środa, 7 grudnia 2016

Od Laurencego C.D Quinlan

Biegnąc obok dziewczyny, byłem po prostu wściekły, biała klacz z całą pewnością nie miała zamiaru oddać swojej zdobyczy. Rezygnując z dalszego wysiłku przystanąłem przyglądając się całej sytuacji.
Jedno było w tym wszystkim pewne, telefonu nie odzyskam. Trzymała w pysku moją własność unosząc w geście zadowolenie łeb do góry, wyglądała na dumną z afery, którą sama wywołała, przewróciłem oczami obserwując jak dziewczyna z impetem przewraca się na śniegu, na górce, której jakimś cudem uniknąłem. Parsknąłem śmiechem z zażenowaniem, obserwując jak nieudolnie próbuje wstać.
- Pomożesz mi, czy będziesz dupkiem? - mruknęła zawstydzona. Rumieńce na jej policzkach aż zbyt wyraźnie pokazywały wstyd, który usilnie chciała ukryć. Wykrzykiwała imię konia, telepiąc swoim ciałem na wszystkie strony. Podeszła do klaczy, która postanowiła rzucić moim telefonem o deski. Nie pokazując złości, która lekko mówiąc nieco mną trzepnęła podszedłem do konia i wyciągając z zimnego, białego pyłu swoją własność.
- Ja... Przepraszam - cichy głos dobiegł mnie zza pleców na co przewróciłem oczami. Ci ludzie są śmieszni, jakby wierzyli, że ich przepraszam w magiczny sposób wszystkie wyrządzone przez niż szkody zapadną w niepamięć.
- Skarbie - odwróciłem się do dziewczyny z cynizmem na twarzy. Dwa kroki w jej stronę wystarczyły bym zbliżył się do postaci. Delikatnie ująłem jej podbródek w dwa palce, wywołując typowe dreszcze i zniżyłem głos jak mogłem - Gówno mi dadzą Twoje przeprosiny - mój uśmiech zszedł z twarzy, chociaż z satysfakcją obserwowałem zaskoczenie z jakim mi się przyglądała. Widać nie spodziewała się takie zachowania po *jak mogła przypuszczać* nonszalanckim gentlemanie.
Mam nadzieję, że już nigdy mnie nie spotka.
Wróciłem do swojego pokoju chcąc uporządkować w miarę popakowane w walizki rzeczy. W tym momencie pomieszczenia było takie... nie moje, czułem się w nim mocno zagubiony, ale cóż, to nie potrwa długo bo mój błyskotliwy zmysł wystroju wnętrz działał na pełnych obrotach od dobrych kilkunastu minut.
Nie żałowałem telefonu, to tylko beznadziejny przedmiot.
Prędzej czy później by się zepsuł, a żadnego pożytku z niego też nie było, nie miałem zamiaru utrzymywać z nikim kontaktu,
Wziąłem się do pracy, zaczynając od najłatwiejszej czynności, to jest pochowania ubrań do szafek. Niestety i ten banał został mi przerwany przez właścicielkę konia.
- Laurence? - spojrzała na mnie niepewnym wzrokiem, powstrzymywała się by nie rozejrzeć po pokoju, bała się to kompletnie rozjuszony wybuchnę agresją. Ja jednak zachowując szczyt powagi i obojętności odwróciłem się do dziewczyny i patrząc jej prosto w oczy, rzekłem krótkie
- Nie jesteśmy na Ty - może i było to idiotyczne, przez wzgląd na ten sam lub zbliżony wiek. Dziewczyna spojrzała na mnie z oburzeniem, jednak biorąc głęboki oddech jej emocje wyraźnie opadły.
- Mogę Ci to jakoś wynagrodzić?
- Tak, wyjdź. Zabierasz mi moją przestrzeń - odparłem. Nie, żeby mi coś zrobiła, ja po prostu nie lubiłem ludzi zbyt nachalnych.
- I ja mam z Tobą męczyć się w tej szkole - ciche mruknięcie, ledwie słyszalne, zbyt subtelne by ktoś kto nie był mną zwrócił na nie uwagę.
Jednak skoro ja, to rzecz logicznie biorąc właśnie ja, odwróciłem się ponownie w stronę uczennicy.
- Co rozumiesz przez męczyc ? - dzieląca nas odległość sprawiła, że dziewczyna lekko drgnęła próbując się odsunąć.
- Każdy nowy przychodzi tutaj i stara się wszystkim podlizać by być jednym z tych popularnych - zaśmiałem się cicho kręcąc głową, dziewczyna jakby próbowała mnie rozgryźć co prawda ja robiłem to samo ale ona się z tym nie kryła. Pokręciłem po raz kolejny głową przerywając chwilę milczenia - Zapewne jeszcze nie raz będziemy mieli okazję się spotkać, więc czy mogłabyś z łaski swojej zostawić mnie samego? Nie zrozum mnie źle, chcę zająć się pokojem - dziewczynę jakby opamiętało, poderwała się z zajmowanego do tej pory miejsca energicznie kiwając głową. Zachowywała się jakby chciała coś jeszcze powiedzieć, widocznie jednak ugryzła się w język zostawiając problem samej sobie. Skinęła jeszcze raz głową i wyszła bez słowa pożegnania. Odprowadziłem ją wzrokiem by powrócić do ambitnego planu dnia...

***

Miałem wrażenie, że mój brzuch za chwilę zacznie wygrywać angielski hymn. Burczenie nie dawało mi się na niczym skupić, a pora kolacji zbliżała się nieubłaganie. Gdy w końcu mogłem opuścić swoją komnatę tajemnic popędziłem czym prędzej w miejsce gdzie mogłem spokojnie zająć się spożywaniem posiłku, w moje plany wchodziło jeszcze odwiedzenie Dicatura i długi sen, który pozwoli mi przygotować się na jutrzejszy dzień.
Pierwszy dzień w szkole.
Fakt, że za chwilę stanę oko w oko z kimś kogo tak naprawdę miałem za kompletne zero nieco mnie przytłaczał, gdzieś w głębi liczyłem, ze nie będzie tak jak założyłem dzień wcześniej.
Dziewczyna, której imienia niestety do tej pory imienia nie poznałem wszystkiemu przeczyła, napawając moje serce swego rodzaju złudną nadzieją.
Tyle, że nie ufałem swoim uczuciom.
Wchodząc do ogromnego pokoju nie spodziewałem się wydarzeń, które sprawiły, że musiałem obejść się smakiem co do posiłku. Ktoś postanowił wylać na moje plecy lepką ciecz, przez co od razu mogłem wykluczyć wodę. Odwróciłem się w stronę przyczyny całego zajścia by dostrzec te same fioletowe włosy. Biorąc pod uwagę dzisiejszy tok wydarzeń zacząłem zastanawiać się czy to nie było specjalnie.
- Ile jeszcze rzeczy przez Ciebie stracę? - zirytowany wyszedłem z pomieszczenia patrząc na dziewczynę, która natychmiast ruszyła za mną. - Możesz pokazać mi łazienkę?


Quinlan?
Przepraszam, brak weny ale ja to wszystko rozwinę

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz