Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Samantha. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Samantha. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 kwietnia 2017

środa, 22 lutego 2017

Od Samanthy CD Maxa

Przyglądając się temu wszystkiemu miałam wrażenie, że jestem w jakiejś bajce. Świeczki rzucały ciepłe, blade światło, a odległe London Eye i otaczające je latarnie, również służyły za źródła jasności. Powierzchnia Tamizy połyskiwała srebrzyście, nocą będąc naprawdę piękną. Ponownie wróciłam wzrokiem do Maxa, który wpatrywał się we mnie z uśmiechem. Kiedy zerknęłam na bukiet kwiatów trzymanych przez chłopaka, momentalnie się rozkleiłam. Po moich policzkach zaczęły spływać łzy, a ja niewiele myśląc, rzuciłam się mu na szyję. Z mojej piersi wydobył się zdławiony szloch, a szatyn przytulił mnie delikatnie.
- Tak strasznie dziękuję - pociągnęłam nosem, mimo iż wiedziałam, że nie jest to najelegantsze zachowanie. - Jeszcze nikt, nigdy, nie zrobił dla mnie czegoś tak cudownego.
Watson przysunął swoje usta do mojego policzka, składając na nim czuły pocałunek.
- Dla ciebie wszystko, Sam - niby tylko cztery, proste słowa, ale wywołały u mnie kolejny potok łez. Dopiero gdy otarłam dłonią twarz i uświadomiłam sobie, że mój tusz do rzęs spłynął razem ze słoną Niagarą, sięgnęłam po chusteczkę, chcąc uratować pozostałości i tak delikatnego makijażu. Po dłuższej chwili, kiedy w końcu udało przywrócić mi się swoją twarz do w miarę normalnego stanu i przyjęłam różnokolorowy bukiet. Przeniósłszy spojrzenie na stolik i postawione na nim parujące jedzenie, znowu naszła mnie chęć na płacz. Udało mi się jednak uspokoić, co do najłatwiejszych nie należało. Uczucie ogromnego szczęścia zlewało się z falą wzruszenia, a ja nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Czy ruszyć w kierunku stolika, a może ponownie objąć Maxa. Widząc targające mną emocje, chłopak ponownie się ukłoniwszy, gestem zaprosił mnie do spoczęcia na krześle.
- Do stołu podano - po raz kolejny przesadnie zaakcentował wypowiedź, uśmiechając się uroczo. Włożyłam róże do prowizorycznego wazonu i nadal z lekkim osłupieniem wpatrywałam się w pizzę w kształcie serca z maleńkimi plasterkami salami o tym samym wzorze i uświadomiłam sobie, że nigdy w życiu nie widziałam równie pięknego jedzenia. Włoskie gelato się nie liczą. Max nalał mi do kieliszka ciepłej herbaty, a następnie zabrał się za krojenie pizzy. Przyznam, że sama nie wymyśliłabym tego lepiej.
W połowie pałaszowania placka z serem zadarłam głowę do góry, szukając na niebie Wielkiego Wozu. Znalazłam go po niecałej minucie i uśmiechnęłam się na sam jego widok.
- Patrz - zwróciłam się do Maxa, kiedy przełknęłam swoją porcję. - Wielki Wóz, mój ulubiony.
Nie było to kłamstwem, lubiłam ten gwiazdozbiór. Może to dlatego, że nie potrafiłam znaleźć żadnego innego.
- Zobacz tutaj - szatyn wskazał na inne miejsce na nieboskłonie, a ja spojrzałam w tamtym kierunku.  Poza plątaniną jasnych kropek nie dostrzegałam nic innego. - Jednorożec.
Wpatrywałam się w niego z osłupieniem, nie mogąc niczego dostrzec. Dopiero, kiedy Max podszedł do mnie i stanąwszy obok mnie nakierował moją dłoń w odpowiednie miejsce, dostrzegłam konia z rogiem.
- Znasz jakieś jeszcze? - wydęłam wargi, spoglądając na niego z ciekawością. Starałam się stwarzać pozory zaznajomionej z astrologią, ale marnie mi to wychodziło.
- Szczerze? - zrobił dramatyczną pauzę, szczerząc się szelmowsko. Dopiero, gdy trzepnęłam go w ramię, zaczął mówić. - Troszkę.
Uniosłam brwi, chcąc by kontynuował.
- Tam, trochę wyżej Sam, jest Wielka Niedźwiedzica, a jeśli przesuniesz dłoń w tę stronę, jeszcze odrobinę, tam jest Lew - wymienił jeszcze kilka gwiazdozbiorów, ale po wymienieniu królewskiego zwierzęcia, się pogubiłam. Po spałaszowaniu pizzy, kucnęliśmy przy brzegu Tamizy i po tym, jak zaproponowałam puszczanie kaczek, staraliśmy się rzucać znalezione uprzednio kamyki tak, aby odbiły się od powierzchni rzeki jak najwięcej razy. Nie było to proste, bo prąd utrudniał zdobycie punktów. Chociaż w puszczaniu kaczek po stawie lub jeziorze byłam mistrzynią, tutaj nic mi nie wychodziło. Po jakiejś setnej próbie podeszłam do Maxa, obejmując go od tyłu i opierając podbródek na jego ramieniu. Zazwyczaj nie było to takie proste, dzieliło nas przecież około dwudziestu centymetrów. Bez obcasów była w porównaniu z nim maleńka.
- Jeszcze raz dziękuję - gdy szatyn odwrócił twarz w moją stronę, musnęłam jego usta swoimi, po chwili łącząc je w delikatnym pocałunku.

Maxieł? <3

środa, 15 lutego 2017

Od Samanthy CD Maxa

Uśmiechnęłam się na widok dzieła Maxa, przewracają przy tym oczami. Zanim szatyn zdążył w jakikolwiek sposób zareagować, jednym ruchem zgarnęłam wszystkie żelki, które od razu wrzuciłam sobie do ust.
- Nie zrobiłaś tego! - Watson spojrzał na mnie z najprawdziwszym w świecie niedowierzaniem, przeskakując wzrokiem z mojej twarzy na puste już miejsce pod klawiaturą. Sięgnął po kolorowe opakowanie po słodyczach i po chwili szeleszczenia, znowu spojrzał na mnie. - Nie mam już więcej.
- Jak to? Były tu co najmniej dwie paczki - sięgnęłam przez niego do torby, dokładnie ją przeszukując. Nie znalazłszy jednak żadnych żelków, zmrużyłam oczy, wpatrując się w Maxa.
- Nie wiem, nie liczyłem - zanim zdążyłam dodać coś jeszcze, przygarnął mnie mocniej do siebie, nakazując umilknąć. Zdołałam jeszcze wyrazić swoje niezadowolenie za pomocą prychnięcia, a następnie ponownie wtuliłam się w chłopaka, wracając do oglądania filmu. Powieki z każdą chwilą coraz bardziej mi ciążyły, ale obiecałam sobie, że dotrwam do końca produkcji.
Dopiero delikatne szturchnięcie uświadomiło mi, że musiałam jednak zasnąć. Podniosłam się do pozycji siedzącej, instynktownie przeczesując dłonią włosy i dopiero wtedy przeniosłam wzrok na Maxa.
- Wybacz, nie chciałem cię budzić. Miałem zamiar odłożyć laptopa - szepnął przepraszająco, a w jego ciemnobrązowych oczach odbijały się płomienie stojących na parapecie świeczek.
Uśmiechnęłam się niewyraźnie.
- Nic się nie stało - westchnęłam, zdając sobie sprawę, że czeka mnie jeszcze podróż powrotna do pokoju. Nie miałam ochoty opuszczać swojego kocykowego kokonu, ale nie miałam wyjścia. O ile w akademii nie pilnowali za bardzo kwestii par i odwiedzin płci przeciwnych, co do spędzania nocy byli konsekwentni. Po raz kolejny przetarłam zaspana oczy, żeby następnie wstać i wcisnąwszy stopy w miękkie kapcie, wyjść z pokoju. Niestety moja koordynacja wzrokowo - ruchowa po pobudce nie funkcjonuje najlepiej, toteż gdyby nie Max, leżałabym jak długa na podłodze. To skutecznie mnie ocuciło.
- Może ci pomóc? - spojrzał na mnie z uśmiechem, ale ja już całkiem rozbudzona, pokręciłam głową w geście odmowy. Chciałam jak najszybciej znaleźć się w łóżku, już prawie słyszałam jego wołanie. Szatyn uśmiechnął się, całując mnie delikatnie w czoło. - W takim razie dobranoc.
Pomachałam mu niezdarnie na pożegnanie i mruknąwszy dobroanocopodobne słowo, podreptałam do swojego pokoju, gdzie od razu padłam na wyrko.
Sprawdzian nigdy nie powinien być na pierwszej lekcji, a do tego jeszcze w Walentynki. Nauczyciel nie miał dla nas litości, rozdając kartki i uśmiechając się do nas radośnie, jakby właśnie robił swoją ulubioną rzecz. O święcie zakochanych pamiętałam tylko i wyłącznie dzięki niemu. Dopiero tydzień temu zdałam sobie sprawę z nadchodzącego wydarzenia, dlatego rozpoczęłam gorączkowe poszukiwania idealnego prezentu dla Maxa. Nie mogłam zawalić naszych pierwszych Walentynek, po prostu nie mogłam. Przeszukałam cały Internet, poczytałam porady innych dziewczyn, dających prezenty swoim chłopakom, ale zwyczajnie nie mogłam się przekonać do żadnej z ich propozycji. Natknąwszy się na plakat zapowiadający mecz siatkówki w Londynie, uznałam, że bilety byłyby wspaniałym prezentem. Od razu pospieszyłam do pokoju, by kupić je online, a dzięki temu, że szybko zauważyłam ogłoszenie, udało mi się wyczaić naprawdę świetne miejsca. Dwa miejsca w drugim rzędzie, lepiej być nie mogło.
Czekając na korytarzu na Maxa, wyciągnęłam z torby wejściówki. Chociaż wcześniej nie miałam wątpliwości co do trafności prezentu, teraz się pojawiły. Widząc zmierzającego w moją stronę szatyna, wzięłam głęboki wdech, uśmiechając się. Miałam nadzieję, że nie widać po mnie zdenerwowania.

Max? :3

środa, 1 lutego 2017

Od Samanthy CD Maxa

Przymknęłam oczy i oddałam pocałunek. Przyjemne ciepło rozlało się po moim ciele, a niewidzialna gula w moim gardle, zniknęła bezpowrotnie. Oderwawszy usta od jego ust, objęłam go mocno, wtulając twarz w jego bluzę. Nie chciałam przerywać tej chwili, jak dla mnie, mogłaby ona trwać wiecznie. W tamtym momencie nie mogłam powstrzymać uśmiechu, dosłownie przykleił się do mojej twarzy, a policzki zabarwił rumieniec.
- To znaczy "tak"? - podniosłam wzrok, patrząc w jego czekoladowe oczy i odniosłam  wrażenie jakby mogły mnie przejrzeć na wylot. W odpowiedzi Watson ponownie mnie pocałował, a ja wyczułam, że też się uśmiecha. Dźgnęłam go w pierś. - Max, pytam poważnie.
Przez chwilę wpatrywał się we mnie, jakby testując moją cierpliwość.
- Daj mi chwilę, muszę się zastanowić - postanowił się ze mną droczyć.
Parsknęłam i odepchnęłam go.
- Zadzwoń, jak będziesz pewny - miałam na powrót usiąść na łóżku, ale szatyn złapał mnie za rękę, ponownie do siebie przyciągając.
- Głuptasie, oczywiście, że to znaczy "tak" - zostałam prawie zmiażdżona w uścisku. Splótł nasze palce i uniósł złączone dłonie. - A skoro przed nami sobota, co powiesz na maraton filmowy? "Obecność", "Anabelle"...
- W życiu się na to nie zgodzę - przerwałam i szybkim ruchem zamknęłam mu usta, żeby nie wymieniał dalej. - Obejrzymy "Zanim się pojawiłeś", czytałam książkę, a film jest nowy.
Chyba, że wolisz "Gwiazd naszych wina"? - uniosłam brwi, z nadzieją, że nie wybierze on adaptacji książki Johna Greena. Nie rozumiałam całego zainteresowania nad tą lekturą, bo mnie samej wydała się ona nudna i nijaka.
- Dobra, wybieram to pierwsze. Brzmi lepiej - odezwał się, uwalniając usta od knebla w postaci mojej dłoni.
Uśmiechnęłam się szeroko.
- Okej, przygotuj wszystko, a ja zorganizuję jedzenie i picie - niemal wypchnęłam go za drzwi. - U mnie jest bałagan.
- Czyli co? Za dwadzieścia minut u mnie? - zdążył zapytać, a zanim zatrzasnęłam mu drzwi przed nosem, skinęłam głową. Pierwszą rzeczą jaką zrobiłam po wyjściu chłopaka było przebranie się. Po wizycie w mieście nadal miałam na sobie bardziej odświętne ciuchy, a na wieczór filmowy zdecydowałam się włożyć oczywiście dresy i szarą, luźną koszulkę. Spod łóżka wyciągnęłam duży, różowy karton - mój supertajny składzik - zabrałam z niego dwie paczki gotowego popcornu, chipsy i colę. To wszystko wrzuciłam do lnianej torby z rysunkiem tęczy i po spędzaniu kilku minut na zmyciu makijażu i tego typu sprawach, byłam gotowa. Przed wyjściem zerknęłam na zegarek, i upewniwszy się, że nie przyjdę za wcześnie, opuściłam swój pokój. Zapukałam do drzwi mieszkania Watsona, a on otworzył mi je w ułamku sekundy. Zlustrował mnie wzrokiem, aż jego spojrzenie spoczęło na mojej torbie.
- Jesteś przygotowana lepiej niż niektórzy na wojnę - zaprosił mnie do środka. Jedzenie wyłożyłam na jego biurku, a colę przelałam do niewielkich bidonów z zebrami, które wyczaiłam w jednym z nowojorskich sklepów. Następnie wyłożyłam się na łóżku szatyna, a kiedy po odpaleniu filmu usiadł przy mnie, oparłam głowę na jego ramieniu.

Max? :3

niedziela, 29 stycznia 2017

Od Samanthy CD Maxa

Ojciec Maxa sprawiał wrażenie naprawdę sympatycznego człowieka. Do tego stopnia przypominał mojego własnego tatę, że poczułam się w jego towarzystwie bardzo swobodnie. Cały lot martwiłam się, że nie wypadnę zbyt dobrze w jego oczach, ale obawy minęły, gdy tylko zamieniłam z nim kilka słów. Tematem była głównie szkoła i jazda konna, dlatego nie musiałam stresować się odpowiadaniem na krępujące pytania. Na szczęście pan Watson nie miał takich pomysłów jak moja babcia. Nonna była dość specyficzna, a gdy tylko zostawiłam Maxa na chwilę w salonie, staruszka zdążyła go gruntownie przepytać. Szczerze współczułam szatynowi. Jedynym plusem był fakt, że nie przyszły do nas jej przyjaciółki. Cała szóstka tworzyła jakieś komando, sto razy gorsze od rosyjskiej mafii. Jeśliby chciały, mogłyby z łatwością pozbawić Putina władzy.

Mieszkanie Watsonów było ładnie urządzone. W każdym pomieszczeniu panował porządek, nie licząc oczywiście przedpokoju, gdzie bałagan będący zasługą Tobi'ego. Uroczy szczeniak rasy beagle był niezaprzeczalnie słodziutki, dlatego gdy Max zapowiedział karę na ciasteczka, stanęłam w jego obronie. Podczas gdy chłopak odnosił moje bagaże - nie powstrzymując się od komentarza na temat wagi mojej walizki - ja zajęłam się psiakiem. Jeszcze do niedawna nasza jamniczka była taka sama. Teraz była już starsza i wolała wylegiwać się na tarasie aniżeli ganiać za piłką. Tobi za to z chęcią szarpał za węzeł i bawił się piszczącym kurczakiem. Szatyn wrócił kilka minut później, a kiedy zaproponował mi wycieczkę zapoznawczą po mieszkaniu, przystałam na jego pomysł.

Kolacja minęła w bardzo przyjemnej atmosferze. Pan Watson opowiedział kilka bardzo interesujących historii z czasów dzieciństwa Maxa, a ja po prostu nie mogłam powstrzymać śmiechu. Główny bohater tych opowieści wielokrotnie próbował przerwać swojemu ojcu, ale ten uparcie mówił dalej. Chłopak spuścił wzrok na talerz, a na jego twarzy pojawiły się rumieńce.
Żałowałam, że miałam wtedy ze sobą aparatu.

Od zawsze nienawidziłam burzy. Każda błyskawica, każdy grzmot wywoływał u mnie dreszcz. Kiedy Max zdecydował odstąpić mi swój pokój, a sam chciał spędzić noc w salonie, miałam ochotę zaprotestować. To nie było fair. Kiedy on był we Florencji, ja spałam u siebie, a on w pokoju gościnnym. Zabrakło mi jednak odwagi. W ten sposób zostałam sama, a ciemność sprawiała, że wichura wydała mi się jeszcze bardziej straszna. Zasnęłam dopiero po dłuższej chwili.
W środku nocy zbudziło mnie skrzypnięcie drzwi. Micah zawsze żartował, że trudno mnie podejść, bo mam słuch jak nietoperz. Na urodziny kupił mi nawet uszy tego latającego ssaka i zęby wampira. Pamiętam, że w odwecie wrzuciłam go do basenu.
Materac ugiął się pod ciężarem wchodzącej na niego osoby, a po zapachu poznałam, że to Max. Zaskoczyło mnie to, że wiem jak pachnie.
Kiedy nocne niebo po raz kolejny przecięła błyskawica, wzdrygnęłam się. Rozbłysk rozświetlił na moment pokój, a kiedy zagrzmiało, instynktownie przyciągnęłam do siebie kołdrę.  Szatyn najwyraźniej wyczuwając mój strach, przygarnął mnie do siebie, a ja z wdzięcznością wtuliłam się w jego koszulkę. Czyjaś obecność działała na mnie kojąco.

Tak jak się spodziewałam, obudziłam się jako pierwsza. Max spał jak suseł, a podczas snu wyglądał bardzo spokojnie i uroczo. Uśmiechnęłam się lekko, gdy chrapnął cicho, przyciągając mnie do siebie jeszcze mocniej. Jeśli ścisnął by mnie odrobinę mocniej, moje żebra pokruszyłyby się w kilka sekund. Ostrożnie wysmyknęłam się z jego uścisku i przebrawszy się, ruszyłam do kuchni. Talerz w zlewie świadczył o tym, że pan Scott już wyszedł, dlatego usiadłam w salonie, mając nadzieję, że któryś z Watsonów zechce w końcu zwlec się z łóżka.

Po wieczorze spędzonym w kasynie, zgodnie stwierdziliśmy, że zamiast wlec się taksówką, przejdziemy się po parku. Uznaliśmy, że spacer dobrze nam zrobi. Niebo było usiane gwiazdami, a Księżyc miał kształt rogalika. Kiedy Max chciał okryć mnie swoją kurtką, zaprotestowałam.
- Będzie ci zimno! - odepchnęłam go delikatnie.
- Uwierz, nie - objął mnie, uniemożliwiając mi ucieczkę. - A ty cała drżysz.
- Wydaje ci się - fuknęłam, nadymając policzki.
Korzystając z mojego chwilowego buntu, Max założył mi na ramiona swoje ubranie.
- O, jak ładnie - puścił mnie, a jego twarz rozświetlił uśmiech.
- Mówiłam ci, że jesteś okropny? - odezwałam się, gdy ruszyliśmy dalej.
- Jakieś sto razy.
- To dobrze - uśmiechnęłam się z zadowoleniem, a Max pokręcił głową.
- Takie małe, a takie władcze.
Odpowiedziało mu moje prychnięcie.

Kilka dni później byliśmy już w Morgan.
Zabudowania stadniny powitałam z lekkim smutkiem, nasz przyjazd wiązał się z powrotem do codzienności. Chociaż nie wróciliśmy jeszcze do akademickiej rutyny, już tęskniłam do zabytkowych kamieniczek Florencji i zatłoczonych nowojorskich ulic. Te ferie były jednymi z najlepszych w moim życiu.
- Nad czym tak myślisz? - ocknęłam się z zamyślenia, spoglądając na Maxa. Szatyn zaoferował, że zaniesie moją walizkę, a ja zajmę się jego torbą, lżejszą. Przez chwilę zrobiło mi się go żal, bo w Nowym Jorku kupiłam trochę ciuchów i bagaż zrobił się jeszcze cięższy, ale po chwili przyglądałam mu się z satysfakcją. Sam był sobie winien.
Kiedy byliśmy u niego w mieszkaniu, zdecydowaliśmy się na rundkę Call of Duty, żeby sprawdzić, które z nas jest lepszym graczem. Wygrywałam przez większość czasu, dopóki Max nie sprowadził wrogów do mojej kryjówki, przez co mój żołnierz umarł. Wtedy liczba naszych śmierci zrównała się. Do końca uważałam, że oszukiwał, jednak on uparcie się tego wypierał.
- Nieważne - potrząsnęłam głową, otwierając swój pokój. Dzięki Bogu, że zostawiłam go w porządku, po podróży nie miałam na nic siły. Odwróciłam się w stronę Watsona, przywołując na twarz uśmiech. - Dzięki za wszystko, w Nowym Jorku było super.
- We Florencji też nie najgorzej - błysnął zębami.
- Oczywiście - zgodziłam się. - Te kilkanaście dni było jednymi z najlepszych w moim życiu, jeszcze raz dziękuję.
Max cmoknął mnie na pożegnanie w czoło i poszedł do swojego pokoju, chcąc się rozpakować. Ja nie mając nic lepszego do roboty, również się za to wzięłam.

No ten, przepraszam Max xD

- Cześć! - pomachałam w stronę Maxa, wychodzącego ze stajni. Szatyn uśmiechnął się na mój widok i ruszył w moją stronę.
- Wracasz z miasta?
- Mhm - przytaknęłam, pokazując mu sporą kopertę. - Musiałam wywołać zdjęcia z wyjazdu.
- I to są wszystkie? - zatrzymał wzrok na opakowaniu.
- Oh, nie. Tylko te najlepsze - uśmiechnęłam się szelmowsko. Niektóre były naprawdę udane.
- Okay, niech będzie - patrzył na mnie tym samym wzrokiem co wtedy, gdy zobaczył moją walizkę.
W pokoju rozpakowałam fotografie i dałam je szatynowi do obejrzenia. 
- Co? Kiedy? - jego mina wywołała u mnie napad śmiechu. 
Uwielbiałam tę fotkę, była cudowna. Max przysnął w samolocie, a ja za pozwoleniem innego pasażera, pstryknęłam mu zdjęcie. Podczas, kiedy on oglądał, ja wkładałam co ciekawsze sztuki do ramki na zdjęcia, prezentu mikołajkowego.
- Um... Max? - odezwałam się niepewnie, gdy później siedzieliśmy na łóżku. - Pamiętasz naszą rozmowę z balu?
Na wspomnienie zabawy chłopak podniósł na mnie wzrok. Okej, mam jego uwagę.
- I chciałam się zapytać czy myślałeś nad tym wszystkim? - usiłowałam mówić spokojnie i panować nad drganiem głosu. Nerwowo bębniłam palcami o nogę. - Czuję, że jestem w tobie zakochana. Z każdą chwilą coraz bardziej, a wspólny wyjazd jeszcze bardziej mnie w tym utwierdził. I mam nadzieję, że czujesz to samo - wzięłam głęboki oddech. - Jeśli jednak nie, nie zamierzam cię zostawiać. Możemy zostać przyjaciółmi.

Max? 
Mam wrażenie, że zepsułam końcówkę ;d

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Od Samanthy CD Maxa

Droga do domu minęła mi zaskakująco szybko, większość czasu spędziłam na rozmowie z Micahem, podczas której przechodziliśmy płynnie z włoskiego na angielski i odwrotnie. Jak się okazało, zdecydował się zostać we Florencji i pomagać babci w prowadzeniu restauracji, co ograniczało się do przyjmowania zamówień i stania za ladą. Nonna nie wpuściłaby do kuchni, broń Boże. Tak więc miał zajęcie, przynajmniej do czasu, aż jego narzeczona nie skończy studiów. Wtedy planowali wspólnie wyjechać do Rzymu albo do zupełnie innego kraju, a jeśli już by to zrobili, zapewne osiądą w Anglii. 
Zdając sobie sprawę, że Max może poczuć się wykluczony z konwersacji, obróciłam się w jego stronę. Z lekką ulgą powitałam widok szatyna, obserwującego widoki. Szczerze mówiąc trochę się denerwowałam jego przyjazdem. Mój brat zazwyczaj zachowuje się przyjaźnie, ale po śmierci matki, pod względem mojego bezpieczeństwa czasami mi odbija. Rozumiałam jego troskę, ale czasami był zbyt zaborczy.
- Lubisz go? - słysząc pytanie Micaha, przeniosłam wzrok na niego. Wiedział, że Max nie rozumie włoskiego, dlatego specjalnie zapytał mnie w tym języku. 
- Jasne, że tak - odpowiedziałam prawie od razu, wręcz odruchowo. - Inaczej by go tu nie było.
Uśmiechnął się szeroko.
- Wiesz o co mi chodziło, Sam - spojrzał na mnie przez chwilę, a ja klepnęłam go w nogę.
- Zajmij się drogą - prychnęłam, nie mogąc powstrzymać uśmiechu. Po chwili zdecydowałam się mu odpowiedzieć. - Lubię Maxa, na balu trochę ze sobą rozmawialiśmy... sama nie wiem Micah.
Brat nie skomentował mojej zapewne niezbyt satysfakcjonującej go odpowiedzi, spoglądając w lusterku na szatyna.
- Zaraz będziemy - powiadomił go po angielsku, a Max przeniósł wzrok z okna, na mnie, a jego twarz momentalnie rozświetliła się w uśmiechu. Wydawało mi się, że trochę się denerwuje, ale mogłam się pomylić. Micah po chwili skręcił na nasz podjazd, zgrabnie parkując na kostce. [KLIK]
Dom utrzymany był we włoskim stylu, ale jednocześnie nie przypominał typowego starodawnego domostwa, jakich wiele było we Florencji. Wcześniej mieszkaliśmy w większym, ale po śmierci mamy, duży dom nie był na potrzebny.
- Taty jeszcze nie ma, będzie wieczorem - rzucił Micah, sięgając po moją walizkę. Skrzywił się, odkładając torbę na ziemię. -Ughm, coś ty tam władowała?
- Najpotrzebniejsze rzeczy - zaszczebiotałam, patrząc na niego niewinnie.
- Czyli cały pokój?
- Nie, no tylko te najważniejsze.
- Niech ci będzie - przewrócił oczami, kierując się w stronę budynku. Tak jak się spodziewałam, babcia biegała między kuchnią, a jadalnią, zanosząc na stół wszelakie smakołyki. Widziałam tam jeszcze gorącą pizzę, parujące spaghetti, sałatkę caprese, lasagne, ravioli, risotto i cannoli. Jeśli się nie mylę, w kuchni czekało na nas jeszcze tiramisu.
- Mówiłam, żebyś nic nie szykowała. Chcieliśmy iść na miasto - odezwałam się na dzień dobry.
Staruszka podniosła wzrok znad stołu, a na nasz widok uśmiechnęła się szeroko. Rozłożyłam ręce, aby ją przytulić, ale ta ominęła mnie, robiąc Maxowi tzw. "bobaska".
- Siadajcie skarby, widzę, że w akademii was nie karmią - zacmokała z dezaprobatą, zaganiając nas do stolika.
~~*~~
Jak mówiłam wcześniej, wybraliśmy się na miasto, które wieczorem było jeszcze piękniejsze niż w ciągu dnia. Przydrożne knajpki tętniły życiem, a uliczkami spacerowali ludzie.
- Dziwne, że chcesz się stąd wyjechać. Tu jest pięknie - w jego głosie słyszalny był uśmiech.
- Niewątpliwie, ale ta ogólna radość czasami przytłacza - przyznałam, siadając na obrzeżu fontanny di Piazza, a Max uczynił to samo. Korzystając z sytuacji, ochlapałam go odrobiną wody.
- Ej! - uniósł ręce w obronnym geście, nieudolnie chroniąc ubrania przed zamoczeniem.
- Salve! - oboje odwróciliśmy głowy, słysząc dziewczęcy głos. Nieopodal nas stała dziewczyna, a raczej kobieta, na widok której, poczułam falę złości. Federica wpatrywała się w nas z tym swoim lekko kpiącym uśmieszkiem a ustach.
- Cześć - odpowiedziałam jej po włosku, dziękując, za fakt, że jej angielski nie jest perfekcyjny.
- Fajnie cię znowu spotkać, Sam - jej przyjazny ton świadczył, że zaraz zaatakuje. - Niezłe ubranie, jak na osobę, której rodzina ma niewielką restaurację. Po śmierci mamy nie było wam łatwo, nie?
Zagotowałam się, ale odpowiedziałam spokojnie, siląc się na lekki uśmiech.
- Ciekawe czym musiałaby zajmować się twoja rodzina, abyś mogła sobie pozwolić na CAŁE ubranie - rzuciłam, komentując jej dość skąpy ubiór.
Skrzywiła się.
- A to kto? - spojrzała na Maxa, jakby dopiero teraz zdając sobie sprawę z jego obecności. Szatyn wpatrywał się we włoszkę, z lekką ciekawością, a ja no cóż, poczułam lekką zazdrość.
- Nie powinno cię to obchodzić.
- Ah, cóż... - wyciągnęła ku niemu dłoń. - Frederica.
- Max - uśmiechnął się lekko.
- Frederica chciałaby z nami dłużej zostać, ale musi wracać, ma małe problemy z żołądkiem - spojrzałam na nią ze słodkim uśmieszkiem, chwytając szatyna za rękę. - Chodź, mamy jeszcze dużo do zobaczenia.
~~*~~
W ostatni dzień naszego pobytu we Włoszech, zdecydowałam się zagrać z Maxem w moją ulubioną grę. "Nigdy nie...". Z udziałem wina z pobliskich winnic, zabawa powinna być jeszcze lepsza.
- Nigdy nie... przejechałem całego lodowiska bez wywrotki - wyszczerzył się, a ja napiłam się.
- Nigdy nie... zbiłam telefonu.
- Ejj... - jęknął, biorąc kolejny łyk.
Gra ciągnęła się dość długo, bowiem po jakimś czasie obok nas leżały cztery butelki wina, a ja chociaż miałam mocną głowę, odczuwałam już skutki wypicia takiej ilości alkoholu. Gorzej byłoby z whiskey, bądź wódką.
Zaczęłam też czuć zmęczenie, a obiecałam sobie zrobić dobre wrażenie na ojcu Maxa, dlatego zdecydowanie zakończyłam zabawę. Poprowadziłam słaniającego się już szatyna do łóżka.
- Rozbieraj się - nakazałam, szukając w jego torbie piżamy. Jednak zamiast nocnego odzienia znalazłam szkicownik, który po chwili wahania zawinęłam bluzą i postanowiłam zabrać do swojego pokoju.
- Nie tak szybko - zaprotestował z uśmiechem, na co przewróciłam oczami.
- Ściągnij przynajmniej spodnie, będziesz spał w koszulce,
- Okej.
Nigdy nie widziałam, żeby ktoś tak szybko się przebierał. Po chwili leżał już grzecznie pod kołderką, a jego czekoladowe oczy błyszczały niewinnie.
- Dostanę buzi na dobranoc? - wydął wargi, naśladując małe dziecko.
Prychnęłam cicho, ale pocałowałam go w policzek, wychodząc z pokoju.
U siebie obejrzałam dokładnie szkicownik, zatrzymując się na swoim portrecie. Zaniemówiłam, bo był naprawdę śliczny. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że Max mógłby mnie narysować. Zrobiwszy zdjęcie swoim polaroidem, dołożyłam je do ściany z fotografiami i po cichu odłożyłam szkicownik do jego torby.

Maxiu?
Taka szybka końcówka xdd

środa, 11 stycznia 2017

Od Samanthy CD Yekateriny

- Poszłabyś po zajęciach ze mną do stajni? Muszę wyczyścić Gaviego bo wczoraj w nocy byliśmy na małej wycieczce a po ciemku nie chciałam go pucować. Potrzebuje też pomocy w pozanoszeniu wszystkich rzeczy do siodlarni. Wczoraj większość dnia szukałam pokoju więc nie miałam ani siły ani czasu - Yekaterina spojrzała na mnie, a ja skinęłam głową. I tak nie miałam nic innego do roboty, a propozycja obejrzenia nowego konia wydała mi się kusząca.
- Jasne, nie ma sprawy - uśmiechnęłam się, podnosząc się z krzesła, żeby odnieść talerz. Przy okazji chwyciłam z barku jabłko, żeby poczęstować nim później Ventiego, który z całą pewnością będzie szukał u mnie przysmaków. Gdy brunetka również skończyła jeść, zgodnie skierowałyśmy się w stronę stajni. Yo sprawiała wrażenie bardzo radosnej osoby, od razu złapałam z nią dobry kontakt. Cieszyłam się z tego, bowiem oprócz Maxa, nie znałam w Morgan praktycznie nikogo i czasami doskwierała mi samotność. Kilka minut później byłyśmy już na miejscu, a gdy tylko stanęłyśmy w drzwiach, usłyszałam radosne rżenie.
- To mój koń - przewróciłam oczami, widząc zaskoczenie dziewczyny. - Czeka na jedzenie, zawsze wie, że je dla niego chowam.
Uśmiechnęła się szeroko.
- Okej, możemy zahaczyć o... - urwała, nie znając imienia mojego wierzchowca.
- Filsa - dopowiedziałam z uśmiechem. Karosz powitał mnie radośnie, przymilał się najpierw do mnie, a następnie do Yekateriny, która z uśmiechem głaskała go po pysku. Postanowiłam wykorzystać moment, gdy wałach schylił się po jabłko. - Chodźmy, nie będziemy tu stać cały dzień.

Yo? Brak weny to już epidemia xd

niedziela, 8 stycznia 2017

Od Samanthy CD Yekateriny

W chwili, gdy mój budzik zdecydował się odezwać, miałam ochotę rzucić nim o ścianę. Mimo mojej ukochanej melodii, budzącej mnie pozornie radośnie, był on cholernie irytujący. Z westchnieniem zwlokłam się z łóżka, człapiąc w stronę łazienki, by doprowadzić się do względnego porządku. Wpatrując się w swoją poranną wersję miałam ochotę sięgnąć po mydło i się nim pociąć. Moje włosy były potargane i oklapnięte, a piżama okropnie zmięta. Dziękowałam sobie, że zdecydowałam się dziś na wcześniejszą pobudkę, co umożliwiało mi szybki prysznic i umycie brązowego siana, które miałam na głowie.
Po kilku minutach wyszłam z kabiny, owinięta ręcznikiem i zabrałam się za mycie zębów, a następnie wysuszyłam włosy. Chwilę później byłam już ubrana, szara koszulka z logiem S.H.I.E.L.D., a do tego jeansy i czarna bluza. Względnie gotowa zabrałam się do nakładania cienkiej warstwy makijażu, a swoje i tak duże oczy podkreśliłam kreską, nie zapominając o tuszu do rzęs. Miałam szczęście, bo moje włosy po kąpieli bardzo łatwo się rozczesywały, spadając miękko na ramiona.
Chwyciłam swoją torbę, wrzucając do niej wcześniej potrzebne mi rzeczy i ruszyłam w stronę stołówki. Na szczęście dziś był czwartek, dzień wolny od jazdy, dzięki czemu miałam prawo spokojnie się wyspać.
Idąc z talerzem pełnym jedzenia skierowałam się w stronę stolika, gdzie zazwyczaj siadałam, jednak w połowie drogi, wpadła na mnie jakaś brunetka. Zaparzona w telefon nie zauważyła mnie i centralnie się ze mną zderzyła. Podniosłam do góry talerz, ratując jego zawartość przed gwałtowną śmiercią i ręką obroniłam swoje ubranie przed kontaktem z jedzeniem dziewczyny.
- Ejże! - zaśmiałam się, widząc zaskoczenie na piegowatej twarzy.
- Przepraszam - uśmiechnęła się, podnosząc wzrok znad ekranu smartfona, którego schowała zaraz do kieszeni.
- Nie ma sprawy - przełożyłam talerz do lewej ręki, a prawą podałam brunetce. - Samantha.
- Yekaterina - uścisnęła moją dłoń, odwzajemniając uśmiech.
- Siedzisz z kimś? - spojrzałam na nią, kątem oka zerkając na stoliki. - Jeśli nie, zapraszam do mojego stolika.
- Super - kąciki jej ust uniosły się jeszcze wyżej, chociaż myślałam, że nie da się tego zrobić.

Yo? 

Od Samanthy CD Maxa

Max spuścił wzrok na ziemię, kończąc swoje tłumaczenie. Zalała mnie fala smutku i współczucia dla chłopaka, który wielokrotnie poprawiał mi nastrój samym swoim widokiem. Nigdy na nic się nie skarżył, nie narzekał. Nie miałam pojęcia, że ma za sobą tak ciężkie chwile. Ja za to w gorszym dla niego momencie zamiast go wesprzeć, tylko go dobiłam.
W jednej chwili pokonałam dzielącą nas przestrzeń i przytuliłam Watsona. Jednak to nie on potrzebował czyjejś bliskości, ale ja. Miałam wrażenie, że znowu jestem małą dziewczynką słuchającą pouczenia ojca. On nigdy nie krzyczał. Spokojnym tonem wyjaśniał nam zachowanie matki, tłumacząc je chorobą. Wtedy wierzyliśmy mu na słowo. Jego słowa sprawiały, że ogarniało nas poczucie winy za swoje zachowanie.
Właśnie to czułam w tamtej chwili.
- Max, strasznie cię przepraszam - oparłam głowę na jego ramieniu, bojąc się, że szatyn mnie odtrąci. W krótkim czasie przywiązałam się do niego, dlatego gdyby mnie odepchnął, dosłownie bym się załamała. Chociaż nie, kilka sztuk pizzy XXL załatwiłaby sprawę.
W jednej chwili myślałam, że Watson wstanie i zostawi mnie samą, ale on po chwili przygarnął mnie do siebie, opierając moje plecy o swoją klatkę piersiową. Przymknęłam oczy, z zadowoleniem wdychając jego zapach. Mieszanka wody kolońskiej i stajni, działała kojąco na moje nerwy.
Mijały minuty, a żadne z nas nie drgnęło. Dopiero, gdy na korytarzu rozległ się głos jednej z opiekunek, podskoczyłam nerwowo.
- Nie ma sprawy, Sammy. Ja też przepraszam - uścisnął mnie jeszcze raz, a gdy kroki nauczycielki stały się coraz głośniejsze, odsunęłam się od niego.
- Czy ktoś kiedykolwiek sprawdzał ciszę nocną? - zapytałam, zerkając nerwowo w stronę drzwi.
- Wydaje mi się, że nie - wyszczerzył się, a po jego smutku nie zostało śladu. - Dobranoc Sam.
- Dobranoc - cmoknęłam go w policzek i prędko uciekłam do swojego pokoju.
~~*~~
Dni pozostałe do wyjazdu minęły mi zaskakująco szybko. Nim zdążyłam się obejrzeć, byliśmy już na lotnisku, czekając na samolot. Zdecydowałam się na takie rozwiązanie, bo jazda samochodem byłabym długa i męcząca, a z lotniska we Włoszech, odbierze nas mój brat.
- Widzisz, niepotrzebnie mnie pospieszałeś - trzepnęłam w ramię Maxa, zajadającego się kanapką ze Subwaya. Ja swoją już dawno zjadłam.
- Skąd mogłem wiedzieć, że będą jakieś problemy? - bronił się, a w jego oczach zatańczyły iskierki.
- Problemy? - spojrzałam na niego z absolutnym przerażeniem. - A co jeśli samolot się popsuje i spadniemy do morza? Albo przy lądowaniu zapali się silnik? Może rzeczywiście lepiej byłoby jechać autem! - zaczęłam panikować, a szatyn otoczył mnie ramieniem.
- Wszystko będzie okej, nic się nie stanie.
- Skąd wiesz? - wydęłam wargi, wpatrując się w niego.
- Nie rób takiego dziubka, bo ci zostanie, Sam - zaśmiał się, wyrzucając papier po kanapce do śmietnika. - A wracając do twojego pytania, mam dobre przeczucie.
- Zginiemy przez to twoje przeczucie - udałam, że się dąsam. W tej samej chwili usłyszeliśmy komunikat i musieliśmy udać się do samolotu.
- Nie siedzę przy oknie - zapowiedziałam, uśmiechając się słodko do szatyna i sadowiąc się na niebieskim fotelu.
Cała podróż wbrew moim obawom, była bardzo przyjemna. W połowie lotu zabrałam się za czytanie jakiegoś czasopisma, a gdy podjechał do nas wózek z jedzeniem, kupiłam sobie batona, na co Max przewrócił oczami.
- Aż dziw, że nie pękniesz - rzucił żartobliwie, a ja w odpowiedzi wzruszyłam ramionami.
~~*~~
Rozejrzałam się po twarzach tłumu, szukając w nich tej należącej do mojego brata. Gdy przez długą chwilę nie mogłam go znaleźć, zaczęłam się denerwować, że zapomniał o odebraniu nas. A wszystko musiało wyjść idealnie. Nic nie mogło popsuć tego wyjazdu.
- Sammy! - obróciłam się gwałtownie w stronę źródła dźwięku, a widząc znajomą blond czuprynę, rzuciłam się w jej kierunku.
- Mikey, dusisz mnie. - chłopak prawie zmiażdżył mnie w uścisku. Jęknęłam cicho, odsuwając się od niego i obrzuciłam go gniewnym spojrzeniem. Jego jasne włosy jak zwykle były zmierzwione, a niebiesko - zielone oczy błyszczały radośnie. Mimo czasu spędzonego w gorących Włoszech, nie opalił się. Micah zawsze był bardziej podobny do naszej angielskiej części rodziny, aniżeli włoskiej. Ze mną było zresztą podobnie. Jednak brak włoskich cech wyglądu, chłopak nadrabiał charakterem. Był wiecznie radosny i uśmiechnięty, nie marnując czasu na smutki.
- Max, to jest Micah. Micah, Max - przedstawiłam ich sobie, a blondyn zmierzył Watsona czujnym spojrzeniem. Po chwili pozorne zdenerwowanie na jego twarzy zastąpił zwykły entuzjazm i Mikey podał mojemu towarzyszowi dłoń.
- Fajnie cię w końcu poznać - uśmiechnął się szelmowsko. - No dobra wiara, pakujemy tyłki do samochodu. Babcia czeka z toną jedzenia, a ja jestem głodny.

Max? ^^
.:Głód jest dziedziczny:.

środa, 4 stycznia 2017

Od Samanthy CD Maxa

Spokojny wieczór przy książce przerwał mi hałas dochodzący z korytarza, co z początku mnie zdenerwowało. Człowiek nie może sobie normalnie posiedzieć w pokoju i odpocząć. Po chwili jednak rozpoznałam głos Maxa, dlatego z lekkim niepokojem wyszłam z pomieszczenia. Chociaż nie zapomniałam o zajściu w stołówce, nie mogłam nie sprawdzić co się dzieje. Kto wie co jeszcze zmalował.
Przepchałam się przez tłumek gapiów i stanęłam jak wryta, widząc jak starszy z braci Watsonów opieprzał Samuela. Był to tak nieprawdopodobny widok, że przez chwilę stałam i wpatrywałam się w nich z rozdziawionymi ustami.
- No, kontynuuj proszę! Chętnie wysłuchamy wszystkiego ze szczegółami. Mam rację? - zwrócił się nagle do grupki obserwatorów. Część z nich, zawstydzona, rozeszła się do swoich sypialni, ale ja zostałam w miejscu. Zadbałam tylko o to, żeby zakryć swój rumieniec włosami.
- O co poszło? - szepnęłam do dziewczyny stojącej obok mnie. Spojrzała na mnie zaskoczona, jakby powód kłótni nie był ważny, tylko dobre widowisko.
- O jakiś samochód, chyba jest rozbity, czy coś - syknęła, wzruszając ramionami. Moją uwagę od blondynki odwróciło trzaśnięcie drzwiami, Max zniknął w pokoju. Sam zdenerwował się jeszcze bardziej i uderzył pięścią w futrynę. Brak reakcji ze strony brata sprawił, że tupiąc ciężko, wrócił do swojego pokoju. Tłumek zniknął w kilka chwil, a ja mimo oporów skierowałam się ku drzwiom, za którymi zniknął szatyn. 
Zapukałam lekko. Chwilę później, ku mojemu zdziwieniu Max wpuścił mnie do środka. Chociaż wcześniej byłam po prostu zdezorientowana jego zachowaniem, teraz wyszła ze mnie cała złość. Nie tylko na niego, ale dawne problemy spotęgowały moje uczucia. 
- Co się z tobą dzieje? - parsknęłam, krzyżując ręce. - Ignorujesz mnie w stołówce, drzesz się na Sama, Max!
Chłopak oparł się o ścianę, mierząc mnie przez chwilę wzrokiem. Skoro nic nie odpowiedział zdecydowałam się mówić dalej.
- I to wszystko przez samochód! - mój głos był jadowity. Sama dziwiłam się, że potrafię tak do niego mówić. Mówić do kogokolwiek. - Da się je naprawić, a twoich relacji z bratem nie poprawi mechanik! Kiedy cię poznałam nie byłeś taki! Rozumiem, że mogło cię to wkurzyć, okej. Ale to nie powód, żeby robić szopkę na korytarzu! - ostatnie zdanie wypowiedziałam, prawie warcząc. W dresach i jasnoszarej bluzie nike, czułam się zaskakująco pewnie. Nie minęła chwila, a skierowałam się ponownie w stronę drzwi.
- Pogadamy później, na spokojnie - nacisnęłam klamkę. Mimo wszystko miałam nadzieję, że Max mnie zatrzyma. Nie zważywszy na moją tyradę, ani na poprzednią złość.

Maxiu?
Taki brak weny mnie dopadł ;d
[taki dresik]

niedziela, 1 stycznia 2017

Od Samanthy CD Maxa

Uśmiechnęłam się szeroko, przyglądając się Maxowi, który nie spuszczał wzroku ze swojego gniadosza. Nie przypuszczałam, że tak bardzo ucieszę się na jego widok. Mimo, że on również z radością powitał moją osobę, wokół nas nie pojawiło się multum petard i spadających płatków róż. A szkoda, we filmach wygląda to świetnie.
- Co porabiałaś podczas wolnego? - uśmiechnął się szeroko, klepiąc Newta na pożegnanie i otaczając mnie ramieniem. Było w tym geście trochę niepewności, ale widząc, że nie protestuję, nie odsunął się.
- Jadłam - odpowiedziałam, rzucając mu rozbawione spojrzenie. - Trochę pomagałam w restauracji, spotkałam się z przyjaciółmi, takie tam bzdety. Ale miło było wrócić do Florencji, tutaj jest stanowczo zbyt zimno - parsknęłam, marszcząc nos.
- Pamiętasz o naszej umowie? - wyszczerzył się ponownie, a w jego czekoladowych oczach błysnęły iskierki.
- Oh, jasne - dźgnęłam go między żebra, na co skrzywił się lekko. - Nonna, gdy tylko się o tym dowiedziała, dosłownie zaczęła skakać z radości. Zaplanowała już całe menu i oprowadzenie cię po mieście. A Micah starał się dowiedzieć czegokolwiek o tobie, syndrom starszego brata. Czasami mnie przeraża - zamrugałam szybko, gdy odbijające się od śniegu słońce, zaświeciło mi między oczy.
- Mam się bać? - zażartował, a ja potrząsnęłam głową.
- Raczej nie spali cię na stosie, ale nie wiem co będzie ze śmiercią od wiatrówki.
- Pocieszające - mruknął, a ja nagle odsunęłam się od niego. Wciąż pamiętałam wieczór, gdy przerwaliśmy naukę matematyki i wyszliśmy na zewnątrz, chwilę później rzucaliśmy się śnieżkami. W kilka sekund ulepiłam śnieżkę i wycelowawszy nią w brzuch chłopaka, z całej siły rzuciłam ją w niego. Mimo, że zrobił unik, kulka dosięgnęła jego ciała. Gdy obróciłam się, by strzelić w niego kolejną, oberwałam prosto w twarz. Poczułam okropne zimno na swojej twarzy, a dolna warstwa śniegu zaczęła się topić. czym prędzej starłam pozostałości śnieżki i obrzuciłam Maxa gniewnym spojrzeniem. Po chwili jednak wyraz złości zastąpił, uśmiech i nim chłopak zorientował się co zamierzam zrobić, wpadłam na niego, przewracając na ziemię. Miękki, biały puch zamortyzował upadek, a jakby tego było mało, leżałam na szatynie.
- Wygrałam - zaświergotałam zarozumiale, przyciskając go do ziemi.
- Czyżby? - gdy spróbował odwrócić sytuację, odskoczyłam od niego na dobry metr. - Ej, to nie fair - poskarżył się jak małe dziecko, na co parsknęłam śmiechem. Wyciągnął ku mnie rękę, a ja pomogłam mu wstać.
- To zemsta za twarz - pokazałam mu język, a on pokręcił głową z pobłażaniem, widząc co zrobiłam.
- To było niechcący - uśmiechnął się szelmowsko. - A poza tym, to ja jestem cały mokry.
- Biedactwo - westchnęłam z udawanym współczuciem.

~~*~~

Minął tydzień od powrotu do szkoły, a nauczyciele już zdążyli się rozkręcić. Nie mieli oporów przez zadawaniem nam stosów prac domowych, mimo, że kończyło się półrocze. Dlatego właśnie krążyłam od akademii do stajni, a czasu wolnego coraz bardziej mi brakowało. W końcu, gdy go znalazłam, udałam się do stołówki, gdzie miałam nadzieję spotkać się z Maxem. Nasze relacje mogłam określić jako bardzo dobre, a ja z każdym dniem byłam w nim bardziej zauroczona. Jak zwykle siedział przy "naszym" stoliku.
- Cześć, co tam? - przywitałam się radośnie, a mój entuzjazm przygasł, gdy zobaczyłam jego pochmurny wyraz twarzy. - Wszystko w porządku?
Szatyn spiął się, rzucając mi chłodne spojrzenie.
- W najlepszym - rzucił oschle, porywając kanapkę i zostawiając mnie zdumioną.
Czyżbym zrobiła coś nie tak? Jeszcze wczoraj wszystko było okej, a dzisiejsze śniadanie też było normalne. Zacisnęłam zęby, to nie ze mną był problem. On po prostu nie potrafił powstrzymać złości, nawet gdy ja próbowałam z nim porozmawiać. Zupełnie przeszła mi ochota na jedzenie, dlatego wróciłam do pokoju.

Maxiu? <3
No i nie wiem, czy jest okej ;d

sobota, 31 grudnia 2016

Od Samanthy CD Maxa

- Sam.
- Hm? - mruknęłam, słysząc swoje imię.
- Muszę ci coś powiedzieć. Przygotuj się na monolog. - podniosłam wzrok, wpatrując się w Watsona z niepokojem. - Kiedy się poznaliśmy, zamieniliśmy pierwsze słowo, zdałem sobie sprawę z tego, że będziemy się świetnie dogadywać. Tak też się stało. Jesteś pierwszą osobą, której tak szybko zdołałem zaufać... Jesteś pierwszą, o której myślę przez cały dzień i pierwszą, z którą chcę ten dzień przeżywać. Sam... Nie chcę, żebyś przeżywała ten dzień, nie wiedząc o tym, co do ciebie czuję. Nie mogę powiedzieć ci, że cię kocham, bo to nieprawda. Przynajmniej na razie. A zarazem nie mogę powiedzieć, że tylko cię lubię. Bo to coś więcej. O wiele więcej. Przez ostatnie tygodnie usiłowałem nazwać to uczucie, ustalić, dlaczego nie mogę znaleźć słowa, które by do niego pasowało. Chcę ci powiedzieć, co do ciebie czuję ale w całym cholernym słowniku nie ma takiego słowa, które opisywałoby ten stan. A muszę znaleźć to słowo. Muszę je znaleźć, bo chcę, żebyś je ode mnie usłyszała.
W połowie piosenki znieruchomieliśmy. Zamyśliłam się głęboko, powoli analizując jego słowa. Nie wiedziałam co powiedzieć, ani jak mogłabym zareagować. Max ujął swoje uczucia w absolutnie uroczy sposób, nieśmiało wypowiadając swoje myśli. Urzekło mnie to, ale również zawstydziło. Co innego domyślać się, a co innego wiedzieć.
- Proszę, powiedz coś. - szepnął cicho, gdy przez długi czas się nie odzywałam.
- Zakochiwać się - odparłam, znając doskonale odpowiedź na jego pytanie. Na powrót oparłam głowę na jego piersi, wdychając zapach jego wody kolońskiej. Chłopak uśmiechnął się zmieszany, opierając brodę na mojej głowie. - Ja od kilku dni jestem pewna faktu, że jestem w tobie zakochana. Co chwilę zerkam na telefon, żeby sprawdzić czy nie dostałam od ciebie wiadomości. Wciąż o tobie myślę. Nie jestem w stanie tego powstrzymać - skrzywiłam się lekko, słysząc jak to idiotycznie brzmi. - I myślę, że podczas przerwy świątecznej powinniśmy się zastanowić, czy jesteśmy gotowi spróbować to rozwinąć.
Zapadło między nami milczenie.
- Okej - odpowiedział szatyn po dłuższej chwili, jakby właśnie odpowiedział na najprostszą zagadkę świata.
~~*~~
Westchnęłam z ulgą, gdy w oddali dostrzegłam zabudowania stadniny. Podróż autem z lotniska mimo, że była krótka to dość męcząca. Stadninę i Londyn dzieliło kilkadziesiąt kilometrów, ale sam wyjazd z miasta zajął mi dwie godziny. Ludzi wracali do domów po świętach, spędzonych u krewnych, dlatego stolica Anglii była strasznie zakorkowana. 
Cieszyłam się z powrotu do Morgan. Stęskniłam się za tamtejszymi terenami, ludźmi, a także Ventim, który niestety musiał zostać w akademickiej stajni. 
Zaparkowałam swój samochód i od razu poszłam rozpakować swoje walizki. Jakież było moje zdziwienie, gdy w środku znalazłam dwie paczki babcinych pierników i kilka porcji słodyczy. Nona, jak zwykle musiała coś przemycić. Na jednej z paczek znalazłam karteczkę.
Podziel się z tym swoim Maxem ;)
Starszej kobiecie nie umknie żaden szczegół. Podczas pobytu we Włoszech pisałam z szatynem, a babcia pewnego dnia dorwała się do mojego telefonu. Później do końca świąt zdążyła rozpowiedzieć o Maxie całej rodzinie i połowie gości restauracji, których traktowała jak serdecznych przyjaciół.
Pokręciłam głową, nie mogąc powstrzymać uśmiechu. Zdecydowałam się pójść do stajni, przywitać się z karoszem, za którym okropnie się stęskniłam. 
Wałach powitał mnie radosnym rżeniem, a gdy tylko znalazłam się w zasięgu jego pyska, zaczął przeszukiwać moje kieszenie, licząc na jakieś przysmaki.
- Nic nie mam, skarbie - cmoknęłam jego chrapy. Następnie pogłaskałam Newtona, stojącego obok i przyglądającego nam się z ciekawością. W pewnej chwili ogier odwrócił głowę w kierunku wejścia. Spojrzałam w tamtą stronę, a widząc Watsona z trudem powstrzymałam chęć podbiegnięcia do niego i rzucenia mu się w ramiona.
- Cześć! - pomachałam w jego stronę, a gdy podszedł, dopiero wtedy przytuliłam się do niego. - Stęskniłam się za tobą.

Max? <3

piątek, 23 grudnia 2016

Od Samanthy CD Maxa

Wystrój sali zapierał dech w piersi. W środku panował półmrok, a jedynym źródłem światła były świeczki, ustawione dosłownie wszędzie. Stoliki pokryte były białymi obrusami ze srebrnymi, śnieżnymi motywami, a na nich ustawione były talerze z przekąskami i kieliszki z szampanem. Na drugim końcu sali, na scenie rozstawiony był stół z laptopem i konsoletą, a z głośników leciała spokojna muzyka, najprawdopodobniej świąteczna. Metalowe kolumny ozdobione były lampkami (klik). W wielu miejscach wisiały, a także leżały stroiki z jemiołą i czerwonymi bombkami. Jednak zapach, który unosił się przypominał raczej aromat lasu iglastego, aniżeli właśnie jemioły. Wróciłam wzrokiem do stołu z jedzeniem.
- Chcesz coś zjeść? - usłyszałam rozbawiony głos Max'a, na którego spojrzałam. W ciemnym garniturze wyglądał niesamowicie, chociaż byłby przystojny nawet w tym okropnym, zielonym. Ciepłe światło świec sprawiło, że jego oczy były jeszcze bardziej czekoladowe niż zazwyczaj.
- Nie - potrząsnęłam głową, pozwalając włosom spaść miękko na ramiona i plecy. Spróbowałam się rozluźnić, wsłuchując w melodię. W sukience nie czułam się zbyt swobodnie, chociaż i tak, to nie ona była największym problemem. Obawiałam się, że obcasy sprawią, że wyląduję na ziemi, robiąc z siebie pośmiewisko. Na razie jednak, podbierając się delikatnie na ramieniu Watsona, radziłam sobie zaskakująco dobrze. 
- Coś się stało? - szturchnął mnie żartobliwie, a ja posłałam mu pełne wyrzutu spojrzenie.
- Nie, po prostu nie jestem głodna. Mam chyba do tego prawo?
- Oczywiście - uśmiechnął się lekko. - To może szampan?
- Um... chętnie - zgodziłam się i ruszyliśmy w kierunku stolika. Max podał mi kieliszek, a ja upiłam mały łyk. Poczułam na języku przyjemne bąbelki, a słodki smak bardzo przypadł mi do gustu. Wtedy właśnie do stanowiska na scenie podszedł blondyn, którego kojarzyłam z kółka muzycznego. Wtedy właśnie muzyka stała się trochę głośniejsza, a tą melodię rozpoznałam. Nie była to żadna świąteczna, ale "They Don't Know About Us" zespołu One Direction. Mimo moich obaw, że większości osób nie spodoba się kawałek, bowiem boysband budził dość dużo kontrowersji, sporo par ochoczo ruszyło na parkiet i zaczęło bujać się w rytm muzyki. 
- Chciałabyś zatańczyć? - Watson wyciągnął w moją stronę dłoń. Przegryzłam wargę, zastanawiając się nad odmową, ale ostatecznie przyjęłam propozycję i dałam się zaprowadzić na środek sali.
- Ostrzegam, że nie jestem dobra w tańcu, ale to w trampkach. Jeśli nie wywrócimy się przy wszystkich, powinnam dostać medal - Max parsknął cicho na moją wypowiedź, opierając dłoń na moim biodrze. Ja za to położyłam swoją na jego ramieniu.
- Okej, obiecuję ci go sprawić - zażartował.
- Nie spiesz się, piosenka się nie skończyła - uśmiechnęłam się szelmowsko, a słysząc początek refrenu, szatyn gestem zachęcił mnie do obrotu. 
- Mówiłem ci już, że pięknie wyglądasz? - usłyszałam jego cichy głos tuż przy uchu, na co się zarumieniłam.
- Mhm... jak już powiedziałam, ty również.
- Wiem, jestem zabawny, uczciwy i mam ładny uśmiech - wyszczerzył się, a ja musiałam przyznać mu rację.
- Nie zapominaj o skromności - przypomniałam mu, powstrzymując śmiech.
- O właśnie - jego uśmiech trochę zbladł, a przez twarz przemknął grymas. Spojrzałam na niego zaniepokojona, ale on zbył mnie machnięciem ręki. Ja jednak nie poddałam się tak łatwo.
- Dobrze się czujesz? - spytałam z troską.
- Jestem trochę zmęczony, to wszystko - znowu spróbował mnie uspokoić, jednak na próżno.
- Nie musieliśmy przychodzić, wystarczyło powiedzieć - westchnęłam cicho. - Jeśli chcesz możemy iść, aż tak mi nie zależy.

Maxieł? <3
*Wybacz, mam fazę na tą piosenką xd

Od Samanthy CD Maxa

Znalazłszy się w pokoju od razu włączyłam laptopa. Dopiero jakiś czas temu zdałam sobie sprawę, że od kilku dni nie oglądałam swojego ukochanego serialu. Szybko włączyłam odcinek i zabrałam się do oglądania. Moje zainteresowanie fabułą rosło z każdą chwilą, a gdy w punkcie kulminacyjnym umarł jeden z moich ulubionych bohaterów po moich policzkach zaczęły płynąć łzy. Lincoln Campbell poświęcił swoje życie chcąc ratować świat i ocalić ukochaną. Jak dla mnie trzeba było wysłać jakiegoś słabszego agenta, a ocalić blondyna, który był w gronie najciekawszych postaci tej serii. Niesprawiedliwość Marvel'a, sprawiła, że klnąc pod nosem zamknęłam komputer i odłożyłam go na biurko. Z nie lada dołem emocjonalnym, zdecydowałam się położyć spać. Jutrzejszy sprawdzian z matematyki również dołożył swoją cegiełkę do zmęczenia i po chwili prawie już spałam. Jednak, gdy moje oczy zaczęły mi ciążyć, w mojej głowie pojawiła się myśl. Sięgnąwszy po telefon, napisałam do Max'a.
Dobranoc ;)
Nie minęła minuta, a już dostałam odpowiedź.
Dobranoc Sammy :D
  Z uśmiechem na ustach, ułożyłam się wygodnie i zasnęłam.

~~*~~
Poranek nie należał do najlepszych. Obudziłam się godzinę przed treningiem, toteż niczym burza pognałam przygotować się do wyjścia. Zwyczajowo nałożyłam sobie cienką warstwę podkładu, aby zamaskować poranne zaczerwienienie skóry i podkreśliłam rzęsy. Usta pokryłam warstwą przezroczystej pomadki ochronnej, gdyż ostatnimi czasy zrobiły się one suche. Gotowa do jazdy pobiegłam do stajni, gdzie zabrałam się za przygotowanie Veti'ego do treningu. Na szczęście po wczorajszym wieczornym czyszczeniu nie zdążył się wybrudzić. Zaskoczył mnie fakt, że Newton nie jest jeszcze gotowy, dlatego, gdy mój koń był już ubrany weszłam do boksu gniadosza. To co tam zastałam, zaskoczyło mnie. Chociaż powinnam chyba powiedzieć "kogo". Ciało szatyna drgało niespokojnie, a jego wierzchowiec parskał nerwowo.
- Max! - potrząsnęłam nim, chcąc go obudzić, ale bez skutku. Spróbowałam ponownie, ale znowu mi się nie udało. W momencie, gdy już chciałam sięgnąć po wiadro z wodą, chłopak usiadł gwałtownie. Rozejrzał się dookoła zdezorientowany, a następnie zasłonił oczy. Newt znowu parsknął.
- Max? - położyłam mu dłoń na ramieniu, mówiąc cicho jego imię. Szatyn wzdrygnął się pod moim dotykiem. - W porządku?
Nie otrzymawszy odpowiedzi, zaczęłam gładzić jego ramię, a gniadosz zbliżył nos do jego stóp.
- Sam... - po kilku minutach podniósł na mnie wzrok. Jego głos brzmiał sucho i dość niepewnie. Mojej uwadze nie uszła jego lekka chrypa.
- Chodź, powinieneś wrócić do pokoju - ukucnęłam naprzeciw Max'a i złapałam jego dłoń. - Za piętnaście minut zaczynają się treningi. Pójdę do pani Stewart i powiem jej, że źle się czujesz, ok?
On tylko kiwnął głową i wstał.
- Pomóc ci dojść do akademii?
- Poradzę sobie - odparł. - Dzięki Sam.
Powiedziawszy to wyszedł z boksu w swojej piżamie w Star Wars'y i skierował się w stronę budynku z sypialniami uczniów. Ja za to wyprowadziłam Venti'ego i prowadząc go w stronę czworoboku, rozglądałam się za nauczycielką skoków. Akurat przechodziła obok, dlatego poinformowałam ją o nieobecności Watsona. Wydała się zaniepokojona tym faktem, ale skinęła głową i kazała mi iść na lekcję.
Jak zwykle mój kary wałach nie rozumiał o co chodzi w tych wszystkich krokach i wszelkie próby nakłonienia go do wykonania czegokolwiek. Jedyną rzeczą, która nieźle mu wychodziła był piaff.
- Samantho, zacznij nim sterować! On robi co chce! - usłyszałam głos trenerki O'Connor. Czy ona nie widziała, że starałam się jak mogłam?
Fils parsknął, jak gdyby mówił "Droga pani, nie jestem motorówką". Zgadzałam się z nim całkowicie, jednak skinęłam posłusznie głową i spróbowałam nakłonić konia do wykonania kolejnego kroku.

~~*~~
Tak się prezentuje Sam w sukni :3
Czas leciał nieubłaganie, bal zbliżał się wielkimi krokami, ale ja zajęta poprawianiem ocen na lepsze nie zdążyłam zaplanować wszystkiego, tak jak robiła to większość moich rówieśniczek. Dlatego właśnie, gdy przyszedł dzień zabawy byłam przede wszystkim zaskoczona. Cały dzień nie wyściubiłam nosa z pokoju, spędzając więcej czasu nad martwieniem się, że zabiję się w obcasach niż faktycznym przygotowaniem.
Gdy usłyszałam pukanie do drzwi, właśnie kończyłam czesać włosy, a mój pokój przypominał miejsce wybuchu bomby atomowej. Nie chcąc niecierpliwić Max'a, pospiesznie otworzyłam mu drzwi.


Maxiu?


wtorek, 20 grudnia 2016

Od Samanthy CD Maxa

Wypuściłam powietrze z płuc i nerwowo przeczesałam włosy, spuszczając wzrok na ziemię.
- Jezuu, Max... ja strasznie cię przepraszam - westchnęłam, podnosząc wzrok na szatyna. Jego czekoladowe oczy spoglądały na mnie ciepło. Nie wyglądało jakby był na mnie zły, co trochę zbiło mnie z tropu. Nim zdążyłam zareagować chłopak objął mnie mocno.
- Sam, żałujesz? - w jego głosie zabrzmiał niepokój, a ja zdecydowanie pokręciłam głową. - To w czym problem?
- Dlaczego tak to komplikujesz? - parsknęłam, odsuwając się od niego i założyłam ręce na piersi. Mój udawany grymas złości najwyraźniej rozbawił Watsona, który zaśmiał się cicho i znowu mnie przytulił. - Duszę się, nooo!
- Trudno.
- Ja nie żartuję. Zostało kilka dni do balu, będziesz szedł sam o ile mnie zaraz nie puścisz - wydusiłam, próbując wyswobodzić się z jego objęć. - Max! Mieliśmy iść coś zjeść.
- Fakt - wypuścił mnie i pociągnął za sobą do stołówki. Przewróciłam oczami z trudem powstrzymując śmiech, Max miał dosłownie nadmiar energii, a ja czasami z trudem za nim nadążałam. Wszędzie było go pełno, a połowę dźwięków, które docierały do moich uszu w ciągu dnia stanowiło jego gadanie i śmiech. Nie przeszkadzało mi to jednak, Co więcej, jego wesoła paplanina regularnie poprawiała mi humor. Siedząc w stołówce i zajadając się sałatką rozmawialiśmy cicho.
- Ostatnio sporo trenujesz, masz zamiar zdawać na zaawansowany? - zmienił temat, wpatrując się we mnie z wyczekiwaniem.
- Nie myślałam o tym - wpakowałam sobie do ust kolejną porcję sałaty z kawałkami pomidorów. - Chcę iść naprzód, ale pewnie nie zdążę już przed świętami. A ty?
- Pewnie też podejdę do egzaminu po powrocie. Newt ma duży potencjał.
Zgodziłam się z nim kiwnięciem głowy. 
Zjadłszy swoje porcje ruszyliśmy w kierunku pokoi, odwiedziwszy uprzednio stajnię. Newton i Fils du Vent spokojnie stali w boksach, drzemiąc po dniu pełnym pracy i nie racząc nawet na nas spojrzeć. Przez chwilę staliśmy, obserwując śpiące konie, a zdawszy sobie sprawę z faktu, że nie obudzą się przez najbliższą godzinę, udaliśmy się w kierunku budynku z sypialniami uczniów. Przez całą drogę dyskutując żywiołowo o możliwości posiadania drugiego konia. Mnie szczerze mówiąc nie ciągnęło do tego, ale może gdy spotkam tego odpowiedniego wierzchowca zmienię zdanie. Byłam jednak pewna tego, że Venti by się obraził.
- Odprowadzona pod same drzwi - uśmiechnął się Max, całując moją dłoń, niczym starodawny dżentelmen. - Czy panienka jest zadowolona?
- Oh, jakżeby inaczej - przyłożyłam dłoń do serca, wczuwając się w rolę.  - Paniczu Watson, twoje towarzystwo było bardzo miłe. Żywię nadzieję na kolejne spotkania.
- Wobec tego zobowiązuję się zaprosić cię na stołówkę po raz kolejny - mrugnął, a ja uśmiechnęłam się jeszcze szerzej. Trwaliśmy chwilę w bezruchu, a gdy zdobyłam się na odwagę kolejny raz tego dnia, zbliżyłam swoje usta do jego. Nie musiałam długo czekać na odpowiedź szatyna, bo w ułamku sekundy złączył je w delikatnym i czułym pocałunku.

Maksieł? <3

niedziela, 18 grudnia 2016

Od Samanthy CD Maxa

Próbując ukryć zmieszanie, zeskoczyłam z łóżka i znowu podeszłam do terrarium z gekonem.
- Od dawna masz tego słodziaka? - spytałam, wpatrując się w zwierzaka. Nigdy nie widziałam takiego na żywo, chociaż w dzieciństwie opiekowałam się jaszczurką sąsiadki.
- Jesteśmy razem dość długo - przejechał dłonią po włosach i odłożył skrzypce na szafkę. W głowie wciąż słyszałam cichą muzykę, a melodia, którą zagrał chłopak wciąż chodziła mi po głowie. - Masz jakieś zwierzę? Nie widziałem u ciebie żadnego.
- W domu zostawiłam psa i papugę - uśmiechnęłam się do niego, kątem oka obserwując gada. - Nie chciałam ich stresować podróżą i zmianą otoczenia.
- Rozumiem - uśmiechnął się, a ja poczułam jakby w brzuchu zmartwychwstało mi stado szkieletowych motyli. Z trudem powstrzymałam parsknięcie, gdy zdałam sobie sprawę, z absurdalności swoich myśli.

~~*~~

Wydłużyłam wodze, pozwalając tym samym Venti'emu na rozluźnienie się pod długim treningu. Od samego przyjazdu ciężko pracowaliśmy nad swoimi błędami, z każdym dniem będąc coraz lepszymi. Czasami przypatrywałam się osobom z poziomem zaawansowanym i byłam pełna podziwu dla ich umiejętności. Imponowało mi ich opanowanie i współpraca z koniem, ale musiałam przyznać, że to drugie również osiągnęłam. Ja i mój wierzchowiec rozumieliśmy się bez słów, doskonale wiedzieliśmy co chce drugie zrobić.
- Sammy! - słysząc głos Max'a podniosłam wzrok znad szyi Venti'ego, który zarzucił łbem, rżąc na powitanie. 
- Zdrajco, na mój widok się cieszysz tylko jak wyczujesz smakołyki - pacnęłam go szyję, udając złość. Gdy tylko podeszliśmy do ogrodzenia karosz oparł łeb na piersi szatyna, domagając się pieszczot. Korzystając z faktu, że koń na pewno nie poruszy się przez kilka sekund, zeskoczyłam z niego i stanęłam obok chłopaka. Znaliśmy się już sporo czasu, a dzień wyjazdu z akademii zbliżał się nieubłaganie. Poniekąd cieszyłam się z tego powodu, ale perspektywa zostawienia przyjaciół nie wydała mi się ani trochę kusząca.
- Skończyłaś na dziś? 
- Um... tak... - uśmiechnęłam się, widząc jego uśmiech. Za każdym razem, gdy się spotykaliśmy, mój żołądek wzniecał powstanie. Byłam u pielęgniarki prosząc ją o badanie, ale stwierdziła, że nic mi nie jest. Określiła to mianem "zauroczenia" bądź "buzowania hormonów". Hormony to chyba jej buzują, mnie naprawdę coś może być.
- Miałem iść na stołówkę, ale stwierdziłem, że sam bym się nudził - poklepał Venti'ego i schował dłonie w kieszenie kurtki.
- Z całą pewnością nie - parsknęłam i zacmokałam na konia, który posłusznie poczłapał za mną. Doskonale wiedział, że w boksie czeka na niego smaczna pasza, inaczej nie byłoby mowy o powrocie. Gdy tylko udało mi się rozsiodłać wałacha, ten odsunął się ode mnie, całkowicie poświęcając się jedzeniu. Czasami dziwiło mnie, że nigdy nie miał kolki. Był istnym workiem bez dna, jeśli chodzi o żarcie. W sumie, miałam podobnie. Tuż przed wyjściem odłożyłam toczek do szafki, zmieniając go na ciemnoczerwoną czapkę.
- Chodź, bo się spóźnimy - Max złapał mnie za rękę, ciągnąc za sobą, a ja o mało nie potknęłam się o własne nogi. Uszłam kilkanaście kroków i wyłożyłabym się jak długa, gdyby nie refleks szatyna, który złapał mnie tuż przed zderzeniem z podłożem. - Okej?
- Tak, dzięki - stanęłam na własne nogi, nie odsuwając się od niego. Przez dłuższą chwilę wpatrywałam się w jego piękne, czekoladowe oczy, nie mogąc zignorować kolejnych motyli w brzuchu. Może jednak pielęgniarka miała rację. Nerwowe zerknięcia Max'a ku górze sprawiły, że ja również podniosłam wzrok i z zaskoczeniem zdałam sobie sprawę, że stoimy pod jemiołą. Cóż za wyczucie czasu. Bliskość chłopaka sprawiła jednak, że zamiast odsunąć się jak człowiek i wytłumaczyć się jakkolwiek, objęłam go za szyję i musnęłam jego usta. Krótka pieszczota wywołała u mnie lekki dreszcz, który przez chwilę mnie oszołomił, ale dosłownie ułamek sekundy później, pocałowałam go. Nie spodziewałam się jednak, że chłopak go odwzajemni. Urok chwili przerwało znaczące chrząknięcie jednego ze stajennych, na co odskoczyliśmy od siebie jak oparzeni.
- Ja... przepraszam Max... Nie powinnam byłą tego robić. Nie wiem jak...  - język mi się plątał, dlatego spuściłam wzrok.

Maksiu? <3

sobota, 17 grudnia 2016

Od Samanthy CD Maxa

Gdy tylko przekroczyłam próg pokoju, rzuciłam się na łóżko chowając twarz w miękkich poduszkach. Moje policzki pokrył rumieniec spowodowany towarzystwem Max'a, któremu zaskakująco łatwo udało się mnie oszukać w kwestii wyjścia na bal. Gdy powiedział, że już jest z kimś umówiony moja pewność siebie spadła do poziomu zerowego, jeśli nie niżej. Jednak chwilę później znów podskoczyła do normalnego stanu, a serce zatrzepotało radośnie, za co zganiłam się w duchu. Moja reakcja była zdecydowanie zbyt entuzjastyczna. Westchnęłam cicho zsuwając się z posłania i skierowałam się w stronę łazienki. Musiałam zmyć z siebie makijaż, a razem z nim stres dzisiejszego dnia. Włosy spięłam w niedbałego koka i usiadłam na łóżku z laptopem na kolanach. Z uśmiechem na ustach oglądałam zdjęcia. Nie tylko z rodziną, ale również z paczką przyjaciół, których tam zostawiłam. Roześmiane twarze kolegów i koleżanek wywołały u mnie niezbyt mocną falę smutku, który po chwili zastąpiła radość. W końcu będę mogła zobaczyć ich w święta.
Nagle do moich uszu dotarł cichy dźwięk skrzypiec, jakby czymś stłumiony. Spojrzałam na swój instrument, jakby chcąc upewnić się czy jakieś demony nie zaczęły bawić się w filharmonię. Nie zauważywszy jednak żadnych działaś istot nadprzyrodzonych, wyszłam na korytarz. Podążając tropem muzyki, dotarłam pod drzwi Max'a. Zaskoczył mnie ten fakt, bowiem nie podejrzewałam szatyna o umiejętność gry na skrzypcach, zwyczajnie nie potrafiłam go sobie z nimi wyobrazić. Niepewnie zapukałam do drzwi pokoju nr 49, czekając aż chłopak je otworzył.
- Siemka - uśmiechnęłam się szeroko, widząc jego zaskoczenie i wślizgnęłam się do środka. Byłam w jego pokoju po raz pierwszy, przez co poczułam, że teraz jeszcze lepiej go znam. Od razu w oczy rzuciło mi się szklane terrarium z gekonem w środku. Obróciłam się, o mały włos nie przewracając Max'a, na którego wpadłam.
- Uważaj - przytrzymał mnie, a ja zaczerwieniłam się po raz kolejny tego dnia.
- Um... dzięki - wzięłam głęboki wdech i odsunęłam się od szatyna. - Od dawna grasz na skrzypcach?
Zmiana tematu, brawo Sam.
- Jakiś czas - usiadł na łóżku, odkładając instrument na bok.
- Grałeś "Radioactive", zgadłam? - spytałam, zerkając ukradkiem na nuty.
- Znasz to? - zgarnął kartki i podniósł na mnie wzrok.
- Naturalmente - odpowiedziałam po włosku, z zadowoleniem wymawiając słowa w swoim ojczystym języku. Lubiłam jego miękkość i dźwięczność, był niczym muzyka. - Tylko totalne bezguścia tego nie kojarzą.
Uśmiechnął się, opierając plecy na wezgłowiu.
- Zagrasz? - zapytałam, muskając palcami struny, a następnie wyciągnęłam ku niemu instrument.

