niemieckiego. Na dziewięćdziesiąt procent musiała to być nasza zguba. Clarissa od razu podbiegła do mnie, a ja pogłaskałem ją po łbie i powiedziałem słowa pochwały. Natomiast drugie zwierzę znalazło się przy dziewczynie wesoło merdając ogonem...

Lotte? 
Boże... to opo jest tak złe... jednak nie chcę kazać ci dłużej czekać... następnym razem postaram się poprawić...

piątek, 21 kwietnia 2017

Od Louisa Do Lotte

Stałem właśnie przed drzwiami od mego domu. Obok mnie stały trzy sporej wielkości walizki i do tego jeszcze cztery średniej wielkości transportery dla zwierząt oraz jeden duży. No cóż... Tak to już bywa jak ma się trzy psy, dwa koty i fenka. Na dworze było dość ciepło. Dlatego też miałem na sobie granatową bluzę z kapturem i nadrukiem "AMSTERDAM" oraz szare spodnie sięgające do kolan. No i oczywiście dopełnieniem były czarne vansy, które potrafiłem nosić dosłownie cały czas. Wtem z domu wyszła Jay. Moja mama. W jej dłoniach spoczywała jakaś torba. Spojrzałem na nią zdziwiony kiedy podała mi ją.
- Nie wierzę BooBear, że mogłeś zapomnieć o czymś tak ważnym jak laptop! - zawołała i zaśmiała się.
- O boże... Dziękuję mamo - powiedziałem i przytuliłem ją.
- Nie ma za co... A teraz koniec już tego dobrego. Czas się pożegnać. Będę tęsknić kochanie - widziałem jak w jej oczach zabłysły łzy.
- Ja też mamo. Obiecuję, że będę do was dzwonił tak często jak tylko dam radę - odpowiedziałem, mocniej ściskając swą rodzicielkę.
- A spróbowałbyś nie! - odsunęła się lekko i pogroziła mi palcem.
Zaśmiałem się krótko i pokręciłem jedynie głową. Mama przytuliła mnie jeszcze raz i pogoniła abym szedł już do samochodu, bo Dan nie będzie wiecznie czekać. Westchnąłem i pożegnałem się z nią jeszcze raz. Odwróciłem się, wziąłem głęboki wdech i ciężko wypuściłem powietrze. Czas na zmiany. Skierowałem się do samochodu. Otworzyłem drzwi od strony pasażera i usiadłem na fotelu. Zapiąłem pasy. Byłem gotowy na podróż do "nowego życia"...
*Cztery godziny później*
Poczułem lekkie szturchanie w ramię. Niechętnie uchyliłem powieki i spojrzałem zaspanym wzrokiem na osobę, która wybudziła mnie ze snu. Był to Dan. Patrzył się na mnie uważnie, aż w końcu zdecydował się odezwać.
- Czas wstawać Louis. Jesteśmy na miejscu - powiedział lekko się uśmiechając.
Nie odpowiedziałem mu, ale od razu po tych słowach rozbudziłem się. Zaciekawiony odwróciłem głowę w stronę okna. Widziałem za nim spory budynek. Jest to albo uniwersytet albo miejsce gdzie mieszkają uczniowie. Chociaż osobiście stawiałbym na to drugie. Jednak cóż. Czas wyjść i dowiedzieć się wszystkiego. Westchnąłem, odpiąłem pasy i wysiadłem z samochodu. Stanąłem przed nim i już miałem ruszyć przed siebie, gdy nagle przestałem cokolwiek widzieć. Poczułem czyjeś ręce na swoich oczach. Co tu się dzieje? Usłyszałem za sobą cichy śmiech. Wydawał mi się on znajomy.
- Zgadnij kto to - zabrzmiał kobiecy głos.
Nie miałem zbytnio ochoty na zgadywanki. Dlatego też po prostu odsunąłem dłonie z mych oczu i odwróciłem się. Przede mną stała uśmiechnięta dziewczyna. Liliowe włosy, które były przy czubku ciemniejsze sięgały jej do ramion. Usta miała pomalowane na bordowe. Wydawała mi się dziwnie znajoma. Dopiero po chwili zrozumiałem kto to był...
- Quinn! - krzyknąłem i od razu przytuliłem dziewczynę, która odwzajemniła uścisk, śmiejąc się.
- Lou - powiedziała jedynie.
- Co ty tutaj robisz? - zapytałem, odsuwając się od niej kawałek.
- Uczę się. Tak jak ty będziesz teraz. No i żebyś się nie musiał zastanawiać skąd wiem o twoim przyjeździe powiem jedno. Ciocia Jay - uśmiechnęła się promiennie.
- Mogłem się tego spodziewać - mruknąłem jakby do siebie.
- Ale teraz koniec tego dobrego. Moim głównym celem jest przekazanie ci kluczy od pokoju i wszystkich najważniejszych informacji - powiedziała i podała mi owy przedmiot wraz z kilkoma kartkami. - Masz na nich zapisany plan lekcji, treningi wraz z grupą, do której będziesz należał, numer boksu twego konia, godziny posiłków. No i dopisałam ci jeszcze numer mojego pokoju jakbyś czegoś potrzebował lub pogubił się w tym miejscu. Chociaż niby możesz dzwonić, ale to nie ważne. Teraz koniec pogaduszek. Leć się rozpakować!
Zaśmiałem się na mały słowotok Quinn. Pokręciłem jedynie głową niedowierzająco. Przekazałem dziewczynie, że dam radę i może już iść na trening, który dowiedziałem się, że zaraz ma mieć. Następnie odwróciłem się z powrotem w stronę samochodu. Dan stał już gotowy do pomocy. Kiwnięciem głowy zasygnalizowałem, że możemy iść. Wziął on dwie walizki, a ja jedną. Ruszyliśmy w stronę budynku, w którym przez najbliższy okres czasu będę mieszkać...
*Kilkanaście minut później. Pokój Louisa*
Przejście przez mój nowy pokój do kanapy nie było takie łatwe. Szczególnie, że już Clary, Princess, Prince i koty zostały wypuszczone. Co równało się z tym, że plątały mi się pod nogami. Westchnąłem. Po chwili jednak znalazłem się na miejscu. Odstawiłem transporter z Neferet, który spoczywał w moich rękach, na kanapę. Fenek już przytrzymywał łapkę na kratach chcąc wyjść. Uśmiechnąłem się lekko. Otworzyłem zamek i otworzyłem transporter. Neferet od razu wyszła na zewnątrz. Szczęśliwa kręciła się wokół machając energicznie ogonem. Wydawała z siebie słodkie - przynajmniej jak dla mnie - lekko skrzeczące dźwięki. Urocze stworzenie. Widziałem jak Clary patrzy na nią uważnie nie będąc pewna co się dzieje. Zaśmiałem się i pogłaskałem ją po łbie. Ta spojrzała na mnie, ale zaraz powróciła do wpatrywania się w Retę. Podałem Danielowi, który czekał przy drzwiach, ostatni transporter. Pożegnałem się jeszcze z nim. No i nastał ten czas. Musiałem teraz sobie jakoś poradzić sam. Westchnąłem i podszedłem do pierwszej walizki, w której to znajdowały się rzeczy dla mych pupili. Wyciągnąłem pięć podwójnych misek. Ustawiłem je na podłodze przy ścianie. Obok położyłem opakowania z karmą. Po całkowitym rozpakowaniu się miałem zamiar nakarmić całą zgraję. Na koniec postawiłem kuwety w łazience. Walizkę nie do końca wypakowaną położyłem pod łóżkiem. Zabawki dam im później. Następnie wziąłem się za moje ubrania. Z tym już nie będzie tak łatwo. Niechętnie wziąłem walizkę i przeciągnąłem ją pod sporą szafę. Powoli zacząłem się rozpakowywać. Na początku rozwiesiłem rzeczy, które powinny znajdować się na wieszakach. Kiedy je skończyłem zabrałem się za koszulki i spodnie. Rozłożyłem je na kilka półek. Potem schowałem buty do najniższej szafki. W czasie gdy przeniosłem się do komody schować tam bieliznę i moje prowizoryczne piżamy, które to składały się zazwyczaj z dresów i koszulki - ewentualnie bokserek i koszulki -, do moich uszu doszło szeleszczenie. Jednak postanowiłem je na razie zignorować. Powoli zapełniałem szuflady. W pewnym momencie nastała cisza, a potem huk. Szybko zostawiłem wszystko i odwróciłem się w stronę skąd dobiegł owy dźwięk. Nie mogłem uwierzyć w to co zobaczyłem.
- Princess! Jak mogłaś?! - jęknąłem załamany na ten widok.
Mianowicie. Cessa właśnie leżała na ziemi szczęśliwie zajadając się swoją karmą, która to leżała porozrzucana po całej podłodze. Wtedy to zrozumiałem co to były za szeleszczące odgłosy. Była to Princess, która rozrywała opakowanie karmy, które aktualnie leżało rozszarpane na ziemi za nią. Boże... A mogłem od razu nasypać jedzenie zwierzaków do misek. Mogłem, ale oczywiście nie zrobiłem tego. Teraz masz babo placek. Westchnąłem i podszedłem do Princess. Zacząłem nieporadnie zbierać rękoma karmę na jedną kupkę. Po kilkunastu minutach z wiecznie przeszkadzającą Cessą wszystko leżało w jednym miejscu. Następnie jakimś cudem dałem radę rozsypać to do misek Małej Bestii i Prince'a. Od razu dałem też jeść i pić wszystkim mym pupilom. Nie miałem ochoty na więcej takich sytuacji jak ta z mym "kochanym" szczeniakiem.
*Jakiś czas później*
Wyszedłem właśnie przed budynek mieszkalny. Clary kroczyła wolno obok mnie. Natomiast Princess i Prince'a wolałem trzymać na smyczy. W końcu są to tylko szczeniaki i nigdy nie wiadomo co im wpadnie do tych małych główek. Powoli szedłem przed siebie. Postanowiłem przejść się z nimi do lasu, który widniał kawałek przede mną. Tam raczej nie powinny przeszkadzać. Jakoś dziwnie pusto było wszędzie... Może po prostu wszyscy mieli zajęcia? Możliwe... Po chwili znaleźliśmy się na obrzeżach lasu. Bez wahania wszedłem do niego. Co jakiś czas rozglądałem się wokół aby sprawdzić czy Clary nigdzie się nie wybrała. Jednak na szczęście cały czas grzecznie szła obok. Szczeniaki wesoło biegały wokół. Kilka razy udało im się zaplątać mnie w smycze przez co musieliśmy przystawać na chwilę, abym mógł się rozplątać z nich i iść dalej. W pewnym momencie zauważyłem jednak, że Prince robi się śpiący. No tak. Z tego co słyszałem od Dana szczeniaki przez całą podróż harcowały wesoło w swych transporterach. Nie dziwię się, że był już zmęczony. Zawróciłem i powoli zmierzaliśmy z powrotem do budynku mieszkalnego. Po chwili wyszliśmy z lasu. Będąc przy obrzeżach chodnika musiałem przystanąć. No cóż... Psiaki musiały załatwić swoje potrzeby.
Wtem zauważyłem jakąś dziewczynę zmierzającą w moją stronę. Miała brązowe włosy. Tylko tyle jak na razie dałem radę określić. Z każdą chwilą była coraz bliżej. Ciekawe co mogła chcieć... Zanim się obejrzałem stała przy szczeniakach. Widziałem jak już wyciąga rękę aby je pogłaskać. Pokręciłem głową niedowierzająco. Normalnie jak te małe dzieci, które od razu podbiega do pieska aby go pogłaskać chociaż nie wie czy może. Wtem kątem oka zauważyłem coś niepokojącego. Clarissa warczała ukazując zęby. Zaraz jednak widziałem jak otwiera pysk i już ma skoczyć na dziewczynę. Od razu podbiegłem do Clary i chwyciłem  ją za szyję. Ta jednak dalej warczała i szczekała przy okazji próbując się wyrwać. Wtem dziewczyna jakby wyrwała się z amoku i spojrzała niepewnie na suczkę.
- Radzę ci jak najszybciej odejść jeżeli nie chcesz mieć żadnych ran. Długo jej nie utrzymać - powiedziałem poważnie, patrząc uważnie na dziewczynę.

Lotte?