piątek, 15 grudnia 2017

Od Zaina cd. Imanuelle

Restauracja była piękna. Uwielbiałem ją za wygląd, dania, położenie. Ale to nie ona zebrała całość podziwu. Olśniewające... Moje myśli widocznie czekały tylko na moment wydostania się i przerodzenia w prawdziwe i realnie istniejące słowo. Tego wieczoru naprawdę trudno będzie mi oderwać od niej spojrzenie. Mogłem jedynie próbować na nią nie patrzeć, albo przynajmniej udawać nie sprawia mi to przyjemności, ale to okazywało się trudniejszym zadaniem niż sądziłem.
Proste, blond włosy spływające delikatnie na jej ramiona. Tak mocno kontrastowały z bordową sukienką, że aż przyjemnie się patrzyło. Już na pierwszy rzut oka można było wywnioskować, że ma doświadczenie co do okazywania wszystkim swojego wizerunku. Ja miałem od tego ludzi, którzy dzięki właśnie doświadczeniu i umiejętnościom, potrafili wykreować taką osobę, jaka była potrzebna w danej chwili. Naturalnie, wcale nie ułatwiałem im tego zadania, jednym niewłaściwym ruchem czy decyzją móc zepsuć połowę ich pracy. Jednak właściwie z tego się utrzymują. Co muszę przyznać, schlebia mi fakt, że beze mnie nie zarabialiby tak jak obecnie. Tak jak to ujęła Jennifer - jesteś utalentowanym, śpiewającym workiem pieniędzy, z którego się utrzymuję, a więc szeroki uśmiech, pozytywna energia i chop na scenę. Plus dziesięć do umiejętności psychologicznych.
- Co takiego? - wyrwała mnie z zamyślenia, na co się odruchowo uśmiechnąłem.
- Coś niesamowicie pięknego w tej restauracji - tak uroczo wyglądała, gdy jej policzki automatycznie delikatnie się czerwieniły. Ludzie nie lubią się rumienić, a jednak u niektórych to wygląda przesłodko - Mam do ciebie pytanie - uniosła głowę w oczekiwaniu. Czułem na sobie jej spojrzenie, więc również podniosłem oczy i uśmiechnąłem się miło - Nie znałaś mnie. Można powiedzieć, że na początku niemal mnie nie znosiłaś. Wystarczyło ci jedno przedstawienie byś zapamiętała moje drugie imię, co nie jest wcale proste dla innych ludzi. Muszę przyznać, że zdziwiło mnie, gdy wtedy w pokoju, zwróciłaś się do mnie właśnie nazywając mnie tak.
- Nie jesteś przyzwyczajony? - uśmiechnęła się subtelnie. Pokręciłem głową, przyznając się.
- Biorąc pod uwagę fakt, że do tej pory tylko jedna osoba tak mnie nazywa, to owszem.
- Wyczuwam w tym wszystkim drugie dno - inteligentna dziewczyna. Niestety nawet w taki piękny wieczór, nie mogę przyznać tobie racji.
- Skądże... - obruszyłem się - Dzielę się moimi przemyśleniami. Odbierz to jako... - uniosłem wzrok do góry, szukając odpowiedniego słowa. Kątem oka widziałem jak jej uśmiech się poszerza.
- Rozumiem, że to wspaniałomyślnie nadany przez ciebie przywilej? - uprzedziła mnie, a skinąłem głową. To prawda.
- Ogromny. I możesz to przyjąć jako ten jedyny i wyjątkowy, tylko wyłącznie dla ciebie - zareagowała cichym śmiechem. Dokończywszy swoje dania, zmierzyliśmy ku wyjściu z restauracji. Podziękowałem tylko najmocniej jak się dało mężczyźnie, który załatwił wszystko i podszedłem do Imany, pomagając jej założyć płaszcz.
Wyszliśmy z budynku. Po otwarciu drzwi, od razu uderzył w nas chłód wieczornego powietrza, o ile można nazwać widok okolicy za wieczór. Powiedziałbym, że raczej wygląda to na noc. Imanuelle skręciła w stronę auta, jednak szybko to zmieniłem.
- Nie w tę stronę, piękna - złapałem ją za dłoń i delikatnie pociągnąłem w drugą stronę. Podeszła ze zdezorientowaną miną i zmierzyła mnie spojrzeniem, jakbym nie potrafił rozpoznawać kierunków. W sumie to jeszcze nie znała moich wspaniałych umiejętności do wymyślania cudownych, czasem głupich rzeczy.
- Moja orientacja jest jeszcze sprawna i doskonale pamiętam, gdzie stoi samochód - uśmiechnąłem się przelotnie.
- To bardzo dobrze - pochwaliłem ją - Ale my jeszcze nie jedziemy - złapała mnie pod ramię - Idziemy w miejsce, które podobno takiego zimowego, nocnego wieczoru wygląda całkiem przyjemnie - Ty mi podziękowałaś za to, że cię wyciągnąłem, teraz ja podziękuję, że się zgodziłaś spędzić ze mną ten wieczór.
- Znowu nie powiesz mi gdzie? - chyba zacznę bawić się z nią w zagadki. To naprawdę przyjemne spędzanie wolnego czasu, chociaż teoretycznie narażam się na tak okropne podchodzenie, a dziewczyna okazywała się być całkiem sprytnym przeciwnikiem. Pokręciłem głową, wzdychając z ulgą, że nie drążyła tematu. Czasem nie wiem czy to jej dobra wola, czy też obowiązek trzymania się twardo etykiety.
Trudno było zauważyć kiedy zrobiło się jeszcze ciemniej niż jakiś czas temu, przed kolacją. Teraz jedynie światła latarni ulicznych oświetlały poszczególne miejsca mocniej, inne słabiej. Ten szybko nadchodzący zmrok czasem potrafił być naprawdę dobijający, jednak z drugiej strony nadawał całej okolicy innego obrazu, lepszego nastroju wraz z latarniami. Nadchodziły kolejne święta. I było to mocno widoczne. Jak to ludzie miewają nazywać, "świąteczna gorączka" rozpoczynała się już dwa miesiące wcześniej, w sklepach zaczynały się notorycznie pojawiać artykuły związane z tym świętem i mimo, że ja sam z rodziną nie obchodziłem Bożego Narodzenia, to jednak mając ogromną styczność ze wszystkim, było ono dosyć bliskie. Więc także rozwieszone lampki nad ulicami nadawały kolorowego światła lampom. Jednak to nie centrum stanowiło punktu głównego. Celem był park, który lubiany przez londyńskich Brytyjczyków, często był odwiedzany za dnia. Jednak miałem wrażenie, że nikt go nie potrafi docenić w nocy. Szczególnie o tej porze roku, bo pomimo niskiej temperatury i chłodnego wiatru, dało się naprawdę przyjemnie spędzić czas. I nawet nie chodzi tu o samą naturę, ale raczej o towarzystwo. A było ono jednym z piękniejszych zjawisk w zimie. Zresztą pewnie tak samo pięknie wygląda wiosną, latem czy kolorową jesienią. W dzień i w nocy, nad ranem, późnym czy wczesnym wieczorem. Gdy jest smutne, bądź szczęśliwe, choć osobiście wolę drugą wersję. A więc o takie zjawisko trzeba ładnie zadbać i nie dopuszczać do utraty zewnętrznego uroku. Co do jego środka i piękna wewnętrznego, to jak można się domyślić, nie każdy potrafi to dostrzec, bo nie każdy twierdzi, że współgra z wyglądem. Jest to kwestia upodobań. Aczkolwiek, wraz z czasem jakby te wszystkie wady z początku się ulotniły bądź przerodziły się w pozytywy. Niesamowite.
Park nie był daleko. Jakieś piętnaście minut drogi spacerkiem, uwzględniając taki poważny fakt, jakim były buty Imany. Szpilki to zdecydowanie cholerstwo, a kobiety są nienormalne męcząc się w nich cały dzień dla wyglądu czy efektu. Ale osobiste przemyślenia zostawmy dla siebie. Poza tym, nie zaprzeczę, że tego efektu nie ma.
Doszliśmy do parku, wchodząc na jedną ze ścieżek biegnących przez sam jego środek.
- Spalimy nieco kolację - usłyszałem ciche, lecz charakterystyczne prychnięcie pod nosem.
- Twierdzisz, że moja sylwetka nie jest dobra? - no i zacząłem, no i po co, dlaczego?
- Jak dla mnie, masz idealną figurę.
- Tak? A myślałam, że jestem stereotypową blondynką.
- Zamierzasz wypominać mi to na okrągło?
- Nie, ale co jakiś czas nie zaszkodzi ci przypomnieć twojego ówczesnego chamstwa, tak żeby zminimalizować nieco twoje zalety
- Rozumiem - pokiwałem głową, mrużąc oczy - Oczekujesz przeprosin - uniosła brew. Pomimo starań żeby nie uśmiechnąć się, jej usta zadrgały ku górze. Robiąc sprytny ruch głową ku górze, nieco go zakryła.
- Nie sugerowałam tego. To ty doszedłeś do takich wniosków - wzruszyła ramionami. Przewróciłem oczami i zanim przeszedłem do kontynuowania tematu, oparłem dłonie na jej ramionach i nieco się pochyliłem z uśmiech.
- Zanim coś powiem, błagam cię... ta obojętność sugerowana ruchem rękoma do góry jest czasem naprawdę denerwująca - roześmiała się, co było delikatnym zaskoczeniem. Pokiwała głową, na znak, że rozumie, bo raczej wątpię by przyznała stopień irytacji tego gestu.
- Skoro błagasz, no to muszę się zgodzić.
- Zmieniasz punkt patrzenia, a tak nie ładnie. Oj Imany, chyba musimy wrócić z powrotem do restauracji - zachichotała, gdy odwróciłem się z uśmiechem, idąc powoli ścieżką. Po chwili zrównała ze mną krok, opatulając się rękoma - A wracając do tematu przewodniego... - zatrzymałem się przy barierce i oparłem o nią - To wiem, że oczekujesz tych przeprosin, ale muszę mieć gwarancję, że przestaniesz mi wypominać wszystkiego co się stało na początku
- A co się stało na początku, prócz feralnego spotkania na siłowni, pierwszych dni w akademiku, mój przemiło wspominany pierwszy trening, kiedy zgubiłam się na torze cross'owym oraz kłopotów związanych ze zwiedzeniem, w dodatku o późnej godzinie w nocy - zaczęła wyliczać. Ja ją znielubię jak mi będzie tak co jakiś czas przypominać. Zrobiłem posępną minę, jednak zaraz na mojej twarzy pojawił się łobuzerski uśmieszek. Co jednakowo spowodowało u Imany nieme pytanie.
- We wszystkich tych rzeczach uczestniczyłem ja.
- A no tak. I mam uważać to za plus? Szczególnie, że sprowadzasz same problemy i domyślając się, mimo to uważasz siebie za kompletnego szczęściarza?
- Nie mam powodu by siebie za takiego nie uważać - wzruszyłem ramionami - Popatrz tylko. Jestem w parku, sam z piękną towarzyszką, bez niepotrzebnych ludzi wokół, po pysznej kolacji w jednej z ulubionych restauracji w Londynie. W dodatku mogę triumfować, bo ta stojąca piękność z niewidocznych łez zrobiła piękny uśmiech i tylko dla mnie. Uważam się za szczęściarza, a w tym przypadku wyjątkowo mocno - dziewczyna odwróciła głowę. Zdecydowanie za często się rumienisz, blondyneczko. I zdecydowanie za ślicznie tak wyglądasz - Nie możesz temu zaprzeczyć, bo po prostu nie ma przeczących argumentów - odchyliła usta w zamiarze wypowiedzenia kilku słów z tych ładnych usteczek, ale przerwałem jej, opierając jedynie opuszek palca z przechyloną głową - Nie chcę tobie zepsuć makijażu, dlatego załóżmy, że ty nie chcesz nic powiedzieć. Pokiwaj dla mnie głową - zrobiła to, a ja spojrzałem w górę, na ciemne chmury, z których zaczął spadać biały, puszysty śnieg. Z początku delikatnie, z czasem nieco mocniej. Nadawał temu parku jeszcze mocniejszy wyraz i jeszcze lepszą atmosferę. Co niby było dobre. Ale tylko w niektórych kwestiach. Zawsze się zastanawiałem jak każdy płatek może być inny. Nigdy taki sam. Tego jest ogrom. To niepojęte.
- I teraz będę biały - stęknąłem, na co Imany cicho zachichotała.
- Śnieg jest wspaniały.
- Łatwo tobie mówić - uniosłem spojrzenie na jej ułożone włosy, na których utrzymywały się małe, drobne śnieżynki, po chwili tworząc istny welon - Ja mam czarne włosy i te białe spadające coś strasznie się od nich odbijają. A takie coś ci napada w ilości większej, a potem się dziwisz skąd tyle śniegu w mieszkaniu.
- Nie narzekaj. Pięknie wygląda - w sumie to argument godny do przyjęcia.
- Przejdziemy się do końca i wyjdziemy drugim wyjściem. Trochę nałożymy drogi, ale jak szanowną panią, zaczną boleć nóżki to oferuję swoją pomoc - obszedłem ją i zdejmując swój płaszcz, nałożyłem go na jej ramiona. Złapała jego krańce.
- Mam sukienkę i nawet na to nie licz - ruszyliśmy wzdłuż ścieżki, prowadzącej przez równy rządy drzewek, posadzonych między nieco niższymi krzewami. Z drugiej strony za to płynęła rzeka. Całkiem kusząca jak zresztą.
- Poczekaj. Sprawdzimy czy woda faktycznie w zimę jest cieplejsza - zmierzyła mnie nieco zaskoczonym spojrzeniem, gdy podchodziłem do brzegu. Pochyliłem się nad taflą. Woda była lodowata, gdy tylko na chwilę włożyłem do niej rękę. Aż się wzdrygnąłem. Wyprostowałem się i podbiegłem do stojącej na ścieżce Imany.
- Cieplutka - powiedziałem ze skrzywieniem. Dziewczyna uniosła brew - Zobacz - zanim zdążyła zareagować, przyłożyłem dłoń do jej policzka z szerokim uśmiechem.
- Przestań. Zimne - oplotła zimnymi palcami mój nadgarstek i odciągnęła od siebie. Zaśmiałem się w duchu, łapiąc ją za drugą rękę. Oczywiście próbowała ją wyrwać, bo nie ukrywam, sam bym tak zrobił, ale uniosłem ją do góry i ucałowałem w sam czubek. Przechyliła głowę na bok - Nieco cieplej.
- Wiem - nadal obejmowałem jej dłoń - Zawsze uważałem, że wiosną jest tu ładniej. Ciepło, można gdzieś usiąść, nie jest ciemno jak w nocy, widać cokolwiek - rozejrzałem się z delikatnym skrzywieniem. Dziewczyna powędrowała wzrokiem w tę samą stronę, a gdy to zrobiła, od razu zwróciłem na nią spojrzenie - Ale oglądając tutejszą zimę w tym kadrze, muszę stwierdzić, że nabrała uroku - co ty robisz, Zain? To tylko zwykłe zaproszenie. Zwyczajny, mile spędzony wieczór. Spuściłem powoli spojrzenie i westchnąłem - Wracajmy już... Robi się coraz ciemniej i zimniej, a nie chcę abyś jeszcze dodatkowo się przeziębiła - odsunąłem się delikatnie, puszczając jej dłoń.

Imanuelle?

poniedziałek, 11 grudnia 2017

Od Milesa C.D. Julesa

Ja go normalnie wezmę i uduszę. Nienawidzę oglądać z nim horrorów, bo albo mi przeszkadza, albo usypia, albo zamiast oglądać to przegląda Internet. No niewytrzymanie z tym... czymś. Przewróciłem wymownie oczami, wzdychając ciężko.
- Czy inaczej bym tutaj stał? - spytałem zbyt poirytowanym tonem niż miałem zamiar zapytać.
- No okey... - mruknął patrząc na mnie z dziwnym wyrazem twarzy, coś między złością i niechęcią. Zdecydowanie nie podobał mi się ten wzrok. Po chwili wzruszył ramionami i poszedł po bilety, a ja wlepiłem wzrok w moje buty. Jakoś... dziwnie sie czułem. Kiedyś, dość dawno temu byłem bardzo nieśmiałym dzieckiem i nienawidziłem ludzi, którzy się na mnie patrzyli. Później mi to przeszło. Musiało przy takim przyjacielu jak Jules... Właśnie przyjacielu... co ze mnie za przyjaciel... Kiedyś, wtedy jak jeszcze byłem nieśmiały często zastanawiałem się, dlaczego właściwie taki Jules Montclare wybrał sobie akurat mnie. Chudziutkiego, nieśmiałego chłopaka, który siedział na trawniku składał samolociki z kartek, żeby rzucać nimi w tarczę na drzewie, albo wchodzącego na to drzewo. Później trochę bawiłem się z Ianem, ale on zawsze chciał się bawić w co innego i zostawałem sam. Dopóki z Julesem nie zostaliśmy najlepszymi przyjaciółmi. Najbardziej nie podobało mi się to, że wtedy w tym kinie, w tłumie ludzi, czułem się podobnie jak wtedy. Co ja tutaj robię? Po co ja tutaj jestem? Po co ja jemu jestem?
- Idziesz? - pomahał mi nagle przed oczami biletami. Zamrugałem kilka razy i pokiwałem głową. Szedł pierwszy, ja nieco z tyłu. Weszliśmy na salę i usiedliśmy na swoich miejscach. Znajdowały się praktycznie na środku, tak że mieliśmy świetny widok na ekran. Szybko zgasły światła i po niemiłosiernie długich reklamach, zaczął się film. Patrzyłem na niego tak apatycznie, że aż sam nie mogłem w to uwierzyć. Po prostu patrzyłem i kompletnie tego wszystkiego nie rejestrowałem, jakby obraz wchodził do mojej głowy i zaraz ze zniknięciem z ekranu, znikał z niej. O czym tak usilnie myślałem, że odciągnęło mnie to od filmu? Właściwie o niczym konkretnym, to wyglądało raczej jak jedna, wielka masa, chaos. Trochę o mamie i tym jak się czuje, trochę o tacie, który ciężko pracuje, trochę o tym, że chyba powinienem spróbować po raz pierwszy w życiu dogadać się z Ianem, więcej o tym że czeka na mnie Akademia Lotnicza, a przede wszystkim o Joshu. Tak po prostu, bez zagłębiania się w poszczególne elementy naszej znajomości. Zwyczajnie myślenie o nim sprawiało mi przyjemność i odprężało... Oczywiście dopóki nie zacząłem zastanawiać się nad konsekwencjami tego, a co za tym idzie, przywiązaniem emocjonalnym do tego cudownego szatyna o orzechowych oczach. W pewnym momencie światła się zapaliły, ludzie zaczęli wychodzić, a my siedzieliśmy. Praktycznie nie zjadłem popcornu. Szkoda trochę pieniędzy, ale miałem jeszcze mniej ochoty go jeść, niż wcześniej. Usłyszałem to charakterystyczne, długie i ciężkie westchnięcie na fotelu obok. Już słyszę to kazanie, wiercenie dziury w brzuchu i takie tam...
- Byłeś dziwnie cichy na tym filmie - zauważył. Wzruszyłem ramionami.
- Naprawdę? - zapytałem patrząc nadal w prawie pełne pudło popcornu.
- Tak. Co gorsza prawie nie zjadłeś popcornu - odparł. Ponownie wzruszyłem ramionami.
- To co, jeśli Miles Young nie zje za co najmniej pięć osób, to znaczy, że jest chory, czy jak? Nie miałem ochoty zwyczajnie... - westchnąłem. Tłumaczę się. Znowu. A raczej zawsze. Nienawidzę się tłumaczyć.
- Co ci się stało Miles? - zapytał poirytowany.
- Nic - powiedziałem, po czym wstałem i ruszyłem do wyjścia. Wyrzuciłem pudło przy wyjściu, założyłem kurtkę już w holu i po minucie znalazłem się na zewnątrz. Wcisnąłem dłonie do kieszeni kurtki. Nie musiałem długo na niego czekać. Stanął obok mnie i nic nie mówił. - To możemy wracać.
- Nie - powiedział twardo i złapał mnie za ramię odwracając przodem do siebie. Spojrzałem na jego wściekłą minę. Tylko, że akurat ja się go nie bałem. Mógł się go bać każdy i bał się. Ojciec, matka, siostra, połowa naszej dzielnicy i szkoły. A ja nie. Dlaczego? Bo naiwnie uważałem, że skoro sam mnie sobie wybrał, to nie ma prawa mi nic zrobić, bo strzeli go piorun czy coś. Poza tym nie byłem słabszy od niego. Bardziej uparty, owszem. - Co się dzieje?!
- Nie wiem - wzruszyłem. - Ty mi to powiedz.
- Miles - jęknął.
- Nie wiem co, ale wiem, że to coś mi ciebie zabiera i to mi się nie podoba. Chodzi o mnie? Jeśli tak, to proszę bardzo, zrobię wszystko - mówiłem jednym tchem. - Mam przestać dbać o matkę? Mam robić wszystko o co poprosisz bez zastanowienia? Mam zabić tego faceta, z którym twoja matka zdradza ojca? Mam... - wziąłem głęboki wdech. - Mam zostawić Josha w spokoju? Mam być normalnym przyjacielem, który będzie się z tobą uganiał za laskami na jedną noc? Dobrze. Proszę bardzo. Mogę, jeśli to odda mi ciebie, to proszę.
- Ale...
- Co? Jestem zmienny? - prychnąłem. - Po prostu się miotam. Potrzebuję ciebie, ale uważam, że twoja problemy są ważniejsze. Zajmuje się nimi, ale ty nie chcesz zmienić swojej sytuacji. Za to ja czuję się jakbym wpadł do jakiejś jebanej dziury i nie mógł z niej wyjść. Jak nie myślę o tym, w co ja się pakuję z Joshem, albo mi się nie śni Adrien, że mi się żyć odechciewa, to martwię się o mamę, która  co jakiś czas ma gorsze wyniki, a ja nie mogę spać po nocach, kiedy idzie na kontrolę. Odbijam się o ścian, a ty jak mnie nie wkurwiasz, to ja ciebie. Ranisz mnie, a ja ciebie. Wkurwiają mnie twoje teksty, twoje docinki i dwuznaczności. Nie chcę już nigdy mieć wątpliwości, czy nasza przyjaźń ma znaczenie.
- Co? - zapytał cicho. Westchnąłem, przymykając na chwilę oczy.
- Nieważne... Powiem ci jedno i to masz zapamiętać. Nie skrzywdź tej Victorii. Jest w porządku, a ty pewnie jak zwykle będziesz chciał to zjebać, bo w końcu jesteś wielkim buntownikiem, Julesem Montclarem - prychnąłem, kręcąc głową. - Przyznaj. Lubisz nim być. Zły, buntowniczy Jules. Jaka to cudowna rola. Ale ja byłem inny. Jestem inny. Możesz nazwać mnie pedałem... oswoiłem się z tym w szkole. Mam to już gdzieś - westchnąłem. - A zresztą... nieważne... idę do Akademii, nie wiem jak ty. Prosto mówiąc, mam ochotę cię przytulić jak wtedy, kiedy przychodziłeś do mnie po śmierci Adriena, bo nadal jesteś dla mnie ważny, ale jeszcze bardziej, mam ochotę naprostować ci ten nos, który zresztą sam złamałem - uśmiechnąłem się, a raczej wykrzywiłem usta w czym bliżej nieokreślonym.

Jules?
Nie wiem sama co się stało się, że dopiero teraz to się pojawiło...

od Oliego cd Anastasi.

