wtorek, 17 lipca 2018

Od Siergieja do Molly

W takich miejscach jak Morgan University, gdzie zebrano wiele różnych jednostek, plotki rozchodzą się niezwykle szybko. Myślę, że nie byłoby to nawet zbytnim wyolbrzymieniem, gdybym określił to tempo mianem błyskawicznego. Może postronni ludzie, niezbyt zainteresowani życiem innych, nie zauważają tego faktu w tak dużym stopniu, jednak takie osoby jak ja, dla których zbieranie informacji jest wręcz esencją istnienia na tym świecie, taki stan rzeczy niezwykle cieszy. Nic więc dziwnego, że jako jeden z pierwszych dowiedziałem się, że ktoś zaczyna węszyć. Nie jest to może wybitnie ładne słowo, lecz określa sytuację wręcz idealnie.
Kiedy tylko taka informacja dotarła do mnie dzięki uszom w szkole, nakazałem czujce nadal monitorować sytuację, a sam przez kolejne dni szukałem czegokolwiek, co wychodziłoby ponad normę. Nikt jednak nie podążał za mną, nie było częstszych spojrzeń w moją stronę niż te, jakie otrzymywałem dotychczas, jednym słowem, wszytko toczyło się tym samym, leniwym, spokojnym torem co zazwyczaj. Zacząłem już stopniowo powątpiewać w sens posiadania takiej siatki pseudowywiadowczej, kiedy to podczas pewnego wieczoru w końcu otrzymałem coś, co potwierdziło pierwotne przypuszczenia.
Odpoczywałem wtedy po ciężkim dniu, spędzonym na treningach, relaksując się w chłodnej pościeli. Akurat grano na internetowym serwisie nowy odcinek mojego ulubionego serialu, więc żyć, nie umierać. Do tego udało mi się dorwać od mojego najbliższego pomocnika w tym regionie, Nikity, butelkę czerwonego wina, co dodatkowo sprawiało, że leżenie w łóżku było jeszcze przyjemniejsze. I kiedy tak sobie chłonąłem film, zastanawiając się, czy Roman wyjdzie cało z tej akcji w kościele, leniwie mieszając zawartość kieliszka, dostałem wiadomość. Zerknąłem na telefon, zatrzymując niechętnie odcinek, po czym momentalnie usiadłem na łóżku.
— Molly — mruknąłem pod nosem, czytając raport. To właśnie ta dziewczyna, młodsza ode mnie, pozornie niewinna, skrzywdzona przez los, pytała ostatnio o moją rodzinną organizację, niby w żartach mówiąc, że jeśli jej rozmówczyni (tymczasowa kochanka Nikity swoją drogą) będzie wiedzieć coś więcej na ten temat, to wie, gdzie może się odezwać.
Wstałem tak gwałtownie, że ręcznik, w który owinąłem swoje świeżo umyte włosy, prawie zsunął się z mojej głowy. Tak, w końcu jakieś konkrety!
Szybko odpisałem, każąc reszcie obserwować Molly, aby w odpowiednim momencie sprowadzić ją do mnie. Nareszcie coś zaczyna się dziać w tym nudnym miejscu. Coś, co pozwoli potrenować mi rodzinny talent, no i oczywiście nie wyjść z formy, aby po powrocie do Moskwy przejąć interes. Same korzyści, czyż nie?

***

Nie powiem, miałem ochotę roześmiać się, kiedy spojrzałem na siebie w lustrze. Nie pamiętam już, kiedy ostatnim razem założyłem aż tak obcisły garnitur. Jednak, jak się mówi, pierwsze wrażenie jest najważniejsze, więc nim usiadłem przy stole, poprawiłem się po raz kolejny, zauważając, że jednolita czerń materiału dobrze podkreśla mój albinizm. Idealnie.
Rozsiadłem się wygodnie na krześle, położyłem na przykrytym obrusem stole pistolet i zerknąłem na dwóch członków mojej małej, angielskiej grupy. To właśnie oni załatwili ten dom na uboczu. Oraz po części pomogli zdobyć alkohol i broń. Anioły, nie ludzie.
Możecie ją wprowadzić — powiedziałem po rosyjsku, na co drzwi otworzyły się, a do środka wszedł Nikita z niską, widocznie damską postacią, której oczy były zasłonięte, zgodnie z poleceniem.
— Zostaw mnie, ty...! — Jej protesty zostały uciszone całkiem sporą ręką Rosjanina, kiedy ten posadził ją na krześle naprzeciwko mnie. Nie odszedł jednak. Jedną ręką prewencyjnie przytrzymywał Molly w miejscu, aby ta nie próbowała uciekać.
Waleczna jest — Anatoli zaśmiał się, a wkrótce dołączył do niego również Nikita. Nakazałem im gestem dłoni uciszyć się, po czym skinąłem głową, a opaska zniknęła z oczu dziewczyny. Z lekką satysfakcją obserwowałem, jak wyraz jej twarzy zmienia się na coraz to bardziej zdziwiony, w międzyczasie zahaczając o takie stany jak zdenerwowanie czy strach. Wszystko w jednym miejscu.
— Zapewne zastanawiasz się, dlaczego cię tutaj... sprowadziliśmy — odchrząknąłem, aby wyzbyć się ze swej angielszczyzny resztek akcentu — Czyż nie?
— Co to jes.. Ej! — Molly spojrzała na wysokiego bruneta, który ścisnął jej ramię, kiedy tylko się odezwała.
— Nie przerywaj — burknął w odpowiedzi, a ja podziękowałem mu delikatnym, pozbawionym prawdziwej uprzejmości uśmiechem.
— Wracając. Doszły do mnie słuchy, że pytałaś o pewne rzeczy, które ciebie nie dotyczą. Przynajmniej, nie teraz — zaśmiałem się i sięgnąłem po pistolet, odbezpieczając go — Powiedz mi może najpierw, kim jesteś? Jaka jesteś?

<Molly? :3 >

Od Augustusa do Ásbjörna

"You strangled me like an addiction
 You captured me like an affliction 
And I will be nimble and I will be quick 


Jedyną rzeczą, która zagłuszała panującą w sypialni ciszę, był miarowy oddech Hannesa. Czułem go na swoim karku, kiedy tylko chłopak nabierał powietrza w płuca, aby w szybkim, płytkim wydechu wyrzucić go z siebie, prawie idealnie zgrywając się z ruchami moich bioder. Z zamkniętymi oczami, rękoma przytrzymując aktualnego kochanka w miejscu, zagłębiałem się coraz bardziej w jego ciało. Nie było w tych ruchach wielkiej namiętności, jaka powinna towarzyszyć młodzieńczej miłości i jurności. Nie było tu typowego, delikatnego muskania palcami rozgrzanej, wilgotnej od potu skóry. Nie było niczego, co świadczyłoby, że jest pomiędzy nami jakikolwiek związek. Bo i żadnego nie było. Dla mnie relacja z Hannesem opierała się na zaspokajaniu własnych potrzeb, raz, góra dwa obejmując wyjście na koncert czy do restauracji, kiedy to akurat zebrało mi się na bycie romantykiem. Ale mimo wszystko, nie kochałem go. Czy w ogóle znam znaczenie tego słowa? Czy kiedykolwiek doświadczyłem prawdziwego uczucia, które opisywali antyczni poeci, a nawet dla tych dzisiejszych będącego najczęstszym źródłem inspiracji? Pewnie nie, ale dopóki nie przeszkadza to wybitnie w życiu, nie mam zamiaru zmieniać tego stanu rzeczy.
Usłyszałem głuchy szelest, kiedy młodzieniec poruszył ręką, ukrytą pomiędzy fałdami pościeli. Słabo, prawie na oślep, gdyż zielone oczy zaszkliły się już prawie całkowicie, położył dłoń na moim karku. Momentalnie podniosłem powieki, spoglądając na twarz rozanielonego Hannesa. Po kręgosłupie przebiegł mi dreszcz obrzydzenia, spowodowany tak nagłym dotykiem, aby po chwili, wraz ze złością podszytą nutą strachu, zmienić się w impuls, który zmusił mnie do działania. Ataku, obrony, Gott wie czego. Zareagowałem więc, najpierw strącając z siebie rękę, aby później, samemu nieruchomiejąc w wygiętym pode mną chłopaku, zacisnąć swą dłoń na jego gardle. Uśmiech zniknął z twarzy Niemca, sprowadzając kochanka do rzeczywistości.
— Nie dotykaj mnie — warknąłem, a kiedy Hannes skinął delikatnie głową, wbiłem paznokcie w delikatną skórę chłopaka — mówiłem ci to już wcześniej. Jesteś głuchy czy po prostu głupi?
Wpatrywałem się w twarz młodzieńca z coraz większym obrzydzeniem. Miotały mną sprzeczne uczucia. Męska natura, domagająca się dokończenia tego, co zacząłem, nie szła tym samym torem, co moje własne emocje, które narastały z każdą chwilą, aby ostatecznie stać się bolesnym, negatywnym ciężarem na mym sercu.
Odsunąłem się więc od Niemca i usiadłem na skraju łóżka, skroń opierając na swych dłoniach. Zamknąłem po raz kolejny oczy, a w czasie, gdy opanowywałem przyspieszony oddech, Hannes podniósł się na materacu i przyciągnął do siebie kołdrę. Dłuższą chwilę siedzieliśmy w milczeniu, którą ostatecznie zdecydowałem się przerwać.
— Idź już — mruknąłem chłodno, czekając na odpowiedź kochanka. Kiedy ta nie nastąpiła, wyprostowałem się, podniosłem powieki i sięgnąłem po leżący na szafce nocnej portfel. Zręcznym ruchem wyciągnąłem ze środka złożone banknoty, po czym wyciągnąłem je w stronę Hannesa. Chłopak wziął je do ręki, obejrzał pobieżnie, a następnie usiadł u mojego boku. Spojrzałem szybko na jego twarz, na której widziałem jedynie troskę, podszytą cieniem smutku.
— Przepraszam, Augustus. Nie wiedziałem, co robię.
— Po prostu wypierdalaj z mojego domu. Wyraziłem się jasno?
Hannes westchnął smutno, sięgnął po swoje ubrania, leżące na podłodze wraz z moimi własnymi, aby po ubraniu się wyjść bez słowa z pokoju. Wypuściłem z płuc resztki powietrza, po czym opadłem na plecy. Co ja zrobiłem? Dlaczego się tak zachowałem? Nigdy nie byłem aż taki stanowczy w stosunku do chłopaka. Zawsze po podobnych ekscesach dostawał drugą szansę, aby odpokutować swoje winy, ale teraz? Teraz wyrzuciłem go z domu, w nocy, z poczuciem, że nasze ostatnie spotkanie zakończyło się w ten, a nie inny sposób. Cholera, przecież szczeniak jest zakochany we mnie po uszy. Widać to i czuć w każdym jego działaniu. Żaden zdrowo myślący człowiek nie dawałby się traktować w ten sposób, w jaki ja odnoszę się do Hannesa, a ten znosi to z tym całkiem ładnym uśmiechem na twarzy.
Za dużo myślisz, Augustus, skarciłem się w myślach, po czym odszukałem w szufladzie zagubionego papierosa. Odpaliłem go, ponownie kładąc się na pościeli. Zaciągnąłem się krztuszącym dymem, przytrzymałem go w sobie przez dłuższą chwilę, próbując nie dopuścić do siebie myśli o przeszłości, po czym wypuściłem szarawy obłok, który zawirował nade mną, aby nim dotrze do sufitu, zniknąć w zupełności. Za kilka godzin będę siedział w samolocie lecącym do Londynu, gdzie ucieknę od demonów, które podążają za mną krok w krok, nieubłaganie zbliżając się, zaciskając swoje łapska na mym ciele, odbierając zdolność logicznego myślenia, uniemożliwiając nabranie oddechu.
Momentalnie zgasiłem nawet nie w połowie spalonego papierosa i podszedłem do okna, po drodze zapalając kolejne światło w pokoju. Nienawidziłem ciemności. Nigdy nie wiadomo, co w niej siedzi.

"We've got secrets 
Buried deep inside these walls 


Wychyliłem się w fotelu, aby spojrzeć, czy na korytarzu nie pojawił się jeszcze kapitan. To nie tak, że jakoś specjalnie spieszyło mi się do wylotu. Po prostu chciałem już zostawić na niemieckiej ziemi swoje wątpliwości, myśli o rodzinie i wiele innych rzeczy, które powinny pozostać zapomniane. Tylko ja, głupi, przywoływałem je za każdym razem, gdy zamykałem za sobą drzwi, pozwalając im rezonować w swym umyśle, naznaczając i tak nieczystą duszę kolejnymi plamami.
Zacisnąłem palce na podłokietniku i wcisnąłem się bardziej w fotel. Wsłuchiwałem się w odgłosy wokół, czekając tylko, aż w końcu wzbijemy się w powietrze, lecz jedyne, co udało mi się wyłapać, to przytłumione przez ściany kabiny odgłosy rozmów Klausa i bodajże Ludwiga. Nie mogłem powstrzymać się przed wybuchnięciem krótkim, lecz pełnym drwiny śmiechem. Ah, no tak, prywatna kawaleria. Ojciec chyba lubi wydawać pieniądze na drobnostki, bo po co wysyłać w tak krótką podróż aż dwóch ochroniarzy? Przecież raczej nikt nie wejdzie do samolotu z materiałami wybuchowymi, nie krzyknie coś o Allahu i nie wysadzi się. A nawet jeśli niby są po to, aby pilnować mnie w czasie przesiadki w Düsseldorfie, czy naprawdę Detlef uważał, że zagubię się na lotnisku czy nie zdążę na kolejny lot? Jestem brany za aż takiego debila?
Z nudów wziąłem ze stolika telefon, po czym, rozkładając się wygodniej w fotelu i wyciągając przed siebie nogi (plusy prywatnej kabiny), zacząłem pisać nową wiadomość do Ásbjörna, chcąc nieco rozładować swoje emocje i nastawić się pozytywnie na lot. Chociaż, patrząc na pierwszą wiadomość, będzie to trudne.
"Ja tu zdechnę" napisałem, szybko dodając również "Przepiszę ci w spadku swojego psa".
Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać. Momentalnie pod wypowiedzią pojawił się symbol pisania. Uniosłem kącik ust. Ten koleś chyba serio nie ma co robić o tej porze, że jest aktywny.
"Lubi czochranie po brzuszku?"
Pomyślałem o Pebbelsie. Tak, wręcz kocha ten typ pieszczot. To jego druga słabość, zaraz po jedzeniu w każdej możliwej formie.
"To dziwka na głaskanie, więc raczej tak"
"Boziu, kocham go już. Nie możesz mi go teraz wysłać w paczce?"
Coś zaszumiało za oknem, więc przerwałem odpisywanie i wyjrzałem przez szybę, lecz nic nie zobaczyłem. Jedynie gdzieś na dalszym pasie jakiś większy samolot właśnie był szykowany do kolejnej trasy, nic specjalnego. Wróciłem więc do dawnej pozycji, podejmując wcześniej porzuconą czynność.
"Dopiero jak umrę w tym przeklętym samolocie to go dostaniesz."
Do środka zajrzał Klaus, starszy ode mnie Niemiec pochodzący z Bawarii, zasłaniający swoim ciałem całe przejście. Był wyższy od większości osób jakie mijał, a ja niestety również zaliczałem się do tego grona. Zerknąłem na niego, w pytającym geście unosząc brew. Nie miałem ochoty odzywać się, liczyłem więc w ruchu, że oprócz mięśni w głowie też coś ma i załapie, o co mi chodzi. Na szczęście, pozytywnie się zaskoczyłem.
— Wicehrabio — powiedział spokojnym, profesjonalnym tonem. Zamrugałem kilkukrotnie, słysząc tak formalne określenie mej osoby — Będziemy startować za kilka minut.
Skinąłem głową, a kiedy ochroniarz wrócił na swoje miejsce, sięgnąłem po raz ostatni po telefon, nie czytając nawet wiadomości Ásbjörna.
"Zaczyna się. Życz mi szczęścia."
Wyłączyłem urządzenie i zacząłem wpatrywać się w obraz za oknem. Tak, jak powiedział mężczyzna, niedługo potem wystartowaliśmy. Przez długą, ciągnącą się w nieskończoność chwilę obserwowałem, jak Drezno staje się coraz to mniejsze, aby po pewnym czasie zniknąć, ustępując miejsca warstwie chmur. Sam nie wiedząc dlaczego, zasnąłem z głową opartą o szybę, która chroniła mnie od bezkresnej, pustej przestrzeni. Nie wiedziałem również, dlaczego kiedy się rozbudziłem, byłem okrytym kocem. Ale przynajmniej kiedy zobaczyłem w dole kilka znanych budynków, mój umysł skojarzył szybko fakty. Właśnie szykowaliśmy się do lądowania w pochmurnym Londynie.

"The pull on my flesh is just too strong
It stifles the choice and the air in my lungs
Better not to breathe than to breathe a lie


Cel na dzisiaj, jakim było pozbycie się niemiłosiernie irytujących ochroniarzy, został osiągnięty. Oczywiście, nie obyło się bez kłótni, wydzwaniania do ojca i gróźb, że jak ktoś będzie chciał mnie porwać, nikt nie przyjdzie mi z pomocą. Typowe gadanie ludzi, którzy utrzymują się z pilnowania rozwydrzonych dzieciaków. A ja za takowego się nie uważałem, dlatego postanowiłem zawalczyć o swoje i postawiłem się mężczyznom, kiedy tylko postanowili odeskortować mnie na uniwersytet. W dodatku, byłem już dorosły, ale to nie zdawało się docierać do kogokolwiek. Tak więc, po wynegocjowaniu umowy, że po tym, jak dotrę bezpiecznie na miejsce, zostawią mnie w spokoju, wyruszyłem w drogę. Jadąc autostradą, co jakiś czas spoglądałem na odbicie czarnego samochodu w lusterku, zarówno upewniając się, że są tak samo uparci jak wcześniej, ale również dlatego, że przyczepa Ragnaroka była za ich autem. Czy to moja wina, że u mnie nie ma realnej możliwości podczepienia czegokolwiek? Nie. Ale znając życie, koń i tak strzeli coś w stylu zwierzęcego focha i zanim będę mógł go dosiąść, będę musiał obłaskawić markotnego księcia marchewkami. Jak w sumie za każdym razem, gdy zrobię coś nie po myśli ogiera. A z racji faktu, który można bardzo łatwo przeoczyć, że nie potrafię czytać w głowach innych, nie wiem, co Ragnara irytuje, a co nie. Zabawne. Zaczynam mówić o nim jak o człowieku. Chociaż, gdybym miał wybór, z wielką przyjemnością zamieniłbym irytującego Jannika na mojego pupila. Może jako zwierzę straciłby nieco swojej szczenięcej bezczelności, ale to i tak mało prawdopodobne.
Ostatecznie, według nawigacji musiałem zjechać z autostrady na jakaś mniej uczęszczaną drogę. Westchnąłem cicho, zacisnąłem dłonie na kierownicy i spróbowałem zignorować myśli o tym, co ludzie powiedzą, kiedy zobaczą obstawę. Przecież z góry zostanę zakwalifikowany do warstwy snobów, z którą raczej nikt nie będzie miał ochoty błąkać się po korytarzach czy po prostu, po ludzku spędzać czas. Wrzuciłem więc wyższy bieg, zwiększając odległość między samochodami, po czym zmusiłem się do spojrzenia w lusterko. Nie zrobili tego samego, dając mi chwilę luzu. Uśmiechnąłem się gorzko, czując się jak pies spuszczony tymczasowo ze smyczy. Czyżbym tym właśnie był dla Klausa i Ludwiga? Czyimś pupilem, którym trzeba się zająć, gdy prawowitego pana nie ma w pobliżu? Zabawne, jak wiele może zależeć od miejsca narodzin i przynależności do danej rodziny, bo zgaduję, że na dzieciaka z byle niemieckiej rodziny nie dmuchano i nie chuchano tak jak na mnie i brata. Odkąd sięgam pamięcią, wokół nas zawsze snuła się przynajmniej jedna osoba, mająca za zadanie chronienie nas od wszelkiego zła tego świata. Pamiętam też, kiedy to po kilku decyzjach partii Detlafa, które nie spodobały się przeciwnej stronie barykady, jeden ekstremista postanowił oblać naszą matkę kwasem w trakcie przedświątecznych zakupów. Widok tamtego człowieka, szaleństwa w jego oczach oraz później to, co się z nim stało, gdy ochroniarze zajęli się problemem, zostanie chyba w mojej głowie do końca życia.
Skręciłem w boczną ulicę, aby tam, po minięciu bramy, dojechać na miejsce. Cały teren placówki wyglądał na całkiem zadbany, jakby również w ten sposób szkoła pracowała na swoją dobrą renomę. Gdzieś grupa uczniów właśnie miała zajęcia, chyba ujeżdżenie, więc na moje szczęście tylko kilku kręciło się w pobliżu stajni. Zaparkowałem więc na wolnym miejscu, wypuszczając z samochodu Pebbelsa, a Otisa zostawiając na wolnym siedzeniu, po czym stanąłem na trawie i rozciągnąłem się po drugiej podróży. Następnie oparłem się o maskę auta, skąd mogłem obserwować, czy pies przypadkiem nie postanowił uciec, bo jemu to też różne rzeczy mogą się we łbie urodzić. Z nudów zacząłem grać na telefonie, aby dopiero kiedy drugi samochód zaparkuje w pobliżu, podnieść głowę.
— Ein Unglck kommt selten allein — rzuciłem żartobliwie do mężczyzn, na co Ludwig machnął ręką, Chyba nie docenia mojego humoru. Nie czekając, aż powiedzą cokolwiek, podszedłem do przyczepy, aby przywitać się z Ragnarokiem. Wyciągnąłem dłoń w stronę ogiera, lecz ten jedynie podniósł wyżej głowę. Czyli jest tak, jak przewidywałem.
— No nie denerwuj się już, co? — mruknąłem, szukajac po kieszeniach czegoś, co mógłbym mu dać, lecz w zadaniu przerwał mi szelest kół na drodze. Obejrzałem się przez ramię. Ktoś również wjeżdżał na teren szkoły, prawdopodobnie nowy uczeń. Z uwagą przyjrzałem się gościom, kiedy to Klaus zaoferował się, że zaniesie moje rzeczy do pokoju. Machnąłem na to ręką, gdyż miałem już lepsze rzeczy do zrobienia niż takie trywialne drobnostki.

< Gabríel? >

poniedziałek, 16 lipca 2018

Od Zaina cd. Felicity

Przewróciłem oczami, starając się tylko, żeby siedząca przede mną, najbardziej wkurzająca osoba tego nie zobaczyła. Albo wręcz przeciwnie? Podobała mi się jej mina, a także wszystkie reakcje i słowa, które wyrażały całe jej zniesmaczenie, podczas gdy ja mogłem rzucać niezliczoną ilość przechwałek i wszystkich tekstów, które doprowadzają człowieka do szybkiej rezygnacji i pozbycia się z siebie całej egzystencji. I fakt, imponowało mi, że pomimo jej wyraźnej niechęci okazywanej co jakiś czas do mojej osoby, była w stanie jeszcze wytrzymać w moim towarzystwie. Dlatego wyrazy uznania dla tej pani się należą. Posiadała w sobie tę energię, którą lubię w innych ludziach. Nawet jeśli mnie nie znoszą.
Całą uwagę skupiłem na następnym kawałku pizzy, z którego wyciągnąłem szynkę, podobnie jak z poprzedniego. Podejrzewam, że moja towarzyszka będzie zła za zatajenie tego drobnego szczegółu, jakim był fakt, że nie mogę jadać wieprzowiny. Akurat to nie wychodziło z mojej czystej złośliwości.
- Jesteś wegetarianinem? - spytała, patrząc uważnie na moje poczynania. Uniosłem wzrok z coś na wzór codziennego uśmiechu w normalnych sytuacjach, jako z reguły empatyczny człowiek i pokręciłem głową.
- Zapomniałem ci wspomnieć, że nie jadam wieprzowiny. Nie mogę. Religia, zasady - uniosłem ramiona i przymierzałem się do spróbowania pizzy z oliwą - A dlaczego cię ciekawi moja rodzina? - odłożyłem z powrotem kawałek i zmarszczyłem brwi. Z trudem powstrzymałem napływający uśmiech, gdy dziewczyna na moment zastyga w bezruchu, usiłując zrozumieć, dlaczego nie wykonuję jej jasnego polecenia, co do posmakowania pizzy z oliwą, bo podobno ma być lepsza, prostuje się, nabierając głęboko powietrza do płuc i powoli, niemal z precyzją filmowego psychopaty przywdziewa minę, jakby za chwilę miała mi wbić leżący obok niej widelec prosto w serce.
Tak poza tym, to kto używa sztućców do jedzenia pizzy?
- Zainie Maliku, ja ci przyrzekam wszem i wobec, że nie zdążysz dożyć swoich następnych urodzin, a i szczerze wątpię byś dał radę przeżyć do następnego tygodnia, jeśli w tej chwili nie zrezygnujesz z uparcie idiotycznego robienia mi na złość, bowiem uchodzę za w miarę spokojną osobę, ale w każdym siedzi i każdy skrywa w sobie tę jedną, drobną i nie do końca normalną cechę skrytego mordercy rodem z horrorów. Więc albo faktycznie wepchnę ci to jedzenie do gardła, albo w końcu się zamkniesz i spróbujesz sam, grzecznie zjeść. Zrozumiało dziecko, czy powtórzyć? - przechyliła głowę ze słodko-gorzkim uśmiechem, unosząc swój kawałek pizzy do ust i biorąc gryza, przez cały czas nie spuszczając ze mnie spojrzenia. To było... mega creepy... ale i tak parsknąłem śmiechem, który spowodował, że i City się uśmiechnęła. Chyba nawet miała świadomość, że brzmiało to naprawdę przekomicznie, po chwili ciszy, w której byliśmy w stanie przekalkulować jej słowa.
- Dobrze, już się nie narażam Pani Draculo - uniosła rozbawiona brew na mój gest przypominający ruch dłoni wampira. Uniosłem pizzę z oliwą i wziąłem pierwszego kęsa, nie spuszczając wzroku z dziewczyny, która obserwowała mnie w ten sposób, jakby faktycznie oczekiwała mojego nagłego zgonu. W ciszy przełknęła swój kawałek i oczekiwała na moją reakcję, w której zawrę niczym wspaniały koneser i smakosz zdanie, opisujące to danie.
Pokręciłem głową, biegnąc spojrzeniem po kolorowym suficie pomieszczenia z twarzą bez wyrazu. To było lepsze niż bez oliwy, jak nie pyszne, ale trochę przytrzymałem ją w niepewności. Miałem wrażenie, że bardzo jej zależy na tym, by mi smakowało to, co wybrała sama ona.
Skrzywiłem się z niesmakiem, obserwując reakcję City i usiadłem prosto w fotelu.
- Masz dobry gust, wiesz? - uśmiechnąłem się szeroko, obrywając z buta w kostkę za mój poprzedni grymas. Pokręciła głową, ale i tak wyglądała na bardzo zadowoloną z tego, że mi zasmakowało.
Już bez zbędnych udawanych scen pałaszowaliśmy swoją kolację, rzucając sobie co chwile spojrzenie w próbie odzyskania jedynego sosu, który stał na naszym stole, a który przez cały czas City sobie przywłaszczała. Nie biorąc pod uwagę oczywiście faktu, że właśnie przez większość czasu stał po mojej stronie. Mała drobnostka, którą brałem pod uwagę.
- Dobra... to teraz opowiadaj - zabrała następny kawałek, o drugą rękę opierając podbródek, gotowa na fascynującą opowieść. Bez zbędnych przerywników, zacząłem po prostu jej opowiadać.
- Więc pewnie jak już zdążyłaś zauważyć, moja rodzina nie wywodzi się z czystych terenów angielskich prowincji. A przynajmniej nie od strony ojca - wstałem, decydując się tym razem na użycie tej drugiej oliwy - Pochodzi z Pakistanu i nie... nie uciekł z powodu braku pracy. To trochę wiąże się z historią naszego kraju, w końcu przez jakiś czas urzędowali tam Brytyjczycy, ale to kwestia dla naprawdę zapalonych historyków. Ja znam tylko to, co mi ojciec opowiadał. Miał swoje prywatne sprawy, znajomości, a gdy już przyjechał do Anglii, ostał tu i poznał mamę. W sumie, to dzięki niej nie wyjechał z powrotem - napiłem się ciepłej herbaty i wróciłem do jedzenia - Większość jego rodziny nadal mieszka w Pakistanie, chociaż ja wraz z siostrami rzadko tam jeździliśmy. Jego rodzeństwo również powyjeżdżało, co sprawia, że moja rodzina jest rozsiana po całym świecie, a pewnie domyślasz się, że jest jej całkiem sporo. Mama jest Brytyjką. Urodziła się w Anglii, choć jej korzenie, z tego co mi kiedyś opowiadała są również Irlandzkie i Walijskie, aczkolwiek nigdy się nad tym nie rozwodziłem, bo odkąd wyszła za ojca, rodzina od jej strony traktuje nas trochę po macoszemu. Szczególnie moim dziadkom nie do końca spodobało się to, kogo obrała za męża, a oliwą do ognia był fakt, kiedy przeszła na islam. Więc znam tylko ich imiona i pamiętam ze zdjęć mamy, a jedynymi członkami rodziny, którzy utrzymują z nami większy kontakt niż przez telefon, jest brat mamy i jego żona z dziećmi. Tak więc połowa jest nieco poobrażana, ale da się przeżyć, szczególnie po tym jak nasze nazwisko stało się dosyć popularne.
- W rodzinie podobno nigdy nic nie zanika - dodała parę słów od siebie, a ja pokiwałem głową, zgadzając się z jej stwierdzeniem - Z tego co usłyszałam, masz rodzeństwo. Same siostry?
- A dokładniej trzy. Doniya jest najstarsza, to ona zawsze obierała dowodzenie, zresztą taki też jej charakter. Jest pomiędzy nami najmniejsza różnica wieku, dlatego pewnie najlepiej się ze sobą dogadujemy, aczkolwiek potrafi być mega denerwująca jako starsza siostra, która sprawnie wykorzystuje przewagę wieku i swoją płeć. Waliyha jest młodsza i to całkiem inna osobowość. Bardzo podobna do ojca, stała i z reguły najbardziej spokojna z naszej czwórki. A najmłodsza zwie się Safaa i podejrzewam, że ktoś na sali porodowej wszczepił jej istnego diabła w charakter, ale mam nadzieję, że przebędzie swój buntowniczy wiek, w którym wszystko jest złe, a połowa świata powinna zostać spalona. Uwielbiam ją denerwować, zresztą robicie całkiem podobne miny - uniosłem chwilowo wzrok i pokiwałem głową.
- Wcale jej się nie dziwię mając takiego brata. Jeszcze się przyznaj, że jesteś dla nich wredny, to wcale nie będę miała wątpliwości co do ich nastawienia.
- Oczywiście, że jestem złośliwy jako jedyny ich brat. Ale nie mogę też zaprzeczyć, że potrafimy murem za sobą stać. Tak jak wtedy, gdy przez przypadek zalaliśmy całą łazienkę razem w trójkę, nie mówiąc oczywiście kto wyrwał kurek. Rodzice mieli z nami ciężko.
- Chyba nadal mają - zauważyła uszczypliwie w moim kierunku.
- Przepraszam bardzo, ale ja już nie mieszkam tam, więc nic mi tutaj nie insynuuj - odgryzłem się, patrząc na ostatni kawałek pizzy, który został - Nie zjesz go, prawda? - uniosłem brew w pytającym geście. Spojrzała na mnie, powoli przeżuwając swój kęs pizzy spod przymrużonych powiek.
- Tego nie powiedziałam.
- Ale tak pomyślałaś.
- Jasnowidz się znalazł od siedmiu boleści - prychnęła, wycierając palce o leżące na środku stolika białe chusteczki w specjalnym, srebrnym naczynku.
- Zamierzasz się kłócić o jeden kawałek?
- Z tobą? - wyprostowała się dumnie na miejscu - Zawsze.
- Już mi tak nie schlebiaj, bo jeszcze mnie polubisz - z mojego gardła wydobył się cichy i głęboki odgłosu śmiechu, na który City odpowiedziała teatralnym uśmiechem - O, przepraszam. Już mnie lubisz ze swoją obsesją na moim punkcie.
- Nie dokładaj sobie, bo kwiatek jakim jesteś zwiędnie i świeża rosa z rana już mu nie pomoże - pogratulowałem jej istotnie kwiecistego porównania i ostatecznie, bo kolejnej niesamowicie ciekawej wymiany zdań, jakie mamy w swoim zwyczaju sobie nawzajem rzucać, oddałem jej kawałek, co przyjęła za swoją wygraną, co skwitowała cicho pod nosem, wypowiadając "jeden do jednego".
Chwilę posiedzieliśmy jeszcze w barze, a podczas tej miłej przerwy po jedzeniu, moja towarzyszka miłego wieczoru, zaproponowała mi wypad jeszcze raz kiedyś, ale tym razem na karaoke. Stwierdziła, że to nie jest wcale taki najgorszy pomysł i mogłaby go rzucić nawet na poważnie, co od razu naturalnie wychwyciłem i zacząłem się droczyć, że na pewno chciałaby usłyszeć jak śpiewam, a jej propozycja wcale nie była wzięta tylko z powodu chęci pośmiania się. Natychmiast od razu przypomniała mi, że znowu żałuje tego, iż mnie ze sobą zabrała.
- Muszę iść do toalety. Możesz poczekać na mnie w samochodzie - rzuciła i wstała od stolika. Popatrzyłem na nią z uśmiechem.
- A kto powiedział, że ja za to zapłacę? - tym razem nie patrzyła na mnie wzrokiem mordercy, bo to nie taka sytuacja, w której masz chęć zabicia drugą osobę, ale na pewno w duchu przeciągle westchnęła.
- Jak sobie chcesz. Ja jestem niezależna - wzruszyła ramieniem, chowając ręce w kieszenie swoich jeansów - Ale to już druga sytuacja w tym miejscu, kiedy się nie popiszesz.
- Brzmi jak groźba - minąłem ją i podszedłem do barku, wyciągając z kieszeni portfel. Kątem oka widziałem jak uśmiechnęła się triumfalnie - Chcesz coś do picia? - spytałem, gdy przechodziła obok mnie aby skierować się do toalety. Zatrzymała się i zrobiła w tył zwrot z uśmiechem, opierając się pewna siebie o blat barku, przy którym stałem.
- A co mi proponujesz? - uśmiechała się częściej niż zwykle w moim towarzystwie, co zaczynało być troszkę niepokojące. Jeśli tak to działa, to chyba musimy częściej chodzić do takich knajpek na pizzę.
- No nie wiem... A kto prowadzi? - wyszczerzyłem się na swoje słowa, słysząc ciche prychnięcie pod nosem. City odwróciła się, zagarniając włosy do tyłu i ruszyła w dalszą podróż do łazienki. Zachichotałem. - Proszę dwie butelki wody - wyłożyłem pieniądze na blat i zbierając swój zakup, wyszedłem z pomieszczenia w kierunku samochodu. Tym razem zająłem swoje ulubione miejsce kierowcy, czekając na City, która zjawiła się po jakimś czasie. Stanęła przed autem, posyłając mi porozumiewawcze spojrzenie, że nie przewidywała żadnych zmian w kierowaniu. W odpowiedzi wzruszyłem tylko ramionami i uśmiechnąłem się. Wzniosła głowę do nieba w błaganiu o więcej cierpliwości i otworzyła drzwi od strony pasażera, wsiadając do środka. Spojrzała na mnie, wyłączając radio i nie odzywając się. Uniosłem wyżej butelkę wody, tak samo jak kąciki ust, które wykrzywiły się w jeszcze szerszym uśmiechu.
- Woda? Czy jako sławny artysta masz obowiązek trzymać linię i absolutny zakaz picia innych napojów, tym bardziej słodkich? - złapała butelkę i odkręciła ją, przystawiając koniec szyjki do ust i pijąc.
Zaśmiałem się, otwierając swoją butelkę.
- Nie, ale jeśli chcesz, możemy jechać dokądś, gdzie oferują szerszą gamę napojów dobrych do spożycia. Wyobraź sobie, że rozważę jako kierowca twoje propozycje co do dalszej podróży, jeśli nadal nie masz mnie na tyle dość - przewróciła oczami, wypuszczając głośno powietrze w żartobliwym ujęciu tej sytuacji - Ale najpierw moje pytanie, bo właśnie nastąpiła moja kolej - zanim odpaliłem silnik samochodu i spytałem się o jej dalsze plany co do naszej małej wycieczki, choć nie ukrywając, byłem za tym, aby dziewczyna wróciła już do akademika i postarała się chociaż udawać, że zależy jej na swoim zdrowiu, siedząc w ciepłym pokoju - Zauważyłem twój nietypowy akcent, przez który czasem naprawdę ciężko cię zrozumieć, a z racji tego, że znam parę osób, jak chociażby Issy, czy niejaki James, którzy pochodzą z Australii, nie trudno było mi się domyślić, że pewnie przez spory czas tam mieszkałaś. Stąd ten angielski. Nadal tam mieszkasz?

Felicity?

Od Zaina cd. Daisy

Gdybym był mądrzejszy, byłbym teraz u siebie i nie czuł tego wszystkiego co teraz.
Gdybym był mądrzejszy, najprawdopodobniej nie wróciłbym do Anglii, a zostanie w Kalifornii okazywało się wcale nie głupim pomysłem.
Gdybym był mądrzejszy, pewnie nie siedziałbym tu i nie zastanawiał się nad niezliczoną ilością popełnianych błędów, a i pomyślałbym nad konsekwencjami, które dotychczas nie mają dla mnie większego znaczenia.
Nie wiem właściwie, co powinienem teraz czuć, ale odrętwienie nie jest odpowiednią reakcją na to wszystko. Pretensje mogę mieć tylko i wyłącznie do siebie, ale moje JA nie pozwala mi na nakreślenie jeszcze jednej skazy na wypolerowanej i wygładzonej powierzchni diamentu.
Rozmowa, która była argumentem Daisy właśnie mogłaby skrzywdzić moją dumę. Gdyby ludzie mogli kochać tylko własnego siebie, pominęliby wielu w życiu porażek, ale większość woli siebie nienawidzić niż zauważać w tym jakąś wartość. Po raz pierwszy poczułem, że być może, okazjonalnie, prawdopodobnie i ewentualnie raz w życiu mogłem stwierdzić, albo lepiej, gdybać, albo jeszcze lepiej, rzucić tylko, że siebie nie lubię. Ale dla usprawiedliwienia... OKAZJONALNIE.
- Nie chcę o tym rozmawiać - wydusiłem z siebie, czując narastające wewnątrz poczucie winy i ukłucie głęboko w sercu. Nie miałem chęci się nawet ruszyć, a przyjemnie było. Dziewczyna kiwnęła głową.
Nic nie mam do jej niesamowitej zdolności zrozumienia drugiego człowieka, ale wolałbym gdyby powiedziała zdeterminowana, że nie tylko ja potrzebuję tej rozmowy, ale i ona. Podziałałoby.
Nawet gdybym był w stanie się z nią przespać, to byłoby spełnienie swoich pustych żądz i potrzeb, bo tak naprawdę nic nas nie nakręcało, prócz instynktu i tęsknoty. A związek ludzi, którzy są ze sobą tylko dlatego, że posiadają wiele wspólnego, odczuwają w tej samej chwili podobne emocje i próbują się tym pocieszyć, nie ma, przynajmniej dla mnie, żadnego sensu.
Z drugiej strony, cholera jasna, ale nie jestem nikim innym jak ponadprzeciętnie przystojnym mężczyzną, więc czy nie mam prawa pożądać? Myśl, że właśnie mam za sobą całkiem nagą, piękną kobietę, wtuloną w moje plecy mnie boli, ale nie tak bardzo, jak świadomość, że i tak nigdy nie potrafiłbym jej obdarzyć takim samym uczuciem co Imanuelle. Próbuję o niej zapomnieć, a ona bezczelnie wraca do mojej głowy. Bo w tym wszystkim jest jeden myk... gdy oddajesz komuś serce, to nie możesz go już odebrać i podarować innemu.
- Nie chcę cię do niczego zmuszać - odpowiedziała pewnie, choć wyczułem drobny smutek w jej głosie. Przecież ona czuje się pewnie podobnie co ja.
Chwilę siedzimy w milczeniu i całkowitej ciszy, co pozwala nam na ochłonięcie i przygaszenie emocji. Zakryłem twarz dłońmi, a ręce oparłem o kolana. Byłem zmęczony, ale chwila wyciszenia stanowiła dla mnie w tamtej chwili rodzaj ulgi. Miałem chwilę na zastanowienie się, czego właściwie oczekiwała ode mnie Daisy, chcąc porozmawiać. Nie znoszę dzielić się z innymi swoim własnym życiem, zdecydowanie bardziej nie przeszkadza mi wściubianie nosa w czyjeś, ale nie lubię, gdy robi to druga strona. A niestety tak często się zdarza. W moim przypadku, to ironia losu. Nie twierdzę też, że Daisy to robi. Tak dawno nikt nie zmuszał mnie do wygadania się, że nawet nie zauważam jak mi tego brakuje.
Odwracam się wraz z ostateczną decyzją. Nie mam do niej żadnych wątpliwości.
- Zanim ci wszystko powiem... - opieram się na ręce i uważnie lustruję jej oczy. Nie widzę w nich sprzeciwu, choć obydwoje wiemy, że to ostatni raz, gdyż i tak nic z tego nie wyjdzie. Traktuję to jako pożegnanie - Ostatni raz - szepczę i nachylam się, właśnie ten ostatni raz złączając nasze usta w powolnym i krótkim pocałunku, bo tak naprawdę nie mamy nic do stracenia, chyba że w cenę wchodzi moja i tak mocno poszarpana reputacja, którą jakimś cudem udaje się po każdej głośnej akcji naprawić mojej menadżerce.
Kładę się na plecach i przyciągam dziewczynę do siebie, która opiera głowę na moim ramieniu, przytulając się, jakby faktycznie brakowało jej tego ciepła. Choć nic między nami nigdy nie będzie, bo kochamy kompletnie kogoś innego, to wiem, że zależy mi na niej jak na osobie, która oddała mi nić zrozumienia, szczerej oceny i tej cząstki przyjaźni, którą doceniam.
- Nie chcesz o tym mówić? To z lekka dziwne...
- Nie zrozum mnie jako biednego, zranionego chłopaczka, który będzie płakał przez całe swoje życie. Choć zranienie boli mniej od żalu jaki czuję. Ludzie są tak zaprogramowani, że gdy już sobie kogoś znajdują, kreują swój własny świat, w którym żyją wraz z tą osobą. Wmawiają sobie na początek, że przecież to nic pewnego, ale i tak wyobrażają sobie miejsce, w którym żyją szczęśliwie z dziećmi czy bez. Natura ludzka jest taka, że człowiek będzie dążył do osiągnięcia jak największego szczęścia we własnym mniemaniu. Diasy, na świecie jest ponad 7 miliardów ludzi, a ja nie jestem Werterem. Jest tyle osób, które mogą do nas pasować, być idealne i to mnie boli. Że właśnie w tej chwili możesz czuć smak porażki, gdyż ktoś na kim ci zależy, właśnie znalazł innego człowieka, który do niego pasuje. Biorę tę tezę pod uwagę, ale sam w nią nie chcę wierzyć, bo wiem, że jeśli znajdę szczęście gdzieś indziej, z kimś innym, to nie będzie to samo szczęście, które miało być z osobą poprzednią. Jest wiele ścieżek i każda się różni od siebie. Ona o tym nie wie i ty także nie chcesz wiedzieć, co pomyślałem o niej w pierwszej chwili. Podejrzewam, że sama nadal nie wie, będąc przekonana, że miałem ją wówczas za pustą blondynkę. Podejrzewam, że gdyby tak bardzo nie wjechała mi na ambicję, nie poczuwałbym się do obowiązku konfrontacji. A gdy spotkałem ją ponownie tutaj, okazała się całkiem trudną rywalką, gotową mi oddać jak dziecko, gdy mu się zabierze zabawkę, która stała się potencjalnym zagrożeniem dla mnie, więc trzeba było wyjaśnić sytuację. Wcale nie miałem w planach się w niej zadłużyć, choć na początku mówiłem sobie, że i tak nic z tego, nawet w to nie wierzyłem, bo jesteśmy zbyt różnie podobni, to nie byłem w stanie zaprzeczyć, że mi się podoba. Gadka szmatka, oczarowała mnie już od początku i cieszyłem się jak dziecko, gdy była niemal zmuszona spędzać czas w moim otoczeniu. To było szybkie zapoznanie, ale szczere. Bez zabawy w kotka i myszkę, czego nienawidzę.
- Nie próbowałeś z nią chociaż porozmawiać, spotkać się? - spytała już nieco przygaszonym głosem, w którym wyczułem, że długo przytomna nie będzie i po rozmowie od razu zaśnie.
- Nie wiem gdzie jest, gdzie była. Próbowałem z jakieś milion razy - zaśmiałem się na wspomnienie swoich rezygnacji co do chociażby napisania zwykłej wiadomości. Uważałem to za tak zły pomysł, że nawet ja nie jestem w stanie go zrealizować, a gdy już w końcu zdecydowałem się to zrobić, otrzymałem komunikat, że taki numer nie istnieje. Całkowicie zniknęła ze świata, jakby coś ją połknęło. To jeszcze bardziej bolało.
 - Dlaczego więc za nią nie pobiegłeś?
- To zbyt romantyczne spojrzenie na sytuację i może gdybym był takim Stylesem, to zaaranżowałbym całą sytuację aż by łzy leciały ciurkiem  - posłałem jej szczery uśmiech, który odwzajemniła, nadal czekając na odpowiedź - Żałuję tego, jak niczego innego bardziej, ale jestem też prawdomówny i przywiązuję wagę do obietnic, które składam. Obiecałem się nie narzucać i zostawić wszystko co do tamtej pory nas łączyło. Żałuję tej decyzji i gdybym mógł cofnąć czas, to pal licho tę cholerną obietnicę. Nie ma ona dla mnie żadnego znaczenia. Ale to nie zmienia tego, że już za późno. Dlatego na twoim miejscu, korzystając z tego, że wiesz gdzie jest Dylan, poleciałbym tam i próbował wrócić, zanim jakaś laska ubzdura sobie, że to jej nowy chłopak i to ona zamierza być z nim szczęśliwa. Trzeba zapobiegać globalnym katastrofom - dziewczyna zaśmiała się i otworzyła na chwilę oczy, skupiając wzrok gdzieś w ciemności przed nami.
- Gdyby to było takie proste.
- Ludzie pieprzą głupoty, bo każdy powinien mieć w sobie odrobinę optymizmu. Pesymizm jeszcze nikogo do niczego nie zaprowadził, całe szczęście, że nie ma tu osoby, która próbuje to podważyć, bo nadal uważam, że mam swoją absolutną rację - okrywam nas kołdrą, choć jest ciepło, to robię to ze względu na samo przyzwyczajenie i funkcję jaką niesie ze sobą pościel. Zresztą, to jednakowo ułatwia sprawę.
- Boli mnie głowa - Daisy jak najbardziej odwraca głowę w przeciwnym kierunku do światła, cicho pojękując z dezaprobatą.
- To przez wino. Oznaka, że albo wypiłaś na tyle dużo, albo na tyle mało, żeby nie bolała - uniosła się na chwilę z przymrużonym wzrokiem, jakby rozpracowywała największą teorię tego dziesięciolecia - Powinnaś kiedyś spróbować coś lepiej wypalającego gardło - skrzywiła się, po czym zaprzeczyła takim gestem, że sam się roześmiałem - Margaritę? Chyba lepsza od whiskey z colą - jęknęła z uśmiechem i ułożyła się wygodnie.
- Dobranoc Zain - powiedziała to po raz drugi tego wieczoru, który chyba stał się jednym z tych najdziwniejszych wieczorów, podczas którego nasza dziwna relacja zarazem rozpoczyna się, jak i kończy.
- Dobranoc - odpowiedziałem, nie robiąc nic więcej w tej kwestii - Teraz ty jesteś mi winna opowiedzenie swoich przemyśleń i chcę usłyszeć odpowiedź - wyszeptałem, słysząc cichy pomruk i czując jak jej usta wykrzywiają się w uśmiechu. Skinęła powoli, nie mówiąc nic, ale zgadzając się na przełożenie to w późniejszym czasie.

Daisy?

niedziela, 15 lipca 2018

Ásbjörn Gabríel Biörgsson i Dagbjartur Eðlisfræðilögmá Gangtöm

Motto: Það er engin rós án þyrna
Imię: Ásbjörn. Choć ciekawym faktem jest to, że nastolatek stanowczo woli przedstawiać się swoim drugim imieniem – Gabríel. Chłopak dumnie twierdzi, że wywiera na ludziach o wiele większe wrażenie niż jakieś tam starcze, tradycyjne imię. Odnośnie zdrobnień jego imion ma zaś zamknięte zdanie – nie, i koniec, choć legenda głosi, że jego matka z czułością zwracała się do niego Ásbii, Gabe bądź Gabie, a niebieskowłosy ma do nich jakiś sentyment.
Nazwisko: Biörgsson.
Płeć: Mężczyzna.
Wiek: 13.06.2000 [18 lat]
Pochodzenie: Reykjavík, Islandia. Prawdziwy wełniany szalik pijący latte...
Pokój: nr 26
Grupa: I
Poziom: Średnio zaawansowany
Koń: Dagbjartur Eðlisfræðilögmá Gangtöm
Głos: Eyþór Logi Þorsteinsson
Rodzina:
— Biörg Elíesersson — Głowa rodziny. Przykładny, surowy ojciec wybitnie próbujący wbić wszelkie życiowe nauki swojemu najmłodszemu synowi. Jednak jak to z ojcami bywa – mamroczą, mamroczą, a potem idą na piwo ze znajomymi bądź do tajemniczo długiej pracy.
— Aðalborg Línhildurdóttir — Najbardziej przebiegła, nadopiekuńcza matka świata. Zjesz duży, syty obiadek, a ta wciąż próbuje wpakować w ciebie jeszcze jednego ziemniaczka...
— Ásgrímur Biörgsson — Ten starszy brat. Strażnik dobroci młodszego, ukochanego braciszka, biorący go pod swoje skrzydła w razie najmniejszego niebezpieczeństwa. Przesyłający z Walii pieniążki na drobiazgi, czasami nawet niedostępne smakołyki. To właśnie jemu zawdzięczał dobre siniaki na policzkach – w końcu trzeba wytarmosić najmłodszego członka rodziny na powitanie. [Dyskretnie zaczyna planować morderstwo pewnego Szwaba]
Relacje:
— Nowy w Akademii
— Esemesowy przyjaciel Augustusa Ottona von Langera
Aparycja:

 Got a figure like a pin-up
Got a figure like a doll
Don't care if you think I'm dumb
I don't care at all

Przez jasną, porcelanową, delikatną cerę, zdającą się być przyprószoną srebrną, nocną poświatą błogiego zapomnienia, przez figlarne kosmyki zdające się być brutalnie wyrwanym z niebiańskich akrów anielskim, zazdrosnym wyziewem buntu wobec Boga, Gabríel zawsze zdawał się być kimś strąconym z wyższych sfer na ziemię, namiętnie przecząc ludzkim przyrzeczeniom odnośnie estetyki piękna ludzkiego ciała. Nawet jego usta, choć pełne niepocałowania i zatracenia narcyza, odnoszą wrażenie uchylania słodkiej obietnicy wieczornych pieszczot ze strony bladych, miękkich warg, zbyt nieskazitelnych, by sprzeciwić się nastoletniej dezaprobacie wobec konserwatywnych rodzicieli, próbujących utrzymać w ryzach grzeszącą próżnością, bławatną krew. Jednak wystarczyło tylko jedno, nabrzmiałe błogością łamania zasad tak, by pożegnać niewinność ponętnych, skandynawskich ust – drobny, kulisty kolczyk połyskujący bezwzględnym, metalicznym blaskiem zdaje się gorliwie zaprzeczać stwierdzeniu, jako iż Ásbjörn posiadł lico nieskalane niczym, co mogłoby zaburzać Boską perfekcję. Jednakże i na tym nie kończą się jego liczne, głuche manifestacje odnośnie swojej młodzieńczej buntowniczości i uskrzydlającego poczucia przybywającej wolności, mieszkającej w świetlistej cerze, skąpanej w nielicznych, księżycowoszarych piegach. Bo by oddalić się od krewnych wystarczy tylko tępy wystrzał śnieżnobiałego pistoletu, oddając się przyjemności strząsania krwi ze świeżych otworów w świeżo rozerwanej, niewinnej skórze. Bowiem młode ciało Gabríela, choć piękne w swej prostocie, zawsze było dla niego jedynie pustym arkuszem cherlawego, cienkiego papieru, wymagającego od swojego artysty barwnych farb w kolorze łez, posoki bądź paru kawałków chłodnego metalu. Boć skóra skandynawskiego młodzieńca zawsze była delikatnym, kruchym tworem, przypominającą śnieżnobiałą, łamliwą porcelanę, zachęcając do ubarwienia jej gładkiej, polecającej się do namiętnego gładzenia jej powierzchni. I choć często zostaje uszczerbiona przez ostre, kłujące promienie letniego słońca, nigdy nie zdradzała choćby najmniejszej tajemnicy odnośnie swoim właścicielu – na skórze Gabríela na próżno poszukiwać bodaj ociupiny tuszu. Oczy nastolatka doskonale wyrażają to, czego chcą, przy skromnej pomocy stalowobłękitnego spojrzenia. Zawsze zdawały się okrutnie świdrować duszę każdego, kto uraczył go choć cząstką swojej uwagi, próbując przekazać mu bardzo, ale to bardzo prostą wiadomość – ''zbliż się do mnie o jeden krok więcej, by posmakować jak smakuje brukowana ścieżka''. W jego oczach nieustannie tkwił ten figlarny, zawadiacki blask smaku młodości, nieustannie poszukujący zastrzyku niepotrzebnych wrażeń. Jednak to właśnie plątanina niefortunnie dobranych barw poskutkowała całkowitym przeobrażeniem zmiany wizerunku Ásbjörna, kreując go na psotnego poszukiwacza problemów, niż na przyszłościowego mężczyznę – jego włosy i śmieszny, niski wzrost doskonale wpędza jego rozmówców w iluzję tego, że mają do czynienia z barwnym krasnoludkiem. Całość tej barwnej maskarady dopełnia osobliwy styl Islandczyka – w jego szafie na próżno poszukiwać t-shirtów, krótkich spodenek czy staroświeckich żonobijek. Pełno zaś grubych, wełnianych, drapiących swetrów czy długich rurek bądź dżinsów w głębokich, ciemnych barwach – bo Islandii z człowieka nie wypędzisz.

Solitaire
Something you consider
Rare
I don’t wanna be compared
With that cheap shimmer and glitter
Solitaire


Charakter: 

You say that I’m kinda difficult
But it’s always someone else’s fault
Got you wrapped around my finger, babe
You can count on me to misbehave

Gabríel zawsze był porównywany dla króla swojego istnienia. Bowiem dla arystokratów o błękitnej krwi świat jest mocno uproszczony – wszyscy są poddanymi. Nędznymi karaczanami, problematycznie kręcącymi się wokół ich stóp, których albo należy zmiażdżyć, pokazując swoją tyraniczną siłę, albo wytruć kłamstwem i podstępem. Tępymi, zapatrzonymi w siebie nawzajem baranami, wymagającymi konserwatywnego przywódcy, pokazującym ich plugawemu brakowi inteligencji gdzie ich miejsce. A jako, iż namacalnej korony nie ma, z głowy mu nie spadnie, czyż nie? Nigdy nie można było oczekiwać od Ásbjörna jakichkolwiek form grzecznościowych skierowanych w stronę istot inteligentniejszych od konia bądź kucyka, które bezczelnie potrafiły dostrzec swoją prawdziwą wartość, próbując wmówić jaśnie panowi, że to nie on jest pępkiem świata. Bzdura! Tylko on jest tym świadomym swojej ponadprzeciętnej inteligencji ponadprzeciętnym człowiekiem o ponadprzeciętnej urodzie i ponadprzeciętnych umiejętnościach, a każdy nierozsądny – z oczywistych powodów – śmiertelnik, który odważy się wytknąć mu jego rzekome wady zostanie zgromiony niezliczoną ilością bardzo, ale to bardzo sensownych argumentów, groźbą nasłania na niego swojego braciszka, bądź okrutną obietnicą otrucia ukochanego konia danego delikwenta, w zależności od wątpliwej prawdziwości skarg skierowanych w stronę jego perfekcyjnego zachowania. Bo według tego oto młodzieńca, świat ogranicza się tylko i wyłącznie do czubka jego nosa, a wszyscy inni, którzy doskonale zdają sobie sprawę z tego, że zadufany w sobie nastolatek prędko tak nie zawojuje, według jego skromnego zdania w ogóle nie doceniają jego ogromnych możliwości. Jednak od pewnego momentu jego cienki, denerwujący głosik chwalący się pod niebiosa przestał być zabawny. Już dawno przekroczył tą zdrową granicę samouwielbienia, i tak jak Narcyz zatracał się we własnym odbiciu, napawając się iluzją ogromności swej persony, tak Gabe tkwi w fantazmacie nadzwyczaj wysokiej samooceny – całym swoim zachowaniem zdaje się nachalnie błagać o doprowadzanie go do należytego porządku, i choć wielu próbowało wbić temu kapryśnemu, pewnemu swoich racji młodemu mężczyźnie, żaden nie podołał temu iście syzyfowemu zadaniu.
Ásbjörn zdaje się być naprawdę spragniony kontaktu z ludźmi ''wysokiego szczebla społecznego'', usilnie próbując poszerzyć grono potencjalnych słuchaczy jego megalomańskich zawodzeń odnośnie swojego beznadziejnego stanu, spowodowanego najczęściej brakiem ulubionej potrawy bądź inną, doprawdy malutką błahostką. Jednak nie myślcie, że pozwoli sobie na rozmowę z byle kim! Nastolatek uwielbia być słuchany, a szczególnie przez osoby, które albo zaskarbiły sobie jego przymilność dużą ilością pieniędzy, albo są w wąskim gronie tych, którzy zostali uznani godnymi przebywania w obecności młodego egoisty. Jednakże nie dajcie się zwieść, iż Gabe jest duszą towarzystwa. Ludzie nie tylko służą mu za swoiste słuchawki odbierające jego przeróżne gadki – określenie jego znajomych jako chodzące bankomaty bądź restauracje serwujące obiad lub drobną sumkę na skinienie koniuszka jego palca jest bynajmniej bardzo trafnym określeniem. Gabríel potrafi doskonale wyciągać z ludzi to, czego chce, co w żadnym wypadku nie szufladkuję go do ohydnej grupy materialistów. Oczywiście, że w człowieku liczy się wnętrze... jego portfela, sporadycznie majtek czy mieszkania. Jednak to wcale nie tak, że każdego, kto odważy się odezwać do młodego narcyza prędzej czy później dopadnie jego chciwość – im szybciej człowiek zaskarbi sobie względne zaufanie Ásbjörna, tym prędzej westchnie z ulgą, iż jego dobytek życia nie zostanie uszczknięty przez pewnego niewychowanego szczeniaka.
Jednakże ten rozwydrzony, w gorącej wodzie kąpany gówniarz jest jedynie tylko i wyłącznie twardą, kruchą skorupą oddzielającą Ásbjörna od reszty ludzkości. Cienką membraną rosnącej przez lata nieufności, pozwalającej mu na wygodne odosobnienie się od swojej tkliwości. Nastolatek nigdy nie lubił swojego słabego, stęsknionego za ludzką czułością wnętrza, pamiętającego czułe pocałunki w czoło czy ciasno obejmującego jego ciało ramiona. Gabe zdaje się być cierpkim, udanym owocem egoizmu i młodej mentalności, pomimo tego, iż pod skórką odpychającego sposobu bycia skrywa się lojalna, słodka jak miód wrażliwość. Nie okazuję prawdziwego siebie byle człowiekowi, nachalnie próbującemu się do niego zbliżyć – Islandczyk widocznie selekcjonuję wszelkich ludzi usiłujących złapać z nim choćby najmniejszy kontakt. Swoim ruchem, sposobem mówienia, powracającym grymasem Gabríel przekazuje tylko jedną wiadomość – ''Skończ pierdolić i zniszcz mnie, moje zdanie i soczewkę przez które patrzę od stóp do głów''

Rule number one is that you gotta have fun
But baby when you're done, you gotta be the first to run
Rule number two: just don't get attached to
Somebody you could lose

Zainteresowania: Oprócz zainteresowania wręcz oczywistej – jeździectwa, chłopak nie względnie hobby czy pasji, o ile można by zaliczyć do nich usilne próby ugotowania czegoś z tradycyjnej kuchni Islandzkiej ze skutkiem fatalnym.
Inne*: Oprócz widocznych kolczykach w dolnej wardze i nosie, Skandynaw zakolczykował się również w wielu ''niewidocznych'' dla zwykłego śmiertelnika miejscach – piercing znajduje się również w jednym sutku i napletku.
Steruje: Timothy
Inne pupile:

Fálki to niespełna roczny corgi Cardigan, co nie znaczy, że nie może zachowywać się jak paromiesięczne szczenię wiecznie spragnione pieszczot, zabawy i ulubionej karmy. Wielka mieszanina splendoru, krótkich nóżek i puszystego futerka, będącą za razem alfą i omegą życia Gabríela. Nastolatek bezwzględnie stwierdza, że ta malutka kupa futra posiada więcej zabawek niż on swetrów, szalików, spodni i czapek razem wziętych. Pluszowe kostki, steki czy gumowe ludzkie nogi i ręce – do wyboru do koloru.

Imię: Dagbjartur Eðlisfræðilögmá Gangtöm. W związku z islandzką, wieloletnią tradycją każdy z trzech członów imienia ma ścisły związek z wyglądem i historią klaczy. Pierwsza, najdrobniejsza cząstką jej nazwy rodowej oznacza, że jej właściciel jest ''jasny niczym słońce'', określająca promienną, nietypową maść klaczki. Drugi człon opisuję okoliczności, w których jej matka powiła ją na świat, w tym przypadku, w wiosenny, rześki poranek. Trzecie ''imię'' zyskała całkiem niedawno – niecałe dwa lata temu została uznana za prawdziwy ideał, znający dwa, specyficzne, zarezerwowane tylko i wyłącznie dla kucy islandzkich chody – latający, lekki inochód, oraz wysoki, doskonały tölt. Właśnie dzięki nim została ochrzczona ''klaczą znającą wszelkie chody''. Niestety, fakt, że jej właściciel jest zatwardziałym, złośliwym ignorantem sprawił, że zwierzę reaguje głównie na imię ''Ganglati'', oznaczające dosłownie leniwego, grubiutkiego kucyka.
Płeć: Klacz.
Rasa: Koń islandzki.
Data urodzenia: 03.3.2010, Ganglati ma dokładnie osiem lat z hakiem – złoty okres w jej życiu, pozwalający na wyciągnięcie z niej wszystkiego, co najlepsze.
Charakter: Ludziom zawsze wydawało się, że im mniejszy wierzchowiec, tym mniejsze zagrożenie w przypadku upadku z jego grzbietu, ugryzienia, czy też kopnięcia. A to jest bardzo mylne. Poznajcie Dagbjartur – klacz, której dusza wydaje się być o wiele za duża na tak małe, pulchne ciało. Najprawdopodobniej nie ma drugiego tak samo dwustronnego, fałszywego zwierzęca w stosunku do swojego właściciela. Nie bez powodu Gabriel nosi parę grubych, krwistoczerwonych, smakowitych krążków buraków cukrowych w kieszeni – jedyną słabością słonecznie ubarwionej klaczy jest niezwykłe łakomstwo. To właśnie dlatego nie można nazwać jego właściciela ''właścicielem'', bowiem Ganglati starannie selekcjonuje z tłumu osoby, które przyniosły jej najsmaczniejsze smakołyki, mianując je na przywódców stada. Jednak nie znaczy to, że klacz można przekupić jedną, skurczoną do śmiesznych rozmiarów marchewką, o nie! Jeżeli już odważysz się ubezpieczyć swoje palce i spróbować zyskać jej łaski dzięki przysmakom, nie wystarczy jeden, dwa, bądź trzy przysmaki – dopóki jej brzuch nie zacznie niemalże pękać w szwach z przejedzenia, spodziewaj się pogardliwego traktowania, o ile nie okazuję tego podejścia do jeźdźca przez cały czas.
Ganglati jest cwaną, inteligentną klaczą, której nie obce są techniki wszelkiego unikania próśb bądź gróźb człowieka – chronienie swojej głowy przed przypadkowym pogłaskaniem bądź podrapaniem dzięki bezczelnemu szczerzeniu się i podgryzaniu ''oprawcy'' bądź złośliwe wciąganie powietrza w celu utrudnienia zapięcia popręgu to najbardziej znane sztuczki które stosuje wobec przyszłych ofiar. Zdarzają się również groźniejsze występki z jej strony – zdarzało się, iż rozochocona wizją treningu ze swoim jeźdźcem klaczka najprościej w świecie przyciskała Gabe'a do ściany boksu, w dodatku niewinnie muskając swoim kopytem jego nowiutkie tenisówki, by po chwili przetestować na nich swój ponad trzystukilogramowy ciężar. Co ciekawe, wszelkie objawy pospolitej krnąbrności i niedostępności względem człowieka magicznie znikają, gdy tylko na horyzoncie konia znajdzie się albo weterynarz, albo kowal. W takim przypadku, ludzie nie potrafią uwierzyć, że ''ten nieparzystokopytny aniołek'' został przedstawiony przez swojego właściciela jako ''Szatan z czterema kopytami''.
Specjalizacja: Co jak co, ale Dagbjartur wydaje się wręcz stworzona do crossu, a wszelkie złośliwości ze strony organizatorów tejże konkurencji w postaci najróżniejszych strasznych, dziwnie wyciętych z kontekstu przeszkód pokonuje bez niepotrzebnego strachu.
Umiejętności: Nie bez powodu nazwano Ganglati ''klaczą znającą wszelkie chody'' – jak wcześniej wspomniano, z nędznej kupki gryzienia, niedostępności i łakomstwa udało się odkopać coś, co powszechnie nazywane jest talentem, a szczególnie talentem do mylenia chodów i tempa. Z powodu specyficznego zajeżdżania, klaczka często kantuje w kwestii zakłusowania, dając specyficzny pokaz efektownego töltu. Islandczycy towarzyszący w zajeżdżaniu Dagbjartur nigdy nie uważali tego za wadę, wręcz przeciwnie, koń znający i inochód, i tölt jest uznawany za rzadkość. Niestety, Gabríel doskonale przekonał się o tym, że upomnienie klaczy puknięciem długim batem w zad skutkuje efektem odwrotnym od zamierzonego, powodując serię wysokich, silnych baranków bądź niskim dębowaniem, poprzedzonym całkowitym ignorowaniem kontaktu. Właśnie dlatego na drewnianych, laminowanych wieszakach na ogłowia Gabríela prędko zawisło specjalistyczne ogłowie z ostrym, cienkim munsztukiem z podwójnym wędzidłem – klacz zdaje się wręcz prosić o szczególną dyscyplinę podczas treningów. Żucie z ręki? Parada? Zebranie? Jeżeli nie przywdziałeś jeszcze zaokrąglonych ostróg, mocnych, skórzanych rękawiczek bądź nie nauczyłeś się jej charakteru, nie masz szans na wymuszenie na niej żadnych z wcześniej wymienionych ewenementów. Gdyby nie to, że ma doskonałe predyspozycje do lecenia na łeb i szyję, pozwalając ponieść się naturze, na sto procent nawet nie skupiłaby swojej uwagi na wielu z crossowych kombinacji przeszkód – chów tabunowy przyczynił się do całkowitego odczulenia jej na wszelakie coffiny, sunken roady bądź hyrdy. Jej kopyta doskonale pamiętały skaliste klify Islandii, a uszy świetnie zapamiętały świsty wiatru i odgłosy dzikiego sztormu. Między innymi dlatego Ganglati ma okropną umiejętność ignorowania ludzkich poleceń, zastępując je swoimi widzimisię.
Właściciel: Ásbjörn Gabríel Biörgsson.

sobota, 14 lipca 2018

Witamy ponownie!

Do naszej akademii powraca Imanuelle Hale, może nie na długo, ale wraca i możecie być pewni, że nudno z nią nie będzie!


Od Imanuelle


Łzy rozmywały mi obraz drogi, którą szłam. Niska temperatura charakterystyczna dla Austrii o tej porze roku powodowała, że malutkie kropelki łez, które zawisały na moich rzęsach, szybko zmieniały się w drobne kryształki lodu, jeszcze bardziej utrudniając mi widzenia tego, co było przede mną, powodując dodatkowo uczucie dyskomfortu. Ta podróż, a właściwie mówiąc wprost ucieczka dopiero się zaczynała, a ja już w tej chwili miałam ochotę obrócić się na pięcie, zostawić tą cholerną walizkę, której koła bez końca blokowały się na śniegu, pobiec z powrotem do willi, której światła nadal były w stanie oświetlić ścieżkę, którą szłam. Chciałam tam pobiec najszybciej jak tylko mogłam, znaleźć tam młodego wysokiego mężczyznę z delikatnie roztrzepanymi jak na niego czarnymi włosami, długimi rzęsami, które ozdabiały jego cudowne oczy, z tymi ślicznymi brązowymi tęczówkami, z jego umięśnionym ciałem, pokrytym tatuażami, które powodowało, że moim wstrząsał dreszcz pożądania oraz zniecierpliwienia czekaniem. Chciałam być ponownie w ramionach Zaina, gdzie mogłabym zapomnieć o babce, o niebezpieczeństwie, o całym Bożym świecie i znowu mogłabym być zwyczajną dziewczyną z Liverpoolu, która sprzeciwiła się zasadom rodziny i znalazła sobie chłopaka, który był w stanie dać jej coś, czego nie mógł dać ktokolwiek inny. Wtedy się zatrzymałam. Moja dłoń powędrowała do ust, które zakrywałam, chcąc jakby ukryć szloch wydobywający się z nim, a przecież nikt mnie nie słyszał. Byłam sama, na środku ścieżki, którą coraz szybciej pokrywała warstwa śniegu, co tylko pogarszało moją sytuację, a ja nie mogłam zrobić kroku w przód. Upadłam na kolana, wbijając się nimi w śnieg, który amortyzował upadek. Zgięłam się w pół, zakrywając już dłońmi całą twarz i płacząc w nie. Tak dawno tego nie robiłam, a teraz nie mogłam przestać, zdając sobie nagle sprawę z tego jaką ulgę to niosło oraz nad jak wieloma sprawami powinnam już dawno uronić łzę. Wszystko pieczętował on. Chłopak, którego kiedy pierwszy raz spotkałam, miałam od razu ochotę poćwiartować. Ten jego głupi komentarz spowodował, że moja krew się zagotowała. Nienawidziłam go, a pomimo to znalazł jakiś sposób, żeby wkraść się w moje życie jak znienacka, tak brutalnie, porywczo, z dzikim temperamentem, który w połączeniu z moim arystokratycznym chłodem powodował, że chyba nawet my nie wierzyliśmy, że cokolwiek z tego wyjdzie. A on jednym szusem wskoczył w moje serce i objął je gorącymi objęciami, które powodowały, że dałam się w to wszystko zaplątać. Tyle dla mnie zrobił w tak ekspresowym tempie. Dał tyle szczęścia i tak bardzo uwolnił mnie z tych wszystkich zasad, konwenansów, które dusiły mnie zbyt długo. Czym za to mu się odpłaciłam? Zranieniem go w najgorszy możliwy sposób, jaki tylko miałam teraz do dyspozycji, zapewniając siebie, że tak będzie lepiej dla nas obojga, a tak naprawdę wiedząc, że to nieprawda, że się oszukuję, nie mogąc wytrzymać z myślą, że właśnie zrobiłam najgorszą rzecz w moim życiu i wcale nie chodziło tutaj o zranienie go. Chodziło o jego stratę. Klęcząc w tym śniegu z dłońmi przy twarzy zdałam sobie sprawę, że bałam się tej straty. Bałam się, że kiedy to wszystko się wyjaśni, on mnie nadal będzie nienawidził na tyle, że nigdy nie będę w stanie mu wyjaśnić dlaczego to zrobiłam. Jednak czy mogłam mu to mieć ze złe? Nagle ogarnęła mną fala obrzydzenia do samej siebie, ponieważ wiedziałam doskonale, że mogłam coś zrobić, zapewnić mu ochronę, a głucho posłuchałam się wujka, który mimo, że pewnie w głębi duszy naprawdę lubił tego chłopaka, to przede wszystkim patrzył na przedłużenie naszego rodu i na moje przetrwanie. Krew ponad wszystko. Wszystko się zrobi dla rodziny, nawet jeśli będą oni nieszczęśliwi do końca życia, ponieważ człowiek naturalnie przede wszystkim myśli o sobie, później o najbliższych, a na koniec ewentualnie o innych. Nie mogłam więc winić wujka, ponieważ stanowiłam stricte jego jedyną rodzinę, gdyż resztę osób, z którą byliśmy powiązani - niestety - więzami krwi, nie mogliśmy nią nazwać. Znajdowałam się w patowej sytuacji, a każdy mój ruch powodował, że coś musiałam poświęcić. Odpowiedź więc stawała się w miarę klarowna, ponieważ została mi wpojona w umysł odkąd byłam małym dzieckiem. Mianowicie moim obowiązkiem było wybrać rodzinę, gdyż Zain był tylko chłopakiem, który pomimo że coś do mnie czuł, to nie był ze mną niczym związany, a więc mógł mnie zostawić w każdej chwili, co oznaczało, że nie byłam zobowiązana względem niego właściwie niczym. Względem tego wynikało, że nie mam już odwrotu, ponieważ jak już mówiłam, musiałam myśleć o wujku, a więc go ratować, przy okazji od razu ratując siebie. Paradoksalne było jednak to, że ja - sierota, byłam teraz obiektem największego zainteresowania całej mojej rodziny, pod przewodnictwem mojej babci, która jako nestorka rodu, miała nad nimi władzę. Nigdy się mną nie interesowali, a nagle kiedy zdali sobie sprawę jak moje istnienie bardzo im zagraża postanowili, że to koniec miłosierdzia dla sieroty, którego i tak nigdy nie wykazywali, a więc zwyczajnie to czas, aby się mnie pozbyć. Najlepiej wraz z wszelkimi oznakami jakiejkolwiek mojej egzystencji. Musiałam wstać i iść, musiałam pomóc wujkowi, a jednak moje serce tak bardzo bolało. Bolało, ponieważ kiedy tylko moje powieki przysłaniały mi świat, widziałam piękne czekoladowe oczy, pełne bólu i zawodu, zawodu, który powodował, że chciało mi wyć z tego cierpienia. Kiedy jednak poczułam, jak moje ręce zaczynając mnie piec z zimna, otarłam łzy. Podparłam dłonie na kolanach. Wzięłam kilka głębokich wdechów, a lodowate powietrze wypełniło moje płuca, mrożąc chyba wszystkie moje wnętrzności. "Jesteś silna" - powtarzałam sobie uparcie, chcąc w to uwierzyć, jednak za bardzo się dygotałam, aby móc się na tym skupić.

piątek, 13 lipca 2018

Od Felicity do Zaina

Podciągnęłam nogi do siebie, siadając po turecku na szerokim siedzisku czerwonej kanapy tak charakterystycznej dla barów różnego rodzaju, że aż kultowej. Przyznam, że to chyba pierwszy raz, kiedy usiadłam w tym miejscu. Zwykle stoliki z sofami są najbardziej obleganymi miejscami, a kiedy po pracy urządzaliśmy sobie nocne karaoke dla pracowników, wybierałam miejsca znajdujące się jak najbliżej podestu, który nazywamy sceną. Chociaż nie ma on z nią żadnych wspólnych cech. Z wyjątkiem tego, że to tam właśnie występują ochotnicy do wzięcia udziału w naszych popisach wokalnych. Zwyczajnie są to ludzie na tyle pijani, że nie widzą różnicy pomiędzy zaimponowaniem ludziom, a zrobieniem z siebie pośmiewiska przed resztą sali. W każdym razie podwyższenie miało nie więcej niż piętnaście centymetrów wysokości, było zrobione ze starej drewnianej podłogi, która ze względu na swój ciemny, spowodowany wiekiem kolor wyraźne odcinała się od położonego w barze parkietu. W rogu stała gitara akustyczna, przy ścianie niewielkie pianino. Czasami goście, chcąc popisać się swoim talentem wokalnym dokładali jeszcze do występu część, gdzie sami tworzą dla siebie podkład muzyczny.
Na dźwięk głosu Zaina, odwróciłam się z powrotem twarzą w jego stronę, przestając wpatrywać się jak ostatnia kretynka w zniszczoną scenę. Przewróciłam w duchu oczami w reakcji na jego słowa, no jasne, że się niecierpliwił. Szczególnie po tym, kiedy tak uparcie się w niego wpatrywałam. Ktoś tu chyba dosyć wysoko ocenia swoją prezentację zewnętrzną.
- No nie wiem. Chyba muszę do toalety - oparłam łokieć na drewnianym blacie stolika, a na otwartej dłoni położyłam podbródek, więc w całości wyglądało to jakbym dość głęboko zastanawiała się nad tym, czy pójść do łazienki.
- Mogłabyś chociaż udawać, że trzymanie mnie w niepewności nie sprawia ci aż tak ogromnej przyjemności - rzucił oskarżycielsko, ale w żartobliwym tonie. Z jego ust nie schodził delikatny uśmiech, więc sama zdecydowałam się ułożyć swoje wargi w podobny wyraz. Tylko może trochę bardziej złośliwy.
- Dlaczego? To tylko zepsułoby cały urok - odepchnęłam się lekko od stolika, opadając plecami na miękkie oparcie kanapy. Skrzyżowałam ramiona na wysokości klatki piersiowej, uprzednio zagarniając niesforny kosmyk swoich jasnych włosów za ucho.
 - Odpowiedź na moje pytanie to...? - spytał, wyraźnie dając mi do zrozumienia, że bardzo zależy mu na poznaniu mojej opinii. Zabawne, kto by pomyślał?
Westchnęłam, jak ma w zwyczaju moja kuzynka - Cadlynn, kiedy musi zgodzić się na coś, co niekoniecznie jej się podoba, ale wie, że nie ma większego wyboru. Emerson stwierdziła kiedyś, że obie mamy przy tym geście minę naburmuszonego kocura.
Jeszcze przez kilka chwil wbijałam w jego twarz uparte spojrzenie, co jakiś czas mrużąc oczy i przegryzając dolną wargę. Pewnie wyglądałam naprawdę głupio, ale widok miny Zaina był tego zdecydowanie wart.
- Chilluj, nie zamierzam krytykować twojego wyglądu, Malik - rzuciłam, uśmiechając się półgębkiem. - Chociaż zapewne powinnam, masz zdecydowanie zbyt dobrą opinię o tym, jak się prezentujesz.
- Wiem, że robię to dobrze - wzruszył ramionami, jakby powiedział najbardziej naturalną na świecie rzecz. Ten facet naprawdę ma wysoką samoocenę. Aż dziwne, że kiedy przechodzi przez drzwi, jego ogromne ego nie utyka we framudze.
- Ale skromność to zdecydowanie zaleta, pyszałkowatość nie - skwitowałam. Pewnie kontynuowalibyśmy ten temat dalej, gdyby nie podszedł do nas kelner. Chłopak był nowy, wspólną zmianę mieliśmy dopiero przed sobą, ale dwa czy trzy razy minęliśmy się między naszymi godzinami. Wydawał się całkiem miły, chociaż poza powitaniami zamieniliśmy maksymalnie kilka słów. Mae wiedziała o nim zdecydowanie więcej. Biedaczyna został dokładnie przez nią prześwietlony, stąd też wiem, że przeprowadził się tutaj niedawno i ma młodszego brata. Dzięki Mae też dostałam więcej godzin z Delilah, bowiem szatynka wolała spędzać swoje w towarzystwie nowego - Brama.
- Cześć - rzucił w moim kierunku, uśmiechając się lekko, jakby podchodzenie do stolików ciągle go onieśmielało. Jeśli miał podobne spotkanie do tego, które ja kiedyś zaliczyłam, to nie mogłam mu się dziwić. Dlatego zwykle wolałam stać jedynie za barem i nalewać napoje.
- Hejka - odwzajemniłam uśmiech, sięgając po kartę dań i zerkając na stronę z nazwami pizz. Chciałam się upewnić, że niczego nie pomylę. - Poprosimy pizzę numer siedemnaście i dwie herbaty. Jedna z cytryną i miodem.
- Się robi - odwrócił się i zniknął równie szybko, jak się pojawił. Sekretna supermoc wszystkich kelnerów.
- Siedemnaście? Coś ty wybrała? - spytał towarzyszący mi chłopak, rzucając w moją stronę deczko podejrzliwe spojrzenie.
- Powinna ci smakować - powtórzyłam swoje poprzednie słowa, dopełniając je delikatnym uśmiechem.
- Na początku listy zawsze są te najbardziej typowe smaki. Margerita, capricciosa, prosciutto. A na końcu te najdziwniejsze. Na przykład hawajska. Albo farmerska z cebulą, bekonem, kukurydzą i Bóg wie czym jeszcze.
Westchnęłam ponownie. Okej, czy to jakiś rodzaj hawajsko-pizzo-fobii?
- Przecież powiedziałam, że nie hawajska. Chciałeś znać odpowiedź na swoje pytanie, ale chyba poznałeś już tą przed złożeniem zamówienia. Okropnie, wręcz chorobliwie denerwuje mnie ta twoja pewność siebie. Ugh, naprawdę nie wiem jak ktoś może z tobą wytrzymać przez dłuższy czas. Chyba, że z czasem twoje ego z ogromnego yeti zmienia się w maluczkiego, włochatego skrzata. W co, ze szczerym żalem, wątpię - zakończyłam lekko złośliwym akcentem, ale zwyczajnie nie potrafiłam się przed tym powstrzymać. Cóż, stare nawyki trudno wyplenić. Szczególnie bez pomocy nawet najmniejszych chęci, by to zrobić.
- Okej. Chyba mogłem się tego spodziewać.
- Musiałeś. To jedna z tych rzeczy, które odrzucają ludzi bardziej niż smród krowiego łajna. W Morgan znają cię chyba wszyscy, ale przyjaźnisz się tylko z Harrym i Isabelle. A przynajmniej na to wygląda. Och, i jeszcze Daisy. Ta nowa, nie? Emerson coś wspominała. Chyba muszę podejść i pogratulować jej, że mimo takiej ilości czasu, który wspólnie spędzacie jeszcze nie wyrzuciła cię przez okno - zaśmiałam się krótko pod nosem.
- Mogę się założyć, że sama prosiłaś ją, żeby mnie szpiegowała, kiedy ty leżysz chora w łóżku. To się nazywa obsesja. A ty masz ją na moim punkcie, City - gdyby nie coś na kształt chichotu, który wydobył się z ust Malika i który przekonał mnie, że chłopak nie mówi poważnie, powstrzymał mnie przed uduszeniem go na miejscu.
- Daj mi chwilę, muszę dołączyć do to listy pod tytułem 'Rzeczy, które utwierdzają mnie w przekonaniu, że Zain Malik to kretyn'.
- Auć. Ale skoro mowa o leżeniu w łóżku, chyba powinnaś dać sobie jeszcze jeden dzień, żeby dojść do siebie - okej, jakim cudem on tak szybko przechodzi od totalnego idioty, do troskliwego faceta? Myślałam, że to akurat umiejętność właściwa jedynie kobietom. A tu proszę, życie pełne jest niespodzianek.
- Byłam u pielęgniarki. Jutro i pojutrze mam jeszcze wolne od szkoły. Podobno nie chcą, żeby im się grypa rozniosła po szkole. Nie żebym tego potrzebowała, ale już zwolniła mnie z lekcji, więc tak jakby, nie mam wyboru.
- Następnym razem dwukrotnie przemyślisz sprawę, zanim wejdziesz na zamarzniętą wodę. Przestrzegają przed tym już w podstawówce, jakim cudem ominęłaś ten etap? - zażartował.
Parsknęłam.
- Byłam w fazie 'udowodnij Malikowi, że jest tchórzem'. Fakt, to było okropnie głupie, ale w tamtej chwili to wcale nie wydawało mi się być takie idiotyczne - na samo wspomnienie tej żenującej sceny moje i tak rozgrzane policzki oblały się jeszcze większym rumieńcem. Zain - 1, Felicity - 0.
Wtedy też postawiono przed nami parujące, ogromne kubki z herbatą, a po kilku minutach dołączyła do nich pizza. Równie pyszna i gorąca, jak ją zapamiętałam.
Będąc w pizzerii zawsze wybierałam albo cztery sery, albo di parmę. Na upieczone ciasto kładło się rukolę, całkiem sporo, na to szynkę prosciutto i pokrojone pomidorki koktajlowe. Czasami z odrobiną mozzarelli. Po prostu niebo w gębie.
- Mogłem się spodziewać, że to będzie coś zielonego - Malik spojrzał na pizzę takim wzrokiem, jakby zastanawiał się co podkusiło go, żeby pozwolić mi na decydowanie odnośnie jej typu.
- Nawet nie spróbowałeś! Obiecuję, że jest prze-py-szne. A nawet jeśli ci nie zasmakuje, możesz sobie domówić frytki czy coś. Przecież ci nie zabraniam - sięgnęłam po pierwszy kawałek ciasta, a kiedy do moich nozdrzy dotarł smakowity zapach sosu pomidorowego porzuciłam pierwszą decyzję o powolnym jedzeniu i wzięłam ogromnego gryza, by szybciej zaspokoić swój głód. Po połknięciu, spojrzałam na Zaina, który ostrożnie zbliżał do ust swoją porcje. - Nie ugryzie cię, przecież. Jeśli się nie pospieszysz sama właduję ci to do ust, a to, obiecuję, nie będzie przyjemne.
Jakby na przekór, chłopak odsunął kawałek od swojej twarzy.
Jeszcze chwila i naprawdę spełnię swoje groźby.
- Dlaczego tak ci zależy, żebym zjadł tą pizzę?
- Bo wiem, że ci zasmakuje. A skoro ci zasmakuje, to będziesz musiał przyznać mi rację - dobrze obstawiłam - sięgałam już po drugą porcję.
- Powiedziałbym, że kobiety są dziwne, ale to chyba tylko ty - powiedział, a kąciki jego ust uniosły się nieco wyżej niż zazwyczaj.
- Nie gadaj tylko jedz. Chyba po to tu głównie jesteśmy. Żeby cieszyć się pyszną, piękną pizzą - z uśmiechem obserwowałam, jak Zain bierze powoli kęs swojego kawałka. Musiało to wyglądać naprawdę niedorzecznie, ale w tamtej chwili bardziej obchodziło mnie to, co Malik sądzi na temat di parmy.
- Całkiem niezła. Ale mogłoby być tu trochę mniej rukoli. Jest trochę gorzka - skomentował krótko, pomiędzy jednym gryzem a drugim.
- Dlatego używa się do tego oliwy. Chcesz z czosnkiem czy papryką? - spytałam, zanim wstałam od stołu, by podejść do sąsiedniego stolika po jedną z buteleczek. Jednak zanim odpowiedział, sama podjęłam decyzję. - Czosnek chyba będzie lepszy.
Postawiłam przed nim naczynie z oliwą.
- Teraz moja kolej na pytanie. Opowiedz mi coś o swojej rodzinie.
- O mojej rodzinie?
- Lubię słuchać o innych rodzinach. Och, no dawaj - machnęłam nieznacznie dłonią, poganiając go.
- Daj mi najpierw zjeść. Chyba tego chciałaś jeszcze chwilę temu.
- Fakt. Ale się pośpiesz.

Zain?

Od Océane - Zadanie 11

Ostry wiatr zaczął podrażniać mój nos. Zatrzymałam konia i podniosłam lekko głowę ku niebu. Zamiast ujrzeć jasnego, różowego koloru zachodzącego słońca, dostrzegłam ponurą chmurę, która zmierzała w kierunku akademii. Zbierało się na deszcz a w najgorszym wypadku na burzę. Złapałam za wodze i wraz z Fleur'em weszliśmy w kłus. Podczas naszego powrotu wiatr podwoił swoją siłę i porywał lżejsze rzeczy, który stały mu na drodze.

~ * ~

Po kilkunastu minutach dojechaliśmy do stajni. Ponownie zatrzymałam wałacha oraz wyjęłam nogi ze strzemion. Jeszcze raz zerknęłam na niebo, które teraz było całkowicie czarne. Złapałam za siodło i szybkim ruchem przerzuciłam prawą nogę nad zadem konia.
Wzięłam do ręki wodze przekładając je nad szyją i głową rumaka. Fleur lekko szturchną moją rękę domagając się podziękowania za przewiezienie. Poklepałam go po karku i musnęłam jego chrapę.
Powolnym krokiem udaliśmy się w stronę jego boksu. Po chwili pojawiła się tabliczka z wdzięcznym imieniem ''Né d'une Fleur''. Przewiązałam wodze wokół metalowych prętów. Zręcznym ruchem przesunęłam strzemiona tak, aby znalazły się bliżej siodła i godnie spoczywały na puśliskach. Je z kolei przełożyłam przez strzemiono prawe i lewe.
Trzymając się zadu konia przeszłam na jego prawą stronę. Odpięłam popręg. Opuściłam go przy pomocy mojej nogi, aby przypadkowo nie uderzyć delikatnego Maminsynka. Mocno złapałam za siodło wraz z czaprakiem. Po chwili uchwyciłam popręg i ułożyłam na siedzisku. Odniosłam sprzęt do siodlarni biorąc przy tym szczotkę i kopystkę.
Ponownie wróciłam do konia, który lekko znudzony, mróżył oczy. Kolor jego tęczówek pokrywał się z moim co było naprawdę niesamowite.
Odpięłam ochraniacze i ułożyłam je na skrzynce, która stała obok. Po kolei czyściłam kopyta sprawdzając czy nie przeoczyłam jakichś nieproszonych kamyków. Dokładnie wyczyściłam konia w miejscu gdzie znajdowało się siodło i ochraniacze. Przeczesałam lekko grzywę i ogon wałacha. W całym czyszczeniu jest to jego ulubiona część.
Powoli wprowadziłam konia do boksu. Zdjęłam jego ogłowie i wyszłam zamykając za sobą drzwi. Fleur od razu wystawił łeb dalej domagając się pieszczot. Ponownie poklepałam i podrapałam go po głowie.
Znów weszłam do siodlarni. Dokładnie umyłam wędzidło po czym, razem z ochraniaczami, odłożyłam na ich miejsce.
Wychodząc zdjęłam toczek oraz rękawiczki i rozpięłam kamizelkę. Przetarłam mokre czoło i leniwie ziewnęłam.
Zmierzałam w stronę wyjścia. Jedyne czego teraz potrzebowałam był zimny prysznic i wygodne łóżko. Z rozmyśleń wyrwał mnie męski głos.
- Przepraszam! - w moim kierunku szedł mężczyzna. Na oko miał gdzieś około pięćdziesiątki.
- Tak? - zapytałam. Rozpoznałam go. To jeden ze stajennych.
- Nadchodzi burza – wówczas przerwało mu głośne grzmienie – a połowa koni stajennych dalej jest na pastwiskach. Sam mogę nie zdążyć przed deszczem. Mogłabyś mi pomóc? - wlepił we mnie srebrne oczy. Po chwili zastanowienia przytakująco pokiwałam głową.
- Mam na imię Océane. - wyciągnęłam rękę. On od razu podał mi swoją.
- Nico. - uśmiechnął się.

~ * ~

Po drodze wzięliśmy kilka uwiązów. Stajenny wymienił mi też imiona koni, które zostały na dworzu. Były to Kirke, Baltica, Arystokratka, Picololo, Poker, Forest, Point oraz Silvan.
- A więc, po kogo najpierw? - podniesionym głosem zadałam pytanie. Na dworzu jeszcze bardziej rozszalał się wiatr, a pojawiające się co jakiś czas grzmoty nie poprawiały sytuacji.
- Myślę, że ogiery. Jest ich więcej. - Nico również zaczął mówić głośniej.
Skierowaliśmy się na padok, gdzie pasły się trzy wierzchowce – Poker, Forest oraz Point. Konie były najwyraźniej zaniepokojone nagłą zmianą pogody. Podbiegliśmy do płotu i zaczęliśmy cmokać oraz gwizdać. Niestety to nie pomagało, bo zwierzęta zachowywały się tak, jakby w ogóle nas nie słyszały. Nico dał mi cztery uwiązy i przeszedł przez drewniane belki. Tak samo zrobiłam i ja.
Na szczęście Point oraz Forest nie uciekali i zauważywszy nas, grzecznie czekali aż podepniemy uwiązy do ich kantarów. Ja wzięłam Pointa, a Nico prowadził Foresta. Truchtem podbiegliśmy do bramy, którą otworzył stajenny. Wychodząc zamknęłam za sobą tak, aby Pokerowi nie przyszła na myśl ucieczka.

~ * ~

Razem z Nico wprowadziliśmy konie do ich boksów. Postanowiliśmy, że wyczyścimy je na samym końcu. Musieliśmy ścigać się z czasem, bo pogoda nie wyglądała ciekawie, a deszcz jeszcze bardziej pogorszyłby naszą sytuację.
Ponownie pobiegliśmy, tyle, że teraz o wiele szybciej. Mężczyzna poszedł po ostatniego ogiera, a ja skierowałam się na padok klaczy. Najbliżej mnie była Arystokratka. Niestety, kiedy do niej podchodziłam na niebie pojawiła się błyskawica, której towarzyszył przeraźliwie głośny dźwięk. Klacz spłoszyła się i o mało co mnie nie przewróciła. Odbiegła na drugi koniec padoku. Nie marnując czasu podbiegłam do następnego konia. Udało mi się złapać Kirke. Była trochę zaniepokojona, ale nie miała żadnych głupich pomysłów.
Znów truchtem wybiegłam z padoku, zamykając za sobą bramę. Po drodze minęłam się z Nico, który przejął ode mnie klacz. Tak więc z powrotem wróciłam.
Pierwsze co zobaczyłam to niedomkniętą bramkę. Szybko rozejrzałam się po pastwisku. Na moje szczęście oba konie były dalej na swoich miejscach. Odetchnęłam z ulgą i ponownie pobiegłam do Arystokratki. Widocznie już się uspokoiła, ponieważ z zaciekawieniem wysunęła pysk w moim kierunku. Szybko przyczepiłam uwiąz do jej kantaru i pospiesznie wyprowadziłam z wybiegu. Po drodze zaczął kropić deszcz. Prawdopodobnie Nico w tym czasie brał następnego ogiera z innego padoku.
Arystokratka stała już w boksie. Ja w tym czasie przeliczałam konie.
- Okej, a więc kogo my tu mamy? - powiedziałam sama do siebie. - Point, jest. Forest, jest. Poker też jest. Jest Arystokratka i Kirke. - zaczęłam wymieniać.
- Czyli została tylko Baltica i dwa ogierki. - przytaknęłam głową i wybiegłam ze stajni. Minęłam stajennego, który prowadził Picolola oraz Silvana. Odebrałam ich od niego i powiedziałam, aby udał się po ostatnią klacz.

~ * ~

Wszystkie konie wylądowały w swoich boksach. Wraz z Nico zabraliśmy się do ich czyszczenia. Na szczęśnie żaden nie zmókł. Niektóre złapały kilka kropel, ale po chwili wyschły.
Dobre półtora godziny męczyliśmy się z czyszczeniem kopyt, szczotkowaniem i roczesywaniem grzyw oraz ogonów zwierząt.
Po skończeniu czynności odłożyliśmy wszystkie narzędzia. Deszcz rozpadał się na dobre. Mieliśmy niezłego fuksa, że zdążyliśmy ze wszystkimi końmi przed tą ulewą. Nagle ciszę przerwał mężczyzna.
- Bardzo dziękuję ci za całą pomoc. Nie wiem jak mogę ci się odwdzięczyć. - Nico najwyraźniej był speszony tym, że uczennica musiała mu pomagać w pracy. Ja pokręciłam głową i odpowiedziałam.
- Océane Daquin zawsze do usług! - zaśmiałam się. On odpowiedział mi uśmiechem.
- Naprawdę nie mogę nic zrobić, aby się odwdzięczyć? - westchnął. Zamyśliłam się i po chwili podniosłam wskazujący palec do góry.
- Jutro możesz wyczyścić Fleur'a. - kąciki moich warg lekko uniosły się do góry.
- Czyli? - zapytał.
- Mojego gniadoszka, który obecnie odpoczywa w tamtym boksie. - wskazałam palcem.
Nico pokiwał przytakująco głową.
- Ajaj, kapitanie! - zasalutował.

Océane Daquin i Né d'une Fleur

Motto: ​Życie jest za krótkie, żeby tracić je na dyskusje o życiu. Lepiej je przeżyć.
Imię: Océane.
Nazwisko: Daquin.
Płeć: Stuprocentowa kobieta.
Wiek: Urodziła się ona trzeciego dnia lutego tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego ósmego roku. [ 20 lat ]
Pochodzenie: Francja, Lyon.
Pojazd: Citroen Kaktus
Pokój: nr 29
Grupa: 2
Poziom: Średnio zaawansowany.
Koń: Né d'une Fleur.
Głos: Chloe Adams
Rodzina:
Ojciec – Clovis Daquin – 48 lat – roztrzepany i zapominalski człowiek. Mimo to jest kochającym mężem i ojcem. Aktualnie pracuje jako architekt.
Matka – Isolde Daquin z domu Cail – 46 lat – wyrozumiała i niezwykle odpowiedzialna kobieta. Prowadzi wykłady na uniwersytecie. Ma świetne poczucie humoru.
Relacje: Nowa w akademii.
Aparycja: Océane to blond włosa, niska i szczupła kobieta. Jej wysokość wynosi 163 centymetry, a waga 53 kilogramy. Jej włosy, które sięgają do jej ramion, są koloru jasnego blondu wraz z ciemniejszymi odrostami. Jej cera jest gładka i blada, ale to przez to, że dziewczyna unika słońca jak tylko może. Nie lubi nosić na sobie opalenizny i wymięka już przy temperaturach przekraczających 20 stopni Celsjusza. Nie przepada za mocnym makijażem. Jeżeli jednak ma pokazać się ludziom, zawsze przeciągnie rzęsy tuszem oraz poprawi i przyciemni brwi. Tęczówki Océane są koloru nugatowego. Jej usta są jasne, malinowe.
Może wspomnę o jej sposobie ubierania? A więc – zdecydowanie swoją przewagą wygrywają swetry i bluzy. Na drugim miejscu są stylowe, białe bluzki na ramiączka lub krótki rękaw. Można też spotkać wiele koszul w kratę oraz mnóstwo sportowych butów. Oczywiście nie można pominąć miliona skarpet. Jest wiele tych grubych i tych cienkich. Stopek, długich pod kolano lub ledwo nad kostkę. Nie mniej jednak, na każdej widnieje śmieszny wzorek.
Charakter: Jeżeli poznasz Océane, to wiedz, że nie będziesz się nudzić do końca życia! Jest ona wulkanem pozytywnej energii. Chętnie porozmawia z tobą na każdy temat, powymienia się śmiesznymi historiami lub poda pomocną dłoń. Z radością wybierze się na shopping, imprezę lub spokojny spacer. Może również pomóc w nauce jakiegoś przedmiotu. Najczęściej możesz spotkać ją z szerokim uśmiechem na twarzy. Kiedy tylko może, rzuca różnymi żartami, które w większości należą do czarnego humoru. Żyje też zasadą '' na przypale albo wcale '', co mówi samo przez się, że nie należy ona do ułożonych i grzecznych ludzi. Nie potrafi też przejść obojętnie obok krzywdzonego człowieka lub zwierzęcia. Kiedy tylko ma czas i możliwości, pomaga w sanktuariach dla zwierząt, schroniskach lub przychodniach. Sama również uratowała wiele zwierzęcych istnień.
A więc podsumowując, jest to dziewczyna, która niejednemu poprawi nastrój!
Zainteresowania: Zacznijmy od tego, że Océane uwielbia się uczyć. Do jej ulubionych przedmiotów należą chemia, geografia, język łaciński na czele z fizyką i biologią. Najsłabsza jest jednak w matematyce, której całym sercem nienawidzi. Jeżeli chodzi o inne nauki, to są to na pewno astronomia oraz zoologia. Poza tym naukowym bełkotem, uwielbia ona jazdę konną, której poświęca się od najmłodszych lat. Nie zamierza jednak w przyszłości zajmować się tylko końmi. Chciałaby pójść na studia weterynaryjne i edukować się w zakresie wszystkich gatunków zwierząt.
Inne: Océane jest lesbijką, agnostyczką oraz weganką. W nastoletnim wieku, chorowała na depresję. Nie umie też pływać.
Steruje: Howrse: Marcioszka | E-mail: marcia46431@onet.pl
Inne pupile: 
Gumka to najstarsza z przedstawicieli stada. Ma ona dwa lata i pięć miesięcy, ale bardzo dobrze się trzyma i dalej zarządza resztą szczurków. Jest też mistrzynią zwracania na siebie uwagi i zrobi wszystko, aby Océane poświęcała czas tylko jej. Czasami, kiedy wstanie lewą łapką, zaczyna gryźć resztę szczurków i przy tym swoją panią. Jednak jej złość szybko mija po podaniu jej masła orzechowego.
_______________________________________
  Pchła to super leniwy szczuras. Całe dnie spędza na hamaczku lub rozłożona plackiem na parapecie. Bardzo często się drapie, swoją drogą dalej nie wiadomo dlaczego, co przesądziło o nazwaniu ją Pchełką. Inne miejsce gdzie można ją znaleźć to miska z jedzeniem. Najczęściej opycha się ona gotowanym jajkiem lub larwami mącznika.
_____________________________________
Tiramisu, czyli szczur z ADHD. Wszędzie jest jej pełno i pełno pozostałości po nasionach słonecznika, które uwielbia. Najczęściej można ją spotkać buszującą na pułkach lub skaczącą po szafkach. Jest trochę niczym kaskaderka. Nie raz wylądowała w bardzo dziwnym i trudno dostępnym miejscu ( raz, nie wiadomo jak, siedziała na żyrandolu ). Podsumowując – nie ma dla niej rzeczy niemożliwych!
_____________________________________
Płotka to najgrzeczniejsza i najspokojniejsza dziewczynka z całego stada. Jednocześnie chyba najbardziej ze wszystkich dba o swoją czystość. Ciągle przesiaduje na fotelu i czyści swoje futerko. Nie przepada za głaskaniem, ale uwielbia przesiadywać na ramieniu Océane.
__________________________________________
Cebulka to największy pieszczoch na świecie! Ciągle wskakuje na kolana Océane i domaga się pieszczot. Zawsze śpi na poduszce w łóżku jej właścicielki i liże jej nos na dobranoc. Jednak jest ona bardzo aktywna. Za dnia ciągle biega, najczęściej razem z Tiramisu, broi i robi bałagan.
__________________________________________
Korek to niespełna dwumiesięczny szczuras, który został znaleziony na śmietniku przez Océane. Dalej jest trochę wycofany i nieśmiały, ale pomału się przełamuje. Jest jedynym samczykiem ze stada, przez co reszta dziewczyn dalej się na nim wyżywa. Na szczęście wszystko dzielnie znosi i walczy o stałe miejsce w stadku.


Imię: Né d'une Fleur, ale Océane woła na niego po prostu Fleur.
Płeć: Wałach.
Rasa: Koń Hanowerski.
Data urodzenia: Urodził się on szesnastego dnia października dwutysięcznego dziewiątego roku.[ 9 lat ]
Charakter: Fleur to zrównoważony i delikatny koń. Nie toleruje szarpania wodzy lub zbyt mocnego uciskania. Aby móc na nim jeździć, trzeba go wyczuć, a wymaga to przynajmniej kilku miesięcy pracy z ogierem. Nie straszne mu przeszkody ani figury ujeżdżeniowe. Mimo to jest on dość tchórzliwy. Mianowicie, boi się on większych ptaków, typu pawie czy indyki. Nie przepada też za ogierami. Jeżeli ma spędzać czas w towarzystwie innych koni, co bardzo lubi robić, to tylko wśród klaczy. Uwielbia też kontakt z człowiekiem i wolne spacery w lesie.
Specjalizacja: Skoki i ujeżdżanie.
Umiejętności: Jak już napisałam wyżej, koń ten specjalizuje się w skokach i ujeżdżaniu, chociaż lepiej wychodzi mu to pierwsze. Rekordem Fleur'a i Océane jest przeszkoda mierząca 150 centymetrów. Z figur ujeżdżeniowych najlepiej wychodzi mu pasaż.
Właściciel: Océane Daquin.