poniedziałek, 16 października 2017

Od Joshuy cd. Milesa

Wiem jak wygląda człowiek, który unika tematu. Wiem, jak może wyglądać Miles unikający tematu. I wiem, że nie miałem pytać o to co przed chwilą zaszło. Mimo tego, że jego wzrok był obecny, to myśli latały wokół tego co się dzieje obecnie, a tego co działo się w jego głowie jeszcze niecałą minutę temu. A ja? Zamiast dać sobie spokój, oczywiście nad tym myślałem. Idiota. Może byś odpowiedział na pytanie?
- Yyy... nie... nie, możemy wracać do domu - odwróciłem się, patrząc w stronę, gdzie około dziesięć kilometrów dalej, znajdował się budynek państwa Young. Schowałem ręce w kieszenie kurtki, dopiero teraz czując, że potrzebowały tego bijącego ciepła z mojego ciała, przebijającego się przez wewnętrzny materiał kurtki. Były zimne. Nerwowo zatoczyłem koło na chodniku, co nie uszło uwadze ludzi wokół.
- Na pewno? - zapytał, unosząc brwi. Pokiwałem głową.
- Tak. Wiem, że chciałeś wyjechać, więc nie powinniśmy marnować czasu - uśmiechnąłem, na co skinął głową i odwracając się ostatni raz do tyłu, w niewiadomym celu, ruszył przed siebie.
- Jeśli czujesz się dobrze - dodał po chwili. Wzruszyłem ramionami, ale z racji tego, że ten gest mógł zostać źle odebrany, szybko się poprawiłem.
- Jestem zdrowy. To było... coś chwilowego, nie wiem... nigdy mi się nie przytrafiło, ale teraz jest dobrze. Twoja mama jest pielęgniarką, prawda? - spojrzał na mnie i kiwnął głową.
- Skąd wiesz? - ponownie wzruszyłem ramionami. No wiesz Miles... grzebałem w prywatnych albumach i tam, na zdjęciu, widziałem, że twoja mama była ubrana w typowy fartuch pielęgniarski, więc jakoś tak sobie skojarzyłem.
- To pewnie dlatego wyzdrowiałem. Magiczny dotyk czy coś w tym stylu... - zagestykulowałem energicznie. Chłopak zamrugał oczami, nie bardzo rozumiejąc o co mi chodzi. Nie dziwię się. Sam bym nie wiedział o co mi chodzi. Z powrotem schowałem ręce do kieszeni.
- Na pewno dobrze się czujesz? - było słychać delikatne rozbawienie w jego głosie.
- Tak, tak. Wszystko okey... nie zwracaj uwagi... wracajmy już do domu - westchnąłem, nareszcie idąc tak jak powinienem od samego początku. Tylko właśnie nie jest okey. Bo cały czas zastanawiam się co się stało tam przed sklepem. Jego twarz było bez wyrazu, ale tylko z zewnątrz. Tak jakby dla świata przybrał maskę obojętności, ale pod spodem mieszały się uczucia. Albo po prostu gadam bzdury i widzę bzdury, które chcę widzieć.
Jesteś głodny?
Em... Nie?
Na pewno? Bo wiesz... to idealny czas i miejsce na dowiedzenie się.
Nie, nie jestem głodny. I nie chcę pytać.
Ale...
Powiedziałem nie. Trzymamy się zasad.
Więc przyznaj, że wpakujesz się w sytuację, o której nawet nie masz bladego pojęcia.
Nie przyznam tego, bo tak nie uważam.
Ale wiesz, że tak jest.
A co, jeśli nie jest?
Zamierzasz znowu siebie okłamywać? Czy życie nie dało ci na tyle mocnego i bolącego kopa, żebyś teraz w końcu wiedział, że nie należy robić wbrew jemu. A ty z uporem, znowu zaczynasz coraz bardziej wbijać się w to, co kiedyś było.
Niby co kiedyś było?
Płacz i zgrzytanie zębów.
Nie możesz chociaż raz nawiązać do tej lepszej części? To wkurzające. Ciągle porównujesz mnie do tego co było w ciągu ostatnich ośmiu lat.
A mam porównywać do niezdającego sobie sprawy dziewięciolatka? W sumie... tak Josh, zachowujesz się jak ten niezdający sobie sprawy z wszystkiego wokół dziewięcioletni chłopiec, układający sobie drogę z płatków róż i myślący, że w wieku trzydziestu lat, odwiedzi swoich rodziców z żoną. Pogratulować tylko. Jak widać, potoczyło się całkiem inaczej, jak nie drastycznie inaczej. A wiesz co ci powiem? Nigdy tak nie będzie. Choćbyś na siłę się do tego zmuszał, nigdy się tak nie stanie. Bo zawsze zabraknie tobie jednego elementu. Najważniejszego elementu, który kończy układankę. Możesz go zamienić, ale kosztem drugiego, który stracisz. To zamknięte koło, kiedy zawsze będzie brakowało ci jednego puzzla do skończenia obrazka. I będziesz chciał zobaczyć to w pełni zakończone, i wiedział co obrazek przedstawia, ale on nigdy nie będzie mógł zostać wprowadzony w życie, bo zawsze brakuje tego głupiego, cholernego, ostatniego elementu!
- Cholerne puzzle... - mruknąłem pod nosem, wyraźnie kończąc ten wewnętrzny dialog, a właściwie to kłótnię, której wygrana była wyraźnie po jednej stronie. I nie po mojej, chociaż raz mógłbym wygrać. I mieć satysfakcję z tego, że mam rację. Ale z tą racją ostatnio kiepsko wyglądało.
- Co? - usłyszałem z boku, odwracając głowę i mierząc idącego obok mnie chłopaka spojrzeniem, jakby powiedział coś co mnie wielce zaskoczyło. Miał zmrużone oczy i typowe dla tej sytuacji skrzywienie.
- Co? - powtórzyłem jego słowo. No tak, to było pytanie skierowane do ciebie. Wypada na nie odpowiedzieć. Ale niby jak mam mu wytłumaczyć słowa "Cholerne puzzle"? Chyba tylko tyle, że nie lubię ich układać i mam do nich wstręt - Nie, nic... - pokręciłem głową, znów patrząc przed siebie. Takie typowe odwrócenie i zignorowanie jego pytającego spojrzenia - Nad czym wtedy myślałeś? - i po raz kolejny to coś, co przed chwilą się ze mną kłóciło, jakimś cudem zmusiło mnie do wypalenia tego pytania w momencie, gdzie miało być to całkowicie inne pytanie. Czułem jak Miles odwraca powoli głowę, powoli spoglądając na moją twarz. Dylemat czy również się obejrzeć czy nadal utrzymywać wzrok przed sobą pojawił się natychmiast. Jeśli się obejrzysz i spojrzysz na niego, to nie dość, że pokażesz swoją głupotę i zobaczysz w jego oczach niechęć... bo zapewne ona była obecna, to ponadto uświadomisz sobie, że jesteś najgorszym rozmówcą jaki mógł się przytrafić. Natomiast gdy utrzymasz wzrok przed sobą to będzie oznaką ignorancji i braku zainteresowania, tak jakbyś nie mógł znaleźć lepszego tematu i po prostu z braku pomysłów, postanowiłeś spytać o tym, nad czym tak właściwie myślał.
- Nad niczym ważnym... układałem... układałem sobie plan i tyle - nie powinienem zastanawiać się nad tym czy kłamie, ale właśnie to robię. I próbuje go wyczuć, choć nie powinienem. A najlepsze jest to, że robię to w pełni świadomie. Joshua, mistrzu dyskrecji... spadłeś na drugie miejsce. Ale cholera jasna, tak nie wygląda człowiek, który układa sobie plan. Układanie planów nie jest męczące. A Miles wyglądał jakby się męczył. A co robię ja? Właśnie zmierzam w tym samym kierunku co rzecz, która to u niego sprawiła. Więc co teraz? Teraz zmiana tematu za trzy, dwa, jeden...
- Męczący ten plan - gdyby tylko rozdawali medale za najbardziej idiotyczne i niechciane ciągnięcie rozmowy, którą pragnie się przerwać, wygrałbym. W końcu chociaż coś, ale nie ukrywam, że chciałbym być również z tego dumny. A obecnie nie jestem ani trochę - Znaczy... to nie miało zabrzmieć tak, że ja...
- Po prostu tego nie kontynuujmy. Myślałem nad czymś co było na tyle niezwiązane z czymś konkretnym, że nawet nie warto tłumaczyć - to były słowa, które mimo swojego chłodu, wszystko ratowały.
Wróciliśmy do domu. Przez całą drogę starałem się nie pokazywać jak bardzo wiem, że układanie planu było kłamstwem, tak samo jak moja próba wypowiedzenia słów, że wcale nie zamierzałem pytać. Bo chciałem to zrobić. Przez co wszystko było nieco bardziej trudne niż zazwyczaj. Poszedłem do swojego pokoju się spakować. Nadal nie wiedziałem kiedy dokładnie Miles zamierza wyjść, ale nie było mi to wielce potrzebne do życia. I tak bym się dostosował. Raven szła za mną, siadając obok łóżka, gdy otworzyłem drzwi od pokoju. Sięgnąłem torbę, odwracając ją i wyrzucając pozostałe, nierozpakowane rzeczy na pościel. Zrobiłem to z powodu tak zwanego spaczenia porządkowego, kiedy to musiałem ponownie ułożyć wszystko od nowa. Całkiem normalny i nie dziwny zwyczaj u mnie. Oczywiście dla tych co do tego przywykli. Otworzyłem szafę i wziąłem kilka rzeczy z niej, w zamiarze włożenia ich do torby, gdy zauważyłem na pościeli zdjęcie. To samo, które miałem czelność ukraść. Tak, ukraść. Bo nie należało do mnie. Zapewne było pamiątką rodziny. I znalazłbym jeszcze dużo powodów, dlaczego nie powinno znaleźć się u mnie. Wziąłem je do ręki, przejeżdżając palcem po śliskiej powierzchni i... spakowałem na sam spód. Bo niby dlaczego nie odłożyć je na miejsce? Poskładałem rzeczy, pakując je do torby i zaraz oparłem się rękoma o łóżko. Spojrzałem na Raven, która patrzyła na mnie z dołu, oparta głową o swoje przednie łapy.
- Wiem Biała... jakbyś tylko była człowiekiem i potrafiła mówić... - westchnąłem - Myślisz, że powinienem tam iść? Głupio wyszło... Nie chciałem tego zauważać, to było... dosyć wścibskie, szczególnie jeśli chodzi o to, że miałem się nie zagłębiać. Ale to mi się kompletnie nie zgadza... - usiadłem obok i uderzyłem rękoma o podłogę - Wiem, że nie wiem nic. Kompletnie nic. Nawet nie mam zarysu co tak właściwie jest, a jednak mam przeczucie, że coś mi się nie zgadza. I to frustrujące. Chciałbym, aby tego nie było. Ale jest. I doskonale wiem, że nic z tym nie zrobię... - zacząłem stukać palcami o udo. Spojrzałem z powrotem na Raven, która zaczęła bawić się zwisającym rękawem bluzy z łóżka - Sądzisz, że potrzebna mi jest pomoc w związku z tym, że gadam do psa, który właściwie mi w żaden sposób nie odpowie? - zapadła chwila ciszy, w której suczka otrzepała się i usiadła w poprzedniej pozycji - Masz racje. Tutaj już nikt nie pomoże... - westchnąłem i wstałem, wychodząc z pokoju. Zawahałem się tuż przed drzwiami Milesa, ostatecznie jednak pukając i czekając, opartym o framugę drzwi. Otworzył. Uniosłem głowę.
- Przepraszam za tamto. Wyszedłem na wścibskiego, nie miało tak być...

Miles?

1522 słowa

niedziela, 15 października 2017

Od Lewisa C.D. Hailey

Kiedy drzwi się zamknęły mama Hailey, wstała, aby zerknąć przed okno, że wsiadają do auta i odwróciła się do mnie z tajemniczym uśmiechem. Właściwie to nie tajemniczym. On po prostu mówił "Zaraz mi wszystko wyśpiewasz". Jednak ja, jako dorosły mężczyzna... no przynajmniej wyrośnięty młodzieniec, nie zamierzałem się poddać bez walki. Miałem doświadczenie z Hail, więc jej matka nie powinna być dużo gorszym przeciwnikiem od niej samej. Jedynym plusem tej sytuacji było to,  że pani O'brien nie miała takich asów w rękawie, co jej córka. Na szczęście.
- A więc Lewis... - zaczęła, siadając naprzeciwko mnie i przyglądając mi się uważnie - wszystko z wami dobrze tak?
- Owszem proszę pani - odparłem nieśmiało. Bałem się takich rozmów. Czasem ogólnie bałem się rozmów z dorosłymi, ponieważ przypominały mi te z ojcem.
- Skoro tak, to nie będzie problemu w tym, abyś opowiedział mi parę szczegółów z życia mojej córki.
- Nie chcę być niegrzeczny...
- Więc nie bądź - ucięła.
- Po prostu wydaje mi się, że powinna pani swoją córkę pytać o jej życie. Jestem osobą trzecią, pośrednią i nie należącą jeszcze do rodziny...
- Jeszcze? - przerwała mi. Cholera. Zaraz znowu coś palniesz.
- Rozumie pani, to nie jest dla mnie i dla Hailey głupia, letnia miłostka, która skończy się z dnia na dzień. Kocham pani córkę i chcę dla niej jak najlepiej - zapewniłem.
- Zawsze się tak mówi - odparła z delikatnym uśmiechem.
- Czy ja panią kiedykolwiek okłamałem? - uniosłem wzrok.
- Nie... Jestem pamiętaj, że mam was na oku i...
- Co? Wyrzuci mnie pani stąd? Mam dokąd iść - wskazałem głową w stronę mojego domu.
- Wysoko widzę grasz.
- Nie wyżej niż pani, ale to tylko dlatego, że stawką jaką jest Hail jest dla nas najwyższą i najcenniejszą - odparłem jednym tchem.
- A jeśli jej się to odmieni? - ciąża jej się odmieni? No chyba nie. Przewróciłem oczami i spuściłem lekko głowę, zaczynając się bawić palcami dłoni.
- Nie odmieni. Widziała mnie w najbardziej upokarzających sytuacjach w moim życiu. Gorzej nie będzie - wyznałem. Zapadła między nami krępująca cisza. Właściwie nie do końca, ponieważ po całym pomieszczeniu roznosił się odgłos palców uderzających o blat oddzielającego nas stołu. - Nie chcę, żebyśmy walczyli, rozumie pani?
- Rozumiem - odparła beznamiętnie.
- Jesteście z Hailey identyczne.
- Czyli jakie? - zainteresowała się.
- Nie zamierzam się aż tak narażać - skrzyżowałem ręce.
- Posłuchaj. Umówmy się tak, będziemy szczerzy do bólu, możemy zatajać pewne fakty, ale nie podczas odpowiedzi na pytania.
- Ale to niesprawiedliwe, bo to gra w jedną stronę - uniosła brew. - A... czyli to ma takie być?
- Bystrzak - uśmiechnęła się, a ja się skrzywiłem. - Opowiadaj.
- I wtedy pani mi powie, czy się nadaję dla pani córki i czy pani to akceptuje?
- Dokładnie.
- Dobrze, ale jeśli pani obieca, że pomoże w tym też mężowi - zmrużyłem oczy, przyglądając się kobiecie. Trochę się zdziwiła, jednak pokiwała w końcu głową.
- Obiecuję.
- Więc kiedy Hailey przyjechała do akademii, uciekłem przed nią, bo widziałem u niej sceny zazdrości i to nie było nic miłego. Zaczęła się era, który następowała w każdym moim związku, czyli walka kocic, której Hail raczej nie przegrywała. Odbierały mi sobie, ja się szamotałem, ale właściwie to nie wiedziałem co robić...
- Miałam inne mniemanie o tobie - mruknęła kobieta.
- Zdziwię panią, ale ja o sobie też - warknąłem. - Później był bal, na którym po wielu wewnętrznych kłótniach zdecydowałem się porozmawiać w miarę możliwości poważnie z pani córką, lecz zrządzenie losu zadecydowało o tym, że się zwyzywaliśmy, na krzyczałem na nią za całe życie, ona nazwała mnie potworem, a ja... jak pewnie się jej wydawało uciekłem. Właściwie to...
- Pojechałeś po brata - pokiwała smutno głową.
- Tak. Miałem wypadek. Drugi. Nigdy nie czułem tak blisko śmierci. Mniejsza z tym. Zabraliśmy Alexandra i kilku znajomych i odwieźliśmy go do moich dziadków w Irlandii, gdzie miałem czas trochę zregenerować się i nie tylko.
- Nie tylko? - to zaniepokojenie w głosie mnie wystraszyło, ale tylko na chwilę.
- No wie pani, rozmawialiśmy, dostałem w twarz, po raz drugi. Zresztą ona ma strasznie cięte te łapki. Później stwierdziliśmy, że to nie jest głupi pomysł, spróbować. Dokładnie wiedziałem, że to ona odstraszała te wszystkie potencjalne kandydatki na moje dziewczyny, ale myślałem, że to z przyjaźni. Tak, tak, mężczyźni są ślepi.
- Dokładnie - westchnęła.
- Więc jak już zobaczyłem - przewróciłem oczami - to staliśmy się parą, na czas pobytu w Irlandii, bo...
- Bo? - przerwała mi.
- Niech mi pani nie przerywa to się dowie.
- Czepiasz się.
- Jakbym Hailey słyszał - pokręciłem głową. - Bo moje wyniki okazały się okropne... Pamięta pani? Miałem kiedyś problem z płucami, on powrócił, pojechałem do Niemiec, żeby coś z tym zrobić, dowiedziałem się, że nie mam raka, ale za to mam na głowie wściekłą kobietę, która jest w stanie rozszarpać mnie na strzępy za to, że próbowałem zaoszczędzić jej nerwów...
- Co dalej? - chyba wciągnęła ją moją opowieść. Niepokojące...
- Dalej to pojechaliśmy na wakacje, bo jeszcze były. Do mojej cioci, do Kalifornii. A później wróciliśmy i stwierdziliśmy, że to dobry pomysł, żeby wpaść tutaj przed rozpoczęciem roku.
- Tylko tyle? - pokręciłem głową.
- Ale tyle pani powiem. Resztę ma ona powiedzieć.
- Dlaczego?
- Bo jestem chłopakiem, który nie nadaje się do tego typu rozmów? - podsunąłem.
- Wydaje mi się, że jest wręcz przeciwnie, ale skoro ona powie, to nie będę naciskać.
- Obiecała mi.
- I ślepo jej wierzysz? - zapytała, a ja pokiwałem głową wlepiając w nią spojrzenie.
- Miłość jest ślepa - odparłem cicho.
- Mam pytanie.
- Boję się dowiedzieć jakie...
- Spałeś z nią - przełknąłem ślinę.
- Pani O'brien - szepnąłem, czując jak moje oczy szerzej się otwierają.
- Lewis - zaświergotała łagodnym tonem.
- Ale... - jęknąłem.
- Nie jęcz tylko mów - uderzyła ręką w stół, a ja aż podskoczyłem. - Ja przepraszam... Lewis...
- Tak - powiedziałem przerażony. To tylko matka Hailey, a jednak nadal wspomnienia potrafią się szybko we mnie obudzić.
- Co?
- Tak spałem z nią, ale niech pani przestanie - odparłem szybko.
- Przepraszam... - wstała od stołu i podeszła do mnie, gładziła po chwili moje włosy. - Nie chciałam, tego obudzić.
- N... nic... nic się nie stało - wyjąkałem.
- Wiesz. Jesteś idealnym chłopakiem dla Hail - podniosłem głowę.
- Naprawdę?
- Tak, choć mam ochotę cię udusić, za to, że przespaliście się.
- Nie byłem pierwszy - zauważyłem.
- Lewis!
- No co?! Taka prawda, to nie moja wina - spuściłem głowę. - Przepraszam?
- Nie jestem pewna, czy to dobre słowo.
- Ja też - na chwilę zapadła cisza. - Dlaczego ona mnie pokochała?
- Chciałabym wiedzieć, ale w tych sprawach Hailly zawsze była skryta. Może to dlatego, że byliście blisko, a ty dałeś jej namiastkę męskości powodując, że zaczęła się interesować chłopcami.
- W sensie?
- Pewnie byłeś pierwszym chłopakiem, którego widziała bez koszulki, w które ubraniach chodziła, którego perfumy uwielbiała, który jej bronił, uczył jak chodzić po drzewach, opowiadał straszne historie, a później uspokajał i zostawał na noc, bo ona się bała, do którego się przytulała, który nosił ją na barana, który oddawał jej bluzę kiedy było jej zimno i chował pod kurtkę, kiedy padało. Jej życie było ciebie pełne i te małe pierwsze razy, należały do ciebie.
- Oprócz tego najważniejszego.
- Oj nie oburzaj się tak - zachichotała, a w tym samym czasie słychać było, jak otwierają się drzwi. - A teraz cichutko.
- I tak zauważy.
- Czyżby? - uniosła brew.
- Owszem - odparłem pewnie.
- A o co chodzi? - zapytała Hailey wchodząc do kuchni.
- O nic - rzuciłem automatycznie.

Hailey?
Przepraszam, że takie nijakie...

Od Milesa C.D. Julesa

Przecież ja go zaraz zabiję. Jak można być tak głupią osobą?! Nawet ja wiem, że jeśli dochodzi do takiej rozmowy, to się rozmawia, a nie próbuje śmiechem zakryć całą sprawę. Nienawidzę tego, bo... Ech doskonale wiedziałem, że to zaczęło się ode mnie i mojej psychozy związanej z Andrienem. Zostawiłem go. Zostawiłem wszystkich. I ten świat się powoli posypał.
- Nie - odparłem twardo, starając się nie warczeć.
- Dlaczego? - uniósł brew. Na jego twarzy gościł uśmieszek, jakby nic się nie stało.
- Bo rozmawiamy, tak? Czy tylko ja próbuję to robić?
- Oj Miles... - jęknął.
- Posłuchaj mnie. Nie ma żadnego "Oj Miles". Pamiętasz co mi powiedziałeś dwa miesiące po jego śmierci?
- Nie chcę o tym mówić... - odparł chłodno, jednak później dodał - że twoje skrywane myśli mi cię odbierają. Twoje problemy, które chcesz rozwiązać sam i cierpienia...
- Nie przypomina ci to czegoś? - prychnąłem.
- Przypomina - spuścił głowę.
- Jesteś moim najlepszym przyjacielem - odparłem cicho. - Jesteś wszystkim co mi zostało oprócz rodziców z życia i nie chcę za kilka miesięcy znowu stanąć nad trumną, wiedząc, że leży w niej moja martwa miłość. Mój brat.
- Bracia do końca? - westchnął smutno, nadal ze spuszczoną głową i cicho pociągnął nosem. - Miles to nie jest tak...
- Wiem jak to jest. Bardziej niż myślisz - podwinąłem rękawy bluzy. - Te wąskie białe linie na mojej skórze nie wzięły się znikąd. Wiem jak to jest wplątać się w coś, żeby zagłuszyć co innego, nie ważne czy to będzie ból czy sumienie.
- To moi rodzice - jęknął.
- To moje stracone dwa lata życia. Mój brat, który mnie nienawidzi i przyjaciel, którego zepchnąłem ze schodów.
- To bolało - automatycznie dotknął swojego barku.
- Mnie też, kiedy się otrząsnąłem i zrozumiałem co wam zrobiłem. Tobie oraz mojej rodzinie, przede wszystkim. Tak samo kiedyś ty się obudzisz, bo ojciec sam się dowie i będziesz miał do siebie żal. Bo twój ojciec straci do ciebie zaufanie i zostanie ci tylko siostra, a możesz nadal uratować chociaż jedno z rodziców.
- Dokąd ty się tak znasz na życiu? - mruknął.
- Dokąd przeżyłem coś, czego nikomu bym nie życzył i dokąd ktoś mnie z tego wyciągnął. Mam wskazywać palcem? - zapytałem, a on pokręcił głową.
- Potrzebuję cię, Miles... - odparł cicho.
- Wiem Jules, ale daj mi sobie pomóc. W przeciwnym razie, to będzie oznaczało, że jednak nie tak bardzo mnie potrzebujesz. A ja nadal chcę mieć takiego głupkowatego braciszka.
- Nie jestem głupkowaty - uniósł głowę.
- Jesteś i to chorobliwie... czyli nie mniej ode mnie - puściłem mu oczko, a on się uśmiechnął. - Więc jeśli zginiesz, umrę z tobą. Pomyśl czasem o tym.
- W jakim sensie, umrzesz? - zmarszczył brwi.
- A jak myślisz? Naprawdę sądzisz, że na trzeźwy równie ciężko jest popełnić samobójstwo, co po pijaku?
- Nie mówisz poważnie? - był przerażony. Widziałem to.
- Mówię całkowicie poważnie, Jules i nie próbuj tego sprawdzać.
- Ale...
- Cicho - warknąłem.
- Ale...
- Cicho!
- Ale...
- Zamknij się Montclare! - krzyknąłem, a on zamknął usta. - Nareszcie. Powinieneś się mnie częściej słuchać dla własnego dobra.
- Czyżby? - uniósł brew, uśmiechając się z politowaniem.
- Wbrew pozorom, to nie ja jestem wrakiem człowieka, który nosi przy sobie broń, prawdopodobnie po to, aby skorzystać z niej, kiedy zdarzy mu się chwila kryzysu - odparłem uśmiechając się wrednie.
- Tak, dobij mnie jeszcze - spuścił głowę.
- Uwierz, to nawet nie była próba dobicia cię. Wiesz, że potrafię.
- A byłeś takim słodkim, małym dzieckiem, wiecznie wystraszonym, z papierowym samolocikiem w ręku - zaśmiał się.
- Ale na całe szczęście zmieniłem się w trzeźwo myślącego mężczyznę, który może ponownie z premedytacją zrzucić cię ze schodów.
- Więc to nie był przypadek, co? Zaślepienie mówiłeś...
- A co miałem powiedzieć? Ej słuchaj zrzuciłem cię, bo miałem cię dosyć, uważaj na słowa jak stoimy przy schodach? - prychnąłem. - Miałem doła.
- Ja też go mam.
- Nie! Ty boisz się podjęć decyzję! Boisz się ranić? A co robisz? Twój ojciec pyta się mnie, MNIE co się dzieje w twoim życiu, bo rozmawiasz z nim jak z wrogiem. Camilla pewnie też by zapytała, gdybyśmy kiedyś zakopali topór wojenny.
- To czemu tego nie zrobicie? - zmienił temat.
- Bo któreś musiałoby przyznać rację drugiemu? Bo to niewykonalne? Bo za bardzo się od siebie różnimy? Bo za bardzo każde z nas chce mieć ciebie dla siebie?
- To... chodzi o mnie? - zdziwił się.
- Między innymi - wzruszyłem ramionami. - Całkiem możliwe... że... przede wszystkim o ciebie.
- Jak to?
- Normalnie. Ty naprawdę powinieneś iść do okulisty.
- Bo? - zmarszczył brwi.
- Bo trzeba być głupi oraz ślepym, żeby nie widzieć jak bardzo cię kochamy i jak nam na tobie zależy. A zależy. Czasem warto, żebyś pomyślał, jak poradzi sobie Camilla kiedy ty zginiesz w wypadku, przez własną głupotę.
- Mam myśleć tylko o innych?! - krzyknął zrywając się na równe nogi. - A co ze mną? Z moim szczęściem? Życiem? Przyszłością?
- Powiedzieć ci coś?
- Dawaj - mruknął.
- Wyobraź sobie. Mamy załóżmy dwudziesty siódmy lipca...
- To twoje urodziny - zauważył.
- Wiem. To idealny dzień na nieszczęście, nie? - przewróciłem oczami. - Więc lipiec, słoneczko. Są wakacje, więc jedziesz do domu. Musisz zabrać siostrę, ale ty przecież nie masz siostry. Jesteś jedynakiem. Ruszasz więc na swoim cudownym motocyklu do domu do Walii. Wchodzisz do domu i krzyczysz "Wróciłem!" a później zastanawiasz się po co. W końcu ojciec wyrzucił matkę i pochłonął się w pracy, bo nie mógł patrzeć na syna, który go okłamywał. Nie będzie go pewnie do później nocy. Idziesz więc naprzeciwko i pytasz miłej blondynki, gdzie jest twój najlepszy przyjaciel, a ona z dziwnym wyrazem twarzy pyta "Nie pamiętasz? Przecież on popełnił samobójstwo trzy lata temu...". Podoba ci się ta wizja?
- Nie za bardzo? - skrzywił się.
- Wniosek?
- Nie wiem.
- A to niby ty byłeś tym inteligentniejszym, tak? - prychnąłem.
- To ty miałeś zawsze lepsze oceny i byłeś w szkolnej drużynie, ja tylko podrywałem laski.
- Cicho. Wniosek, jest bardzo prosty - wstałem. - Ciesz się, że masz o kogo się martwić, bo to znaczy, że jeszcze nie jesteś sam. Jeszcze, ale jesteś na dobrej drodze do zmienienia tego - ruszyłem w stronę drzwi.

Jules?
Nie jest za dobre... sorki...

sobota, 14 października 2017

Od Isabelle cd. Harry'ego

Zajrzałam do środka pokoju, z którego biło delikatne światło lampki nocnej. Westchnęłam w duchu.
- Jak Howard się obrazi to nie myśl, że nie zwalę tego na ciebie - weszłam do pokoju - Poza tym, zajmuję najlepszą część łóżka, wszystkie miękkie poduszki, dwie czwarte kołdry i budzik, który pozwoli mi z satysfakcją i premedytacją obudzić ciebie wcześnie rano - przeszłam na czworakach przez całą pościel i ułożyłam się wygodnie po drugiej stronie.
- Czy to próba zniechęcenia?
- Nie. Znam o wiele gorsze sposoby na zniechęcenie niż zabranie ci całej przyjemności ze snu - ułożył się obok, podpierając głowę o rękę.
- Wątpię aby istniał jakiś dobry, który zabrałby mi całą przyjemność z tego - uśmiechnął się pewny siebie.
- To wynalazłabym go. A nawet już wiem co, a raczej kto by tą przyjemność zabił - zapadła chwila ciszy. Harry szybko się zorientował do czego zmierzam.
- O nie, Issy... nie rozmawiajmy o tym... - chciał zmienić pozycję, ale skutecznie mu to utrudniłam.
- Ja chcę tylko wiedzieć, dlaczego ona się tak przyczepiła. Czy naprawdę nie widać tego, że mam jej dość i próbuję na wszelki sposób pozbyć? - przeczesałam palcami jego włosy. Przyjemne. Jeszcze raz.
Wzruszył ramieniem i westchnął. Może to nie ma dla niego takiego znaczenia, ale mi to nadzwyczaj zaczęło przeszkadzać.
- Ona ma taki charakter.
- Wyrzucisz drzwiami i wraca oknem? Jak dobrze, że mieszka w Ameryce. Jakby pojawiła się w Anglii to zorganizowałabym zbiorowy mord - roześmiał się cicho i poprawił głowę - Nie wiem dlaczego denerwuje mnie na tyle, że nie chcę przebywać w jej obecności, ale tak jest. Naprawdę nie rozumiem, jak mogłeś wytrzymywać z nią. Jedyne wytłumaczenie to młody i głupi, w to mogę akurat uwierzyć, bo faktycznie robi się wtedy takie poważne błędy...
- Czy ty mnie każesz za to, że jest tu obecna? - pokręciłam głową.
- Nie. Po prostu muszę się komuś wygadać. Rodzice odpadają, bo zapewne wcale by mnie nie słuchali, tym bardziej Rick, który wszystko by obrał jako żart, bracia zwyczajnie się nie nadają, więc zostajesz tylko ty, a że jesteś jej byłym to masz pecha, że musisz wysłuchiwać moich zażaleń na temat Kendall. Zostaje mi jeszcze opcja wziąć dowolną rzecz i zacząć do niej gadać, ale to już objawiałoby się jakąś obsesją, a jak już mam cierpieć psychicznie to nie z jej powodu. Dobra, chyba koniec wywodów.
- Na pewno?
- Tak - zachichotałam - A wiesz co... od niej też dostałam prezent i jestem naprawdę ciekawa co takiego mi dała. Myślisz, że to coś niebezpiecznego?
- Myślę, że to bardzo przeżywasz.
- Ciekawe jak ty byś zareagował, gdybym zaprosiła swojego byłego - prychnęłam, uśmiechając się złośliwie. Odwrócił głowę i zmierzył mnie spojrzeniem - Oj, no żartuję. Nathaniel go nie lubił, więc nawet jeśli bym to zrobiła, to brat zabijałby mnie wzrokiem przez cały wieczór.
- Zawsze się robisz taka gadatliwa na noc?
- Przeszkadza ci to?
- Skądże. Lubię jak mówisz...
- To bardzo dobrze. Wystarczy, że poudajesz zainteresowanie tym co mówię. Zresztą, nie mam okazji tutaj mówić wszystkiego co myślę. Ściany mają uszy. I tylko o godzinie drugiej piętnaście mogę trochę powyzywać - spojrzałam na stojący obok zegarek - Mam wspaniały plan na jutro - usłyszałam ciche jęknięcie - O co ci chodzi?
- Nie, nic. Po prostu... na słowa "genialny plan" zawsze mam złe skojarzenia.
- Powiedziałam wspaniały plan. A to różnica.
- Jaki?
- Nie powiem ci. Dowiesz się sam. I tak, to ma cię zmusić do wcześniejszego wstania. Chociaż i tak cię obudzę. Nie potrafię długo leżeć w łóżku. Nudzi mi się wtedy... No dobra, dobranoc - opuściłam się w dół, zakrywając po szyję kołdrą - Tylko ani słowa, że byłam tu z tobą nikomu. Bo mój plan diabli wezmą.
- Cicho jak myszka - pokiwał głową, na chwilę otwierając oczy - Dobranoc?
- Mam nadzieję - przysunęłam się bliżej z uśmiechem.
~*~
Skrzywiłam się, gdy poczułam uderzenie w ramię. Potarłam twarz o poduszkę, zaraz potem przecierając oczy palcami. Nie chce mi się teraz wstawać. Przewróciłam się na drugi bok, standardowo zastając śpiącego Harry'ego. Znając życie, już nie zasnę, więc wstałam i postanowiłam wdrążyć swój plan w życie. Po cichu wyszłam z pokoju, w celu ubrania się. Po zwyczajnym ogarnięciu siebie i zmasakrowanego łóżka po pobudce Howrda, którego wraz z Hugiem było słychać z dołu, wyszłam na korytarzyk. Nie zeszłam na dół, ale od razu skierowałam się w stronę pokoju Nate'a. Trzeba zrobić minę a'la słodki kotek i postarać się.
Ostrożnie uchyliłam drzwi od jego pokoju. Pomimo tego, że bywał tu coraz rzadziej ze względu na szkołę to panował tu typowy dla tego typu faceta bałagan. Wszyscy wokół myślą, że skoro jest taki opanowany to też nieco pedantyczny. Nic podobnego. Jeśli nie każesz mu sprzątnąć bądź sam już nie zacznie się gubić w tym wszystkim, nawet nie śmie się ruszyć. Ale powiedzmy, że jestem przyzwyczajona do jego poglądu na swój pokój. Bo twierdził, że nadal należy do niego.
Weszłam do środka, cicho zamykając drzwi za sobą. Chłopak siedział na łóżku, oparty o szaroniebieską ścianę, słuchając zapewne swojej muzyki na telefonie. Podniósł na mnie wzrok, delikatnie się uśmiechnął i wrócił do swoich spraw. Nie wysyłając żadnych znaków sprzeciwu obecności swojej siostry w pokoju, naturalnie nigdy tego nie robił, bo ja po prostu nie dawałam się wyrzucić z pokoju, podeszłam bliżej i stanęłam niemal przed nim. Tym razem jednak był wciągnięty w coś ciekawego na ekranie telefonu.
Usiadłam obok niego, podkulając nogi i opierając się całym ciężarem ciała o jego ramię. Zmarszczył brwi, kątem oka obserwując mnie, lecz nadal utrzymywał ten poważny wyraz twarzy, na którym było wymieszane zdziwienie jak i nutka świadomości, że nie robię tego bezcelowo. Doskonale mnie znał i wiedział, że o coś chodzi. Objęłam jego ramię, opierając podbródek na ramieniu i usilnie wpatrywałam się z uśmiechem w jego oczy. Były skierowane przed siebie, ale rozbiegane spojrzenie tylko utwierdzało mnie w przekonaniu, że jeśli posiedzę tak jeszcze trochę, to w końcu on wydusi coś z siebie. Wkurzało mnie jedynie to, że jest równie uparty i cierpliwy jak ja. Tym drugim został być może obdarzony w znacznie większej ilości.
- Jeśli przyszłaś tu tylko po to by posiedzieć to będę musiał zapamiętać ten dzień - spuściłam wzrok, nie mogąc powstrzymać się przed szerokim uśmiechem. Westchnął głęboko, zdjął słuchawki, rzucając je gdzieś na bok. Zmarszczyłam brwi. Nie robi się tak - Więc słucham... - gdy odsunęłam głowę do tyłu, odwrócił głowę i wyczekująco zmierzył mnie spojrzeniem. Wzruszyłam ramionami.
- A czy muszę coś chcieć by posiedzieć z kochanym braciszkiem? - uniósł brew - Ale to tylko mała prośba jest...
- Nie uważasz, że to pytanie było całkowicie pozbawione sensu? - spojrzał z powrotem przed siebie. Pokiwałam głową.
- Tak, było - zapadła chwila ciszy, która miała oznaczać ze strony Nate'a oczekiwanie na dalszy ciąg - Więc... ciocia wyjechała na wakacje, prawda?
- Mhm - mruknął pod nosem, odpisując na wiadomość. Za chwilę zabiorę mu ten telefon i puknę w główkę.
- Właśnie... i jakby jej mieszkanie jest wolne... - trącałam go palcem w ramię. Domyślał się. No pewnie, że się domyślał. Tylko zgrywał głupa, nawet nie wiem czy w konkretnym celu, czy tylko abym musiała wydusić z siebie co do słowa.
- I co w związku z tym? - zacisnęłam usta, mierząc go spojrzeniem.
- Wiem, że ciocia dała ci klucze od domu, bo zawoziłeś ją na lotnisko...
- Owszem. Mam je przy sobie i obiecałem jej oddać, od razu gdy wróci do Australii. Coś jeszcze? - droczył się ze mną. Ewidentnie się ze mną droczył.
- Próbujesz mieć satysfakcje z tego, że powiem bezpośrednio o co mi chodzi? - skrzyżowałam ręce na piersi.
- Tego oczekuje. Jeśli zaczniesz krążyć wokół głównej treści tylko z mojego powodu to nigdy się nie dogadamy, a co gorsza, postanowisz się obrazić - skrzywiłam się i odwróciłam tyłem, zaraz potem opadając głową na jego uda - Powiesz mi w końcu dlaczego tak bardzo zaczęło cię interesować to czy mam dostęp do domu cioci?
- Ale Nate... - jęknęłam, zamykając oczy, które zasłoniłam ręką - Nie chcesz mi przypadkiem pożyczyć na jakiś czas tych kluczy? - uśmiechnęłam się niewinnie. Po chwili pokręcił głową.
- Nie ma mowy.
- Dlaczego?
- Bo ponoszę odpowiedzialność za nie? - jego odmowa nie wchodziła w grę. W grę wchodziła jedynie zgoda. I oddanie kluczy w moje ręce.
- Przecież czy masz je ty, czy ja, nie robi to żadnej różnicy - podniosłam się i usiadłam, tym razem patrząc na niego z wyrzutem. Być może zachowuję się jak rozkapryszony bachor, ale to go zawsze irytowało. I robiłam to specjalnie.
- Robi ogromną różnicę - przysunął się do krawędzi i wstał.
- Nie! - złapałam go za rękaw bluzy i pociągnęłam w dół - Ale ja ładnie proszę.
- A ja ładnie odmawiam - opadł z powrotem na łóżko z wyrysowaną ignorancją na twarzy.
- Ale ja posiadam urok osobisty i niepodważalnie jestem w tej rodzinie... przystojniejsza - roześmiał się, przez co sama musiałam utrzymać powagę na twarzy - I co się śmiejesz? - sięgnął za siebie, otworzył szufladkę od stolika nocnego i zaczął grzebać w środku. Lustrowałam wzrokiem całą, małą okolicę wokół łóżka, delikatnie wychylając głowę. Gdy odwrócił się, z powrotem usiadłam normalnie, patrząc na drobny pęk kluczy, które trzymał w ręce.
- Nie dostaniesz tego, Issy. A wiesz dlaczego? - chciałabym mieć moc zamrażania ludzi. Niezwykle przydałaby się w tym momencie - Bo wiem co planujesz.
- A ty co? Czarodziej, wróżka czy w Hogwarcie się urodziłeś, że potrafisz mi czytać w myślach? - sięgnęłam ręką po klucze, jednak szybko odsunął rękę do tyłu, przez co mogłam jedynie uchwycić powietrze. Spojrzałam mu w oczy.
- Nie musiałem. Wystarczyło, że jesteśmy bliźniakami i tyle. Połączone umysły czy coś takiego...
- Większych bzdur nie słyszałam - warknęłam - A teraz ładnie proszę o klucze - przytrzymałam go za koszulkę i sięgnęłam po pęk, jednak schował je za siebie, po krótkim siłowaniu się ze mną i zwrócił na mnie gniewne spojrzenie. Moje oczywiście nie było lepsze. Jeszcze raz spróbowałam, jednak wyrzucił je na środek pokoju, obejmując ramieniem wokół szyi i nie pozwolił się ruszyć - Puszczaj! - słyszałam jak się śmieje - Ugryzę cię. Nie żartuję. Nie chcesz nabawić się wścieklizny... albo innego choróbska. Nathaniel!
- Nadal zachowujesz się czasem jak ta dziesięciolatka - śmiał się, a ja musiałam utrzymać powagę na twarzy. To niesprawiedliwe.
- To twoja wina. I naprawdę jestem zdolna cię ugryźć, a wtedy nie będziesz mieć śladu tylko na ramieniu, ale i na przedramieniu... - jakbym tylko mogła wykorzystać umiejętności z dawnego uczenia się karate to z chęcią bym mu przywaliła. Jednak obecnie było to niemożliwe.
- Gabriel! - ej, tylko bez pomocy.
- Nie waż się...
- Gabriel, no chodź tu! - o nie, dwóch na jednego to już chamstwo. Do pokoju wszedł młodszy brat - Bierz te klucze z tej podłogi i uciekaj schować...
- Nie bierz ich! Nawet nie próbuj! Znajdę je, a potem zginiesz ty i twój cudowny starszy brat - Gabriel jednak tyko się złośliwie uśmiechnął, schylił po klucze, pomachał ręką i zniknął za drzwiami. Dobrze. Zero litości.
- Ej! Nie gryź - wyrwałam się Nathanielowi z objęć i wybiegłam za korytarz, szybko rzucając jeszcze, że lepiej aby go nie było jak wrócę. Zbiegłam po schodach i wpadłam do kuchni, zastając mamę i Ricka. Zamilkli i spojrzeli na mnie z wyraźnym narzucającym się pytaniem.
- Szukam zbiega. Metr osiemdziesiąt pięć, brązowe włosy, piwne oczy, imię zaczyna się na G i niezwykle szybko potrafi się schować jak na kogoś kto miewał problemy w zabawie w chowanego w dzieciństwie... - pokręcili głowami. To musi być jakiś spisek. Odwróciłam się w stronę drzwi wyjściowych. Wyszłam do ogródka, gdzie jeszcze niedawno odbywała się impreza i skrzyżowałam ręce, widząc podrzucającego klucze chłopka - Oddaj je, proszę - wyciągnęłam rękę.
- Nie oddawaj! - krzyknął Nate z okna.
- Nie słuchaj go... - rzuciłam, podchodząc bliżej.
- Wybacz siostra, ale solidarność mi nie pozwala na zrzeszanie się z tobą - wzruszył z szerokim uśmiechem ramionami i rzucił klucze do góry, które złapał Nate. Posłał mi zadowolone spojrzenie i zniknął.
- Ty zdrajco... Dlaczego mu je dałeś?
- Bo jestem wyższy.
- I co to ma do rzeczy?
- Naprawdę dużo.
- Czekaj tylko... odwdzięczę się kiedyś - wróciłam do domu i weszłam z powrotem na górę, zastając Nathaniela na korytarzu, opartego o ścianę z nadal wyrysowanym złośliwym uśmieszkiem. Również się uśmiechnęłam i oparłam ręce na biodrach.
- I gdzie one są?
- A nigdzie... Schowałem w bokserki żebyś nie sięgnęła - Gabriel minął naszą dwójkę z głośnym śmiechem.
- Z kim ja byłam zmuszona żyć...
- Ze swoim bratem?
- Z dwudziestoletnim facetem, który stwierdza, że włożenie sobie w spodnie kluczy to dobre rozwiązanie! - po chwili ciszy, po prostu wybuchnęłam śmiechem, a Nate razem ze mną. Sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej klucze - Ale pod warunkiem, że będziesz grzeczna i nigdy więcej mnie nie ugryziesz - pokiwałam głową.
- Obiecuję - położył klucze na mojej dłoni. Schowałam je w swoją kieszeń i szeroko się do niego uśmiechnęłam. Kiwnął głową z wyraźną niepewnością. Minęłam go by przypadkiem nie zmienił zdania.
To nie było tak trudne. A teraz czas obudzić kogoś kogo obiecałam obudzić. Weszłam do pokoju, wcale nie starając się utrzymać ciszy. Podeszłam do łóżka i usiadłam na nogach obok niego. Leżał odwrócony tyłem i widziałam jak przymknął bardziej oczy. To znaczyło, że spał, ale też nie zamierzał wstać. Pewnie założył sobie, że tym razem mi się nie da. Marne szanse, bo teraz mam jeszcze większą przewagę niż poprzednio.
- Harry... - przeciągnęłam jego imię. Zero odpowiedzi - Harry - powtórzyłam. Nadal nic. Przejechałam spojrzeniem po całym łóżku, wzdychając - Nie wstaniesz? - odmruknął ciche nie. Więc to tak? - Wiesz, że mam sposoby aby cię zmusić do wstania?
- Przygotowałem się na wszystko. Łącznie ze zrzuceniem z łóżka. Nie ma szans - oczywiście, że są. I to całkiem spore. Stuknęłam paznokciami po udzie, po chwili łapiąc go za ramię i przewracając na plecy. Już miał coś powiedzieć, gdy przerwałam mu, zamykając usta pocałunkiem.
- Coś jeszcze masz do dodania? - uśmiechnęłam się złośliwie.

Harry?
Wedle wcześniejszego życzenia zamieściłam tu coś specjalnego. I proszę nie wariować

2335 słów po skróceniu

Od Camilli cd. Shawna

Zeskoczyłam z grzbietu arabki i złapałam wodze, zanim zdążyła mi się gdzieś wyrwać.
- Nie wiem. - Wzruszyłam ramionami. - Na pewno gdzieś w centrum miasta, jestem tu dopiero od wczoraj, więc niezbyt się orientuję.
Chłopak kiwnął głową, robiąc jeszcze jedno okrążenie po całej hali, a ja w tym czasie odprowadziłam Alyssę do stajni. Oczywiście ta od razu dopadła się do poidła, próbując jak najbardziej utrudnić mi rozsiodłanie jej.
- Ej, księżniczko. Nie pomożesz mi? - Uniosłam brwi. Oczywiście jej niema odpowiedź brzmiała nie. Uporałam się z tym w jakieś pięć minut, klacz wyjątkowo nie próbowała mi tego jeszcze bardziej utrudnić. Zarzuciłam ogłowie na ramię, siodło przytrzymałam dłonią za tylny łęk, a przedni oparłam na biodrze. Słyszałam już wiele nauk odnośnie tego, jak powinno się nosić sprzęt, ale i tak zwykle robiłam to po swojemu. Przeszłam przez pustą już stajnię i popychając biodrem drzwi, weszłam do siodlarni, szybko i sprawnie odnajdując miejsce mojej klaczy. Odwiesiłam siodło i ogłowie, a toczek włożyłam do swojej szafki. Rozejrzałam się jeszcze po pomieszczeniu i podeszłam do niewielkiego okna. Otworzyłam je, zaraz potem czując powiew zimnego powietrza. Kilkanaście metrów dalej widać było drewniany płot, tworzący ogrodzenie pastwiska i kilka kłusujących wzdłuż niego koni. Podobało mi się tu. Było zdecydowanie lepiej, niż w mojej poprzedniej szkole. Inni ludzie, lepsza atmosfera. Co prawda, jestem tu krótko i nie mogę wyrazić dokładnej opinii o Morgan Univeristy, jednak na chwilę obecną, wydaje mi się o wiele lepszą akademią.
~~*~~*~~
Nadeszła pora kolacji i mimo mojego braku apetytu, Jules wyciągnął mnie siłą z pokoju. Wyprawił mi długi wykład odnośnie tego, że muszę jeść i on na pewno dopilnuje regularności moich posiłków. Nie głodziłam się, ani nic z tych rzeczy. Najzwyczajniej w świecie nie jadałam kolacji, bo... bo nie. Po prostu mi się nie chciało.
Ciężkie było funkcjonowanie tutaj, gdy byłam ciągle z Julesem, a z nim ciągle był Miles. Kilka razy prawie doszło między nami do rękoczynów, a to dopiero mój drugi dzień tutaj! Nie rozpocznę wojny, czekam na jego ruch. Od niego zależy, czy zakopiemy topór wojenny, czy zaczniemy wszystko od początku, uprzykrzając sobie nawzajem życie każdego dnia.
- Nie przesadzasz? - Zmarszczyłam brwi, gdy Jules postawił przede mną pełny talerz. Więcej chyba nie mógł na niego nałożyć. Jules jedynie wzruszył ramionami i usiadł na przeciw mnie. Oczywiście musiał dokończyć po mnie posiłek, bo nie sposób było zjeść to wszystko, co mi naładował.
Zaraz po kolacji chłopacy mieli w planach wypad do miasta. Ja nie miałam na niego najmniejszej ochoty. Postanowiłam zostać i... w sumie nie mieć, co robić. Nie znałam tu nikogo poza nimi, dziewczynami, z którymi wczoraj się pobiłam i Shawnem, jeżeli dobrze pamiętam. 
Siedziałam w swoim pokoju, kończąc właśnie czytać po raz kolejny jedną z moich ulubionych książek, gdy usłyszałam ciche pukanie do drzwi. Od razu pożałowałam, że zmyłam całkowicie makijaż, odsłaniając niewielkiego siniaka na policzku, powstałego przez wczorajszą bójkę. Niechętnie podniosłam się z łóżka, z zamiarem powodzenia nieznajomemu, którym okazała się pani Stewart.
- Dobry wieczór, Camillo. Jesteś zajęta? - Spytała z serdecznym uśmiechem.
- Dobry wieczór - odpowiedziałam, marszcząc brwi. - Aktualnie nie.
- Wspaniale. Potrzebujemy pomocy w porządkowaniu naszej biblioteki i uznałam, że to świetny moment, abyś mogła się zrehabilitować za wczorajsze zachowanie.
- Ale to one... - zaczęłam, jednak szybko mi przerwała.
- Nie ważne kto zaczął, ważne kto i jak skończył - westchnęła. - One również muszą pomóc w sprzątaniu.
- Czyli też tam będą? - Uniosłam brwi. Czy ta kobieta naprawdę chce, żebym się z nimi zobaczyła? Jeżeli tylko coś do mnie powiedzą, to przysięgam, że nie ręczę za siebie.
- Będą, ale postaram się was pilnować. - Pokręciła głową. - Przyjdzie jeszcze kilka osób, więc nie będziecie tam same, nie masz się o co martwić.
- Już mam tam iść? - Westchnęłam zrezygnowana.
- Najlepiej - odpowiedziała mi kolejnym uśmiechem. Ten ciągły, szczęśliwy wyraz twarzy pani Ruby przyprawiał mnie o mdłości. Byłaby świetnym lekarzem, informującym ludzi o ich śmiertelnych chorobach. Najpewniej robiłaby to z identycznym uśmiechem, przez który ludzie nawet nie mogliby zacząć się przejmować tym, że umierają.
Naciągnęłam na nogi czarne trampki i zamknąwszy uprzednio pokój, wyszłam za panią Stewart. Kompletnie nie wiedziałam, gdzie jest biblioteka, więc wolałam nie szukać jej na własną rękę. Weszłyśmy schodami na ostatnie piętro i udałyśmy się na sam koniec korytarza. Za cholerę nie pomyślałabym, że może znajdować się tu takie pomieszczenie. Co prawda, była to naprawdę dobra lokalizacja. Mało osób się tu kręciło, a na piętrze panowała przyjemna cisza, która stwarzała idealne warunki do czytania, czy uczenia się. Pani Ruby otworzyła ciężkie, drewniane drzwi, przepuszczając mnie przodem. Od razu dostrzegłam te dwie lafiryndy. Stały przy jednym z wielkich regałów i co chwila cicho chichotały, co doprowadzało bibliotekarkę do białej gorączki. Pod okiem blondynki widoczny był duży siniak, którego chyba nie udało jej się ukryć pod toną makijażu. Gdyby tylko nikt mnie wtedy nie powstrzymał, skończyłyby dużo gorzej. Nie umiem wspaniale walczyć, ale przy ich umiejętnościach, wystarczy choć trochę orientować się w sztukach samoobrony, czy jakimś rodzaju walki. No proszę was. Te dziewczyny nawet nie potrafią prawidłowo zacisnąć pięści!
- Gwen, ci uczniowie są do twojej dyspozycji. Zaraz przyjdzie jeszcze jedna osoba. - Pani Stewart uśmiechnęła się do bibliotekarki. Halo? Czy przypadkiem nie miało być tu więcej osób?
Gdy dziewczyny mnie zauważyły, wyrazy ich twarzy diametralnie się zmieniły. Było to coś pomiędzy strachem, gniewem i chęcią zemsty, ale jakość mi to nie przeszkadzało. Pani Stewart szybko ulotniła się z biblioteki, zostawiając nas same. Chwilę czekaliśmy na spóźnialską, która jednak okazała się spóźnialskim. Shawn wpadł do biblioteki, od razu przepraszając za swój wyjątkowy brak punktualności. Z początku nie było żadnych problemów. Każdy dostał osobne zadanie, z dala od siebie, więc nie byłam narażona na oglądanie twarzyczek tych dziewczyn. Gorzej było, gdy przydzielono nam pracę w parach. Z początku nie widziałam w tym problemu, bo byłam pewna, że będę z Shawnem. One raczej wolą się nie rozdzielać, ale w tym przypadku bardzo chciały być w parze z chłopakiem, ale żadna nie chciała być ze mną, oczywiście z wzajemnością.
- Róbcie w trójkę, poradzę sobie sama. - Uśmiechnęłam się do nich sztucznie. Nie chciałam pracować z żadną z nich, więc musiałam radzić sobie sama. Zadanie polegało na układaniu książek na wysokich półkach. Były na tyle wysokie, że konieczne było wejście na drabinę, więc przydawała się druga osoba, by podawać książki, by ta pierwsza nie musiała co chwila schodzić. Trudno, jestem samowystarczalna, poradzę sobie.
Wszystko było dobrze, poza tym, że skończyli jako pierwsi, a ja byłam w połowie swojej pracy.
- Ojejku, czyżby ktoś sobie nie dawał rady? - Spytała blondynka swoim piskliwym głosem.
- Wiesz ile blondynek potrzeba do wkręcenia żarówki?
- Idiotka - mruknęła pod nosem, kopiąc w drabinę. O nie, jeszcze ci mało? Gdy tylko stabilnie postawiłam nogi na podłożu, spojrzałam jej prosto w oczy.
- Spróbuj jeszcze raz się tak do mnie zwrócić, a zniszczę ci tą śliczną buźkę.
Dziewczyna zaśmiała mi się w twarz, w momencie gdy jej przyjaciółeczka stanęła obok.
- Uderzysz nas przy świadku? - Uniosła brwi. - Bibliotekarka wszystko widzi.
- Mam nadzieję, że są tu też kamery. Chętnie obejrzę po raz drugi. - Burknęłam, chcąc je ominąć.
Blondynka zatrzymała mnie i uśmiechnęła się.
- Puść mnie. Obiecuję, że w innym przypadku tego pożałujesz. - Wycedziłam przez zęby. Moje ciało domagało się tego, by zacisnąć dłonie w pięści.
- Kim ty tu w ogóle jesteś? Przyjechałaś tu wczoraj i myślisz sobie, że jesteś fajna, ładna? Mylisz się.
Blondynka puściła moje ramię, rzucając pod nosem wyzwiska skierowane w moją stronę. Powinnam to zignorować, no ale... za bardzo mnie irytowały te pustaki, nie mogłam przejść obok tego obojętnie. Zacisnęłam dłonie w pięści i wzięłam głęboki wdech na uspokojenie. Nie pomógł.
- Czyżby nasza Camilla się denerwowała? - Uniosła brwi, wydymając dolną wargę. Tego właśnie chciały. Gdybym coś im zrobiła, tym razem poniosłabym za to duże konsekwencje. Nie mogłam dać im tej satysfakcji. Miałam odejść, gdy znowu zaczęły między sobą chichotać odnośnie mojej osoby i nie wytrzymałam. Już brałam zamach, gdy ktoś odciągnął mnie do tyłu.


Shawn?
wybacz, chwilowy zanik weny i wszelkich umiejętności pisania...

czwartek, 12 października 2017

Od Shawna - C.D Camilli

Przypatrywałem się dziewczynie bez większego skrępowania. Pani Stewart wydała mi się miłą osobą, ale o Camilli nie mogłem jeszcze nic powiedzieć. Przepuściłem czarnowłosą jako pierwszą. Cóż... tak mnie poniekąd wychowano. Tor wyścigowy miał idealnie przystrzyżoną trawę i był dość spory. Jednak co z tego skoro Coriane nie za dobrze radzi sobie z otwartą przestrzenią? Eh. Życie nie zawsze nam pomaga. Raczej przeszkadza. Nagle zadzwonił telefon naszej przewodniczki. Ponieważ nie chciałem przysłuchiwać się prywatnej rozmowie to postanowiłem sprawdzić co u Aaliyah. Dziewczynka odebrała po trzecim sygnale.
-Hej Aaliyah. Bardzo tęsknicie?
- Za tobą?! Chyba śnisz Shawnie - zaśmiała się.
Skrzywiłem się kiedy usłyszałem to przezwisko.
- Nie musisz być wredna tylko dlatego, że mnie nie ma - stwierdziłem.
- Ale ja wcale nie chciałam być złośliwa, Shawnie - zachichotała - To był sarkazm, kochanieńki.
- Ej, nie pozwalaj sobie na zbyt wiele, młoda - mimo wszystko się uśmiechnąłem.
Poczułem jak ktoś mnie szturcha. I była to dopiero przeze mnie poznana Camilla.
-Skończ już, pani Ruby musiała coś załatwić i zostawiła nas na pastwę losu - przewróciła oczami.
Pokiwałem powoli głową. No jasne. Wiedziałem że to się tak skończy. W końcu to zapracowana matka... pfff... Bez słowa się rozłączyłem. Dziewczyna zaczęła odchodzić. Jednak coś mnie zmusiło do tego by ją zatrzymać.
-Hej, to ty  byłaś dzisiaj w barze? - rzuciłem.
Idioto... jasne że była. Widziałeś ją. Zatrzymała się. Przez chwilę mierzyła mnie wzrokiem i chyba przygotowywała odpowiedź, kiedy podszedł do nas jakiś chłopak. Wyglądał jakoś... znajomo. Milcząc, stał sobie obok. Jednak Camilla przerwała milczenie.
-Taaaa, ja we własnej osobie - powiedziała.
Uśmiechnąłem się jeszcze szerzej niż poprzednio, przy rozmowie z Aaliyah. Chłopak nadal się nie oddzywał, więc nawet nie poznałem jego imienia. Czekaj, czekaj. To jeden z tych których widziałem razem z czarnowłosą dzisiaj po południu. Nie zmienia to jednak oczywistego faktu, że jest to dla mnie obca osoba. Camilla nieszczególnie kwapiła się do tego by przedstawić mi swojego znajomego lub też członka rodziny. Choć w sumie to racja, ja też jestem dla niej obcą osobistością.
- Może... przedstawisz się? - zwróciłem się do chłopaka.
Ten spojrzał na mnie kątem oka i i tak zignorował. Ależ kultura, pierwsza klasa normalnie.
-Nie to nie... - burknąłem pod nosem.
Brunet obrzucił Camille spojrzeniem.
-Jules czegoś od ciebie chciał - wzruszył ramionami. Po tym komunikacie odszedł stamtąd skąd przyszedł.
Dziewczyna ponownie odeszła. Tyle, że tym razem jej nie zatrzymywałem. Muszę zajrzeć do Queen Coriane i się rozpakować. Odmówiłem tygodnia wolnego od lekcji. Jak już przyjechałem, żeby zdać Rose raport to muszę to zrobić raz a porządnie. Ruszyłem przed siebie w kierunku (jak mi się wydaje) stajni. Chwilę błądziłem po zadbanym budynku, pełnym ślicznych wierzchowców, aż w końcu dane mi było dotrzeć do boksu mojej podopiecznej. Klacz powitała mnie parsknięciem. Podałem jej jabłko. Pożarła je natychmiast.
-Będziesz gruba - ostrzegłem, ale mimo to pozwoliłem jej na jeszcze jedno.
Coriane się nie odmawia przyjemności bo potem jest nie do zniesienia. A wystarczy tylko jeden drobny błąd w moim zachowaniu. Pogłaskałem ją po chrapach. Dzisiaj miała wyjątkowo dobry humorek. Postanowiłem skorzystać z okazji i zorientować się gdzie jest siodlarnia. Wiadomo, żeby nie mieć potem problemów z odnajdywaniem ważnych rzeczy. Okazało się to proste. Potem wróciłem do pokoju. Niesamowite. Strasznie tu nudno... może by tak nie było gdybym kogoś tu znał oprócz Camilli o której i tak wiem niewiele.
***
Pierwszy dzień ciągnął się w nieskończoność, więc gdy obudziłem się następnego ranka wcale nie miałem dobrego nastroju. Dodatkowo wszystko psuła paskudna pogoda. Za oknem padał deszcz i było szaro. Cóż. Zapewne tak wygląda jesień w Anglii. Sprawdziłem godzinę na telefonie. 7:00. Miałem zamiar potrenować skoki razem z Queenie. Oczywiście na hali. Otwarty parkur nie byłby na taką pogodę najlepszym pomysłem. Mam nadzieję, że miejsce nie będzie już przez nikogo zajęte. Chociaż pewnie tylko desperat udałby się w taką pogodę na poza programowy trening. Niechętnie zwlokłem się z łóżka, ubrałem stosownie do jazdy konnej jak i pogody... no i ruszyłem. Niedziela. Jutro moje pierwsze lekcje w Morgan University. Ciekawe jak ja, niezbyt inteligentna osoba, sobie na nich poradzę. Jakby co to i tak zwalę wszystko na Rosalie. To ona kazała mi wypróbować Akademik. Zamknąłem pokój na klucz i zbiegłem po schodach. Oby mnie nie zabili za ten hałas... Kiedy otworzyłem drzwi frontowe, uderzył we mnie powiew zimnego wiatru, a kilka kropel deszczu spadło na moją twarz. Milusie powitanie niedzielo. Z małymi trudnościami odnalazłem drogę zarówno do siodlarni i boksu Queen Coriane. Klacz tym razem nie chciała ode mnie żadnych przysmaków. Szybko uporałem się ze sklejkami na jej kasztanowatej sierści i przeczesałem jej grzywę. Co ciekawe, udało mi się ją osiodłać bez większych przeszkód. Grzecznie zabrała metalowe wędzidło do pyska choć musiało być naprawdę zimne.
-Nie martw się, ruda - pogłaskałem ją po szyi - Dam ci coś po jeździe w celu rekompensaty za to metalowe dziadostwo.
Wyglądała jakby zrozumiała. Ściągnąłem wodzę z jej szyi i wyprowadziłem z boksu. Na dworze nadal padał deszcz, a aby dojść do hali, trzeba było jednak trochę przejść. Cmoknąłem i delikatnie pociągnąłem ją za wodze aby przyśpieszyła. Ten odcinek przebiegliśmy. Otworzyłem drzwi hali i ujrzałem tam wczoraj poznaną Camillę, oraz jej nieodłącznych towarzyszy. Miałem ochotę się wycofać, ale skoro moja kochana klacz ma już tak dobry humor i jest w gotowości to chyba lepiej by było gdybym zapytał czy mają coś przeciwko mojej osobie.
-Mógłbym się przyłączyć? - zapytałem.
Brunet i czarnowłosy nie wydawali się zbyt chętni.
-Chyba tak... - odparła Camilla.
Wsiadłem na kasztankę z ziemi. Na początek wykonaliśmy kilka kółek stępem starając się nie przeszkadzać pozostałym jeźdźcom przebywającym na hali. Kiedy uznałem, że Cori wystarczająco się rozgrzała, popędziłem ją do kłusa. Następnie do galopu. Nie zwracałem zbytniej uwagi na to czym w danym momencie zajmują się pozostali. Na środku ustawiony był szereg i stacjonata. Całkiem niskie. Właśnie skakał przez nie brunet którego miałem okazję zobaczyć jeszcze wczoraj, kiedy pani Stewart postanowiła zostawić mnie i Camillę samych. Kiedy upewniłem się że zaprzestał, to ja pokonałem przeszkody. Coriane, jak zwykle sama odmierzała fule. Udało nam się pokonać te kombinacje bez większych przeszkód (heh). Tyle powinno jej wystarczyć. To dopiero jutro będzie musiała wysilić się tak naprawdę. Przeszliśmy do stępa, żeby klacz nieco ochłonęła. Nawet nie spostrzegłem kiedy na hali została tylko Camilla i jej siwa arabka. Nieźle im szło. Jednak jestem pewien iż Rose znalazłaby mnóstwo błędów... ona zawsze taka była. Poczekałem aż dziewczyna skończy.
-Dobrze wam poszło - pochwaliłem.
-Dzięki, wam też - skinęła głową.
Posłałem jej lekki uśmiech.
-Wiesz może gdzie tutaj znajdę sklep muzyczny lub księgarnię? - zapytałem ni z tego ni z owego.
Uznałem że może to być przydatna informacja.

Camilla? Brak weny rzuca się w oczy xd Ale przynajmniej masz na czas


środa, 11 października 2017

Od Camilli do Shawna

- Głupi budzik - jęknęłam w poduszkę, zrzucając dzwoniący telefon na podłogę. Cholera. Przecież ja nie mam budzika. Trochę zajęło mi dojście do takiego wniosku, a jeszcze dłużej trwało podniesienie się z łóżka i sięgnięcie po komórkę. Na wyświetlaczu ukazało się zdjęcie mojego idiotycznego brata, który chyba postanowił zrobić mi wczesną pobudkę.
- Co chcesz? - mruknęłam, przykładając telefon do ucha. Odruchowo wyjrzałam przez okno i bardzo się zawiodłam widząc ciemne chmury. Krople deszczu z dużym impetem uderzały w szyby, napawając cały pokój nieprzyjemną atmosferą. Mimo to lubiłam taką pogodę. Teraz do szczęścia przydałby mi się tylko kominek, ciepłe, grube skarpetki i kubek gorącej herbaty.
- Zaspałaś na śniadanie. - Usłyszałam głos Julesa, a zaraz potem szarpnięcie za klamkę. - Otwórz.
Wcisnęłam czerwoną słuchawkę, odkładając telefon na jasnofioletową pościel w różowe kwiatuszki. Oczywiście, był to prezent od Julesa, doskonale wiedział, że nie lubię słodkich, uroczych i różowych rzeczy, jednak uznał, że będzie idealnie do mnie pasować.
Nie chciałam wstawać z łóżka, marzyłam tylko o tym, by móc w nim zostać jeszcze długo, ale jednocześnie czułam, jak mój żołądek domagał się pierwszego posiłku. Z ciężkim westchnieniem podniosłam się z posłania i głośno tupiąc bosymi stopami, podeszłam do drzwi. Przez chwilę siłowałam się z kluczem, aż wreszcie udało mi się wpuścić brata do pokoju.
- Która godzina? - Ziewnęłam, przecierając twarz dłonią i zamykając za Julesem drzwi. Chłopak od razu wyłożył się wygodnie na moim łóżku, przykrywając się kołdrą. - Pasuje ci, słodko z nią wyglądasz. - Wysiliłam się na słaby uśmiech i zajęłam miejsce obok niego.
- Jest po dziesiątej, już dawno po śniadaniu i nie martw się, ja też zaspałem - zaśmiał się, przykrywając moją głowę poduszką. Zrzuciłam ją z siebie, a raczej złapałam za jej ruch i z całej siły uderzyłam nią w Julesa. Chłopak uśmiechnął się szeroko. - A ja chciałem zabrać cię do miasta. No trudno, takiej wredoty nie zabiorę
- Chciałeś mnie zabrać do miasta? - Zmarszczyłam brwi, wyczuwając w tym jakiś podstęp.
- Chciałem. Mogliśmy pojechać, zjeść pizzę, a na deser frytki z shakiem, przy okazji zrobić zapas herbaty dla ciebie, ale skoro nie chcesz..
- Daj mi dziesięć.. dobra dwadzieścia minut i możemy jechać. - Uśmiechnęłam się szeroko, całując go w policzek i dosłownie wyskakując z łóżka.
- Ejej, już powiedziałem, że się rozmyśliłem.
- Przestań, jedziemy - rzuciłam do niego i podeszłam do szafy.
- Czuj moją dobroć, daje ci pół godziny i zabieramy Milesa. - Wychylił głowę spod kołdry, jednak zaraz ją schował, obawiając się, że czymś w niego rzucę.
- Okej - westchnęłam. - Dzień dobroci dla przyjaciela mojego brata.
~~*~~*~~
- Ogólnie to jak wyglądają lekcje tutaj? Jeszcze nie zdążyłam być na żadnej. - Zwróciłam się do chłopaków, maczając ostatnią frytkę w truskawkowym shake'u.
- Normalnie, a jak mają wyglądać? - Zmarszczył brwi Miles. Cały dzień próbuje być dla niego miła, a on ani przez moment nie spróbował darzyć mnie chociażby naparstkiem sympatii. Za każdy wredny komentarz skierowany w moją stronę, obrywał po głowie od Julesa.
- Nauczyciele są całkiem w porządku, chociaż ta od matmy to wiedźma. - Jules puścił uwagę przyjaciela mimo uszu.
- Chodźmy jeszcze coś zjeść - zawołał uradowany Miles.
- Zjadłeś już pizzę, duże frytki i hamburgera, mało ci? - Zmarszczyłam brwi.
- Tak - odpowiedział, krzyżując ręce na piersi. To była pozycja typu jestem głodny i chuj ci do tego.
- Idź i weź coś na wynos, zaraz musimy wracać, bo nie zdążymy na trening - westchnął Jules, a Miles zerwał się z miejsca.
Przez chwilę patrzyłam jak biegnie w stronę Subway'a. Rozejrzałam się po centrum, szukając miejsca, gdzie mogę kupić pyszną herbatę. Mam ochotę na białą, albo zieloną, ewentualnie czerwoną.
- Idę po herbatkę, chcesz coś? - Spojrzałam na brata.
- Możesz mi wziąć dużą Americano, poczekam tu na Milesa - mruknął pod nosem, wyjmując z kieszeni telefon.
Ruszyłam spokojnym krokiem w głąb centrum, trzymając w ręce torebkę. Wokół była cała masa ludzi, głównie dziewcząt, które zebrały się ciasno na środku przejścia. Przeciskały się przez siebie, niektóre nawet krzyczały i się odciągały do tyłu, a inne spokojnie stały, czekając na coś, a jak się po chwili okazało, na kogoś. Nie przyglądałam się zbytnio i bokiem cudem udało mi się przejść dalej. Weszłam do upatrzonego wcześniej miejsca, zamawiając dużą Americano, karmelowe latte ( wyjątkowo pomyślałam o Milesie ) i zieloną herbatę z cytryną na wynos. Czekałam zaledwie pięć minut i przez ten czas zdążyłam się zorientować w całej tej sytuacji. Osoba ściśle otoczona przez grono dziewcząt, to chłopak którego już kiedyś widziałam na YouTube. Musiałam zastanowić się dłuższą chwilę, by przypomnieć sobie, że nagrywa on covery piosenek i z tego co pamiętam, są naprawdę dobre, a chłopak ma na imię Shawn. Nie uśmiechało mi się podchodzenie tam, zresztą nawet go nie znałam. Słyszałam może dwa, czy trzy jego wykonania, więc nie byłam żadną fanką, by przepychać się po zdjęcie, czy coś takiego. Odebrałam napoje i wychodząc z pomieszczenia, obeszłam tłum szerokim łukiem. Gdy już udało mi się dotrzeć do naszego stolika, Miles i Jules już na mnie czekali. Jakież zdziwienie dopadło Younga, gdy podałam mu kubek z kawą. Zmierzył mnie podejrzliwym wzrokiem i wydukał ciche dzięki. Pewnie teraz się zastanawia, czy mu czegoś nie dosypałam do napoju, bo biorąc pierwszy łyk, bardzo uważnie mnie obserwował.
- Co tam się dzieje? - Zmarszczył brwi Jules, kiwając w stronę tłumu.
- Shawn, taki typek z YouTube, nagrywa covery piosenek - mruknął Miles, odwracając się do tyłu, by móc uważniej się przyjrzeć.
- Dobra, zwijamy się. Jak kolejny raz się spóźnię na trening, to znowu pani Ruby zabierze mnie na poważną rozmowę - prychnął Jules.
- Lepiej się spóźniać na treningi, niż pobić jakieś laski pierwszego dnia - dodał Miles, przyglądając mi się z szerokim uśmiechem.
- Ciebie też mogę pobić - burknęłam do niego, napawając się pysznym smakiem zielonej herbaty.
- Taaa, jasne już się boje, kwiatuszku - odpowiedział, wiedząc, że doprowadzi mnie tym do furii. Mój brat zawsze nazywał mnie kwiatuszkiem, czego nienawidziłam, chociaż z czasem nauczyłam się to znosić. Jednak, gdy Miles zaczynał się tak do mnie zwracać, doprowadzało mnie to do białej gorączki.
- Niektóre kwiatki mają kolce - burknęłam -  Lepiej uważaj.
Wstaliśmy od stolika, równym krokiem udając się w stronę wyjścia. Gdy tylko Jules odwracał wzrok, razem z Milesem zaczęliśmy się przepychać, aż w końcu chłopak wleciał w kosz na śmieci.
~~*~~*~~
Szybko naciągnęłam brązowe bryczesy i w pośpiechu zaczęłam szukać nowych sztybletów. Z faktu, że jestem tu od wczoraj, nie musiałam już chodzić na treningi. Miałam jeszcze wolne, ale wolałam nie robić zbyt dużej przerwy, a poza tym, chciałam szybciej zaaklimatyzować w nowym miejscu. Usiadłam na podłodze i wyrzuciłam chyba połowę butów z szafy, nie mogąc odnaleźć tych odpowiednich. Moje poszukiwania przerwało ciche pukanie do drzwi, a zaraz potem pojawiła się w nich promienna twarz pani Ruby.
- Dzień dobry - odezwałam się, wstając z podłogi.
- Dzień dobry, wybierasz się gdzieś?
- Na trening. Wiem, że dostałam przywilej wolnego do końca tygodnia, ale chyba nie chcę z niego skorzystać.
- Rozumiem, ale dziś mam dla ciebie inne zadanie. - Uśmiechnęła się. - Przyjechał nowy uczeń i myślę, że to odpowiedni moment, bym mogła was oprowadzić po Morgan Univeristy.
- Już znam najważniejsze miejsca. - Wzruszyłam ramionami, nie mając ochoty znowu zwiedzać.
- Stołówka, sekretariat i portiernia - zaśmiała się. - Pokażę wam ten parkur, tor wyścigowy, ujeżdżalnię i jeszcze kilka ciekawych miejsc. Nie jest zimno, ale weź kurtkę przeciwdeszczową.
- W porządku - westchnęłam wiedząc, że próba wymigania się od zwiedzania nic nie da.
- Za 5 minut na dole. - Posłała mi kolejny uśmiech i zniknęła za drzwiami. Super! Nie mam ochoty zwiedzać, teoretycznie wiem, gdzie co jest, a w praktyce - halo - mam Julesa, który mnie zaprowadzi. Najważniejsze miejsca pokazali mi już zaraz po przyjeździe.
Szybko zmieniłem bryczesy na ciemne jeansy, a bluzę na koszulkę z logo zespołu AC/DC. Naciągnęłam na nogi czarne, skórzane botki, złapałam w jedną rękę kurtkę przeciwdeszczową, a w drugą klucze i opuściłam pokój. Potruchtałam po schodach i dokładnie po pięciu minutach od wyjścia pani Ruby, pojawiłam się w umówionym miejscu. Usiadłam w jednym z foteli na holu, oczekując na panią Stewart. Wyjęłam z kieszeni telefon i ledwo zdążyłam wejść na Instagram, a usłyszałam za sobą głos dyrektorki.
- Mamy nadzieję, że spodoba ci się w naszej akademii - mówiła swoim przesadnie miłym głosem.
- Ja również mam taką nadzieję. - Do moich uszu dotarł również męski, nieznany mi wcześniej głos.

Wyłączyłam telefon, wciskając go do kieszeni kurtki i podniosłam się z miejsca. Pani Ruby podeszła bliżej zatrzymując się kawałek przede mną. Dopiero teraz zwróciłam uwagę na chłopaka stojącego obok niej. To był ten sam, którego widziałam kilka godzin wcześniej w mieście.
- To również nasza nowa uczennica, przyjechała do nas wczoraj i dzisiaj oprowadzę waszą dwójkę razem. - Uśmiechnęła się serdecznie.
- Camilla. - Wyciągnęłam rękę w stronę chłopaka.
- Shawn. - Uśmiechnął się, ściskając moją dłoń. Po chwili na schodach rozległo się głośne tupanie, a na dół zbiegł Miles i Jules.
- Chłopcy, znowu spóźnicie się na trening? - Uniosła brwi.
- Nie - odpowiedzieli równocześnie - Mamy jeszcze dwie minuty.
Pani Ruby westchnęła ciężko.
- Nie mam na nich siły.. chodźmy już, zaczniemy zwiedzanie od toru wyścigowego. - Uśmiechnęła się do nas.

Shawn?
Jednak zeszło troszkę dłużej XD

Dla administracji: 1533 słów

od Oliego do Damy w opresji..

Wlepiłem wzrok w sufit, dzisiejszy dzień mnie dobijał, niby ostatni dzień szkoły przed weekendem ale.. Chaos wyjątkowo właził mi na nerwy a wszyscy dookoła postanowili być idiotami. Jedna dupa postanowiła zaatakować mnie za to że zapytałem ją czy jej inspiracją makeup-ową był Pennywhize.. NO ale czerwona szminka, ciemne oczka i biały ryj.. Do tego rozbiegane oczy. Serio mogła by tak startować na jego dziewczynę. Wystawiłem dłoń przed siebie i zmrużyłem lekko czy. Światło zabawnie wyglądało kiedy moje palce oddzielało je od mojego wzroku.  Cichy brzdęk wyrwał mnie z ciszy. Uniosłem głowę . Za oknem powoli zapadała noc, było jeszcze na tyle jasno że wszytko można było zobaczyć ale słońce powoli opuszczało naszą półkulę... Czy to nasza półkula sobie szła.. Chyba tak mnie tego uczyli. Kolejne uderzenie  ponownie wyrwało mnie z zamyślenia. Co do kurwy? Starałem sie zlokalizować źródło , niech tylko się znajdzie.. Będę mógł wtedy kogoś ojebać.. albo chociaż się pobić? Chciał bym się pobić..  Zebrałem sie w sobie i ruszyłem na dwór. Poszedłem do stajni, przyjechało parę nowych koni. Jedna klacz arabska wyjątkowo wpadła mi w oko. Pozwoliła się pogłaskać i w zabawny sposób wydmuchała powietrze na moją dłoń.
-Co idiotko? Co cię dziwi?-Zapytałem cicho z uśmiechem. Nie dane mi było jednak cieszyć się tą chwilą w samotności długo, stajnię nawiedziła fala nowych. Szybko schowałem się w boksie Chaosu. Nie miałem zamiaru obić komuś twarzy na powitanie, trzeba poczekać jakoś z dzień.
 Westchnąłem i wychyliłem głowę z za drzwi. Chłopak i dziewczyna, rozmawiali w najlepsze. Wydawali się bardzo zadowoleni z tego że rozmawiają tylko ze sobą.  Zakochane pary są obrzydliwe.. Tak, to była pierwsza myśl jaka wkradła mi się do głowy w tej chwili.  Chłopak złapał rękę dziewczyny i wydawał sie bardzo dumny ze swojego gestu, słabeusz... Schowałem się do boksu, nie psujmy dzisiaj ludziom nastroju Oli.. Bądź miły Oli.
-Mówiłam ci.. Naprawdę przepraszam ale z tego nic nie będzie -Dziewczyna była wkurzona.
-Ale zawsze obok ciebie jestem! Powinnaś mi być wdzięczna! A ty co? Zawsze lecisz do tych złych chłopców.. Jestem tutaj, kocham cię a ty nie chcesz tego kto jest dla ciebie miły.. To głupie z twojej strony -Warknął. Oho.. Czyli moge atakować.
-Ach.. No tak jesteś tym miłym facetem który nie nazwie kobiety suką .. ALE PRZECIEŻ NIĄ JEST BO NIE CHCE ZE MNĄ BYĆ -Wyszedłem z boksu i udawałem że przecieram oczy w płaczu.
-Spierdalaj.
-Zdaje mi się że to ona chciała tobie te słowa powiedzieć- Puściłem mu oczko i przeniosłem wzrok na dziewczynę.
-Czy potrzebujesz asysty złego chłopca do pokoju? Nigdy nie wiadomo co takim miłym osobą przyjdzie do głowy - Starałem się brzmieć neutralnie, jednak miałem jakis szacunek dla kobiet... Szczególnie takich które mają takich wspaniałych przyjaciół.
<Hejooo?>

Valeria Nott i Roach Rogue

[buźki użyczyła Marion Cotillard]
Motto: "To, że milczę, nie znaczy, że nie mam nic do powiedzenia." ~ Jonathan Carroll
Imię: Valeria "Valixy"; "Val"
Nazwisko: Nott
Płeć: kobieta
Wiek: 08.10.1997 (20 lat)
Pochodzenie: Falun, Szwecja
Pojazd: Kawasaki z750
Pokój: 37
Grupa: II
Poziom: średnio zaawansowany
Koń: Roach Rogue
Głos: ZZ Ward
Rodzina: Anthony Nott - ojciec,
Lucille Nott - matka,
Theodor Nott - starszy o dwa lata brat,
Relacje: nowa w Akademii
Aparycja: Valeria jest wysoką i szczupłą kobietą. Jej ciało zdobi lekka opalenizna, której "nabawiła się" w wakacje nad morzem Śródziemnym. Przy lewym uchu dziewczyny znajduje się tatuaż w kształcie lilli, jej ulubionego kwiatu. Val ma duże, ciemnobrązowe oczy, pełne usta i zadarty nos, przez który wygląda na nieco arogancką. Włosy dwudziestolatki sięgają jej ramion i są pofalowane. Dziewczyna uwielbia dodatki w stylu retro i vintage, więc często takie zakłada.
Charakter: Kobieta przy pierwszym spotkaniu robi wrażenie oschłej, aroganckiej i niewrażliwej. Nie znosi, gdy ktokolwiek jej przerywa. Jest bardzo pamiętliwa, jednak szybko wybacza (jeżeli osoba, która ją zraniła ją przeprosi). Valeria jest bardzo spokojna, ciężko ją zirytować. Upór to jej drugie imię. A ambicja trzecie. Dziewczyna kocha się uczyć i poświęca na naukę dużo czasu. Sypie sarkastycznymi uwagami i czarnym humorem jak z rękawa, ale nie jest to oznaka braku sympatii - wręcz przeciwnie! Uwielbia spędzać czas z przyjaciółmi. Jest ekologiem i obrończynią praw zwierząt. Gdy obdarzy kogoś naprawdę silnym uczuciem, staje się ciepła i miła. Jest bardzo lojalna. Pomimo, że bardzo łatwo się zawstydza, ponieważ przez jej niezdarność dochodzi do wielu niekomfortowych sytuacji, nie brak jej odwagi, szczególnie tej cywilnej. Jest bardzo honorowa i szczera.
Zainteresowania: Valeria oprócz jazdy konnej, interesuje się weterynarią, zoologią, programowaniem, malarstwem i pisarstwem. Potrafi także świetnie grać na fortepianie.
Inne: 1
Kontakt: Kropa123
Inne pupile: owczarek autralijski Soldat

Imię: Roach Rogue
Płeć: klacz
Rasa: Quarter Horse
Data urodzenia: 24.04.2011 (6 lat)
Charakter: Roach Rogue to klacz o niesamowitym podejściu do skoków. Oczywiście w cudzysłowie. Klacz, o ile jeszcze w miarę przekonana do zwyczajnych skoków, swoim podejrzliwym wzrokiem mierzy najmniejsze przeszkody crossowe. Charakteryzuje się nieufnością. Jest bardzo energiczna, uwielbia towarzystwo innych zwierząt. Strachliwa, ale reagująca na wszystkie pomoce niemal od razu. Rogue zazwyczaj nie kopie, ale podgryza. Mimo wszystkich wad, jest ulubionym koniem Valerii.
Specjalizacja: Reining (i inne konkurencje westernowe), czasem rajdy.
Umiejętności: świetnie ujeżdżona, Roach prezentuje swoje umiejętności w reiningu. Skacze do dziewięćdziesięciu centymetrów, co nie przeszkadza jej właścicielce. Jest dosyć wytrzymała, aktualnie bierze udział w rajdach do 40 kilometrów.
Właścicielka: Valeria Nott

Shawn Peter Raul Mendes i Queen Coriane

http://68.media.tumblr.com/629d6120523a4675ef7ce9ea1fa97793/tumblr_ow97ce0sKk1tdvuqno1_540.gif
[buźki użyczył Shawn Mendes]
Motto: "I got you this rose and i need to know... Will you let it die od let it grow?"
Imię: Shawn Peter Raul. Zwany także po nazwisku lub Shawnik, Shawny, Szon (spolszczona wersja). W zasadzie to... Wymyślaj co ci się tylko żywnie podoba. Mam nadzieję że nie będziesz jednak aż nazbyt kreatywny....
Nazwisko: Mendes. Mnie się kojarzy trochę z Mendą, ale.... Cóż.
Płeć: Mężczyzna
Wiek: 8 sierpnia 1998 rok (19 lat)
Pochodzenie: Kanada; Toronto
Pojazd: Jeep Grand Cheeroke
Pokój: 18
Grupa: I
Poziom: Średnio zaawansowany
Koń: Queen Coriane, która została po prostu wykupiona z hodowli za niezbyt wielkie pieniądze. Dlaczego? Ponieważ nikt nie mógł sobie poradzić z "krnąbrną" klaczą.
Rodzina:
Karen Mendes - osobliwa, zawsze uśmiechnięta kobieta. Dla swojego potomstwa zrobiłaby niemalże wszystko. Stara się jak najbardziej pomagać wszystkim dookoła. To ona ma decydujący głos w rodzinie. Jednak niedawno dała się Shawnowi namówić na tatuaż. Jeszcze przed tym jak się z nim pokłóciła w dzień jego wyjazdu do Akademii. Pracuje jako agentka nieruchomości.
Manuel Mendes  - człowiek o dobrym sercu. Widać podobieństwo między ojcem i synem. Manuel także wspiera pasje swoich dzieci. To on był za kupnem konia i dzięki niemu Shawn jest teraz tu gdzie widać. Jest on pewny siebie. Jednak nie jest egoistą. Myśli o innych nawet bardziej niż o sobie. Chłopak ma dobre kontakty z obojgiem rodziców, ale po wspomnianej sprzeczce z rodzicielką... Chyba już nie takie same w obu przypadkach. Jest on Portugalczykiem.
Aaliyah Mendes - śliczna brunetka. Shawn bardzo się o nią troszczy i mimo sprzeczek jakie czasami odbywa między sobą rodzeństwo to widać jak wielka łączy ich więź. Dziewczyna jest bardzo pogodna, ale i inteligentna. Szybko się uczy i ma ogromne grono przyjaciół. Ma 14 lat. Aaliyah bardzo często kontaktuje się z bratem. Woli sprawdzać czy nie zrobił już czasem czegoś potwornie głupiego.
Rose Sofi Coriane Raven - osiemnastoletnia kuzynka Shawn'a i Aaliyah. To ona w pewien sposób zmusiła chłopaka do spróbowania jazdy konnej. Sama posiada rumaka. Dziewczyna nie uczęszcza do żadnej akademii o profilu jeździeckim, ale poprosiła Shawna by zbadał dla niej grunt tutaj, w Morgan University.
Rosalie (bo to jej prawdziwe imię) ma specyficzny charakter i tylko nieliczni są w stanie zostać jej przyjaciółmi. Jednak na codzień powinna być radosną dziewczyną.
Relacje: Nowy w akademii
Aparycja: Shawn jest naprawdę wysoką osobą. Mierzy sobie jakieś 188 cm. Poczujesz się więc nieco... Trudno opisać to uczucie. Ale chyba wiadomo o co mi chodzi. Za każdym razem kiedy koło niego przejdziesz, zaczniesz się zastanawiać czy jego włosy to artystyczny nieład. Oh. Z całą pewnością te kasztanowe pukle są miękkie w dotyku. Musiałbyś się jednak przekonać sam. Oczy odzwierciedlają wszystko. Zarówno charakter jak i emocje. Nie wiem czy zauważysz w nich to co powinieneś. Szukaj w nich tej iskry. Chyba nazywa się ją radość. Pamiętaj by nie oceniać książki po okładce. To jak odbierasz tego chłopaka zależy tylko od ciebie. Zapomniałam dodać że jego oczy są brązowe. Umknęło mi to. Czasami przypominają zielone. Jednak nie daj się zwieść pozorom. Shawn jest dosyć umięśniony. Nie mógłby sobie podarować wycieczek na siłownię. Na jego prawej ręce dojrzysz dwa tatuaże. Jeden przedstawia panoramę Toronto, w kształcie gitary, natomiast jej gryf układają fale dźwiękowe nagrania "I love you" od jego rodziców. Drugi to żarówka w środku której znajdują się irysy, niebieski, ulubione kwiaty jego mamy. Trzeci zdobi środkowy palec jego lewej ręki. Przedstawia słonika. Subtelny. Taki sam posiada mama chłopaka. Styl ubierania się... Ciężko mi określić. Nie znam się na tym. Tak w skrócie opisałam wam tego Kanadyjczyka ale nadal musicie sami wyciągnąć wnioski.
Charakter: Shawn jest osobą bardzo łatwą do opisania. To zabawny chłopak o dość dziwnym poczuciu humoru. Nie da się go nie lubić. Spawany w pewien magiczny sposób przyciąga do siebie ludzi swoim uśmiechem. Jednak jest nieśmiały. Czasem jak małe, spłoszone zwierzątko ucieknie. Nie wie już komu może zaufać. Jednak mimo tomposyła wszystkim uśmiechy, dodaje im otuchy. Stara się pomagać. Mendes jest jedną z nielicznych osób które nie chwalą się. Chcą dobra innych a nie swojego. Jeśli już się z nim zapryjaźnisz to będzie to coś bardzo ważnego. Mocna więź. Musisz to docenić bo inaczej ją zerwiesz. Musisz wiedzieć że Shawn to nie typ podrywacza. Wstydzi się bardzo często. Nie umie dobrać słów. O wszystko zawsze woli zapytać. Lubi wszystko sobie przemyśleć. To pracowity chłopak. Jego największą wadą jest chyba... Hmmm... Wstydliwość. Wiecie. Czasami lepiej być odważnym, stawiać na swoim. Cóż. Jednak on ma swoje przekonania. Będzie twardo trwał w swojej decyzji chyba że dasz mu wiele powodów by myślał inaczej. Dla Kanadyjczyka bardzo ważna jest rodzina. Zawsze go wspierają. Rozumieją jego dziwne uosobienie. Shawn przekłada wszystkie swoje emocje w muzykę. I choćby nigdy miał nie zaznać miłości to i tak świetnie o niej napisze. Taki dar. Wiesz już o tym co możesz zastać. Jego mocne i słabe strony. Ahhh... Zapomniałabym. Gdy potrzebuje w sobie więcej odwagi to uwalnia Benito. Tak miał zostać nazwany. Benito to taki bardziej odważny, niegrzeczny Shawnie. Tak można to mniej więcej określić. (Może jeszcze coś dopisze)
Zainteresowania: muzyka / gra na gitarze / gra na pianinie / hokej / śpiewanie / nie potrafi tańczyć xd / fotografia / bieganie / jazda konna / czytanie książek / Harry Potter
Inne:
~ nienawidzi pomidorów
~ nie lubi gdy ktoś w jego otoczeniu pali papierosy i raczej nie jest przyzwyczajony do picia alkoholu
~ nagrywa covery piosenek na YouTube i Vine, a także pisze własne
~ na gitarze nauczył się grać sam
~ planuje adopcję psa
~ kocha mufinki.
~ jazdą konną zainteresowała go kuzynka
~ lubi chińszczyznę
Kontakt: Komunia03


Imię: Queen Coriane
Płeć: Klacz
Rasa: Selle Francais
Data urodzenia: 3 marca 2006 (11 lat)
Charakter: Klacz z doświadczeniem powinna być spokojna. Powinna nadawać się do jazdy rekreacyjnej. Nic z tego! Jej Wysokość jest koniem nieposłusznym. Robi co jej się żywnie podoba, jednak Shawn ma na nią swoje sposoby. Nikomu nie wiadome jest jakie. Niektórzy przypuszczają że chłopak przekupuje klacz. Inni mają teorię iż wybrała go sobie jako jedyną osobę której będzie posłuszna. Jednak niezupełnie... Ma kilka swoich sztuczek. Jeśli chcesz jej zapleść ogon to najpierw musisz unieruchomić i ogon i tylne nogi. Inaczej dostaniesz w twarz. Zapinając popręg spodziewaj się że cie ugryzie. Coriane nie przepada też za czyszczeniem kopyt. Zachowuje się istotnie jak królowa. Ale... Na treningu zrobi wszystko by wypaść jak najlepiej. Tak samo na zawodach. Oczywiście. Ma swoje mocne i słabe strony. Ma także dużą motywację. Wie że jeśli w jakiś sposób zniechęci swojego właściciela to już więcej go nie ujrzy. Wie że łatwo go urazić. I rozumie że chłopak traktuje ją jak drugiego człowieka. Jak przyjaciela. Stara się więc jak może by go nie zawieść. Oczywiście Shawn by jej nie porzucił. Ale Cori woli nie ryzykować. Nie wie co by się z nią wtedy stało. Klacz ma podzielną uwagę. Sama odlicza kroki do następnej przeszkody. Zawsze liczy się dla niej tylko tu i teraz. Nie przepada za długim odizolowaniem od innych koni czy też ludzi. Zaczyna wtedy wariować. Wbrew pozorom jest bardzo delikatna. Rzecz jasna, posiada dostojny krok i nigdy nie żałuje swoich czynów (na przykład użarcia stajennego za to że chciał dać jej jabłko...). Trudny charakter Queen Coriane czasami jest nie do zniesienia. Ale można się także łatwo przyzwyczaić.
Specjalizacja: Klacz preferuje sobie skoki. Najlepiej te na parkurze, a nie w terenie.
Umiejętności: Niby taka skupiona. Jednak nie nadaje się do ujeżdżenia gdyż ciężko jej zapamiętać tyle figur i sygnałów. Rozprasza ją także wolność. Rozległa przestrzeń sprawia źe Cori traci orientację w terenie. Wychowana została przecież w stajni. Ponieważ nie lubi długo przebywać sama - długie podróże przyczepą nie są dla niej. Za to dzięki temu że sama wie kiedy się wybić przed przeszkodà to idealnie nadaje się do skoków. Uwielbia atmosferę zawodów. Tą adrenalinę. Klacz po prostu kocha "latać". Jakby "płynąć" ponad przeszkodą a potem lądować. Poczuć grunt pod kopytami. Oczywiście niekiedy coś się zdarzy. Coś takiego że Coriane źle policzy, że pobiegnie za szybko. Ale wie że na jej grzbiecie siedzi ktoś kto bezzwłocznie wszystko ustabilizuje. Ktoś kto zawsze pozostanie czujny, bo nie chce skrzywdzić ich obojga. Western nie przypadł jej do gustu. Te ciężkie siodła, zwroty na zadzie... Zbyt bardzo przypominają jej ujeżdżenie. Wyścigi to też nie to. Ściganie się jest raczej jak... Uciekanie. Nie jak latanie. Tak więc... Cóż. Wiadomo już dlaczego co, jak i dlaczego w sprawie Queen Coriane.
Właściciel: Shawn Peter Raul Mendes