Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zadanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zadanie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 września 2017

Od Victorii CD. Julesa (+ zadanie 4)

(Pośmiejmy się jeszcze trochę z reakcji William’a xD)

Z lekkim uśmiechem, jednak bez najmniejszego komentarza, minęłam swojego brata. Ten nie, odwracając głowy (kątem oka) odprowadził mnie wzrokiem do drzwi i jeszcze przez moment stał nieruchomo ze skrzyżowanymi na klatce piersiowej rękoma. Chwyciłam za klamkę i bez wahania przekroczyłam prób akademika. Po chwili Will także wszedł do budynku.
- Co to za palant? - usłyszałam jego głos tuż zza pleców.
- Od kiedy przejmujesz się tym, czy rozmawiam z palantami czy nie? - fuknęłam nie zaszczycając go nawet krótkim spojrzeniem. - Jeszcze rano wygłosiłeś mi kazanie w kwestii mojej „aspołeczności”, choć osobiście wolę to nazywać „brakiem potrzeby poznawania nowych osób i spędzania czasu w ich towarzystwie”.
- Miałem na myśli normalne, a przynajmniej mało podejrzane osoby! - prychnął, zrównując krok ze mną.
- Ale jak to? Wy się przecież znacie! Muszę pogratulować ci zawierania znajomości, braciszku! - mruknęłam, stając przed swoim pokojem.
- Taaaa… Wiedziałem, że skądś go kojarzę… - oparł się o drzwi z numerem drugim. - A dlaczego jesteś „Skarbem”?
- Bo za „Wiewióreczkę” dostałby w twarz. - odparłam, przekręcając klucz w zamku i przestępując próg.
- Moja siostrzyczka! Uważaj na siebie, Rudzielcu! - roześmiał się, po czym zniknął w swoim małym królestwie. Uśmiechnęłam się lekko na wspomnienie pokoju brata. Odkąd poznał Quinlan nie panuje tam już chaos i bałagan. Poukładane życie i wnętrze pokoju… Szczęściarz… Choć nie pasuje to do niego. Nasza dwójka zawsze była takim „niepoukładanym rodzeństwem”, a teraz… zostałam sama… Jak zwykle…
- Hau! - gdzieś z dołu dobiegło mnie ciche szczeknięcie.
- No, tak! Jak ja mogłam o tobie zapomnieć!? - pogłaskałam malca po głowie.
~***~
Kolejny dzień zapowiadał się całkiem przyzwoicie. Czar prysł, gdy tylko otworzyłam drzwi i wyjrzałam na korytarz, gdzie… jakiś chłopak urządzał sobie jogging w samych bokserkach… Był tak przejęty swym treningiem, że nawet nie nas nie zauważył. Popatrzyłam na szczeniaka i szybko wróciłam do pokoju.
- Czy ty widziałeś to samo, co ja? Może przesadziłam z tymi prochami na sen od… - uśmiechnęłam się tryumfalnie. Szybko wróciłam na korytarz i zastukałam w drzwi naprzeciwko. Z wnętrza pomieszczenia słychać było stłumione pomrukiwanie, a chwilę później głuche uderzenie i serię przekleństw. Zaśmiałam się pod nosem i czekałam cierpliwie na dalszy obrót wydarzeń. W końcu drzwi uchyliły się, ukazując jedynie głowę mojego najdroższego braciszka.
- William, jakie ty mi piguły podrzuciłeś?! Widziałam chłopaka w samych bokserkach na joggingu po akademiku! - fuknęłam ze skrzyżowanymi na piersi rękami. Chłopak zamrugał kilkakrotnie. Dopiero po chwili dotarło do niego, co powiedziałam.
- Obracasz się głównie w męskim towarzystwie, więc jestem pewien, że już widziałaś chłopaka w bokserkach. Nie wnikam czy bez także, ale… - przymknął drzwi, ochraniając się przed moją pięścią. - No, co?!
- Przeginasz! Wyjdź, a dostaniesz w nos! - fuknęłam, uderzając demonstracyjnie bokiem pięści w drzwi.
- Przypominam ci, że to ty przyszłaś do mnie! A teraz proponuję, abyś wyszła na spacer, przewietrzyła się nieco i przede wszystkim ochłonęła. Po powrocie sprawdzimy czy tym razem ów typek będzie bez bielizny. - wybuchnął śmiechem, na którego tle dało się usłyszeć odgłos przekręcania klucza w zamku. Wywróciłam oczami, wracając do pokoju po bluzę. Bycie zmarzluchem ma to do siebie, że nie ważne – słońce czy deszcz - mi zawsze jest zimno!
~***~
- Możesz zdjąć okulary? Dziwnie się czuję, rozmawiając z kimś, z kim nie mogę złapać kontaktu wzrokowego. - zmarszczył brwi.
- Hmmm… Nie czuję takiej potrzeby. - mruknęłam, po chwili teatralnego namysłu.
- Ach tak? Jesteś pewna? - spytał, zostając nagle w tyle. Jednak nie zwróciło to mojej uwagi.
- Owszem, jestem. - odparłam, wciąż idąc przed siebie. Jules nagle ruszył truchtem i wyminął mnie, zabierając okulary tuż sprzed nosa. Światło dnia oślepiło mnie na moment. Zatrzymałam się gwałtownie, zasłaniając twarz przed słońcem. Zamknęłam oczy i spuściłam głowę w dół. Zamrugałam kilka razy, starając się przyzwyczaić do jasności dnia.
- Ja wyglądam w nich dużo lepiej. - usłyszałam gdzieś z góry głos chłopaka. Nadal nie podniosłam wzroku. Zamiast tego zarzuciłam na głowę kaptur i szybko ruszyłam dalej.
- Gdzieś z tyłu powinieneś znaleźć napis „Wyprodukowano w Chinach”! - krzyknęłam, żeby usłyszał.
- Naprawdę nie musisz się tak drzeć. - szepnął Jules tuż nad moim uchem. Wzdrygnęłam się mimowolnie, na co ten zareagował śmiechem. - Dwa do zera dla mnie!
- Wspaniale. Jeśli o mnie chodzi, to równie dobrze może być pięćdziesiąt do zera. Nigdy nie byłam fanką sportu. - mruknęłam, przyspieszając kroku. O dziwo Ozzy nawet nie protestował i póki co za nami nadążał.
- A jeździectwo to twoim zdaniem co? Poza tym zawody na największego tchórza też byś wygrała.
- Nie wiedziałam, że takowe organizuję. Ty pewnie sędziujesz. A zdaniem wielu osób jeździectwo to nie dyscyplina sportowe, a „tylko siedzenie na koniu”. - wzruszyłam ramionami. W międzyczasie dotarliśmy do parkingu. Jules już otwierał usta, aby coś powiedzieć, gdy akurat pojawił się mój wybawca…
- Grant! - rozległ się donośny głos Leonarda.
- Cześć Leo! - odkrzyknęłam do przyjaciela.
- Pretty woman, walkin' down the street! Pretty woman, The kind I like to meet! - śpiewał Fletcher. Ze śmiechem zrzuciłam kaptur szarej bluzy i dziarskim, kobiecym krokiem przemierzałam parking. - Pretty woman, I don't believe you, you're not the truth! No one could look as good as you!
- Dziękuję, Fletcher. Od naszego ostatniego spotkania nic się nie zmieniło: nadal potrafisz śpiewać! - uśmiechnęłam się, szturchając przyjaciela lekko. - Co cię tu sprowadza?
- Urodziny starszej siostry i ostatni dzień wakacji. - odparł, schylając się i głaszcząc mojego szczeniaka.
- Cholera! To naprawdę już dzisiaj?
- Ciężko uwierzyć, co? Ale nie masz czym się przejmować, będzie prawie jak zwykle, gdy brat próbuję wyciągnąć cię z czterech ścian pokoju. - mruknął, prostując się.
- Czyli nie będę się dobrze bawić? - prychnęłam śmiechem. - Może tym razem także jakimś cudem przeżyję to spotkanie towarzyskie. Kluby to raczej nie moje środowisko.
- Poradzisz sobie. Kupiłaś jej chociaż prezent?
- Już jakieś trzy miesiące temu. Jestem ciekawa, co William wymyślił.
- Przekonamy się wieczorem.
- Leo! Mógłbyś w najbliższym czasie rzucić okiem na mojego quada? Mam coś z światłami, a Will się wkurzy, jeśli będę jeździć bez...
- Jasne, dam znać. - rzucił, wsiadając do swojej czarnej Hondy. Pomachałam mu i odwróciłam się do Julesa. Stał oparty o ścianę najbliższego budynku.
- Wreszcie sobie o mnie przypomniałaś? - mruknął, gdy podeszłam.
- Swoją uwagę muszę poświęcać wszystkim, a zwłaszcza swoim przyjaciołom. Ty jesteś niżej w hierarchii. Ale jeśli chcesz, przyjdź na imprezę urodzinową Jackie. Będzie dużo łatwych panienek, które łatwiej dadzą się zbajerować. - odparłam i ruszyłam do akademika.
- Ej, Grant! - krzyknął jeszcze chłopak. Zatrzymałam się i popatrzyłam pytająco w jego stronę. - Do twarzy ci z nią! - wskazał na trzymane w ręku należące do mnie okulary. Dotknęłam swojej blizny i niemal biegiem dotarłam do drzwi budynku mieszkalnego.
~***~
Przez resztę dnia nie ruszałam się z pokoju. Bez okularów wolałam tego nie robić. Przy najbliższej okazji albo odzyskam poprzednie, albo kupię w miasteczku nowe.
Powoli zaczynało się ściemniać. Przebrałam się, zapakowałam prezent dla Jacqueline i wyszłam z pokoju. Znowu zapukałam do drzwi z numerem drugim. Powtórka z rozrywki…
- Gotowa, Rudzielcu? - zagadnął Will, przekręcając klucz w zamku.
- Kiedyś zafarbuje te włosy i skończą ci się pomysły. - mruknęłam w drodze do wyjścia.
- Przefarbuj na blond. Będę wołał na ciebie Barbie, a na twojego chłopaka Ken. O ile jakiś z tobą wytrzyma dłużej niż dziesięć minut. - roześmiał się, robiąc unik przed moim kopniakiem.
- Któregoś dnia chwycę za maszynkę do golenia i wiesz co? Będzie ci ciut łyso. - zagroziłam wychodząc na zewnątrz.
- Nie ośmielisz się! - fuknął, mrużąc gniewnie oczy.
- Ależ zapewniam cię, że ośmielę! - odparłam, szczerząc się.
- Nienawidzę cię. - mruknął, zakładając kask.
- Zdaję sobie z tego sprawę. - zaśmiałam się i poszłam w jego ślady.
Po kilkunastu minutach dojechaliśmy na miejsce. Will znalazł wolne miejsce na parkingu i zostawił tam swojego quada.
- I co, Vicky? Jacyś goście w bokserkach na horyzoncie?
- Nieeee, tym razem żyrafy tańczące kankana.
- Nie mogę zostać zbyt długo. Obiecałem chłopakom, że skończę za nich robotę. I tak spóźniają się z terminem zwrócenia właścicielowi pojazdu… - westchnął, zsiadając z pojazdu.
- I pozostawisz mnie tam kompletnie samą? - spytałam wydymając usta.
- Coś czuję, że sobie poradzisz. Gorzej, gdyby było na odwrót. - uśmiechnął się i wszedł do budynku. Pokręciłam ze śmiechem głową i poszłam za nim.
Minęło dobre pół godziny, nim udało nam się porozmawiać z Jackie i wręczyć jej prezenty. Raczej nie zaprosiła tylko najbliższej rodziny i kilku przyjaciół, bo klub „pękał w szwach”. To dość typowe dla Jacqueline Fletcher. Zawsze była w paczce „tą ładniejszą” i bardziej „dziewczęcą/kobiecą”, cokolwiek to oznaczało.  Od Will’a dostała kolczyki z podkowami, a ode mnie bransoletkę.
Po kolejnej godzinie zjawiła się reszta ekipy mechaników. William, jak zapowiedział, tak uczynił i zniknął. Doskonale wiedziałam, że zrobił to tylko po to, aby chłopcy mieli mniej roboty i mogli odpocząć od ciągłej pracy w warsztacie. Nie rozumiałam, po co aż tak „się poświęcał” dla nich, ale zapewne miał ku temu jakieś swoje powody.
Panowie nigdy nie mieli zbyt mocnej głowy do alkoholu, a także nie znali cienkiej granicy przesady. W pewnym momencie zaczęłam zastanawiać się czy nie upiłam się samą sugestią, bo wydawało mi się, że widziałam w tłumie Julesa.
Alkohol w końcu zaczął udzielać się chłopakom. Na szczęście większość z nich nie była zbyt groźna, jedynie mieli nieco więcej do powiedzenia w niektórych kwestiach. Inni nagle zorientowali się, że wiele pań chętnie z kimś zatańczy. Właśnie do tej grupy zaliczał się Tom.
- Gant, zekcesz ze mną potańczyć? - zagadnął mnie.
- Nie jestem pewna, czy to dobry pomysł. - odparłam spokojnie.
- Oj, tam! Nie daj się prosić! - chwycił mnie za rękę i pociągnął za sobą. Na początku zachowywał się całkiem przyzwoicie, ale nagle… jego dłonie powędrowały zbyt nisko. Odepchnęłam go lekko.
- Tom, jesteś pijany! - mruknęłam, starając się panować nad furią.
- No, przypraszam. Już nie będę, obiecuję. - zapewnił. Westchnęłam i tańczyliśmy dalej. I znowu, tym razem dużo śmielej, jego ręce powędrowały w niewłaściwą stronę.
- Jesteś kompletnie pijany! - warknęłam, odpychając go znacznie mocniej, niż poprzednio.
- Oj, Vickusia! Nie wymyślaj! - szepnął i nachylił się, żeby mnie pocałować. Tym razem nie wytrzymałam i bez wahania go spoliczkowałam. Chłopak zachwiał się i upadłby, gdyby Jimmy go nie przytrzymał.
- Zabierz go, Jim! Już mu wystarczy! - mruknęłam i wróciłam do barku. Jak dorwę Will’a, to z przyjemnością wybiję mu z głowy to wyręczanie chłopaków w robocie! I osiągnę to choćby przy pomocy terapii szokowej! Bezskutecznie próbowałam uspokoić swoją frustrację, ale bez większych efektów. Ktoś usiadł na krześle obok mnie.
- Brawo, skarbie! Wreszcie udało ci się kogoś trafić! - uśmiechnął się Jules.
- Pijany amator jest wart tyle, co nieruchoma tarcza albo worek treningowy. - wzruszyłam ramionami. - Rozumiem, że miałeś w planie przybycie mi na ratunek, ale skutecznie ci go pokrzyżowałam?
Jedynym plusem tego spotkania było ostateczne wykluczenie części moich omamów. Zobaczymy czy chłopak w bokserkach jeszcze kiedyś się pojawi...

Jules? (Wybacz, że tyle to zajęło i znów dołożyłam Ci drugi odpis <3 xD)
Info dla administracji: 1815 słów ^^

niedziela, 13 sierpnia 2017

Od Lewisa - zadanie 5

To był piękny, wiosenny poranek... Ta, jasne. Zasnąłem o piątej rano. Już wtedy zaczęło mi się robić nieznośnie gorąco. Jakiś czas później, którego nie potrafiłem dokładniej określić, usłyszałem otwieranie drzwi, przekręcany dwukrotnie klucz, później drobne kroczki, jakby ktoś biegł i nagle podskoczyłem na łóżku, ponieważ ktoś zbyt energicznie się na nie rzucił. Miałem już gotowe dwa typy. Zain albo Hailey, to proste. Kto inny byłby na tyle odważny i w pewnym sensie głupi, żeby budzić mnie podczas mojej rzadkiej chwili snu?
- Śpisz? - wymruczała mi do ucha dziewczyna. Nie odezwałem się. Po raz pierwszy od dawna, chciało mi się spać. W pewnym momencie jej dłoń powędrowała pod moją koszulkę. Właściwie to powinienem spać bez niej. Za gorąco na takie ubieranie się. Jednak wtedy taka sytuacja byłaby jeszcze bardziej niebezpieczna.
- Hailey, gorąco - wyjęczałem. Nie miałem ochoty na nic poza snem, a już szczególnie na coś, co nie oszukujmy się, wymagało ode mnie sporego wysiłku fizycznego.
- Już? - zaśmiała się. - To początek.
- Spać mi się chce.
- To słaba wymówka, w którą już chyba nikt nie uwierzy - jęknąłem tylko i odwróciłem się do niej plecami. To prawda, nie ma nikogo tak głupiego, aby uwierzył, że komuś cierpiącemu na bezsenność, chce się spać. - Ej!
- Wiesz - nagle wpadł mi do głowy doskonały pomysł, który musiała zrozumieć i dać sobie spokój. - Muszę wyprowadzić Aishę!
- Aishę?
- No Aishę - usiadłem na łóżku i spojrzałem na się na dziewczynę. Gapiła się na mnie jak na wariata. - Co?
- A widzisz, ją gdzieś tutaj? - rozejrzałem się po pokoju. Zajrzałem nawet pod łóżko i podreptałem do łazienki. Szafa też była pusta, podobnie jak jej legowisko pod biurkiem.
- To... to jest dziwne i wybitnie podejrzane.
- Taak - Hailly komicznie pokiwała głową.
- Aisha nigdy nie znika, bo mnie pilnuje lepiej, niż matka.
- Taak - powtórzyła tą czynność.
- Zresztą to bardzo spokojna suczka, która jest raczej typem domatora.
- Taak - znowu to samo.
- Możesz przestać? - zapytałem dosyć szorstko. - Przepraszam...
- Oj po prostu, za bardzo się martwisz - podeszła do mnie, ponieważ zatrzymałem się przy biurku i objęła mnie w pasie. - Znajdzie się.
- Ale... mam ją tyle lat i ani razu coś takiego się nie zdarzyło. To nie jest normalne. Martwię się, bo to moja bratnia dusza, gdyby nie ona, to równie dobrze mogłoby mnie tu nie być.
- Tak wiem - pogładziła mnie po głowie. - Wiem o tej waszej więzi, zresztą trudno byłoby tego nie zauważyć. Aisha cię na krok nie odstępowała. Była lepsza niż przyzwoitka.
- Hailey... - jęknąłem.
- Nie jęcz. Trzeba jej po prostu poszukać. Może ktoś wszedł do ciebie, bo jak zwykle  nie zamknąłeś drzwi i ona wyszła przez przypadek. Więc wyjdziemy, pójdziemy do stajni, bo jeśli nie ma jej na korytarzu to pewnie jest u Santiago. Znajdziemy ją i się uspokoisz, i się zajmiesz wreszcie mną. Tak?
- Jak ją znajdziesz, to będę dla ciebie nagrodą - zamruczałem.
- Trzymam cię za słowo.
- A mogę je jeszcze cofnąć? - zapytałem uśmiechając się przepraszająco, a ona uniosła brew. - Gorąco Hailey... Zajmę się wieczorkiem, kiedy będzie chłodno i moje ciało zacznie funkcjonować, dobrze?
- Tobie naprawdę chciało się spać? - pokiwałem energicznie głową. - Koniec świata.... Chodź, może powietrze ci pomoże.
- Niezabawne - mruknąłem.
- Troszkę tak - cmoknęła mnie w policzek. Westchnąłem i powlokłem się do szafy, skąd wygrzebałem najlżejsze ubranie jakie mogłem w niej znaleźć. Lubię ciepło. Lubię gorąc nawet, ale te utrzymujące się upały spowodowały, ku mojemu najwyższemu zdziwieniu, że zacząłem się pocić. Przecież ja się nie pocę! To oznaczało, że ciepełko utrzymuje się zdecydowanie za długo i trzeba uciekać na wybrzeże, bym mógł dowolnie chować się pod taflą lodowatej wody. Niecałe pięć minut później wyszliśmy na korytarz i skierowaliśmy się do stajni. Rozglądałem się jak wariat, nie zaważając na słowa dziewczyny, która za wszelką cenę starała się mnie uspokoić. Bałem się. Po raz pierwszy od dawna bałem się, ale to nie był normalny rodzaj strachu. Ona po prostu przez pewien długi okres mojego życia, była jedyną rodziną poza Aleksandrem. Była wszystkim, broniła mnie przed ojcem, czasem tak strasznie ujadała, że przychodzili do nas sąsiedzi, aby sprawdzić, czy wszystko w porządku. W stajni jej nie było. Przeszukałem cały boks, obszedłem trzy razy chyba wszystkie pomieszczenia.
- Lewis? - Hailey opierała się o belkę, pomiędzy boksami. Zatrzymałem na niej mój rozbiegany wzrok.
- Tak?
- Chodź, pójdziemy po Zaina, Brooke i resztę. Pomogą nam jej szukać - wyciągnęła do mnie dłoń. Pokiwałem głową, ale się nie ruszyłem. - Lewis...
- Idę - mruknąłem i złączyłem nasze dłonie, splątując ze sobą nasze palce. Poszliśmy prosto do Zaina, ale drzwi były zamknięte. Pomimo to stanąłem i zacząłem do nich wręcz walić.
- Lewis, nie ma go.
- Jest - odparłem twardo, a po chwili drzwi się uchyliły. Wyjrzała zza nich uśmiechnięta twarzyczka tego świra.
- Czemu zawdzięczam tą cudowną i pokojową wizytę? - zapytał.
- Pies mi zniknął - mruknąłem, spuszczając głowę.
- Co? - zaczął się śmiać. - Przecież sam wczoraj mówiłeś, że mam się nią zająć, bo dostałeś środki nasenne i zamierzasz spać cały dzień!
- Co?! - wydarłem się. - Kompletnie nie pamiętam, żebym coś takiego mówił!
- Może... ale Aisha jest tutaj - uchylił drzwi, odsłaniając część pokoju, gdzie na podłodze Aisha odpychała łapą Sharikę, tego słodkiego kociaka Zaina.
- Dwóch idiotów - mruknęła Hailey.
- Może i idiotów, ale przynajmniej się nie zgubiła - rzuciłem, po czym minąłem przyjaciela i nie zważając na nic, położyłem się obok mojej psinki, przytulając ją do siebie. - Nie zrobił ci nic złego?
- Ej! - wrzasnął Zain.
- Cicho tam ty psi porywaczu! - warknąłem i wrzuciłem do tulenia Aishy.

+60PD

Od Blair - Zadanie 5

Kiedy wracałam do pokoju nie miałam ochoty na nic i chciałam sobie jedynie trochę posiedzieć przy laptopie. Zanim weszłam do akademika zapaliłam ostatniego papierosa i zadzwoniłam do brata jak zawsze opowiadając mu o wszystkim co się do tej pory wydarzyło. Był moim najlepszym przyjacielem i zawsze z nim pierwszym rozmawiałam. W końcu udałam się do siebie, a kiedy weszłam do pokoju rzuciłam się na łóżko i zawołałam moją suczkę Nukę, którą miałam w planie zabrać jeszcze na popołudniowy spacer.
Ku mojemu zdziwieniu suczka nie przyszła i nie zareagowała na swoje imię co było dla mnie szokiem, ponieważ była tego wyuczona od małego. Krzyknęłam jej imię jeszcze parę razy, ale nie usłyszałam odzewu. Zmartwiona zaczęłam przeszukiwać mój pokój. Niestety Nuka jakby rozpłynęła się w powietrzu. Zaczęłam panicznie rozrzucać wszystko w pokoju próbując znaleźć moją przyjaciółkę, niestety bezskutecznie. W głowie nie mieściło mi się, że 30 kilowego ogromnego białego psa nie ma w moim pokoju. Przecież nie mogłam jej zgubić, to nierealne. Momentalnie usiadłam na łóżku i zalałam się łzami. Nie miałam pojęcia co mam zrobić w takiej sytuacji. Zapłakana i wystraszona wyszłam z pokoju i zapukałam obok: do Cole'a. Pomyślałam, że może on mi pomoże. Chłopak otworzył drzwi, a kiedy zobaczył mnie całą zapłakaną osłupiał:
- Blair co się stał? - powiedział zszokowany
- B..b..bo Nuka zniknęła.. - wyjąkałam te słowa ledwo z siebie, a chłopak wpuścił mnie do pokoju
Cole kazał mi się uspokoić, a potem wytłumaczyć co się stało, na spokojnie.
- W..więc wyszłam rano z pokoju i pojechałam do pobliskiego miasteczka żeby załatwić sprawy bankowe, ale kiedy wychodziłam suczka leżała na łóżku i nigdzie się nie ruszała, a kiedy wróciłam już jej nie było. Cole... ktoś musiał ją zabrać... drzwi sobie sama nie otworzyła, tego jestem pewna. - powiedziałam znowu zalewając się łzami
- Spokojnie mała znajdziemy ją. Obiecuje. - powiedział przytulając mnie na pocieszenie.
Cieszyłam się, że to właśnie jego poznałam jako pierwszego. Chciał mi pomóc mimo, że nie zna mnie jeszcze za dobrze. Byłam mu za to bardzo wdzięczna.
Najpierw przeszukaliśmy całą akademię wzdłuż i wszerz, ale nigdzie nie było śladu po mojej Nuce. Zajęło nam to mnóstwo czasu i byliśmy już zmęczeni. Zaczynało coś we mnie powoli pękać, ponieważ zjadały mnie wyrzuty sumienia, że ta cała sytuacja to moja wina. Cole cały czas mnie pocieszał, ale przestało to dawać jakiekolwiek efekty. Przepytaliśmy praktycznie wszystkich uczniów, którzy znajdowali się na terenie kampusu czy widzieli cokolwiek lub kogokolwiek kto mógłby nam pomóc, ale każdy zaprzeczał. Zaczęłam robić się coraz bardziej zdesperowana, dlatego że zaczynało się ściemniać, a niczego przydatnego nie dowiedzieliśmy się do tej pory.
- A jeśli jest teraz gdzieś sama w lesie i coś jej się stało? Co jeśli cierpi z powodu mojej głupoty? A jeśli... - chłopak nie dał mi dokończyć tylko podniósł mnie i potrząsnął delikatnie co postawiło mnie do pionu w moment
- Wszystko będzie dobrze. Nie panikuj. Zostało nam tylko jedno. Pojechać do lasu i jej poszukać póki jeszcze jest wystarczająco jasno. - powiedział zdecydowanie, a ja przytaknęłam.
Szybkim krokiem udaliśmy się do stajni, a ponieważ zaczynało robić się coraz bardziej ponuro, jedyne co zdążyliśmy zrobić to założyć ogłowia na nasze ogiery i w mgnieniu oka wygalopowaliśmy ze stajni i ruszyliśmy na główny leśny szlak.
Jechaliśmy wolnym galopem i na zmianę nawoływaliśmy suczkę. Serce mi pękało kiedy myślałam o tym co mogło jej się stać. Widzieliśmy coraz mniej, ponieważ las był bardzo ciemny sam w sobie, a po 21 było tylko gorzej. W pewnym momencie zwolniliśmy, a na krzaku obok którego przejeżdżaliśmy zobaczyłam coś świecącego. Zatrzymałam Fijera i kiedy zsiadłam rozpoznałam tą rzecz od razu: była to obroża mojej Nuki z błyszczącym jej imieniem. Po moich policzkach momentalnie spłynęły łzy, ale moim oczom ukazały się odciski psich łap na drodze. Od razu ruszyliśmy po nich. Nawoływaliśmy Nukę coraz głośniej i w pewnym momencie usłyszeliśmy ciche skomlenie. Podałam Cole'owi Fijera i jak poparzona rzuciłam się w krzaki w poszukiwaniu mojej psinki. Okazało się, że moja sunia utknęła głową między korzeniami i nawet ja nie byłam w stanie jej pomóc. Kiedy Nuka mnie zobaczyła zaczęła radośnie machać ogonkiem, a ja zawołałam Cole'a. Chłopak szybko wydostał suczkę z "sideł", a ona momentalnie rzuciła się z miłości na niego i na mnie. Na całe szczęście nic jej się nie stało tylko najadła się nerwów, podobnie jak ja.
Szczęśliwie wszyscy wróciliśmy do akademii. Kiedy wraz z chłopakiem poszłam do stajni odprowadzić konie suczka nawet na moment nie odchodziła od mojej nogi tak samo było w czasie podróży powrotnej. Byłam taka szczęśliwa, że nic jej się nie stało. Kiedy wracaliśmy już do pokoi było już grubo po 24. Byłam bardzo zmęczona, ale dalej zastanawiałam się co moja suczka robiła w lesie tak daleko od akademii. Cole też się nad tym zastanawiał, ale chyba nie było nam to dane wiedzieć. Kiedy byliśmy już pod pokojami podziękowałam mu i wyściskałam go ze wszystkich stron. Gdyby nie on nie znalazłabym mojej Nuki nigdy.

+60PD

czwartek, 10 sierpnia 2017

Od Blair - Zadanie 6

Dzisiejszego dnia obudziłam się zaskakująco wcześnie. Kiedy spojrzałam na ekran telefonu widniała dopiero godzina wpół do ósmej. Aż sama byłam zdziwiona swoim zachowaniem, ponieważ z reguły śpię do południa, ale tym razem zwlekłam się z łóżka i na dzień dobry zapaliłam mojego ulubionego black devila. Podeszłam do lustra i kiedy w nie spojrzałam zaśmiałam się sama z siebie. Wyglądałam tragicznie, wory pod oczami miałam praktycznie pod połowy policzków. Wzięłam telefon i odruchowo sprawdziłam instagram. Zabrałam Nukę na spacer i w trakcie zadzwoniłam do mojego brata żeby opowiedzieć mu o tym miejscu.
Po powrocie do pokoju doszłam do wniosku, że świetnym pomysłem byłoby wybranie się w poranny teren i zapoznanie się z okolicą. Nie znałam tego miejsca najlepiej, ale uznałam, że nie będę nikogo pytać o nic, ani prosić o pomoc. Ubrałam się w miarę szybko w luźny strój jeździecki i udałam się do
stajni. Idąc między boksami doszłam do wniosku, że nie będę stresować Fijera od razu biorąc go w teren w obcym miejscu. Weszłam do boksu ogierka i przytuliłam go na powitanie. Fijero zarżał, a ja pocałowałam go w chrapki i szepnęłam mu parę słówek na ucho. Dałam mu kilka smakołyków i wyszłam z boksu, a potem ze stajni kierując się w stronę tej dla koni akademickich. To był najlepszy pomysł na jaki mogłam teraz wpaść, ponieważ te konie są spokojne i dobrze znają te tereny więc nie musiałam się martwić. Kiedy znalazłam się już w stajni nie mogłam się zdecydować, ale ostatecznie wybrałam śliczną gniadą klacz - Arystokratkę. Przyniosłam jej sprzęt i oporządziłam ją spokojnie. Było to bardzo przyjemne ponieważ klacz była bardzo grzeczna.
Kiedy już obie byłyśmy gotowe wyszłam ze stajni kierując się w stronę ścieżki prowadzącej do lasu. Było bardzo rześko i dość pochmurnie. W końcu dosiadłam Arystokratki, wyciągnęłam telefon puściłam muzykę i zapaliłam papierosa ruszając żywym stępem. Trzymałam się głównego szlaku i nie zjeżdżałam na boczne dróżki. W końcu ruszyłam kłusem i zagalopowałam, miałam wrażenie, że ścigałam się z wiatrem to było cudowne uczucie. Świetnie dogadywałam się z klaczą, bardzo dobrze reagowała na moje sygnały i wykonywała polecenia w stu procentach. Nagle zauważyłam przeszkodę crossową, na którą bez namysłu ruszyłam. Arystokratka aż rwała się do skoku. Przeskoczyłyśmy ją
bez większych trudności i ruszyłyśmy dalej przed siebie dzikim galopem. Nawet nie zauważyłam kiedy zboczyłyśmy z wyznaczonej ścieżki. Czułam się taka wolna i szczęśliwa, ale nie trwało to długo. Nagle klacz zaczęła się wyrywać i pędzić do przodu jak poparzona. Chwilę musiałam się z nią posiłować żeby uspokoiła się.
Kiedy udało mi się zmusić konia do zwolnienia zauważyłam na naszej drodze uroczego liska. Niestety tylko dla mnie był on uroczy, ponieważ klacz stanęła dęba na widok jego rudej kity. Spadłam dosyć mocno uderzając głową o ziemię. Gdy w końcu zorientowałam się co się wydarzyło po Arystokratce nie było już śladu. Zostałam tylko ja i ten lis. Zwierze nie było agresywne, popatrzyło na mnie obojętnym wzrokiem i uciekło w krzaki. Podniosłam się z ziemi i zauważyłam krew na ścieżce. Niestety upadłam bardzo niefortunnie rozcinając sobie łuk brwiowy. Zaczęło mi się kręcić w głowie więc znowu usiadłam na ziemi i wyciągnęłam telefon. Oczywiście okazało się, że nie mam zasięgu. "Ku*wa" pomyślałam. Nie wiedziałam co mam zrobić, nie miałam pojęcia gdzie jestem, ani gdzie jest Arystokratka więc ledwo wstałam i ruszyłam przed siebie bez celu.
Szłam tak przez ponad dwie godziny. Byłam coraz bardziej zmęczona, a głowa bolała mnie i krwawiła coraz bardziej. Musiałam znaleźć konia, nie wyobrażałam sobie powrotu do akademii bez Arystokratki tym bardziej, że nawet nie wiedziałam jak tam wrócić. Wszystkie drogi zlewały mi się i zaczynałam się zastanawiać czy nie chodzę w kółko. Byłam na siebie wściekła, że nie powiedziałam nikomu o tym że wyjeżdżam. Teraz mogą nawet nie zorientować się, że mnie nie ma w końcu jestem nowa i mało kto mnie kojarzy. W końcu udało mi się dojść do jakiegoś rozwidlenia i zgodnie z intuicją wybrałam ścieżkę w prawo. Został mi już ostatni papieros z paczki więc zapaliłam go i poszłam przed siebie.
Niestety droga, którą sobie wybrałam była ślepą uliczką. Byłam tak zirytowana, że zaczęłam krzyczeć wszystkie przekleństwa jakie były możliwe, nawet po szwedzku. Doszło do tego, że łzy zaczęły lecieć po moich policzkach ze złości. Stałam jeszcze chwilę przed krzakami, które kończyły drogę i kiedy miałam zawracać z powrotem usłyszałam za nimi ciche drżenie. Serce zaczęło mi bić mocniej i od razu rzuciłam się na nie. Przedostanie się przez tą gęstwinę nie było takie łatwe, ale kiedy mi się to udało ujrzałam przepiękny widok na ogromne jezioro i akademię. Uradowałam się jeszcze bardziej kiedy zobaczyłam moją zaginioną klacz pasącą się wesoło nad brzegiem jeziora. Podeszłam do niej i przytuliłam ją z całej siły. Od razu wsiadłam i ruszyłam szybko w stronę szkoły.
Kiedy w końcu wjechałam na brukowaną uliczkę ucieszyłam się niesamowicie. Wiedziałam, że ten cały wyjazd w teren to był zły pomysł. Podjechałam pod stajnię i od razu podeszły do mnie jakieś trzy dziewczyny.
- Ej wszystko w porządku?! Krwawisz strasznie mocno! - powiedziała jedna
- Tak nic mi nie jest. Miałyśmy drobne przygody z Arystokratką, ale już dobrze. - powiedziałam uśmiechając się i pomijając wszystkie szczegóły
Dziewczyny wyglądały na przerażone, a ja zabrałam klacz do stajni. Rozsiodłałam ją i zostawiłam w boksie. Kiedy szłam już w stronę gabinetu pielęgniarki dziewczyny, które poznałam dotrzymywały mi towarzystwa. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze i mogłam uznać ten dzień za udany.

+70PD

czwartek, 3 sierpnia 2017

Od Aithne cd. Aherna + zadanie 6

Kiedy zbiegałam ze schodów, dopadła mnie refleksja – czy to przypadek, że tak często go spotykałam…? Jednak wzruszyłam ramionami; twierdziłam, że prawie całe życie to przypadek, że nie jest poukładane z góry i zawsze można coś zmienić.
Znaczy… w większości sytuacji. Czasami było po prostu za późno.
Na przykład: kupno Rhysa. Już było za późno i drugiego takiego bym nie spotkała, chociaż nie wiedziałam, jakbym chciała. I z drugiej strony – kupiłam go i zapewne nie miałabym serca, żeby odsprzedać. Oj nie.
W drodze do stajni założyłam kask, bo miałam plan wybrać się na miłą przejażdżkę. Na szczęście nie było bardzo gorąco, ale i tak czułam, jak przegrzewają mi się stopy w wysokich oficerkach – starałam się ignorować to uczucie, wsłuchując w chrzęst żwiru, po którym szłam.
Spojrzałam jeszcze na padok, sprawdzając, czy gdzieś tam wesoło nie hasał Rhys, jednak go nie zauważyłam. Pomyślałam, że pewnie jest w boksie, zapewne coś jedząc.
Miałam do przejścia jeszcze paręnaście metrów. Rozglądałam się wokół, wyłapując każdy, nawet najdrobniejszy hałas: szum liści albo cichy śpiew ptaków w oddali także nie uciekły mojej uwadze. Jednak kiedy rozległ się przede mną inny, niesłyszany dźwięk, drgnęłam w przestrachu i szybko podniosłam wzrok.
Uniosłam brwi, jednocześnie nieco się uśmiechając. Przed sobą zobaczyłam nikogo innego, jak Ahern – coś często ostatnio się spotykaliśmy. Nie zdążyłam wyłapać, co konkretnie zrobił, że wydał taki hałas, nie zastanowiłam się nawet zbytnio, bo nogi same poniosły mnie do przodu.
– Ahern, zaczekaj! – zawołałam, przyspieszając kroku.

No cóż, raz się żyje, pomyślałam.

Chłopak podniósł na mnie wzrok. Teraz zauważyłam, że miał w dłoni wiadro i najwyraźniej to ono mu spadło – miałam wielką ochotę zapytać, na jakiego grzyba mu potrzebne wiadro, skoro paszarnia jest po drugiej stroni stajni, ale postanowiłam zostawić ten temat bez pytań i odpowiedzi. Zanim stanęłam w miejscu, wypaliłam:
– Jesteś zajęty?
Spojrzał na mnie zaskoczony. Zdałam sobie sprawę, co powiedziałam – czy raczej o co zapytałam – westchnęłam, zastanawiając się nad własną głupotą. O, i nad tym, czy kiedykolwiek poprawię któreś tam wrażenie.
– Jeeju, sorry, nie w tym znaczeniu. Pierwotnie miałam zapytać o to, czy masz coś teraz do roboty… Znaczy… czy masz jakieś zajęcie? Teraz, za chwilę i na jakieś… właściwie to nie wiem na ile – mówiłam, żywo gestykulując.
Zastanowiłam się chwilę, czy w ogóle zrozumiał coś z mojej paplaniny i już otwierałam usta, żeby coś powiedzieć, jednak je zamknęłam słysząc kolejne słowa:
– Teraz? Raczej nic – wzruszył ramionami – a o co chodzi?
Właśnie, właściwie o co chodziło?
– Hmm… Teoretycznie chciałam wybrać się na przejażdżkę, a samemu to tak trochę smutno – odparłam. – Więc widząc cię, pomyślałam, że miło by było trochę się oderwać od tych szarych gmachów akademii i popodziwiać dzikie przestrzenie lasów… – urwałam. – Za dużo mówię, prawda?
Ahern się uśmiechnął.
– Wcale – zaśmiał się. – A praktycznie co chciałaś?
Zmarszczyłam brwi, zbita z tropu. Sarkastycznie uniosłam kąciki ust.
– Praktycznie? Pewnie to samo – odparłam. – To jak… poświęcisz chwilę czasu na spacer po lesie?
Chłopak skinął głową i powiedział, że musi jeszcze coś zrobić. W czasie czekania na niego postanowiłam osiodłać Rhysa, więc ruszyłam w stronę jego boksu; zauważyłam, że i tam go nie było, więc widząc jednego ze stajennych, zapytałam:
– Gdzie jest Rhys?
Mężczyzna podniósł na mnie wzrok, podrapał się po głowie i odparł:
– Weterynarz. Jeśli chcesz gdzieś jechać, to tylko na koniach akademickich. – Po czym wrócił do pracy, nie czekając na moją odpowiedź.
Zamknęłam oczy, głęboko wzdychając.
– Serio? – mruknęłam na tyle cicho, żeby stajenny nie miał możliwości usłyszenia. – TYLKO Rhys? Akurat dzisiaj?
No nic. Przeszłam wśród boksów koni, by wybrać tego, na którym miałam jechać – kasztan, obok którego przechodziłam, przyjaźnie prychnął, więc cofnęłam się i przeczytałam jego imię.
– Forest – wyszeptałam, wchodząc do jego boksu. Spojrzałam ogierowi w oczy i pogłaskałam po czole, jednocześnie zastanawiając się, czy będzie dobrym koniem do wyjścia w teren.
Wychyliłam się, by ściągnąć z wieszaka ogłowie z imieniem konia. Założyłam mu je, ale nie obyło się bez potrząsania łbem, więc próbowałam być cierpliwa. W porę odchyliłam głowę, kiedy ogier zarzucił łbem prosto w moją stronę. Westchnęłam.
– Ktoś tu potrzebuje egzorcysty – zauważyłam, uśmiechając się.
Po czasie, który wydał mi się wiecznością, wyprowadziłam Foresta z boksu i ruszyłam z nim do siodlarni. Upięłam go, po czym wzięłam się za szczotkowanie – paręnaście minut potem skończyłam, a ogier stał z założonym na siebie siodłem i czaprakiem. Znaczy, oczywiście w odwrotnej kolejności.
Kiedy w końcu stanęłam na trawie w oczekiwaniu na pojawienie się Aherna, zobaczyłam, że jeden ze stajennych prowadził do stajni Rhysa – wałach, jak tylko mnie zauważył, zarżał głośno, najwyraźniej myśląc, że dopuściłam się zdrady. Uśmiechnęłam się, czując gorący oddech Foresta na karku. Rhys zniknął za drzwiami, a chwilę później usłyszałam dźwięk zamykanych drzwi boksu.
Teraz było za późno, by zmienić konia. Przykro mi, Rhys, pomyślałam ironicznie.
W końcu zobaczyłam wychodzącego ze stajni Aherna razem z Fireproofem. Widziałam, jak ten pierwszy spojrzał z zaskoczeniem na Foresta, więc szybko wyjaśniłam:
– Rhys miał wizytę z wetem, musiałam zatem wziąć konia ze stajni – padło na czteroletniego Foresta, jak widać – powiedziałam, głaszcząc konia.
Ahern skinął głową, o nic więcej nie pytając. Westchnęłam cicho.
Nim się obejrzałam, już stępowaliśmy po lesie, prowadząc luźną pogawędkę na wszelkie tematy, jakie się napatoczyły. Ahern rzucał całkiem zabawne żarciki, od których nieraz oboje wybuchaliśmy śmiechem – po pewnym czasie rozmowy zaschło mi w gardle i musiałam mówić jakoś dziwnie, chrapliwie, ale trudno.
Nagle zobaczyłam, że na wysokości głowy Aherna pojawiła się sporych rozmiarów gałąź. Zanim do niej dojechał, szybko powiedziałam:
– Schyl się.
Ten spojrzał przed siebie, niestety, za późno. Głową uderzył w gałąź, czy raczej na odwrót, mrużąc oczy – wciąż nie mogłam się nie uśmiechnąć, widząc jego minę przez parę następnych kroków. Po chwili spoważniałam i zapytałam:
– Nic ci się nie stało?
Jednak nie odpowiedział, zajmując się wypluwaniem liści z ust. Zaśmiałam się.
– To tylko liście.
Ahern posłał mi posępne spojrzenie. Przybrał normalny wyraz twarzy.
– To nie ciebie zaatakowały liście…
Uniosłam brwi w udawanym zdziwieniu. Zaatakowały go liście. Ciekawe.
– Liście nigdy nikogo nie atakują same z siebie, ktoś musi zacząć, inaczej nie zaatakują – odparłam filozoficznym tonem. – A poza tym, too… – urwałam.
Forest postawił uszy. Podniosłam wzrok – przed sobą ujrzałam lisa szczerzącego na nas zęby. Poczułam, jak zaczęło szybciej mi bić serce. Lis się zbliżał, próbowałam sobie przypomnieć, co robić w takich sytuacjach…
No, przede wszystkim nie przestraszyć się lisa. Ale było za późno.
Forest stanął dęba, zrzucając mnie na ziemię. Na nieszczęście but zaklinował mi się w strzemieniu – myślałam, że serce mi stanęło, czując, jak ogier ciągnie mnie parę metrów po ziemi. Poczułam ogromną ulgę, kiedy but po ostatnim szarpnięciu w końcu się uwolnił, ale Forest pogalopował dalej. Zastanawiało mnie tylko, gdzie zmył się ten przeklęty lis, sprawca całego zamieszania.
Pomyślałam, że musiałam wyglądać przekomicznie, tak ciągnięta po ziemi – ale trudno. Jeszcze chwilę leżałam w głębokim szoku, aż nagle oparłam się ręką o podłoże, drugą przecierając sobie pobieżnie twarz. Usłyszałam kroki, więc odwróciłam delikatnie głowę, czując nieprzyjemny ból w szyi.
– Nic ci nie jest? – zapytał Ahern z troską. Podbiegł do mnie i przykucnął.
– Bywało gorzej – mruknęłam, po czym szarpnęłam się i wstałam.
Oprócz bólu w szyi nie poczułam żadnych większych problemów, więc odetchnęłam z ulgą. Mogło mi się stać coś o wiele gorszego, jednak me sławne szczęście jak zwykle dopisało. Oparłam się plecami o drzewo.
– Na pewno nic ci nie jest? – upewniał się Ahern.
Posłałam mu poirytowane spojrzenie.
– Nic, naprawdę – powiedziałam z naciskiem. – Widziałeś, w którą stronę pobiegł Forest? Jak się zgubi, będzie na mnie…
– Poszukam go. Ty idź.
Machnęłam lekceważąco ręką. Miałam ochotę wypowiedzieć jakąś kąśliwą uwagę, jednak się powstrzymałam. Spojrzałam na leśną ściółkę – zobaczyłam ślady podków, byłam pewna, że świeże, więc ruszyłam za nimi.
– Jak chcesz, możesz mi pomóc. – Nawet nie odwróciłam się, uważnie śledząc odciski.
Nagle ślady się urwały – stanęłam w miejscu, kręcąc się w kółko jak jakiś przygłup i wypatrując konia. Nie mógł uciec daleko, tego mogłam być pewna. Wytężyłam słuch, próbując wykryć chociaż najcichszy szelest, jednak jedynym, co słyszałam, były kroki Aherna na Fireproofie – wiedziałam, że dźwięk wydawany przez Foresta będzie się różnił.
Ściągnęłam kask i przeczesałam włosy, w których znalazłam mnóstwo drobinek ziemi. Nie chcąc dalej myśleć o stanie warkocza, założyłam kask z powrotem i znów wysłuchiwałam. Nie słyszałam ani nie słyszałam niczego – wiedziałam, że jeśli zgubię tego konia, będę musiała zapłacić.
Zastanawiałam się tylko, czym. Może woda wystarczy…
– Tutaj jest! – usłyszałam głos Aherna i od razu poderwałam się, by pobiec w stronę głosu.
Odetchnęłam z ulgą, kiedy zobaczyłam Foresta trzymanego przez Aherna – posłałam mu pełne wdzięczności spojrzenie, po czym przejęłam wodze. Pogłaskałam konia po łbie, widząc, że jeszcze jest trochę przestraszony.
– Cii… Już dobrze – szepnęłam mu prosto do ucha, po czym się odwróciłam. – Dzięki, gdyby nie ty, to… nawet nie chcę sobie wyobrażać, co by się stało – powiedziałam cicho do Aherna, delikatnie się uśmiechając. – I przepraszam za zmarnowany czas. Nie wiedziałam, że będzie tutaj ten lis, równie dobrze tobie mogło się coś stać – dokończyłam, ściągając usta.
– E tam, nie ma sprawy – odpowiedział Ahern. – Wracamy?
Skinęłam głową, usadzając się w siodle Foresta. Miałam szczerą nadzieję, że do wjazdu do akademii nic się nie wydarzy – na całe szczęście tak też było. Kiedy w końcu dojechaliśmy i rozsiodłałam Foresta, po czym odprowadziłam go do boksu, rozglądnęłam się, szukając zegarka – była pora podwieczorku. Odwróciłam się do Aherna i powiedziałam:
– Nie wiem, jak ty, ale ja po tym wszystkim zgłodniałam.

Ahern?

Notka dla administracji: 1512 słów

niedziela, 16 lipca 2017

Od Harry'ego cd. Isabelle i zadanie 7

Niall wyłożył się wygodnie na łóżku i wpatrywał się we mnie z tym swoim głupkowatym uśmieszkiem przyklejonym do twarzy. Chyba naprawdę liczył na to, że będę mu się spowiadał z tego, co tu robię tak wcześnie i dlaczego byliśmy razem pod łóżkiem. W sumie to lepiej, że zastał nas pod nim, niż na nim, chociaż...
- Jakim cudem wstałeś tak wcześnie? - Spróbowałem trochę zmienić temat, tym bardziej, że cholernie mnie zastanawiało, co on robi o tej porze na nogach.
- Po pierwsze mam psa, który wyraża potrzebę wyjścia koło godziny siódmej rano. Po drugie jadę zaraz z Charlie do miasta, a po trzecie - tu zrobił chwilę przerwy i poruszył brwiami - nie zmieniaj tematu.
- A czy ja zmieniam temat?
- Tak! Wciąż czekam na relacje z dzisiejszej nocy!
- Niall. - Spojrzałem na niego ostrzegawczo.
- Harry - odpowiedział mi tym samym, a zaraz potem poduszka uderzyła prosto w jego głowę - dobra, nie chcesz mówić to nie, ale i tak się wszystkiego dowiem. Jak twoje przygotowania do konkursu? Pani Ruby chce żebyśmy dzisiaj przyszli pomoc w strojeniu sali.
- Jakiego konku... o cholera! - jęknąłem, przypominając sobie o co chodzi.
Jutro w naszej akademii odbywa się konkurs talentów, na który przyjedzie jeszcze sporo osób spoza Morgan Univeristy, więc konkurencja będzie spora, a pani Ruby bardzo zależało na moim udziale. Nie mogę teraz wyjechać, ale też nie mogę tu zostać, cholera! Isabelle jest dla mnie o wiele ważniejsza, niż jakiś tam konkurs i.. w sumie właśnie uświadomiłem sobie, że bardzo mi na niej zależy. Taka jest prawda i chyba już nie mam zamiaru tego ukrywać.
- Przestań tak myśleć, bo się przegrzejesz.
- Co ty pierdzielisz? - Spojrzałem na niego, marszcząc brwi.
- W sumie to nie wiem - zaśmiał się - ale ty siedzisz tutaj taki zamyślony, aż się ciśnie by powiedzieć jak kocha to wróci, ale Isabelle poszła tylko do łazienki, więc pewnie zaraz wyjdzie.
- Nie wiem czy wiecie, ale tu za ścianą wszystko słychać! - Rozległ się głos dziewczyny.
- Mrr, to chyba kiedyś schowam się tam na noc! - odkrzyknął Niall.
- Kopiesz sobie grób - mruknąłem, pocierając palcami skronie.
- Aj tam, nie przesadzaj. Chyba masz teraz większe zmartwienia z tym konkursem.
- Właśnie mam większe zmartwienia niż ten durny konkurs. Muszę powiedzieć pani Ruby, że mnie na nim nie będzie.
- Człowieku, albo ona cię zabije, ale każe mi to zrobić!
- Niall, dupku! Rozumiesz, że nie mogę?! Muszę wyjechać.
- Przecież specjalnie napisałeś piosenkę na tą okazję! - zawołał - Muszą ją usłyszeć!
Zaraz potem zaskrzypiały drzwi od łazienki i pojawiła się w nich Isabelle. Nie czułem się zobowiązany do podjęcia jakiejś decyzji, bo doskonale wiedziałem, co jest dla mnie ważniejsze.
- Jeżeli chodzi o ten konkurs - zaczęła - To możesz wziąć w nim udział, najwyżej wyjedziemy zaraz po nim.
- Wyjeżdżacie gdzieś? - Niall wyszczerzył się i poruszył zabawnie brwiami.
- Tak.
- Nie - odpowiedziała Isabelle, w tym samym czasie co ja.
- Nie - poprawiłem się, a dziewczyna zrobiła to samo, odpowiadając tak.
- Dobra, dobra, nie będę dopytywał - zaśmiał się, wstając z łóżka - Szykuje się romantyczny wyjazd!
Chłopak wybiegł szybko z pokoju, prawdopodobnie obawiając się, że zaraz oberwie od któregoś z nas i głośno trzasnął drzwiami.
- O której zaczyna się ten konkurs? - spytała, siadając obok mnie.
- To i tak bez znaczenia. - Wzruszyłem ramionami. - Jutro rano wylatujemy na wakacje.
- Harry, zapytałam o coś. - Wywróciła oczami.
- A ja odpowiedziałem. Jutro wylatujemy, chyba, że wolisz popłynąć, mi to nie robi różnicy.
- Czemu się tak denerwujesz?
- Nie denerwuję się! Po prostu wyjazd jest ważniejszy, niż ten konkurs. Bardziej liczy się dla mnie, żebyś ty była szczęśliwa, niż pani Ruby - mruknąłem.
- Obiecałeś jej, więc się z tego wywiążesz, poza tym i tak jeszcze nie kupiliśmy biletów, więc nie ma problemu, żeby wyjechać trochę później.
- Jest problem i to duży, bo nie wiemy kiedy on się tu pojawi.
- Schowam się w twojej szafie - mruknęła zirytowana - tam nie będzie mnie szukał, a zaraz jak zakończy się konkurs, wymknę się z niej po cichu i wyjedziemy, okej?
- Czemu tak zależy ci na tym konkursie?
Zaczynało mnie już denerwować to, że Isabelle spychała swoje potrzeby na drugi plan. Doskonale wiedziała, że jej ojciec może się tu już niedługo pojawić, a mimo to chciała zaczekać i pojechać po występach. Uznała, że skoro już się do tego zobowiązałem, to powinienem dotrzymać słowa i pomóc w organizacji jak i wziąć udział w konkursie. Nie chciałem, ale.. kazała mi.
~~*~~*~~
Wczoraj do późnego wieczora stroiliśmy salę, przygotowaliśmy dokładne listy uczestników i dokończyliśmy scenariusz dla prowadzących. Mój udział w konkursie talentów, polegał na wystąpieniu w momencie narady jury. Podobno wiele osób zgłosiło się tylko dlatego, że w planie był również występ znanych osób. Miałem już dość tego i chciałem jak najszybciej opuścić Morgan, byle ominąć nieprzyjemne dla Isabelle spotkanie. Dziewczyna ciągle udawała wyluzowaną i spokojną, a tak naprawdę cały czas się obawiała, że jednak nie zdążymy. 
- Spakowana? - Spytałem, wchodząc do jej pokoju.
- Harry.. - jęknęła - Która godzina? 
- Za kwadrans pierwsza.. dlaczego ty jeszcze leżysz w łóżku?
Nie ukrywam, że zdziwiła mnie nieobecność Isabelle na śniadaniu, ale sądziłem, że po prostu nie miała na nie ochoty. 
- O której zasnęłaś? - Zmarszczyłem brwi, siadając obok niej.
- Nie wiem, późno. Jakoś nie mogłam zasnąć. - Wzruszyła ramionami.
- Mówiłem, żebyśmy wyjechali szybciej. Wiesz dlaczego nie mogłaś zasnąć? Bo się martwiłaś, że przyjedzie szybciej! Właśnie dlatego chciałem jechać od razu.
- Zluzuj majty, Harry - mruknęła, przykrywając głowę poduszką.
- Nie próbuj mi teraz wmówić, że się nie boisz.
- Nie boję się, bo zdążymy - westchnęła.
- Isabelle, przecież widzę, że tak nie jest - jęknąłem, zabierając jej poduszkę.
- Patrz, mucha! - zawołała, wskazując na sufit.
Powędrowałem wzrokiem za jej dłonią i faktycznie zauważyłem, jak po jej pokoju lata mały, ale cholernie denerwujący owad.
- Nie będę jej łapał, bo jeszcze wybiję okno, a ty nie zmieniaj tematu.
- Okej, zgoda. Boję się jak cholera! Obawiam się, że jak tylko wyjdę z pokoju, to go tam zobaczę, że będzie na mnie czekał. Nawet nie wiem czy go poznam, widziałam go jedynie na zdjęciu sprzed kilkunastu lat. 
W jej oczach pojawiły się łzy, a ja od razu pożałowałem, że tak bardzo chciałem, żeby się do tego przyznała. Bez słowa objąłem Isabelle, a ona niepewnie odwzajemniła uścisk. 
- Przepraszam. Dokończ się pakować, jedziemy na lotnisko, od razu po moim występie - szepnąłem i pocałowałem ją w czoło. 
~~*~~*~~
Muszę przyznać, że nie brakowało tu innych talentów niż śpiew i taniec. Ktoś recytował, inny bawił się w iluzjonistę, a jeszcze inny w gimnastyka. Kilka osób nawet podeszło zrobić sobie ze mną zdjęcie.
Usiedzieliśmy z Isabelle w pierwszym rzędzie, skąd mieliśmy dobry widok na scenę, jak i wejście do sali. 
- Spakowałeś bilety? - spytała, jednocześnie odwracając moją uwagę od drzwi wejściowych. 
- Mam je w bagażu podręcznym, spokojnie. 
- Hotel też zarezerwowałeś? 
- Isabelle, czy wyglądam ci na osobę, która robi wszystko w ostatniej chwili i zapomina o najważniejszych rzeczach?
- Muszę odpowiadać na to pytanie? - zaśmiała się. 
- Chyba wolę nie znać odpowiedzi - westchnąłem.
Gdy ostatnia z osób skończyła tańczyć, prowadzący zapowiedzieli mój występ. Chciałem mieć to już za sobą i móc wreszcie stąd wyjść. W ostatniej chwili zmieniłem piosenkę, którą miałem wykonać. W pierwszej wersji miała być to nowa, której  jeszcze nikt nie słyszał, jednak uznałem, że wymaga ona jeszcze kilku poprawek. Co prawda, spędziłem nad nią sporo czasu, a ciągle czegoś mi w niej brakowało. 
Zdecydowałem się na Kiwi, piosenka ostatnio spodobała się Isabelle, więc mój wybór nie był nieuzasadniony. 
Wyszedłem na scenę, a na sali rozległy się głośne brawa. Próbowałem się jakoś rozluźnić, jednak stres wziął nade mną górę. Dopiero gdy rozległy się pierwsze dźwięki muzyki, udało mi się odrobinę zapomnieć o największym, aktualnym zmartwieniu.


Such a pretty face, on a pretty neck
She's driving me crazy, but I'm into it, but I'm into it
I'm kinda into it
It's getting crazy, I think I'm losing it, I think I'm losing it

- Dziękuję! - zawołałem, zaraz po skończeniu piosenki i od razu zszedłem ze sceny. 
Isabelle wyszła razem ze mną, a tuż przy samych drzwiach, zatrzymała nas pani Ruby. 
- Nie zaczekacie na rozdanie nagród? - spytała smutno.
- Nie możemy się spóźnić na lotnisko.
- Dobrze, rozumiem. Bardzo ci dziękuję, Harry, że zgodziłeś się wystąpić. Miłego wypoczynku wam życzę. - Uśmiechnęła się serdecznie. 
Wychodząc z sali, wyminęliśmy jakiegoś mężczyznę. Każda nieznana mi osoba, była dla mnie podejrzana, a w momencie, gdy usłyszałem jak pyta panią Ruby o Isabelle Ghate Mortensen nie miałem już żadnych wątpliwości, że to właśnie ten człowiek, przed którym dziewczyna chce się ukryć. 



Isabelle? 

niedziela, 2 lipca 2017

Od Edwarda - Zadanie 6

Obudził mnie budzik w telefonie, był ustawiony na siódmą. Wyłączyłem go niechętnie i przetarłem zaspanym ruchem oczy. Leżałem na plecach, gapiąc się w sufit. Był tak bardzo interesujący, bardziej niż świat rzeczywisty. Podniosłem się do siadu i wziąłem telefon do ręki. Włączyłem Facebooka, przeglądając najnowsze posty znajomych. Każdy jak zawsze na wakacjach. Odpaliłem Youtube i włączyłem jakąś muzykę. Natrafiło mi się na "Every breath you take" Minor Key version. Lubiłem tą piosenkę. Z chęcią przystąpiłem do porannej rutyny. Założyłem czarne dresy i granatową koszulkę.  Przeczesałem włosy i je ułożyłem, z rana zawsze wyglądały jakby po nich burza przeszła. Wróciłem do pokoju. Haani dalej spała. Podłączyłem telefon do ładowarki i udałem się na stołówkę. Wziąłem tackę z jedzeniem i usiadłem przy wolnym stole. Na śniadanie była owsianka, nawet znośna. Zaraz dosiadło się do mnie parę osób, których nawet nie znałem. Jadłem w ciszy, a gdy skończyłem, odłożyłem tackę i wyszedłem ze stołówki. Chciałem dzisiaj dać Hunterowi odpocząć, więc postanowiłem pojechać w teren na jednym z koni stajennych. Wszedłem do stajni szukając jakiegoś ogierka. Patrzyłem na tabliczki, aż moją uwagę przykuł 4-letni Gal. Piękny ogierek. Wziąłem uzdę z wyszytym imieniem ogiera i założyłem mu ją. Wyprowadziłem go z boksu i zaprowadziłem do siodlarni. Przywiązałem go i poszedłem po siodło i resztę. Zarzuciłem na niego czaprak i siodło. Zapinając popręg, poklepałem go po szyi. Jak narazie był bardzo spokojny. Przy zawiązywaniu owijek stał spokojnie i nawet się nie ruszył. Z chęcią przyjął wędzidło. Skończyłem zakładanie uzdy i wprowadziłem go na dwór. Gdy na niego wsiadałem, ruszył trochę do przodu. Nie przeszkadzało mi to jednak zbytnio. Ruszyłem stepem w stronę lasu. Gal szedł spokojnie, nie zwracając uwagi na otoczenie. Może był trochę rozkojarzony, ale to tylko trochę. Przyśpieszyłem do kłusu, jadąc znanymi mi drogami. Nie chciałem wjeżdżać za głęboko w las. Zaczęliśmy trochę galopować, nie za szybko. Koń sam nie przyśpieszał, ani nie zwalniał. Trasa była wręcz idealna, tak samo jak koń. Zwolniłem do kłusu. Przejechaliśmy przez rzekę, gdy nagle coś wyskoczyło z krzaków. Gdy zauważyłem tylko rudy kolor, od razu wiedziałem, że był to lis. Koń przestraszył się zwierzęcia i zaczął wierzgać i stawać dęba. Starałem się utrzymać, lecz w pewnym momencie wierzgnął tak, że już się nie utrzymałem i spadłem. Koń zaczął uciekać, a ja patrzyłem się tylko za nim jak odbiega. Złapałem się drugą ręką za rękę. Spadłem akurat na prawą rękę, trochę boli ale to normalka. Słyszałem jeszcze ciche uderzenia kopyt o ziemię. Potem będę musiał jeszcze szukać konia. Spojrzałem się na lisa, który powoli zbliżał się w moją stronę. Zauważyłem za nim cztery małe lisy. No to teraz wkurzyłem mamusię lisków. Chwyciłem dość duży kamień obok mnie i rzuciłem go obok lisa z nadzieją, że choć to go spłoszy. Wstałem szybko, a rzut kamieniem jeszcze bardziej rozzłościł lisa. Samica rzuciła się na mnie, a ja starałem się uciekać. Po paru minutach, lis odpuścił sobie dalszej gonitwy i wrócił do swoich małych. Oparłem się o drzewo, zapominając o ucieczce konia. Zjechałem po drzewie na dół, siadając na ziemi. Złapałem się za głowę przypomnając sobie o koniu. Szybko zerwałem się z ziemi. Zacząłem gwizdać z nadzieją, że to przywoła konia. Po paru minutach stania jak debil i gwizdania, odpuściłem sobie i postanowiłem go poszukać. Ruszyłem w kierunku miejsca, gdzie Gal się spłoszył i uciekł. Na szczęście nie było już tam lisów. Zacząłem znowu gwizdach i zagłębiać się w las. Nigdzie go nie widziałem, ani nie słyszałem. W pewnym momencie usłyszałem trzeszczenie gałęzi i szarpanie się o coś. Bez namysłu ruszyłem w stronę dźwięku. Z każdym krokiem stawał się coraz głośniejszy, aż w końcu ujrzałem sylwetkę konia. Bez namysłu podbiegłem do niego i poklepałem po zadzie. Cudem uniknąłem kopnięcia w brzuch. Podszedłem bliżej, i zauważyłem, że wodzę od uzdy zawiązały się na gałęzi drzewa. O dziwo gałąź była tak mocna, że koń nie dał rady jej połamać. Odplątałem wodzę i pogłaskałem konia po pysku.
- Już dobrze. - powiedziałem cicho. Wyprowadziłem go z miejsca gdzie było dużo drzew i wprowadziłem go na ścieżkę. Pogłaskałem go jeszcze raz, tym samym go uspokajając i wsiadłem na niego powoli. Od razu ruszył do przodu. Musiałem być teraz uważny, bo Gal jest przestraszony i niespokojny. Ruszyłem kłusem w stronę akademii. Ból ręki dawał się trochę we znaki. Raczej jest tylko stłuczona, raczej... Z rozmyślań o ręcę wyrwał mnie nagle zaczynający galopować wierzchowiec. Udało mi się go jakoś zatrzymać. Teraz bał się wszystkiego, nawet szumu liści. Wolałem już jechać tylko stepem, by jeszcze bardziej go nie niepokoić. Gdy wyjechaliśmy z lasu, od razu zobaczyłem budynek akademi. Odetchnąłem z ulgą i zsiadłem z konia prowadząc go do stajni. Zdjąłem z niego sprzęt i zaprowadziłem do boksu. Dostał ode mnie parę smakołyków. Zaniosłem sprzęt do schowka i wolnym krokiem wróciłem do pokoju. Gdy włączyłem telefon, zobaczyłem, że jest już siedemnasta. No to trochę mi zajęła ta wyprawa w teren. Na rękę zrobiłem sobie okład lodem i przestało trochę boleć. Po mimo małego wypadku, uważam przejażdzkę za udaną, a konia uważam za naprawdę świetnego.

Zaliczone! 824 słowa - Edward dostaje 70 PD!