Wmaszerowałem na stołówkę, po wyprawie z dziewczyną poszedłem do stajni i zająłem się Chaosem.. A raczej ogarnianiem Chaosu. Koń miał problem ze skakaniem przez jedną przeszkodę, wszystkie inne? Nie no spoko ale ta jedna? Zleciałem dwa razy.. Mocno zirytowany przeprowadziłem go najpierw na lince i skubaniec nic sobie z tego nie zrobił, ładnie skoczył.. Kiedy wsiadłem ponownie koń pufff.. Dupa wołowa znowu nie chce. Rozsiodłałem go pełen złości i irytacji i poszedłem na obiad. Moja droga istotka siedziała przy stole z miną jak by właśnie wstała i niemrawo wmuszała w siebie zupę. Odsunąłem krzesło i usiadłem na przeciwko niej ze swoim jedzeniem. Złowiłem dzisiaj kawałek brokuła, kalafiora, fasolki, ziemniaki i jakiegoś kotleta.. No i z pod lady udało mi się wyprosić galaretkę truskawkową.
-Smacznego -Bardziej burknąłem niż powiedziałem i wsadziłem pierwszy kęs do ust.
-uhu..
-Wszystko ok?-Zmarszczyłem brwi, wyglądała gorzej niż wcześniej, była blada.
-Drzemka mnie zmęczyła -Przyznała i wypiła kolejną łyżkę zupy. Zaśmiałem się cicho.
-Mam umowę... Jak zjesz zupę jak grzeczna dziewczynka to się podzielę galaretką..
-Jakim cudem..
-Mam swoje kontakty.. Truskawkooowa -Kusiłem dalej. Nastia podniosła na mnie wzrok z nad łyżki i uśmiechnęła się lekko. Taką cię lubię królewno!
-ok.. Ale...
-Ale?
-Dasz mi całą -Zjadła kolejną łyżkę.
-Oj no weź.. Sam chcę jej trochę popróbować.. Zjem 1/4 ?
-Umowa -Kiwnęła głową. Obydwoje wróciliśmy do jedzenia. Po jakiś 5 minutach moja galaretka została zabrana i była powoli konsumowana przez brunetkę.
-Smakuje? Pamiętaj ,że ja też chcę -Burknąłem i przełknąłem ostatni kawałek jedzenia jaki miałem na talerzu. Nastia  podniosłą łyżkę z porcją do ust ale.. Złapałem ją lekko za nadgarstek i szybko przekierowałem porcję czerwono różowej galaretki do moich ust. Wsunąłem słodycz do ust i szybko się odsunąłem.
-Idiota -Westchnęła.
-Za to mnie lubisz
-Spadłeś?-Zmieniła temat wskazując dość widoczny siniak na ramieniu.
-Taa.. Chaos miał problem z jedną przeszkodą.. Chcesz zobaczyć moją drugą rękę ? -Podniosłem obitą dłoń do góry, była cała zina i ponacinana.. Jednak konie to niebezpieczny sport..
-Brawo.. Naprawdę -Westchnęła i podniosła się.. Zjadła całą galaretkę... A to sucz.
-Idziesz gdzieś?
-Tak.. Serio muszę się pouczyć.. Do jutra?
-Jutro mikołajkii
-No i dokładnie..
-Ale jutro mogę cię męczyć?-Zrobiłem minę smutnego kotka. Westchnęła i kiwnęła głową. Po chwili już jej nie było. Wróciłem do siebie i zapakowałem jutrzejsze podarki.. Zginę marnie. Wróciłem do siebie i niezdarnie starałem się opakować prezenty w papier, jednak matka natura pożałowała mi zdolności manualnych.. Jęknąłem z irytacją patrząc jak papier odkleja się pomimo taśmy klejącej która go dosłownie opasała. Pierdolę.. Wrzuciłem wszystko do jednej torby i zawiązałem brzydką kokardkę na uchwycie. Niech się cieszy..
*********************************************
Z niemrawą miną patrzyłem jak ludzie wymieniają się prezentami. Kto chodzi z takim uśmiechem o poranku? Moja torba .. No mało ładnie zapakowana stała obok mojej nogi. Nastia raczej nie będzie wesoła, zabije mnie na sto procent ale co mi tam. W kieszeni miałem lepszą część podarunku .To podniesie morale naszej księżniczki zanim całkowicie będzie miała ochotę mnie zamordować za to co jej daję. Weszła do pomieszczenia i z uśmiechem podeszła do stolika przy którym siedział chłopak któremu kupiła koszulkę i słodycze. Dała mu torbę i przytuliła go delikatnie po czym podeszła do "naszego stolika". Niosła tacę z kanapkami, ja już zdążyłem uraczyć się kanapką, sokiem i jabłkiem.
-Wesołych mikołajek księżniczko -Zaakcentowałem ostatnie słowo i podałem jej torbę.
-Oli? Miałeś mnie? Dzięki?-Niepewnie sięgnęła po torbę.
-Nie otwierał bym tego teraz, no chyba ,że jesteś odważna -Puściłem jej oczko i wbiłem widelec w jajecznicę. Zrobiła dziwną minę ale lekko się uśmiechnęła.
-Ale na poprawę tego prezentu który spowoduje ,ze chłopaki się do ciebie zaczną dobierać masz to.. Na polepszenie tego zjebanego dnia -Podsunąłem jej pudełeczko. Ten prezent był nie mikołajkowy, pasował mi do niej.. No i mogłem. Poza tym nosiła będzie coś.. Coś co jej dałem i to jakoś dziwnie łaskocze mnie w brzuchu.. Czemu do chuja mi na tym zależy?  Ogarnij dupę Oli. Dawno nie byłęś na imprezie. Dziewczyna w tym czasie otworzyła pudełko i jej twarz dosłownie rozbłysła.
-OLI!
-Moje imię.. Wiele już je krzyczało ale ty? I to w takim miejscu?-Uśmiechnąłem się ale zostałem zmiażdżony przez jej przytulasa. Dosłownie na mnie skoczyła i objęła.
-Dziękuje ! Jest śliczny!-Wymamrotała i odsunęła się odrobinę. Jej usta były tak blisko.. Mogłem.. Nachyliłem się i delikatnie cmoknąłem ją w policzek.
-Od tego ma się Wrogoprzyjaciół co?-Poklepałem ją lekko po plecach . Uśmiechała się tak.. Nie ważne. Usiadła szybko z powrotem i założyła pierścionek.
-Jeśli taka jest twoja reakcja na to to na prezent w torbie zrobisz mi loda 
-Umiesz zjebać nastrój -Burknęła i rzuciła we mnie kawałkiem pomidora z kanapki. Złapałem go w rękę i nie zrywając kontaktu wzrokowego wsadziłem go sobie do ust.
-Dziękuje za ten posiłek! To wspaniały dar ! -Oblizałem palec na którym zostało trochę soku i podniosłem się. Jednak nie było mi dane odejść z godnością. Pojawiła się obok mnie ta rudo blondynka z grupy tanecznej Nasti.
-Hej Oli.. Wesołych mikołajek ! Mam dla ciebie do wyboru.. Dwa prezenty -Wysunęła przed siebię dwie dłonie. W jednej kondom... Lubię jej tok myślenia.. W drugiej torba.. Z jakimś prezentem.
-Nie mogę obu?-Posłałem jej zaczepny uśmiech. Prychniecie oburzenia zabrzmiało za moimi plecami. Anastasia podniosła się szybko z krzesła i zabrała torbę, odeszła szybkim sprężystym krokiem.  A więc to tak zgine ? Westchnąłem i wyjąłem z jej ręki torbę z prezentem.  Sam siebie zaskakuje.  Uśmiechnąłem się lekko.
-nie dzisiaj słońce -Pocałowałem ją lekko w usta i ruszyłem w kierunku w którym od sprężynowała Nastia.  Okazało się ze poszła do siebie do pokoju.  Zapukałem i otworzyłem je. Uniosła głowę i zmarszczyła brwi na mój widok. A ty co się tak dziwisz? Obiecałaś mi ten dzień ! NO nie rób takiej miny księżniczko !
-Przyszedłem zobaczyć twoją minę jak otwierasz to co ci kupiłem -Zaśmiałem się i usiadłem na przeciw jej . Wyglądało to tak ,że ona siedziała na poduszkach na swoim łóżku a ja na kocu który miała złożony w nogach. Pochyliłem się lekko i czekałem. Po chwili wyjęła z torby prezenty, jej mina mówiła wszystko. Kiedy wyjęła komplet bielizny wyglądała jak by ja trafił piorun z nieba.. Dosłownie.
-Oli, nienawidzę cię.
-Oj daj spokój, pasuje do ciebie księżniczko, dzięki mnie masz koronę, berło, sygnet i suknię -  Dziewczyna wyjęła z torby pozostałem dodatki, trzymała w dłoni vibrator z olbrzymim niedowierzaniem a kiedy podniosła plastikową koronę to wyglądała jak by dostała w twarz.
-Jesteś najgorszy- Burknęła .
-Oj podoba ci się nie kłam.. Poza tym to dodatki do pierścionka tak?- Sięgnąłem ręką do swojej torby, miałem w niej .... Co do? Podniosłem pudełeczko do oczu i uniosłem jedną brew. Co to było? W środku był list i 50 zł.  "nie wiedziałam co innego ci dać więc sobie sam kup.. I się do mnie nie odzywaj " Wybuchłem śmiechem. Nastia wyjęła mi karteczkę z rąk i ..
-Chyba uważa ,że dałeś jej kosza -Mruknęła.
-Warto było, takich na jedną noc mogę jeszcze mieć.. Takich na dzień... Mam ciebie -Posłałem jej buziaka w powietrzu a ta pokazała mi środkowy palec w odpowiedzi.
-I tak jestem dla ciebie no dostępna i oboje o tym wiemy -Wyburczała. Ok... Czemu nagle miałem ochotę ... Aj spokojnie.
-Wiem wiem, wiecznie nie dostępna królewna ..Już przywykłem, kiedyś może zmienisz zdanie
-Chyba w twoich snach
-A to już się tam działo wiele razy ... Pytanie tylko czy w twoich dzieje się to samo -Mruknąłem i oparłem się na łokciach kładąc się na przeciw niej.Teraz moja twarz była na wysokości jej kolana. Przewaliłem się na bok i przymknąłem oczy. Lubiłem spać, a ona miała wyjątkowo miękki materac. Podsunąłem się odrobinę, zaległem obok jej uda i westchnąłem. O dziwo? Nie kopnęła mnie ani nic.
-Jestem zmęczona-Zaczęła. Podniosłem jedną powiekę.
-To przed świętami, wiesz pogoda krótki dzień.. Polepszy ci się .. Lekarstwem jest sen.. Śpimy?-Zapytałem z nadzieją w głosie.
-Ja.. Nie wiem
-Nie wiesz... Okay, to może powiedz mi co wiesz?
-Nie wiem co wiem -Wymamrotała i zjechała do pozycji leżącej. Miała twarz na wysokości mojej twarzy.
-Ja ci mogę powiedzieć co raczej wiesz.. Chcesz?-Zamknąłem oczy i założyłem ręce za głową. Odpowiedziało mi ciche mruknięcie.
-Wiem ,że jesteśmy w szkole, wiem ,że masz na imię Anastasia a ja Oli.. Wiem ,że mnie lubisz i wiem ,że ty wiesz ,że ja lubię ciebie. Wiem ,że jestem dziwakiem. Wiem ,że nie podobała ci się druga część prezentu tak jak pierwsza. Wiem, że zaraz uśniemy bo jest tu mega cieplutko... Wiem ,że w usypianiu pomaga przytulenie się.. -Przerwało mi ciche prychnięcie i po chwili dziewczyna wtuliła się w mój bok. Objąłem ją delikatnie jedną ręką.
-Widzisz? Przytulasy pomagają na wszystko, trochę więcej tez pomaga..
-Czemu ty .. Czemu jesteś aż tak rozwiązły?
-Pięknie nazywasz moją dziwkowatość.. Po prostu lubię mieć drugie ciało obok siebie, seks jest przyjemny, jest gorący ciepły .. I ma się wrażenie ,że nic dookoła się nie liczy, tylko ty i ta osoba.  Próbowałaś kiedyś? Nie oczekuję odpowiedzi, jesteś za grzeczna.. Ale serio polecam.. Seks sprawia ,że nagle świat znika i liczy się przyjemność... Twoja i drugiej osoby -Spokojnie odpowiadałem.
-To.. Jak tak to ujmujesz to brzmi przyjemnie -Westchnęła.
-Chcesz spróbować?
-Nie.. Odwal się -Ale dalej istniała przytulona do mojego boku.
-Okay, spokojnie księżniczko, rozumiem.. Nie każdy musi chcieć .. tego samego.. Ale lubię to.. Nic na to nie poradzę prawda?
-Nie myślałeś kiedyś o znalezieniu sobie dziewczyny?
-Związki? Ja? Widzisz jak sie zachowuję, wątpię ,że jakakolwiek dziewczyna chciała by ze mną spędzić więcej czasu, robię się wredny one się robią upierdliwe i..-Ziewnąłem.
-Możesz być miły.. Czasem bywasz
-Tia.. A ty czasem bywasz spokojna i czasem nic ci nie przeszkadza -Mruknąłem i przesunąłem rękę wyżej , zacząłem ją po prostu głaskać po głowie. Nic nie odpowiedziała. Delikatnie głaskałem ją po plecach i dopiero wtedy uderzyła mnie realizacja.  Podobało mi się to, podobało mi się takie odpoczywanie z kimś obok bez... Bez seksu.. Delikatnie zacząłem głaskać plecy brunetki i starałem się nie myśleć o tym co aktualnie biegało po mojej głowie. Muszę iść na imprezę..
 Korona, berło, szata (prezenty od Oliego)
<anastasia ? >
 1640 słów

Od Anastasi cd. Oliego

To było... dziwne. Ja i Oli. Tak blisko. Odsunęłam się pierwsza, bo obawiałam się, że on by tego nie zrobił. Ciężko mi było przyznać się do jednej rzeczy - w momencie, gdy spuścił wzrok na moje usta... tak bardzo chciałam móc go pocałować, ale nie mogłam. Dlaczego? Przecież to Oli, dla niego pewnie i tak nic by to nie znaczyło, po prostu kolejna uległaby jego urokowi, a ja.. chcę się zakochać i być kochana. Wiem, że on nie potrafiłby mi tego dać - nie potrafiłby mnie kochać. Czasem się zastanawiam, czy kiedykolwiek w życiu mu na kimś zależało, ale tak naprawdę. Czy był kiedyś zakochany?
Jedno wiem, chłopak raczej nie ma w planach większych zmian w swoim życiu, na przykład jeżeli chodzi o ilość kobiet sprowadzanych do jego łóżka, a ja.. powinnam się od niego bardziej odsunąć. Boję się tylko tego, że mogłabym się w nim zakochać, a.. na litość boską.. przecież i tak nic dla niego nie znaczę i nie będę znaczyć, no chyba, że zechce postawić sobie za zadanie zaciągnięcie mnie do łóżka, co od razu mówię, że na pewno mu się nie uda.
Bez słowa podeszłam do kasy i kupiłam prezent dla Julesa, rzucając ekspedientce obojętne spojrzenie. Wychodząc ze sklepu nie oglądałam się nawet za Olim, w końcu to on powinien się pilnować, bo to ja mam nasz transport do akademika, a sam nie będzie miał zbytnio jak wrócić.
- Gdzie ty tak biegniesz? - Westchnął, wyrównując ze mną krok.
- Do samochodu? Muszę szybko wrócić i nauczyć się na jutro. - Wzruszyłam ramionami.
- Jutro Mikołajki, mamy wolne. - Wywrócił oczami.
- Na pojutrze.
- Na pojutrze zdążysz się nauczyć, nie przesadzaj - westchnął i złapał mój łokieć, dzięki czemu udało mu się mnie zatrzymać. - Co ty taka zdenerwowana?
- Nie jestem zdenerwowana, źle się czuję - mruknęłam pod nosem, wyrywając rękę z jego uścisku. Nie skłamałam, naprawdę nie czułam się najlepiej. Już jakąś chwilę temu zaczęła boleć mnie głowa i moje ogólne samopoczucie nie było najlepsze, ale starałam się nie zwracać na to większej uwagi, mając nadzieję, że zaraz mi przejdzie. - Chodźmy już. 
Chłopak bez słowa poszedł za mną, a zatrzymał się dopiero przy drzwiach samochodu. 
- Chyba coś ci się pomyliło - mruknęłam, widząc że stoi od strony kierowcy i wystawia do mnie dłoń, w oczekiwaniu na klucze. 
- Nie będziesz prowadziła, skoro źle się czujesz. - Wzruszył ramionami. - Dasz mi te kluczyki, czy mam sam je sobie wziąć? 
Nie mając ochoty na kłótnię, sięgnęłam dłonią do torebki i odnajdując w niej pęk kluczy i rzuciłam je w stronę chłopaka, który na całe szczęście bez problemu je złapał. Obeszłam samochód i zajęłam miejsce pasażera.
- Tylko jedź ostrożnie - mruknęłam, opierając głowę o zimną szybę.
- Oczywiście, księżniczko - zaśmiał się, odpalając silnik.
~~*~~*~~
Wróciłam do swojego pokoju i od razu położyłam się spać, mając nadzieję, że po krótkiej drzemce poczuję się lepiej. Całe szczęście miałam rację i po około godzinnym śnie czułam się o niebo lepiej. Pierwsze co udałam się do łazienki, by poprawić rozmazany makijaż. Nie miałam większej ochoty na wychodzenie gdziekolwiek z mojego cieplutkiego, przytulnego pokoiku, ale właśnie nadeszła pora obiadu, a mój żołądek wyraźnie domagał się posiłku.
Naciągnęłam trampki na nogi i niechętnie opuściłam pokój, kierując się w stronę schodów. W całym akademiku panowała cisza, co mogło oznaczać, że albo wszyscy byli już na stołówce, albo brali dodatkowe treningi. Zdecydowanie bardziej obstawiałam drugą opcję, bo frekwencja na lekcjach i wykładach ostatnio nie była zbyt wysoka.
Weszłam na stołówkę, gdzie aż świeciło pustkami. Jedynie kucharki krzątały się po całej sali, wycierając ostatnie stoliki i wykładając talerze. Podeszłam do lady i z niezbyt zadowoloną miną wzięłam porcję spaghetti. Nie przepadałam za tym daniem, dlaczego? Nikt nie umiał przyrządzić go tak dobrze, jak moja babcia, więc każda inna wersja niezbyt mi smakowała.
Usiadłam przy pierwszym lepszym stoliku i zabrałam się za jedzenie. Z tylnej kieszeni spodni wyjęłam telefon i po uruchomieniu go, zaczęłam przeglądać różne portale społecznościowe, bo zwykle nie miałam na nie zbyt dużo czasu. Podniosłam głowę dopiero wtedy, gdy usłyszałam, że krzesło naprzeciwko mnie się odsuwa.




Oli?
wybacz za jakość i długość

Od Emerson do Adama

Z założonymi słuchawkami ruszyłam żwirową ścieżką, prowadzącą do akademika. Po całym dniu zajęć byłam tak padnięta, że ledwo kontaktowałam z otaczającą mnie rzeczywistością. I właśnie dlatego po kilku minutach leżałam w śniegu, po zderzeniu z Adamem, który podobnie do mnie, nie zwracał uwagi na to co robi, bo całą uwagę poświęcił komórce.
Spotkanie z zimnym śniegiem ocuciło mnie na tyle, że podniosłam się całkiem sprawnie, z irytacją wycierając mokrą i pokrytą białym puchem twarz.
- To już chyba naprawdę jakaś wojna - chłopak parsknął śmiechem, ku mojej jeszcze większej złości. W tamtej chwili zdecydowanie nie byłam w nastroju do żartów. Do czegokolwiek, szczerze mówiąc.
- Albo najzwyklejszy pech - by nie musieć patrzeć na jego twarz, zaczęłam z nieprawdopodobną uwagą przyglądać się swojemu swetrowi, z którego strzepywałam kolejne płatki śniegu. Wtedy tez klęłam na siebie w myślach, że zdecydowałam się nie zabierać ze sobą kurtki. Uznałam, że droga między stajnią i akademikiem jest krótka, więc nie zmarznę za bardzo. Nie mogłam jednak przewidzieć, że wpadnę na kogoś i wyląduję w zaspie.
- Chociaż w książce główna bohaterka postawiłaby na przeznaczenie - mruknęłam pod nosem, nieudolnie próbując ukryć zirytowanie i niekoniecznie kierując swoje słowa do Adama.
- To też jest opcja - uśmiechnął się lekko, a ja poczułam ogromną chęć do wysmarowania mu tej gęby śnieżką. Nie byłoby to zbyt grzeczne, ale w tamtej chwili mało mnie to obchodziło. Uśmiechnęłam się, kiedy przed oczami stanął mi obraz chłopaka z twarzą pokrytą grubą warstwą śniegu
- Taaa, brzmi świetnie - skrzyżowałam ręce na wysokości klatki piersiowej, próbując ukryć drżenie ciała, które po kontakcie z chłodem zaczęło najzwyczajniej w świecie marznąć. Nie pomagał fakt, że mój sweter był calutki mokry. - Przed każdym spotkaniem kąpalibyśmy się w śniegu. Uwaga, wszyscy stop, ja już biegnę - zakpiłam, nie mogąc powstrzymać kącików ust, które powoli unosiły się w górę.
- W śniegu? Nie dałoby rady zamówić jacuzzi? - jego uśmiech jeszcze się poszerzył, a ze mnie powoli opadała złość, która jeszcze chwilę temu we mnie wrzała.
- Tradycja to tradycja - pokręciłam głową w geście odmowy, chowając telefon do tylnej kieszeni spodni. - Wróciłabym z tobą, ale jest okropnie zimno, a ja nie mam zamiaru zmienić się w sopelek. Także ten, do następnego.
Pomachałam mu na odchodne i pognałam w stronę drzwi wejściowych. Kiedy po otworzeniu ich uderzyła we mnie ściana ciepła, wzdrygnęłam się, czując jak powietrze zaczyna powoli ogrzewać moje zmarznięte ciało. Jak najszybciej potrafiłam pobiegłam do swojego pokoju, by kolejny raz tego dnia wziąć prysznic oraz zmienić ubrania. Znowu przed Adama Roya.
Wysunęłam się z przydużego swetra, spodni i reszty noszonych przeze mnie rzeczy, które złożyłam i zostawiłam na stojącym w rogu łazienki koszu na pranie. Przed wejściem do wanny, spojrzałam na chwilę na swoje odbicie w lustrze. Na widok swojego odbicia otworzyłam z zaskoczenia usta, przeskakując wzrokiem po różnych częściach swojej twarzy. Przez kontakt ze śniegiem mój podobno wodoodporny tusz się rozmazał - może trochę mniej niż zwykły, ale nadal wyglądałam jak panda. Policzki były czerwone, jakbym przesadziła z ilością różu o barwie dojrzałych pomidorów. Górną wargę jak zwykle pokrywały niewielkie rozcięcia spowodowane moim roztargnieniem, które doprowadzało do tego, że zapominałam użyć ochronnej pomadki. Włosy za to przypominały ptasie gniazdo. Gdzieniegdzie były mokre, jednak tworzyły spójną całość, jeśli chodzi o stopień potargania.
Ostrożnie wsunęłam najpierw jedną, a potem drugą stopę do wypełnionej ciepłą wodą wanną i westchnęłam cicho, kiedy zanurzyłam resztę ciała w gorącej cieczy. Założyłam słuchawki i włączywszy muzykę, oparłam głowę na zagłówku. Przymknęłam oczy, wsłuchując się w cichą, spokojną melodię i przyjemny dla ucha wokal piosenkarza.

And I find it kinda funny, I find it kinda sad
That dreams in which I'm dying are the best I've ever had. 

Wzięłam głęboki oddech i zsunęłam się w dół, chowając głowę pod taflą.

I find it hard to tell you, I find it hard to take
When people run in circles it's a very, very
Mad world. 

Wynurzyłam się już po kilkunastu sekundach. Nigdy nie byłam zbyt dobrym pływakiem, nurkiem tym bardziej. Jednakże wodę uwielbiałam i gdybym mogła, spędzałabym w niej całe dnie. Podskoczyłam zaskoczona, kiedy mój telefon zaczął dzwonić i o mały włos nie wrzuciłabym go do wody.
Już miałam odebrać połączenie, ale zdałam sobie sprawę, że było to po prostu przypomnienie o pracy domowej do odrobienie. Wiedziałam doskonale, że jeśli odłożę to na później, pewnie o tym zapomnę, więc chcąc nie chcąc, otuliwszy się szlafrokiem, wyszłam z łazienki.

Adam? 
teraz ty masz szansę zainicjować spotkanie ;3

niedziela, 10 grudnia 2017

Od Isabelle cd. Harry'ego

Uśmiechnęłam się, zaczesując jego włosy do tyłu. Oparłam głowę o jego czoło, początkowo zostawiając całusa na czubku jego nosa.
- Pięknie wyznanie, Haroldzie - uśmiechnął się szerzej - I jakże można ciebie nie kochać? - uniosłam jego podbródek delikatnie do góry, całując - Kocham cię, Harry. I chcę ci coś pokazać, ale najpierw musisz mnie puścić - zachichotałam.
- Nie wiem czy w tej sytuacji, w takim stanie jest to możliwe na chwilę obecną - wystarczyła mina słodkiego kotka, żeby przewrócił oczami i postawił mnie na ziemi. Chwyciłam go za dłoń, splatając nasze palce, ale po chwili zatrzymałam się.
- Albo jednak nie... czuję się znowu nisko. Możesz mnie z powrotem podnieść - zażartowałam, gdy westchnął głęboko - Żartuję przecież... - trąciłam go w ramię i pociągnęłam za sobą - No chodź już.
Zeszliśmy po schodach na dół, aż do salonu, przez mały pokoik ze stoliczkiem i fotelem, gdzie ciocia lubiła się odprężać przy parującym kubku kawy bądź herbaty, siedząc naprzeciwko okna z książką w ręce i spoglądała na swój idealny ogród, pilnując czy przypadkiem nic nam się nie dzieje. Przez ten czas zmieniło się tylko to, że nie jesteśmy już wariującymi dzieciakami. Trochę jednak tęskniłam za tamtymi czasami, za beztroską mimo tych wszystkich problemów, które wtedy były obecne.
Wyszliśmy na zewnątrz przez rozsuwane, szklane drzwi w stronę ogrodu, który był cały ogrodzony żywotnikiem i innymi większymi drzewkami. Ciocia lubi różnorodność. Jest pedantką, ale pozwoliła sobie na odrobinę zabawy. Połowę ogrodu zrobiła w stylu francuskim. Poukładane filamenty z kwiatów, drobne ścieżki pomiędzy krzewami, tworzyły mały labirynt. Za to druga połowa została oddana naturze. Widać było wyraźnie powoli zmieniający się styl francuski na czysto angielski. Uważałam, że to się może ze sobą gryźć, ale ta kobieta ma niesamowite umiejętności, gdzie nawet kontrastowe barwy potrafiły ze sobą współgrać. To właśnie w tej części ogrodu, na samym końcu, w kącie postawiona była mała, zabudowana altana. Osłonięta starymi drzewami, wyglądała jak chatka nimfy leśnej. W środku znajdowało się duże łóżko, specjalnie wstawione dla naszej trójki, która wprost uwielbiała obierać altanę jako bazę czy bunkier. To był nasz dom, zamek, forteca, statek, czasem namiot, gdy bawiliśmy się w podróżników, ale przede wszystkim to miejsce, w którym niezaprzeczalnie dorastaliśmy, a nasze dzieciństwo zostawało w pełni wykorzystywane.
- Ciocia specjalnie dla nas wybudowała u siebie, głęboko w ogrodzie specjalną altanę - powiedziałam, gdy razem weszliśmy pod jej daszek - Wstawiła łóżko, często wraz z braćmi robiliśmy nocki. Teraz głównie odgrywa rolę ozdobnika, ale liczę, że nadal pozostała tu cudowna atmosfera - okręciłam się dookoła, wciągając zapach drewna, które nadal była w doskonałym stanie. Zadbane i mające naturalną barwę. Usiadłam na pościeli, co dziwne, ciocia musiała ją wymieniać, bo niemożliwe by przez ten czas pozostawała ta sama. Przejechałam ręką po miękkim materiale i spojrzałam na Harry'ego. Przyglądał się właśnie jakimś kartkom, po chwili podszedł i usiadł obok mnie. Spojrzałam na kolorowe... nie ukrywajmy, bazgroły moich braci i roześmiałam się.
- Po każdej zabawie, rysowaliśmy to, w co się akurat bawiliśmy - wyjaśniłam - Jeśli dasz radę tutaj cokolwiek zobaczyć. Akurat wtedy bawiliśmy się w Tarzana. Wchodziliśmy na drzewa, oczywiście potem ciocia nas zganiła i wskazała tylko te, które w miarę przeżyje - zabrałam od niego kartkę - To tak jakby było wczoraj. Pamiętam jak Gabriel wtedy spadł, mimo że mówiłam jemu i Nathanielowi, że nie mają się przepychać, bo się źle skończy... - pokiwałam głową ze skrzywieniem.
- I? - chłopak spojrzał na mnie. Nie wierzę, że chce tego słuchać, ale skoro tak...
- No i nie mógł nabrać powietrza, więc pobiegliśmy do cioci, a ona zadzwoniła po pogotowie. Pamiętam jak przeżywała to. Mówiła, że mama już nigdy nas do niej nie odda. Na szczęście złamał sobie tylko rękę i delikatnie uderzył w głowie, co przyczyniło się do tych zawrotów głowy. Stwierdziliśmy razem, że już nie będziemy bawić się w Tarzana, ale z chodzeniu po drzewach nie zrezygnowaliśmy. Wkrótce nawet robiliśmy zawody kto pierwszy na którejś wejdzie. Zawsze się denerwowałam, bo nigdy nie byłam pierwsza. Prawie za każdym razem wygrywał Nate i to mnie chyba najbardziej irytowało. Raz dali mi wygrać. Cieszyłam się jak głupia, a potem jak trochę podrosłam to domyśliłam się, że to były fory z ich strony. Chodziłam obrażona przez kilka dni, ale szybko mi przeszło - zaśmiałam się, przeglądając dalsze rysunki - To były wspaniałe czasy. Pamiętam nawet jak tutaj pierwszy raz przyjechałam. A często tutaj przebywałam, jeszcze gdy mama walczyła z depresją. Miałam wtedy cztery lata, gdy poznała Richarda. I to właśnie dzięki cioci Melanii. Wówczas ja i mój brat mieszkaliśmy u niej. Gab był jeszcze za mały. Mama musiała uporać się z depresją i twierdziła, że niezdrowo na nas wpływa, więc starała się abyśmy trochę odpoczęli od tej smętności u ciotki - westchnęłam i złożyłam z powrotem obrazki na pół i uniosłam spojrzenie. Uważam, że powinnam w końcu wyjaśnić, dlaczego nie chcę rozmawiać z Edwardem zanim wrócę do Anglii. W końcu Harry'emu się to należy - Zmierzam do tego, aby wyjaśnić całą sytuację z moim ojcem. Wiem, że on pojawi się zaraz po tym jak wrócę do Anglii, a myślę, że ciekawi cię dlaczego właściwie nie chcę z nim rozmawiać. Oczywiście, zostawił mamę, zostawił dwójkę dzieci, ale nie za to mam do niego największy żal. Gdy byłam już nieco starsza i niezwykle napalona okazją na spotkanie biologicznego ojca, zainteresowałam się całą sprawą. Mama nigdy nie chciała mi opowiedzieć dokładnego przebiegu zdarzeń. Nate nigdy się tym nie interesował, myślę, że do dziś nie ma to dla niego większego znaczenia. Ja natomiast zdołałam wyciągnąć najważniejsze informacje, a nawet znalazłam dokładny adres zamieszkania Edwarda. Myślałam, że ucieszy się na widok swojej córki, ale to było tylko wyobrażenie nastoletniej dziewczynki. On po prostu znalazł sobie inną rodzinę, miał żonę, dziecko... po prostu kochał ich, obdarzył wszystkim tym, czym nie obdarzył nas. Nie widzę w tym żadnego wytłumaczenia. Nawet nie pomógł mamie się pozbierać. W dniu, gdy miałam okazję go spotkać, poszedł do niej i zaczął robić wyrzuty, że nasyła na niego swoje dziecko. Zaczął opowiadać jaką to ma wspaniałą rodzinę, cudowne życie, nie zważając na to, że mama wówczas sama była w ciąży. Gdyby nie było w domu Nathaniela to pewnie nasłuchałabym się tego więcej. Richard był wściekły, gdy o tym usłyszał. Wcale mu się nie dziwię. Nienawidzę tego człowieka. Wiem, że to źle i próbowałam znaleźć jakiś powód żeby tego nie robić, ale takowego nie ma. Nawet fakt, że jest moim ojcem... on nawet pogarsza całą sprawę - położyłam się na plecach, wpatrując się w drewniany sufit, z którego nadal zwisały papierowe ozdoby - Po prostu uważam jego zachowanie za dwulicowe. Nie tylko dlatego, że w ogóle się pojawił, ale ma w tym cel. Jestem pewna, że w tych całych "próbach porozmawiania", kryje się drugie dno. Nie jestem już głupią, naiwną nastolatką, którą prośba słodkim, proszącym głosem ruszy. Dlatego temat o Edwardzie uważam definitywnie za zamknięty - gest zamykania drzwi na klucz i wyrzucenie go za siebie, miał pokazywać moje zdecydowane posunięcie wobec ojca. I faktycznie uważałam to jako za dobre zakończenie.
- Jesteś zmienna - stwierdził, kładąc się obok - Po głębszym poznaniu muszę dojść do takiego wniosku - przyznałam mu rację, bo zdecydowanie ją miał.
- Nie lubię być stała - pokręciłam głową - Wiem, że to dziwnie brzmi i niezależnie od nas, nasz charakter określa człowieka, ale po prostu są miejsca i osoby, przy których nie muszę trzymać sztywnej postawy.
- I jestem jedną z nich? - podniósł się i zawisnął nade mną z zadowolonym uśmiechem.
- Teraz tak.
- A wtedy?
- A czy to ważne, co było wtedy? Teraz masz mnie na wyłączność - wzruszyłam ramionami.
- I żaden inny chłopak z hotelu mi ciebie nie zabierze? - uśmiechałam się coraz szerzej, aż w końcu zachichotałam, przymykając oczy.
- Nie. Nikt nie ma takich zielonych oczu, poza tym obawiałabym się o twoje zdrowie psychiczne - uniosłam dłoń i pogłaskałam go po włosach.
- Ma się całkiem dobrze - przewrócił oczami
- Oczywiście - zaświergotałam, trzepocząc rzęsami - Ale poważnie uszkadza się, gdy rozmawiam z moimi byłymi - zjechałam dłonią na jego policzek, gładząc kciukiem ciepłą skórę - A teraz proszę się ładnie przyznać. Alyssa ci powiedziała - zmrużyłam oczy.
- Do niczego się nie przyznaję - pokręcił głową, zamykając oczy.
- Bronisz jej, a to jest najlepszy dowód - trąciłam go w nos - Zdrajca z ciebie niesamowity.
- Bo się obrażę - zagroził. Jeszcze będzie się obrażał na mnie. Co za niesamowita bezczelność. Za chwilę ktoś tu na pewno się obrazi i to nie będzie on.
- To ja powinnam się obrazić - oświadczyłam z namaszczeniem, spodziewając się jednak całkiem innej reakcji ze strony chłopaka. Zamiast walczyć o swoje, uśmiechnął się jeszcze bardziej, nieco rozbawiony i powoli zaprzeczył głową.
- Nie obrazisz się - pochylił się jeszcze bardziej, zniżając swój głos. Cofnęłam głowę najbardziej jak umiałam, niemal zagłębiając całą głowę w poduszkę, starając zachować subtelny uśmiech - Już cię wyczułem, Mortensen. Masz coraz mniej dróg ucieczki - ostrożnie odgarnął z mojej szyi włosy na bok. Zmierzył mnie spojrzeniem, uśmiechając się jeszcze bardziej i powoli wycałował moją szyję. Podciągnęłam jego koszulkę do góry, nieco pomógł mi w zdjęciu jej. Ciocia by mnie zabiła, gdyby tylko wiedziała, że wykorzystałam jej ogród do takich celów. 
- Myślisz, że teraz? - zapytałam, obejmując jego szyję, będąc wówczas już jedynie w bieliźnie.
- Później będzie tylko trudniej - wymruczał, powoli zdejmując czarne ramiączko z mojego ramienia - Później będzie tylko coraz mniej czasu. Szkoła, akademia, rutyna...
- Koncert jeden po drugim, pytania dlaczego Harry Styles nie chce pokazać swojej dziewczyny, czy jego życie prywatne aż tak drastycznie się zmieniło... - zachichotałam, gdy uniósł głowę i zmarszczył brwi. Objęłam jego twarz dłońmi i pocałowałam - A ja jako twoja wspaniała pani adwokat odpowiem, że twoje życie prywatne jest tak cudowne, że nie możesz się nim chwalić by przypadkiem nie zachwycić zbytnio twoich fanów. Tak? - owinęłam go nogami wokół bioder i pogłaskałam po policzkach.

Harry?

sobota, 9 grudnia 2017

Od Zamiry CD Toddy'ego

Kiedy odstawiłam gada z powrotem do terrarium wzięłam do ręki pudełeczko z świerszczami i bez obrzydzenia wzięłam owada do rąk. Kątem oka spojrzałam na chłopaka, myślałam, że mi się przygląda jednak całą uwagę skupił na śpiącym Leosiu. Nakarmiłam Oliviera i podeszłam od tyłu do Toddy'ego. Położyłam rękę na ramieniu chłopaka, który nagle obrócił się w moją stronę. Wlepił we mnie pytające spojrzenie, a ja uśmiechnęłam się szeroko.
- No więc tak. Są dwie opcje. Aktualnie wygląda tu jak po przejściu Irmy, więc powinnam się do końca rozpakować i posprzątać, ale jak możesz się domyśleć bardzo mi się nie chce. - powiedziałam udając opanowanie - A jako że już tu jesteś zostaniesz zmuszony do pomocy mi, bo inaczej wypadniesz przez okno, przypadkowo rzecz jasna.
Chłopak nawet nie zdążył niczego powiedzieć, bo przerwałam mu.
- Jest też segunda opción. Jej geneza jest prosta. Jestem zmęczona. Spędziłam prawie 10 godzin w samolocie. Nie mam chęci ogarniania tego syfu. Jestem tutaj obca, nawet nie wiem gdzie mam iść za potrzebą. - zarechotałam głośno - W prostszych słowach, masz mnie oprowadzić i najlepiej zacznij od łazienki, bo zaraz się posikam.
Toddy oparł rękę na ciemnej komodzie na której stało terrarium Leona i również się uśmiechnął.
- Opcja numer dwa mnie uwiodła, nie mógłbym odmówić - powiedział chłopak, a w jego głosie było słychać sarkastyczną, udawaną głębie - A wychodek każdy ma własny i jest za drzwiami.
Kiedy tylko dowiedziałam się o tej tajnej tajemnicy, jaką jest położenie szczacza podbiegłam do drzwi i prawie zabijając się o kartony wpadłam do łazienki.

~ Po wysiusianiu się ~

Postanowiliśmy, że za pół godziny spotkamy się na korytarzu. Musiałam się przebrać, bo moje ciuchy były przepocone. Nie chciało mi się brać prysznica, więc użyłam kochanego przez wszystkich dezodorantu. Założyłam czarne jeansy z dziurami na kolanach i biały sweter w czerwone paski. Spodziewałam się, że na koniec pójdziemy do stajni, więc zamiast sportowych trampek wzięłam sztyblety. Z jednego kartonu wyciągnęłam czarny plecak. Położyłam go na krześle i spakowałam opakowanie smaczków dla Peq i jej kantar. Z innego kartonu wyciągnęłam książkę i ją też włożyłam do torby. Potem słuchawki, powerbank, szczotka, pilniczek, notatnik i parę gumek do włosów. Przezorny zawsze ubezpieczony. Położyłam się na rozkopanym łóżku i wzięłam do ręki telefon. Zaczęłam przeglądać media społecznościowe. Zrobiłam kilka zdjęć i wstawiłam je na Instagrama, żeby tylko dopiec i pochwalić się moim znajomym z Kuby, że już tu jestem. To trochę przykre, że pewnie zobaczę ich dopiero w wakacje. Uśmiechnęłam się blado. Miałam jeszcze czas, minęło dopiero jakieś 15 minut. Mogłabym pójść już do Toddy'ego ale nie wiem gdzie ma pokój i byłoby to dość niegrzeczne. Jeśli będę zbyt nachalna znowu wszyscy się ode mnie odsuną już po pierwszym spotkaniu. Będzie tak samo jak w szkolę. Nie zostało mi nic innego jak podjęcie się próby poczesania moich włosów. I tak nie mam nic lepszego do roboty. Leżenie w jednym miejscu nic nie da. Podniosłam się do siadu i wzięłam do ręki szczotkę. Zaczęłam czesać włosy. Kiedy skończyłam wyglądałam jak baranek. Każdy włosek stał mi niemal pod kątem prostym. Związałam je w luźny warkocz i zaczęłam czekać ta mojego przewodnika. Po dość długiej chwili usłyszałam głośne pukanie do drzwi. Potem zza framugi wyjrzał Toddy. Wyszliśmy. 

<Toddy?>

piątek, 8 grudnia 2017

Od Imanuelle C.D. Zaina

Jego staranie było miłe. Słodkie i w pewnym sensie cieszyło mnie, że jest jednak ktoś w tej Akademii, kto choć trochę martwi się o to, czy ja się uśmiecham i czy nie jest mi smutno. Wyprostowałam się i z pełną gracją dygnęłam przed nim. Nie mogłam zrobić mu takiej przykrości, zresztą byłam mu wdzięczna, że wcześniej nie uciekł z krzykiem przerażenia, jak wielu z moich byłych by zrobiło. Tylko on nie jestem moim byłym. Nie jest wcale mój. I nie będzie. A tym bardziej nie będzie moim byłym. Zbyt skomplikowane, już głowa zaczynała mnie boleć od tego myślenia i analizowania wszystkiego.
- To będzie dla mnie szczyt, spędzić wieczór z kimś tak wspaniałym i szlachetnym, jak pan - odparłam całkowicie poważnie, a on się uśmiechnął.
- Więc daję ci pół godziny, maksymalnie godzina niech już będzie... - uniosła brew. - Znaczy... mam nadzieję...
- No już dosyć tej staroświeckości - mruknęłam. - Tylko żebyś ty się zdążył wyszykować w godzinę - zaśmiałam się.
- Oj nie przesadzaj, aż tak źle ze mną nie jest! - prychnął i ruszył do swojego pokoju. Wyjrzałam za nim, a on się odwrócił. Zaczęłam się śmiać, a on tylko się uśmiechał. - Wiedziałem, że patrzysz!
- Ja? Nigdy w życiu! Nie ma na co - puściłam mu oczko i szybko zamknęłam drzwi. Właściwie nie wiedziałam dokąd idziemy, a przed co nie wiedziałam, w co mam się ubrać. Szybko podeszłam do biurka, skąd zgarnęłam telefon.
Ja: W co mam się ubrać? Dokąd idziemy?
Zain: Niespodzianka! Ale ubierz się ładnie
Ja: Ja zawsze ubieram się ładnie...
Zain: To ubierz się ładniej niż zwykle!
Prychnęłam pod nosem i podeszłam do szafy, otwierając ją i wzdychając. Właściwie to nie miałam przy sobie wielu eleganckich ubrań... Chociaż... Miałam sukienkę od Zaina. Może delikatnie przyległa do ciała i odsłaniała ramiona, jednak miała długi rękaw. W końcu wzięłam wieszak z nią i powędrowałam do łazienki. Poprawiłam i tak delikatny makijaż, po czym założyłam sukienkę i wróciłam do pokoju. Z komody wyciągnęłam pudełko z biżuterią i spędziłam zdecydowanie zbyt dużo czasu, aby się zdecydować, co najlepiej będzie pasować do mojego stroju. W końcu zdecydowałam się na króciutki naszyjnik z kamieniami, które nazywano "noc Kairu". Wolę stawiać na sprawdzone rzeczy. Założyłam czarne szpilki i płaszcz tego samego koloru. Już miałam podejść do drzwi, kiedy rozległo się pukanie i pojawił się w nich Zain... Przesunęłam po nim wzrokiem. Spodnie i kamizelka jakby od garnituru, koloru bardzo ciemnego granatu oraz koszula takiego samego koloru. Wbrew pozorom idealnie to do siebie pasowało, a co najważniejsze pasowało do niego. Wyglądał oszałamiająco.
- Czy jest pani... gotowa? - wahał się w momencie, kiedy jego wzrok padł na mnie. Powoli na jego twarzy zagościł uśmiech, który z sekundy na sekundę stawał się coraz większy. Zapięłam płaszcz. - Czy to...
- Nie. To wcale nie jest sukienka, którą wbrew mojej woli mi kupiłeś - wzruszyłam ramionami. Zabrałam klucze od pokoju oraz kopertówkę. Właściwie to nie wiedziałam skąd ją tutaj miałam, ale cieszyłam się, że się znalazła. Minęłam go. - I tak nadal uważam, że powinnam zwrócić ci pieniądze za nią.
- Zwracasz z odsetkami, nosząc ją - puścił mi oczko, a ja nieznacznie przewróciłam oczami, nadal się uśmiechając.
- Chyba jednak troszeczkę przesadzasz - odparłam, wskazując mu dłonią żeby wyszedł z pokoju, ponieważ czekałam już, aby zamknąć drzwi. Powolnym krokiem opuścił go, a ja wtedy szybko przekręciłam klucz w zamku.
- Ale to jest prezent - zauważył.
- Ale ja o niego nie prosiłam - wzruszyłam ramionami.
- Może dlatego, że zazwyczaj prezenty się dostaje, a nie prosi się o prezenty - udał wielce zastanawiającego się. Akurat na kogo jak kogo, ale na myśliciela, filozofa, to on by się nadawał.
- Fascynujący wywód... - odparłam nieco cynicznie. - Oddam...
- Nie trzeba. Czy ty zawsze musisz być taka uparta? - założył płaszcz i podał mi ramię. - Idziemy.
- Rozumiem, że zero dyskusji? - westchnęłam i zrobiłam smutną minkę.
- Problem z tobą polega na tym, że z tobą nie da się dyskutować, może tylko ewentualnie się kłócić, a ja dziś nie zamierzam się z tobą kłócić - uśmiechnął się nieśmiało.
- Naprawdę...
- To naprawdę nie tak. Zwyczajnie uważam, że zasługujesz na coś więcej niż smutek po kimś, kto na ciebie w żaden sposób nie zasługiwał. No może wyglądem, ale to też naciągane.
- Czyżby? To kto jest lepszy niby? - trąciłam go w ramię. Uśmiechnęłam się, ale odwróciłam głowę, żeby tego nie zauważył. Doskonale wiedziałam jaka będzie odpowiedź, zastanawiało mi tylko, jak tym razem uświadomi mnie w swojej wspaniałości.
- Wielu mężczyzn - wzruszył ramionami. - Jednego, tego najprzystojniejszego widzę codziennie w lustrze...
- Przeglądasz się w lustrze z Harry'm? - zdziwiłam się, a widząc jego minę i ten morderczy wzrok, roześmiałam się. - Tak tylko się droczę.
- Twoje droczenie, mnie rani, a już wystarczająco zostałem dziś zraniony - mruknął niezadowolony. Prychnęłam.
- A myślisz, że co tutaj robię? Od wejścia do samochodu, będę jak balsam na twoje zranione serduszko - odparłam poważnie. Zmrużył oczy, przyglądając mi się bardzo uważnie.
- Z jakiej to okazji? Nie uwierzę, że odezwał się w tobie instynkt macierzyński czy inne ustrojstwo, które każe kobiecie przytulić każdą smutną osobę...
- Po prostu... chcę się odwdzięczyć... - urwałam, jednak on ewidentnie czekał, na to, żeby kontynuowała. - No wiesz... za to... co zrobiłeś. W sensie...
- Imanuelle, chyba zaczynasz się rumienić - szepnął, chichocząc.
- Oj przestań - pacnęłam go w ramię i ruszyłam szybciej do wyjścia, dogonił mnie po kilku krokach. No tak, przecież byłam w szpilkach... Nawet jakby chciała uciec, to nie da rady.
- Ja nic nie mówię - wzruszył ramionami.
- Ja też nie będę - odparłam.
- Tak nic? - zapytał niepewnie, zerkając mi w oczy. Zacisnęłam usta w wąską kreskę i powoli pokręciłam głową. - Szkoda. Czasem, bardzo rzadko, podoba mi się to droczenie z tobą i nawet bawi, ale skoro tak... - wzruszyłam ramionami, a on coś fuknął pod nosem. Otworzył przede mną drzwi na zewnątrz. Był dosyć jasno jak na jesienny dzień, jednak już powoli robiło się szaro. A jeszcze jak byłam w pokoju, to zza ciężkich chmur wyjrzało słońce... Stanęliśmy na parkingu, a ja otworzyłam torebkę i zaczęłam szukać kluczyków od mojego samochodu. - Nie wierzę... - westchnął i bez ceremonialnie zabrał mi torebkę. - Czasem mam wrażenie, że ty po prostu znajdujesz przyjemność w tym, żeby mnie po pierwsze irytować, po drugie denerwować, po trzecie doprowadzać do zawału i po czwarte niszczyć moje kruche poczucie własnej wartości. Mam jednak nadzieję, że to tylko właśnie to niewinne wrażenie i przestaniesz rzucać mi kłody pod nogi choć na jeden wieczór.
- Ale ja nie rzucam kłód - zauważyłam cicho. - Tylko szukam kluczyków...
- No przecież moim jedziemy - jęknął.
- Aha... No dobrze. Nie jestem po prostu przyzwyczajona, że ktoś mnie gdzieś wozi. Odkąd mam prawo jazdy mam samochód i sama wszędzie jeżdżę.
- Więc pozwól mi porwać cię na tę kolację. Tak od początku do końca. Ja zabieram, ja prowadzę, moim samochodem jedziemy, ja płacę, ja wszystko zapewniam, ja prowadzę z powrotem i ja cię odprowadzam. Zrozumiało dziecko wszystko? - pokiwałam głową. A on teatralnie wypuścił powietrze z ust. - Doskonale.
- Będę chociaż sama zamówić jedzenie? - zapytałam, a tym razem to on przewrócił oczami.
- Będzie dziecko mogło, a teraz zapraszam do samochodu - prowadził a ja chichocząc szłam za nim. Otworzył mi drzwi, a ja wsiadłam. Proszę jakiego tutaj dżentelmena mamy. W sumie taka rola nawet mu pasowała. W końcu sławny, przystojny, powinien być też dobrze wychowany, w sensie nie miałam nic do jego rodziny. Nie znałam jej, więc nie oceniałam, ale powinien być dżentelmenem. Tak ja uważam. Pani arystokratka... Jak ja tego czasem nienawidzę. Po chwili wsiadł do samochodu i bez słowa odpalił silnik.
- Zain? - zapytałam cicho. Westchnął i spojrzał na mnie.
- Co?
- Dziękuję, że mnie stamtąd wyciągnąłeś - odparłam uśmiechając się nieznacznie. - Naprawdę to doceniam - uśmiechnął się i spuścił głowę, jakby bał się, że zaraz się zarumieni. Po chwili uniósł wzrok, ale skupił się na jeździe. Ja za to rozpięłam trochę płaszcz i zaczęłam wyglądać przez szybę. Miałam wrażenie, że pada śnieg, a w pewnym momencie do szyby przykleiło się kilka śnieżynek. Ciekawie się zapowiada...

~ * ~

Londyn jak zwykle był zatłoczony. Nigdy chyba nie zrozumiem tego miasta. Liverpool jest całkowicie inny, a dla mnie na pewno piękniejszy. Kiedy potrafi się po nim chodzić, wygląda wręcz bajecznie. Za to chyba jego największym plusem jest wybrzeże, ponieważ... kocham morze. Nawet takie chłodne, a czasem wręcz lodowate. Z zamyślenia wyrwało mnie raptowne hamowanie, które mną szarpnęło.
- Przepraszam... - mruknął Zain. - To nie moja wina. To jego wina. Jeździć nie potrafi. Od kiedy to się na pomarańczowym hamuje?
- Raczej... od zawsze Zain... - uśmiechnęłam się przepraszająco, kiedy na mnie spojrzał, niezadowolony. - Może po prostu nie każdy ma wystarczająco pieniędzy, aby je wydawać na mandaty za jazdę na czerwonym świetle.
- Jasne, ja po prostu chwalę się jaki to ja nie jestem bogaty - prychnął.
- No dobrze, tego akurat nie mogę do końca powiedzieć... - przyznałam, a on zmarszczył brwi.
- Jak to "do końca"? - zdziwił się. Wzruszyłam ramionami.
- Wiesz... wbrew pozorom nie każdy chłopak dając pierwszą lepszą bluzę, nieznajomej właściwie dziewczynie, daje jej bluzę z Calvina Kleina. Tak poza tym, to masz super samochód, ale to ci mogę wybaczyć, ponieważ sama mam słabość do tego... ale poza tym, to naprawdę nie pokazujesz swojego snobizmu, jeśli jakikolwiek posiadasz, a uważam, że kompletnie nie wykazujesz takiej wady. Jesteś zbyt pozytywnym człowiekiem.
- Miło, że nie uważasz mnie za snoba - zaczął się śmiać.
- A powiesz mi dokąd idziemy?
- Do Cl... - urwał. - Ale ty mnie podchodzisz - mruknął, a ja spuściłam głowę. - No nie do wytrzymania jesteś, no! No jak tak można - pokręcił głową z dezaprobatą.
- Oj no bo ciekawa jestem.... bardzo nawet - powiedziałam cicho.
- Idziemy do restauracji. Już ci mówiłem - odparł, a ja przewróciłam oczami.
- A... no wiesz... nie boisz się, że kogoś spotkamy, że ktoś nam zrobi zdjęcie, że wpadniemy na rój fotoreporterów, albo przypadkowo na twoje fanki... - zaczęłam wyliczać, a on coraz szerzej się uśmiechał.
- Wcześniej o tym tak bardzo nie myślałem, ale chyba mnie to nie obchodzi.
- Chyba? - skrzywiłam się, słysząc to. Wolałabym jednak, żeby był pewny swoich słów. W końcu tutaj przede wszystkim chodzi o jego reputację. Mnie może zna połowa Liverpoolu, jego połowa świata pewnie, jak nie większa część.
- Właściwie nie robimy nic złego. Po prostu idziemy na kolację do restauracji. Jakimś cudem może nie natkniemy się na żadnego dziennikarza, na co w głębi duszy liczę... Nie przepadam za nimi, szczególnie jeśli chcę czerpać przyjemność z wieczora, a tutaj nagle ktoś ci pstryka fleszem po oczach... - westchnął ciężko.
- Ciężkie życie. Zawsze wszystko na widoku, zawsze obserwowany...
- A ty? Zawsze w sztywnych zasadach etykiety, zawsze idealna, niczym baletnica, nie mogąca zrobić ani jednego, złego kroku... - westchnęłam.
- Zbyt ładny wieczór, żeby mówić o moim smętnym życiu... panie Malik - zaśmiał się.
- To pani jest najpiękniejszą częścią tego wieczoru, pani Hale - odparł równie poważnym tonem, co ja przed chwilą.
- Mogę być niedelikatna? - zapytałam niepewnie.
- I tak zrobisz, co masz zrobić, więc to pytanie było raczej bez sensu... - zauważył.
- W sumie... - przyznałam. - Daleko jeszcze?
- A co?
- Głodna jestem - mruknęłam, a on zaczął się śmiać. - Nie chcę, żeby burczało mi brzuchu, jak będziemy tam czekać.
- Spokojnie, już prawie jesteśmy.
- Prawie? Clos Maggorie? - zapytałam z niedowierzaniem.
- Czyżbym znalazł Watsona godnego mnie? - zachichotał.
- Wiesz, że tam stolik rezerwuje się kilka miesięcy przed? Naprawdę myślisz, że wejdziesz tam, powiesz "Jestem Zain Malik" i nagle wyczarują ci stolik? - uniosłam brew.
- Tak właśnie myślę - odparł zatrzymując się. - Jesteśmy na miejscu.
Spojrzałam za szybę na lewo ode mnie znajdował się szereg budynków, po chwili Zain otworzył mi drzwi. Wyszłam na zewnątrz. Nietrudno było znaleźć napis "Clos Maggorie". Zza szybek drewnianych drzwi biło światło, które w tamtym momencie wydawało mi się emanować również niezwykłym ciepłem.
- Madame - odparł brunet otwierając drzwi restauracji i kłaniając się przede mną. Uśmiechnęłam się i weszłam po środka, po chwili dołączył do mnie. Kiedy podszedł do nas jakiś mężczyzna, chłopak zaczął z nim rozmawiać, a ja z podziwem, jednak subtelnie rozejrzałam się po lokalu. Był wspaniały... Po prostu olśniewający. Wszędzie roślinność mieszająca się z drewnem w naturalny sposób, jakby tworząc całość krzewów oraz drzew. Niczym bajeczne mieszkanie hobbita z książek, które czytałam wiele lat temu. Lustra nadawały mu wrażenia bycia większym, bardziej przestronnym. Wspaniały, elegancki styl. Mężczyzna zaprowadził nas przez całą długość restauracji, do oddzielnie wydzielonej podsali... Cóż. Pierwszy raz byłam tutaj i całkowicie mnie olśniło. Sufit przyozdobiony gałęziami pełnymi białych kwiatów, które wraz ze
światłami oraz ogniem z kominka, rozświetlały to pomieszczenie. Przez gałęzie przebijał szklany dach, a przez niego niebo, co wyglądało, jakbyśmy siedzieli pod jakimś rozłożystym, pięknym, kwitnącym drzewem owocowym. Znajdowały się tutaj tylko dwuosobowe stoliki i jakimś wyjątkowym cudem, większość była
pusta. Usiedliśmy nieco z boku, trochę w ciemniejszym zakątku, jednak bliżej kominka. Zain podsunął mi krzesło, a mężczyzna podał nam kartę i zostawił na chwilę samych. Kiedy wrócił brunet zamówił wybrane przez nas dania, które niedługo później się pojawiły przed nami. Wzięłam kęs...
- O Boże... - westchnęłam, pod wpływem rozpływającego się jedzenia w moich ustach.
- Co? Nie smakuje? - zapytał zmartwiony Zain. Zaśmiałam się i uniosłam brew.
- Nie smakuje? Przecież to jest boskie. Cudowne, genialne... I ten cały lokal... nie wiem co mam powiedzieć. Może i Londyn mniej mi się podoba od Liverpoolu, ale nie wiem ile bym dała, żeby tam znajdowała się równie doskonała restauracja - westchnęłam rozglądając się wokoło.
- Czyli jednak się podoba? - uśmiechnął się, a ja pokiwałam delikatnie głową, biorąc kolejny kęs i przymykając oczy. Jak można robić tak idealnie smakujące jedzenie?! Bałam się, że niedługo zacznie mi brakować przymiotników do określenia perfekcji tego wszystkiego. - Miałem nadzieję, że tak będzie. Byłem tutaj dwa razy, ale za każdym podziwiam to miejsce, jest...
- Olśniewające - zauważyłam. Tak to dobre słowo i zdecydowanie zbyt wiele razy użyte tego wieczoru w moich myślach, a przecież to był dopiero jego początek.
- Tak... olśniewające - powtórzył, a ja zerknęłam na niego. Nadal miał uniesiony widelec do ust, jednak tylko na mnie patrzył. - Olśniewające... - uśmiechnęłam się i spuściłam głowę czując, że się czerwienię.
- Co takiego?

Zain?

czwartek, 7 grudnia 2017

Od Joshuy cd. Milesa

To nie jest aż takie trudne. Da się do tego przyzwyczaić po jakimś czasie, jeśli jest się wytrzymałym. Najgorzej, gdy pojawiają się rzeczy, które odciągają cię od tej utrzymywanej powagi. Ale po jakimś czasie stajesz się odporny na nie i później cię nie wzruszają. To ciekawe. Nie mieć wyznaczonych etykiet, ścisłych zasad zachowania, narzucanego wzoru.
- Teoretycznie da się wytrzymać, ale po prostu do niektórych ludzi to nie pasuje - podniósł delikatnie brew, czekając na moją kontynuację przemyśleń. Uśmiechnąłem się i spojrzałem przed siebie - Nie obraź się, ale jakby postawili ciebie przede mną i kazali przydzielić do jednej grupy, to nie powiedziałbym, że wyglądasz na kogoś będącego przez cały czas poważnym.
- Zastanawiam się, czy to właśnie był komplement, czy jednak szpilka w moją osobowość - spojrzał w sufit, przez co również odruchowo uniosłem głowę.
- To pozytywne słowa - wyjaśniłem - Jakkolwiek zabrzmiało to co przed chwilą stwierdziłem, ale uważam, że jednak będąc w połowie spontanicznym, to cecha dużo warta w charakterze. Niektórzy będąc jej pozbawieni są po prostu... nudni - wzruszyłem ramionami. Zapadła chwilowa cisza, podczas której Miles wyjątkowo nerwowo się poruszył.
- Ej ej ej... wiem do czego zmierzasz i nie waż mi się tak myśleć.
- Ale do czego? - spojrzałem na niego z pytającym wyrazem twarzy. Po krótkiej chwili zrozumiałem co ma na myśli - Aha. O to ci chodzi. Cóż... każdy człowiek posiada jakiś rodzaj spontaniczności, nawet jeśli jest bardzo przewidywalny.
- Ty mi tutaj nie próbuj się rekompensować. Doskonale wiem o twoim hobby umniejszania swojej wartości - prychnął, na co się tylko szerzej uśmiechnąłem.
- To by było dosyć oryginalne zainteresowanie - pokręcił głową z dezaprobatą.
- Za chwilę sam ci znajdę zainteresowanie - zachichotałem. Nastąpiła chwila ciszy, a ja zdecydowałem się w końcu zapytać.
- To jak? Zejdziesz?
- Kocham ich, ale nie dam tej satysfakcji. Są przekonani do jednego. Ja swoje, a oni swoje.
- Chyba tak powinno być. Każde dziecko ma jednak inne zdanie i pogląd niż jego rodzice - spojrzałem na niego. Pokręcił delikatnie głową w zastanowieniu, nie zaprzeczając, ale potwierdzeniem też tego nie mogłem nazwać - Znaczy... chyba. Tak słyszałem.
- Po prostu udowodnię im, że się mylą - uparte to jak mało kto.
- Czyli nie namówię cię do zejścia na dół? - westchnąłem, opadając plecami na łóżko, za to głowę opierając o jego uda. Spojrzałem w sufit, bawiąc się palcami w oczekiwaniu na jego odpowiedź.
- Nie - odpowiedział stanowczo. Uniosłem brew, kątem oka przyglądając się mu. Przewróciłem się na brzuch, opierając głowę o swoją rękę. Zmierzyłem go spojrzeniem, drugą, wolną dłoń opierając o jego bok.
- Nawet na chwilkę? - zapytałem, wodząc delikatnie palcem po jego ciele, aby po chwili podwinąć delikatnie jego koszulkę i dotknąć ciepłej skóry. Jego kąciki ust delikatnie uniosły się ku górze.
- Nawet na chwilkę - mimo to nadal nie rezygnował. Jestem okropny, że próbuje go do tego przekonać. Przecież on ma wolną wolę, a ja wykorzystuję najgorszy sposób z możliwych. Jestem godzien potępienia, co mnie w przyszłości z pewnością dopadnie.
- To ogromna szkoda - posmutniałem, spuszczając wzrok. Złożyłem delikatny pocałunek na jego odsłoniętym biodrze. Nabrał głęboko powietrza do płuc, po chwili je wypuszczając, jakby udawał, że tylko chce westchnąć.
- Trochę? - uśmiechnąłem się szerzej. Podniosłem całe ciało na rękach i powoli przeniosłem nad nim, zawisając przez chwilę. Powoli przesunął spojrzeniem po suficie wprost na moje oczy. Odgarnąłem grzywkę nieco na bok - Myślę, że da się ciebie przekonać. Tylko trzeba użyć stosownego argumentu - delikatnie wzruszyłem ramieniem, spoglądając na jego usta. Zmniejszyłem odległość między nimi. Gdy nieznacznie je odchylił, było to jak pozwolenie do kontynuowania. Pocałowałem go, po dłużej chwili powoli się odsuwając. Zjechałem ustami po jego policzku aż do szyi - Pewnie nadal nic z tego? - pokręcił głową powoli - Jesteś strasznie uparty - wyszeptałem.
- Wiem. To moja wada - uniosłem głowę, gdy otworzył oczy.
- Nie. To zaleta - stwierdziłem - Podobasz mi się, uparcie stawiając na swoim, jeszcze bardziej intrygujesz... - ponownie ucałowałem jego szyję - Ale ja schodzę na dół, bo pomimo, że pachniesz smakowicie, to twoja mama gotuje wyśmienicie - wyszczerzyłem się i odsunąłem się, wstając z łóżka.
- Ej. To kolejna zdrada - usłyszałem, gdy poprawiałem na sobie bluzkę. Odwróciłem się z uśmiechem w jego stronę. Wsparł się na rękach, siadając.
- Skądże. Będę czekał na dole - wskazałem ręką na wyjście z pokoju.
- A co z ciągiem dalszym? - uniósł brew, gdy otworzyłem drzwi, co skutkowało zatrzymaniem się idealnie przed nimi i ponownym odwróceniem w jego stronę. Zmierzyłem go spojrzeniem i pokręciłem głową w zamyśleniu.
- Cóż... może wymyślę kontynuację - posłałem mu uśmiech i zamknąłem za sobą drzwi, schodząc na dół do kuchni.
Mama Milesa spojrzała na mnie, potem uważnie na schody i westchnęła z uśmiechem. Usiadłem przy stole, zwracając uwagę ojca chłopaka, który zaśmiał się cicho pod nosem.
- A nie mówiłem kochanie. Nie zejdzie, choćby go siłą wyciągano z pokoju - podniosłem wzrok do góry, delikatnie unosząc kąciki ust do pokoju. W sumie siłą go nie wyciągałem. To byłoby niegrzeczne.
- Pewnie go uraziliśmy - kobieta cicho powiedziała pod nosem i odwróciła się w kierunku swojego męża - Bardzo? - zapytała mnie. Pokręciłem głową, posyłając do niej uśmiech.
- Przejdzie mu. Zawsze mu przechodzi - uspokoił ją mężczyzna - Poza tym, niedługo obiad - puścił mi oczko.
- Dziwne - mruknąłem pod nosem, bawiąc się leżącą na stole chusteczką - Nie wygląda jakby lubił jeść.
- Bo to był taki niejadek - zachichotała Lisa. Uśmiechnąłem się pod nosem - Ty zresztą też wyglądasz jakbyś od miesięcy nie jadł - posłała mi groźne spojrzenie. Jeśli dało się to nazwać groźnym - Ja pamiętam, Charles, jak twoja mama nakładała. Przez cały dzień chodziłeś najedzony, a jeszcze po obiedzie jęczałeś, że za dużo - mężczyzna roześmiał się, choć sądząc po jego budowie, wcale nie wyglądał aby dużo jadł.
- A potem mama wkurzała się, że nie jadłem kolacji. Jak ja byłem pełny po wsze czasy - roześmiałem się wraz z nim, głaszcząc Raven, która usiadła obok mojego krzesła i oparła pysk o moje uda.
- No już, już - wtrąciła Lisa - Nie przesadzaj.
- Nie przesadzam - zaprzeczył. Ciekawie było przyglądać się ich rozmowom.
- Trochę jednak tak - pokiwała głową.
- Ależ skarbie - kobieta odwróciła się przodem do męża, zakładając ręce na biodra. Ten natomiast zrobił proszącą minę, na którą Lisa zareagowała cichym prychnięciem pod nosem i z jeszcze szerszym uśmiechem, odwróciła się z powrotem w stronę blatu - Czasem wydaje mi się, że mamy dosyć specyficzne rozmowy. A u ciebie rodzice też tak rozmawiają, Josh? - zwrócił się w moim kierunku. Delikatnie zaskoczył mnie tym pytaniem, nie wiedziałem co właściwie na nie odpowiedzieć. I pod względem kogo odpowiedzieć. Rose i Jeremy'ego już nie ma, więc nie mogą rozmawiać. Ledwo pamiętam ich rozmowy, chociaż były równie ciekawe, jednak będąc jeszcze dzieckiem, Rose pilnowała żeby ich droczenia nie były zbyt wpływające na mnie. A co do Samanthy i Jasona... nawet nie obchodziło mnie czy ze sobą rozmawiają, bo właściwie jako małżeństwo, nie za często rozmawiali ze sobą na inne tematy niż praca czy o rzeczach związanymi z nią. Szczerze mówiąc, to rzadko rozmawiali czy nawet spędzali czas, jedynie dzieląc ze sobą łoże małżeńskie, choć sądząc po relacjach między Jasonem, a jego o dziesięć czy nawet dwadzieścia lat młodszymi sekretarkami, to nie wiem czy nawet chce sypiać z Samanthą.
Całkowita prawda jest jednak inna. Ja nie mam rodziców. Od dawna.
Spuściłem głowę, starając się utrzymać uśmiech, jednak przybrał on gorzki wyraz. Otworzyłem usta żeby coś powiedzieć, cokolwiek by panująca cisza nie była tak uciążliwa, ale zawahałem się i żaden dźwięk nie wypłynął z mojego gardła. Po tylu latach nie byłem nawet w stanie powiedzieć, że moi rodzice nie żyją. To słabość. Nie da się tego inaczej określić.
- U mnie... to znaczy ja... - westchnąłem.

Miles?

Od Adama c.d. Emerson

- To było pięć minut! Na bank! - zmarszczyłem gniewnie brwi. No przecież nie dam sobie niczego wmówić! Może i nie miałem wtedy zegarka na nadgarstku i tego nie sprawdziłem, ale mógłbym przysiąc, że rozmawialiśmy dłużej, niż tylko trzy minuty.
Swoją drogą musiałem sobie też przyznać, że robiłem się coraz lepszy w zaskakiwaniu kobiet. Kilka chwil, a dziewczyna już padła z nóg, zachwycając się moją osobą. I to dosłownie padała z nóg!
Opuściłem głowę, aby sprawdzić stan upaćkania czarnej koszulki, która jednak dosyć mocno oberwała truskawkowym dżemem.
- Nieźle mnie załatwiłaś - spojrzałem z wyrzutem na Emmy.
- Co mogłam poradzić? Po prostu pojawiłeś się nagle przede mną i nie miałam czasu zareagować - uśmiechnęła się znowu.
Pokręciłem głową i zlizałem jedzenie z ubrania.
- Wyczuwam truskawki... z nutką płynu do prania! - powiedziałem niczym jeden z najbardziej wyrafinowany krytyk kulinarny. - Całkiem dobre - przechyliłem głowę na bok, po chwili wlepiając wzrok w Emerson. Nastała trochę niezręczna cisza.
- Ładna jesteś - wypaliłem nagle.
Dziewczyna była wyraźnie zmieszana i chyba nie do końca wiedziała co odpowiedzieć, bo co chwilę otwierała i zamykała usta, jakby próbując znaleźć jakieś sensowne słowa.
- Dziękuję? - powiedziała niepewnie.
- Szkoda byłoby gdyby ciebie ktoś też wysmarował dżemem - dokończyłem, a na mojej twarzy zagościł szeroki szatański uśmiech, który zwiastował nieszczęście. W mgnieniu oka złapałem za jej rękę, która trzymała to nieszczęsne opakowanie z jedzeniem i przekręciłem je tak, żeby większość jego zawartości wylądowała na jej ubraniu. Patrząc na jej pobrudzone ubranie odsunąłem się z uśmiechem do tyłu, żeby zbyt szybko nie pożałować tego co zrobiłem.
- A więc to już wojna?- mruknęła, powoli podchodząc do mnie.
- Tak, chyba tak... a raczej z całą pewnością.
- No dobrze - skinęła głową i zanim zdążyłem cokolwiek zrobić na moją głowę został wylany kubek soku.
- Grasz nieczysto. Nie było znaku żeby zacząć - jęknąłem przeciągle wycierając twarz serwetką, która leżała na stoliku z napojami.
- Stojąc do siebie plecami robimy trzy kroki do przodu, odwracamy się i rzucamy w siebie jedzeniem? To miałeś na myśli? - podniosła lewą brew do góry.
- To dobry pomysł - zaśmiałem się. - Ale może nie tutaj - ruchem głowy wskazałem na grupkę ludzi, która przyglądała się nam z zaciekawieniem, jedząc swoje śniadanie.
- Masz rację.
Przygryzłem dolną wargę zastanawiając się czy iść na zajęcia w takim stanie, czy też wrócić do pokoju, przebrać się i ryzykować spóźnieniem. Nie wiedząc co robić rozglądałem się trochę nerwowo po całej stołówce, kiedy Em spokojnie czyściła swoje ubranie z nadmiaru dżemu.
- Chyba twój chłopak niespecjalnie za mną przepada - zaśmiałem się kłaniając się z daleka nadchodzącemu facetowi, za którym wczoraj poszła Emmy.
- To nie... - dziewczyna podniosła głowę do góry.
- Radziłbym uciekać - przerwałem jej nagle, dostrzegając jak za chłopakiem idzie zdenerwowana sprzątaczka. - Trochę głupio podpaść kobiecie, która tu sprząta już w drugim dniu szkoły - uśmiechnąłem się. - Do zobaczenia - puściłem jej oko i poszedłem pomiędzy stolikami gdzie siedziało najwięcej osób, żeby mieć czas na ucieczkę przed siwą kobietą ze starym mopem w ręce.

Przebrany i w miarę ogarnięty złapałem za książki, które leżały na stoliku w pokoju i gapiąc się przez jakiś czas na zegarek w telefonie, próbując obliczyć ile się spóźnię na zajęcia, wybiegłem na korytarz akademika.
Zbiegłem po schodach i biegnąc przez korytarz w kierunku drzwi wyjściowych potknąłem się i wywaliłem, na można by powiedzieć, że ostatniej prostej.
- Szlag by to - warknąłem pod nosem, podnosząc się.
- A gdzie to tak pan Roy pędzi, hę? - starsza kobieta stała z założonymi rękami i patrzyła na mnie lekko mrużąc oczy.
- Spieszę się na zajęcia - powiedziałem z głupkowatym uśmiechem, już podświadomie czując, że za krótką chwilę ta na pozór miła starsza pani pokaże swoje diabelskie rogi.
Chyba kiedy ja byłem zajęty zbieraniem z podłogi książek, ona wyczarowała za moimi plecami mopa, bo mógłbym sobie obie ręce dać za to uciąć, że wcześniej go tu nie było.
- Do widzenia.
- Jakie "do widzenia"? Posprząta pan po sobie i swojej koleżance - kobieta wcisnęła mi do rąk mop i podsunęła pod nogi wiadro z wodą.
- Ale ja na prawdę muszę już iść - powiedziałem spanikowany. Przede mną była perspektywa spędzenia całego dnia czyszcząc podłogi w całym akademiku i na prawdę wolałem tego nie robić - Zrobię to jak wrócę. Słowo lotnika!
- Nie jest pan lotnikiem - sprzątaczka znowu popatrzyła na mnie spode łba.
- Ależ oczywiście, że jestem! - żachnąłem się.
- A gdzie pańska lotnicza czapka?
Przygryzłem dolną wargę tak mocno, że prawie cała zsiniała na kilka sekund.
- Zostawiłem ją w pokoju. Zaraz przyniosę - pokiwałem głową energicznie i kiedy starałem się ominąć niższą ode mnie kobietę, oberwałem kijkiem w brzuch.
- Do mopowania czapka lotnika nie jest potrzebna. Tylko by panu spadała z tej pustej głowy - uśmiechnięta kobieta ponownie wręczyła mi moje narzędzie pracy i zagoniła mnie do sprzątania stołówki.

Dopiero kiedy umyłem i wypastowałem podłogę tak, że można by było z niej jeść i po nachyleniu się zobaczyć w niej swoje umordowane odbicie, stara Sandra, która jeszcze dobrze pamiętała kilka moich wybryków tuż po rozpoczęciu tego roku szkolnego, puściła mnie na te nieszczęsne zajęcia, na które w końcu spóźniłem się dwie godziny, a tak w zasadzie to trzy, ponieważ nigdy nie przepadałem za matematyką, którą postanowiłem opuścić ze względu na swoje zmęczenie. I w taki oto sposób dotarłem dopiero na lekcję żywienia i opieki nad końmi.
Spokojnie usiadłem na swoim miejscu w dużej sali od chemii, czekając na koniec lekcji i moment, w którym Smith  przestanie gadać o budowie konia. Sam już nie wiedziałem czy w ogóle dokładna znajomość budowy tych stworzeń jest mi jakoś potrzebna, w końcu chyba najważniejsze było to czy koń ma cztery nogi i może biegać, ale wolałem już nie zadawać zbędnych pytań nauczycielowi, bo rozpętałbym piekło.
Obróciłem się do tyłu kilka razy, poszukując po całej klasie uśmiechniętej twarzy Rey, która akurat na te lekcje przychodziła zawsze jako wolny słuchacz i gdy nudził mnie temat wysyłała mi wiadomości, w których zapraszała na wieczorne piwo dorzucając do tego kilka swoich głupich opowieści. Jednak zamiast przyjaznej twarzy zobaczyłem po raz kolejny tego dnia chłopaka Emmy.
Odwróciłem się znów twarzą do zagubionej w swoim słowotoku Layli Smith, która zaczynała rysować jakieś kółka na tablicy. Podparłem głowę ręką i zacząłem kartkować podręcznik.

Ruszyłem wolnym krokiem w stronę akademika. Znałem tą drogę już praktycznie na pamięć, więc gdyby puściliby mnie tamtędy z zasłoniętymi oczami, to bez większego problemu trafiłbym do swojego pokoju, nie musząc się martwić o ryzyko przypadkowego rozbicia głowy. Tak więc wierząc w swoje ponadprzeciętne możliwości pisałem SMS-a, w ogóle nie patrząc przed siebie. Zrobiłem jeszcze może trzy kroki do przodu i uderzyłem w coś z impetem. Oderwałem wzrok znad ekranu telefonu i zobaczyłem lecącą w przód Emerson.
- To już chyba na prawdę jakaś wojna - parsknąłem śmiechem, patrząc z góry na dziewczynę, która wylądowała twarzą w śniegu.

Emerson?
no wiem, jest badziew, ale już i tak męczę ten opek od jakiegoś czasu i nic sensownego nie mogę dalej wymyślić XD