wtorek, 13 grudnia 2016

Od Samanthy CD Maxa

Podniosłam wzrok na Max'a i w tym momencie uświadomiłam sobie, dlaczego prezentem dla jego ojca miała być książeczka dla dzieci. Wbite w stół spojrzenie chłopaka przypominało moje, gdy ktoś wspomniał o mojej matce. Niewiele osób wiedziało, że wypadek samochodowy, w którym zginęła nie był przypadkiem, ale celowym zagraniem rodzicielki, która zabrała ze sobą w zaświaty jeszcze jedną osobę. Córkę kierowcy nadjeżdżającego z naprzeciwka, który usłyszawszy, że jego jedyne dziecko umarło, rozpłakał się z bezsilności i był tak głośny, że pielęgniarki na polecenie lekarza musiały go uciszać tabletkami. Ja wyszłam z wypadku prawie bez szwanku, złamana ręka i rozcięty policzek były niczym w porównaniu ze śmiercią. Z otępienia wyrwał mnie śmiech jakiegoś dziecka, zapewne zadowolonego z zakupionej zabawki. Szybko odłożyłam książkę tym razem nie patrząc na nią z rozbawieniem, ale niemalże z czcią i nabożeństwem. 
Chwyciłam dłoń szatyna. Była zaskakująco miękka i ciepła w przeciwieństwie do mojej, zimnej i szorstkiej, co spowodowane było jazdą bez rękawiczek.
- Max, przepraszam... zachowałam się okropnie - przegryzłam wargę zmieszana, czekając, aż podniesie wzrok. 
- Nie ma sprawy, to było dawno... - odparł, ale widziałam, że wcale tak nie myśli. Może moje zachowanie go nie uraziło, ale z pewnością tęsknił za matką. Musiała to być wspaniała osoba.
- Mimo wszystko, strasznie mi przykro - zabrałam po chwili rękę i sięgnęłam do torby po telefon, chcąc zorientować się, która jest godzina. - Chyba powinniśmy wracać.
- Racja - posłał mi uśmiech.

~~*~~
Żwir chrzęścił pod kołami samochodu Max'a, gdy wjechaliśmy na teren akademii. Chłopak zręcznie zaparkował auto na parkingu i mimo moich protestów, uparł się by pomóc mi z zakupami. Moje prychnięcia pełniły funkcję akompaniamentu, a wtórował mu cichy śmiech szatyna. Wchodząc do budynku, zauważyłam duży, kolorowy plakat, dlatego zbliżyłam się do niego. Według rozpiski, niedługo miał odbyć się w akademii bal Bożonarodzeniowy, na który zaproszeni byli wszyscy uczniowie Morgan. Kątem oka zauważyłam, że Max również wpatruje się w wielobarwne ogłoszenie.
- Czyżbyś się wybierał? - korzystając z okazji wyrwałam mu moje torby.
- Nie brzmi najgorzej.
- Zapraszasz kogoś? - spytałam, nawiązując do ostatniego akapitu tekstu.
- Nie wiem... - nie zdążył dokończyć, bo przerwałam mu z uśmiechem.
- W takim razie nie rób sobie planów, od tej chwili jesteś już zaklepany. O ile nie masz zielonego garnituru. Nie masz prawda? - spojrzałam na niego.

Max? Takie trochę bez sensu ;/

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz