środa, 23 sierpnia 2017

od Oliego cd Georgiany

Wyszedłem z pokoju i powoli kierowałem się na stajnie, dzisiejsza noc była okropna. Nie mogłem spać i bolało mnie wszystko.. Coraz ze mną gorzej.. Czemu zmiany ciśnienia zawsze dopadają tych najlepszych?  Mruknąłem coś pod nosem i wszedłem do stajni, obok mojego idioty  postawili siwego hanowera.. Był ładny, dobrze rozbudowane mięśnie i krótka grzywa nadawały mu prawie waleczny wygląd. Nagle obon mnie wyłoniła się dziewczyna,  złapała za jabłko i wgryzła się w nie jak by od paru godzin nie jadła. Patrzyłem na nią lekko unosząc brew, zapach siana mocno atakował mój nos.. NO tak dzisiaj przyjechała nowa dostawa z pól.. Kiedy dziewczyna skończyła wchłaniać jabłko podniosła gwałtownie oczy i uśmiechnęła się.
-Georgiana jestem -Wystawiła rękę którą przed chwilą wycierała w bok spodni.
-Oli.. -Mruknąłem i starałem się jakoś wyglądać, miałem być miły tak? Ale cholerna migrena postanowiła mi o sobie przypomnieć falą bólu.Skrzywiłem się ale wyglądało to bardziej jak jakiś grymas niezadowolenia. Georgiana zmarszczyła brwi ale po chwili pewnie wystawiła rękę w kierunku mojego konia.
-Jest twój?-Zrobiła krok i już głaskała tego ufnego idiotę.
-Mhm.. -Mruknąłem .. No co? Nie wiedziałem co odpowiedzieć, zadała pytanie to dostała odpowiedź.. Nie mam zamiaru zacząć jej robić wywodu na temat tego jakim magicznym jednorożcem jest mój koniś i jak bardzo go kocham ONE ONE ONE!!!!ON!!!KOCHAM KONISIAAA. Prychnąłem sam na siebie a ona wzięła to chyba jako jakieś ostrzeżenie.
-Jest chory albo coś?-Wskazała na oko które miał napuchnięte w tej chwili. Ach no tak.. Wchodzenie w drzewa i wsadzanie sobie patyka do oka to był jego najnowszy wymysł.. Dobrze że nie oślepł.
-Czy coś.. Jest idiotą i tyle, nadaje się tylko na koninę-Badałem grunt tym raczej nie miłym dowcipem.
-Hmm.. Chyba ci się nie zwróci za weterynarza.. Konina to 10 zł za kilo a on.. -Wskazała na szczupły bok Chaosu.
-Podtuczy się i sprzeda jako pociągowego -Mruknąłem i poklepałem go lekko po boku.
-Będzie dobra kiełbaska -Puściła mi oczko.. Lubie ją.
-Taa. z twojego by była niezła -Przejechałem dłonią po chrapach mojego konia i odwróciłem głowę w kierunku boksu obok.
-Hamilton? Nieee jego to na klej -Prychnęła i zajrzała mojemu koniu w zęby.
-Przepraszam?
-Oh? Sorrry? Nawyk? Była ciekawa ..
-Czy co?
-Czy jest stary..
-Nie jest.. Jest po prostu zdolny.. Zrobi sobie coś wszędzie i zawsze.. Chaos jest czymś nie do naprawienia -Posłałem jej lekki uśmiech.
-Chaos?
-W chaosie zawsze jest coś popsute -Zauważyłem .
-Tru that.. Soooo.. Emm Jestem tu nowa -Zaczęła.
-Udało mi się dojść do tego wniosku..
-Chcesz za to jakiś talon?
-Na co?
-Balon?
-Wolał bym na coś innego -Puściłem jej zaczepne oczko i patrzyłem jak wywraca oczami. Lubie ją.
-No to może nie.. Tak czy siak chcesz mnie oprowadzić.
-Nie bardzo.. Aktualnie jedyne czego chcę to przeprowadzić trepanację własnej czaszki bo zmiany ciśnienia to chuj -Westchnąłem.
-Och.. Chcesz proszka?
-Nie pomagają.. Jedyne co robią to psują mi wątrobę.. A jej nie wolno psuć bardziej -Oparłem się dramatycznie o ścianę boksu.
<georgiana? sorry?>

Od Milesa C.D. Julesa

Wymownie zlustrowałem jego, oraz motocykl. To miała być jakaś mała aluzja? Perfidne. Jak on cały. Chyba dlatego go tak uwielbiam. To jedyna osoba, która się ze mną nie cacka.
- Bardzo mocno mam się trzymać? - zamruczałem mu do ucha, siadając za nim. Pod wpływem mojego oddechu, cały zadrżał.
- Szkoda, że nie jesteś piękną, długonogą blondynką - zaśmiał się, jednak po chwili powrócił do poprzedniej roli. - Bardzo mocno, tygrysie.
- Lubię jak mnie tak nazywasz - przysunąłem się do niego i ułożyłem dłonie na jego udach.
- Serio? - zdziwił się.
- Zwariowałeś? - prychnąłem, objąłem go i mocno w pasie i wtuliłem się w jego plecy.
- Zmienny jak baba przed okresem.- westchnął odpalając motocykl.
- Cicho - zakryłem mu jedną ręką usta. - To niebezpieczne mówić na głos takie rzeczy, kiedy raz obok może znaleźć się przedstawicielka tego krwiożerczego gatunku...
- Jesteś zdrowo rąbnięty, Young...
- Nigdy nie mówiłem, że nie - wzruszyłem ramionami i wróciłem do poprzedniej pozycji. - No jedź już.
- Wedle życzenia, sir - zasalutował, a ja na chwilę wybuchnąłem śmiechem. Razem trafiliśmy do Akademii Lotniczej, jak zresztą razem nauczyliśmy o umiejętności latania i o zostaniu pilotami… Taki przyjaciel to skarb… Jeśli akurat nie pomyśli, że warto by było, spróbować się zabić, wjeżdżając z prędkością trochę ponad 100 km/h w najbliższe drzewo. Właśnie miałem z nim porozmawiać. Już miałem otworzyć usta, kiedy przyszło mi do głowy, że może lepiej przełożyć to na później i nie psuć teraz mile zapowiadającego się wyjazdu do miasta.
Kiedy opony dotknęły asfaltu, a my wyszliśmy na prostą, Jules przyspieszył. Nie martwiło mnie to jednak, ponieważ póki siedzę za nim, żaden podobny pomysł nie wpadnie mu do głowy. Najbliższe miasteczko znajdowało się w nie za dużej odległości od Akademii, a drogę do niego pokonaliśmy w niecałe dziesięć minut. Kiedy dotarliśmy do zabudowań, chłopak wyraźnie zwolnił, abyśmy mogli się rozejrzeć za kawiarnią. Nie okazało się to trudne, uwzględniając, że to mała mieścina.
Pomieszczenie do którego weszliśmy było całe wyłożone drewnem w kolorze ciepłego, choć ciemnego brązu. Światło wpadało tylko przez ogromne okna, wychodzące na ulice, co powodowało, że ostatnie stoliki tonęły w mroku, pomimo że lokal był niewielkich rozmiarów. Usiedliśmy przy jednym z okien, na wiklinowych krzesłach, z materiałowym siedzeniem, w kolorze ciemnej zieleni. Jules ciężko wzdychał rozglądając się do kawiarni, ponieważ nie przepadał za takimi miejscami. Nie jego gust. Mój też nie, jednak wątpliwe było znalezienie lepszego miejsca w tym miasteczku. Zaraz potem podeszła do nas kelnerka, więc było za późno na ucieczkę. Zamówiliśmy dwie, najzwyklejsze czarne kawy rozpuszczalne, nawet bez mleka. Taki nasz standard. Nie kłóciliśmy się o takie głupstwa.
- To mówisz, że ten chłopak jest naprawdę podobny do Adriena? - zapytał po momencie ciszy, która zapanowała po odejściu dziewczyny. Patrzył mi prosto w oczy. Zły znak.
- Tak… znaczy… Chyba nie sądzisz, że postradałem zmysły i widzę go w każdym napotkanym chłopaku, co? - uniosłem brew. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę z tego, że to pytanie wypowiedział lekko lekceważącym tonem. Więc naprawdę bierze pod uwagę możliwość, że ubzdurałem to sobie.
- Nie, jednak wiesz Miles…
- Tak tęsknię za nim - przerwałem mu, a robię to niezwykle rzadko. - Dlatego taki szok przeżyłem, kiedy zobaczyłem tego chłopaka. Dopiero później zauważyłem kilka różnic…
- Czyli jednak jakieś są? - przewróciłem oczami.
- Nie jest to jego zaginiony brat bliźniak - prychnąłem.
- To co jest w nim innego? - zainteresował się, a w tej chwili podeszła kelnerka stawiając przed nami filiżanki z gorącymi napojami. Uśmiechnąłem się do niej, a kiedy odeszła powróciłem myślami do pytania przyjaciela.
- Przede wszystkim oczy - skrzywiłem się. - Mają kolor brązu, zamiast błękitu. To chyba najważniejsza różnica, która za każdym razem uświadamia mi, że nie powinienem się tak nakręcać i szukać podobieństw między nimi.
- Coś jeszcze? - zapytał.
- Masa rzeczy. Drobne szczegóły, które początkowo mnie irytowały, jednak chyba dobrze, że nie jest jego kopią, ponieważ przestałbym wtedy chyba myśleć logicznie… W ogóle myśleć… - wtedy zdałem sobie sprawę, że on mnie bada. Wypytuje, aby wiedzieć jak daleko to zaszło i czy już ma włączyć tryb swatki. - Jesteś okropny!
- Co? - kilka osób, które tam było, spojrzało się na nas.
- Jesteś okropny, bo mnie podpytujesz. Uważaj, też mam na ciebie parę haków.
- To podchodzi pod groźbę karalną - uniósł filiżankę do ust i upił trochę kawy, nadal nie spuszczając ze mnie wzroku.
- Nie obchodzi mnie to Montclare - rzuciłem mu gniewne spojrzenie.
- Oj, bo ci żyłka pęknie. Nie złość się, złość piękność szkodzi. A jak będziesz brzydki, to cię ten chłoptaś nie zechce - mówił przez śmiech.
- Nienawidzę cię…
- A ja ciebie kocham - odparł z kamienną twarzą.
- Czasem żałuję, że nie utopiłem cię w basenie, kiedy mieliśmy dziesięć lat… -mruknąłem bawiąc się łyżeczką.
- Nie zrobiłbyś tego. A wiesz dlatego? Bo mnie kochasz - wyszczerzył się.
- Może i tak… Jednak czasem mam ochotę cię utopić w łyżeczce wody.
- Tęskniłem za tym - odparł. - No powiedz, że to też!
- Przyznaję, tęskniłem jak cholera - zaśmiałem się, po zrobieniu dramatycznej pauzy.
- To słodkie Miles… Cały jesteś słodki… To delikatnie przerażające, ale już się przyzwyczaiłem do tej słodyczy - puścił mi oczko.
- To taki komplement? - uniosłem brew, a on pokiwał głową. - No to dziękuję - po chwili ciszy, wybuchnęliśmy śmiechem.
- Wypiłeś? - zapytał nagle zniecierpliwionym tonem.
- Tak ci tutaj źle? - szepnąłem.
- Nie lubię takich miejsc - odszepnął. Po chwili w trzech łykach wypiłem zawartość mojej filiżanki, a Jules zapłacił za tą wątpliwej jakości przyjemność.
Znaleźliśmy się na brukowanym chodniku, który nadawał temu miejscu, wrażenie bycia jeszcze starszym. Wiał delikatny wiaterek, który powodował, że upał aż tak nie doskwierał, choć o takiej sytuacji nie mogło być mowy w mojej sytuacji. Dla mnie świat to jedna wielka Grenlandia.
- Przejdźmy się, co? - zaproponował Jules, a ja zgodziłem się skinieniem głową. Równym, powolny krokiem, ruszliśmy w pierwszą lepszą stronę, nie wiedząc dokąd zmierzamy. - Jak u mamy?
- Ciężko powiedzieć… Wiesz ona zawsze wszystko ukrywa za uśmiechem…
- Podobnie jak ty - przerwał mi.
- Po kimś muszę to mieć - zauważyłem. - Wracając, wydaje się jednak, że jest lepiej. Co jakiś czas robi badania, a że jestem upoważniony, to bez problemów dostaję kopię wyników.
- A twój tata?
- Tata, jak tata… Stara się i to chyba najlepsze, co może robić dla mamy, bo stara się nie pokazywać przerażenia, jakie go co jakiś czas ogarnia.
- To twardy facet - pokiwał głową chcąc jakby samego siebie utwierdzić w tym przekonaniu.
- To mam akurat po nim - odparłem, a on zachichotał.
- Ty chyba nawet sam w to nie wierzysz - prychnął. Odsunąłem się od niego i skrzyżowałem ręce nadymając usta.
- To już jest chamstwo.
- Milesik… żart… przecież wiem ile wycierpiałeś i znajdę sobie sprawę, jak twardym i psychicznie musisz być człowiekiem, ponieważ to przetrwałeś. To nie obrażaj się dzieciuchu - pacnął mnie w ramię.
- Głupek z ciebie i tyle - mruknąłem, ale później na sekundę się uśmiechnąłem, aby znowu przybrać kamienny, a może raczej zmartwiony wyraz twarzy. - A… no wiesz…
- Moi? - zapytał smutno. - Nie wiem…
- Nie powiedziałeś ojcu, prawda? - właściwie znałem odpowiedź na to pytanie, jednak wolałem się upewnić, czy nie nastąpiła u niego nagła zmiana poglądów na temat poczucia obowiązku i umiłowania prawdy.
- Nie… - westchnął ciężko, a ja objąłem go ramieniem. - Nie potrafię… Nie chcę… Nie wiem…
- Trochę za dużo zawahania jak na ciebie, co? - wysiliłem się na szczery uśmiech.
- Trochę… - przyznał. - Jak mu powiem, to zniszczę jego i naszą rodzinę. Jak nie powiem, to do końca życia będę miał wyrzuty sumienia, że mu tego nie powiedziałem.
- Jak w dramacie antycznym - skrzywiłem się.
- I co teraz? - spojrzał na mnie pytającym wzrokiem. A żebym to ja wiedział… Bo nie miałem zielonego pojęcia.
- Trzeba rozważyć wszystkie za i przeciw, plusy i minusy, konserwacje i rozwiązania. Wtedy coś zdecydujemy - zaproponowałem gładząc go w międzyczasie po policzku.
- Mówiłem ci już kiedyś, że codziennie dziękuję losowi, za to, że mam takiego przyjaciela?
- Takiego? Czyli denerwującego, za słodkiego, nierozsądnego, z zalążkami obłędu oraz kilku manii? - przechyliłem głowę patrząc na niego.
- Właśnie tak. Jesteś taki… taki… idealny dla mnie normalnie… kto by się spodziewał?
- Nasi rodzice, kiedy już pierwszego dnia w osiedlowym żłobku staliśmy się papużkami nierozłączkami? - uniosłem brwi.
- Cenna uwaga - pokiwał ze skupioną miną głową.
Tak… znaliśmy się od żłobka, ponieważ niestety różnica między naszymi datami urodzin była zbyt duża, aby nasze mamy poznały się na porodówce, choć mamy podejrzenia, że poznały się przed żłobkiem, pewnie w czasie kiedy obie nasze rodziny sprowadziły się na nasze osiedle. Jednak ponieważkobiety obdarzyły się sympatią, to nasza przyjaźń mogła sobie spokojnie rozkwitać, aby stać się w pewnym momencie nierozerwalną więzią, która w nienaruszonym stanie przetrwała nawet śmie… jego… przetrwała jego i ten cały koszmar… Jedyna twarz jaką chciałem oglądać, mój jedyny brat. Ian to tylko przypadkowa zgodność genetyczna i tyle.
- To… co teraz robimy? - zapytał Jules. Rozejrzałem się.
- Nie mam pojęcia… znowu - wyszczerzyłem się. - Jednak wiem, że nie chce mi się jeszcze wracać do Akademii.
- Mi podobnie… za dużo rzeczy do wypakowania - zatopił ręce w kieszeniach spodni, a ja nadal kręciłem się w kółko, myślą dokąd by tutaj pójść.
Nagle niczym nimfa z lasu wyłonił się widok i myśl tak idealna i piękna, że nawet Dante by jej nie opisał.
- JULES! WESOŁE MIASTECZKO! - wydarłem się z całych sił. Chłopak aż podskoczył raptowanie przestraszony. - Zabierz mnie tam! Proszę, proszę, proszę! Ja chcę watę cukrową! Taką duuuużą! I… i… i musi być zwykła, biała, taka jest najlepsza! I pójdziemy na strzelnicę! Tak na strzelnicę! I wygrasz mi misia, a ja go nazwę Jules! Chcesz?! - krzyczałem jak mały chłopiec.

Jules?
Zabierz mnie! Zabierz!

1504 słówka jak co

Od Georgiany

- Na pewno wszystko spakowałaś? - takie i inne różne rzeczy od kilku godzin można było usłyszeć w pewnym domu w Konstancji. Nawet jeśli nie wyjeżdżam pierwszy raz gdzieś sama, zawsze jest tak samo. Wszyscy się o mnie martwią, pytają czy aby na pewno wszystko spakowałam. Mam już tego szczerz dość, ale przecież nie zabronię wszystkim się o mnie martwić. Od dobrych 15 minut powinnam być na lotnisku, a ja nawet do samochodu nie wsiadłam. Biegałam na dół i do góry po schodach. Mojej rodzicielce co chwile przypominało się o jakieś nowej bieliźnie, którą kupiła mi wyjazd. Alex już pewnie dawno jest w drodze. Nad jego bezpieczeństwem jak na razie czuwa mój dziadek. Mam nadzieje, że moja rozkoszna mordka dotrze do akademii cała i zdrowa. Jeszcze tylko tego brakowało, żeby coś się mu stało. Kiedy mieliśmy pewność, że wszystkie pary majtek, wszystkie możliwe kosmetyki i co najważniejsze, wszystkie ciepłe sweterki (nie ważne, że aktualnie jest ponad 30 stopni) zostały spakowane, mogłam w końcu udać się do auta. Mój starszy bart czekał na mnie już od dobrych 30 minut. Sama kazałam mu być szybciej gotowym, żeby na pewno się nie spóźnić. Z prędkością strusia wsadziłam wszystkie walizki do bagażnika. Pożegnałam się z rodzicami i zajęłam miejsce pasażera. Kiedy Ovidiu wyjechał z placu od razu przekroczył 60 km/h. Widocznie zdenerwowało go to czekanie, nie miał zamiaru się pierdzielić. Na szczęście zapięłam pasy. Po 10 minutach widocznie się uspokoił. Dopiero wtedy odważyłam się ruszyć i włączyć radio. Jednak jedyne co udało mi się zrobić to dostać po łapach. Dosłownie. Zostałam brutalnie uderzona przez własnego brata.
-  A to przepraszam bardzo, za co? - udając oburzoną wydęłam policzki, a moje usta wypięłam w dzióbek. Musiało to wyglądać dość komicznie, jednak na twarzy Oviego nic nie wskazywało, żeby miał zaraz wybuchnąć śmiechem. Podniosłam palec wskazujący i z szatańskim uśmieszkiem spojrzałam na niego. Po chwili palec dotknął policzka chłopaka, a ja wydałam z siebie tylko cichutkie "pup". Moja ręka znowu została odtrącona.
- Zachowuj się. Jeśli chcesz żebyśmy dotarli tam na czas i do tego żywi, daj mi spokój. - naburmuszony mężczyzna skupił się całkowicie na drodze. Ja jednak nie dawałam za wygraną.
- Powiedział ten co prawie przejechał staruszkę - powiedziałam obrażona prawie szeptem - Na twoim miejscu nie dziwiłabym się, że rodzeństwo ucieka na drugi koniec kontynentu. Jesteś strasznym nudziarzem. Ta twoja babka jest z tobą z własnej woli czy ją przekupiłeś?
Ovidiu wydał z siebie tylko ciche westchnięcie. Oparłam się o oparcie czekając aż w końcu dojedziemy na lotnisko. Na nieszczęście najbliższe lotnisko było w stolicy, a do niej mamy jakieś 2 i pół godziny. Jeśli nie będzie korków może uda się trochę szybciej. Wiedziałam, że rozmowa z bratem nie będzie mieć sensu, więc oparłam poduszkę o szybę. Przez chwile wyglądałam przez okno, jednak po chwili zasnęłam.


~-~>*<~-~


Obudziło mnie mocne szturchnięcie w ramie. Leniwe otworzyłam oczy, szczerze pospałabym jeszcze z godzinkę. Zaczęłam się przeciągać jednak jak się potem dowiedziałam nie była to za dobra decyzja. Od razu zostałam siłą wyciągnięta z samochodu przez chłopaka. Obok jego nóg plątały się wszystkie moje torby i walizki. 
- Szybko leniu śmierdzący! Zaraz zamkną odprawę i tyle będzie z tej twojej akademii, a ty przecież nie wytrzymasz ze mną w domu! - Wsadził mi do dłoni rączkę od jednej z walizek, a do drugiej torbę i dużą kosmetyczkę, on sam wziął dwie pozostałe walizki i bagaż podręczy w postaci plecaka. Szybki marsz zamienił się w szaleńczy bieg. Kiedy wpadliśmy cali zdyszani na lotnisko, wszyscy zaczęli się na nas patrzeć. Zlewając wszystkich ludzi razem z bratem podbiegłam w stronę odprawy. Oddaliśmy wszystkie walizki i torby, jakiś pan mnie obmacał przeszukał, ostatni raz pożegnałam się z bratem. 
Wszyscy zajmowali już miejsca w samolocie. Stewardessa pokazała mi moje miejsce, na szczęście okazało się, że nie siedzę obok jakiegoś starego dziada. Do tego mam fotel przy oknie. Obok mnie siedziała, zadbana kobieta w średnim wieku. Czytała jakąś książkę, to trochę nie miłe pytać się z jakiego jest się kraju, więc trzeba to ustalić inaczej. Zanim Stewardessy zaczęły pokazywać jak zapiąć pasy wstałam z siedzenia i udając, że włączam klimatyzacje, ukradkiem spojrzałam w jakim języku napisana jest książka. Kurwa, po rosyjsku, już myślałam, że będę mieć z kim rozmawiać. A szkoda ta pani wygląda na miłą. Po jej lewej stronie siedział jakiś chłopak, w sumie nawet niezła dupa z niego. Ale znając moje szczęście też pewnie Rusek. Znudzona paplaniną Stewardess powoli przysypiałam. Kurde, nie lecę samolotem pierwszy raz, umiem się zapiąć. Do tego jakieś debilne dziecko kopie mój fotel. Niech to wszystko już się skończy. 
Po tych wszystkich instrukcjach mogłam w spokoju iść dalej spać. Bóg jednak istnieje. No ale te cholerne gówno za mną, mam już dość. Nie wiem jakiej był narodowości, nie wiem co powiedzieć, żeby jak najbardziej dokopać mu w dupsko. Z tego co zaobserwowałam, ten szatan ma może z 12 lat, ludzie w tym wieku znają podstawy angielskiego, więc...
- Fuck you, little shit! - odwróciłam się i nawrzeszczałam na dzieciaka, a on tylko spojrzał na mnie, potem na swoją matkę, która nie interesowała się nim za bardzo, a potem znowu na mnie. Potem usiadł i wziął do ręki telefon, po prostu mnie zignorował. Wróciłam na swoje miejsce. Akurat wtedy wystartował samolot. Wreszcie sen. Dziś w nocy nie umiałam spać. To nie tak jak mogłoby się wydawać, nie znaczy, że byłam tak bardzo ciekawa tego wszystkiego, o nie, po prostu mój kochany braciszek postanowił na cały głośnik włączyć Death Metal, a jako że moi rodzice są głusi, nic nie zrobili. Położyłam głowę na poduszce, która zaś była oparta na oknie. Potem poczułam jak ktoś pogładził mnie po włosach... To będzie dziwny lot. 


~-~>*<~-~


Obudził mnie wszechobecny hałas. Na serio? Lot też przespałam? No cóż, podziękujmy mojemu bratu, widocznie nie było turbulencji, chyba że mam aż tak mocny sen. Odpięłam pasy i ściągnęłam mój plecak. Przeciskając się przez dosłownie wszystkich, opuściłam samolot jako jedna z pierwszych. Szybkim marszem dotarłam do budynku, tam odebrałam walizki i wszystkie torby, jak ja mam to sama zabrać? No dobra, dam radę. Torby na ramię, walizki do ręki, w jednej dłoni pomieszczę dwie rączki. Jakoś dam radę. 
No jednak to nie było takie proste, przy jednym postawionym kroku, musiałam zostać popchnięta przez jakiegoś chłopaka, upadłam na twarz, przegryzając dolną wargę. Brawo Georgi. Mężczyzna okazał się tą samą osobą, która siedziała obok tej Rosjanki, ech... Nawet sama Rosjanka stała parę metrów dalej i rozmawiała z jakimś mężczyzną. Wystraszony chłopak spojrzał na mnie z politowaniem. Podszedł i podał mi rękę, bez chwili zwłoki złapałam ją i z jego pomocą stanęłam na nogi. Z mojej wargi ciekła szkarłatna posoka. Przyłożyłam do niej dłoń, żeby sprawdzić czy to na serio się dzieję, ale tak. Resztki krwi wytarłam do ciemnych spodni. 
- Nic ci nie jest?! Я не хотел! (Nie chciałem) - wykrzyczał, wręcz chłopak. Jego przerażenie było zabawnie przesadzone. Na mojej twarzy zawitał promienny uśmiech, a ta rozwalona warga pewnie dodawała mi uroku.
- Spokojnie, nic się nie stało - powiedziałam rozbawiona. Po chwili wyciągnęłam z kieszeni chusteczkę higieniczną i przyłożyłam ją do wargi. Rosjanin spojrzał na bagaże rozwalone pod moimi nogami.
- Em... Może ci pomóc? - ja również przeniosłam wzrok na swoje walizki, w sumie sama i tak nie dam rady, a dodatkowa para rąk przystojnego Rosjanina skorego do pomoc jest bardzo przyjemnym wyjściem. Pokiwałam głową z uśmiechem, mocniej przyciskając chusteczkę do wargi. Brunet krzyknął coś do kobiety, która zbyła go machnięciem ręki, co najwidoczniej znaczyło również "Tak synu, możesz pomóc nieznajomej ci kobiecie". No cóż o kulturach się nie dyskutuje, może u nich ten gest ma wiele znaczeń. Viktor, bo tak mi się po chwili przedstawił chłopak wziął dwie walizki, a ja resztę. Akcent ciemnowłosego był strasznie zabawny, nie miałam serca mu tego powiedzieć. Jednak kiedy zanieśliśmy wszystko przed lotnisko, moja wcześniej zamówiona taksówka już czekała. Pożegnałam się i dałam mu swój numer (zobaczycie zarucham) . Spakowałam wszystko i wsiadłam na siedzenie pasażera. Nakierowałam miłego, starszego pana. Było strasznie uroczę, kiedy zaczął opowiadać mi o swoich nowo narodzonych szczeniaczkach. droga minęło dość szybko. Dałam dziadziusiowi zapłatę i zaczęłam wypakowywać rzeczy. Jakoś się udało. Na razie nie chciało mi się wszystkiego nosić. Musze się zobaczyć z Olkiem! Wszystkie walizki zostawiłam przy drzwiach, a ja sama pognałam do stajni. Na pewno już tutaj stoi, jeśli go nie będzie, znaczy, że coś musiało się stać. Ale nie! Moja słodka mordka stała w jednym z ostatnich boksów. Kiedy tylko mnie zobaczył, zaczął radośnie potrząsać łbem. Podbiegłam do niego i przytuliłam się do jego ciepłej szyi, ogier zaczął lekko szczypać moją bluzę, odsunęłam się od niego i pogładziłam po łbie. Pocałowałam Alexandra w chrapy i poczochrałam jego grzywkę. Obok, na wiązce siana leżało kilka jabłek, byłam cholernie głodna. Nie obchodzi mnie, że to dla koni. Jeśli czegoś nie zjem, zemdleje za chwile. Wzięłam jedno rumiane jabłko i zrobiłam porządnego gryza. Po chwile łapczywie obgryzałam ogryzek. Kiedy tak sobie pałaszowałam owoc, nie zauważyłam nawet jak do stajni ktoś wszedł. Chłopak, wyglądał na starszego ode mnie. Obok boksy Olka stał ciemnosiwy koń, zakładam, że wałach. Gdyby był ogierem pewnie by się pogryźli, a jeśli byłaby to klacz, zapewne Hami jakkolwiek zainteresowałby się koleżanką. Nie wiem ile czasu zleciało na moje przemyślenia, ale kiedy się zorientowałam, że gapie się na chłopaka ten cały czas, na moją twarz wpełzł głupi uśmiech. Między odsłoniętymi zębami można było zobaczyć skórki z jabłka. W ułamku sekundy wyciągnęłam rękę w stronę przybysza
- Georgiana jestem

<Oli? Nie miałam pomysłu, więc wplątałam w to romans na lotnisku z jakimś Ruskiem>
P.S administracjo, ponad 1500 słów ;)))))

Od Hailey cd. Lewisa

Nie wiem w sumie na co miałam odpowiedzieć. Na to, że potrzebuję jakiejś ulgi do wygranej czy na drugą część zdania. Więc w odpowiedzi tylko prychnęłam pod nosem z wyrysowanym uśmiechem, ale ostatecznie jednak zdecydowałam się odpowiedzieć na jedno.
- Twierdzisz, że potrzebne mi są fory? - skrzyżowałam ręce na piersi. Niewidocznie skinął głową, unosząc kąciki ust.
- Tylko czasem - poprawił się, ale dobrze wiedziałam, że wcale tak nie myśli.
- A masz świadomość, że to mnie jeszcze bardziej nakręca?
- Wiem. Lubię oglądać twoją zaciętość. Jest tak dokładnie wyrysowana na twojej twarzy
- Ach tak?
- Wiem także, że jak się zapierasz to słodko mi przyrzekasz, że i tak wyjdzie na twoje. A jak nie wychodzi... to zależy już od momentu w naszym życiu.
- To znaczy?
- Wcześniej wspominałem już co robiłaś. Jeszcze nie sprawdziłem co zrobisz ze mną teraz gdy przegrasz
- Hm... - zastanowiłam się - Cóż, teraz nie masz już Zaina do obrony. Jesteśmy sami niemal na odludziu. Nikt nie usłyszy twoich krzyków
- Grozi mi jeszcze większe niebezpieczeństwo?
- Sam powiedziałeś, że robię się agresywna gdy jestem pijana - wskazałam na szampana. Odwrócił głowę w jego stronę i uśmiechnął się szerzej.
- Nie upijesz się samym szampanem - och, co za wielka mądrość olśniła mnie.
- Jakieś procenty alkoholu tam są. Zresztą, łącząc przegraną z moim odurzeniem, wychodzi podwójne niebezpieczeństwo - sięgnęłam po winogrono i wsadziłam niewielką kuleczkę do buzi, czując na języku słodki smak soku owocu. Zmrużył oczy.
- Masz za silną głowę na alkohol. Taki szampan cię nie rusza - stwierdził.
- Fakt. Po tylu latach, tylu drinkach i wspólnym piciu z wami jestem dosyć odporna, ale i tak, jak się uprę to i chociażby był to wielki filozof, będzie musiał stwierdzić, że szampan upija - sięgnęłam po kolejne winogrono, ale dostałam po dłoni, którą przyciągnęłam do siebie, mierząc chłopaka chłodnym spojrzeniem.
- Przyniosłem tego tak dużo, a ty uwzięłaś się akurat na winogrona. A wiesz jak je lubię.
- Wiem - przeciągnęłam - Ale te są wyjątkowo dobre - tym razem sięgnęłam po pomarańcze, odłamują kawałek i jego połowę ugryzłam, następnie podsuwając drugą połowę pod usta Lewisa - Tylko mnie nie gryź - zauważyłam. Przewrócił oczami i oglądając kawałek pomarańczy, sięgnął do niej zębami - Mam pomysł - ruszyłam się z miejsca i stanęłam przed namiocikiem, wyszukując sobie odpowiednie miejsce dla siebie i usiadłam na ziemi.
- Słucham?
- Zbuduję piękny zamek z piasku.
- Budzi się w tobie dziecko - odpowiedział, połykając pomarańczę.
- Raczej przyjaciółka z piaskownicy. Pamiętasz park?
- Pamiętam, gdy Gabriel zbudował ładniejszą budowlę i wszyscy to przyznali.
- Nie była piękniejsza - prychnęłam.
- Wtedy pokazałaś swój szczyt bezczelności i wredoty, gdy mu go zniszczyłaś - ciągnął dalej.
- To było przypadkiem... tak w połowie.
- W połowie? Zrobiłaś to z premedytacją - zaśmiał się - Widziałaś te łzy w jego oczach?
- Widziałam - wzruszyłam ramionami - Ale go po kilku latach przeprosiłam za to.
- Nie mogłaś znieść, że jego dzieło było ładniejsze od twojego.
- Mieliśmy wtedy po siedem lat, Lewis? A moja kuzynka niezwykle mocno mnie dręczyła, mówiąc, że ma wszystko lepsze ode mnie - usiadłam bokiem na piachu i zaczęłam przesypywać go między palcami.
- Vivian? - spytał dla upewnienia, a ja pokiwałam głową, rysując na złocistej powierzchni palcem.
- Tak. Była starsza o trzy lata i uwielbiała zabierać mi wszystko co jej się podobało. Aż dziwne, że w późniejszym czasie zaczęłyśmy się dogadywać, a teraz za nią tęsknię jak za siostrą.
- I to jej wina, że popsułaś zamek Gabrielowi? - uśmiechnął się.
- Wiesz jak to jest, gdy ktoś ci coś wmawia. Po prostu wkurzyłam się, że nikt nie przyznał mnie zaszczytu piękności budowli.
- Kochana kuzynka sprawiła, że Gabriel tak to przeżył.
- Kochana? Może teraz. Pamiętasz Aarona, tego z starszej klasy? - uniosłam spojrzenie.
- Pamiętam. Twój chłopak przez cztery miesiące?
- Vivian mi go zabrała. Byłam wściekła i nie mogłam przeżyć faktu, że ona jest od niego starsza o dwa lata, a i tak z nim chodzi. I to kilka dni po tym jak zerwaliśmy. Do dzisiaj nie omieszkam jej tego wypominać, bo pomimo, że obecnie ją kocham to jestem zbyt pamiętliwa by po prostu jej odpuścić złośliwości, które mi robiła przez dobre kilkanaście lat. Ty nawet nie wiesz jakie ona miała pomysły i co chciała jeszcze zrobić - pokręciłam głową z szeroko otwartymi oczami - Ale nie będę ci zdradzać
- Dlaczego?
- Bo nie lubię o tym mówić. A szczególnie teraz, gdy o tym pomyślę. To była najgorsza rzecz jaką mogłam usłyszeć od kogokolwiek i gdy teraz o tym wspominam to nadal się we mnie gotuje. Ale nie ważne - nie robiąc zbędnego przerywnika, urwałam temat - Tym razem moja budowla będzie najpiękniejsza i wygra. A wiesz dlaczego? - usiadłam na nogach i zaczęłam odsypywać suchy piasek. Lewis parsknął cicho pod nosem.
- Nie wiem.
- Bo nie mam konkurencji, a ty jesteś moim jury, więc tak jakby wygraną mam w garści.
- Jury musi być bezstronne - uniósł brwi, a ja wzruszyłam ramionami.
- Świat się nie obrazi i nie zawali, poza tym nikogo tu nie ma - na chwilę tylko podniosłam głowę by zaraz z powrotem ją spuścić. Zajęłam się przesypywaniem piasku, nawet w pewnym momencie zapominając o przyglądającym się z drugiej strony Lewisowi i zamierzeniu pójścia umyć się. Cóż, będziemy iść po ciemku przez plażę, ale co komu szkodzi? Mi to nie przeszkadzało, ale widocznie mój partner stwierdził co innego i konsekwentnie zarządził udanie się do domu na czas kąpieli.
- Ale ja nie skończyłam? - uniosłem głowę, gdy stanął nade mną.
- Skończysz później albo jutro.
- Jutro? To aż cała noc później - wyciągnęłam ręce w jego stronę. Złapał mnie za nadgarstki i pomógł wstać.
- I tak nie znalazłabyś muszelek, na które zapewne byś się uparła. Oraz wielu innych rzeczy, którymi byś swoje dzieło przyozdobiła - ruszyliśmy powoli w kierunku domu.
- Nie musiałabym. Byłoby i bez tego piękne.
- Jak mam oceniać to w pełni skończone - przyznałam mu i bez słowa zgodziłam się na dokończenie mojego zamku jutro, gdy słońce znowu pojawi się na niebie. Weszliśmy do środka budynku, od razu kierując się do sypialni. Rossy dzisiaj postanowiła zostać na noc, nawet nie wiem dokładnie dlaczego, ale to tak jakby jej drugi dom, a przynajmniej tak to odbieram. Stanęłam przy łóżku i rozciągnęłam się, opadając delikatnie na nie.
- Będę pierwszy - powiedział cicho pod nosem, zabierając ręcznik z oparcia krzesła. Uniosłam głowę do góry i zmierzyłam go spojrzeniem. Porwałam piżamę z łóżka i zerwałam się do łazienki. Chłopak, jako że posiadał niesamowity refleks pobiegł za mną.
- Nie! Ja będę pierwsza - krzyknęłam i chwyciłam za klamkę, otwierając je, ale w ostatnim momencie dłoń Lewisa oparła się na jasnym drewnie i zamknęła je z hukiem. Rossy będzie zła. Uniosłem gwałtownie głowę, napotykając błękitne spojrzenie i przeczący ruch głową - Dotknęłam ich pierwsza - wyprostowałam się, będąc optycznie wyższą, choć i tak dosięgałam mu ledwie do brody i oparłam tyłek oraz resztę pleców na drzwiach, zasłaniając tym samym klamkę, jako jedyny przedmiot zdolny do otworzenia tego pomieszczenia.
- Nie wydaje mi się - skrzywił się.
- Nie możemy myć się razem, więc ja idę pierwsza. Chyba, że uznasz moją wygraną - przyjrzałam się swoim paznokciom z udawaną obojętnością.
- O nie, moja droga. Kto niby tak zarządził?
- Bardzo ważna osoba, której imię zaczyna się na "H" i kończy na "Y", więc radziłabym nie zadzierać - spróbował mnie odsunąć, ale zaparłam się z szerokim uśmiechem, tym samym zginając na pół, gdy jego dłoń przypadkiem, albo uznajmy, że przypadkiem przejechała po moich żebrach.
- Oj Hailey... - stęknął, ale po chwili westchnął, zarzucając sobie ręcznik na ramię - Dobrze, ale nie siedź tam całą godzinę, proszę? - odsunął się na krok do tyłu, a ja uchyliłam delikatnie drzwi, kiwając na potwierdzenie głową.
- Nie siedzę godzinę - zaprzeczyłam, będąc jedną nogą już w łazience.
- Wcale, a już w szczególności, gdy masz do dyspozycji wannę. Mam ci policzyć dokładny czas spędzania? - skrzyżował ręce na piersi, a ja zawisłam na drzwiach i uśmiechnęłam się szeroko.
- No dobzie... - odparłam, przygryzając wargę - Pół godzinki - posłałam mu całusa w powietrzu i zniknęłam za drzwiami. W sumie to miał rację. Uwielbiam gorące kąpiele, a wanna jest taką chwilą odpoczynku i wytchnienia. Mogłabym siedzieć w niej cały czas gdybym tylko była w stanie i mogła. Ale trzymając się ustalonego czasu, wyszłam o odpowiedniej porze. Stanęłam na środku, rozglądając się za ręcznikiem, którego nigdzie nie było. Cholera.
- Lewiś! - stanęłam przy drzwiach, słysząc ciche kroki dobiegające z pokoju, co spowodowało u mnie jeszcze szerszy uśmiech. Ten ton miał oznaczać, że czegoś chcę, a chłopak doskonale o tym wiedział. Puknął w drzwi na znak, że jest już obok, a ja uchyliłam je mocniej - Bo... zapomniałam ręcznika z tego wszystkiego - usłyszałam jak cicho się śmieje pod nosem.
- Dlaczego mnie to nie dziwi? - świadomość, że między moim policzkiem, a jego twarzą znajduje się tylko jakaś nieznacząca warstwa drewna, denerwowała mnie.
- Nie moja wina, że ktoś postanowił mi wbić do łazienki przede mną skoro kolejka jest taka oczywista - prychnęłam rozbawiona.
- Zaraz ci go przyniosę. Gdzie jest? - odsunął się od drzwi. A przynajmniej tak mi się wydawało.
- Na łóżku. Albo na komodzie. Być może został przy szafie? - usłyszałam to głośne westchnięcie i cichnięcie kroków. Podskoczyłam wystraszona, gdy drzwi gwałtownie się poruszyły i z trudem chwyciłam klamkę od nich, przyciskając do siebie - Lewis! - zauważyłam ręcznik, który wystawał przez szparę. Zabrałam go, obwijając się nim dookoła, lecz nadal czułam nacisk na klamce - Jak tu wejdziesz to ci przywalę, nie ważne jak mocno - wlepiłam spojrzenie w miejsce, gdzie było najbardziej widać czy drzwi się poruszają.
- Kolejna groźba?
- Ostrzeżenie - poprawiłam go.
- Tyle razy widziałem cię nago, a teraz nie mogę? Sądzisz, że nie jestem w stanie się powstrzymać? To boli.
- Nie. Odbierz to jako pomoc i łaska z mojej strony,
- Bo się obrażę - prychnęłam, zabierając sukienkę z szafki obok, którą przed kąpielą zdjęłam. Odepchnęłam drzwi, ale delikatnie, jedynie strasząc go uderzeniem. Wyszłam na korytarz, przyglądając mu się uważnie i poprawiłam białą tkaninę utrzymującą się na moim ciele. W tym samym czasie, na mojej twarzy pojawił się złośliwy uśmieszek i ruszyłam dumnym krokiem w kierunku pokoju, czując na sobie spojrzenie Lewisa.
- Dziękuję za ręcznik kochanie - w przejściu zatrzymałam się, odwracając głowę w jego kierunku i po chwili zniknęłam w pokoju. Spodenki, spodenki, spodenki... o, spodenki i ta mniej ważna, górna część piżamy też. Odrzuciłam ręcznik na bok, którego zapewne w późniejszym czasie będę szukać albo zagram tak jak dziś. Ubrałam na siebie rzeczy, biorąc też w rękę w razie czego jakąś bluzę, choć w gruncie rzeczy pewnie i tak będzie leżała niepotrzebnie na boku. W czasie, gdy z łazienki dobiegał odgłos spływającej wody, ja zrobiłam parę mniej ważnych rzeczy, przy okazji rozczesując włosy, które spięłam w niestarannego koka podczas kąpieli. Po chwili Lewis wyszedł z łazienki i uciekając się do moich sposób czysto prowokacyjnych, wszedł do pokoju w samym ręczniku. Zmrużyłam oczy, odprowadzając go spojrzeniem i wróciłam nim na lustro przed sobą.
- To mój sposób panie Draxler - mruknęłam, udając że wcale mnie to nie rusza - Jeśli sądzisz, że to działa to jesteś w błędzie.
- Doprawdy? Nawet nie zacząłem się starać - na chwilę tylko odwrócił głowę w moją stronę.
- Wiesz, że mam tu lusterko?
- Wiem. A niby dlaczego stanąłem idealnie za tobą?
- Wracajmy już z powrotem na plażę - zarządziłam, zakładając kosmyki włosów za uszy.
- Ktoś tu ucieka? A może...
- Nie prawda - odwróciłam się i zmierzyłam go spojrzeniem, starając się nie podnieść wysoko kącików ust, które mimowolnie unosiły się wyżej.
- Czekaj - odstąpił od tematu, ubrał się i podszedł bliżej, marszcząc w niezadowoleniu brwi - Skąd te spodenki? - to był moment kiedy nie mogłam powstrzymać się przed uśmiechem. Spojrzałam w dół.
- Te? - przejechałam palcem po materiale - To moja piżama i jedyna rzecz, o której zapomniałeś mój geniuszu - poklepałam go po ramieniu - To idziemy już? - ponagliłam go.

Lewis?

Pacz jaka ładna liczba - 2020 słów ♥

wtorek, 22 sierpnia 2017

Od Joshuy cd. Milesa

Spojrzałem na moment w górę, przyglądając się całemu przodu domu Milesa. Przyjemnie. Tak normalnie. Nic wielkiego, ale nie przeszkadzało mi to. I z tego powodu naszła mnie myśl, że miałbym ogromny kłopot, gdyby nagle spytał o to czy nie chciałbym mu pokazać swojego miejsca zamieszkania, do którego nie chcę wracać. Chyba, że pokazałbym mój dom w Oslo, o ile nikt tam nie mieszka. Nadal pamiętam adres...
Przeniosłem spojrzenie na matkę Milesa i uśmiechnąłem się serdecznie, pierwszy wyciągając rękę w jej stronę.
- Miło mi panią poznać - kobieta uśmiechnęła się promiennie, również podała mi dłoń i wykonała ruch, do którego nigdy w życiu nie byłem przyzwyczajony. Którego nie spodziewałbym się od nikogo, tym bardziej obcego, jeśli mogę tak określić mamę chłopaka. Przyciągnęła mnie do siebie i przytuliła, a ja miałem wrażenie, że cały momentalnie sztywnieję w dezorientacji. Po chwili puściła mnie, kierując wzrok na syna, który zmierzył ją chyba dosyć poważnym spojrzeniem. Nie wiem, bo obecnie patrzyłem na nią nadal wewnętrznie zakłopotany. Wzruszyła ramionami i przeniosła spojrzenie na stojącą za mną Raven. Obudziłem się i ułożyłem sobie odpowiednie słowa w głowie.
- Nie ma problemu żeby została i weszła do domu? - zapytałem.
- Pewnie, że nie - odpowiedziała.
- Skoro ją zabraliśmy to raczej, że nie - wtrącił Miles, a ja zmierzyłem go spojrzeniem. Odwrócił wzrok i chrząknął głośno - No. To ten...
- Wchodźcie śmiało, chyba że już się nie przyznajesz do swojego domu - stanęła w przejściu i otworzyła szczerzej drzwi.
- Mamo, proszę cię - chłopak wszedł do środka pierwszy, a ja tuż za nim nieco ostrożniej.
- Spodziewałam się, że po jakimś czasie nas odwiedzisz, ale nie, że aż tak szybko - kobieta cofnęła się parę kroków, stając w głębi korytarza i przyglądała nam się z nadal wyrysowanym uśmiechem na twarzy. Miałem wrażenie, że jej spojrzenie przebija mnie na wylot, dlatego z nieschodzącym, delikatnym uśmiechem, spuściłem głowę w dół, zamykając drzwi za sobą. Do jednej rzeczy ta grzywka się przydaje. Zasłania cały świat i daje poczucie odcięcia się od reszty. A to było czasem pomocne i przydatne. Taka dodatkowa ochrona przed kontaktem wzrokowym i odwrócenie uwagi od siebie, której zwyczajnie nie lubiłem. Nie rozumiałem po co ludzie się we mnie wpatrują, chyba że rzeczywiście widzą we mnie coś strasznego. Bo raczej nic ciekawego w mnie nie ma.
- A nie cieszysz się z mojego powrotu? - Miles uśmiechnął się do mamy, która poruszyła ramionami ucieszona - Tata jest?
- Wróci za chwilę - odpowiedziała, opierając się o ścianę. Chłopak kiwnął głową, a ja kątem oka zobaczyłem jak spogląda w moją stronę. Nie odwzajemniłem spojrzenia, dyskretnie rozglądając się dookoła - A... Ian? - dodał ciszej, chyba w nadziei, że nie usłyszę, gdy podszedł bliżej kobiety. Pokręciła głową.
- Wyjechał na kilka dni. Chcecie coś do picia? - zmieniła temat i skierowała tym razem spojrzenie na mnie. Znowu.
- Wody proszę... jeśli można - zacisnąłem usta. Kiwnęła głową i spojrzała na Milesa. Wrócił spojrzeniem na nią.
- Może być - potwierdził i ruchem ręki zaprosił mnie do środka pomieszczenia. Kuchnia była połączona z jadalnią. To jedna rzecz, która przypominała mój dom, w którym także pomieszczenie gdzie jadała rodzina było otwarte i łączyło się z kuchnią. Może inaczej, rzadko jadała pełna, ale ogromny stół spełniał swoją rolę i wymogi właścicielki, która w kuchni i tak bywała nie często, ale co jakiś czas, ugotowała nieco. Poza tym, wszystko się tu różniło. Nie byłem na górze, ale mogłem się założyć, że i tak znajdę dużo różnic. Przede wszystkim było tu jasno, tym samym sprawiało wrażenie przytulnego. Nawet niby ciemna farba jednego z oddalonych pokoi wydawała się przez wbijające do środka światło jaśniejsza. U mnie było ciemno. Utrzymywane w stonowanych kolorach i pomimo dużych, czasem ogromnych okien, które miały dawać złudne poczucie oświetlenia tego wszystkiego, nie spełniały większej funkcji niż tylko szklana bariera, oddzielająca życie w czterech ścianach, a toczące się wydarzenia poza nimi. Dlatego tak przyjemnie było wychodzić, chociaż na tył, do ogrodu. Czuło się ulgę od przytłaczającej ciemności tego wszystkiego. I z tego co zdążyłem zauważyć to garderoba Milesa też wielce nie kontrastowała z jego domem. Dziwne, że zwróciłem na to uwagę, ale jakoś nie zauważyłem by kiedykolwiek, przez ten okres czasu, założył na siebie coś czarnego, a nawet ciemnego. Tak jak mój pokój. Utrzymywałem go w jasnych kolorach, w co na całe szczęście nie wnikała Samantha, obrończyni ładu jeśli chodzi o dom. Była taką perfekcyjną panią, pomimo tego, że sama go nie sprzątała. Nawet wtedy, gdy moje podejście do wszystkiego się zmieniło, nadal było jasno. Wkurzałem się, że to okno jest tak małe, ale mogąc wychodzić na rozpięte gałęzie drzewa, które rosło obok płotu sąsiadów, jakoś przeżywałem ten fakt. I pomyśleć, że moi nie mogli znieść tej wdzięcznej rośliny i bez serca ją wyciąć. Ulgą było to, że rosło pod drugiej, lepszej stronie.
- Wyluzuj, Josh. Nie jesteśmy na jakimś ogromnym spotkaniu dyrektorskim - słowa chłopaka zmusiły mnie do przeniesienia całej uwagi na niego, zostawiając jakże ciekawe ściany domu w świętym spokoju.
- Jestem całkiem... wyluzowany - opuściłem brwi, słysząc jak Miles parska cicho pod nosem. Nie widzę nic śmiesznego w tym.
- Widać, relaks pełną klasą normalnie - zadrwił, a ja przewróciłem oczami, wracając do oglądania pomieszczenia- Ale serio... nie musisz się tu jakoś wielce spinać. Kwieciste wypowiedzi zostaw sobie na inną okazję.
- Mówię normalnie - zaprzeczyłem, mając wrażenie, że to forma obrony przed natarciem na moje dziwne przyzwyczajenia i krytykę.
- Nikt nie mówi w taki sposób w domu - i tu wewnętrznie przyznałem mu rację. Odpowiedziałbym, że to jest kwestia twardego wychowania, kiedy to za każdym razem, gdziekolwiek, przy swojej cudownej rodzinie musiałem zachować się jak wzorowy syn. Mówienie za każdym razem dziękuję, proszę to był standard. Wzruszyłem jedynie ramionami, dając otoczeniu tylko niepewne poczucie wygranej. Dlatego czułem jak Miles próbuje się spojrzeniem wyszukać czy faktycznie przyznałem mu rację, czy też jednak trzymam się swojego miejsca. Wlepiłem spojrzenie w podłogę, lecz nadal mając na sobie wzrok chłopaka, zaśmiałem się cicho i odwróciłem z powrotem w jego stronę.
- Przestaniesz się we mnie tak wpatrywać?
- Co się śmiejesz? Nie wpatruję się - prychnął, unosząc szklankę z wodą na wysokość swoich ust i powtórzył mój ruch sprzed chwili, odwracając głowę, jak i całe ciało bokiem do mnie.
- Oczywiście - skinąłem głową.
- Jestem u siebie. Mogę robić co chcę, jasne?
- Jak słońce, książę - w tym samym momencie do kuchni weszła pani Lisa... nie pani, nie wiem jak powiedzieć, określić odpowiednio i usiadła obok syna. Więc temat zszedł raczej na typowe pytania jak jest w akademii i czy dobrze się tam czuje, a gdy sprawa została zbadana dosyć szczegółowo, przeszło na mnie. Tak, więc było wiadomo, że Norweg ze Szkocji, jako również nowy nabytek uniwerku. Więcej nie rozczulałem się nad sobą, a tym bardziej nad sprawą Amber, którą dosyć konkretnie przerwał mi Miles, widząc do czego rozmowa zmierza. Miałem wrażenie, że sam nie chce zaczynać, bo sytuacja z tamtego ranka nie była kolorowa, dlatego podczas drogi nawet nie wspomniał o tym. W sumie to mu dziękowałem. To dziwne, że ona po prostu tak odpuściła. Myślałem, że będzie trudniej, między innymi dlatego się tak obawiałem, ale widocznie nie było czego. Jak zwykle może po prostu za bardzo się przejąłem.
Po skończonej rozmowie, podczas której bawiłem się w większości szklanką, na której dnie nadal znajdowała się woda, był czas na pokazanie pokoju. Zostałem lakonicznie poinformowany przez chłopaka, że tam, w określonej części korytarza jest pomieszczenie zakazane, jak się okazało, pokój jego brata. Od razu zmienił temat, gdy przeniosłem na niego pytające spojrzenie i ruszył przed siebie. Co mogę powiedzieć o reszcie dnia? Było całkiem inaczej. W dobrym słowa znaczeniu. Poznałem również ojca Milesa, który okazał się całkiem przyjemnym mężczyzną. Mówił, że nadal nie stracił nadziei iż jego syn nabierze nieco trochę więcej ciała. Po raz pierwszy się roześmiałem, zaraz potem rzucając w stronę chłopaka przepraszające spojrzenie z przyznaniem, że to akurat było całkiem zabawne, a jego reakcja słodka. Po kolacji nastał wieczór, który spędziłem w swoim pokoju, czyli tak jak byłem przyzwyczajony. Spojrzałem na leżącą obok Raven, przypominając sobie o wieczornym, zresztą już całkiem spóźnionym spacerze. W tym samym czasie, gdy wstawałem spod łóżka, które okazało się całkiem wygodnym oparciem, a podłoga jakże miękkim materacem, do pokoju wszedł Miles. Nie pukał, ale skoro to jego dom, nie mogę od niego tego wymagać. Stanął w przejściu i spojrzał na smycz, którą trzymałem obecnie w dłoni, wskazując na nią ręką.
- Idę na spacer - klepnąłem Raven po udzie, a ona natychmiast poderwała się do góry i zbiegła na dół, tym samym zostawiając nas samych w pokoju.
- Tak po ciemku? - odprowadził białego owczarka wzrokiem.
- A chcesz iść ze mną? - rzeczywiście odebrałem to jako pytanie czy może prośbę, licho wie co. Naturalnie, nie widziałem w tym problemu, jednak on chyba już tak.
- Nie. Znaczy tak... Znaczy mogę - zmienił ton na obojętny.
- To znaczy tak czy nie?
- Nie pytaj - mruknął.
- Ktoś się boi ciemności - sprowokowałem go.
- Że ja? - odwrócił się, zakładając bluzę na siebie i zmierzył mnie zażenowanym spojrzeniem.
- Nie poradziłbyś sobie na północy gdzie jest dzień i noc polarna - skrzywiłem się, czując jak coś uderza mnie w plecy. Podniosłem głowę do góry i z pytającym wyrazem twarzy spojrzałem na chłopaka. Zrobił zdziwioną minę, szybko rozejrzał się po pomieszczeniu i zatrzymał wzrok na pierwszym, lepszym przedmiocie jakim był niedaleko stojące krzesło.
- Krzesło! No wiesz co? - pokręcił głową z dezaprobatą - Przepraszam za nie. Zachowuje się karygodnie - uniosłem brew do góry, łapiąc w dłoń smycz i podchodząc bliżej - Ale to naprawdę krzesło zrobiło, nie ja - cofnął się krok do tyłu.
- Dlatego krzesło będzie prowadziło Raven - wcisnąłem mu w dłonie smycz i wyszedłem z pokoju.
- To mogę robić za każdym razem - prychnął lekceważąco. Uśmiechnąłem się pod nosem, zaglądając ukradkiem do kuchni, z której było widoczne światełko dobiegające z głównego pokoju. Jak sobie pan życzy.
- Dobrze. Będziesz ją wyprowadzał, a to wcale nie jest takie łatwe. Zapamiętam - otworzyłem po cichu drzwi i wszedłem na dwór, skąd zimne powietrze owiało mnie dookoła. Nie miałem bluzy, bo z przyzwyczajenia jej nie zabrałem, ale teraz poczułem ten momentalnie chłodny wiatr. Szybko się przyzwyczaję.
Wyszliśmy na zewnątrz, a z racji tego, że było już naprawdę ciemno, raczej trzymaliśmy się drogi. Nie chodnika, ale drogi, bo Miles stwierdził, że chodzenie po wyznaczonych ścieżkach jest zwyczajnie nudne i przereklamowane. Poza tym, o tej godzinie rzadko jeżdżą tu samochody, więc jego życiu nic nie grozi. Więc przystałem na propozycję spaceru pośrodku drogi, oddając smycz w ręce chłopaka.
- I co? - odparł dumnym, zadowolonym głosem.
- Co? - uniosłem brwi.
- Tak mnie straszyłeś, że biały diabeł z niej, a ona taka grzeczna...
- Mhm - mruknąłem pod nosem, odwracając głowę.
- Czyli... przyznajesz?
- Ale co? - odparłem rozbawiony.
- No Joshua! - krzyknął, po chwili rozglądając się dookoła czy w którymś z domów nie zapaliły się światła.
- Nie krzycz, bo dzieci obudzisz - odpowiedziałem po chwili ciszy. Spiorunował mnie spojrzeniem - Dobra, przyznam ci twoją świetność w wyprowadzaniu psa, ale zanim to zrobię...- przerwałem, tym razem sam się rozglądając - Raven! Mysz! - krzyknąłem, będąc świadomy braku skupienia Milesa na psie, a gdy ta nastawiła uszy i szarpnęła do przodu, miałem już niemal pewność, że chłopak straci równowagę i jakże pięknie upadnie na asfalt. Słowo "mysz" działało na psa jak płachta na byka. Zaśmiałem się pod nosem w miarę cicho. A jednak się utrzymał na nogach - Nic ci nie jest? - spytałem z troską. Jego zdezorientowana mina zmieniła się automatycznie. Zmrużył oczy i warknął pod nosem.
- Zrobiłeś to specjalnie!
- Powiedziałeś, że możesz z nią wychodzić. W pokoju jest spokojna, ale na zewnątrz budzi się w niej instynkt wilka - wzruszyłem ramionami - Tylko jej nie puść, bo będziesz jej szukał.
- Oczywiście - prychnął.
- No oczywiście. Myślisz, że ci to odpuszczę? - zatrzymałem się i wyprostowałem. Wiem, że wyglądam na takiego, a nawet zachowuję się jakbym miał za chwilę rzucić wszystko, zignorować i zostawić za sobą, wypominając konsekwencje tego czynu do końca życia, ale jeśli chodzi o odpuszczanie to była całkiem inna sprawa. Byłem konkretny w tych sprawach, tyle mogę powiedzieć i tak określić. Czy poprawnie? Nie wiem.

Miles?

Administracion, 2032 słowa +

Od Victorii do Julesa

Otworzyłam zmęczone oczy i spojrzałam na zegarek, a chwilę później ze zrezygnowaniem opadłam z powrotem na łóżko. Ten niezwykle krótki i niespokojny sen kiedyś mnie wykończy.
- Może mój stuknięty brat tym razem ma racje… - mruknęłam, szczelniej okrywając się kołdrą. William Grant w większości przypadków nie myli się, to trzeba skurczybykowi przyznać. Nie dawniej, niż tydzień temu sugerował mi, abym poważnie zastanowiła się nad zakupem jakichś proszków na poprawę jakości snu.
Przymknęłam oczy, chcąc iść dalej spać. Bo kto normalny wstaje w sobotę, na dodatek wakacyjną, o godzinie piątej trzydzieści siedem rano? Chociaż, jakby głębiej się nad tym zastanowić, to nigdy głośno nie określiłam swej osoby tym przymiotnikiem… Kochany Ozzy najwyraźniej także popierał mój tok myślenia, bo wyraził ogromny sprzeciw, gdy tylko przewróciłam się na drugi bok. Z początku zignorowałam jego szczekanie, ale darł się coraz głośniej… i głośniej… i… Wskoczył na łóżko, nadal niemiłosiernie ujadając. Zdjęłam go z siebie i zarzuciłam na owczarka koc. Piesek uwolnił się i zeskoczył z powrotem na podłogę. Usiadłam na krawędzi łóżka, a Ozzy znów rozpoczął koncert.
- Uważaj, bo do ciebie strzelają! Bang, bang! - wysunęłam w jego stronę utworzony z dłoni pistolet i oddałam dwa strzały. Z początku szczeniak bronił się, jednak ostatecznie padł trupem na dywan. Pokręciłam ze śmiechem głową. Coś z tymi zwłokami było nie tak… Ale co? Hmmm… Przecież radośnie merdający ogon jest czymś naturalnym po śmierci. - Chodź, idziemy jeść! - zachęciłam go, wstając z łóżka. Chyba muszę udać się do najbliższej parafii z informacją o cudzie zmartwychwstania pewnego psa…
O ile dobrze pamiętam, zaczęłam nawet robić sobie herbatę, ale byłam zbyt zmęczona, aby ją pić. Po spożyciu swego posiłku żywy trup pozwolił mi udać się na ponowny spoczynek.
***
Ponownie obudziłam się około godziny dziesiątej. O dziwo nie zrobiłam tego sama z siebie, bowiem zostałam bezczelnie obudzona odgłosem trzęsących się od natarczywego pukania do drzwi. Pies dostawał już szału, zresztą nie tylko on. Zerwałam się z łóżka i pobiegłam otworzyć drzwi, chwytając po drodze za nóż, którym poprzedniego dnia kroiłam owoce na sałatkę.
- Dzięki za delikatną pobudkę, Grant. - powiedziałam niemal przez zaciśnięte zęby.
- Ależ cała przyjemność po mojej stronie, Grant. - odparł William, przekroczywszy próg mojego pokoju. Powinnam się cieszyć, że w ogóle łaskawie raczył zapukać. Kilka razy przerabialiśmy już takie naloty połączone z dokładną rewizją i z dumą mogę oświadczyć, że poczyniliśmy niezłe postępy od jego poprzedniej, równie dyskretnej wizyty.
- Obudziłeś mnie, palancie. - mruknęłam, zamykając za nim drzwi. Po moim pokoju zawsze paradował, jakby był szlachcicem w swym dworku czy pałacu. Dumny, żwawy krok; pierś do przodu i ten uśmiech na ustach. Już nie wspominając o tym, że czuł się jakby był u siebie.
- Zwykle to ty budzisz mnie. - zauważył. - Zacząłem się martwić i snuć rozmaite teorie o porwaniu. Rozważałem ufo i kosmitów, iluminatów, panią sekretarkę oraz świeżo poznanego typka w stylu bad boy. - wyliczał na palcach.
- Zdaje się, że zapomniałeś o Ściśle Tajnym Stowarzyszeniu Staruszek Zjednoczonych W Walce Z Wykreowanym Przez Nie Same Satanizmem. - podsunęłam, wręczając mu kubek przygotowanej (jeszcze o godzinie 6:00) herbaty. Brat popatrzył na mnie ze zdziwieniem.
- No, co? Panoszysz się, jakbyś był u siebie, więc oto przygotowana przez ciebie herbata. Jako gość we własnej kuchni sama sobie zrobię. Spokojnie, nie musisz mi pokazywać, gdzie od pół roku trzymam torebki z herbatą. - mruknęła, na co Grant prychnął śmiechem.
- Ależ nie krępuj się, siostrzyczko! Moja herbata woda i czajnik są dziś do twojej dyspozycji!
- Jestem ciekawa, jaki interes kryje się za tą twoją przesadną uprzejmością. - uniosłam w górę brew.
- No, dobra! Masz mnie! I przyznaję się bez bicia! - uniósł ręce w geście obronnym.
- Masz sześć lat, że nie potrafisz mówić wprost? - fuknęłam, zalewając torebkę wrzątkiem. Chłopakowi zaczął plątać się język. Uwielbiałam patrzeć na niego w tym stanie. Wyglądał tak niebywale bezradnie, nieco żałośnie i prześmiesznie! - Ach, no tak! Przecież nawet sześciolatek wie, że język służy między innymi do komunikacji i potrafi go używać.
- Przegięłaś! - burknął, odwracając się do mnie plecami. Wywróciłam oczami i usiadłam obok niego na kanapie. Jednak nie mogłam się powstrzymać i wybuchnęłam śmiechem. - Jeszcze coś?
- Taaaak! Wyglądasz jak gruby chomik, któremu ktoś właśnie zabrał miseczkę z jedzeniem! I te nadęte polisie! - dźgnęłam go wskazującym palcem w lewy policzek.
- Czy ty właśnie zasugerowałaś, że jestem GRUBY! - oburzył się.
- Nieeee, no skąąąąd… Może tylko trochę… - nie zdążyłam nic więcej powiedzieć, bo William chwycił mnie w pasie i położył obok siebie na kanapie.
- Gruby chomik? - spytał, nie puszczając mnie.
- Spasiony, obżarty, gruby chomiczek z ogromnymi policzkami! - powtórzyłam, a ten zaczął mnie łaskotać. Śmiałam się i wywijałam nogami w powietrzu, a kilka razy o mało on nie dostał kopa.
- Nauczysz się szacunku do starszych. Znaj mą litość.- mruknął emeryckim tonem, puszczając mnie wolno. - Za karę musisz wybrać się ze mną do miasta. Dziś koło jedenastej Jackie i Leo wracają z wakacji w Stanach, więc trzeba ich jakoś przywitać. - wyszczerzył się. Doskonale wiedział, że nienawidzę spędzać czasu bawiąc się na dyskotece z tłumem obcych ludzi dookoła. Nie bawi mnie także upicie się w klubie i zamartwianie o bezpieczny powrót do Morgan University. Chwila tak zwanej „rozrywki”, a może człowieka kosztować życie lub zdrowie.
- Jeśli nie pójdę po dobroci, to mogę liczyć na twoją DELIKATNĄ pomoc, czyż nie?
- Zawsze do usług, mademoiselle! - wyszczerzył się, odkładając pusty kubek na stolik. Wywróciłam oczami, na co mój brat poszerzył swój uśmiech jeszcze bardziej. Nie do końca jestem pewna, jak tego dokonał, ale… pomińmy ten temat…
- Kiedy po raz ostatni ci mówiłam, jak bardzo cię nienawidzę?
- Czy ja dobrze usłyszałem pytanie? „Kiedy po raz ostatni mówiłam ci, jak bardzo lubię spędzać czas na mieście ze swoimi przyjaciółmi i najlepszym bratem jakiego mogłabym mieć?” - zadowolony z siebie, w podskokach wybiegł z mojego pokoju. Oczywiście nie jest na tyle dobrze wychowany, aby zamknąć za sobą drzwi… To zdecydowanie za dużo, jak na jego możliwości…
Wykonałam tą czynność za niego i ponownie usiadłam na kanapie. Moją uwagę przykuło jakieś opakowanie na stoliku. Will musiał je postawić razem z kubkiem po herbacie. Pewnie nikogo nie zdziwi fakt, iż były to przepisane mi leki na poprawę snu. Przeczytała etykietę i łyknęłam jedną z zielonych kapsułek. Ułożyłam się wygodnie na tej głupiej kanapie, bo łóżko było za daleko.
***
No i kolejna pobudka. Tym razem pospałam znacznie dłużej i lepiej, a co najważniejsze wstałam z własnej woli. Popatrzyłam na zegarek. Jeśli się pospieszę, to jeszcze zdążę załapać się na obiad.
Po posiłku wróciłam do pokoju, aby przebrać się w bryczesy i polo do jazdy. Amnesia dawno nie skakała… Przydałoby się ją ruszyć z boksu. Gdy dotarłam do stajni, Will akurat kończył rozsiodływać Black Jack’a.
- I jak Blackie? - rzuciłam, opierając się o drzwi boksu.
- Jak na niego, całkiem nieźle. Z początku trochę brykał, ale jestem z niego zadowolony. Ucieszysz się, bo… - dramatyczna pauza. - masz czystego konia! Wyczyściłem ją, nim wsiadłem na Black’a.
- Mam to potraktować jako wynagrodzenie dzisiejszego wieczoru? - mruknęłam, kierując się w stronę siodlarni.
- Myślałem, że z przyjemnością pojedziesz! Bycie singielką ewidentnie ci nie służy, więc pomyślałem sobie… - urwał na widok mojej wkurzonej miny.
- Nie służy?! – powtórzyłam po nim, zbliżając się do brata.
- Eeee… Tak trochę… - zaczął cofać się do tyłu.
- Ach tak? Nie chciałam ci wypominać, jak ty się zachowywałeś, gdy byłeś wolnym strzelcem! – podbiegłam do niego i popchnęłam lekko. – I wiesz kto musiał to znosić?
- Ej! Nie możesz ze mną walczyć, jesteś miniaturowa! – chwycił mnie za nadgarstki, więc kopnęłam go w piszczel. – Auć! No, dobra! Wygrałaś! – szybko mnie puścił i zaczął rozmasowywać bolącą nogę.
- Nigdy nie zadzieraj z miniaturkami, a zwłaszcza gdy są rudzielcami! – zawołałam triumfalnie, zostawiając go skulonego przy boksie ogiera. Wreszcie znalazłam się w siodlarni, skąd zabrałam siodło skokowe, ogłowie, ochraniacze na wszystkie cztery nogi oraz (tak na wszelki wypadek) torbę ze szczotkami.
- Czyżbyś mi nie ufała? – spytał William, gdy mijałam go po drodze do boksu Siwej.
- Od lat nikomu nie ufam, a tobie to już szczególnie. – wystawiłam język w stronę brata.
- A nie mówiłem, że za długo jesteś singielką?! Zaczynasz wszędzie wokół widzieć zagrożenie, nawet we własnym bracie! To niedorzeczne! – chłopak dogonił mnie i teraz jego głos słyszałam tuż za plecami.
- Nawet gdyby pojawił się ktoś interesujący, to i tak nie zbliżyłby się do mnie na odległość większą niż trzy metry. Już ty być o to zadbał, braciszku! – prychnęłam śmiechem, kładąc sprzęt na wieszaku obok boksu Amnesi.
- Bo do ciebie lgną same typy spod ciemnej gwiazdy! Znajdź sobie kogoś podobnego do Leo!
- „Oldschoolowego rockandrollowca”, który potrafi świetnie śpiewać i tańczyć, więc lecą na niego tabuny dziewczyn, ale z niego jest taka sierota, że nie umie…
- Dosyć! – przerwał mi, na co uśmiechnęłam się pod nosem.
- Zrozum, nie potrzebuję rycerza w lśniącej zbroi, który zdoła mnie ochronić. Sama sobie poradzę! – mruknęłam, wchodząc do boksu klaczy.
- A jeśli nie, to najpierw nakopię ci do tyłka, a potem sam znajdę ci chłopaka! – zagroził, odchodząc od boksu. Pokręciłam ze śmiechem głową i zabrałam się za siodłanie Siwej.
***
Po zakończonym treningu, wróciłam do pokoju w celu wzięcia prysznicu i zmiany stroju. Rzecz jasna, wszystko odbywało się pod czujną eskortą mojego głupiego brata.
- Naprawdę musisz tu siedzieć? – spytałam niepewnie, gdy zamykałam drzwi do łazienki, obok których wytrwale siedział William.
- Owszem. – odparł, szczerząc się. Wywróciłam oczami i zatrzasnęłam za sobą drzwi. W tej chwili już próbuje być złośliwy. Zrobi wszystko, byle tylko postawić na swoim. Stara się ruszyć mnie z pokoju i z jednej strony dziękuję mu za to, ale z drugiej mam ochotę powiedzieć mu: „Spierdalaj, tam są drzwi!”. Tym razem pojadę z nim, bez żadnych scen i awantur, ale po powrocie poważnie z nim pomówię…
W mieście byliśmy około siódmej wieczorem. Leo i Jackie już czekali na nas pod barem. Całe szczęście od razu zapowiedzieli, że chcą wcześnie wracać do domu wujka, bo są zmęczeni po podróży. I dotrzymali słowa!
Już o dziewiątej ruszyliśmy na quadach z powrotem do akademii. Jacqueline tak się spieszyła, że zapomniała swojej torebki. Jako dobra koleżanka, zabrałam ją ze sobą (nie naruszając zawartości!). Po zaparkowaniu na terenie MU, Will znów zaczął swoje…
- Ja nie rozumiem, jakim cudem ty sama jesteś! Połowa chłopaków śliniła się na twój widok!
- Dziewczyna z blizną i rudymi włosami zazwyczaj przyciąga wzrok takich gapiów i debili. – fuknęłam, ściągając z głowy kask.
- Ty to masz wymagania… - pokręcił głową i ruszył do akademiku. Zostałam jeszcze chwilę przy maszynie, chcąc sprawdzić czy rzeczywiście mam coś ze światłem.
- Przydałoby się pokazać to chłopakom… - mruknęłam do siebie i wyjęłam kluczyk ze stacyjki.
- Cześć! – usłyszałam za plecami obcy głos. Ze strachu wymierzyłam w nieznajomego najpierw jeden, a potem drugi cios. Jednak oba zostały obronione. Nim się zorientowałam, stałam obezwładniona twarzą do ściany budynku. Na szyi i uchu czułam ciepły oddech, od którego aż ciarki przeszyły moje ciało. Stałam bez ruchu, niczym sparaliżowana. Co by tu zrobić? Cholera, trzeba było użyć torebki Jackie…

Jules? xD

info dla administracji: 1852 słowa ^^ +

Od Julesa cd. Milesa

- Naprawdę wierzysz w to, że uda ci się go ukryć przede mną? - Spojrzałem na niego.
- Em.. tak?
- To się grubo mylisz, skoro jest podobny do Adriena, jestem pewny, że rozpoznam, który to. Może nawet będziemy w jednej grupie? - Uniosłem brwi, czekając na jego reakcję.
- W której jesteś? - Rzucił mi groźne spojrzenie.
- Chyba w trzeciej, nie zdążyłem sprawdzić, ale pani Ruby mówiła... - przerwałem, gdy zobaczyłem jak w jednej chwili jego policzki się zaróżowiły - jestem z nim w grupie, prawda?
- Nie - rzucił.
- Kłamczuch! - krzyknąłem, rzucając w niego bokserkami, które właśnie wyjąłem z torby.
- Nawet nie próbuj go szu... chwila.. czy to bokserki z ananasami? - Zmarszczył brwi, podnosząc je z ziemi - Są świetne! Już są moje.
Miles wcisnął bokserki do kieszeni i wrócił do swojego groźnego spojrzenia, skierowanego w moją osobę. Byłem przyzwyczajony do tego, że zabiera mi ubrania, w końcu ja zawsze mu się odwdzięczam tym samym. Pewnie mam w torbie kilka jego koszulek, czy skarpetek, chociaż nich zazwyczaj nie lubię pożyczać. Odkąd się zorientował, że mu je podbieram, zaczął wrzucać brudne do szuflady z bielizną i po kilku razach jakoś mi się odechciało.
- Nie za duże? - zaśmiałem się.
- Oj już nie przesadzaj, nie widziałeś, to nie gadaj. - Wywrócił oczami i zerknął w stronę mojej walizki. - Masz tam jeszcze coś ciekawego?
- Może znajdę jeszcze bokserki w dinozaury, które Camilla mi kupiła. - Wzruszyłem ramionami.
- No nie gadaj, że masz bokserki w dinozaury!
- No właśnie gadam, że mam bokserki w dinozaury!
- Bokserki w dinozaury są ekstra!
- Jeśli jeszcze raz usłyszę dzisiaj bokserki w dinozaury, to chyba wyskoczę z balkonu - mruknąłem pod nosem.
- Złapię cię - odpowiedział, rozkładając się wygodnie na łóżku.
Wypakowałem wszystkie bagaże, oczywiście pod czujnym okiem Milesa. Wszystko musiało być ładnie poskładane i poukładane, a jeżeli bym tego nie zrobił.. najpewniej on by się tym zajął. Nigdy nie mógł patrzeć na bałagan jaki po sobie zostawiałem i sam zaczynał sprzątać. Taki przyjaciel to prawdziwy skarb. Dopóki nie przywali ci miotłą po głowie, ale oczywiście całkiem przypadkiem. 
- Zmień koszulkę - mruknął do mnie, gdy już chciałem spokojnie usiąść.
- Bo?
- Bo jesteś cały ubrany na czarno, a zaraz idziemy na stołówkę, żebyś mógł sobie poobczajać to i owo.
- I dlatego muszę się przebrać? - Uniosłem brwi.
- Taaak. Bo inaczej będziesz wyglądał jak emo - zaśmiał się, podnosząc do pozycji siedzącej - No już, ja popatrzę.
- Trzeba było powiedzieć, że chcesz żebym się przed tobą rozebrał, a nie wymyślać. - Wywróciłem oczami i zacząłem się śmiać.
- Szybciutko, bo nie zdążymy na obiadek!
- Mam tylko jedną białą koszulkę - jęknąłem, podchodząc do szafy.
- Akurat, zakładaj.
- Mam przy tym zatańczyć? - spytałem, zanim zdjąłem t-shirt.
- Tym razem nie musisz, wieczorem będzie bardziej.. hm.. klimatycznie.
Wywróciłem oczami i jednym ruchem zdjąłem koszulkę, rzucając ją gdzieś na biurko. Oczywiście od razu spotkało się to z groźnym spojrzeniem Milesa, które mówiło posprzątaj, albo wyrzucę za okno. 
- Już zapomniałem jak one wyglądają. - Skrzywił się. - Jak ostatnio je widziałem, były jeszcze... świeże.
- Zdążyły się zagoić. - Wzruszyłem ramionami i wyjąłem białą koszulkę. - Z czasem trochę zjaśnieją.
- Są okropne.
- Dziękuję, Miles. Sam bym na to nie wpadł. - Naciągnąłem t-shirt i odwróciłem się w jego stronę.
- Oj przestań i tak cię kocham. Nadrabiasz urokiem osobistym. - Wyszczerzył się, puszczając mi buziaka. - Nie złapiesz?
Machnąłem ręką w powietrzu, łapiąc buziaka  i przyłożyłem sobie otwartą dłoń do policzka.
- Lepiej?
- Zdecydowanie - zaśmiał się - a teraz biegniemy na obiadek!
Ledwo zdążyłem ubrać buty, bo Miles wręcz siłą wyciągnął mnie z pokoju. Ciekawiło mnie, kiedy spotkam tego chłopaka, który mu się spodobał. Minęło już naprawdę dużo czasu od śmierci Adriena i Miles musi ruszyć na przód, a ja zamierzam mu w tym pomóc. Wiem, że to było dla niego cholernie ciężkie, mi też nie było łatwo. Nie potrafiłem patrzeć jak mój przyjaciel cierpi. Kilkukrotnie prosiłem Camillę, by z nim porozmawiała. Chciałem nawet jeździć z nim po lekarzach. Nie mógłbym go stracić, dlatego byłem przygotowany na wszystko.
~~*~~*~~
- Wypatrzyłeś coś? A raczej kogoś? - spytał, wypychając sobie usta sałatką warzywną.
- Nie wiem, czy zauważyłeś, ale jesteśmy tu praktycznie sami.
- Pewnie mają treningi, zaraz przyjdą - mruknął.
- Skup się na jedzeniu, okej? Bo gubisz - zaśmiałem się, a Miles po raz kolejny tego dnia zmierzył mnie gniewnym wzrokiem.
Gdyby wzrok mógł zabijać, już dawno byłbym martwy. Teraz tylko mam nadzieję, że Miles nie rzuci we mnie kawałkiem sałaty, który właśnie wypadł mu z ust.
Gdy chłopak kończył jeść, do stołówki zaczęli schodzić się uczniowie. Faktycznie, muszę przyznać, że jest tu na czym oko zawiesić. Miles od razu przedstawiał mi wszystkich ze swoimi krótkimi komentarzami typu idiota, nie lubię, całkiem spoko, z tymi się nie zadawaj. Oczywiście nie miałem zamiaru szukać tu przyjaciół. Mam tu jednego i nie potrzebny mi nikt inny.
- Tamta jest niezła - odezwałem się, wskazując jedną z dziewczyn stojących w kolejce.
- Eee.. nie polecam. - Skrzywił się.
- Dlaczego?
- Długa historia, kiedyś ci opowiem. - Wzruszył ramionami i nareszcie skończył jeść.
- Myślałem, że nigdy nie skończysz jeść - westchnąłem. - Jedziemy do miasta na jakąś kawę?
-  Czy to będzie randka? - Uśmiechnął się szeroko.
- Jeżeli chcesz.
- Skoro zapraszasz mnie na randkę, to oznacza, że ty płacisz, więc jasne, że chcę!
- Głupi jesteś - zaśmiałem się.
- Nie bardziej niż ty. - Wystawił język w moją stronę. - Jedziemy moim, czy... tylko mi nie mów, że zabrałeś motocykl.
- Zabrałem i całkiem przypadkiem mam kluczyki przy sobie. - Uśmiechnąłem się.
- Uwielbiam ten twój nonszalancki uśmiech. Jedziemy!
Zerwał się od stołu i wręcz wybiegł ze stołówki, zostawiając mnie daleko w tyle. Dopiero po chwili cofnął się, by zobaczyć, czy przypadkiem nie zapomniałem za nim pójść. Stał na środku wielkiego holu z wielkim bananem na twarzy. Jak ja tęskniłem za tym idiotą, naprawdę. Nie mam zielonego pojęcia, jak wytrzymałem tak długo bez niego. Ciężko przetrwać dzień bez widoku tej uśmiechniętej mordki.
Gdy przechodziliśmy przez drzwi wyjściowe, do akademika wchodził właśnie jakiś chłopak. Już na pierwszy rzut oka wyglądał na troszkę zbyt pewnego siebie i przechodząc pociągnął mi z bara.
- Uważaj kurwa jak chodzisz! - burknąłem do niego na tyle głośno, by mieć pewność, że mnie usłyszał.
- Przepraszam - mruknął pod nosem.
Odwróciłem się w stronę Milesa, który w tym momencie próbował powstrzymać wybuch śmiechu.
- Wielbię cię mój mistrzu - zrobił do mnie maślane oczy i zaczął się śmiać - ale wiesz, że nie lubię jak przeklinasz, prawda?
- Wiem, staram się. - Wywróciłem oczami.
Zazwyczaj przy nim nie przeklinam, wiem, że tego nie lubi, ale czasem jest to silniejsze ode mnie. Tak samo jest z papierosami. Nie paliłem odkąd wyjechałem z domu, a gdybym tylko spróbował zapalić, najpewniej znikąd Miles wyjąłby pistolet na wodę i strzeliłby mi nim po twarzy. Już kiedyś tak robił, gdy próbował pozbyć się mojego nałogu.
Udaliśmy się w stronę parkingu, gdzie chłopak od razu wypatrzył mój motocykl.
- Ja prowadzę! - zawołał.
- Nie ma szans. Nie pozwolę ci prowadzić, zrobisz nam krzywdę.
- Oj, przestań. Jeździłem kiedyś na takim - jęknął i zrobił naburmuszoną minę.
- Kamień, papier, nożyce? - Uniosłem brwi, a Miles podjął wyzwanie.
Toczyła się między nami zacięta walka. Minęły cztery rundy i ciągle wybieraliśmy to samo. Całe szczęście, że za piątym wybrałem nożyce, zapewniając sobie tym wygraną.
Tak czy siak nie pozwoliłbym mu prowadzić, no chyba, że znowu zrobiłby do mnie te swoje maślane oczka. Wtedy bym nie wytrzymał.
- Oszukiwałeś! - krzyknął.
- Jak można w to oszukiwać?
- Nie wiem, ty mi powiedz. - Złożył ręce na piersi, oczekując mojej odpowiedzi.
- Widocznie znam cię na wylot i doskonale wiem, co wybierzesz.
- Trafna uwaga. - Uniósł palec do góry. - Ale kiedyś dasz mi prowadzić.
- Może kiedyś. - Uśmiechnąłem się.
Kłótnie z Milesem miały to do siebie, że w ogóle ich nie było. Jak moglibyśmy się chociażby sprzeczać, gdy widzę jego naburmuszoną minę zawsze chce mi się śmiać. Jak coś nam nie wyjdzie to najwyżej się zwyzywamy nawzajem i już jest dobrze. Wydaje mi się, że po śmierci Adriena nasze relacje się bardzo polepszyły. Byłem dla niego najlepszym wsparciem i jedynym, jakie chciał przyjąć. Bardzo ciekawił mnie ten chłopak, o którym mówił Miles. Chciałbym go zobaczyć, czy faktycznie jest tak podobny do Adriena. Young cholernie za nim tęskni i może mu się tylko wydawać, że są podobni. Dopóki go nie zobaczę, nie będę do tego tak przekonany.
Wziąłem kask i podałem go Milesowi.
- Masz tylko jeden? - Uniósł brwi.
- Mhm, ja nie potrzebuję. Tobie bardziej się przyda. - Wzruszyłem ramionami i wsiadłem na motocykl.
Miles nie dyskutował, bo wiedział, że i tak nic nie wskóra, więc po prostu go założył.
- Nie podoba mi się to, musisz kupić drugi, żebyś mógł mnie wozić - zaśmiał się, zapinając kask.
- Kiedyś o tym pomyślę, a teraz wskakuj. Tylko pamiętaj, ze musisz się dobrze trzymać - zaśmiałem się.



Jules? 

Dla administracji: 1512 słów +

Od Tessy

Dość niepewnie wygrzebałam się z samochodu Ojczyma. Nowe miejsca zawsze powodowały u mnie ciarki. Nienawidzę nowosci.. Nowością było życie bez mamy.
-Hej.. Tess?-Dave wyciągnął lekko rękę w moim kierunku. Kiwnęła głową, on i tak wiele ostatnio znosił.
-Ja.. Jak tam Bobosie?
-Stoją bezpiecznie w bagażniku.. Przecież specjalnie owijałaś je jeszcze tą .. folią..
-Papierem ochronnym.. Ja nie chce żeby się połamały! One mają uczucia -Wymamrotałam i podeszłam do bagażniku. Podniosłam klapę i spojrzałam na natłok walizek w jednym miejscu. Powoli udało mi się dokopać do Kaktusików. Były całe i zdrowe! Uśmiechnęłam się pod nosem i ruszyłam z moimi dziećmi w kierunku akademii.
-A walizki?
-Od czegoś zabraliśmy Franco?-Posłałam lekki uśmiech w kierunku brata w samochodzie. Wywrócił oczyma i wysiadł.
-Wiesz ze cię nienawidzę.. Prowadź -Westchnął i złapał pierwsze lepsze torby. Po chwili szliśmy w kierunku budynku. Ja szłam.. Oni się wlekli za mną z moimi rzeczami. Ja niosłam najważniejsze roślinki.  Znalezienie pokoju nie zajęło mi długo ale sapanie za mną dawało mi do zrozumienia że zginę marnie jak się nie pospieszę z otwieraniem drzwi. Przekręciłam klucz i otworzyłam drzwi najszerzej jak sie dało. Dave i Fracno  weszli szybko do środka i po chwili obaj padli na moje nowe łóżko.
-Dziękuje.. Chcecie wody?-Postawiłam pudełko z kaktusami na biurku i odwróciłam się do moich dzielnych mężczyzn .
-Tak.. Poproszę skarbie -Wymamrotał Dave a Franco prychnął tylko głośno, przyjęłam to za "tak". Wygrzebałam kubeczki z jednego z kartonów i nalałam kraniczanki. Podeszłam do sapiących słabeuszy i podałam im napój bogów. Wypili wszytko na raz.
-Dziena.. Młoda nie wiem jak ty ale masz spoko ten pokoik.. Mój jest jedną trzecią tego co ty masz -Pokręcił ręką w nieokreślonym geście.
-No wiadomo.. Bo to nie jest medycyna.. Nie jestem tak złym człowiekiem
-Przynajmniej nie studiuje prawa..
-Ale gadasz o tym że studiujesz medycyne.. To wystarczające zło -Burknęłam i odebrałam mój kubek z hipopotamem z jego łapsk.
-Moje dzieci potrzebują wody -Burknęłam i nalałam pełen kubek. Po chwili wystawiałam  roślinki z kartonu i dokładnie oglądałam każdą z nich.
-Miles ma ułamane kolce -Jęknęłam załamana.
-O nie.. Nie będzie mógł... stać i kłuć jak wcześniej -Głos Franco ociekał sarkazmem.
-Sadaj.. Plants are..
-Friends wiem wiem.. Ale ty jesteś idiotką -Posłał mi buziaka. Złapałam wyimaginowanego całuska w rękę i przyłożyłam do tyłka.
-NO WEEEŹ
-Kiss my asss sweet brother-Posłałam mu uśmiech i skończyłam podlewać moje biedne roślinki.
-Tess.. Musimy jechać mamy lot za parę godzin ale..
-Wiem wiem.. Dzwonicie co dziennie i skype.. Spooooko -Odprowadziłam ich do samochodu i ucałowałam w policzki.
-Kocham was.. Dziękuje..
-Zajmij się Florece okay?
-Przecież to..
-Mama chciała żebyś ją miała wiec ją masz -Wzruszył ramionami Dave. Przytuliłam go mocno.
-Dziękuje -Wymamrotałam i machałam im jak jechali.. I wtedy poczułam jak wielka fala smutku zalewa całe moje ciało. Miałam tak bardzo przejebane. Nie znam tu nikogo, nie wiem nawet gdzie co jest... ZAJEBIŚCIE.
Przełknęłam ślinę i ruszyłam za zapachem siana..
<Ktoś? PLLLLZZZ>

Odejście!

Z dniem dzisiejszym żegnamy: Eliota


Powód: Wyjechał z Emmą do Holandii, gdzie nadal żyją razem długo i szczęśliwie, bo Emma NIE ZOSTAWIŁABY SWOJEGO CHŁOPAKA!

Tessa Boornam i Florence

Wizerunek: Bree Morgan
Motto: To że coś nie jest "okay: nie oznacza że musisz o tym wiedzieć. To coś pozostanie tam gdzie trafiło. W mojej głowie i moim sercu.
Imię: Tessa
Nazwisko: Boornam
Płeć: Kobieta
Wiek:  13.06.1998 (19 lat)
Pochodzenie:  Alaska (USA)
Pokój: 27
Grupa: III
Poziom:  średnio zaawansowany
Koń:   Florence
Głos: transviolet
Rodzina:  Mama Joanne (zmarła 2 lata temu na raka )
 Ojczym Dave (Śtara się jak może i dobrze mu idzie, dba aby jego dzieciom nic nie brakowało.)
 Brat Flilippe ( Ma 26 lat i mieszka we Francji)
 Brat Franco ( Ma 21 lat i Mieszka w akademiku uniwerku medycznego )
 Brat przyrodni Sergi ( Ma 15 lat i jest wkurzający)
Tessa jest córką swojej mamy ale nie Dave`a. Filippe i Franco to jej "pełni " bracia a Sergi to syn jej mamy i Dave`a... Pokręcone ? Minimalnie..
Relacje: Nowa w akademii ale ma kogoś na oku..
Aparycja: Tessa to drobinka, jest niska drobna i wygląda jak dziecko, w sklepie zawsze proszą ją o dowód.. Ma pełne usta i aktualnie średnio długie brązowe falowane włosy. Całe jej ciało jest usiane piegami i pieprzykami. Ma zielono szare oczy które podkreśla tuszem i cieniami do powiek. Jej brwi to dwie piękne gąsiennice które zawsze wyrażają jej emocje, unoszenie marszczenie, wywijanie w 4 strony świata? Brwi Tessy są w tej kwestii specjalistami! Kocha ubierać się w coś co jest za duże albo mocno dziecinne.. Sukienka w falbanki? Tessa ją ma.. Ogrodniczki? Ma chyba z 8 par..
Charakter: Tessa to.. Hmm.. Tessa jest zakochana w naturze. Kocha spędzać czas na świeżym powietrzu. Podziwia kwiaty i małe owady które od zawsze ją fascynowały. Jest otwarta i uśmiechnięta. Jest uległa jeśli chodzi o jakiekolwiek podejmowanie decyzji.  Zawsze dostosuje się do grupy , czasem bywa problematyczne bo wewnętrznie Tessa się z czymś nie zgadza ale.. nie powie ci o tym, nie chce być niemiła. Tessa boi się urazić kogokolwiek. Dziewczyna jest skryta jeśli chodzi o negatywne emocje, kryje się ze smutkiem i jakimikolwiek zmartwieniami. Jest jednak wrażliwa i często źle powiedziane albo odrobinę cięższa sytuacja wywołują u niej płacz...
Zainteresowania:  Fotografuje robaki.. Ciii! są piękne!
Zbiera maskotki.
 Kocha biegać wszędzie boso.
Każde buty ją obcierają.. (widzisz ten uśmiech? Pod nim kryją się zakrwawione stopki w butach )
 Kocha muzykę.
Jej kaktusy mają imiona.
Nie lubi smaku ziemniaków.
Inne: Po śmierci mamy zbliżyła się z braćmi i często z nimi rozmawia.
Kontakt: Patryk123321
Inne Pupile: Kaktusiki!
 Jules i Stefano:


Miles:


Frank i Melanie i Gryffin:



Imię: Florence
Płeć: Klacz
Rasa: Małopolak
Data urodzenia: 19.09.2012 (5 lat)
Charakter: Wiecznie się boi, ciągle ją coś płoszy.. Florence albo Flo w skrócie jest najniżej w każdym stadzie i zawsze biega na końcu. Boi się każdego szelestu.. (no prawie każdego bo nie płoszy się co sekundę). Jest bardzo spokojna i posłuszna.
Specjalizacja: Rekreacja
Umiejętności: Ekhm.. Płochliwośc?  Ale tak to Flo jest mega przyjazną kobyłką.Pójdzie za tobą na koniec siata jak jej dasz jakiś smaczek
Właściciel: Tessa Boornam