Ten koń zzraz doprowadzi mnie do szału. Poszłam do siodlarni po jeden ze środków dr. Bacha. Wlałam kilka kropel na rękę i dałam je do powąchania koniowi Harley. Ten najpierw zaczął się bać, ale po długich namysłach zlizał krople.
- Chcesz go otruć?! - wrzasnęła.
- Ja tylko chcę pomóc temu koniu! - odkrzyknęłam.
- Nie potrzebna mi twoja pomoc.
- Chyba nie chcesz zostawić go w takim stanie? Nie widzisz, że on nie jest szczęśliwy?
Dziewczyna umilkła. Dałam miętówkę jej koniowi i wzięłam drugi środek ziołowy i otworzyłam spokojnie boks.
- Zwariowałaś!? - posłałam jej wrogie spojrzenie i wróciłam do konia. Był niezadowolony, na co wskazyławo jego nerwowe tupanie i rzucanie łbem. Zaczęłam do niego szeptać wcierając w międzyczasie środek ziołowy w ręce. Kiedy zbliżyłam się do konia kładł po sobie uszy ostrzegając mnie, ale nie dałam za wygraną. Zaczęłam masować mu szyję, a po pół godzinie nie był już spięty. Zniżył łeb i zamknął oczy. Przynajmniej coś mogłam dla niego zrobić. Kiedy już zasypiał pogłaskałam go i wyszłam spokojnie, aby go nie przestraszyć. Jego właścicielka była na mnie widocznie za to wściekła, więc złapałam ją za ramię i zaprowadziłam do siodlarni.
Harley?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz