Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jules. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jules. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 lipca 2018

Od Julesa cd. Katji

- Jednak znam więcej słów po rosyjsku - zaśmiałem się, a dziewczyna mocniej przycisnęła kolano do moich pleców. Ma charakter, podoba mi się to. - Chyba lubisz dominować, co?
- Chyba lubisz być dupkiem - warknęła, jednak po chwili rozluźniła uścisk, dzięki czemu mogłem bez problemu wstać. Całe szczęście, że nie wrzuciła mnie w kałużę, znajdującą się jakiś metr od nas.
- Lubię. - Otrzepałem skórzaną kurtkę z resztek trawy i piachu, po czym spojrzałem z zadumą na nową. - Pomyślałem sobie, że zrobiłbym całkiem dobre wrażenie, gdybym pomógł ci z bagażami, ale teraz chyba się upewniłem, że bycie miłym nie popłaca.
Katja zmierzyła mnie wzrokiem, po czym wystawiła jedną z walizek w moją stronę. Głośno i wyraźnie oznajmiłem jej, że sięgam po jeszcze jedną, by nie narazić się na kolejny atak z tej strony. Naprawdę mnie tym zaskoczyła i szczerze mówiąc... zainteresowała. Gdy tylko wziąłem bagaż, przez krótką chwilę dane było mi zmierzyć się z jej morderczym spojrzeniem.
- Nie musisz mi w niczym pomagać, poradzę sobie sama. - Zmarszczyła brwi, wyjmując kolejną walizkę. Czy tylko ja przyjechałem tu z dwiema zasadniczo niewielkimi torbami? Być może dlatego, że cały bagażnik zapakowany był głównie rzeczami Hurricane, a moje zbiegły na zdecydowanie dalszy plan.
- Pomaganie ci to dla mnie czysta przyjemność. - Uśmiechnąłem się i poczekałem chwilę, aż zabierze się z częścią swoich rzeczy.
- W takim razie prowadź, jakże pomocny dupku. - Westchnęła ciężko, na co zareagowałem głośnym śmiechem. Spodobało mi się jej określenie wobec mojej osoby, słyszałem już wiele pseudonimów, wyzwisk i innych tego typu rzeczy, ale pomocnym dupkiem jeszcze nikt mnie nie nazwał.
- Proszę za mną - odpowiedziałem, kierując się w stronę ścieżki prowadzącej prosto do wejścia do akademika. Katja raczej niezbyt chętnie udała się za mną, próbując przy tym uporać się z niewspółpracującą walizką, której kółka ciągle skręcały w nieodpowiednią stronę. Próbowałem powstrzymać śmiech za każdym razem, gdy tylko spadała z dość wysokiego krawężnika, jednak muszę przyznać, że nie wychodziło mi to zbyt dobrze. Powstrzymywał mnie jedynie fakt, że prawdopodobnie rzuciłaby we mnie swoim bagażem, a wydaje mi się, że był on całkiem niezłą bronią.
Wewnątrz zatrzymaliśmy się jeszcze przy portierni, gdzie dziewczyna dostała swoje klucze do pokoju i dokładne instrukcje, gdzie ma się zgłosić po plan zajęć, regulamin i jakieś inne bzdety. Chciałem jak najszybciej skończyć zadanie zlecone mi przez panią Ruby i odrobinę oczyścić tym swoje ostatnie "wybryki" jak to mawia pan Stewart. Mógłbym wtedy spokojnie wrócić do nic nie robienia, albo.. albo nie wiem co, po prostu nie musiałbym udawać pomocnego ucznia i zająć się swoimi sprawami, chociaż nie ukrywam, że zaintrygowała mnie moja nowa koleżanka. 
- Wiesz już, w której będziesz grupie? - Spytałem, gdy zatrzymaliśmy się przy drzwiach z numerem pięć. Moja trzynastka nie jest aż tak daleko stąd.
- W drugiej - odpowiedziała, przekręcając kluczyk w zamku. Od razu wparowała do środka, nie zwracając większej uwagi na mnie. Podejrzewałem, że miała mnie dość, ale niestety - nie tak łatwo się ode mnie uwolnić.
- Czyli będziemy się dość często widywać. - Katja udała, że nie usłyszała mojej odpowiedzi i bez słowa wyszła z pokoju. Odłożyłem jej walizki koło łóżka i w moment dogoniłem ją na schodach. - Chciałaś przede mną uciec?
- Coś w tym stylu. Naprawdę musisz mnie oprowadzać i mi pomagać? Jestem w stu procentach przekonana, że świetnie poradziłabym sobie sama - mruknęła pod nosem.
- W to nie wątpię - odpowiedziałem, przypominając sobie jak jednym ruchem powaliła mnie na ziemię - jednak uznałem, że miło by było, gdybym ci pomógł.
- Mhm, ktoś ci kazał?
- Skądże. - Zmarszczyłem brwi i pokręciłem przecząco głową. - Dużo masz jeszcze do zaniesienia?
- Jedna torba i kot.
Oczywiście transportera z jej pupilem nie pozwoliła mi zanieść mimo, że od razu za niego złapałem. Rzuciła do mnie jakieś słowo po rosyjsku.. prawaliwaj, czy jakoś tak i zabrała zwierzaka mówiąc do niego coś niezrozumiałego dla mnie. A trzeba było słuchać na lekcjach rosyjskiego.


Katja?

wtorek, 26 czerwca 2018

Od Julesa cd. Lydii

- Tak ci się spodobałem, że aż tu za mną przyjechałaś? Jeśli zmieniłaś zdanie, to możemy jeszcze wrócić do tamtego hotelu. - Odwzajemniłem uśmiech, wciskając zapalniczkę do kieszeni. Wcześniej, tam  na balkonie, nie przyjrzałem się jej zbyt dobrze, jednak nie miałem wątpliwości, że to ta sama dziewczyna.
- Może innym razem. - Puściła mi oczko, przytrzymując dym w płucach, by po chwili móc powoli go wypuścić. Podczas gdy dziewczyna opuszczała pojazd, zdążyłem jej się trochę przyjrzeć. Była niższa ode mnie, chociaż szczerze mówiąc nigdy nie spotkałem kobiety, która by mnie przewyższyła, więc wymienienie tej cechy jako pierwszej nie było konieczne. Była szczupła, dość drobnej budowy, a brązowe włosy sięgały mniej więcej do połowy jej pleców. Tylko jedna rzecz bardzo zmieniła moje podejście, a było to nic innego jak znienawidzone przeze mnie okulary przeciwsłoneczne.
- Nie mogłeś przyprowadzić sobie koleżanki do akademika, więc musiałeś jechać aż do Londynu? - Oparła się o maskę swojego Range Rovera, kładąc jedną dłoń na biodrze. Zapatrzyła się moment na wejście do akademika, przez które właśnie przeszła grupka uczniów.
- Wystarczającą ilość podpunktów regulaminu już złamałem, chociaż dla ciebie mogę jeszcze zrobić wyjątek. 
- Doprawdy? - Uśmiechnęła się, przykładając papierosa do ust.  
- Zdejmij okulary - westchnąłem, zsiadając z motocykla. Naprawdę nic mnie tak nie irytowało, jak osoby noszące ciemne szkła. Szlag mnie trafiał, gdy nie widziałem oczu mojego rozmówcy.
- Nie. - Zmarszczyła brwi i odwróciła się na moment w moją stronę. - Idź już sobie, bo zaraz wypuszczę psa z samochodu.
Uniosłem obie ręce do góry, nie szczędząc jej szerokiego uśmiechu. Zabrałem kask, a na odchodne rzuciłem coś w stylu jeszcze się spotkamy i ruszyłem w stronę wejścia do akademika.
~~*~~*~~
Zerknąłem ukradkiem na zegarek, wiszący zaraz przy drzwiach wejściowych, orientując się, że dochodzi ósma. Na zewnątrz wciąż było jasno, ale za to odrobinę chłodniej niż w ciągu całego dnia, co jak dla mnie tworzyło wręcz idealne warunki do biegania. Wyszedłem na chwilę na balkon, a termometr przyczepiony do jednej z barierek wyznaczał dokładnie dwadzieścia stopni. Miałem ogromną ochotę zapalić, jednak spodziewałem się, że wtedy nie pobiegnę zbyt daleko. Ostatnio moja kondycja strasznie podupadła i nie było to spowodowane tylko moim zaniedbaniem treningów, a bardziej faktem, że moje płuca były bardzo obciążone, przez uzależnienie od fajek. Nie zniechęciło mnie to za bardzo, nie zamierzam rezygnować z żadnej z tych rzeczy, jednak nie byłem przekonany, czy aby na pewno połączenie ich na dłuższą metę przyniesie dobry skutek.  Zresztą. Czy to miało jakieś znaczenie? Szczerze mówiąc, w ostatnim czasie moje zdrowie było na samym końcu listy rzeczy, które chociaż w jakimś stopniu się dla mnie liczą. 
Wróciłem do pokoju pospiesznie przebierając się w odpowiedni strój do biegania, który w moim przypadku składał się ze spodenek, koszulki na krótki rękaw i nowej pary adidasów. Wyjąłem z szafki butelkę wody, wziąłem klucze, a bluzę z kapturem - na wypadek ulewy, które w ostatnim czasie były na porządku dziennym - przewiązałem sobie w pasie. Wyszedłem z pokoju, upewniając się, że zamknąłem drzwi na klucz i nikt nie będzie w stanie dostać się do środka. Nie lubiłem sprowadzać kogokolwiek do siebie, zwykle to ja spędzałem czas u kogoś. Nie byłem do końca pewny z czego to wynika, jednak w ostatnim czasie wolałem sam decydować o tym, czy chcę z kimkolwiek rozmawiać.
Zanim jeszcze zbiegłem po schodach, szybko zaszedłem do pokoju Isabelle, żeby zabrać ze sobą Brittany'ego. Jakiś czas temu Harry zapytał mnie, czy nie potrzebuję nadpobudliwego towarzysza do biegania, a ja... potrzebowałem jakiejś motywacji. W domu też biegałem razem z psem, a tutaj nie miałem swojego towarzysza, więc nie widziałem w tym większego problemu. Husky przywitał mnie radosnym szczekaniem i od razu sturlał się po schodach, czekając przy drzwiach wyjściowych. Roznosiła go energia, a ja nie byłem do końca przekonany, czy chociaż w pewnym stopniu uda mi się mu dorównać.
- Brittany! - Zawołałem, gdy zaczął szczekać na osobę, która właśnie otwierała drzwi. Pies zaskomlał i usiadł, bez przerwy obserwując wejście. W przejściu pojawiła się dziewczyna z hotelu, a zaraz za nią wszedł pies prowadzony na smyczy. Ponownie zawołałem Brittany'ego, który posłusznie, jednak niezbyt chętnie podszedł, zajmując miejsce przy mojej nodze. - Spotykamy się szybciej niż się spodziewałem. - Uśmiechnąłem się, unosząc kącik ust.
- Cóż za miła niespodzianka. - Odwzajemniła uśmiech, kładąc silny nacisk na słowo miła. Nie rozumiałem, czemu tak bardzo mi się opierała, nie była w ogóle zainteresowana, jednak miałem wrażenie, że chce mnie sprowokować.
- Również bardzo się cieszę z tego spotkania. Może tym razem zdradzisz mi jak masz na imię? 







Lydia?
nie wiem co się dzieje ze mną ostatnio, te wszystkie opowiadania są takie... słabe XD obiecuję, że będą coraz lepsze!

środa, 20 czerwca 2018

Od Julesa cd. Katji

Usiadłem na jednej z ławek ustawionych na każdym rogu budynku akademika i odpaliłem papierosa, nie przejmując się za bardzo tym, że któryś z pracowników może mnie zauważyć. Do tej pory uchodziło mi to na sucho, więc nie zakładałem, że tym razem mogło wydarzyć się inaczej. Zaciągając się dymem po raz kolejny poczułem ulgę. Odkąd Miles i Camilla wyjechali wszystko mi się posypało, nie miałem nawet z kim porozmawiać, nikt tutaj nie był w stanie mnie zrozumieć, a ja... nawet nie chciałem gadać z nikim innym. Moje życie straciło sens od czasu wypadku, a gdy prawie udało mi się pozbierać, zostałem sam. Zresztą, nie potrzebuje nikogo, sam sobie świetnie poradzę.
Widząc wychodzącą z budynku akademika panią Ruby, zgasiłem papierosa i wrzuciłem go do kosza. Kobieta podeszła do mnie, pociągając przy tym nosem. Myślę, że chciała dać mi do zrozumienia, że wyczuła tytoń, ale tym razem nie wyciągnie z tego konsekwencji. Pani Stewart była naprawdę w porządku, gdybym trafił na Sama Stewarta pewnie dostałbym w ramach "kary" jakieś dodatkowe prace na terenie Morgan University. Już kilkukrotnie za łamanie różnych punktów regulaminu musiałem grabić liście, sprzątać boksy, zmywać podłogi na korytarzach, czy chociażby zmiatać chodnik prowadzący do akademika. 
- Dzień dobry, Jules - odezwała się z uśmiechem. 
- Dzień dobry - odpowiedziałem, wstając z ławki. Wiedziałem, że przyszła do mnie w jakimś konkretnym celu, jednak nie przypomniałem sobie, żebym w ostatnim czasie zrobił coś nieodpowiedniego. 
- Pamiętasz wczorajszą sytuację z jednym z uczniów? - O cholera, jednak zrobiłem coś nieodpowiedniego w ostatnim czasie. 
- Mhm. 
- Rozumiem, że mogłeś być odrobinę wzburzony tym co zrobił, ale to nie był powód by tak na niego naskakiwać. - Skrzywiła się. 
- Zarysował mój motocykl! 
- Wiem, ale to nie był powód, by używać wobec niego tak... wulgarnych słów. Obawiam się, że gdybym nie przyszła w porę, mogłoby dojść do rękoczynów. - Na pewno doszłoby do rękoczynów, już miałem mu przywalić, gdy pojawiła się pani Ruby. Ten idiota nie dość, że zarysował mój motocykl, to jeszcze w ogóle nie poczuł się do winy, uznając, że nic się nie stało. - Za to mam dla ciebie zadanie. Nie traktuj go jako kary, będzie to przysługa, za którą przymknę oko na twoje wczorajsze zachowanie, ponieważ po części je rozumiem. 
- Co mam zrobić? 
- Najpierw mnie posłuchaj. Rozumiem twój wczorajszy wybuch złości, ale musisz zrozumieć, że przemoc nie jest dobrym rozwiązaniem. 
- Wiem. - Kiwnąłem głową mając nadzieję, że wreszcie przejdzie do rzeczy.
- Oprowadzisz nową uczennicę. Przez pierwsze dni pobytu będziesz jej pomagał w odnalezieniu się w szkole i akademiku. Miała to zrobić Emerson, ale ma właśnie trening przed zawodami, którego nie może opuścić. 
- Okej. - Wzruszyłem ramionami.
- Poczekaj tutaj. - Uśmiechnęła się i po chwili dodała na odchodne. - Katja powinna zaraz się tu pojawić. 
Opadłem z powrotem na ławkę, opierając głowę o zimne mury budynku akademika. Nie miałem ochoty bawić się w niańkę, chociaż... dyrektorka zaznaczyła, że będzie to nowa uczennica, więc może nie będzie tak źle. Już chciałem odpalić kolejnego papierosa, gdy na parking wjechał czarny Rolls-Royce Phantom, szybko poznałem markę, bo jakiś rok temu mój ojciec kupił sobie identyczny, tylko biały. Auto zatrzymało się na miejscu przeznaczonym dla pracowników Morgan i mimo, że nie było to w żaden sposób oznaczone, każdy z nas o tym wiedział. Dlatego też domyśliłem się, że prawdopodobnie przyjechała uczennica, o której mówiła pani Ruby. Odetchnąłem ciężko i niechętnie podniosłem się z ławki zauważając, że dziewczyna zbytnio nie spieszy się z opuszczeniem samochodu. Podszedłem bliżej i zapukałem w szybę od strony kierowcy. 
- Blyat! - Usłyszałem stłumiony krzyk, zaraz po tym jak dziewczyna podskoczyła w siedzeniu. Spojrzała na mnie, jakbym właśnie wymordował jej połowę rodziny albo co najmniej kota i dopiero po dłuższej chwili odpięła pas, po czym wysiadła z pojazdu. - Coś się stało? Zaparkowałam w złym miejscu? 
- Poniekąd tak. To miejsce przeznaczone jest głównie dla pracowników. Masz na imię Katja, prawda? 
- Tak, a.. skąd to wiesz? Znasz mojego brata? Kuzynkę? - Dziewczyna zmarszczyła brwi, aha w tej chwili miałem czas, by trochę się jej przyjrzeć. Była dość wysoka, jednak wciąż niższa ode mnie o jakieś dziesięć centymetrów, a może i więcej. Ostre rysy twarzy idealnie współgrały z wyrazistymi, niebieskimi oczami. Włosy w kolorze ciemnego brązu związała w długi warkocz i... musiałem przyznać, że była naprawdę ładna. Jeżeli zaraz nie przestaniesz się tak na mnie gapić, to...
- Naprawdę masz tu znajomych, a to mi kazali cię oprowadzać? - Skrzywiłem się myśląc, co innego mógłbym robić w tym momencie. Chociaż... zainteresowała mnie. 
- Mam tu rodzinę i nie widzę powodu, żebyś zaprzątał sobie mną głowę. - Uśmiechnęła się, jednak bez problemu wyczułem w tym nutę irytacji. 
- Aktualnie większość jest na treningach, więc chyba jednak przez najbliższy czas będziesz na mnie skazana. - Puściłem jej oczko, na co wywróciła oczami. Pospiesznie przeparkowała samochód w inne miejsce i od razu zabrała się za wyprowadzenie swojego konia z przyczepy, czemu uważnie się przyglądałem. Ogier spokojnie wyszedł i zatrzymał się w miejscu, poświęcając chwilę na rozejrzenie się po okolicy. - Pomogę ci znaleźć jego boks.
Skierowaliśmy się w stronę stajni, a ja liczyłem jedynie na to, że uda nam się zdążyć przed wracającymi z treningów uczniami. W pewnym momencie Katja zaczęła mówić coś do ogiera w innym języku i z tego co udało mi się zrozumieć, był to rosyjski. 
- Jesteś Rosjanką? - Spytałem, otwierając wielkie drzwi wejściowe do stajni. W odpowiedzi usłyszałem jedynie ciche "mhm". - Jedyne co umiem po rosyjsku to Mienia zawut Jules, w sumie nawet nie wiem czy powiedziałem to dobrze 

















Katja? 
może nie jest najlepsze, ale po tej długiej przerwie jeszcze nie wróciłam do wprawy XD

niedziela, 28 stycznia 2018

Od Julesa cd. Milesa

- Czy włosy naprawdę są najważniejszą rzeczą w twoim życiu? - Zmarszczyłem brwi i w ramach przeprosin postarałem się z powrotem ułożyć jego fryzurę.
- Nie, ale na pewno znajdują się w czołówce najważniejszych rzeczy w moim życiu - burknął, czekając aż doprowadzę jego włosy do ładu, co jednak nie było takie proste. - Ugh, zostaw to! Sam poprawię.
Miles pobiegł do łazienki i spędził jakiś kwadrans stojąc przed lusterkiem i poprawiając co chwila swoją fryzurę. Momentami nie rozumiem tego chłopaka, przy mnie nie musi mieć idealnie ułożonych włosów, chyba że obawia się niespodziewanych odwiedzin Josha, to by wszystko wyjaśniało.
- Miles - westchnąłem - zaraz będziesz się kładł, więc naprawdę nie musisz tego robić.
- Chcę dobrze dla ciebie wyglądać, czy to źle? - Wyszedł z łazienki z szerokim uśmiechem przyklejonym do twarzy. Miles, Miles, Miles. Chłopak tyle w życiu wycierpiał, a wciąż potrafi się szczerze uśmiechać, zazdroszczę mu tego. W porównaniu do niego, jestem cholernie słaby i nie ukrywam tego. On ciągle się zastanawia, dlaczego chciałem się z nim przyjaźnić, wydawało mu się to największą zagadką, a.. odpowiedź była prosta. Był inny, traktował mnie normalnie, jak zwykłego kolegę. Cała reszta albo się mnie bała, albo miała do mnie dziwnego rodzaju respekt. Miles był wyjątkowy i naprawdę cieszę się, że mogę mieć takiego przyjaciela, chociaż bardzo często czuję, że na niego nie zasługuję.
- Słuchaj mnie teraz - powiedział, naciągając moje kapcie na nogi. - Jezus Maria! Jakie kajaki! Utopie się w nich zaraz i zobaczysz, że całą winę zrzucę na ciebie. - Pogroził mi pięścią i otworzył drzwi. - Lecę wziąć prysznic, co pewnie trochę mi zajmie, więc jak wrócę, ty też masz już gotowy leżeć w łóżeczku. 
Posłał mi jeszcze raz szeroki uśmiech i wybiegł spokoju. Nasze rozmowy często brzmią dość.. dwuznacznie, więc nie raz już ktoś dziwnie się na nas patrzył, co jak wiadomo oboje mieliśmy w głębokim poważaniu. 
Westchnąłem i leniwie podniosłem się z łóżka, wyjmując z szafy coś do ubrania. O dziwo było już późno, a ja nie odczuwałem większego zmęczenia niż zwykle, ale na niekorzyść działał fakt, że jutro poniedziałek i trzeba wstać na zajęcia... chociaż... jeżeli Miles siłą nie wyciągnie mnie rano z łóżka, bardzo chętnie zostanę w swoim pokoju i spędzę w nim calutki dzień, oczywiście z małą przerwą na obiad i kolację. Odrzuciłem szybko moje plany, bo znając Milesa to dokładnie zadba o to, żebym nie zaspał na lekcje i co najważniejsze na śniadanie. Poszedłem do łazienki i wziąłem szybki prysznic, mając nadzieję, że zdążę przed powrotem mojej ukochanej, słodkiej kluseczki. Jak to dobrze, że nie potrafi czytać mi w myślach, bo za tą kluseczkę najpewniej zginąłbym marnie.
Gdy wyszedłem z łazienki, jeszcze go nie było, jednak ledwo zdążyłem podejść do łóżka, a drzwi otworzyły się z wielkim impetem.
- Miałeś być w łóżeczku, a nie obok łóżeczka! - Zawołał, zrzucając moje kapcie i zamykając od razu drzwi na klucz.
- Widzisz.. nie zdążyłem - odpowiedziałem smutno.
- Proszę mi tu nie wyjeżdżać z miną zbitego szczeniaczka i... - Zatrzymał się na środku pomieszczenia, opierając ręce na biodrach - ...po co ci ta koszulka?
- A tobie?
- O nie, nie, mój drogi. Ja się ubrałem, żeby nie paradować jak zawsze w samych bokserkach, bo ludzie już zaczęli to zauważać.
- Miles... - zacząłem, jednak szybko mi przerwał.
- Umowa to umowa, szkoda, że nie była na paluszek, wtedy nie dał byś rady się wymigać. Zresztą, teraz też nie dasz. - Uniósł dumnie głowę, czekając na moją reakcję. Uśmiechnąłem się widząc jak bardzo się zdeterminował i nie miał zamiaru mi odpuścić. Westchnąłem i jednym ruchem ściągnąłem z siebie koszulkę.
- Lepiej? - Spojrzałem na chłopaka, unosząc jednocześnie brwi.
- Lepiej - odpowiedział dumny i z rozbiegu rzucił się na łóżko. Położyłem się zaraz obok niego i nie musiałem długo czekać, by ta kluseczka wyłożyła się wygodnie na moich plecach.



Miles?

wtorek, 16 stycznia 2018

Od Julesa cd. Milesa

- Wal śmiało - powiedziałem, rozkładając ręce. Chłopak spojrzał na mnie i zmarszczył brwi.
- Nie rób cyrku, lepiej już chodźmy, mam dość na dzisiaj - westchnął i chciał skierować się do wyjścia, jednak w porę złapałem go za rękę, uniemożliwiając oddalenie się. Rzucił w moją stronę rozzłoszczone spojrzenie i wiedziałem, że długo już nie wytrzyma.
- Śmiało, uderz mnie, zrobi ci się lepiej.
- Nie będę cię bił, niby w jaki sposób ma mi to pomóc?! - Irytacja w jego głosie gwałtownie wzrastała z każdym słowem, które opuszczało jego usta.
- Powiedziałeś, że chcesz mnie przytulić, a jednocześnie, cytuję masz ochotę naprostować mi ten nos, który zresztą sam złamałeś więc proszę bardzo. Najpierw się wyżyjesz, a potem przytulimy się jak za dawnych czasów. To będzie dobra lekcja przyjaźni i dla ciebie i dla mnie.
- Przestań pierdolić głupoty, chodźmy już - burknął pod nosem i chciał odejść, jednak znowu pociągnąłem go do tyłu.
- Nie pójdziemy stąd dopóki mi nie przywalisz! - Widziałem w oczach Milesa, że poziom jego irytacji osiągnął właśnie maksimum. Wiedziałem, że w końcu to zrobi, ale nie sądziłem, że zrobi to tak mocno i na dodatek wpadnie w jakiś szał. - Dobra! Już wystarczy, dostałem za swoje!
Złapałem go za nadgarstki i spojrzałem mu w oczy, czekając aż się uspokoi. Kiedy zaprzestał już prób zabicia mnie wzrokiem, przyciągnąłem go do siebie i przytuliłem.
- Już ci lepiej? - Spytałem.
- Trochę, ale przywaliłbym ci jeszcze raz - mruknął pod nosem, jednak zaraz zaczął się śmiać.
- Jeżeli spróbujesz znowu to zrobić, tym razem będę się bronił - odpowiedziałem, przytulając go mocniej. - Bierzemy pizzę na wynos i wracamy?
- Potrafisz poprawić człowiekowi humor. - Poklepał mnie po plecach i w podskokach pobiegł wzdłuż korytarza, szukając jakiejś dobrej pizzerii.
~~*~~*~~
- Jules, ja.. ja już dłużej nie dam rady - jęknął Miles i mogę przysiąc, że niewiele brakowało do tego, by się popłakał.
- Już blisko, dasz radę - odpowiedziałem, zakręcając w drogę prowadzącą prosto do Morgan University.
- Nie mogę, Jules ja.. nie poradzę sobie - załkał, opierając głowę o szybę. - To jest zbyt trudne, nie wiem jak ludzie potrafią dać sobie radę z czymś takim.
- Miles... rozumiem, że jesteś głodny, a tą pizzę czuć w całym samochodzie, ale nie musisz popadać w depresję.
- Ale czy ty czujesz ten niebiański zapach?! - Jęknął odwracając się i przyglądając dwóm opakowaniom pizzy leżącym na tylnym siedzeniu. - Tatuś zaraz się wami zajmie.
Pokręciłem głową, uśmiechając się pod nosem. Tylko Miles potrafił rozmawiać z jedzeniem i popłakać się, gdy nie mógł go zjeść, a dostał całkowity i niepodważalny zakaz spożywania czegokolwiek w samochodzie Camilli.
Chłopak nie potrafił normalnie usiedzieć, gdy wjeżdżałem już na teren parkingu.
- Twój, czy mój pokój? - Spytał, odpinając pasy.
- Mój - odpowiedziałem.
- Okej, ale za to ja wybieram film. - Puścił mi buziaka w powietrzu i wręcz wyskoczył z samochodu. Pierwsze co zabrał pudełka z pizzą z tylnego siedzenia i pobiegł do akademika o mało nie przewracając się na śliskich schodach.
Odpiąłem pas i wysiadłem, mając nadzieję, że nie będzie tutaj tak ślisko, jak to wygląda. Powoli doczłapałem do schodów i nie mam zielonego pojęcia, jakim cudem Miles dał radę biec po takim lodzie. Wszedłem na górę i dopiero teraz zacząłem się zastanawiać, kiedy chłopak zdążył zabrać mi klucze od pokoju. W całym korytarzu unosił się zapach pizzy, więc nie zdziwię się, jak w moim pokoju pojawi się kilka osób. Na szczęście nikogo nie zdążył jeszcze przywieść zapach tego niebiańskiego posiłku, a Miles siedział już na łóżku z laptopem na kolanach.
- Wiem, że kochasz Piratów z Karaibów, więc czuj ten zaszczyt i nie przyzwyczajaj się, że podczas wybierania filmu biorę pod uwagę to, co lubisz.
- Okej - odpowiedziałem i odwiesiłem kurtkę na krześle, a buty rzuciłem gdzieś pod biurko. Matko boska, jak my daliśmy radę przejechać taki kawał drogi, bez zjedzenia tej pizzy! Jej zapach unosił się w całym pokoju, a Miles jak gdyby nigdy nic siedział obok zamkniętych pudełek.
Rozłożyłem się wygodnie na łóżku, a chłopak ustawił laptopa pomiędzy nami.
- Myślisz, że to odpowiednia chwila? - Spytał poważnym tonem.
- Najlepsza, żeby otworzyć pizzę.




Miles?

czwartek, 4 stycznia 2018

Od Julesa cd. Victorii

- Ależ proszę, Urwisie. - Uśmiechnąłem się, przepuszczając dziewczynę przodem. Wywróciła jedynie oczami i weszła do środka, zajmując ostatnie wolne siedzenia. Odszukałem wzrokiem Milesa, który zdążył już usiąść z Joshem, a Camilla zajęta była rozmową z jedną ze swoich koleżanek. Spojrzałem na Victorię i usiadłem obok niej.
- Chyba będziesz na mnie skazana przez caałą podróż. Tylko.. ja siedzę przy oknie. - Zmarszczyłem brwi, wpychając się na swoje miejsce. Oczywiście nie obyło się bez przepychanki, bo dziewczyna nie miała w planach szybko odpuścić tak luksusowego siedzenia z widokiem na.. drogę.
- Nienawidzę cię, Montclare - mruknęła.
- Od nienawiści do miłości jeden krok. - Uśmiechnąłem się, opierając głowę o zimną szybę. Znając mnie, pewnie zasnę zanim autobus zdąży ruszyć.
- Chyba na odwrót - burknęła pod nosem, podłączając słuchawki do telefonu. Już po chwili nie obchodziło jej nic, co działo się dookoła. Zajęła się jedynie słuchaniem muzyki. Oparła głowę o oparcie fotela i przymknęła oczy. Miałem ochotę trochę jej podokuczać, ale.. sen nadszedł tak szybko.
Nie znałem kompletnie dokładnego planu wycieczki i nie wiem, czy był w ogóle udostępniony on dla uczniów. Wiedziałem, co będziemy robić, ale kiedy nie za bardzo. W sumie niezbyt mnie to obchodziło, jechałem tylko dlatego, że było to obowiązkowe. Obudziłem się, a raczej Vicky obudziła mnie solidnym kopniakiem, gdy byliśmy już na miejscu. Nasza podróż nie trwała zbyt długo, podejrzewam, że mieściła się w granicach godziny.
- Posłuchajcie mnie chwilę! - Zawołała pani Stewart widząc, jak wszyscy od razu poderwali się z miejsc. - Wychodzimy spokojnie, bierzemy swoje bagaże i zatrzymujecie się przed wejściem do motelu, ja załatwię wszystkie sprawy i rozdzielę wam pokoje!
Jestem prawie pewny, że połowa osób nie usłyszała, co mówi i po prostu wybiegła na zewnątrz. Czyli jednak niektórzy cieszą się z wycieczki. Westchnąłem ciężko i poczekałem, aż wszyscy opuszczą autobus. Victoria też nie miała zbytniej ochoty przepychać się ze wszystkimi tylko po to, by szybciej opuścić pojazd, w końcu i tak będziemy musieli czekać na panią Ruby.
Wyszliśmy jako ostatni, a pani Stewart już wyszła z budynku, trzymając w rękach pęk kluczy. Pokoje były różne, dwu, trzy i czteroosobowe. Nie umawiałem się z nikim wcześniej, więc spokojnie poczekałem do końca, było mi to szczerze obojętne z kim trafię. W międzyczasie Camilla wzięła klucz od dwuosobowego i zabrała ze sobą Victorię. Mi został ktoś, na kogo nie miałem większej ochoty trafić i podejrzewam, że z wzajemnością. Gdy William wziął klucz od naszego pokoju, Vicky zaśmiała się głośno, a ja od razu domyśliłem się, że będzie wesoło.
Weszliśmy do pokoju, rozpakowaliśmy się, chociaż nie mieliśmy zbyt dużo rzeczy, w końcu to tylko trzy dni. Pomijając przeszywające spojrzenia chłopaka na mnie, muszę przyznać, że nie było tak źle. Od początku domyślałem się, że za mną nie przepada, ale szczerze, niezbyt mnie to obchodziło. Czy mnie lubił, czy nie, zmuszony był spędzić ze mną te jakże cudowne trzy dni i nie ukrywam, że dla mnie też nie była to żadna przyjemność.
~~*~~*~~
Pierwszą "atrakcją" był wykład dotyczący jeździectwa naturalnego i sposobów pracy z koniem. Sam temat bardzo mnie zainteresował, jednak wykonanie było okropne. Prowadzący tak przynudzał, że zasnąłem po pierwszych dziesięciu minutach. Na jutro zaplanowane były zajęcia praktycznie, więc może chociaż to im lepiej wyjdzie i nikt nie będzie musiał urządzać sobie drzemki. Najgorszym pomysłem na wieczór był ten nieszczęsny basen. Całe szczęście, że znajdował się w dużej galerii, więc zawsze miałem plan awaryjny, co innego mógłbym w tym czasie robić. Nie informowałem nikogo, bo po co. Po prostu poszedłem z całą grupą, a gdy tylko znaleźliśmy się na terenie galerii, udałem się w inną stronę.
Co tu robić?
Byłem zmęczony, jak zawsze z resztą, więc najchętniej wróciłbym do motelu. Rozejrzałem się trochę po sklepach i... kawa. Proszę, uratuj mi życie. Skierowałem się w stronę Starbucksa, jednak zanim zdążyłem tam wejść, dostrzegłem Vicky idącą w moją stronę. Gdy mnie zauważyła, wywróciła jedynie oczami i już chciała zawrócić.
- Za późno, widziałem cię! - Zaśmiałem się, pokonując dziejący nas dystans. - Czyżby pani Grant samowolnie opuściła element wycieczki? Nie ładnie.
- A pan, panie Montclare? - Uniosła brwi.
- Mniejsza z tym. - Uśmiechnąłem się. - Co powiesz na kawę, ja stawiam.
- Chyba powinnam to najpierw dobrze przemyśleć, ale.. - przerwała, rozglądając się dookoła - chyba ktoś mnie woła.
Zrobiła krok w przeciwnym kierunku, jednak w porę zdążyłem złapać ją za rękę. 
- Oj przestań, to tylko kawa. Chyba, że chcesz żeby było to coś więcej niż tylko kawa. 
- Jules.. raczej nie jesteś w moim typie. - Uśmiechnęła się.
- Chodziło mi o jakieś ciastko do kawy, ale skoro wolisz rozmawiać na poważniejsze tematy... - zaśmiałem się, a dziewczyna burknęła coś pod nosem. 
- Dobra, chodźmy już na tą kawę, ale więcej się nic nie odzywaj - westchnęła i wyrwała rękę z mojego uścisku. - Ii.. nie dotykaj mnie. 
- Oczywiście, księżniczko. - Uśmiechnąłem się, unosząc obie dłonie do góry. Dziewczyna wywróciła oczami i udaliśmy się razem do kawiarni.
- Średnia waniliowa latte - odezwała się, zajmując miejsce przy stoliku. Kiwnąłem głową i poszedłem od razu złożyć zamówienie. Gdy wróciłem do stolika, Victoria właśnie skończyła rozmawiać przez telefon. - Zorientowali się, że nas nie ma.
- I? - Uniosłem brwi.
- William mówi, że coś naściemniał i jest w porządku. - Wzruszyła ramionami.
- A teraz tak serio, czemu tak nie chciałaś iść na basen?
- A ty?
- Pierwszy spytałem. - Uśmiechnąłem się.
- Już ci mówiłam, że...
- Nie musisz mi wciskać kitów o higienie na basenie, przecież wiem, że masz inny powód. - Wywróciłem oczami, a po chwili zjawiła się kelnerka, która podała nam kawę.
- Nie lubię pływać. - Wzruszyła ramionami. - A nie miałam w planach bawić się w baseniku dla dzieci. - Nie byłem pewny, czy mówiła prawdę, ale zabrzmiała przekonująco. - A ty?
- Em.. nie umiem pływać - odpowiedziałem, nie wiedząc, co innego mógłbym wymyślić. Pomińmy fakt, że przed wypadkiem przynajmniej raz w miesiącu brałem udział w zawodach pływackich. Kto jak kto, ale Victoria na pewno o tym nie wie i nie musi.
- Jasne, gdyby to było prawdziwym powodem, powiedziałbyś od razu - prychnęła i wzięła łyka swojej latte.
- Ty mi nie powiedziałaś wcześniej prawdy, to ja też. - Wzruszyłem ramionami. - Zresztą, pomińmy już ten temat basenu.
- Tak będzie najlepiej. - Zmarszczyła brwi.
- Zdejmij te okulary, błagam cię. Wiesz jakie to irytujące?
- Wiem i chociażby dlatego postanowiłam ich nie zdejmować. - Uśmiechnęła się szeroko, ciesząc się, że chociaż w małym stopniu mogła zrobić mi na złość.
- Obiecuję, że kiedyś ci je zabiorę i schowam - westchnąłem, biorąc łyka gorącej kawy.
- Obiecuję, że na to nie pozwolę.
~~*~~*~~
Powrót do motelu zaplanowany był na godzinę ósmą wieczorem, jednak z faktu, że większość uczniów chciała pójść jeszcze na zakupy w galerii handlowej, wróciliśmy około dziesiątej. Dopadło mnie ogromne zmęczenie, a i tak musiałem czekać na łazienkę, bo William pierwsze co, po tym jak wpadł do pokoju, to złapał swoje rzeczy i pobiegł wziąć prysznic. Przyzwyczaiłem się już do takiego czekania, bo zwykle nie udawało mi się wyprzedzić Camilli. Normalnie nie biega zbyt dobrze, ale jeżeli chodzi o kolejkę do łazienki.. rodzi się w niej maratończyk i dodatkowo jakiś bokser. Nie raz oberwałem od niej, gdy próbowałem jako pierwszy dostać się do toalety. 
Po jakiejś godzinie doczekałem się swojej kolejki. Obawiałem się, że zaraz zasnę pod prysznicem, a spanie w brodziku raczej nie należy do najwygodniejszego. Wychodząc owinąłem się w pasie białym ręcznikiem i dopiero teraz zauważyłem, że jak zwykle nie zabrałem ze sobą nic do przebrania. Westchnąłem ciężko i zaraz po umyciu zębów, wróciłem do pokoju, żeby wyjąć coś do ubrania z torby. 
- A tobie co się stało? - Spytał Will, gdy tylko mnie zobaczył. Serio aż tak rzuca się to w oczy? Pewnie by się tym nie zainteresował, gdyby nie fakt, że często widuje mnie ze swoją siostrą i no.. nie lubi mnie. 
- Ciekawość to pierwszy stopień do piekła - mruknąłem w jego stronę i położyłem torbę na łóżku, próbując znaleźć coś do ubrania. 
- Trudno, pójdę do piekła. -  Próbował udawać obojętnego, bo w końcu nie przepadał za mną, ale ciekawość, a może coś innego, zżerało go od środka.
- Należałem do największego gangu w całej Wielkiej Brytanii. Wiesz, jak ktoś się nie zgadzał z zasadami dostawał baty i zaczynał być posłuszny - odpowiedziałem beznamiętnym głosem - Ja dostałem polecenie uderzenia w głowię niedźwiedzia polarnego i jechałem aż do Grenlandii, żeby to zrobić, ale widzisz.. misiek mnie podrapał i tak skończyłem. 
Spojrzałem na Williama, a jego mina była wręcz bezcenna. Przez dłuższą chwilę przetwarzał w głowie wiadomości, które mu podałem, zanim dokładnie załapał, że to żart.  
- Bardzo śmieszne - mruknął pod nosem.
- Dla mnie nie było śmieszne, bolało. Miśki polarne mają ostre pazury - odpowiedziałem i wróciłem do łazienki, przebierając się w zabrane wcześniej ubrania. Możliwe, że uzna mnie za debila, ale szczerze niezbyt mnie to interesuje. Za to bardzo prawdopodobne jest, że załatwi mi zakaz zbliżania się do Victorii na co najmniej sto metrów. 
Mogę jeszcze zmienić pokój? Może Miles i Josh mnie przygarną, mogę spać chociażby na podłodze. 



Victoria?

środa, 22 listopada 2017

Od Julesa cd. Victorii

- Nie, w porządku. - Pokręciłem głową, uśmiechając się. Vicky wywróciła oczami i wróciła do swojej poprzedniej czynności. Westchnąłem ciężko i podszedłem bliżej, kucając obok niej. - Czekaj, pomogę ci. 
- Sama sobie poradzę - mruknęła pod nosem, próbując jak najszybciej naprawić motocykl. Odczekałem chwilę, jednak widząc, że raczej nie uda jej się szybko tego dokonać, postanowiłem pomóc. Razem o wiele szybciej zlokalizowaliśmy usterkę i w miarę możliwości ją naprawiliśmy. Nie mieliśmy ze sobą żadnego sprzętu, więc najważniejsze było, by chociaż udało nam się dojechać do Morgan Univeristy, gdzie będzie można zrobić coś więcej. 
- Myślisz, że dojedziesz tak do akademika? - Spytałem podnosząc się z ziemi. Victoria wzruszyła ramionami, mrucząc coś pod nosem. Spojrzałem na nią, uśmiechając się szeroko. - Jakby co, to krzycz.
- Zamkniesz się kiedyś? - Uniosła brwi, uderzając mnie pięścią w ramię.
- Chyba będziesz musiała sama mnie zamknąć. - Uniosłem kącik ust, obserwując jak dziewczyna za wszelką cenę stara się nie wybuchnąć i nie dać mi tej satysfakcji. Wzięła głęboki wdech i wsiadła na swoją maszynę.
- Nie będę na ciebie czekać. - Zagroziła i ruszyła, zanim sam zdążyłem dojść do mojego motocyklu. Dogonienie jej nie było zbyt trudne, zwłaszcza, że jej pojazd nie był w pełni sprawny i nie mogła rozwinąć zbyt dużej prędkości, chociażby dla własnego bezpieczeństwa. Starałem się jej nie wyprzedzać, chociaż kochałem naprawdę szybką jazdę.
Dojechaliśmy do Morgan w niecałe dziesięć minut, oczywiście bylibyśmy o wiele szybciej, gdyby nie wadliwa maszyna dziewczyny, którą co chwila musiała zwalniać.
- Dawno nie jeździłem tak wolno - westchnąłem, zsiadając z motocykla.
- Nikt ci nie kazał jechać obok. Mogłeś po prostu pojechać prosto do akademika. - Wzruszyła ramieniem, znowu grzebiąc coś przy motorze.
- Sama bez sprzętu go nie naprawisz.
- Chcesz się założyć? - Spojrzała na mnie z pewnym siebie uśmiechem.
- Nie trzeba. - Zmarszczyłem brwi. - Nie musisz mi niczego udowadniać.
- Boisz się, że przegrasz? - Kontynuowała.
- Nie, nie chcę cię do niczego zobowiązywać.
Vicky wywróciła oczami, zostawiając już motocykl w spokoju i stwierdzając, że wróci do niego później. Było dopiero koło godziny pierwszej, całą noc spędziliśmy w szpitalu, więc czas zaczął mi się trochę mieszać. Skierowaliśmy się do wejścia do akademika, a ja otworzyłem Victorii drzwi. Dziewczyna zatrzymała się, przyglądając mi się podejrzliwie.
- No przecież cię nimi nie uderzę. - Wywróciłem oczami. - Człowiek próbuje być miły, to zaraz go o coś podejrzewają.
Vicky uniosła brwi, chcąc potwierdzić sobie w głowie znaczenie moich słów i z lekkim skinieniem głowy, weszła do środka. Wszedłem zaraz za nią, zamykając drzwi wejściowe.
- I co? Coś się stało? - Uniosłem brwi. 
- Nie, ale wolę nie chwalić dnia przez zachodem słońca. - Uśmiechnęła się i weszła na górę. 

~~*~~*~~

- Nadal nie wierzę, że udało ci się wyciągnąć mnie na zakupy - westchnąłem, opierając czoło o zimną szybę. Trzy godziny chodzenia po sklepach i tylko jedna chwila przerwy na kawę. Takie są uroki posiadania siostry, jednak i tak nie mogę za bardzo narzekać. Camilla nie jest jak większość kobiet w jej wieku i nie lata co chwila na zakupy, za co bardzo jestem jej wdzięczny.
- Nie przesadzaj, już wiele razy ze mną jeździłeś. - Wywróciła oczami, poprawiając ułożenie swoich dłoni na kierownicy. Camilla zawsze była bardzo ostrożna, zwłaszcza jako kierowca. Nie lubiła zbyt dużego hałasu w pojeździe, często nawet nie słuchała muzyki. Wszystko zaczęło się od mojego wypadku. Co prawda podczas niego, dziewczyna nie miała jeszcze prawa jazdy, jednak gdy już je otrzymała, wciąż obawiała się usiąść za kierownicą. Była to całkiem inna sytuacja, mój wypadek miał inne "podstawy". Nie był to przypadek, spowodowany przykładowo oblodzoną powierzchnią, ja po prostu chciałem się rozbić. Nie myślałem wtedy o śmierci, planowałem żyć jeszcze długo, jednak w tamtym momencie nic się dla mnie nie liczyło, poza ucieczką od własnych myśli. - Wszystko w porządku?
- Hm? Tak, jasne. Czemu miałoby nie być? - odpowiedziałem, gdy dopiero po dłuższej chwili dotarło do mnie jej pytanie. - Zamyśliłem się. 
- O czym? 
- Od kiedy jesteś taka dociekliwa? - Zmarszczyłem brwi, nie wiedząc, do czego zmierza.
- Od kiedy odpowiadasz pytaniem na pytanie? - Okej, wygrała. 
- Tak.. ogólnie. - Wzruszyłem ramionami. 
Do akademika dojechaliśmy w zupełnej ciszy, przerywanej jedynie szumem deszczu, uderzającego z impetem w przednią szybę. Aż nie chciało się wysiadać z ciepłego wnętrza pojazdu, akurat na taką ulewę.
- Możesz iść, wezmę zakupy. - Naciągnąłem kaptur, wystawiając rękę po kluczyki. Camilla zgasiła silnik, wręczając mi klucze i wysiadła, szybkim krokiem kierując się do wnętrza budynku. Odetchnąłem ciężko i otworzyłem drzwi, od razu podbiegając na tyłu samochodu. Ciężko było mi się zabrać ze wszystkim na raz, torby wylatywały mi z rąk, jednak nie miałem ochoty wychodzić po raz drugi na ten deszcz. 
Zamknąłem bagażnik, a następnie samochód i wszedłem do budynku akademika. Nawet nie zauważyłem, a co dziwniejsze, nie usłyszałem Milesa zbiegające go po schodach. Chłopak zatrzymał się przede mną i kilkukrotnie zaklaskał w dłonie.
- Jules, błagam. Nie rób z siebie wafla swojej siostry! - jęknął, zabierając mi część reklamówek, zanim zdążyły wyślizgnąć mi się z rąk. 
- Nie robię z siebie wafla. Po prostu jestem.. dobrym, starszym bratem. - Wzruszyłem ramionami, kierując się w stronę schodów. Miles jedynie wywrócił oczami i zaraz potem ruszył leniwym krokiem za mną. Co chwila stękał coś pod nosem, odnośnie sensu życia i tego jaki niedobry obiad podawali dziś na stołówce. 
- Ej! A tak poza tym, to gdzie do cholery jasnej byłeś rano? Albo nawet przez całą noc? - Potruchtał szybciej po schodach, chcąc dorównać mi kroku. Spojrzał na mnie podejrzliwie i ah.. gdyby wzrok mógł zaglądać  do cudzej duszy, już by mnie nim przewiercił. - Czyżbyś jednak pojechał do tego klubu? 
- Powiedziałem ci, że nie pojadę i nie pojechałem - mruknąłem pod nosem. 
- Poszedłeś na pieszo? 
- Miles - zaśmiałem się - Nie byłem w żadnym klubie. 
- To gdzie? 
- Znasz Victorię? 
- Grant? - Spytał, na co kiwnąłem głową. - Znam i co w związku z tym? 
- Jej brat miał wypadek, chciała, żeby zawieźć ją do szpitala. - Wzruszyłem ramionami, a ten przystanął na ostatnim schodku. - Idziesz, czy nie?
- To było w nocy?
- Późnym wieczorem - westchnąłem czując, że nadchodzi przesłuchanie. 
- Ale wróciłeś rano, w sumie prawie w południe. Więc? - Zmarszczył brwi, dalej nie ruszając się z miejsca. 
- Miles.. po prostu poczekałem na nią, a to trochę zajęło wiesz, różne badania i w ogóle. Logiczne, że nie chciała zostawić go samego. 
- No to jest logiczne, ale to, że pojechałeś z nią i na dodatek spędziłeś całą noc w szpitalu to.. jakoś mi do ciebie nie pasuje. - Chłopak spojrzał na mnie podejrzliwie, na co tylko Wywróciłem oczami i ruszyłem w stronę pokoju Camilli. Przez chwilę panowała cisza, jednak zaraz usłyszałem tupanie Milesa, który prędko pojawił się obok mnie. 
- Czyżbyś wziął sobie do serca moje ostatnie rady? Już od dłuższego czasu cię obserwuję i muszę przyznać, że widzę pewne zmiany. - Na jego twarzy jak zwykle pojawił się szeroki uśmiech, którego nie sposób było nie odwzajemnić.
- O które rady ci chodzi? 
- Aż tak dużo ich było? - Burknął zirytowany.
- Żeby nie nosić bokserek w dinozaury idąc na siłownię, nigdy nie brać naleśników ze szpinakiem na stołówce, bo smakują jak trawa, nie podbierać ci skarpetek.. - zacząłem wyliczać, jednak szybko mi przerwał.
- Dziewczyna! Mówiłem ci, żebyś znalazł sobie dziewczynę! - Krzyknął. - Ale o zakazie zabierania moich skarpetek też masz pamiętać. 
- Miles - westchnąłem - Już o tym rozmawialiśmy. To.. nie w moim stylu.
- Eee.. ale mówisz teraz o dziewczynie, czy o skarpetkach?
- O dziewczynie. Nie interesują mnie związki.
- Jules, dorośnij. Będziesz co chwila szukał sobie jakiejś panienki na jedną czy dwie noce? - Spytał, na co tylko wzruszyłem ramionami. Nigdy nie czułem potrzeby wiązania się z kimś. Wydawało mi się, że nawet nie potrafię obdarzyć kogoś takim uczuciem. To po prostu nie dla mnie. - Załamujesz mnie! 
- Nie drzyj się tak, kluseczko.
- Będę się darł.. chwila, chwila.. jak ty mnie nazwałeś? - Oh.. gdyby wzrok potrafił zabijać, już leżałbym tu martwy. 
- Mięśniaku, przecież to oczywiste - parsknąłem, przyspieszając kroku i z rozpędu wchodząc do pokoju Camilli. Miles wbiegł zaraz za mną, a gdy raptownie się zatrzymałem, wpadł na mnie, przez co niewiele brakowało, a oboje wylądowalibyśmy na podłodze. Siostra nie była sama, a w pokoju towarzyszyła jej Victoria. Obie siedziały przy biurku, rysując coś na dużym brystolu. 
- Dzięki, podstaw koło łóżka. - Uśmiechnęła się Camilla, spoglądając przez chwilę w moją stronę, po czym znowu skupiła się na pracy, jaką właśnie wykonywały. Odstawiłem torby we wskazane miejsce, a gdy się odwróciłem, zobaczyłem jak Miles zagląda im przez ramię. 
- Spadaj! - Warknęła do niego Camilla. 
- Co robicie? - Oczywiście Miles to Miles, więc nie mógł ustąpić. 
- Pani Ruby prosiła nas o zrobienie plakatu. Pojutrze odbędzie się wycieczka. Najpierw pojedziemy do uniwersytetu w Londynie na wykłady odnośnie jeździectwa naturalnego, później do jakiejś galerii, gdzie według decyzji nauczycielki od wychowania fizycznego, idziemy na basen. 
Jakoś niezbyt podobała mi się opcja wyjazdu na basen, zwłaszcza, że będzie tam spora ilość osób. Nienawidziłem tych blizn, a tam czy bym tego chciał, czy nie, wszyscy by je widzieli. Z tego, co zauważyłem Victorii też niezbyt podobał się plan wyjazdu.
- To obowiązkowe, w ramach zajęć - mruknęła pod nosem Camilla, kończąc poprawiać literki czarnym mazakiem.
- Super - westchnąłem, przewracając oczami. - Idę zapalić.
Wyszedłem na niewielki balkon, a zaraz za mną przyszedł Miles, który od razu chciał mi zabrać paczkę papierosów, powtarzając, że szkodzi to mojemu zdrowiu. No przecież to wiem! Nie musi mnie pouczać, rozumiem, że martwi się o mnie, ale nie przestanę palić, jeżeli sam nie będę tego chciał. Chłopak szybko wyszedł, twierdząc że nie będzie tu stał z palaczem.
Z papierosem w ustach wróciłem do pokoju.
- Chcesz tam jechać? - Zmarszczyłem brwi, patrząc na Camillę.
- Nie, ale chyba muszę. - Wzruszyła ramionami. - Wynocha na balkon, nie będziesz mi tu smrodził!
- Okej - zaśmiałem się i wyszedłem. Naprawdę nie chciałem tam jechać. Zawsze mogę udać, że źle się czuję i zostać, albo po prostu ulotnić się gdzieś w galerii.
Gdy skończyłem palić, wróciłem do pokoju, gdzie siostra siedziała już sama. Powiedziała, że coś się wymyśli, bo dobrze wiedziała, z czym mam problem. Kiwnąłem twierdząco głową i skierowałem się do wyjścia, jednak gdy ledwo przekroczyłem próg, wpadłem na kogoś, a raczej ktoś wpadł na mnie.
- Proszę, proszę. Który to już raz na siebie wpadamy? - Zaśmiałem się widząc przed sobą burzę rudych włosów.

Vicky? :3

niedziela, 5 listopada 2017

Od Julesa cd. Milesa

- I z taką mądrą myślą masz zamiar zostawić mnie tu samego? - Zmarszczyłem brwi, patrząc jak chłopak otwiera drzwi pokoju. Zetknął na mnie przez ramię z tym swoim uśmieszkiem i przytaknął. - Wielkie dzięki, przyjacielu.
Miles wyszedł, a ja położyłem się, wlepiając wzrok w biały sufit. Nie mogę teraz myśleć o tym, o czym rozmawialiśmy, bo znając mnie, poczuję się jeszcze gorzej i nie będzie mi to dawać spokoju przez najbliższe dni. Chciałem wstać i gdzieś wyjść, jednak Miles wrócił jeszcze szybciej niż wyszedł.
- Wiesz co? Wiem, w czym leży twój największy problem i jak go rozwiązać! - zawołał, siadając obok mnie na łóżku.
- Słucham.
- Musisz znaleźć sobotę dziewczynę - odpowiedział poważnie - nie taką na chwilę, tylko taką.. no wiesz o co mi chodzi.
- Nie sądzę, żeby to był twój najlepszy pomysł - prychnąłem.
- To jest mój najlepszy możliwy pomysł! Potrzebujesz kogoś, kto trochę cię ogarnie.
- Mam ciebie. - Wzruszyłem ramionami.
- Ale osoba nieogarnięta nie będzie w stanie ogarnąć drugiej nieograniętej osoby - jęknął.
- Wiesz, Miles.. to chyba nie będzie w moim stylu. - Zmarszczyłem brwi. W całym swoim życiu ani razu z nikim się nie związałem. Uważam to za kompletnie nie potrzebne. Miles zawsze próbował mnie przekonać, że myślę tak tylko dlatego, że nigdy się nie zakochałem.
- A co jest w twoim stylu? Szukanie panienek na jedną noc? - Prychnął, szturchając mnie w ramię. - Przecież wiem, jaki jesteś. Nigdy nie spotkałeś tej odpowiedniej, dlatego tak mówisz.
Wywróciłem oczami, co nie umknęło jego uwadze i zaraz bez większego zastanowienia, zrzucił mnie z łóżka. - Jeszcze kiedyś usłyszysz ode mnie a nie mówiłem!
- Ciągle mi to mówisz - jęknąłem, podnosząc się z zimnej podłogi.
- No właśnie! Więc już możesz zacząć szukać swojej wybranki serca - odpowiedział poważnie, na co tylko wybuchnąłem śmiechem - No i z czego rżysz? 
Chłopak wziął poduszkę i z całej siły cisnął nią w moją twarz. Swoją naburmuszoną miną przypominał mi czasy, gdy zawsze podbierałem mu z plecaka czekoladki, które przynosił ze sobą do szkoły. Przez kilka lat obrażał się na połowę klasy, myśląc, że to oni, aż któregoś dnia wreszcie mnie na tym przyłapał. Większość ludzi zaczęłaby bardziej chować słodycze, a Miles... mój kochany Miles zaczął nosić ich jeszcze więcej. 
- Z ciebie. 
- Jules, ja nie będę cię na siłę zmieniać. Chcesz kontynuować poważną rozmowę? 
- Nie.
- No to mnie nie denerwuj!
- A czym ja cię denerwuję? 
- Jules - wycedził przez zęby, a ja byłem pewny, że zaraz wybuchnie - Wiesz co, ja się już się nie będę do ciebie odzywał w takich sprawach. Rób sobie co chcesz, ale i tak wiem, że masz rację i prędzej, czy później mi to przyznasz!
Odrzuciłem mu poduszkę, a ten spojrzał na mnie marszcząc brwi. Wiedziałem, że i tak nie odpuści. Jeszcze niedawno chciał jechać ze mną do klubu, w wiadomym celu, a teraz prawi mi morały, że potrzebuję dziewczyny. Ja jestem inny, nie taki jak on. Nie potrafię... obdarzyć kogoś taką miłością. - - Miles, ja nie potrafię kochać. - Wzruszyłem ramionami.
- A Camilla?
- To moja siostra, to coś innego.
- A ja?
- Ty jesteś jak mój brat! To też coś innego.
- Jules, do cholery jasnej. Miłość to miłość!
Wziąłem głęboki wdech, przymykając na chwilę oczy. Nie chciałem zaczynać z nim kolejnej kłótni, a raczej nieprzyjemnej wymiany zdań. Ten uparciuch na pewno nie pozwoliłby, aby ostatnie słowo należało do mnie. Zawsze musiał wtrącić swoje trzy grosze. W tym wszystkim zawsze najgorsze było to, że niestety za każdym razem miał rację, jednak wątpiłem, by teraz mógł ją mieć. 
Ostatecznie udało mi się trochę załagodzić sytuację i namówić Milesa na wyjazd do miasta. Wystarczyło użyć jeden, mocny argument, jakim było oczywiście jedzenie, a raczej wielki deser czekoladowy. Przy okazji słodzikiem repertuar kin i wynalazłem jakiś ciekawy horror. Miles ich nie lubił. Albo go nudziły i narzekał przez cały sens, że wszystkie efekty są mało realistyczne, albo piszczał ze strachu jak mała dziewczynka. Wtedy ja musiałem być jego bohaterem i wybawcą, chociaż na jednym z filmów razem chowaliśmy się za fotelami. Już nawet nie pamiętam o czym on był.
~~*~~*~~
Miles uradowany wbiegł do kina, przeglądając inne filmy, które będą dziś grane. Nie zatrzymał się tam zbyt długo, bo gdy tylko poczuł zapach popcornu, biegiem rzucił się do stoiska. Długo dyskutował ze sprzedawcą, aż w końcu odszedł od lady, uradowany niosąc dwa wielkie opakowania popcornu.
- Załatwiłem jedzenie, a ty śmigaj po bilety! - zawołał szczęśliwy. Kto by pomyślał, że wystarczy kupić mu coś do przegryzienia.. cóż.. ja bym pomyślał. Znam go nie od dziś.
- Jesteś pewny, że chcesz iść na horror? - Uniosłem brwi.





Miles?
nie jest najlepsze, ale jest

sobota, 30 września 2017

Od Julesa cd. Victorii

Z zaciekawieniem przyglądałem się zaistniałej sytuacji. Wiedziałem, że dziewczyna nie pozwoli sobie na takie traktowanie z jego strony i to tylko kwestia czasu, aż wybuchnie. Miałem tam podejść i zainterweniować, ale wiedziałem, że nie będę jej do tego potrzebny. Jeżeli tylko będzie chciała, bez problemu sobie z nim poradzi.
Chłopak kilkukrotnie zjechał rękoma zbyt nisko, co wywoływało widoczną irytację u Vicky. Gdy ten pochylił się nad nią, dała upust swojemu zdenerwowaniu i wymierzyła mu siarczystego liścia w lewy policzek, a ten aż zatoczył się do tyłu. Victoria odwróciła się i zajęła jedno z wolnych miejsc przy barku. Przez chwilę przyglądałem się jeszcze, jak kilkoro chłopaków wyciąga tego faceta na zewnątrz i zwróciłem swoją uwagę na postać rudowłosej dziewczyny.
- Brawo, skarbie! Wreszcie udało ci się kogoś trafić! - Uśmiechnąłem się, siadając na miejscu obok.
- Pijany amator jest wart tyle, co nieruchoma tarcza albo worek treningowy. - Wzruszyła ramionami. - Rozumiem, że miałeś w planie przybycie mi na ratunek, ale skutecznie ci go pokrzyżowała?
- Jasne. Miałem właśnie podejść, ale skutecznie go znokautowałaś. Musiał być nieźle wstawiony, że padł od takiego ciosu.
- Sugerujesz mi, że nie mam wystarczająco siły, by pokonać kogoś takiego? - Uniosła z wyrzutem brwi.
- Gdyby był trzeźwy, byłoby trudniej.
- Co nie oznacza, że nie dałabym rady - burknęła.
- Uspokój się - zaśmiałem się, widząc jak dziewczynie wzrasta ciśnienie.
Rozejrzałem się po ogromnym pomieszczeniu i zgodnie stwierdziłem, że impreza wyrwała się spod kontroli organizatorki. Z grzecznej urodzinowej zabawy, zrobiła się tu niezła popijawa. Podejrzewam, że wpadło tu o wiele więcej osób, niż tylko znajomi solenizantki.
- Podoba ci się tutaj? - Zmarszczyłem brwi. Nie znałem jej zbyt dobrze, ale wydawało mi się, że to nie było jedno z jej ulubionych miejsc.
- Nie, ale to urodziny Jackie, więc chyba powinnam tu być.
- A gdzie się podział twój opiekuńczy braciszek?
- Pojechał ze znajomymi, ma.. ważną sprawę do załatwienia - odpowiedziała, zakreślając palcami cudzysłów. - Naprawiają jakiś samochód.
- Mogę cię odwieźć, jeżeli chcesz. - Wzruszyłem ramionami, wyjmując z kieszeni okulary przeciwsłoneczne dziewczyny.
- Oddaj mi je - powiedziała opanowanym głosem, jednak nie trudno było się domyśleć, że już zdążyła się zdenerwować.
- Dlaczego mam ci je oddać? - Spytałem marszcząc brwi. Nie chciałem ich oddawać, bo naprawdę irytuje mnie rozmawianie z kimś, z kim nie mogę złapać kontaktu wzrokowego, a poza tym, dziewczyna najpewniej nosiła je tylko że względu na bliznę. Kompletnie nie rozumiem, czemu za wszelką cenę chciała ją ukryć. Gdy je zabrałem, od razu schowała twarz pod kapturem i unikała mojego spojrzenia, unikała spojrzenia kogokolwiek.
- Bo są moje?
- Lepiej wyglądasz bez nich.
- Mam to uznać za komplement? - Prychnęła, odgarniając włosy za uszy.
- Wydaje mi się, że tak.
- A mi się wydaje, że zaraz zarobisz w twarz jak Tom, jeżeli nie oddasz mi tych głupich okularów!
- Skoro są głupie, to chyba nie są ci potrzebne.
Victoria odruchowo zacisnęła dłonie w pięści, jednak w ostatniej chwili ochłonęła.
- Proszę, Jules. Oddaj mi moje okulary - westchnęła, spuszczając wzrok na blat.
- Dlaczego są ci tak potrzebne?
- Dobrze wiesz, tylko nie rozumiem, dlaczego tak bardzo chcesz, żebym się do tego przyznała. - Spojrzała na mnie z wyrzutem. Po raz pierwszy spojrzała mi w oczy na dłużej niż kilka sekund.
- Jesteś piękna, nie są ci do niczego potrzebne - odpowiedziałem i podałem dziewczynie jej własność. Vicky rzuciła ciche dzięki i od razu wcisnęła okulary na nos.
- Teraz wybacz, idę pożegnać się z Jackie i dzwonię do brata, żeby po mnie przyjechał. - Wstała z miejsca, szybko znikając w tłumie gości. Przez chwilę próbowałem odnaleźć ją wzrokiem, jednak utrudniała mi to cała masa pijanych ludzi.
Ciężko było mi dostać się do wyjścia, ale poczułem ulgę, gdy dotarło do mnie świeże, wieczorne powietrze. Wyciągnąłem z kieszeni paczkę papierosów i wyjąłem jednego z nich, zanim wsiadłem na motocykl. Odszukałem w kieszeni zapalniczkę i zapaliłem, mocno zaciągając się dymem. Od razu poczułem przyjemne uczucie, rozlewające się po całym moim ciele. Może kiedyś rzucę, ale jeszcze nie teraz.
Po chwili zobaczyłem jak Vicky wybiega na zewnątrz, krzycząc do telefonu jakieś wyzwiska.
- Coś się stało? - Spytałem, wypuszczając powoli dym z płuc.
- Nie, wszystko w porządku - mruknęła, chowając komórkę do kieszeni. Przecież widziałem, że coś, a raczej ktoś zdenerwował ją bardziej niż ja. Uniosłem brwi, przyglądając się przez chwilę dziewczynie. - Okej, stało się. Mój kochany braciszek uznał, że przyjedzie po mnie dopiero za godzinę i jeszcze ma zamiar trochę tutaj posiedzieć.
- Wiesz, tak się składa, że właśnie wracam do akademika.
- Już wolę pójść na pieszo, niż wsiąść z tobą na motocykl. - Skrzyżowała ręce na piersi.
- Jak wolisz. - Wzruszyłem ramionami, po raz kolejny się zaciągając.
Vicky skierowała się w stronę ścieżki, która wyglądała jak wyjęta z horroru. Naprawdę. Brak oświetlenia, szumiące drzewa, co chwila przebiegało tu jakieś zwierzę i nie brakowało tu też kręcących się ludzi. Oczywiście dziewczyna nie mogła pokazać po sobie strachu. Wyrzuciłem niedopałek i odpaliłem motocykl, ruszając powoli za nią.
- Poradzę sobie! - zawołała, gdy tylko znalazłem się obok.
- Jesteś tego pewna? Zanosi się na burzę, a do Morgan University nie jest wcale tak blisko.
- Tylko jedź ostrożnie - burknęła, podchodząc bliżej. Miałem powiedzieć coś w stylu a nie mówiłem, bo od początku proponowałem, że ją zawiozę, ale w ostatniej chwili ugryzłem się w język.
Dziewczyna z ciężkim westchnieniem usiadła za mną.
- Jeżdżę szybko, lepiej się trzymaj.
- O mnie się martw, poradzę sobie.
- Okej. - Wzruszyłem ramionami i ruszyłem. Vicky długo się opierała, ale ostatecznie objęła mnie w pasie. Nie jechałem zbyt szybko, tak jak to miałem w zwyczaju. Zwykle, gdy ktoś był ze mną, stawałem o wiele bardziej ostrożny. Odpowiadałem już nie tylko za siebie, ale także za mojego pasażera. 
~~*~~*~~
Po powrocie przesiedziałem jakąś godzinę w pokoju Milesa, gdy akurat zabrał się za porządki w swojej szafie. Kto by pomyślał, że może mieć taki bałagan, gdy zawsze na mnie krzyczy, że po sobie nie sprzątam. Nie wyobrażam sobie mieszkania z nim w jedynym pokoju, czy chociażby mieszkaniu. Nie poradzilibyśmy sobie nerwowo, oboje. Potrafimy przez chwilę doprowadzić się nawzajem do białej gorączki.
Wróciłem do siebie koło godziny dwunastej i ledwo zdążyłem wyjść spod prysznica, gdy rozległo się gorączkowe pukanie do drzwi.

Victoria?
nie wyszło najlepiej, ale jest. Obiecuję poprawę! I nie noś już tych okularów! XD

środa, 27 września 2017

Od Julesa cd. Milesa


- Czy mogę się wstrzymać od odpowiedzi? - Spytałem, otrzymując od Milesa kolejne mordercze spojrzenie.
- Nie - burknął, odwracając wzrok i wlepiając go przed siebie.
- Prawdziwy przyjaciele nie każą wybierać. - Szczerze? Powiedziałem to tylko dlatego, by się z nim podroczyć. Przecież zawsze uważałem go za najlepsze, co mnie w życiu spotkało. Nigdy nie śmiałbym nazwać go złym przyjacielem. Był idealny pod każdym względem.
- Więc może nie jesteśmy prawdziwymi przyjaciółmi - odezwał się, a raczej wycedził swoją odpowiedź przez zęby.
- Miles, dobrze wiesz, że chcąc, czy nie chcąc, wybiorę pierwszą opcję. A wiesz dlaczego? Stawiając na drugą, nie wytrzymałbym zbyt długo bez ciebie. Naprawdę mi na tobie zależy, nie rozumiesz?
- To czemu jesteś tak? - spytał, już nieco łagodniejszym tonem.
- Taki, to znaczy jaki? - Odpowiedziałem, przypominając mu kawał, który królował w naszych rodzinach przez bardzo długi czas. Chłopak nie wytrzymał powagi i mimo zaciśniętych ust, parsknął śmiechem.
- Dokładnie taki, Jules - westchnął, próbując z powrotem przybrać poważną minę. - Nie odpowiedziałeś mi, jakie masz teraz plany.
- Dodałbym trzecią opcję. Wróćmy do akademika, wyrzucimy z siebie to co nam leży na sercu, sumieniu, czy cholera wie...
- Przecież właśnie to zrobiliśmy!  - Przerwał mi krzycząc, przez co przestraszył odrobinę konie.
- Nie drzyj się tak - mruknąłem, wywracając oczami. - Wracamy.
Miles niechętnie, ale mimo wszystko podążył za mną. Dojechanie na teren Morgan Univeristy zajęło nam około piętnastu minut, szybko odstawiliśmy konie do stajni i udaliśmy się w stronę mojego pokoju.
- Już się uspokoiłeś? - spytałem, zatrzymując się przy drzwiach i sięgając do kieszeni po klucz.
- Cały czas byłem spokojny - burknął, krzyżując ręce na piersi.
- Tak, oczywiście.
Coś czuję, że będzie to ciężka i długa rozmowa. Zdarzały nam się one bardzo rzadko, jednak zawsze po tym czuliśmy się o wiele lepiej... albo nie rozmawialiśmy że sobą przez dłuższy czas. Różnie bywało.
Gdy tylko otworzyłem drzwi, chłopak nagle nabrał energii i z niewielkim rozbiegiem, rzucił się na łóżko. Spojrzałem na niego spod zmarszczonym brwi, a ten jedynie poklepał dłonią miejsce obok.
- Nie wiem, czy to dobry pomysł, żebyśmy siedzieli tak blisko siebie - mruknąłem, niepewnie siadając obok niego. Miles rzucił mi tylko zirytowane spojrzenie i podparł głowę na zgiętej w łokciu ręce.
- Ty zaczynasz, czy ja? - Uniósł brwi.
- Trochę się tego nazbierało. Zacznij ty, jeżeli nie masz nic przeciwko.
- Okej, sprawa numer jeden, musisz w końcu zrobić coś ze swoją mamą. Nie wiem, czy powiesz ojcu, czy z nią pogadasz, żeby to zrobiła. W ogóle oni dalej się spotykają?
- Tak, musiałem powiedzieć o tym Camilli. Kilkukrotnie, gdy wracała do domu, widziała ich razem.
- Okej, więc i tak musisz coś z tym zrobić. Teraz masz jeszcze Camillę do pomocy. - Wziął głęboki wdech. - Sprawa numer dwa, pozbędziesz się tej pierdolonej broni i nie będziesz jeździł do takich miejsc, zrozumiano?
- Miles..
- Zrozumiano?!
- Okej. - Wywróciłem oczami. Z Milesem nie ma dyskusji, albo się zgadzasz, albo wypierdalasz. Może jednak nie powinniśmy o tym wszystkim rozmawiać. Obawiam się, że zamiast być lepiej, wszystko się pogorszy. Już czuję się źle, przez kolejne wspomnienie o ojcu, który wciąż żyje w nieświadomości, a ja.. wciąż go okłamuję. Nie mam zbyt dużego pola do manewru, znajduje się między młotem, a kowadłem. Co nie zrobię, będzie źle.
- Sprawa numer trzy, przestajesz mnie wkurwiać na wszystkie możliwe sposoby.
- Chyba nie potrafię - prychnąłem, co spotkało się ze zdenerwowanym wzrokiem Milesa. - To może jednak pojedziemy do tego klubu, co?


Miles?
Bardzo słabe, krótkie.. ale się poprawię. Troszkę mnie szkoła zawaliła, za długą przerwę zrobiłam i wypadłam z rytmu, ale będzie lepiej.

czwartek, 31 sierpnia 2017

Od Julesa cd. Milesa

Wywróciłem oczami, widząc szeroki uśmiech przyklejony do jego twarzy. Miles to Miles, nie ma na całym naszym świecie drugiej takiej osoby, która choćby w minimalnym stopniu go przypominała. On jest... unikatowy, nie do podrobienia. W jednej chwili może rzucić mi się do gardła, z chęcią uduszenia mnie, albo przynajmniej przegryzienia aorty, a w drugiej zacznie się do mnie przytulać i mówić mi, jak bardzo mnie kocha. Nigdy nie potrafił się długo gniewać, bynajmniej na mnie. Na moją siostrę potrafił obrażać się tygodniami, chociaż oni od początku swojej znajomości są na siebie obrażeni, przez to ciągłe dogryzanie sobie. Od czego dokładnie się zaczęło, nie mam pojęcia. Oni się nienawidzą odkąd tylko pamiętam. Ciekawe, czy jak Camilla tu przyjedzie, to się dogadają. Jeszcze mu o tym nie wspominałem, że siostra ma w planach zmianę szkoły, dowie się w swoim czasie, na razie nie będę go tym stresował. 
Poszliśmy do stajni, gdzie szybko uporaliśmy się z wyczyszczeniem i osiodłaniem koni. Oczywiście Miles potraktował to jako wyścig, który tym razem udało mu się wygrać. Gdy wyprowadziłem Hurricane z boksu, ten już dumnie czekał przy wyjściu. 
- Mam nadzieję, że wiesz, dokąd jechać i nas nie zgubisz. - Zmarszczyłem brwi, wychodząc poza teren stajni. 
- O to się nie martw, skarbie. - Uśmiechnął się szeroko i zwinnym ruchem wskoczył na grzbiet Blue. 
Westchnąłem i poszedłem w jego ślady. Oczywiście, gdy tylko włożyłem stopę w strzemię, Hurricane uznała, że to świetny moment, by ruszyć żwawym kłusem. Przyzwyczaiłem się do tego i muszę przyznać, że w ten sposób jest mi o wiele łatwiej wybić się od ziemi. Przytrzymałem krótko wodze, a Hurricane zaraz przeszła do spokojnego stępa. Miles bez problemu nas dogonił i ruszyliśmy w stronę ścieżki.
- Dzisiaj wieczorem jadę do Bo's Arcade. Dawno nie grałem w bilard.
- A ja jadę z tobą - wtrącił szybko. 
- No właśnie o tym chciałem pogadać. Nie sądzę, że to dobre miejsce dla ciebie. To.. nie twój styl, poza tym, tam jest niebezpiecznie.
- Halo! Nie jestem małym dzieckiem! 
- Wiem, że nie jesteś i ci co tam chodzą też nie są. Byłem tam kilka razy i czasem naprawdę jest gorąco. Wyobraź sobie ludzi uzależnionych od hazardu w momencie, gdy przegrywają dom lub luksusowy samochód. Są wściekli, że muszą to oddać i zazwyczaj nie obejdzie się bez bójek. 
- Bla, bla, bla. Skończyłeś już? - Uniósł brwi i nie słysząc odezwu z mojej strony, kontynuował. - Ty myślisz, że ja cię tam wypuszczę? Po moim trupie!
- Robiłem gorsze rzeczy i jeździłem do straszniejszych miejsc niż to, gdy wyjechałeś. Naprawdę nie miałem, co robić, a wiesz jak się na tym wzbogaciłem? Po rozbiciu tamtego motocykla w ciągu kilku dni kupiłem nowy, za pieniądze z wygranych. Nie chciałem brać od ojca.
- Nie obchodzą mnie pieniądze, skoro tam jest niebezpiecznie - burknął.
- Miles, potrafię się bronić - westchnąłem, poluźniając wodzę. 
- A jak ktoś przyłoży ci spluwę do głowy, to też się obronisz? - krzyknął, coraz bardziej zdenerwowany.
- Też mam broń.
- Nie pozwolę ci... co ty powiedziałeś? - Spojrzał na mnie i.. o losie.. gdyby wzrok mógł zabijać. - Czy ty właśnie powiedziałeś, że masz broń?
- Tak. - Wzruszyłem ramionami.
- Czy ciebie do reszty pojebało? - krzyknął, jednak zaraz się opamiętał. - Co ty ze mną robisz.. przez ciebie znowu zacznę klnąć jak szewc. Tak nie można, Jules!
- Miles, mój świat tak wygląda. 
- Gówno prawda. Próbujesz to sobie wmówić, że jesteś takim bad boyem, czy cholera wie kim. Ty jesteś całkiem inny. Popatrz na to, jak traktujesz ludzi, a jak traktujesz mnie. To dwa odrębne światy i dlaczego? Dlaczego dla nikogo nie potrafisz być miłym?
- Bo nie lubię ludzi. 
- Doprowadzasz mnie do szału, Jules - jęknął, uderzając się dłonią w czoło. - Jeżeli tak bardzo chcesz tam jechać, to ja jadę z tobą.
- Rozumiesz, że się o ciebie martwię? Nie pozwalam ci jechać tylko dlatego, że nie chcę cię na nic narażać z powodu mojego widzi mi się. 
- Jules, wkurwiasz mnie. Jedziemy tam razem, albo nie pojedziesz wcale - burknął pod nosem.
- Tam palą, nie lubisz zapachu tytoniu. 
- Nie zniechęcisz mnie tak łatwo. 
- Okej, pojedziemy gdzieś indziej. Do jakiegoś bardziej.. kulturalnego miejsca, gdzie mogę pograć sobie w bilard, okej? 
Miles spojrzał na mnie wzrokiem, którego nie potrafiłem zdefiniować. To coś pomiędzy "zaraz cię zabiję" a "nareszcie zmądrzałeś, dziecko". Przez jakiś czas jechaliśmy w całkowitej ciszy, dopóki nie dojechaliśmy do rzeki, o której mówił Miles. 
- Wiesz co, musisz się rozerwać. Pojedźmy do jakiegoś klubu - zaproponowałem, podjeżdżając bliżej piaszczystej drogi. 


Miles?


niedziela, 27 sierpnia 2017

Od Julesa cd. Milesa

- Chcesz jeszcze jednego? - spytałem, widząc jego przeszczęśliwy wyraz twarzy.
- Tak! Tego największego! - Zapiszczał jak mała dziewczynka i zaczął podskakiwać w miejscu.
Miles czasem zachowuje się, jak małe dziecko, ale właśnie to w nim uwielbiam. Wie, kiedy może sobie na to pozwolić, a kiedy zachować stuprocentową powagę. Mimo wszystkiego potrafi cieszyć się życiem. Bałem się, że po śmierci chłopaka, nic już nie będzie jak dawniej. Po części to prawda, nic już nie będzie takie samo jak za życia Adriena, ale... Miles chce żyć. Ja powoli zaczynać się nad tym zastanawiać. Kogo zabolałoby moje odejście? Ojca, Camillę i Milesa. Być może mamę dopadłyby wyrzuty sumienia, znajomi z bilarda cieszyliby się, że nie mają konkurencji i nikt ich nie ogra z luksusowych samochodów i całej fortuny. Znajomi ze starej szkoły raczej by się nie przejęli. Taki los bycia chujem. Nikt cię nie lubi i twoje życie lata wszystkim koło tyłka. Spróbowałem się jak najszybciej oderwać, od tych myśli i skupiłem uwagę na strzelaniu.
- Ile za tego największego? - mruknąłem do niezbyt sympatycznego faceta, wskazując na ogromnego pluszaka.
- Wszystkie. - Wzruszył ramionami, jakby było mu to obojętne.
Bez problemu zestrzeliłem większość kaczuszek, dopiero pod koniec zacząłem mieć z tym problemy. Rozpraszało mnie dosłownie wszystko. Zniecierpliwione westchnięcia pracownika, tupot podnieconego Milesa, jakaś mucha kręcąca się obok i komar, który przed chwilą usiadł mi na ręce. Nie mam pojęcia, jakim cudem udało mi się trafić i zestrzelić wszystkie kaczuszki. Pracownik skrzywił się, podając mi największego z pluszaków i zabrał się za zbieranie zestrzelonych celów.
- Nie mam pojęcia, jak dowieziemy go do akademika - zaśmiałem się, zauważając, że misiek jest prawie tak wielki jak Miles.
- Nie mamy dla niego kasku. - Zrobił smutną minę, jednak zaraz na jego twarz wrócił szeroki uśmiech.
- Znowu mam uklęknąć? - Uniosłem brwi.
- Nie! Jeden raz zdecydowanie wystarczy.
Podałem chłopakowi pluszaka, a ten musiał przerzucić go przez ramię, by nie ciągnąć jego nogami to piasku.
- Wiesz, co? Możemy już spokojnie wrócić do Morgan. Właśnie zostałem ojcem dwójki pluszaków, jestem szczęśliwy i śpiący.
- Czy to, że je wygrałem, jest równoznaczne z tym, że je urodziłem? - Skrzywiła się, ruszając w stronę parkingu.
- Nieee, wybacz, ale nie nadawałbyś się na matkę moich dzieci. - Spojrzał na mnie z kamiennym wyrazem twarzy, jednak zaraz wybuchnął głośnym śmiechem.
Powrót do akademika nie był taki łatwy, na jaki się wydawał. Między mną a Milesem siedział największy pluszak, a mniejsza panda, również znalazła tam miejsce. Chłopak co chwila krzyczał, żebym zwolnił, bo zaraz albo on spadnie, albo któryś z miśków. Momentami miałem ochotę go zrzucić, zwłaszcza gdy słyszałem teksty typu spokojnie, dzieci, jesteśmy już blisko, wujek Jules wcale nie przekracza dozwolonej prędkości.
Oczywiście, że nie przekraczałem! Nie w momencie, kiedy Miles siedzi za mną. Sam zazwyczaj jeżdżę o wiele szybciej, ale nie chciałbym go na nic narażać. Motocykl to tylko maszyna, nigdy nie wiadomo.
- Jesteśmy na miejscu, tatuśku - zaśmiałem się, zatrzymując motocykl przy wejściu do akademika - Idź, ja zaparkuję i zaraz przyjdę.
Miles posłusznie zeskoczył z motocykla i udał się w stronę drzwi. Odjechałem kawałek dalej i zatrzymałem się na pierwszym wolnym miejscu. Zsiadłem z maszyny z nadzieją, że jutro zastanę ją tu w takim samym stanie, w jakim ją zostawiłem. Byłem trochę przewrażliwiony na tym punkcie, ale nieznoszę, gdy ktoś dotyka mój motocykl.
Udałem się prosto do wejścia, gdzie właśnie zapaliło się światło. Już od dawna jest ciemno, więc pewnie zapomnieli zrobić to wcześniej. Wszedłem do środka i przy schodach zauważyłem Milesa. Nie był sam, rozmawiał z jakimś chłopakiem i... to chyba ten, który niby jest tak podobny do Adriena. W sumie, jak tak dłużej się mu przyjrzałem, to faktycznie mogłem dostrzec jakieś podobieństwa w ich wyglądzie.
Gdy Miles tylko mnie zauważył, od razu pospiesznie się pożegnał i podszedł do mnie, co chwila zerkając do tyłu.
- Spokojnie, poszedł, nie patrzy. - Wzruszyłem ramionami. - Czy to był on?
- Em.. nie - odpowiedział, pocierając kark dłonią.
- Nie? - spytałem, unosząc brwi.
- No dobra, ale sam widzisz, że naprawdę jest podobny.. gdybyś jeszcze go poznał..
- Ale ty nie chcesz, żebym go poznał.
- Nie chodzi o to, że nie chcę, ale.. no.. sam rozumiesz.
- Okej, w porządku. Nie przyjechałem tu żeby zawierać nowe znajomości. - Wzruszyłem ramionami. - Jak on ma na imię?
- Joshua.
- I tyle mi wystarczy. 
Odprowadziłem Milesa do jego pokoju, a gdy tylko do niego weszliśmy, chłopak rzucił pluszaki na łóżko.
- Dzisiaj śpię z nimi - mruknął pod nosem i położył się na tym większym.
- Uroczo. Zrobić ci zdjęcie? - zaśmiałem się, wyjmując z kieszeni telefon. 
~~*~~*~~
Obudziłem się wyjątkowo wcześnie, jak na mnie. Zazwyczaj spałem przynajmniej do dziewiątej, a tu sam z siebie podniosłem się z łóżka o siódmej. Spory wyczyn dla mojej osoby. Oczekiwałem jedynie, aż do pokoju wpadnie Miles, który chyba zabrał mi jeden klucz od pokoju, by codziennie mnie budzić i odsłaniać rolety w oknach. Po jakiś dziesięciu minutach usłyszałem przekręcanie klucza w zamku. Chwilę później drzwi się otworzyły i pojawiła się w nich roześmiana twarz Milesa.
- To ty już nie śpisz? - spytał smutno, wpadając do pokoju.
- Tak bardzo chciałeś mnie osobiście obudzić?
- Być może. - Wzruszył ramionami i po wzięciu rozbiegu, rzucił się na łóżko.
Miles wyłożył się wygodnie na posłaniu i spojrzał na mnie.
- No chodź tu do mnie kociaku - odezwał się, podpierając głowę na ręce.
Nie był w stanie zbyt długo utrzymać poważnej miny. Złapał się za brzuch, nie mogąc powstrzymać napadów śmiechu.
- Jakie plany na dzisiaj? - spytałem, zajmując miejsce obok niego.



Miles?
tym razem trochę krótsze XD <3

sobota, 26 sierpnia 2017

Od Julesa cd. Victorii

Cóż, nie ukrywam, że nie spodziewałem się takiej odpowiedzi z jej strony, aczkolwiek udało mi się uniknąć jej ciosów i ostatecznie ją obezwładnić.
- Chciałem się tylko przywitać, skarbie. - Uśmiechnąłem się, pochylając nad jej uchem.
Była niższa ode mnie i to o jakieś dobre piętnaście centymetrów, może nawet trochę więcej.
- W takim razie wybrałeś sobie zły moment i raczej nieodpowiednią osobę - mruknęła pod nosem. - Możesz mnie puścić?
- A jeżeli znowu będziesz chciała mnie uderzyć? - Uniosłem brwi, oczekując jej odpowiedzi.
- To tym razem nie zdążysz się obronić.
- Jak mam cię puścić, skoro mi grozisz? - zaśmiałem się.
- Ja tylko ostrzegam - burknęła, a ja poluźniłem uścisk.
Dziewczyna od razu się wyrwała i odwróciła twarzą w moją stronę. Uśmiechnęła się niezbyt przyjaźnie i spróbowała mnie ominąć, jednak porę złapałem ją za rękę, uniemożliwiając przejście.
- Nie przywitałaś się ze mną. - Zmarszczyłem brwi.
- Cześć, mogę już iść?
- Chciałbym się dowiedzieć, jak ma na imię tak wybuchowa i groźna dziewczyna - zaśmiałem się - Jestem Jules, a ty?
- Victoria, mogę? - spytała, wskazując głową w stronę wejścia do akademika.
- Aż tak ci się spieszy?
- Nie, ale jeżeli zaraz tam nie pójdę, najpewniej wróci tu mój brat, a wtedy.. może być bardzo nieprzyjemna sytuacja. - Wywróciła oczami, próbując wyrwać nadgarstek z mojego uścisku.
- Też zacznie mnie bić? - Uniosłem brwi.
- Jeśli zobaczy, że jakiś przerośnięty typek trzyma jego siostrę za rękę, na ciemnym parkingu i nie pozwala jej iść do akademika? Bardzo możliwe. Narzuci ci zakaz zbliżania się do mojej osoby i będzie mnie pilnował na każdym kroku - odpowiedziała - Wiec, pozwolisz, że już sobie pójdę?
Czyli ktoś tu ma nadopiekuńczego brata. Okej, gdyby ktoś taki jak ja kręcił się koło mojej siostry, najpewniej nie wyszedłby z tego cało, więc nie mam się co dziwić. Raczej nie robię dobrego pierwszego wrażenia, chociaż.. drugiego też nie, nie oszukujemy się.
- Czy to twój brat? - spytałem, wskazując na osobę, która właśnie opuściła akademik i zatrzymała się na jednym ze schodków.
- Em.. tak i chyba właśnie tu idzie, więc możesz? - Uniosła brwi, wskazując na swoją rękę.
- Jasne, skarbie. Tylko już nie bij - zaśmiałem się, uwalniając jej nadgarstek -Chyba poznałem dzisiaj twojego brata. Kazałem mu spierdalać, po tym jak przy wejściu pociągnął mi z bara.
- Niezbyt ciekawy sposób nawiązywania znajomości.
- Owszem, twój był zdecydowanie lepszy. - Uśmiechnąłem się, odgarniając z jej twarzy rudy kosmyk włosów.
Victoria od razu odepchnęła moją rękę, rzucając coś w stylu łapy przy sobie i zwinnym ruchem ominęła mnie, ruszając w stronę akademika.
- Miłej nocy, Jules! - zawołała, wchodząc na pierwszy stopień - Obyś nie spał zbyt dobrze.
- Dobranoc, skarbie! - krzyknąłem, mając nadzieję, że jej brat również to usłyszy.
Lubię robić ludziom na złość i pakować się w kłopoty, chociaż w tym przypadku raczej nic takiego mnie nie czeka.
~~*~~*~~
Zazwyczaj wszyscy narzekają na budzik, albo na swoich pupili, które budzą ich z samego rana z potrzebą wyjścia na dwór. Ja mam od takich rzeczy Milesa. Około godziny szóstej przybiegł do mojego pokoju w samych bokserkach i odsłonił rolety w oknach. Kto normalny tak robi? Skrzywiłem się, gdy promienie słoneczne wpadły do pomieszczenia, robiąc je nieprzyjemnie jasnym. Jestem okropnym śpiochem, a Miles dobrze o tym wie. Gdy się nie wyśpię robię się wredny i w tym przypadku on będzie moim pierwszym celem.
Ciekawi mnie tylko, czy ktoś go widział, bo chłopak w samych bokserkach w ananasy biegnący sprintem przez cały korytarz, nie jest raczej codziennym widokiem, chociaż... to akademik, tu wszystko jest możliwe. W internacie Akademii Lotniczej bywało zdecydowanie gorzej. Tam nawet nie nosili bokserek...
- Coś ty! Na pewno nikt mnie nie widział! Oni jeszcze śpią. - Zaczął się śmiać i usiadł na krańcu mojego łóżka.
- Właśnie, oni śpią i ja też bym chciał - burknąłem, przykrywając się kołdrą po samą szyję.
- Przestań, mamy piękny dzień, świeci słońce, jest wspaniała pogoda! Musimy to wykorzystać.
- Spierdalaj.
- Ktoś tu nie ma humoru - odpowiedział i mimo, że nie widziałem teraz jego twarzy, byłem przekonany, że właśnie wywrócił oczami.
- Zbyt długo walczyłem z bezsennością, żebyś teraz budził mnie o szóstej rano. Idź spać, Miles. Proszę - jęknąłem, mając nadzieję, że da mi jeszcze trochę spokoju.
Poczułem jak za moimi plecami ugina się materac, a zaraz po tym Miles wskoczył pod kołdrę. Nie miałem już nawet siły, by zrzucić go z łóżka, jeśli będzie cicho, może sobie leżeć. Ledwo zdążyłem zasnąć, a znów mnie obudził. Tym razem nieświadomie, bo przeszkodziło mi jego głośne chrapanie. Na litość boską!
Nie mam pojęcia, jak udało mi się przespać dwie kolejne godziny, z tą wiercącą się kluchą obok. Wstałem ostrożnie z łóżka, nie chcąc go budzić i narażać przy tym siebie na jego świetny humor. Poprawiłem delikatnie kołdrę i podszedłem do szafy, żeby wyjąć czyste ubrania. Zabrałem ciemne jeansy i czarną koszulkę na grubych ramiączkach z logiem zespołu Ramones. Od zawsze ją uwielbiałem, jednak teraz noszenie jej sprawiało mi mały problem. Odkrywała bliznę na ramieniu, a raczej jej niewielką część. Obojczyk wciąż zostawał zasłonięty przez bardzo wysoki dekolt, więc nie było tak źle. Przewrażliwienie na punkcie blizn, ostatnio szczególnie dawało mi się we znaki. Wstydziłem się ich. Symbolizowały moją głupotę, lekkomyślność i kłamstwo.
Stałem tak przez dłuższą chwilę i przyglądałem się kolejnej bliźnie na boku. Ciągnęła się ona prawie od biodra, przez zebra, aż do mostka. Czasem się zastanawiam, jakim cudem to przeżyłem i czy nie lepiej byłoby, gdyby pomoc nadeszła za późno. Nie miałbym teraz tego problemu, wyrzutów sumienia, które prawdopodobnie będą mi towarzyszyć do końca mojego życia, bez względu na to, jaką podejmę decyzję. Najzwyczalniej w świecie bym zniknął i już nigdy się tutaj nie pojawił. Kiedy tak o tym myślę, w mojej głowie od razu pojawia się Camilla, ojciec, Miles.. mama.. nie, jej już nie chcę znać. Nie po tym, co zrobiła.
Nie potrzebowałem wiele czasu, by zaczęły trząść mi się dłonie. Muszę zapalić, za bardzo się denerwowałem. Nie zrobię tego tutaj, bo jak Miles się obudzi, to zapewne wyrzuci mnie z własnego pokoju. 
W Morgan Univeristy obowiązuje zakaz palenia, jednak jakoś mi to nie przeszkadzało. Na pewno nie jestem jedyną osobą, która pali, ale nie mam kogo zapytać, gdzie można to robić bez żadnego przypału. Miles wie, ale na pewno nie podzieli się ze mną tą informacją, a nikogo więcej tu nie znam. No może poza dziewczyną, która wczoraj mnie zaatakowała. Victoria. 
Zarzuciłem na siebie bluzę, ubrałem po cichu buty i wyszedłem z pokoju, starając się nie obudzić Milesa. Upewniłem się, że mam w kieszeni paczkę papierosów oraz działającą zapalniczkę, a gdy już miałem pewność, zbiegłem po schodach. Po wyjściu na zewnątrz mnie miałem kompletnie pojęcia, w którą stronę się udać, by nie musieć za daleko iść do jakiegoś ustronnego miejsca. Szedłem wzdłuż murów akademika, mając nadzieję, że za rogiem budynku nikt nie zwróci na mnie większej uwagi. Gdy byłem już blisko, moją uwagę przykuła wąska ścieżka, którą zazwyczaj uczniowie jeżdżą w teren, Miles mi o tym mówił. Ruszyłem w jej stronę i gdy tylko znalazłem się wśród rzadkiego brzozowego lasku, wyjąłem z kieszeni paczkę i zabrałem z niej jednego papierosa. Przytrzymałem go w ustach, wyszukując zapalniczkę w głębokiej kieszeni i niedługo później dym przyjemnie wypełnił moje płuca. Niespiesznie go wypuściłem, by po chwili przyjąć kolejną porcję. Nie potrafię wyjaśnić, dlaczego tak bardzo mi to pomagało. W jednej chwili odchodził cały stres, nerwy, pozostawał jedynie błogi spokój. 
Gdy już powoli kończyłem pierwszego papierosa, zauważyłem, że ktoś idzie z przeciwnej strony. Nie sposób było nie rozpoznać tej rudej czupryny. Wokół nóg dziewczyny krzątał się niewielki piesek i co chwila poszczekiwał radośnie. Gdy tylko mnie zobaczyła, zatrzymała się i rozejrzała, prawdopodobnie w poszukiwaniu innej drogi. Halo. To nie ja rzuciłem się na nią z pięściami.
Pewnym krokiem szedłem przed siebie, oczekując reakcji dziewczyny. Najpewniej przeszła by obojętnie obok, gdybym się do niej nie odezwał.
- Cześć, skarbie. - Uśmiechnąłem się szeroko.
- Cześć, Jules - westchnęła i chciała przejść dalej, jednak w tym samym momencie zwróciłem, idąc zaraz obok niej.
- Mogę ci potowarzyszyć w powrocie do akademika?
- Chyba już to zrobiłeś. - Spojrzała na mnie z wyrzutem.
- Robimy postępy, dzisiaj się na mnie nie rzuciłaś.
- Po prostu.. przestraszyłeś mnie. To był odruch bezwarunkowy. - Wywróciła oczami, przyglądając się psu, który właśnie wbiegł między drzewa.
- Aż taki straszny jestem? W takim razie, chyba nie powinnaś teraz ze mną iść. Nigdy nie wiadomo, co może mi wpaść do głowy - zaśmiałem się.
Uwielbiam droczyć się z ludźmi, a wydaje mi się, że nie jest wcale tak trudno ją zdenerwować.
- Nie boję się ciebie - mruknęła pod nosem, zerkając w moją stronę.
- A myślisz, że chcę, żebyś się bała?
- Myślę, że chcesz czegoś, czego ode mnie na pewno nie dostaniesz. - Uśmiechnęła się, przyspieszając kroku.
- Masz charakter - zaśmiałem się - Podoba mi się to.
- Czy to twój tekst na podryw?
- Nie, ale zarumieniłaś się. - Wyszczerzyłem się, świętując swoje malutkie zwycięstwo.
- Ja się nie rumienię - mruknęła odwracając wzrok.
Dopiero dzisiaj mogłem się jej lepiej przyjrzeć. Miała dość jasną cerę, a jej twarz pokrywały dość liczne, urocze piegi. Tym razem miała na nosie okulary przeciwsłoneczne, które zakrywały jej, o ile dobrze widziałem, zielone oczy. Poniżej ciemnych szkieł widoczny był delikatny ślad, jakby blizna. Gdy odwróciła głowę bokiem do mnie, udało mi się dostrzec to samo, pod łukiem brwiowym. Pewnie dlatego nosi okulary, żeby to ukryć. Blizny to nic złego, ale właścicielom przeszkadzają najbardziej. Zawsze znajdzie się masa ciekawskich gapiów, którzy zaczną wytykać cię palcami.
- Możesz zdjąć okulary? Dziwnie się czuję, rozmawiając z kimś, z kim nie mogę złapać kontaktu wzrokowego. - Zmarszczyłem brwi.






Vicky?
nie wyszło najlepiej, ale starałem się :c


Dla administracji: 1607

czwartek, 24 sierpnia 2017

Od Julesa cd. Milesa

- Ty się ewidentnie prosisz o telefon na policję.
- No chodź, fajnie będzie. Opędzlujemy watę cukrową siedząc na samym czubku diabelskiego młyna. Będzie romantico, przecież poszliśmy na randkę, tak tylko przypominam.
- Pamiętam, ale nie tak sobie wyobrażam perfekcyjną randkę. Wiesz, podjeżdżam do ciebie siedząc na koniu...
- ...najlepiej tyłem - wtrącił swoje trzy grosze, po czym wywrócił oczami.
- Nie wywracaj na mnie oczami, klucho. - zirytowałem się - Jesteś taką bułą losu, że cały ten wypad skończy się ściąganiem cię z kilku wyższych kolejek, bo sam nie potrafisz zleźć.
- Ty właśnie od tego jesteś! Mój wybawca, książę, bohater! Przybywa po to, by mnie ściągnąć z zagrażającej mojemu życiu kolejki górskiej. By the way, ta ostatnia kolejka, na której byliśmy, była na prawdę straszna. Gdybyś w porę nie przybył, mój książe...
- Dobra! Pójdziemy, tylko skończ biadolić - powiedziałem, masując obie skronie.
Nie mam pojęcia jak można wypluć z siebie tyle słów w mniej niż 15 sekund. To już jakiś talent, może powinienem posłać go do jakiegoś programu jak The Brain, a może lepiej do Guinessa? Moje szybkie rozważania przerwał nagły pisk, kiedy do mojego opóźnionego umysłowo przyjaciela dotarły wypowiedziane przeze mnie słowa.
- Łoo! Będzie super-duper, zobaczysz! Najpierw zgarniemy watę, potem.. - Musiałem mu przerwać, nienawidziłem jak ktoś wypowiada to słowo.
- Potem, to ci śmierdzą stopy. Mówi się później. - Wygiął usta w podkówkę i spojrzał na mnie gniewnym wzrokiem.
- PÓŹNIEJ pójdziemy na jakieś porządne jedzonko, bo zgłodniałem i nie możesz zapomnieć o moim misiu, którego masz mi wygrać na strzelnicy. No i ty stawiasz wszystkie wejściówki, zapomniałem portfela - powiedział, uśmiechając się do mnie słodko.
- Eh, moja ty małżowinko, co ty byś beze mnie zrobił. Pewnie wziął i się zapłakał gdzieś w kącie.  - Wszystkie te słowa wypowiadałem, tarmosząc jego pucołowate policzki.
Wyrwał mi się po chwili, krzywiąc i równocześnie pocierając twarz.
- Weź tak do mnie nie mów, to straszna ohyda. Jest tyle ładnych określeń na świecie, a ty musisz wybierać zawsze te dziadowskie.
- No dobrze, przepraszam, ty mój.. upiorze z pawlacza - Wydusiłem z siebie z niemałym trudem.
Nie miałem nawet pojęcia, co to pawlacz. Miles odwrócił się do mnie natychmiastowo, nie wierząc w to, co właśnie wyszło z moich ust. Jego twarz wyrażała zdziwienie, a już po chwili czyste rozbawienie. Złapał się za brzuch, początkowo lekko chichocząc, a po chwili wpadając w tak obłąkańczy śmiech, że mijający nas ludzie zastanawiali się, czy dzwonić przypadkiem na 997. Sam zacząłem się śmiać pod nosem, bardziej z jego reakcji niż z tego, co powiedziałem. Śmiał się, stojąc zgięty w pół i opierając dłonie na kolanach. Spojrzałem na niego, dałem mu czas na wyśmianie się, po czym złapałem go za bety i wyprostowałem.
- Słuchaj, kluseczko, pośmiejesz się później. Jak nie ruszymy tyłków to zamkną ci przed nosem nawet samochodziki dla dzieci.
Poskutkowało, przestał się natychmiastowo śmiać, przerażony myślą, że może nie zdążyć być ściągniętym z jakieś kolejki. Odwrócił się na pięcie, galopem ruszając w stronę kas. Ruszyłem za nim, biedak chyba zapomniał, że byłem sponsorem dzisiejszego wieczoru i beze mnie nie dostanie nawet chusteczki w sklepie. Spoglądałem na niego, kiedy tak pędził przed siebie, potrącając po drodze ludzi ze słodyczami w garściach. Chciałbym być jak on, w jednej minucie poważny, a w kolejnej jak dzieciak biegnący po bilety i watę cukrową. To było coś, co najbardziej w nim lubiłem. Nie ważne jak bardzo jego życie będzie przesrane, zawsze znajdzie moment, w którym może być po prostu szczęśliwy. Odrzuca wszelkie gówno, które zebrało mu się pod podeszwą i żyje chwilą. Gdybym tylko potrafił to zrobić, nie martwić się uczuciami mojego ojca i biegać po wesołym miasteczku jak Miles. 
~~*~~*~~
- Nawet o tym nie myśl, złaź stamtąd - powiedziałem, patrząc jak ten dureń wchodzi na platformę do najgorszej kolejki w całym miasteczku.
Będzie po tym wymiotował, idę o stówę, że będzie.
- Niby czemu? Znajdź swoje cojones i właź. - Patrzył się na mnie znad ramienia, błyskając równymi ząbkami, które w tym momencie miałem ochotę mu pogubić.
- Moje cojones są na miejscu, ale twoich po tej kolejce będziemy szukać. Chcesz, żeby ta dobra dupa co na nas zerka, miała cie za cieniasa? Kotek, zeżarłeś tyle waty cukrowej i hot dogów, że zapragną wyjść chwile później jak zacznie się kręcić - westchnąłem, widząc jego upartą minę.
On to robił specjalnie, byle tylko wyszło mi na przekór.
- Nie będę trzymał ci torby ani włosów. O ile wytrzymasz aż do zejścia.
Miles rzucił mi poirytowane spojrzenie, zdmuchnął kosmyk włosów z czoła i odwrócił się całym ciałem w moją stronę.
- Miałeś być księciem, który ratuje mnie z opresji, a nie moją opiekunką. Przez cały wieczór skwierczysz mi nad uchem. Nie idź tam, nie jedz tego, po co ci kolejny jak jeszcze nie skończyłeś poprzedniego. - Marudził, wymieniając po kolei moje przewinienia z dzisiejszego wieczoru.
Według mnie nie było żadnych, po prostu nie chciałem, żeby się pochorował i źle zapamiętał ten wypad. Ale on jak zwykle ma swoje własne widzimisie. Spojrzałem na niego, ale widząc jego zaciekłą minę i jawne postanowienie, że wlezie tam za wszelką cholerę, darowałem sobie dalsze narzekania.
- Dobra, suwaj tyłeczek, znalazłem swoje cojones. Ale nie daruję ci a nie mówiłem, jeśli będzie jak przewidziałem. - Rzucił mi pewne uwielbienia spojrzenia, po czym potruchtał do wolnych foteli, sadzając swój tyłek na wysiedzianym fotelu.
Poszedłem za jego przykładem, usiadłem krzywiąc się na niewygodne miejsce. Usłyszałem śmiech koło prawego ucha, odwróciłem głowę w stronę Milesa, niezadowolony, że się ze mnie nabija.
- Co, przynieść pannie podusię? Za twardo dla królewskiego tyłka? - Śmiał się w najlepsze, a znając go to się dopiero rozpędzał.
- Jak już zapraszasz księcia do wesołego miasteczka to byś przynajmniej o wygodę zadbał - burknąłem pod nosem, nie patrząc w jego stronę tylko na operatora, który sprawdzał zabezpieczenia przed startem kolejki. Próbowałem użyć swojej mocy jedi, żeby ogłosił smutną nowinę o niedziałającej kolejce, ale najwidoczniej pomyliłem filmy. A mogłem pójść jednak do Hogwartu.
~~~*~~*~~
Nadal, cholera, nie mogłem w to uwierzyć. Miles dzielnie zniósł każdy zakręt, wzniesienie i nagłe spady. Ani na moment nie poczuł się źle, nawet po tej ilości śmieciowego jedzenia, które w siebie wciskał przez cały czas. On nie, ale ja to już inna śpiewka. Teraz definitywnie zgubiłem swoje cojones, ale na pewno nie wrócę tam, żeby je odzyskać. Za cholerę, nawet jeśli rozdawali by tam mentole za darmo. Uściślę, że nic ze mnie nie wyszło, żadną stroną. Tylko nie wytrzymałem szybkości połączonej z nagłymi spadami. Przez co piszczałem jak baba, czując jak cała zawartość mojego żołądka wywraca się do góry nogami. To było tak okropne, że po zatrzymaniu się kolejki wysiadłem, zwinąłem mandżur i tyle mnie ktokolwiek widział.
Słyszałem głośne tupanie stóp Milesa, kiedy lawirowałem wśród ludzi pchających się w przeciwnym kierunku. Wyłapywałem też jego śmiech. Ten chłopak nie musi trenować, śmieje się tyle, że bez tego pewnie wyrobiły mu się idealne mięśnie. Parłem przed siebie, oburzony na cały świat i swoje zachowanie. Przyhamowałem dopiero po przekroczeniu bramy wesołego miasteczka. Oparłem się o mały murek, który pojawił się znikąd i do niczego nie przylegał. Po prostu murek, stojący sobie na środku placu, od tak. Zacząłem zastanawiać się, czy stał tu od zawsze. I czy czasem ktoś sobie nie postawił atrapy, a pod spodem nie ma zapadni. Ale co ten ktoś robi z ofiarami? Sprzedaje na organy? Niewolnictwo? Wywozi do innych krajów, żeby ktoś robił za prostytutkę? Może to kolejny Hannibal i skończę jako wyposażenie lodówki? Moje rozważania przerwał Miles, który zatrzymał się obok mnie, nadal podśmiechując sobie pod nosem. Oparł swoją głowę o mój bark, tylko czasami jeszcze trzęsąc się ze śmiechu.
- No, Jules, teraz to dałeś popis męskości.
- Zamknij się już, ile można się śmiać? - burknąłem niezadowolony z obrotu ostatnich wydarzeń.
- Kochanie. - Zmarszczyłem brwi, zastanawiając się, czy mu mózgu nie przewiało na tej kolejce. A temu o co chodzi?
- Co?
- Zamknij się już, kochanie. Tak powinno być. - Rozplaszczyłem swoją otwartą dłoń na jego czole.
Skrzywił się, chcąc mi pokazać, że go to zabolało. Udałem, że lituję się nad tą skrzywdzoną przez los bułą i pocałowałem go w czoło.
- Ej, pedały, nie macie co robić? Spieprzajcie do domu! Tutaj są dzieci!  - spojrzałem w stronę, z której dobiegał głos.
Zobaczyłem typowego osiedlowego sebka, nie miał więcej niż z metr siedemdziesiąt, ale napakowane sterydami bicki groziły rozerwaniem rękawów koszulki przy gwałtowniejszym ruchu. Poradziłbym sobie z nim, Dres nie wyglądał na zawadiakę, w dodatku był sam. Wszyscy wiedzą, że stado dodaje kilka punktów do odwagi. Nie chciałem zaczynać zadymy, ale zdenerwował mnie tą odzywką, więc zareagowałem czymś na jego poziomie intelektualnym.
- Chuj ci do tego, chuj ci na imię i chuj się nazywasz, cwelu. - Odkrzyknąłem w jego stronę, czekając na jego reakcje.
Seba coś tam odburknął, ale oddreptał w stronę grupki ludzi przy kasie. Stałem dumny ze swojego małego zwycięstwa, które przykryło hańbę sprzed kilkunastu minut. Poczułem uderzenie w ramię, dosyć silne jak na Milesa. Odwróciłem głowę w jego stronę tylko po to, by napotkać jego niezadowolone spojrzenie. Rzuciłem mu swoje, pełne niezrozumienia.
- No co?
- Musiałeś tyle przeklinać? Ten koleś nawet nie był aż tak niemiły. - Spojrzałem na niego oniemiały. AŻ tak niemiły? Chyba faktycznie go przewiało.
- Ty sobie jaja robisz, tak? Przecież on nazwał nas pedałami! Ja nie wiem co musiałby powiedzieć w twoim rozumieniu, żeby zacząć być niemiłym. - Rzucił mi poirytowane spojrzenie, ale pełne rezygnacji.
- Dobra, nie ważne już. Zbierajmy się i wracajmy do pokoju, zachciało mi się spać.
- A co z misiem? - Uniosłem brwi, nie wierząc, że z niego zrezygnuje.
- No właśnie! Mój miś! - Krzyknął przejęty.
- Jeżeli bardzo chcesz, możemy się wrócić - westchnąłem.
Całe szczęście, ze przez kilka lat chodziłem na strzelnicę. Chociaż to mi się w życiu uda.


Miles? 

idziemy po misia? :3

Dla administracji: 1619 słów