Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Victoria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Victoria. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 grudnia 2017

Od Victorii CD. Julesa

- Oby po raz ostatni, bo powoli rozwieszają jemiołę po całej szkole. - mruknęłam, krzyżując ręce na wysokości klatki piersiowej.
- Ale wiesz, może wreszcie bym się zamknął. - odparł, jak zwykle dumnie się szczerząc.
- Mało zachęcające, a efekt krótkotrwały. Poproszę braciszka o prezent świąteczny w postaci zatyczek do uszu. - skontrowałam, wymijając go. Podeszłam do Camilli i położyłam na jej biurku kilka papierów. - Mogłabyś sprawdzić czy wszystko się zgadza? Ja muszę jeszcze podać listę uczestników w sekretariacie.
- Jasne, do zobaczenia!
- Na razie! - rzuciłam, wychodząc z pokoju numer 8. - Szkoda, że nie udało się odwołać tego basenu... - mruknęłam do siebie.
- Ktoś tu się boi wody? - usłyszałam nagle z boku ten cholerny głos.
- Raczej nie przepada za publicznymi basenami, na których higiena pozostawia bardzo wiele do życzenia. - odpowiedziałam, nawet na niego nie patrząc.
- Jesteś pewna? Nie masz czego się bać, przecież nikomu nie powiem! - Jules wyprzedził mnie i zaczął ostrożnie iść tyłem, zwrócony twarzą w moją stronę.
- Taka papla jak ty niby potrafi dochować tajemnicy? - zatrzymałam się, unosząc w górę jedną brew.
- Sama się przekonaj. - także się zatrzymał.
- Niech będzie, ale musisz podejść bliżej. - chłopak nachylił się lekko. - Czasem poważnie zastanawiam się nad zmianą orientacji seksualnej ze względu na niekompetencję dzisiejszych mężczyzn. - szepnęłam i wyminęłam go. Po chwili z drugiego końca korytarza rozległ się kolejny wkur… denerwujący głos, który należał do mojego brata.
- Victorio Cornelio Grant! Ja zabraniam ci tak mówić! - i nagle William teleportował się i pojawił tuż naprzeciwko mnie. - Nie pozwolę, żeby moja siostra skończyła z jakąś… Ugh! To nie do pomyślenia! I swoją drogą powinnaś popracować nad szeptem!
- Po pierwsze: Co ty do jasnej cholery tutaj robisz!? Po drugie: A ty popracuj nad…! Nad…! Nad swoją detektywistyczną, paranoiczną ciekawością!
- Cóż, uznali, że w sumie to nic takiego mi nie dolega. Aczkolwiek ja przypuszczam, że chcieli się mnie pozbyć jeszcze przed świętami. I uparłem się, żeby jechał z tobą do Londynu. - odparł spokojnie. - W każdym razie, jak już zresztą wspominałem, postanowiłem przeszkodzić ci w rujnowaniu sobie swego pięknego życia. Rozglądaj się po korytarzach i Londynie, bo jak będzie trzeba, to porwę jakiegoś młodego mężczyznę i ofiaruję tobie, mej młodszej siostrzyczce pod choinkę. - „bardzo dyskretnie” zaczął rozglądać się dookoła, aż natrafił wzrokiem na Julesa. - Ale nie jego. Czy to normalne, że jakoś go nie lubię?
- Oznacza tylko, że jesteś w stu procentach hetero. - prychnęłam śmiechem.
- Pffff! Ty też powinnaś być pewna swej heteroseksualności! W końcu tylu „kolegów”, ilu miałaś przez całe życie…
- Nie wiem, dlaczego w tak nietypowy sposób wypowiedziałeś słowo „kolegów”, bo oni wszyscy rzeczywiście byli tylko kumplami. Może połowa liczyła na coś więcej, ale skoro nie potrafili się za to należycie zabrać, to jest to tylko i wyłącznie ich strata. - wzruszyłam ramionami, otwierając drzwi swojego pokoju. Zaraz za mną wszedł Will, który bez zbędnego zamykania za sobą drzwi, po prostu położył się na mojej kanapie. Spiorunowałam go wzrokiem i sama to zrobiłam, po czym podeszłam do biurka. Leżała tam lista rzeczy do zrobienia przed wyjazdem. W tym czasie mój brat zajął się rozważaniami w kwestii życia i nie tylko.
- Musimy szybko kogoś ci znaleźć, bo inaczej będziesz marudzić, że zmarnowałaś kolejny rok swojego życia. Jeśli tak dalej pójdzie, to przysięgam, że zacznę biegać za tobą z tą cholerną jemiołą i nie dam ani chwili spokoju aż ktoś ci się nie spodoba! Ale tak właściwie to nie rozumiem, czego ty właściwie tak się boisz, przecież związki to nic strasznego. Nikt ci nie każe od razu brać ślubu. Póki co ciesz się młodością, ale mam nadzieję, że pewnego dnia tak jak ja wreszcie się ustatkujesz i zaznasz szczęścia. Och, nawet nie zdajesz sobie sprawy jakie to wszystko wspaniałe… - zapewne nadal prowadziłby ten monolog, gdybym nie włączyła radia na full. Akurat leciało „What The World Needs Now”. William gwałtownie poderwał się z miejsca, stanął na kanapie i zaczął śpiewać.
- Teraz jest jeszcze gorzej… - westchnęłam, ściszając muzykę. - Rozumiem, kaleko, że już czujesz się doskonale… W takim razie możesz zanieść pani Lilian listę uczestników wycieczki.
- Eeeeee… - nagle jakby coś go sparaliżowało. Szybko z powrotem położył się na kanapie i okrył kocykiem. - Wiesz co, Vicky… - zakasłał dwa razy. - chyba jednak nie czuję się tak dobrze, jak na początku myślałem. Jak już wrócisz od tej… kobiety, to byłbym wdzięczny za cieplutką herbatkę.
- Och, moje ty biedactwo! Za momencik do ciebie wrócę! - pokręciłam ze śmiechem głową i wyszłam na korytarz.
Po oddaniu reszty papierów do sekretariatu wróciłam do pokoju. Rzecz jasna William ani drgnął. Wciąż leżał taki biedny, zwinięty pod kocykiem tak, że wystawały tylko oczy, nos i włosy.
- To dostanę tą herbatkę? - upomniał się jak małe dziecko.
- Może najpierw przeniosę cię na raczkach do twojego pokoju? - mruknęłam, wyciągając z szafki kubek w świąteczny wzór. Drugą ręką włączyłam czajnik.
- Nie miałbym nic przeciwko, ale tutaj też jest w porządku. - odparł stłumionym przez koc głosem. Wywróciłam oczami, wrzucając do kubka mały woreczek, który chwilę później zalałam wodą. Postawiłam herbatę na stoliczku obok kanapy.
- Coś czuję, że pojutrze nigdzie nie jedziesz…
- Oj, już nie przesadzaj! Do tego czasu na pewno mi przejdzie! - nagle jakby się ożywił. - I oczywiście bardzo dziękuję za herbatkę. To na pewno jej aromat tak poprawił mój stan! Mamy pierwszy przedświąteczny cud! - wykrzyknął, rozgrzebując się z koca. Zeskoczył z kanapy, porwał mój kochany kubek z reniferami i tyle go widziałam.
Kolejny dzień minął mi na pakowaniu się i treningu z Amnesią. Chciałam jeszcze trochę pojeździć przed wyjazdem, a warunki były idealne. Większość uczniów zajmuje się przygotowaniami do wycieczki i nadchodzących świąt Bożego Narodzenia. Nic dziwnego zatem, że hala była całkowicie pusta. Poćwiczyłyśmy lotne zmiany nogi po przekątnej, wydłużenia i skrócenia kroku w kłusie oraz galopie, a na koniec przejechałyśmy niezbyt skomplikowany parkur o wysokości 90 centymetrów. Siwka trochę pobrykała, ale były to bardziej radosne barany, niż złośliwe. Po występowaniu udałam się w stronę wyjścia z hali, w którym minęłam się z…
- Zaczynam się bardzo poważnie zastanawiać, czy przypadkiem mnie nie śledzisz, skarbie!
- Ja zastanawiam się nad tym niezwykłym zbiegiem okoliczności. Ale mam pewność, że nadajnik, który ci wczoraj podłożyłam działa prawidłowo. Na szczęście ja już skończyłam dzisiejszą jazdę i nie będę dłużej ci przeszkadzać. - rzuciłam, wyjeżdżając na dwór.
- Możesz mi przeszkadzać, kiedy tylko masz ochotę! - usłyszałam jeszcze z wnętrza budynku. Najpierw wywróciłam oczami, ale mimowolnie mój kącik ust uniósł się lekko w górę. Przejechałam z Amnesią jeszcze kawałek po terenie akademii, po czym wróciłyśmy do stajni. Rozsiodłałam klacz i wpuściłam do boksu, z którego z kolei wybiegł pewien merdający ogonem kurdupel. Szybko odniosłam sprzęt do siodlarni i nabrałam po jednej miarce paszy Siwki i Black Jack’a. Wróciwszy pod boks swojego konia, zastałam tam brata.
- Już wyzdrowiałeś?
- A nie mówiłem, że twoja herbatka działa cuda! Z pewnością będę polecać ją każdemu, kto tylko kichnie przechodząc obok mnie! Może powinnaś otworzyć własny biznes! Zobaczysz, jeszcze zarobisz na tym mnóstwo kasy!
- Już nie mogę się doczekać...- mruknęłam, wrzucając do żłobu Amnesii naszykowane musli.
- Ej, przecież wiesz, że żartuję! Naprawdę doceniam Twoją troskę o mnie, ale czasem trochę przesadzasz… - w tym momencie otrzymał „plaskacza” w policzek.
- Jestem bardzo ciekawa, co byś zrobił, gdybym to ja wylądowała w szpitalu, panie „zimna krew”! Naprawdę się wystraszyłam, nie rozumiesz William?! Już byłam na pogrzebie jednego brata i nie mam ochoty na powtórkę! Masz żyć, rozumiesz?! - fuknęłam.
- Ależ rozumiem! I wierz mi, nigdzie się stąd nie wybieram! Nigdy cię nie zostawię! Obiecałem to tobie i Michaelowi, a w zwyczaju mam dotrzymywać obietnic! Chodź tu, Urwisie! - przytulił mnie. Po chwili wyrwał mi z ręki drugą miarkę.
- Ej!
- Lepiej będzie, jak ja nakarmię tego Dzikusa. A ty wracaj do pokoju. Potem do ciebie dołączę i tym razem ja robię herbatę! - roześmiał się Will.
Resztę dnia spędziliśmy na wspólnym pakowaniu bagaży i oglądaniu starych, aczkolwiek rewelacyjnych filmów przy gorącej herbacie.
Wyjazd sprzed akademiku planowany był na godzinę jedenastą, więc rano zostało mi sporo czasu. Spanie codziennie do godziny piątej rano czasem ma plusy – przynajmniej nigdy i nigdzie się nie spóźnisz! Jesteś pierwszy na śniadaniu i dzięki temu nie musisz zadowalać się nędznymi resztkami, a jesz dokładnie to, co chcesz! Masz właściwie za dużo czasu, który niemiłosiernie się wlecze… A im bliżej wyczekiwanej godziny, tym więcej rzeczy znajduje się do zrobienia przed wyruszeniem. Trzeba dopilnować, aby każdy otrzymał prowiant; sprawdzić obecność; załadować bagaże; potem zadzwonić do motelu, aby uprzedzić ich o przewidywanej godzinie przybycia…
Jakimś cudem wspólnie z Camillą i kilkoma innymi uczniami udało nam się wszystko ogarnąć na czas. O godzinie dziesiątej pięćdziesiąt wszyscy czekaliśmy przed autokarem.
- Powiedz, wszyscy w rodzinie nazywają cię „Urwisem”? - usłyszałam głos Julesa tuż przy moim uchu. - Trzeba przyznać, że nawet do ciebie pasuje.
- Nie nauczono cię, że to niegrzecznie podsłuchiwać?
- A ciebie, że to nieładnie bezpodstawnie śledzić niewinnych ludzi?
- Skąd możesz wiedzieć, że nie miałam podstawy?
- Właśnie przyznałaś się, że mnie śledziłaś. - na twarzy chłopaka pojawił się tryumfalny uśmiech.
- I tak nie odpuściłbyś tej wersji wydarzeń, więc zaprzeczanie byłoby kompletnie bezsensowne.
- Przeprasza, że państwu przeszkadzam, ale kierowca nie będzie czekać tylko na waszą dwójkę. - zwróciła nam uwagę pani Stewart.
- Panie przodem, Montclare! - wykonałam ręką gest zapraszający do środka autokaru.


(Jules? Masz pole do popisu ;) I patrz, obyło się bez gifów!)
Liczba słów: 1567

niedziela, 29 października 2017

Od Victorii CD. Julesa

Mój losowo wybrany przeciwnik oberwał kolejnego kopniaka. Od tego rozpaczliwego tłuczenia się już zaczynało brakować mi sił. Odwróciłam się plecami do demolowanych drzwi i powoli
zjeżdżałam w dół, aż wreszcie usiadłam na lodowatej posadzce. Świeże rany na przedramionach nadal bolały pomimo zdezynfekowania i zabandażowania. Zaciągnęłam rękaw bluzy mocniej na ręce. Dlaczego nie potrafię pozbyć się tego odruchu? Zaczynam zachowywać się jak w jakimś transie... Otarłam dłońmi zapłakane oczy, aby móc jeszcze raz spojrzeć na SMS’a. Ledwo zdołałam rozczytać się z jego treści, bo skutecznie uniemożliwiały mi to  roztrzęsione ręce. Leo musiał nieźle się spieszyć, pisząc tą wiadomość...

Nadawca: King Liliput
Grant!
Will mial wypadek i przed chwila zabralo go pogotowie! Przyjezdzaj! Sprawa jest powazna!
Opuściłam telefon i całym ciężarem oparłam się o swego drewnianego rywala. Nim zdążyłam przymknąć zmęczone powieki, oberwałam otwieranymi drzwiami. Zabolało bardziej, niż bym się spodziewała, ale… po własnoręcznym przetestowaniu ich możliwości, już nigdy nie zakwestionuję solidności żadnych drzwi.
Szybko poderwałam się z miejsca, gotowa do natychmiastowej ucieczki.
- Skarbie, naprawdę chcesz mi płacić odszkodowanie za zniszczenie mienia?
- Twój pokój nie jest pierwszy. Tym razem nie zdążyłam się oddalić. - mruknęłam, starając się nie pociągać nosem. - I nic sobie nie wyobrażaj, nie wiedziałam, że właśnie Ty tu mieszkasz.
- Taaa, z pewnością… - przechylił głowę lekko w bok, przyglądając mi się tymi przenikliwymi oczami o barwie szmaragdu… - Coś się stało?
- Nie, skąd... ten pomysł? - głos mimowolnie mi się łamał. Uciekłam spojrzeniem w dół.
- Wiesz, że preferuję kontakt wzrokowy z rozmówcą. - mruknął. Ani mi się waż, Grant! Nie zrobisz tego, co ci chodzi po głowie! - Victoria?

Nie wytrzymałam. Pozwoliłam łzom swobodnie spływać po policzkach. Zabrakło mi sił. Delikatnie opadłam w przód, prosto na klatkę piersiową Julesa. Mało obchodził mnie jego obecny strój w postaci koszulki i samych bokserek (Nie, nie były w dinozaury :C). Przytuliłam się lekko. Nie zastanawiałam się, co będzie jutro… jak to wytłumaczę. Liczyło się to przyjemne ciepło. To prawie tak, jakbym przytulała ogromnego, pluszowego misia. Po chwili wstrząsu, objął mnie delikatnie. Dopiero wówczas dotarło do mnie, co robię… Gwałtownie oderwałam się od chłopaka, jednak ten od razu przyciągnął mnie z powrotem. Chwilę miotałam się, jednak Jules był ode mnie znacznie silniejszy.
- Nie rzucaj się tak, Vicky. - usłyszałam z góry. Ustąpiłam. Teraz moja głowa leżała na torsie chłopaka. Słyszałam bicie jego serca… czułam, jak klatka regularnie unosi się i opada… - Powiesz wreszcie co się dzieje?
- Chodzi o… mojego brata-idiotę… Wracał do Morgan i… miał wypadek… jest w szpitalu… Nie mam jak do niego przyjechać…
- Lepiej przestań się mazać, a zacznij zbierać do wyjścia.
- Hę? - odsunęłam się i mocno zadarłam głowę, żeby na niego spojrzeć.
- Nie mówi się „hę?” tylko „proszę?” ewentualnie „słucham?” i lepiej pospiesz się, nim zmienię zdanie.
- Jaaasne… - mruknęłam, kierując się do swojego pokoju. Ugryzłam się w język, z trudem powstrzymując od „łaski bez”. Potrząsnęłam wkurzona głową. Nawet nie powinnam tak myśleć! Jules robi mi przysługę, a ja niewdzięczna tego nie doceniam! Chociaż… Może nie tyle nie doceniam, co… może zaczęłam się przyzwyczajać… Trochę przypominał mi przyjaciół, którzy zostali w Stanach, a z niektórych cech nawet chłopaków z warsztatu czy moich… brac… Nieważne. Czułam, że w rzeczywistości może nie jest taki zły, jakiego momentami stara się udawać.
Drżącą ręką sięgnęłam do kieszeni do klucz z pokoju, który po nieudanej próbie umieszczenia w zamku, wylądował na ziemi. Zaklęłam pod nosem, podniosłam go i podjęłam ponowną próbę dostania się do pokoju.
- Nie wiesz, że dziewczynie nie wypada się tak wysławiać? - usłyszałam niespodziewanie zza pleców. Wzdrygnęłam się i znów upuściłam ten przeklęty klucz.
- Cholera… - fuknęłam, podnosząc przedmiot z podłogi.
- Aż trudno uwierzyć, że ktoś może być aż tak bojaźliwy. I aż tak się wlec.
- Wiesz co, Montclare? - otworzyłam te cholerne drzwi i zatrzymałam się na moment w progu.
- Słucham, Skarbie? - przysunął twarz bliżej mnie, uśmiechając się.
- Zamknij się. - rzuciłam, zatrzaskując mu drzwi przed nosem. Szybko podeszłam do szafy po inne ubrania i przebrałam się.
- Na pewno w niczym ci tam nie pomóc?! - usłyszałam z zewnątrz, gdy akurat wychodziłam na korytarz.
- Jak widzisz, doskonale sobie poradziłam bez twojej pomocy. Ale zapamiętam na przyszłość. - odpowiedziałam ruszając w stronę wyjścia.
- Na to liczę. - rzucił Jules, podążając za mną.
- No, proszę! A nie wyglądasz na weterana matematyki! Obyś tylko się nie przeliczył. - mruknęłam otwierając drzwi prowadzące na zewnątrz budynku.
- A widzisz, Skarbie! Jest wiele rzeczy, których o mnie nie wiesz! Na przykład rewelacyjnie odwracam uwagę.
- Jakoś nie zauważyłam. - mruknęłam, zapinając kurtkę.
- W takim razie patrz uważnie, a za jakiś czas wspomnisz moje słowa.
- Nie zakładałabym się na twoim miejscu. - założyłam na głowę swój kask.
- To nie zakład, Skarbie. Ja po prostu lubię mieć rację. - chłopak również założył ochronne nakrycie głowy.
- Pfff… Jeszcze zobaczymy. - prychnęłam, siadając za nim na motocykl.
- Im bardziej będziesz starać się temu zapobiec, tym prędzej udowodnię ci swoją rację.
- Montclare, zamknij się wreszcie i jedź!
- Nagle tak ci się spieszy?
- Zamknij się albo ja ci pomogę! - fuknęłam, na co Jules zareagował śmiechem. Cholera nie przemyślałam tego zdania. - Zamknij się albo ja cię zamknę! - powtórzyłam, a on śmiał się jeszcze głośniej. Kurna… Lepiej już w ogóle nie będę się odzywać.
- Powiem ci, Grant, że już nie mogę się doczekać.
- Jedź już! - warknęłam, uderzając go pięścią w plecy.
~***~
Po około dwudziestu minutach znaleźliśmy się pod szpitalem w okolicznym miasteczku. Nie zważając na swego towarzysza, szybko zeszłam z pojazdu i wbiegłam do środka. Zmrużyłam oczy pod wpływem nagłego i tak jasnego światła. Cofnęłam się kilka kroków i wpadłam prosto na Julesa. Popatrzyłam na niego przepraszająco i, nieco zdezorientowana, poszłam dalej. Nigdy wcześniej nie byłam w tym szpitalu i nie wiedziałam dokąd się udać… Biegłam więc przed siebie przez bardzo jasny korytarz, właściwie kompletnie na oślep. Poruszałam się instynktownie.
- Vicky! - usłyszałam znajomy głos z jakiegoś bocznego korytarza. Obróciłam głowę w tamtą stronę. Podszedł do mnie Leo.
- Gdzie jest Will? Gadaj, Fletcher! - fuknęłam.
- Spokojnie, Grant… Nie jest z nim najlepiej, ale najgorsze za nim. Lekarze twierdzą, że jego życie nie jest już zagrożo…
- A BYŁO?! - warknęłam, a Liliput się cofną.
- Pamiętaj, że lwy są objęte ochroną! Jeśli mnie zabijesz pozwę cię za kłusownictwo!
- Morda w kubeł, Lion King! Lepiej zaprowadź mnie do brata, bo inaczej cię ustrzelę i powieszę nad kominkiem tuż obok skór dzika i niedźwiedzia. - mruknęłam, ruszając za chłopakiem.
- Ej! Już wystarczająco mi dowaliłaś! Żeby jeszcze wieszać mnie obok takiej tandety! Pffff!
- Czasem zachowujesz się jak… - westchnęłam. - Szkoda gadać... Will jest przytomny?
- Z tego, co mi wiadomo, tak. Ale wiesz, z lekarzami nigdy nic nie wiadomo…
Po przejściu jeszcze kilku korytarzy i rozmowach z lekarzami, wreszcie mogłam zobaczyć się z bratem. Po cichu weszłam do sali, w której miał leżeć, nie chcąc zbudzić ewentualnych pozostałych pacjentów. Na szczęście w pomieszczeniu był sam.
- Ty jebany idioto! Mogłeś tam zginąć! Pomyślałeś choć przez moment o rodzicach albo Black Jacku?! O mnie nie wspominając… Już pochowałam jednego brata, nie każ mi robić tego raz jeszcze… proszę… - szepnęłam, opadając na stojące przy szpitalnym łóżku krzesło.
- Hej! Przecież tu jestem! To nic poważnego, Vicky. Młody Fletcher jak zwykle przesadza.
- A ty jak zwykle bagatelizujesz stan swojego zdrowia! Fajnie, że bawisz się w starszego brata tych chłopaków, ale zaczynasz przeginać! Widzą w tobie kogoś jak Piotruś Pan. Wydaje im się, że nie istnieją żadne troski czy problemy, a ty jesteś niezniszczalny! A to nieprawda! I to nie wstyd, przyznać się do tego i okazać słabość! Naprawdę nie musisz być twardzielem na każdym kroku…
- Odezwała się… - prychnął, chwytając moją prawą rękę i przyciągną ją do siebie. Cicho syknęłam z bólu. Podwinął czarny rękaw bluzy, odkrywając bandaż. - A to co? Zacięłaś się przy gotowaniu obiadu, Grant? Przy mnie nie musisz udawać. Mieszkam w pokoju naprzeciwko i zdążyłem wyrobić sobie znakomity słuch. Wiem, że nie przesypiasz całych nocy, bo boisz się zasnąć. A gdy tylko uda ci się przymknąć oczy, zaraz budzisz się z krzykiem. A to w żaden sposób ci nie pomoże, tylko pogorszy twoją beznadziejną sytuację. - w końcu puścił moją rękę. - Nie rób tego więcej. Nie poddawaj się tak łatwo… Teraz ja cię proszę…
- Widzę, że Leo naprawdę dramatyzował i nic ci nie dolega. W takim razie wykorzystaj swój pobyt tutaj dobrze. Widziałam kilka fajnych, długonożnych i młodych pielęgniarek. Zaszalej, Symulancie! - mruknęłam, wstając i kierując się w stronę drzwi.
- Rano ma się pojawić specjalista, który wykona jeszcze jeden zabieg. Jak dobrze pójdzie, to może nie wybudzę się z narkozy i wreszcie się mnie pozbędziesz. - prychnął.
- Zamknij się, Grant i odpocznij wreszcie. Choć raz skup się na sobie.
- Odezwała się Pani Ekspert! Skupie się na sobie dopiero wówczas, gdy ty uczynisz to samo.
- W takim razie oboje trochę poczekamy. Dobranoc, William.
- Dobranoc, Rudzielcu.
Wyszłam na korytarz i ruszyłam w jego głąb. Natrafiłam na automat z ciepłymi napojami. Wrzuciłam monetę i wybrałam czarną kawę. Poczekałam minutę… i dwie kolejne, a automat nie odpowiadał. Najpierw uderzyłam w niego pięścią, a potem sprzedałam porządnego kopniaka. Nic.
- Tym razem znęcasz się and biednym automatem? - usłyszałam znajomy głos nad uchem. Obróciłam się gwałtownie, jednocześnie odruchowo wyprowadzając cios. - A to za co?
- Szkoliłeś się na ninję czy co?! Pojawiasz się nie wiadomo skąd, z taką łatwością unikasz oberwania w pysk, że… powoli zaczynam traktować to jak wyzwanie.
- Każdy ma jakieś zdolności. - wzruszył ramionami.
- Co ty właściwie jeszcze tu robisz? - spytałam nagle.
- Głupie pytanie! Zadeklarowałem się, że cię tu zawiozę całą i zdrową, więc także odwiozę z powrotem do akademii. A w czas zabiję ucinając sobie krótką pogawędkę z twoim przyjacielem, panem Leonardem Fletcherem.
- Lion to okropny nudziarz, który szczerze kocha kwiaty i rock and roll z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Ale poza tym jest w porządku.
- W takim razie może zaszczycę cię swym towarzy…
- A ja idę spać. - przerwałam mu z triumfalnym uśmiechem.
- Tak tutaj?
- No, a gdzie? Niedługo wybije pół do drugiej. Nie pogardzę odrobiną snu. - wzruszyłam ramionami i oddaliłam się.
Usadowiłam się na jednej z tych koszmarnie niewygodnych ławek i przymknęłam oczy… I właśnie to jest to cholerne uczucie… Kiedy tak bardzo chcesz iść spać i zamykasz oczy na kilkadziesiąt minut, ale mimo to wciąż jesteś przytomny. Po upływie kolejnych minut usłyszałam znane mi głosy Leonarda i Julesa. Czyli Młody nie zdążył jeszcze zanudzić go na śmierć…
- Bardzo troszczy się o Will’a… Te rodziny wiele przeszły… - rzucił Leo.
- Tylko kto w takich chwilach zatroszczy się o nią? - mruknął Montclare.
- Jestem pewien, że wśród jej kumpli znajdzie się mnóstwo…
- Albo sama się o siebie zatroszczy. - mruknęłam, otwierając jedno oko.
- Myśleliśmy, że już śpisz… - tłumaczył się Fletcher.
- Uwierz mi, że o niczym innym nie marzę, ale… to ciągnie się od kilku lat. Zdążyłam się przyzwyczaić. A teraz wybaczcie, będę próbować dalej. - z powrotem przymknęłam powiekę. - To zabawne, nie uważacie? Jak noc potrafi działać na człowieka… Po całym dniu udawania jesteśmy już tak zmęczeni zgrywaniem kogoś, kim nie jesteśmy, że w nocy zwyczajnie brakuje nam sił… Ale nie słuchajcie, co mówię. Od miesięcy śpię po maksymalnie trzy godziny na noc, a czasem nie śpię w ogóle… To zaczyna coraz bardziej mnie przytłaczać... Bo ile czasu potrzeba, żeby złamać człowieka?
~***~
Jakimś cudem dotrwałam do ranka. O dziwo Leo i Jules także. Właściwie obecność Fletchera nie dziwiła mnie ani trochę, w końcu Will jest dla niego kimś tak ważnym jak Mike był dla nas… Ale co tu jeszcze robi ta cholera Montclare? Ta gadka o zobowiązaniu jakoś nie bardzo do mnie przemówiła…
Około szóstej rano cichcem przemknęłam do sali, w której leżał mój brat.
- William? Śpisz jeszcze?
- Spałbym, gdybyś się tak nie tłukła. Na pewno nie zostaniesz ninją. Słyszała cię chyba połowa szpitala! Jak słoń w składzie porcelany!
- Zdaje się, że chciałeś powiedzieć wiewiórka.
- Możliwe, Rudzielcu. A tak właściwie, to co ty tu jeszcze robisz?
- Nie mogłabym cię tak tu zostawić, Twardzielu. Aczkolwiek nie miałabym nic przeciwko wzięciu prysznica i zmianie ciuchów. Ach i ewentualnie krótkiej drzemki we własnym łóżku.
- Możesz wziąć z warsztatu stary motocykl Michaela… Jeśli oczywiście chcesz…
- Ten rzęch jeszcze jest na chodzie?
- Z tego, co mi wiadomo to ma się dobrze. Dalej, Grant! Zadbaj trochę o siebie, a mną zajmą się lekarze. Zobaczymy się za kilka godzin. W razie co, pozdrowię od ciebie Mike’a.
- Nie pierdol! Gdybyś nie leżał poszkodowany na tym łóżku, to już porządnie byś oberwał. Nie igraj z ogniem, braciszku, bo możesz się nieźle sparzyć! - fuknęłam i szybko wyszłam na korytarz. Po drodze do wyjścia trafiłam na Leonarda.
- Masz klucze do warsztatu? - spytałam, zatrzymując go.
- Jasne. Pamiętasz którym, co otworzyć?
- Tak, jestem pewna. A gdzie jest Jules?
- Jeszcze przed chwilą gdzieś się tu kręcił.
- Do zobaczenia później, Lion!
- Do zobaczenia, Wiewiór!
Ruszyłam dalej w stronę wyjścia ze szpitala, rozglądając się za Montclarem… Byłam coraz bliżej drzwi, a jego wciąż nigdzie nie było. I nagle pojawił się znikąd (a tak dokładniej, to z jakiegoś bocznego korytarza), wyrównując ze mną krok.
- Wiewiór? Poważnie? - przechylił lekko głowę przyglądając mi się badawczo.
- Taaa… Nie ja to wymyślałam, ale po pewnym czasie się przyjęło. Leo powinien nauczyć się mówić ciut ciszej. I pomyśleć, że to mi zarzuca się zakłócanie spokoju połowy szpitala!
- Chcesz wrócić do Morgan?
- Chcę, Najpierw muszę dostać się do warsztatu, w którym pracują chłopcy. Pożyczę motocykl brata.
- Czekaj… To twój brat nie zderzył się z samochodem?
- Zderzył, ale on woli quady. Chodzi o mojego drugiego brata Michaela…
- Nie przyjechał odwiedzić Will’a? Jego motocykl stoi w okolicznym warsztacie, więc założyłem, że także jest gdzieś w pobliżu…
- Cóż… Ten motocykl ma już swoje lata… biorąc pod uwagę, że Mike nie żyje od jakichś… 6 lat? - odparłam, wychodząc z budynku. Przez moment panowała kompletna cisza, którą przerwałam szybko zmieniając temat. - Mogę liczyć na twoje towarzystwo w drodze powrotnej?
- Cóż, prosisz o bardzo wiele, ale… dla ciebie zrobię wyjątek i zaszczycę cię swoją osobą.
- Wspaniale… - mruknęłam, wsiadając na czarną Yamahę. - Pokieruję cię do warsztatu, a potem się przesiądę, zgoda?
- A mam jakieś inne wyjście?
- Raczej nie.
Już po kilkunastu minutach wyjeżdżałam z warsztatu ciemnoniebieskim motocyklem brata.
- Podobno chodzi bez zarzutów. Przekonajmy się. - rzuciłam do chłopaka i pojechałam przodem, a on tuż za mną.
O tej porze drogi były niemal puste, co ułatwiało podróż. Jednak w połowie drogi coś zaczęło się dziać. Po przejechaniu kolejnego kilometra zatrzymałam się na poboczu. Próba ponownego odpalenia nie powiodła się.
- Cholera, zdechł! - fuknęłam zsiadając. Obok mnie zaraz pojawił się Jules.
- Bez zarzutów, co?
- Montclare, zamknij się, bo… ci pomogę! Jeszcze nie wiem jak, ale coś wymyślę! - warknęłam, schylając się, aby poszukać źródła problemu.
- Tak się odgrażasz, że naprawdę nie mogę się doczekać. A wiesz co, Skarbie? Bardzo lubię mieć rację i ty także za chwilę mi ją przyznasz.
- Zatem słucham. Ty także tak się odgrażałeś, że wciąż nie daje mi to spokoju! - mruknęłam z przekąsem.
- Jesteś tak zajęta moją osobą, że nie masz czasu martwić się o brata.
- Coś w tym jest… - szepnęłam, wciąż grzebiąc w motocyklu. Nagle odwróciłam gwałtownie głowę w stronę chłopaka. - W czymś przeszkadzam, Montclare?


Jules? (Tłumacz się :P)
PS. Pisane w środku nocy, więc niektóre fragmenty mogą być bez sensu xD
Dla administracji: 2584 słowa ^^

niedziela, 17 września 2017

Od Victorii CD. Julesa (+ zadanie 4)

(Pośmiejmy się jeszcze trochę z reakcji William’a xD)

Z lekkim uśmiechem, jednak bez najmniejszego komentarza, minęłam swojego brata. Ten nie, odwracając głowy (kątem oka) odprowadził mnie wzrokiem do drzwi i jeszcze przez moment stał nieruchomo ze skrzyżowanymi na klatce piersiowej rękoma. Chwyciłam za klamkę i bez wahania przekroczyłam prób akademika. Po chwili Will także wszedł do budynku.
- Co to za palant? - usłyszałam jego głos tuż zza pleców.
- Od kiedy przejmujesz się tym, czy rozmawiam z palantami czy nie? - fuknęłam nie zaszczycając go nawet krótkim spojrzeniem. - Jeszcze rano wygłosiłeś mi kazanie w kwestii mojej „aspołeczności”, choć osobiście wolę to nazywać „brakiem potrzeby poznawania nowych osób i spędzania czasu w ich towarzystwie”.
- Miałem na myśli normalne, a przynajmniej mało podejrzane osoby! - prychnął, zrównując krok ze mną.
- Ale jak to? Wy się przecież znacie! Muszę pogratulować ci zawierania znajomości, braciszku! - mruknęłam, stając przed swoim pokojem.
- Taaaa… Wiedziałem, że skądś go kojarzę… - oparł się o drzwi z numerem drugim. - A dlaczego jesteś „Skarbem”?
- Bo za „Wiewióreczkę” dostałby w twarz. - odparłam, przekręcając klucz w zamku i przestępując próg.
- Moja siostrzyczka! Uważaj na siebie, Rudzielcu! - roześmiał się, po czym zniknął w swoim małym królestwie. Uśmiechnęłam się lekko na wspomnienie pokoju brata. Odkąd poznał Quinlan nie panuje tam już chaos i bałagan. Poukładane życie i wnętrze pokoju… Szczęściarz… Choć nie pasuje to do niego. Nasza dwójka zawsze była takim „niepoukładanym rodzeństwem”, a teraz… zostałam sama… Jak zwykle…
- Hau! - gdzieś z dołu dobiegło mnie ciche szczeknięcie.
- No, tak! Jak ja mogłam o tobie zapomnieć!? - pogłaskałam malca po głowie.
~***~
Kolejny dzień zapowiadał się całkiem przyzwoicie. Czar prysł, gdy tylko otworzyłam drzwi i wyjrzałam na korytarz, gdzie… jakiś chłopak urządzał sobie jogging w samych bokserkach… Był tak przejęty swym treningiem, że nawet nie nas nie zauważył. Popatrzyłam na szczeniaka i szybko wróciłam do pokoju.
- Czy ty widziałeś to samo, co ja? Może przesadziłam z tymi prochami na sen od… - uśmiechnęłam się tryumfalnie. Szybko wróciłam na korytarz i zastukałam w drzwi naprzeciwko. Z wnętrza pomieszczenia słychać było stłumione pomrukiwanie, a chwilę później głuche uderzenie i serię przekleństw. Zaśmiałam się pod nosem i czekałam cierpliwie na dalszy obrót wydarzeń. W końcu drzwi uchyliły się, ukazując jedynie głowę mojego najdroższego braciszka.
- William, jakie ty mi piguły podrzuciłeś?! Widziałam chłopaka w samych bokserkach na joggingu po akademiku! - fuknęłam ze skrzyżowanymi na piersi rękami. Chłopak zamrugał kilkakrotnie. Dopiero po chwili dotarło do niego, co powiedziałam.
- Obracasz się głównie w męskim towarzystwie, więc jestem pewien, że już widziałaś chłopaka w bokserkach. Nie wnikam czy bez także, ale… - przymknął drzwi, ochraniając się przed moją pięścią. - No, co?!
- Przeginasz! Wyjdź, a dostaniesz w nos! - fuknęłam, uderzając demonstracyjnie bokiem pięści w drzwi.
- Przypominam ci, że to ty przyszłaś do mnie! A teraz proponuję, abyś wyszła na spacer, przewietrzyła się nieco i przede wszystkim ochłonęła. Po powrocie sprawdzimy czy tym razem ów typek będzie bez bielizny. - wybuchnął śmiechem, na którego tle dało się usłyszeć odgłos przekręcania klucza w zamku. Wywróciłam oczami, wracając do pokoju po bluzę. Bycie zmarzluchem ma to do siebie, że nie ważne – słońce czy deszcz - mi zawsze jest zimno!
~***~
- Możesz zdjąć okulary? Dziwnie się czuję, rozmawiając z kimś, z kim nie mogę złapać kontaktu wzrokowego. - zmarszczył brwi.
- Hmmm… Nie czuję takiej potrzeby. - mruknęłam, po chwili teatralnego namysłu.
- Ach tak? Jesteś pewna? - spytał, zostając nagle w tyle. Jednak nie zwróciło to mojej uwagi.
- Owszem, jestem. - odparłam, wciąż idąc przed siebie. Jules nagle ruszył truchtem i wyminął mnie, zabierając okulary tuż sprzed nosa. Światło dnia oślepiło mnie na moment. Zatrzymałam się gwałtownie, zasłaniając twarz przed słońcem. Zamknęłam oczy i spuściłam głowę w dół. Zamrugałam kilka razy, starając się przyzwyczaić do jasności dnia.
- Ja wyglądam w nich dużo lepiej. - usłyszałam gdzieś z góry głos chłopaka. Nadal nie podniosłam wzroku. Zamiast tego zarzuciłam na głowę kaptur i szybko ruszyłam dalej.
- Gdzieś z tyłu powinieneś znaleźć napis „Wyprodukowano w Chinach”! - krzyknęłam, żeby usłyszał.
- Naprawdę nie musisz się tak drzeć. - szepnął Jules tuż nad moim uchem. Wzdrygnęłam się mimowolnie, na co ten zareagował śmiechem. - Dwa do zera dla mnie!
- Wspaniale. Jeśli o mnie chodzi, to równie dobrze może być pięćdziesiąt do zera. Nigdy nie byłam fanką sportu. - mruknęłam, przyspieszając kroku. O dziwo Ozzy nawet nie protestował i póki co za nami nadążał.
- A jeździectwo to twoim zdaniem co? Poza tym zawody na największego tchórza też byś wygrała.
- Nie wiedziałam, że takowe organizuję. Ty pewnie sędziujesz. A zdaniem wielu osób jeździectwo to nie dyscyplina sportowe, a „tylko siedzenie na koniu”. - wzruszyłam ramionami. W międzyczasie dotarliśmy do parkingu. Jules już otwierał usta, aby coś powiedzieć, gdy akurat pojawił się mój wybawca…
- Grant! - rozległ się donośny głos Leonarda.
- Cześć Leo! - odkrzyknęłam do przyjaciela.
- Pretty woman, walkin' down the street! Pretty woman, The kind I like to meet! - śpiewał Fletcher. Ze śmiechem zrzuciłam kaptur szarej bluzy i dziarskim, kobiecym krokiem przemierzałam parking. - Pretty woman, I don't believe you, you're not the truth! No one could look as good as you!
- Dziękuję, Fletcher. Od naszego ostatniego spotkania nic się nie zmieniło: nadal potrafisz śpiewać! - uśmiechnęłam się, szturchając przyjaciela lekko. - Co cię tu sprowadza?
- Urodziny starszej siostry i ostatni dzień wakacji. - odparł, schylając się i głaszcząc mojego szczeniaka.
- Cholera! To naprawdę już dzisiaj?
- Ciężko uwierzyć, co? Ale nie masz czym się przejmować, będzie prawie jak zwykle, gdy brat próbuję wyciągnąć cię z czterech ścian pokoju. - mruknął, prostując się.
- Czyli nie będę się dobrze bawić? - prychnęłam śmiechem. - Może tym razem także jakimś cudem przeżyję to spotkanie towarzyskie. Kluby to raczej nie moje środowisko.
- Poradzisz sobie. Kupiłaś jej chociaż prezent?
- Już jakieś trzy miesiące temu. Jestem ciekawa, co William wymyślił.
- Przekonamy się wieczorem.
- Leo! Mógłbyś w najbliższym czasie rzucić okiem na mojego quada? Mam coś z światłami, a Will się wkurzy, jeśli będę jeździć bez...
- Jasne, dam znać. - rzucił, wsiadając do swojej czarnej Hondy. Pomachałam mu i odwróciłam się do Julesa. Stał oparty o ścianę najbliższego budynku.
- Wreszcie sobie o mnie przypomniałaś? - mruknął, gdy podeszłam.
- Swoją uwagę muszę poświęcać wszystkim, a zwłaszcza swoim przyjaciołom. Ty jesteś niżej w hierarchii. Ale jeśli chcesz, przyjdź na imprezę urodzinową Jackie. Będzie dużo łatwych panienek, które łatwiej dadzą się zbajerować. - odparłam i ruszyłam do akademika.
- Ej, Grant! - krzyknął jeszcze chłopak. Zatrzymałam się i popatrzyłam pytająco w jego stronę. - Do twarzy ci z nią! - wskazał na trzymane w ręku należące do mnie okulary. Dotknęłam swojej blizny i niemal biegiem dotarłam do drzwi budynku mieszkalnego.
~***~
Przez resztę dnia nie ruszałam się z pokoju. Bez okularów wolałam tego nie robić. Przy najbliższej okazji albo odzyskam poprzednie, albo kupię w miasteczku nowe.
Powoli zaczynało się ściemniać. Przebrałam się, zapakowałam prezent dla Jacqueline i wyszłam z pokoju. Znowu zapukałam do drzwi z numerem drugim. Powtórka z rozrywki…
- Gotowa, Rudzielcu? - zagadnął Will, przekręcając klucz w zamku.
- Kiedyś zafarbuje te włosy i skończą ci się pomysły. - mruknęłam w drodze do wyjścia.
- Przefarbuj na blond. Będę wołał na ciebie Barbie, a na twojego chłopaka Ken. O ile jakiś z tobą wytrzyma dłużej niż dziesięć minut. - roześmiał się, robiąc unik przed moim kopniakiem.
- Któregoś dnia chwycę za maszynkę do golenia i wiesz co? Będzie ci ciut łyso. - zagroziłam wychodząc na zewnątrz.
- Nie ośmielisz się! - fuknął, mrużąc gniewnie oczy.
- Ależ zapewniam cię, że ośmielę! - odparłam, szczerząc się.
- Nienawidzę cię. - mruknął, zakładając kask.
- Zdaję sobie z tego sprawę. - zaśmiałam się i poszłam w jego ślady.
Po kilkunastu minutach dojechaliśmy na miejsce. Will znalazł wolne miejsce na parkingu i zostawił tam swojego quada.
- I co, Vicky? Jacyś goście w bokserkach na horyzoncie?
- Nieeee, tym razem żyrafy tańczące kankana.
- Nie mogę zostać zbyt długo. Obiecałem chłopakom, że skończę za nich robotę. I tak spóźniają się z terminem zwrócenia właścicielowi pojazdu… - westchnął, zsiadając z pojazdu.
- I pozostawisz mnie tam kompletnie samą? - spytałam wydymając usta.
- Coś czuję, że sobie poradzisz. Gorzej, gdyby było na odwrót. - uśmiechnął się i wszedł do budynku. Pokręciłam ze śmiechem głową i poszłam za nim.
Minęło dobre pół godziny, nim udało nam się porozmawiać z Jackie i wręczyć jej prezenty. Raczej nie zaprosiła tylko najbliższej rodziny i kilku przyjaciół, bo klub „pękał w szwach”. To dość typowe dla Jacqueline Fletcher. Zawsze była w paczce „tą ładniejszą” i bardziej „dziewczęcą/kobiecą”, cokolwiek to oznaczało.  Od Will’a dostała kolczyki z podkowami, a ode mnie bransoletkę.
Po kolejnej godzinie zjawiła się reszta ekipy mechaników. William, jak zapowiedział, tak uczynił i zniknął. Doskonale wiedziałam, że zrobił to tylko po to, aby chłopcy mieli mniej roboty i mogli odpocząć od ciągłej pracy w warsztacie. Nie rozumiałam, po co aż tak „się poświęcał” dla nich, ale zapewne miał ku temu jakieś swoje powody.
Panowie nigdy nie mieli zbyt mocnej głowy do alkoholu, a także nie znali cienkiej granicy przesady. W pewnym momencie zaczęłam zastanawiać się czy nie upiłam się samą sugestią, bo wydawało mi się, że widziałam w tłumie Julesa.
Alkohol w końcu zaczął udzielać się chłopakom. Na szczęście większość z nich nie była zbyt groźna, jedynie mieli nieco więcej do powiedzenia w niektórych kwestiach. Inni nagle zorientowali się, że wiele pań chętnie z kimś zatańczy. Właśnie do tej grupy zaliczał się Tom.
- Gant, zekcesz ze mną potańczyć? - zagadnął mnie.
- Nie jestem pewna, czy to dobry pomysł. - odparłam spokojnie.
- Oj, tam! Nie daj się prosić! - chwycił mnie za rękę i pociągnął za sobą. Na początku zachowywał się całkiem przyzwoicie, ale nagle… jego dłonie powędrowały zbyt nisko. Odepchnęłam go lekko.
- Tom, jesteś pijany! - mruknęłam, starając się panować nad furią.
- No, przypraszam. Już nie będę, obiecuję. - zapewnił. Westchnęłam i tańczyliśmy dalej. I znowu, tym razem dużo śmielej, jego ręce powędrowały w niewłaściwą stronę.
- Jesteś kompletnie pijany! - warknęłam, odpychając go znacznie mocniej, niż poprzednio.
- Oj, Vickusia! Nie wymyślaj! - szepnął i nachylił się, żeby mnie pocałować. Tym razem nie wytrzymałam i bez wahania go spoliczkowałam. Chłopak zachwiał się i upadłby, gdyby Jimmy go nie przytrzymał.
- Zabierz go, Jim! Już mu wystarczy! - mruknęłam i wróciłam do barku. Jak dorwę Will’a, to z przyjemnością wybiję mu z głowy to wyręczanie chłopaków w robocie! I osiągnę to choćby przy pomocy terapii szokowej! Bezskutecznie próbowałam uspokoić swoją frustrację, ale bez większych efektów. Ktoś usiadł na krześle obok mnie.
- Brawo, skarbie! Wreszcie udało ci się kogoś trafić! - uśmiechnął się Jules.
- Pijany amator jest wart tyle, co nieruchoma tarcza albo worek treningowy. - wzruszyłam ramionami. - Rozumiem, że miałeś w planie przybycie mi na ratunek, ale skutecznie ci go pokrzyżowałam?
Jedynym plusem tego spotkania było ostateczne wykluczenie części moich omamów. Zobaczymy czy chłopak w bokserkach jeszcze kiedyś się pojawi...

Jules? (Wybacz, że tyle to zajęło i znów dołożyłam Ci drugi odpis <3 xD)
Info dla administracji: 1815 słów ^^

wtorek, 22 sierpnia 2017

Od Victorii do Julesa

Otworzyłam zmęczone oczy i spojrzałam na zegarek, a chwilę później ze zrezygnowaniem opadłam z powrotem na łóżko. Ten niezwykle krótki i niespokojny sen kiedyś mnie wykończy.
- Może mój stuknięty brat tym razem ma racje… - mruknęłam, szczelniej okrywając się kołdrą. William Grant w większości przypadków nie myli się, to trzeba skurczybykowi przyznać. Nie dawniej, niż tydzień temu sugerował mi, abym poważnie zastanowiła się nad zakupem jakichś proszków na poprawę jakości snu.
Przymknęłam oczy, chcąc iść dalej spać. Bo kto normalny wstaje w sobotę, na dodatek wakacyjną, o godzinie piątej trzydzieści siedem rano? Chociaż, jakby głębiej się nad tym zastanowić, to nigdy głośno nie określiłam swej osoby tym przymiotnikiem… Kochany Ozzy najwyraźniej także popierał mój tok myślenia, bo wyraził ogromny sprzeciw, gdy tylko przewróciłam się na drugi bok. Z początku zignorowałam jego szczekanie, ale darł się coraz głośniej… i głośniej… i… Wskoczył na łóżko, nadal niemiłosiernie ujadając. Zdjęłam go z siebie i zarzuciłam na owczarka koc. Piesek uwolnił się i zeskoczył z powrotem na podłogę. Usiadłam na krawędzi łóżka, a Ozzy znów rozpoczął koncert.
- Uważaj, bo do ciebie strzelają! Bang, bang! - wysunęłam w jego stronę utworzony z dłoni pistolet i oddałam dwa strzały. Z początku szczeniak bronił się, jednak ostatecznie padł trupem na dywan. Pokręciłam ze śmiechem głową. Coś z tymi zwłokami było nie tak… Ale co? Hmmm… Przecież radośnie merdający ogon jest czymś naturalnym po śmierci. - Chodź, idziemy jeść! - zachęciłam go, wstając z łóżka. Chyba muszę udać się do najbliższej parafii z informacją o cudzie zmartwychwstania pewnego psa…
O ile dobrze pamiętam, zaczęłam nawet robić sobie herbatę, ale byłam zbyt zmęczona, aby ją pić. Po spożyciu swego posiłku żywy trup pozwolił mi udać się na ponowny spoczynek.
***
Ponownie obudziłam się około godziny dziesiątej. O dziwo nie zrobiłam tego sama z siebie, bowiem zostałam bezczelnie obudzona odgłosem trzęsących się od natarczywego pukania do drzwi. Pies dostawał już szału, zresztą nie tylko on. Zerwałam się z łóżka i pobiegłam otworzyć drzwi, chwytając po drodze za nóż, którym poprzedniego dnia kroiłam owoce na sałatkę.
- Dzięki za delikatną pobudkę, Grant. - powiedziałam niemal przez zaciśnięte zęby.
- Ależ cała przyjemność po mojej stronie, Grant. - odparł William, przekroczywszy próg mojego pokoju. Powinnam się cieszyć, że w ogóle łaskawie raczył zapukać. Kilka razy przerabialiśmy już takie naloty połączone z dokładną rewizją i z dumą mogę oświadczyć, że poczyniliśmy niezłe postępy od jego poprzedniej, równie dyskretnej wizyty.
- Obudziłeś mnie, palancie. - mruknęłam, zamykając za nim drzwi. Po moim pokoju zawsze paradował, jakby był szlachcicem w swym dworku czy pałacu. Dumny, żwawy krok; pierś do przodu i ten uśmiech na ustach. Już nie wspominając o tym, że czuł się jakby był u siebie.
- Zwykle to ty budzisz mnie. - zauważył. - Zacząłem się martwić i snuć rozmaite teorie o porwaniu. Rozważałem ufo i kosmitów, iluminatów, panią sekretarkę oraz świeżo poznanego typka w stylu bad boy. - wyliczał na palcach.
- Zdaje się, że zapomniałeś o Ściśle Tajnym Stowarzyszeniu Staruszek Zjednoczonych W Walce Z Wykreowanym Przez Nie Same Satanizmem. - podsunęłam, wręczając mu kubek przygotowanej (jeszcze o godzinie 6:00) herbaty. Brat popatrzył na mnie ze zdziwieniem.
- No, co? Panoszysz się, jakbyś był u siebie, więc oto przygotowana przez ciebie herbata. Jako gość we własnej kuchni sama sobie zrobię. Spokojnie, nie musisz mi pokazywać, gdzie od pół roku trzymam torebki z herbatą. - mruknęła, na co Grant prychnął śmiechem.
- Ależ nie krępuj się, siostrzyczko! Moja herbata woda i czajnik są dziś do twojej dyspozycji!
- Jestem ciekawa, jaki interes kryje się za tą twoją przesadną uprzejmością. - uniosłam w górę brew.
- No, dobra! Masz mnie! I przyznaję się bez bicia! - uniósł ręce w geście obronnym.
- Masz sześć lat, że nie potrafisz mówić wprost? - fuknęłam, zalewając torebkę wrzątkiem. Chłopakowi zaczął plątać się język. Uwielbiałam patrzeć na niego w tym stanie. Wyglądał tak niebywale bezradnie, nieco żałośnie i prześmiesznie! - Ach, no tak! Przecież nawet sześciolatek wie, że język służy między innymi do komunikacji i potrafi go używać.
- Przegięłaś! - burknął, odwracając się do mnie plecami. Wywróciłam oczami i usiadłam obok niego na kanapie. Jednak nie mogłam się powstrzymać i wybuchnęłam śmiechem. - Jeszcze coś?
- Taaaak! Wyglądasz jak gruby chomik, któremu ktoś właśnie zabrał miseczkę z jedzeniem! I te nadęte polisie! - dźgnęłam go wskazującym palcem w lewy policzek.
- Czy ty właśnie zasugerowałaś, że jestem GRUBY! - oburzył się.
- Nieeee, no skąąąąd… Może tylko trochę… - nie zdążyłam nic więcej powiedzieć, bo William chwycił mnie w pasie i położył obok siebie na kanapie.
- Gruby chomik? - spytał, nie puszczając mnie.
- Spasiony, obżarty, gruby chomiczek z ogromnymi policzkami! - powtórzyłam, a ten zaczął mnie łaskotać. Śmiałam się i wywijałam nogami w powietrzu, a kilka razy o mało on nie dostał kopa.
- Nauczysz się szacunku do starszych. Znaj mą litość.- mruknął emeryckim tonem, puszczając mnie wolno. - Za karę musisz wybrać się ze mną do miasta. Dziś koło jedenastej Jackie i Leo wracają z wakacji w Stanach, więc trzeba ich jakoś przywitać. - wyszczerzył się. Doskonale wiedział, że nienawidzę spędzać czasu bawiąc się na dyskotece z tłumem obcych ludzi dookoła. Nie bawi mnie także upicie się w klubie i zamartwianie o bezpieczny powrót do Morgan University. Chwila tak zwanej „rozrywki”, a może człowieka kosztować życie lub zdrowie.
- Jeśli nie pójdę po dobroci, to mogę liczyć na twoją DELIKATNĄ pomoc, czyż nie?
- Zawsze do usług, mademoiselle! - wyszczerzył się, odkładając pusty kubek na stolik. Wywróciłam oczami, na co mój brat poszerzył swój uśmiech jeszcze bardziej. Nie do końca jestem pewna, jak tego dokonał, ale… pomińmy ten temat…
- Kiedy po raz ostatni ci mówiłam, jak bardzo cię nienawidzę?
- Czy ja dobrze usłyszałem pytanie? „Kiedy po raz ostatni mówiłam ci, jak bardzo lubię spędzać czas na mieście ze swoimi przyjaciółmi i najlepszym bratem jakiego mogłabym mieć?” - zadowolony z siebie, w podskokach wybiegł z mojego pokoju. Oczywiście nie jest na tyle dobrze wychowany, aby zamknąć za sobą drzwi… To zdecydowanie za dużo, jak na jego możliwości…
Wykonałam tą czynność za niego i ponownie usiadłam na kanapie. Moją uwagę przykuło jakieś opakowanie na stoliku. Will musiał je postawić razem z kubkiem po herbacie. Pewnie nikogo nie zdziwi fakt, iż były to przepisane mi leki na poprawę snu. Przeczytała etykietę i łyknęłam jedną z zielonych kapsułek. Ułożyłam się wygodnie na tej głupiej kanapie, bo łóżko było za daleko.
***
No i kolejna pobudka. Tym razem pospałam znacznie dłużej i lepiej, a co najważniejsze wstałam z własnej woli. Popatrzyłam na zegarek. Jeśli się pospieszę, to jeszcze zdążę załapać się na obiad.
Po posiłku wróciłam do pokoju, aby przebrać się w bryczesy i polo do jazdy. Amnesia dawno nie skakała… Przydałoby się ją ruszyć z boksu. Gdy dotarłam do stajni, Will akurat kończył rozsiodływać Black Jack’a.
- I jak Blackie? - rzuciłam, opierając się o drzwi boksu.
- Jak na niego, całkiem nieźle. Z początku trochę brykał, ale jestem z niego zadowolony. Ucieszysz się, bo… - dramatyczna pauza. - masz czystego konia! Wyczyściłem ją, nim wsiadłem na Black’a.
- Mam to potraktować jako wynagrodzenie dzisiejszego wieczoru? - mruknęłam, kierując się w stronę siodlarni.
- Myślałem, że z przyjemnością pojedziesz! Bycie singielką ewidentnie ci nie służy, więc pomyślałem sobie… - urwał na widok mojej wkurzonej miny.
- Nie służy?! – powtórzyłam po nim, zbliżając się do brata.
- Eeee… Tak trochę… - zaczął cofać się do tyłu.
- Ach tak? Nie chciałam ci wypominać, jak ty się zachowywałeś, gdy byłeś wolnym strzelcem! – podbiegłam do niego i popchnęłam lekko. – I wiesz kto musiał to znosić?
- Ej! Nie możesz ze mną walczyć, jesteś miniaturowa! – chwycił mnie za nadgarstki, więc kopnęłam go w piszczel. – Auć! No, dobra! Wygrałaś! – szybko mnie puścił i zaczął rozmasowywać bolącą nogę.
- Nigdy nie zadzieraj z miniaturkami, a zwłaszcza gdy są rudzielcami! – zawołałam triumfalnie, zostawiając go skulonego przy boksie ogiera. Wreszcie znalazłam się w siodlarni, skąd zabrałam siodło skokowe, ogłowie, ochraniacze na wszystkie cztery nogi oraz (tak na wszelki wypadek) torbę ze szczotkami.
- Czyżbyś mi nie ufała? – spytał William, gdy mijałam go po drodze do boksu Siwej.
- Od lat nikomu nie ufam, a tobie to już szczególnie. – wystawiłam język w stronę brata.
- A nie mówiłem, że za długo jesteś singielką?! Zaczynasz wszędzie wokół widzieć zagrożenie, nawet we własnym bracie! To niedorzeczne! – chłopak dogonił mnie i teraz jego głos słyszałam tuż za plecami.
- Nawet gdyby pojawił się ktoś interesujący, to i tak nie zbliżyłby się do mnie na odległość większą niż trzy metry. Już ty być o to zadbał, braciszku! – prychnęłam śmiechem, kładąc sprzęt na wieszaku obok boksu Amnesi.
- Bo do ciebie lgną same typy spod ciemnej gwiazdy! Znajdź sobie kogoś podobnego do Leo!
- „Oldschoolowego rockandrollowca”, który potrafi świetnie śpiewać i tańczyć, więc lecą na niego tabuny dziewczyn, ale z niego jest taka sierota, że nie umie…
- Dosyć! – przerwał mi, na co uśmiechnęłam się pod nosem.
- Zrozum, nie potrzebuję rycerza w lśniącej zbroi, który zdoła mnie ochronić. Sama sobie poradzę! – mruknęłam, wchodząc do boksu klaczy.
- A jeśli nie, to najpierw nakopię ci do tyłka, a potem sam znajdę ci chłopaka! – zagroził, odchodząc od boksu. Pokręciłam ze śmiechem głową i zabrałam się za siodłanie Siwej.
***
Po zakończonym treningu, wróciłam do pokoju w celu wzięcia prysznicu i zmiany stroju. Rzecz jasna, wszystko odbywało się pod czujną eskortą mojego głupiego brata.
- Naprawdę musisz tu siedzieć? – spytałam niepewnie, gdy zamykałam drzwi do łazienki, obok których wytrwale siedział William.
- Owszem. – odparł, szczerząc się. Wywróciłam oczami i zatrzasnęłam za sobą drzwi. W tej chwili już próbuje być złośliwy. Zrobi wszystko, byle tylko postawić na swoim. Stara się ruszyć mnie z pokoju i z jednej strony dziękuję mu za to, ale z drugiej mam ochotę powiedzieć mu: „Spierdalaj, tam są drzwi!”. Tym razem pojadę z nim, bez żadnych scen i awantur, ale po powrocie poważnie z nim pomówię…
W mieście byliśmy około siódmej wieczorem. Leo i Jackie już czekali na nas pod barem. Całe szczęście od razu zapowiedzieli, że chcą wcześnie wracać do domu wujka, bo są zmęczeni po podróży. I dotrzymali słowa!
Już o dziewiątej ruszyliśmy na quadach z powrotem do akademii. Jacqueline tak się spieszyła, że zapomniała swojej torebki. Jako dobra koleżanka, zabrałam ją ze sobą (nie naruszając zawartości!). Po zaparkowaniu na terenie MU, Will znów zaczął swoje…
- Ja nie rozumiem, jakim cudem ty sama jesteś! Połowa chłopaków śliniła się na twój widok!
- Dziewczyna z blizną i rudymi włosami zazwyczaj przyciąga wzrok takich gapiów i debili. – fuknęłam, ściągając z głowy kask.
- Ty to masz wymagania… - pokręcił głową i ruszył do akademiku. Zostałam jeszcze chwilę przy maszynie, chcąc sprawdzić czy rzeczywiście mam coś ze światłem.
- Przydałoby się pokazać to chłopakom… - mruknęłam do siebie i wyjęłam kluczyk ze stacyjki.
- Cześć! – usłyszałam za plecami obcy głos. Ze strachu wymierzyłam w nieznajomego najpierw jeden, a potem drugi cios. Jednak oba zostały obronione. Nim się zorientowałam, stałam obezwładniona twarzą do ściany budynku. Na szyi i uchu czułam ciepły oddech, od którego aż ciarki przeszyły moje ciało. Stałam bez ruchu, niczym sparaliżowana. Co by tu zrobić? Cholera, trzeba było użyć torebki Jackie…


Jules? xD

info dla administracji: 1852 słowa ^^ +

poniedziałek, 24 lipca 2017

Od Victorii CD. Caspera

(czy tam Caspra xD & Niech ktoś szybko to zasłoni! :/)

Wycofałam się z powrotem na chodnik, jednak nie potrafiłam wrócić do reszty ekipy... Poczułam, że cała drżę… Tylko dlaczego? W tym stanie nie mogę prowadzić quada, to mogłoby się źle skończyć.
- Chodzące nieszczęście. - prychnęłam, ostrożnie idąc do kawiarni. W środku zamówiłam ciepłą kawę do picia i posiedziałam nad książką jeszcze przez godzinę. Potem ruszyłam w drogę do domu. O niczym więcej nie marzyłam. Po prostu niech ten dzień już się skończy… Proszę…
Wróciłam do akademiku i zatrzasnęłam drzwi swojego pokoju. Zapaliłam nocną lampkę i nakarmiłam Ozzy’ego. Już nie spędzam z nim tyle czasu, co kiedyś… Ale byłam zbyt zmęczona, żeby o tym myśleć. Po prostu położyłam się na łóżku i zasnęłam, a pies obok mnie.
***
Mój budzik zadzwonił o godzinie 7:30. Rano mieliśmy mieć trening westernowy, ale odpuściłam sobie te męki. Opuszczanie zajęć pana Voccea zdarzało mi się bardzo często ze względu na nieodpowiednie predyspozycje konia i jeźdźca. Zamiast tego postanowiłam wpuścić Amnesię do końskiego basenu, zanim nadejdzie najgorszy upał. Od kilku dni pływa dwa razy dziennie i chyba sprawia jej to coraz większą przyjemność. Szybko wstałam, przebrałam się i ruszyłam do stajni, gdzie grupy akurat wróciły z końmi. W tłumie (tym razem) pojawił się także pan Street, który powitał mnie swoim charakterystycznym uśmieszkiem. Wywróciłam oczami, wchodząc do boksu Siwej. Podpięłam jej uwiąz do kantara i wyprowadziłam klacz z boksu. Wyszłyśmy przed stajnię. Gdzieś we wnętrzu budynku dostrzegłam machającą mi sylwetkę Caspera (czy tam Caspra xD). Wystawiłam w jego stronę środkowy palec z kciukiem i wystawiłam język. Pokręcił głową ze śmiechem i zniknął z zasięgu mojego wzroku. Nie zwracając już na niego uwagi, wróciłam do swoich zajęć. Amnesia nigdy nie miała problemów z karuzelą, a (jak na razie) z basenem także. 
Uruchomiłam wodną karuzelę i zaczęłam powoli schodzić z klaczą do wody. Jednak tym razem coś poszło nie tak, jak powinno… Nim się zorientowałam, obie znalazłyśmy się w wodzie. Nie umiem pływać, więc odruchowo próbowałam złapać się klaczy, ale bezskutecznie. Coraz częściej znajdowałam się pod wodą. Podtapiałam się… I powoli traciłam świadomość… Coraz zimniej i zimniej, i ciemniej i ciemniej…


Casper?
(Weź nie zabij mi postaci! Zdążyłam ją polubić! & Sorry, że krótkie. Pisałam na szybko :/)

sobota, 15 lipca 2017

Od Victorii CD. Caspera

(czy tam Caspra xD)

- Chyba nie skorzystam. - odparłam po krótkim i udawanym namyśle. - Ale skoro nie dajesz za wygarną, próbuj sobie dalej. - mruknęłam, odsuwając się od chłopaka. - A jeśli chodzi o to, brakuje ksera jakichś papierów twojego konia. - wręczyłam mu teczkę. Czym prędzej opuściłam stajnię. Mam dosyć tego gościa na dziś.
- Au! Niemiła, jak zwykle! - usłyszałam tuż zza swojego lewego ramienia. Zamiast wzdrygnąć się jakoś... odruchowo sprawiłam, że... William leżał obezwładniony na trawie. - I ciągle ta sama sztuczka.
- Taaaa... Przydałyby mi się nowe... Ach, i rzecz jasna przepraszam. - podałam rękę bratu, jednak ten pociągnął mnie za sobą.
- Debil. - syknęłam leżąc obok niego na trawie.
- Tamten gość musiał cię mocno zirytować... - mruknął, podnosząc się.

- Zbyt pewny siebie, to go kiedyś zgubi. Takim palantom przydaje się raz na jakiś czas odrzucenie. - wzruszyłam ramionami i po chwili stałam obok chłopaka.
- Dobrze, że nie potraktowałaś go podobnie, jak mnie. - ruszyliśmy w stronę budynku mieszkalnego.
- Wierz mi, był taki moment, kiedy ledwo, ale to naprawdę ledwo się powstrzymałam od dania mu w dziób.
- Fajnie zawierasz znajomości...
- Wrodzony talent, pochodzę z rodziny dupkowatych, zapomniałeś? - weszliśmy do środka.
- Ciągle to powtarzasz, choć sama nie masz pewności... Vicky...
- Nienawidzę, gdy starasz się ich bronić! - fuknęłam, otwierając swój pokój.
- Widzę, że na trzeźwo tego nie zniesiesz... - westchnął Grant i zniknął za drzwiami z numerem 2. Po chwili wszedł za mną, zamykając za sobą wrota do paskudnego świata rzeczywistości.
- Czyli mówiłeś poważnie? Ale przecież ty nie...
- Po pierwsze ja jestem zawsze bardzo poważnym człowiekiem i nikt nie ma co do tego wątpliwości. No, może prócz kochanej pani sekretarki, która ma przywidzenia co do mojej osoby, ale to zapewne wariatka. Po drugie piję niewiele i rzadko, ale ty należysz do gatunku wiecznego dziecka specjalnej troski, więc muszę poświęcić się w wyższej sprawie. - odparł najspokojniej w świecie, po czym wybuchnął śmiechem. Siedzieliśmy tak na kanapie i gadaliśmy, popijając piwo... bezalkoholowe.
- Starasz się wziąć mnie na sugestię, co? Uwierzę, że to zawiera choć trochę procentów i poprawi mi się nastrój?
- Chyba mnie przejrzałaś. - wzruszył ramionami. - Ale myślałem, czy by nie pojechać dziś z ekipą do "Zamku".
- Dopiero poniedziałek, a ty już chcesz skazać mnie na kaca? Wspaniale, jak zwykle można na ciebie liczyć...
- Jak zawsze, moja Duża Siostrzyczko!
- Mój Mały Braciszek od dziś może pochwalić się tytułem terapeuty i trenera motywacyjnego. - zaczęłam klaskać.
~***~
Wieczorem oboje wzięliśmy quady i pojechaliśmy do miasta. Po drodze trochę się ścigaliśmy, jak to rodzeństwo Grant ma w zwyczaju od paru lat. Zaczynaliśmy od rowerów, a potem Mikey dostał swojego quada. Około godziny siódmej wieczorem byliśmy na miejscu, Pod "Zamkiem" już czekali na nas chłopcy z warsztatu oraz siostra bliźniaczka jednego z nich, Jacqueline. Zaparkowaliśmy i zsiedliśmy z pojazdów.
- Nie uważasz, że przesadzamy z naszym tradycjonalizmem? - rzuciłam do brata.
- Nie wiem, co uważam, bo akurat zamierzam miło spędzić czas. - odparł i poszedł do znajomych.
- Jasne... Przecież najlepiej po prostu żyć dalej...- westchnęłam i także dołączyłam do grupy, która w międzyczasie przeniosła się do środka. Chłopcy prawie się nie zmienili... Scott, Arthur, James, David, Tom, Louis (który wreszcie jest wołany po imieniu). No i oczywiście bliźnięta - Młody i Jackie. Ta para jest stosunkowo nowa w ekipie, ale odnajdują się znakomicie. Zajęliśmy cały jeden, duży stolik. Zaczęło się zamawianie drinków i ta cała "zabawa"...Czy upicie się i odwalanie jakichś głupot, których nawet się nie pamięta jest czymś przyjemnym? Więcej z tego kłopotów niżeli rozrywki... Dobrze, że z tego towarzystwa do Morgan chodzi tylko William...
- Ktoś będzie musiał pilnować tego całego towarzystwa... - mruknęłam do siebie. Co prawda, Młody aka Leo także nie pije, ale ja tam wolę wszystko pamiętać. Może z kilkoma wyjątkami. Usiadłam przy barze i wzięłam kolejne już tego dnia piwo bezalkoholowe. I już chwilę potem miałam okazję spotkać pewien wyjątkowy wyjątek, którego tego dnia wolałabym już nie widzieć.
- Przypadek czy przeznaczenie? - usłyszałam ten znienawidzony już głos, który zadręczał mnie przez cały dzień.
- Szybko orientuje się pan w terenie, panie Street. - mruknęłam rzucając mu krótkie, wkurzone spojrzenie.
- Chyba można tak powiedzieć. A co taka miła dziewczyna, jak pani, panno Grant, robi w takim miejscu i towarzystwie? - próbował znów się odgryźć, ale nie przewidział mojej odpowiedzi.
- Po pierwsze raczej nie należę do typu miłych dziewczyn. Po drugie chyba ma pan rację, czas zmienić towarzystwo i wrócić do znajomych... - prędko wstałam i odwróciłam się w tamtą stronę, a jeszcze szybciej usiadłam z powrotem. Jak ja w ogóle dałam się namówić na to wyjście?! Jeden z moich najgorszych pomysłów w ostatnim... tygodniu.
- Więc może jednak należysz?
- Czuję się, jak śledzona przez słabego, prywatnego detektywa, którego wynajął jakiś głąb podkochujący się we mnie.
- A którym z tych dwóch bohaterów ja jestem?
- Pojawiasz się tylko po to, żeby mnie wkurzyć?! - fuknęłam.
- Zatem, może wyjdziemy na świeże powietrze lub przeniesiemy się do innego lokalu?
- Jesteś niedorozwinięty, głuchy czy głupi?!
- Prawdopodobnie wszystkiego po trochu. A teraz wezmę twoją kurtkę i pójdziesz ze mną na obiecaną przeze mnie kawę. - zabrał moją ramoneskę, która leżała na blacie baru i zaczął iść w stronę wyjścia.
- Co ty...? - nie zdołałam dokończyć. Ten idiota-szantażysta o intrygującej i wkurwiającej osobowości właśnie zapierdolił mi kurtkę! Może serio z nim jest coś nie tak. Naprawdę nie odpuszcza... Ciekawe...
- Idź za kurtką! Podążaj za kurtką! - krzyczał z drugiego końca pomieszczenia. Zrezygnowana wyszłam za nim na zewnątrz.

Casper? (Skończyłam o 01:11, więc mogły mi się trochę mylić fakty i te, no... słowa xD)

piątek, 14 lipca 2017

Od Vicky CD. Caspera

Ja pier... Trzeba mieć "farta", po protu jakiegoś cholernego "farta", żeby tyle razy wylądować na tej zimnej, stajennej podłodze. Przynajmniej tym razem byłam sucha. Ale trafiłam na jakiegoś... dziwaka...
- Zamyśliłeś się?! - fuknęłam, łapiąc się jego ręki. Wstałam po czym odetchnęłam głęboko. - Myślenie nie jest najzdrowsze... - mruknęłam, schylając się po okulary przeciwsłoneczne. Gapił się na mnie jakoś... dziwacznie, więc czym prędzej ubrałam je na nos. - Mam coś na twarzy? - spytałam w końcu, unosząc w górę jedną brew.
- Nie, ja tylko... - wyglądał na ponownie wyrwanego z rozmyślań i lekko zdezorientowanego.
- To zajmij się własnymi sprawami! - fuknęłam i zamierzałam wyjść ze stajni, jednak powstrzymała mnie chęć zachowania dobrego imienia u państwa Stewart, pani Angeliny oraz pani Heather. Zawróciłam zrezygnowana.
- Racz zatem pojawiać się punktualnie na zajęciach! Nieobecność na treningu rano, czyli ujeżdżeniu z panią Morgan, godzina 7:00-7:40. Nieobecność na śniadaniu, godzina 8:00-8:20. I spóźnienie na język angielski z panią Angeliną, godzina 8:20 do 9:05. I to wszystko już pierwszego dnia! - zaczęłam klaskać.
- Zawsze tak wszystko przeżywasz? - spytał, przechylając głowę lekko na bok.
- Możliwe. A teraz, panie... - zajrzałam w teczkę. - ...Street, bardzo proszę za mną. - rzuciłam i szybko wyszłam ze stajni. Zależało mi na jak najszybszym dostarczeniu zguby na zajęcia. Nie zwracałam na niego uwagi, tylko szłam przed siebie. Ignorowałam jego wszelkie pytania i słabe próby zagadnięcia mnie. W końcu stanęliśmy przed właściwą salą, a dosłownie chwilę potem zabrzmiał dzwonek na przerwę.
- Zajebiście... - mruknęłam do siebie, otwierając drzwi do klasy i weszłam do środka.
- Czyli nie zaginął i porwanie przez kosmitów też można wykluczyć. - pani Angelina nie wyglądała na zaskoczoną, wręcz przeciwnie - założę się, że w swojej nauczycielskiej karierze wielokrotnie widziała coś podobnego.
- Na oryginalne i wybitnie kreatywne scenariusze klasy zawsze można liczyć. - wzruszyłam ramionami.
- Mam nadzieję, panie Street, że Victoria nie dała panu za bardzo w kość. Nigdy nie pokazuje swojego delikatnego oblicza, ale to dobra dziewczyna. Założę się, że jeszcze zdąży się pan o tym przekonać w trakcie swojego pobytu w Morgan University. Jak na razie jesteście państwo na siebie skazani. - odparła z uśmiechem.
- Wspaniale... - westchnęłam cicho i opuściłam salę.
- Dlaczego twoje imię poznaję od babki z angielskiego, a nie od ciebie? - usłyszałam zza pleców.
- Bo tak jest lepiej. - odparłam, nawet na niego nie patrząc.
- Tak jest nie fair. Ty wiesz o mnie prawie wszystko, dzięki tej durnej teczce, a ja o tobie kompletnie nic z wyjątkiem imienia, Victorio. - dogonił mnie i już po chwili szedł tuż obok. Wywróciłam oczami.
- Co chcesz wiedzieć? - przystanęłam, zdjęłam te głupie okulary i popatrzyłam na niego zirytowana.
- Tyle, co ty wiesz o mnie. - wzruszył ramionami. Pokręciłam ze zrezygnowaniem głową i zajrzałam to teczki.
- Victoria Isabelle Grant; lat 19, urodzona 5 stycznia 1998 roku w Atlancie, USA. Numer pokoju 1, grupa III, poziom średnio zaawansowany. Rodzina zastępcza Lily i Richard Grant. Brat, także uczący się w akademii, William Alexander Grant. - czytałam z kartek w teczce i przekładałam zawarte tam informacje na te, dotyczące się mojej osoby. Może w ten sposób jakoś się go pozbędę albo przynajmniej skończy tyle pytać.
- Jeszcze jedno pytanie, panno Grant! - zawołał za mną, gdy zrobiłam trzy kroki naprzód.
- Tak, panie Street? - odwróciłam się z teatralnym, uprzejmym uśmiechem.
- Dokąd zmierzamy?
- Nie dajesz za wygrana, co? - z jednej strony był to komplement, ale nie dałam tego po sobie poznać.
- Nie mam w zwyczaju. - odparł, wzruszając ramionami. Pokiwałam z uznaniem głową.
- Może i to lepiej. - mruknęłam bardziej do siebie niż chłopaka. - Zmierzamy na geografię, a to już jazda bez trzymanki. - odparłam z powagą. Osobiście nie przepadałam za tym przedmiotem, ale zobaczymy, jak pan Street sobie poradzi.

Casper? (Takie to trochę nijakie, ale poprawię się!)

niedziela, 9 lipca 2017

Od Vicky CD. Samuela

Gdy tylko chłopak przysiadł się do stolika, czym prędzej wstałam i odniosłam tacę z talerzem.
Zza pleców usłyszałam westchnienie brata.
- Nie przejmuj się, ona tak już ma. - powiedział do Samuela. Szybko opuściłam stołówkę i wróciłam do pokoju. Zamknęłam drzwi na klucz i tak po prostu położyłam się na łóżku...
~***~
Otworzyłam oczy i dosłownie zerwałam się z łóżka. Kompletnie straciłam poczucie czasu. Sięgnęłam po telefon, który wyświetlał godzinę 19:03. Postanowiłam, że wyjdę zapalić i posiedzieć trochę na świeżym powietrzu. Kto normalny w ogóle tak mówi? Zaprzeczyć sobie samemu w jednym zdaniu. Nikt nie mówił, że jestem normalna... Byłam niemal pewne, że tuż po wyjściu na korytarz spotkam któregoś z chłopaków. Nie zastanawiając się długo, wyszłam przez okno. Pokój na parterze ma pewne plusy. Zeskoczyłam na trawę i wyprostowałam się, niczym w gimnastyce artystycznej. Od razu ruszyłam w stronę swojej małej kryjówki, którą było jedno z drzew, tuż przy murze Akademii. Rozejrzałam się raz jeszcze i szybko wspięłam na grubą, stabilną gałąź, która trochę wystawała poza teren szkoły. W razie wpadki mogłam spokojnie zjechać po niej na drugą stronę płotu, czyli poza teren MU. Nie łamie regulaminu; co złego to nie ja; dziękuję i dobranoc! Cholera, naprawdę mi się pogarsza... Nie zwlekając dłużej zapaliłam jednego z papierosów. Czasem z jakąś ogromną i nieuzasadnioną satysfakcją wypuszczam dym z ust. To chore, ale... przyjemne. Nikotyna działa niesamowicie... Włożyłam do uszu słuchawki i włączyłam muzykę. Dookoła nie było zupełnie nikogo, więc zaczęłam cicho śpiewać Coldplay - "Viva La Vida". Nie mam pojęcia, skąd ta piosenka wzięła się na moim telefonie, a tym bardziej skąd mniej-więcej znam jej tekst... Pewnie Will wrzucił mi ją dla żartu, a w warsztacie leci bez przerwy. Niezła wymówka...


Wzdrygnęłam się na dźwięk czyichś kroków. Popatrzyłam w dół i zobaczyłam znajomą burzę czekoladowych włosów. Oplotłam nogami gałąź i zawisłam na niej głową w dół, tuż przy głowie Samuela.
- Boooo! - krzyknęłam, a chłopak odskoczył na bok. Podciągnęłam się z powrotem na gałąź i usiadłam twarzą w jego stronę. Przekręciłam głowę lekko na bok z uśmiechem na twarzy.
- Nigdy... więcej tak nie... rób! - wydyszał.
- Oj, nie przesadzaj! Mogłam jeszcze zarzucić włosy na twarz! A tego ci oszczędziłam!
- Może i masz trochę racji, ale nie o to chodzi. William cię szuka od... - tu spojrzał na zegarek. - kilku godzin.
- Nie chowałam się przed nim. - wzruszyłam ramionami i wstałam. Jak gdyby, nigdy nic, zaczęłam spacerować sobie po gałęzi. Nawet odrobinę przypominała równoważnię, na której odbywa się większość ćwiczeń.
- Chyba lepiej będzie, jak wrócimy do twojego brata. Powiedziałem, że gdy tylko cię znajdę, od razu sprowadzę z powrotem do pokoju. - upierał się, przyjmując bardzo poważny ton głosu.
- Widzę, że zrobił sobie z ciebie posłańca... To nawet całkiem typowe zachowanie mojego brata. Dlaczego dajesz mu się wykorzystywać? Will jest świetny i w ogóle, ale takie zagrywki z jego strony strasznie mnie wkurzają.
- Nieźle go nastraszyłaś w ostatnim czasie swoim zachowaniem. Mówił mi o tym przy obiedzie...
- Straszenie za straszenie... - prychnęłam. - To, co ja robię jest niczym w porównaniu do tego, co on odwalał jeszcze rok temu. Ale nie winię go za to, a właściwie to nawet mu się nie dziwię. Skończmy ten temat i wracajmy. Zimno mi. - mruknęłam, pocierając sobie ramiona dłońmi.
- Na co czekamy? - spytał, gdy wciąż pozostawałam na drzewie.
- Chyba... tak trochę... Nie umiem zejść... - mruknęłam, na co Sam wywrócił oczami. Podszedł bliżej gałęzi.
- No, chodź. - miało to być chyba zachęcające, ale słabo wyszło mu to dodanie mi otuchy. Delikatnie ześlizgnęłam się z drzewa, a może to Samuel mnie ściągnął. W każdym razie drzewo zostało gdzieś za nami. Aczkolwiek moje stopy wciąż nie dotykały podłoża.
- Właściwie, to możesz już mnie postawić. - zwróciłam mu uwagę.
- Mogę, ale nie zrobię tego. Skażę cię jeszcze na minimalne chociaż upokorzenie przez tę sytuację w ramach rekompensaty wszelkich trudów związanych z odnalezieniem cię. Z powagą skinęłam głową.
- W porządku. Przynajmniej jest mi ciepło! - oznajmiłam entuzjastycznie, jak dziecko, a chłopak mimowolnie prychnął śmiechem. - Nie śmiej się! Jesteś taaaaki cieeeepluuutki! - oznajmiłam dziecięcym głosem. Przed nami był już dobrze widoczny budynek mieszkalny, w którego drzwiach stała znajoma mi sylwetka. Will podbiegł do nas i odetchnął z ulgą. Nigdy nie widziałam go w takim stanie.
- Jednego brata już straciłem, ale ciebie, siostra tak łatwo nie oddam! - oznajmił nieco wojowniczo, po czym westchnął. - Idę jeszcze zajrzeć do Black Jack'a i Siwej. Zobaczymy się potem, tylko skończ z numerami na dziś. - poprosił i zaczął iść w stronę stajni, ale zatrzymał się jeszcze na chwilę. - Dlaczego ją niesiesz, Sam?
- Bo nie umiała zleźć z drzewa. - odparł chłopak, na co Grant przytaknął z nikłym uśmiechem.
- Od dawna trenuje gimnastykę artystyczną, a jeszcze kilka lat temu jej marzeniem było zostanie kaskaderką. - prychnął śmiechem, po czym odszedł w swoją stronę.
- Ups... Chyba wyleciało mi z głowy... - zrobiłam minę niewiniątka, a Samuel spiorunował mnie wzrokiem.
- Ach, tak? - zrobił teatralną, złowieszczą minę. Wciąż trzymał mnie na rękach i zaczął kręcić się dookoła.
- Eeeeej! No dobra, już nie będę! - krzyczałam, wciąż się śmiejąc. 


Samuel? (Przepraszam, że tak długo! Obiecuję poprawę, tylko nie bij*!)
 * - bo zemszczę się patelnią!

sobota, 15 kwietnia 2017

Od Vicky CD. Samuela

- To tylko... hipotermia... - wybełkotałam poniekąd przez szczękające zęby, ale mógł być to też jeden z jej objawów.
- Tylko? - spytał marszcząc brwi.
- Dlaczego miałabym... użyć słowa "aż", skoro... parę lat temu o mało... nie straciłam oka? - mruknęłam, na chwilę spuszczając głowę. Jednak poczułam coś dziwnego, a na dodatek połączone z milczeniem mojego towarzysza. Popatrzyłam na chłopaka, który z kolei gapił się na mnie zdezorientowany. O, cholera...Ten debil, William po raz kolejny miał rację... Nie jest zauważalna, zwłaszcza jeśli ciągle ją zakrywam... Delikatnie odsunęłam grzywkę z prawego oka w formie wyjaśnienia dla Samuela.
- Prawie, jak wiedźmin, nie? Niektórzy udzie mają mnie za kryminalistkę i na ulicy omijają szerokim łukiem. Mój głupi brat wielokrotnie żartuje, że wyrwę faceta właśnie na bliznę, bo okaże się "pociągająca". - prychnęłam śmiechem i właśnie przypomniałam sobie o swoim co najmniej godzinnym spóźnieniu. Sam widocznie zauważył moje nagłe zaniepokojenie i zmianę w mimice.
- Co jest?
- Miałam spotkać się w mieście z bratem o 19:00, a jest... 19:47! Najpierw zdechł mi quad, a zaraz potem telefon, chyba już można nazwać to talentem! Ehhh... Mogłabym pożyczyć twój, żeby dać znak życia? Inaczej nie pozbędę się Will'a aż do końca życia. Wyobrażasz to sobie? Mam 70 lat i wychodzę na brydża, a za mną zasuwa Dziadzia-Will, który co chwila chowa się za jakimś krzakiem niczym najlepszy szpieg! - już miałam przed oczyma czerwoną torebkę, którą mój braciszek dostaje po głowie.
- W takim razie lepiej dam ci ten telefon, mam dosyć od samego słuchania. - odparł z uśmiechem. - A i proponuję ruszać z powrotem do Morgan. - w odpowiedzi jedynie pokiwałam głową, ponieważ akurat wykręcałam numer brata.
- Tak, słucham? - usłyszałam w słuchawce głos brata.
- Dobrze się bawisz, Will?
- Cholera, Victoria! Gdzie ty jesteś?! Nic ci nie jest?! Ktoś z tobą jest?! - skrzywiłam się od jego głośnych krzyków z telefonu i odsunęłam ucho.
- Nie drzyj się tak, żyje i nic mi nie jest. - fuknęłam, jak zwykle.
- Z wyjątkiem hipotermii! - wydarł się Samuel, a ja szturchnęłam go lekko w ramię.
- Jakiej, k*rwa hipotermii?! Gdzie jesteście, już... Chwila, Z KIM TY WŁAŚCIWIE JESTEŚ?!
- Jestem bezpieczna, a towarzyszy mi Samuel. To nie jest rozmowa na telefon. W skrócie mogę ci powiedzieć, że po drodze quad zdechł i przydałoby się go ściągnąć do warsztatu.
- To wyjaśnia hipotermię. Dobra, załatwię transport, ale dopiero jutro. A mówiłem, wybierz samochód. - słyszałam, że trochę się uspokoił.
- Mówiłeś, mówiłeś, ale sam doskonale wiesz, o co tu chodzi.
- Mogłabyś dać mnie na głośnomówiący? Chciałbym z nim chwilę porozmawiać. - wcisnęłam odpowiedni (tak mi się wydawało) przycisk.
- Słychać mnie? Dobra, to po pierwsze chciałbym ci bardzo podziękować za uratowanie rudego ogona mojej małej siostrzyczki.
- Mike tak mnie nazywał, "Rudy Ogon"...
- Taaaa, swego czasu często nosiłaś kucyk, więc trudno mu się dziwić. Wracając do tematu, jak długo siedziałaś na tym deszczu?
- Nie mam pojęcia... Mogła to być godzina, a mogło być półtorej. W takich chwilach kompletnie tracisz poczucie czasu, orientację w terenie, a w końcu zastanawiasz się, jak brzmi twoje imię.
- Jestem w stanie w to uwierzyć... - mówił coś dalej, ale nie słyszałam go... Poczułam, że zaczyna brakować mi powietrza... Dusiłam się, jakbym... tonęła... znowu... Zamroczyło mnie i wciąż nie byłam w stanie oddychać, dodatkowo dostałam ataku paniki. Nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Z oddali dochodził do mnie jakiś dźwięk, może głos... brzmiało, jak moje imię. I nagle świat zawirował i wszystko wróciło do normy.
- Oddycha?! - rozległ się głos William'a.
- Tak, jest w porządku. - dopiero po chwili zorientowałam się, gdzie się znajdujemy. Staliśmy gdzieś na poboczu, Samuel nadal siedział na miejscu kierowcy, ale... wyglądał jakoś dziwnie. Tak, jakby zobaczył ducha i wciąż się zbierał, dochodził do siebie po tym spotkaniu. Miał przerażony, wytrzeszczony wzrok i ciężko oddychał.
- Co się stało? - spytałam, jak gdyby nigdy nic.
- Znowu miałaś ten cholerny atak. Na szczęście Sam zasłonił ci usta i zaczęłaś oddychać. - mruknął niezadowolony Will.
- Dobrze, że nie wpadł na tę drugą metodę. - zaśmiałam się, specjalnie robiąc na złość bratu.
- To znaczy? - zainteresował się nagle Sammy.
- Ataki można też powstrzymywać dzięki pocałunkowi, ale sam rozumiesz, że nie pozwoliłbym na to. Jak to mówią "nie na mojej zmianie". - dodał ze śmiechem. - Zrób tak, jak mówiliśmy. Tylko uważaj, ona ćwiczyła boks i nawet we śnie ma nie najgorszego cela. Daj znać, jak się czuje. - i się rozłączył.
- Generalnie to najchętniej spytałabym, co ten Łoś znowu wymyślił, ale jestem zbyt... zmęczona... - mruknęłam ziewając. Wtuliłam się w fotel i usnęłam. Przespałam całą drogę do akademii.
*Na miejscu*
Poczułam nagłe zimno i szybko otworzyłam oczy. Chłopak otworzył drzwi z mojej strony i delikatnie szturchnął w ramię. Wysiadłam z auta i coś sobie uświadomiłam. Przez cały ten czas spałam wtulona w kurtkę Samuela... Zrobiło mi się trochę głupio, ale nic nie poradzę, że jest taka ciepła, mięciutka i tak ładnie pachnie...
- Dziękuję za wszystko. - powiedziałam do Sammy'ego.
- Jeszcze nie dziękuj, bo za kilkanaście minut możesz chcieć mnie zabić. - odparł zamykając bagażnik.
- Co masz na myśli? - spytałam, gdy weszliśmy do środka.
- Przekonasz się. W którym pokoju mieszkasz?
- Raczej nie trudno zapamiętać, pokój numer 1.
- Powinienem dać radę, choć to trochę trudniejsze do zapamiętania, niż na przykład 338.
- Zdecydowanie, o ile jeszcze będzie dane nam się zobaczyć - rzuciłam i weszłam do swojego pokoju.
- Nawet tak nie mów! - usłyszałam jeszcze gdzieś z korytarza. Ozzy już smacznie spał na swoim posłaniu. Podrapałam go za uchem i poszłam wziąć szybki, ciepły prysznic, po czym przebrałam się w czystą i także cieplutką pidżamę. Wtedy przypomniałam sobie, że należałoby zwrócić kurtkę jej właścicielowi. Cholera, nawet nie wiem, w którym pokoju on mieszka... Nim zdążyłam załadować się do łóżka, usłyszałam pukanie do drzwi. Niechętnie zwlekłam się z niego i poczłapałam je otworzyć. Na progu stał Sam.
- Ponownie cześć. Mogę wejść, czy mam siedzieć na wycieraczce?
- Ach, tak. Jasne. - odpowiedziałam rozkojarzona. Zamknęłam za nim drzwi.
- Pamiętasz, jak mówiłem, że będziesz pragnęła mojego zgonu? Oto nadszedł ten czas. Otóż... William poprosił mnie, abym pilnował cię przez tę noc z powodu jego nieobecności, a twojego "nie najlepszego" stanu zdrowia. I niekoniecznie mam na myśli stan zdrowia fizycznego.
- Poczekaj... Will poprosił... kogoś o... pomoc? - ledwo się wysłowiłam. M oj brat nigdy nie należał do ludzi, którzy bezproblemowo proszą rodzinę, przyjaciół czy znajomych o radę albo pomoc. To p*eprzony indywidualista, który zawsze wie wszystko najlepiej, a potem musi odszczekiwać swoje słowa, co przychodzi mu z jeszcze większym trudem. Jestem w stanie uwierzyć, że zmienił zdanie na temat Samuela, ale... coś takiego? Westchnęłam oficjalnie się poddając. Jeżeli teraz go wyrzucę, zapewne William dowie się, że nie spełniłam jego prośby, gdzie chodzi tylko i wyłącznie o moje dobro, a co za tym idzie obrazi się i będzie jeszcze bardziej nieznośny niż zwykle.
- W porządku, skoro Will tego chce. Gdzieś tu miałam dmuchany materac, zaraz poszukam. Mam spory zbiór książek, do twojej dyspozycji, gdyby ci się nudziło. - powiedziałam wskazując na duży regał wypełniony niemal po brzegi.
- Chętnie czymś się zaopiekuję. - chłopak chwycił jakąś książkę i usadowił się na fotelu obok regału.
- Jeśli pozwolisz, podejmę z góry skazaną na porażkę próbę zaśnięcia. - mruknęłam, kładąc się na łóżku.
- Dlaczego tak myślisz? - usłyszałam zza pleców.
- Zwykle zasypiam koło godziny pierwszej w nocy, jak nie później. O ile w ogóle zasypiam. P*erdolony zespół stresu pourazowego nie daje mi żyć.
- Wybacz, że jestem ciekawski, a wręcz wścibski, ale...
- Sama zaczynam temat i kończę w środku jakiegoś wątku, nic nie wyjaśniając? Nie jesteś pierwszą osobą, która zwróciła mi na to uwagę. A teraz dokończ pytanie.
- Ten zespół stresu po urazie... ma coś wspólnego z twoim okiem?
- Nie, to całkiem osobna historia. Ta blizna powstała w wyniku mojej nieostrożności. Natomiast to upierdliwe cholerstwo dręczy mnie od czasu śmierci najstarszego, przybranego brata, Michael'a. Wiesz skąd się biorą te ataki? Są z powodu przyczyny jego śmierci. Mikey utonął podczas rodzinnych wakacji nad jeziorem na moich oczach... Byłam wtedy jeszcze dzieckiem... Był to czas, kiedy Will stopniowo zaczął się do mnie przyzwyczajać, a wszystko dzięki Michaelowi. Z tego, co pamiętam potrafił pływać, ale prawdopodobnie zaczepił o coś nogą... Jego śmierć jest bardzo dziwna i niewyjaśniona... A wiesz co jest najgorsze w tym całym "stresie pourazowym"? Jest nieprzewidywalny, a niekiedy dręczy mnie także we śnie. Czasem śni mi się, że tonę... a potem zaczynam się dusić przez sen... To coś potwornego i nie do opisania... Heh, teraz masz nade mną przewagę. W nocy nie mam już siły nic udawać i łatwo ze mnie wyciągnąć wszystko, dosłownie wszystko. Ale... mam wrażenie, że trafiła mi się właściwa osoba obok. William musiał ci zaufać, ale to dla niego typowe. Najpierw kogoś serdecznie nienawidzi, a dwa dni później są najlepszymi przyjaciółmi. To był niezły pomysł... Czuję się... bezpiecznie... - mruknęłam i po chwili usnęłam. I znów ten sen... Mętna woda... nie widać dna... czyjeś krzyki... wszystko, jak wtedy... Obudziłam się zlana potem, jak za każdym razem. Popatrzyłam w stronę biblioteczki, ale nie zastałam tam ani Samuela, ani nawet krzesła. Popatrzyłam w prawo. Pod ścianą, niedaleko mojego łóżka spał chłopak wciąż na tym samym krześle. Poczułam dziwną ulgę. Wstałam na chwilę i okryłam go kocem, po czym ponownie wtuliłam się w poduszkę. Obróciłam się przodem do Sam'a... Było mi jakoś... raźniej... Po raz pierwszy w spokoju przespałam resztę nocy...


Sam? (Tak to jest, gdy mam przerwę w pisaniu - miało być zajefajne, a wyszło... takie cuś długie i słabe xD)

czwartek, 9 marca 2017

Od Vicky CD. Samuela

Żwawym galopem jechałam na przeszkodę, gdy nagle... moja kochana Siwa zatrzymała się tuż przed krzyżakiem i z najwyższą uwagą rozpoczęła badania nad tą niezwykłą konstrukcją.
- I co? Już cię pożarło? Biedny konik naraża na treningach życie, nie? - zmieniłam głos, głaszcząc ją po szyi. Wycofałam i podeszłam do skoku po raz drugi, tym razem z kłusa. Klacz po raz drugi spróbowała się zatrzymać, ale tym razem nie poddałam się tak łatwo. Kilkakrotnie przyłożyłam jej łydkę, aż w końcu skoczyła. Tyle, że o jakieś 80 cm więcej, niż to było konieczne. Poleciałam jej na szyję, ale utrzymałam się w siodle. Gdy ponownie siedziałam bezpiecznie w siodle, poszukałam wzrokiem Samuela. Nasze spojrzenia się spotkały i oboje prychnęliśmy śmiechem.
- Ktoś to może nagrał? Zupełnie, jakby zobaczyła pająka! - krzyknęłam do chłopaka. Przejechałam przeszkodę jeszcze raz w ta stronę, po czym zmieniłam kierunek i skoczyłam dwa razy z lewej nogi. Zrobiłam dwa kółka kłusa w jedną i w drugą i przeszłam do stępa. Zarzuciłam na plecy konia derkę, a w tym czasie Samuel odstawił na miejsce stojaki i drążki.
- Nie mogliśmy tego tak po prostu zostawić? Myślę, że nikt by przez to nie zginął. - mruknął, podchodząc do mnie i przeciągając się.
- A jednak. Może ciężko ci będzie w to uwierzyć, ale nie zawsze jestem sympatycznym i kulturalnym aniołkiem. Zwłaszcza, gdy ktoś stara się mnie bezkarnie obrażać. No, więc jest tu taka grupka, spoza akademii co prawda, ale to nie ma nic do rzeczy, która za cholerę nie może się ode mnie odczepić. Gdy tylko mają okazję zrobić o coś aferę, choćby najmniejszą, zrobią to. Dlatego z Willem staramy się nie dawać im takiej możliwości, a to wkurwia je jeszcze bardziej. Nienawidzą mnie... - uśmiechnęłam się smutno. - Zresztą nie tylko one... Dzięki za pomoc i do... - zawahałam się. - do zobaczenia... - dodałam cicho i wyjechałam na koniu z hali. Po przejechaniu jakichś 10 metrów minęłam się z Caroline.
- Mam nadzieję, że na hali jest porządek. - rzuciła pogardliwie i pojechała dalej. Popatrzyłam za nią i wystawiłam język razem z środkowym palcem. Przez krótki moment miałam ochotę się roześmiać, ale... ta ochota jakoś szybko zniknęła. Wróciłam do stajni, gdzie zastałam brata. Znów pojawiło się to dziwne uczucie. Chciałam go zjechać od góry do dołu za to, że siedział tu, a nie był przy mnie. Ale znów mi przeszło. Bez słowa rozsiodłałam Siwą, wypuściłam z boksu psy i odniosłam sprzęt do paki.
- Nie chcesz wyjaśnień? - spytał, gdy spotkaliśmy się na schodach.
- Nie musisz mi się z niczego tłumaczyć, choć nie znaczy to, że nie interesują mnie twoje sprawy. - wzruszyłam ramionami i chciałam iść dalej, ale zagrodził mi drogę.
- Pojechałem po odbiór biletów na dzisiejszy wieczór, a potem do Black'a przyjechał weterynarz. Jak Amnesia? Już przyzwyczaiła się do tej strasznej, pożerającej konie hali?
- Brakuje mi Mike'a... - westchnęłam, czując na policzku ciepłą łzę. Will przez milczał, wpatrując się we mnie tymi przeszywającymi oczami. Uśmiechnął się smutno i mnie przytulił.
- Mi też... Nawet nie wiesz, jak bardzo... Ale nie myślę o tym, a przynajmniej o jego śmierci. Myślę o nim i tym, jak niesamowitym był człowiekiem i ile się od niego nauczyłem. Ty też powinnaś zacząć tak na to patrzeć. Dobrze, że koncert jest już dzisiaj, inaczej byłabyś jeszcze większym, chodzącym kłębkiem nieszczęść.

~***~
Reszta dnia zleciała mi okropnie posępnie. William pojechał do miasta wcześniej, żeby skończyć robotę i mieć resztę wieczoru wolne. O godzinie 17:30 przebrałam się, zebrałam wszystkie rzeczy i wyszłam z pokoju.
- Nie zjedz mi kolejnej poduszki, dobrze? - zwróciłam się do siedzącego przede mną szczeniaka. - Postaram się nie wrócić późno. - mruknęłam i zamknęłam drzwi na klucz. Wyszłam z budynku i skierowałam się w stronę quada. Pogoda robiła się paskudna, więc truchtem dobiegłam do pojazdu, założyłam kask i czym prędzej wyjechałam przez bramę akademii, w kierunku miasta. Byłam ciekawa, kiedy zacznie lać i czy widoczność się nie pogorszy, ale stało się coś jeszcze gorszego... Quad zaczął zwalniać, coś głośno trzasnęło, a ja o mało nie spadłam z maszyny. Odskoczyłam, łapiąc równowagę. Byłam w takim szoku, że przez kilka minut stałam i gapiłam się w nieruchomą maszynę.
- Cholera! - wrzasnęłam i kopnęłam w koło. - K*rwa mać! - klęłam na cały głos, aż w końcu wykrzyczałam się i usiadłam na ziemi, opierając się o pojazd. Dopiero po chwili przypomniałam sobie o komórce. Wyjęłam telefon i wykręciłam numer brata. Abonent czasowo niedostępny... I na dodatek 3% baterii?! Do miasta zostało jeszcze co najmniej 8 km... Zdjęłam kask i rzuciłam go na ziemię. Pogoda pogarszała się coraz bardziej, w każdej chwili mogło rozpadać się na dobre. Mogłam zrobić już tylko jedno. Z tylnej kieszeni spodni wyciągnęłam paczkę papierosów, a z kurtki zapalniczkę. Wyciągnęłam jednego, ostatniego niestety, i zapaliłam. Krótko po tym rzeczywiście deszcz się wzmógł i zgasił go.
- Cholera! - wrzasnęłam i cisnęłam nim w niewielką kałużę. Schowałam twarz w dłoniach i zaczęłam się nad tym wszystkim zastanawiać . Kiedy Will się zorientuje? A może któryś z chłopaków? Scott, Arthur, James, David, Tom, może być nawet Młody, ale niech ktoś przyjedzie. Tak zimno... tak okropnie zimno... Byłam sama, przemoczona, gdzieś na długim odcinku szosy z dala od jakiegokolwiek człowieka. Wątpię, aby o tej godzinie przejeżdżało jakieś auto. Zamknęłam oczy.
- To musi być tylko... sen... - szepnęłam, czując, że jestem już przemoknięta do suchej nici. I siedziałam tak, tylko po to, aby siedzieć, ewentualnie w końcu się obudzić. Po co najmniej piętnastu minutach usłyszałam zza zakrętu jakiś odgłos, jakby... silnika?! Zastanawiałam się, co zrobić. Czułam się tak beznadziejnie... Jeszcze bardziej, niż przez cały dzień. Miałam ochotę się rozpłakać. Z bezsilności, niepewności nerwów... Niewiele więcej myśląc, z zamkniętymi oczami wyskoczyłam na drogę bez jakiegoś konkretnego celu. Ktoś może mi pomóc albo... mnie rozjechać... Zobojętniałam na to. Jednak nie pojawił się żaden ból. Deszcz wciąż padał i było mi tak samo zimno. Otworzyłam oczy i szybko je zmrużyłam na widok światła reflektorów. Zamrugałam kilkakrotnie, chcąc przyzwyczaić się do nagłej jasności. Dosłownie kilka metrów ode mnie stał czerwony albo pomarańczowy samochód, przez deszcz nie widziałam zbyt wiele. Usłyszałam, jak otwierają się drzwi, a z pojazdu wyłoniła się postać.
- Nie zimno ci? - usłyszałam znajomy głos Samuela.
- Ani trochę... - mruknęłam szczękając zębami.


Sammy? (Uratujesz ją czy zostawisz? xD)