Maxiu? <3


wtorek, 13 grudnia 2016

Od Samanthy CD Maxa

Podniosłam wzrok na Max'a i w tym momencie uświadomiłam sobie, dlaczego prezentem dla jego ojca miała być książeczka dla dzieci. Wbite w stół spojrzenie chłopaka przypominało moje, gdy ktoś wspomniał o mojej matce. Niewiele osób wiedziało, że wypadek samochodowy, w którym zginęła nie był przypadkiem, ale celowym zagraniem rodzicielki, która zabrała ze sobą w zaświaty jeszcze jedną osobę. Córkę kierowcy nadjeżdżającego z naprzeciwka, który usłyszawszy, że jego jedyne dziecko umarło, rozpłakał się z bezsilności i był tak głośny, że pielęgniarki na polecenie lekarza musiały go uciszać tabletkami. Ja wyszłam z wypadku prawie bez szwanku, złamana ręka i rozcięty policzek były niczym w porównaniu ze śmiercią. Z otępienia wyrwał mnie śmiech jakiegoś dziecka, zapewne zadowolonego z zakupionej zabawki. Szybko odłożyłam książkę tym razem nie patrząc na nią z rozbawieniem, ale niemalże z czcią i nabożeństwem. 
Chwyciłam dłoń szatyna. Była zaskakująco miękka i ciepła w przeciwieństwie do mojej, zimnej i szorstkiej, co spowodowane było jazdą bez rękawiczek.
- Max, przepraszam... zachowałam się okropnie - przegryzłam wargę zmieszana, czekając, aż podniesie wzrok. 
- Nie ma sprawy, to było dawno... - odparł, ale widziałam, że wcale tak nie myśli. Może moje zachowanie go nie uraziło, ale z pewnością tęsknił za matką. Musiała to być wspaniała osoba.
- Mimo wszystko, strasznie mi przykro - zabrałam po chwili rękę i sięgnęłam do torby po telefon, chcąc zorientować się, która jest godzina. - Chyba powinniśmy wracać.
- Racja - posłał mi uśmiech.

~~*~~
Żwir chrzęścił pod kołami samochodu Max'a, gdy wjechaliśmy na teren akademii. Chłopak zręcznie zaparkował auto na parkingu i mimo moich protestów, uparł się by pomóc mi z zakupami. Moje prychnięcia pełniły funkcję akompaniamentu, a wtórował mu cichy śmiech szatyna. Wchodząc do budynku, zauważyłam duży, kolorowy plakat, dlatego zbliżyłam się do niego. Według rozpiski, niedługo miał odbyć się w akademii bal Bożonarodzeniowy, na który zaproszeni byli wszyscy uczniowie Morgan. Kątem oka zauważyłam, że Max również wpatruje się w wielobarwne ogłoszenie.
- Czyżbyś się wybierał? - korzystając z okazji wyrwałam mu moje torby.
- Nie brzmi najgorzej.
- Zapraszasz kogoś? - spytałam, nawiązując do ostatniego akapitu tekstu.
- Nie wiem... - nie zdążył dokończyć, bo przerwałam mu z uśmiechem.
- W takim razie nie rób sobie planów, od tej chwili jesteś już zaklepany. O ile nie masz zielonego garnituru. Nie masz prawda? - spojrzałam na niego.

Max? Takie trochę bez sensu ;/

piątek, 9 grudnia 2016

Od Samanthy CD Noaha i Belli

Skinęłam głową, aprobując jego wybór i spojrzałam w stronę Belli, która siedziała przy stole z założonymi rękoma i nie odezwała się ani słowem.
- Czyli tobie, Bello, pozostaje temat przyczyn zmniejszania się liczebności - odezwałam się, podejmując ponownie temat projektu. - Mam nadzieję, że się z niego wywiążesz, bo na ocenę pracujemy wszyscy.
- Nie jestem głupia - warknęła, na co tylko przewróciłam oczami i wróciłam do czytania notatek, rozdanych nam przez nauczycielkę. Zerknęłam na zegar, wiszący tuż na jednym z regałów i zabrawszy swoje rzeczy podniosłam się z krzesła. 
- Nie ma sensu teraz nic zaczynać - odparłam, dosuwając siedzisko. - Przez weekend zgromadźcie informacje i wyślijcie mi na maila, a ja zajmę się wyglądem i tego typu bzdetami. Może dodam też jakieś drobne ciekawostki, ale to zależy od tego czy wy wszystkiego nie wyszukacie. 
- Jak wolisz - usłyszałam głos Noaha, najwyraźniej zadowolonego z takiego obrotu sprawy. Kiwnęłam głową na pożegnanie i ruszyłam spokojnym krokiem w stronę swojego pokoju. Potrzebowałam długiej przejażdżki, aby uspokoić trochę zszargane nerwy.

~~*~~
Podskoczyłam zaskoczona, gdy właśnie otrzymałam maila od Belli, która podesłała mi część swojej pracy, zapowiadając w wiadomości, że idzie jej dobrze i niedługo powinnam otrzymać wszystkie informacje. Odniosłam wrażenie, że dziewczyna naprawdę się stara, a mnie ruszyło sumienie. Być może niesprawiedliwie ją oskarżyłam. Chwilę później na mojej poczcie pojawił się komunikat, dlatego kliknęłam ikonkę sprawdzenia wiadomości. Tym razem to był Noah, który zaskakująco szybko wywiązał się ze swojej części. W dobrym humorze ruszyłam do stołówki, gdzie zjadłam zapiekankę i rozejrzałam się po pomieszczeniu. Gdy miałam już wyjść, pojawiła się Bella.
- Hej - podeszłam do niej, a dziewczyna zmierzyła mnie chłodnym spojrzeniem. - Dzięki za materiał, powinnam się uwinąć ze swoją częścią w dwa - trzy dni.
- Spoko - usłyszałam w odpowiedzi, a zza pleców dobiegło mnie chrząknięcie.
- Nie wiedziałem, że mamy spotkanie - Noah podszedł do nas, chowając dłonie w kieszenie. - Nie jestem zaproszony?
- Spotkałam Bellę przypadkiem, właściwie... to ja się będę zmywać - uśmiechnęłam się i obróciłam na pięcie, kierując ku drzwiom.

Bella? Noah?

Od Samanthy CD Maxa

Spojrzałam w stronę, w którą patrzył szatyn i uśmiechnęłam się na widok siwobrodego Mikołaja.
- Muszę ci coś powiedzieć- wyszłam z samochodu, chwytając czarną torbę, a następnie zamknęłam drzwi, cicho nimi trzaskając. Stanęłam na chodniku, czekając, aż chłopak do mnie podejdzie. - On nie istnieje.
- Co? - jęknął teatralnie, wpatrując się we mnie z udawanym szokiem. - A kto niby je ciasteczka i pije mleko?
- Rodzice.
- A jeśli mają nietolerancję laktozy? - zapytał, na co parsknęłam rozbawiona.
- Co to w ogóle za pomysł! Zadajesz dziwne pytania, Max - trzepnęłam go lekko w rękę i wskazałam na pobliską galerię handlową. Czułam, że moje nike stają się mokre po wpływem kontaktu ze śniegiem. Teren akademii był regularnie odśnieżany, toteż nie było szansy, żeby się tam przemoczyły. - Idziemy? Czy może wolisz porozmawiać ze staruszkiem?
- Nie obrażaj Świętego Mikołaja! - mruknął, krzywiąc się, ale chwilę później jego twarz rozświetlił uśmiech. Złapał mnie pod ramię i razem ruszyliśmy w kierunku budynku. Zewnętrzne ściany porywały tysiące maleńkich światełek o wielu kolorach, co nadawało budynkowi iście magiczny wygląd. Przed wejściem jak i w środku tłoczyło się mnóstwo ludzi, którzy mimo tłoku chętnie robili swoje zakupy. Korzystając z niewielkich szafek stojących nieopodal szklanych drzwi, wrzuciłam do jednej z nich kurtkę, która podczas kupowania prezentów byłaby zbędna i nieporęczna. Zostałam więc w ciemnym swetrze, który i tak zapewniał mi dosyć ciepła. Szybko przecisnęliśmy się przez dość spory tłumek, znajdując się w mniej zapełnionym miejscu.
- Chyba powinniśmy się rozdzielić - zmarszczyłam brwi, rozglądając się dookoła. Galeria była w rzeczywistości większa niż wydawało się na zewnątrz. - Zadzwoń do mnie, jeśli skończysz, a wtedy spotkamy się... gdzieś.
- Jasna sprawa, ale jest mały problem - uśmiech nie schodził mu z twarzy.
- Hm? - spytałam zaskoczona.
- Sam, nie mam twojego numeru - zdecydował się mi pomóc, a ja zaklęłam cicho nad własną głupotą. Szybko podałam mu swój, a szatyn zrewanżował się, wpisując w mój telefon swoje namiary.
- W takim razie do zobaczenia - machnęłam do niego ręką i ruszyłam w stronę sklepu z artykułami do domu. Zamierzałam poszukać czegoś dla babci, która była wielką fanatyczką wszelkich kolorowych rzeczy do kuchni i drobnych ozdób, nadających wnętrzu charakteru. Uważała, że nawet inny kolor poduszek nada pomieszczeniu więcej życia. Szybko wybrałam odpowiednią rzecz i ruszyłam na podbój kolejnego sklepu, gdzie dla ojca i Micah'a wybrałam po książce. Tatę od zawsze fascynowały wszelakie kryminały i zagadki, a mój brat lubował w powieściach przygodowych. Z przeświadczeniem, że moja misja została wykonana wyciągnęłam z kieszeni telefon, chcąc zadzwonić do Max'a, ale wtedy właśnie zdałam sobie sprawę, że wypadałoby mu też coś kupić. Przez dłuższą chwilę wahałam się czy kupić mu jakąś książkę czy może kalendarz. Po wybraniu rzeczy, które według mnie były najbardziej odpowiednie, zadzwoniłam do szatyna i poprosiłam o spotkanie w KFC na ostatnim piętrze.
- Głodna? - rzucił mi rozbawione spojrzenie znad ekranu telefonu, który zaraz schował. Klapnęłam na jedną z kanap i rzuciłam obok torby z zakupami.
- Nie, ale chętnie napiłabym się coli - po raz kolejny tego dnia sięgnęłam po portfel i ruszyłam w stronę kas. Po chwili wróciłam z dwoma plastikowymi kubkami i małą paczką frytek. - Pachniało tak ładnie, nie mogłam się oprzeć.
Podałam mu napój i zaproponowałam spróbowanie smażonych ziemniaków.
- Myślałem, że dłużej nam zejdzie na zakupach - uniosłam brew, słysząc jego słowa.
- Ja również, ale to chyba dobrze? Będziemy wcześniej i nie spóźnimy się na ciszę nocną.
- Racja - uśmiechnął się.
- Niedługo już wracamy do domów, co? Czas szybko leci...

Max?