sobota, 10 grudnia 2016

Od Cole'a CD Jasmine

Nie miałem co robić w tą mroźną sobotę. Wstałem około dziewiątej rano. Bez pośpiechu zajrzałem do szafy i wziąłem z niej białą koszulkę polo oraz czarne bryczesy. Co innego można tu przecież robić? Najlepszym rozwiązaniem jest wsiąść na konia, a że w ten weekend chciałem dać odpocząć trochę mojemu ogierowi - Avenger'owi, postanowiłem pojeździć na koniach stajennych. Idąc przez szeroki i czysty korytarz stadniny zachaczyłem o biuro, w którym akurat siedziała moja matka i przeglądała jakieś papiery, gorączkowo coś notowała i podpisywała. Ranne ptaszki. Znając życie mój ojciec pewnie też gdzieś chodził po stadninie sprawdzając to i owo. Usiadłem na wolnym fotelu obok, tak aby nie przeszkadzać kobiecie. Nie nudziłem się długo, po kilku minutach ktoś zapukał w drewniane drzwi biura i ostrożnie wszedł do pomieszczenia. Tą osobbyła dziewczyna. Zapewne nowa w naszych "szeregach". Jej wzrok spoczął od razu na mnie i lekko się przez to zmieszła, ale moja mama od razu zaprosiła ja do siebie. Dziewczyna położyła na biurku papiery i żegnając się, po prostu wyszła.

Idąc do siodlarni wpadłem na kogoś, a może ten ktos na mnie? Co za różnica. Złapałem, jak się okazało, dziewczynę tak aby nie upadła na ziemię. Jednakże szybko wydostała się z mojego uścisku.
- My się chyba nie znamy- zagadałem pierwszy
To była ta sama dziewczyna co weszła rano do biura.
- Cole- przedstawiłem się
- A ja nie mam czasu- powiefziała i wyminęła mnie
Byłem szybszy i zagroziłem jej drogę.
- Moge znać twoje imie?- spytałem
- Jak musisz.... Jasmine- powiedziała obojętnie, a może i nawet była poirytowana i szybko poszła w stronę boksu swojego wierzchowca.
Pokręciłem głowa i zaśmiałem się. No cóż, są i tacy ludzie. Wziąłem osprzęt Picololo i udałem się bez pośpiechu w stronę jego boksu.

Prowadząc osiodłanego ogiera przez korytarz stajenny ujrzałem kilka nowych tabliczek na drewnianych drzwiczkach do boksów koni. Troche ludzi się najeżdżało. Przed budynkiem stadniny wsiadłem na ogiera i luźnym stępem udałem się, pobielałą od świeżego śniegu, drogą nad jezioro.

Jadąc ścieżką, ujrzałem na niej ślady kopyt. Nie byle jakich oczywiscie. Końskich. Najwyraźniej musiał tutaj jechać ktoś przedemna. Ogier którego dosiadłem nie wykazywał żadnych oznak zaniepokojenia czy też zaciekawienia inną wonią konia. Powoli zbliżając się nad zbiornik wodny, który zapewne mógł, ale nie musiał, być przymarznięty, nad jego brzegiem dostrzegłem sylwetkę konia wraz z jeźdźcem na grzbiecie. Czyli jednak ślady musiał zostawić właśnie ten koń

Jasmine?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz