poniedziałek, 19 grudnia 2016

Od Caroline

Uniosłam oczy, które do tej pory były skupione na lśniącej sierści Rashaano. Mój wzrok spotkał się z zatroskanym i nadzwyczaj zmęczonym spojrzeniem chłopaka. Widać było po nim, że nie mógł przez to spać całe noce. Tak jakby wszystkie obowiązki spadły na niego, a przecież on ma swoje życie prywatne. Odłożyłam szczotkę na bok, przejeżdżając dłonią po pysku ogiera, który delikatnie drgnął.
-Nie wiem czemu się tym przejmujesz- nałożyłam czarną kurtkę na siebie- To nie twoja sprawa, a martwisz się tym jakby całe życie ludzkie od ciebie zależało- zapięłam zamek i chwyciłam siodło.
-Caro... wiem, że rozumiesz- oparł się plecami o boks i wyciągnął rękę do Rash`a- Czuję się odpowiedzialny, a ojciec nic z tym nie robi.
-Zajmij się lepiej czymś co dotyczy ciebie. Pracą, zainteresowaniami, nie wiem... Idź na imprezę, rozluźnij się. Puki co nie ma się czym przejmować, ponieważ cokolwiek byś zrobił, nic by to nie dało- podpięłam luźno popręg i podeszłam do brata, uśmiechając się delikatnie.
Kiwnął głową, lecz bez większego przekonania.
-Założę się, że jak zwykle coś wymyśli- poprawiłam jego koszulę i przytuliłam.
Strasznie mi było szkoda. Nie byłam bezuczuciowym potworem i sama przejęłam się sytuacją rodziciela. Ale co miałam zrobić? Znów wszczynać półgodzinne kazania bez sensu. Zresztą, moje zdanie liczyło się zaledwie w połowie, jak nie w jednej trzeciej innych zdań.
-Dobra, jadę. Może masz rację... powinienem gdzieś wyjechać, odpocząć- westchnął, wyciągając kluczyki z kieszeni swoich nowych jeansów.
-W końcu się ze mną zgodziłeś- na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech.
Nałożyłam na Rashaano derkę i wyprowadziłam z boksu, idąc tuż obok brata.

-Trzymaj się i pilnuj. Ty również, diable jeden- William poklepał ogiera po szyi- Jeszcze was odwiedzę, ale nie wiem dokładnie kiedy. Dzwoń- pokazał palcami odpowiedni znak.
-Dobrze, mamo. Telefon przy tyłku, rozumiem- zaśmiałam się, machając ręką na znak pożegnania- Papa.
-Cześć- chłopak odwrócił się i po chwili zniknął z moich oczu.
-To co? Zostaliśmy sami, misiek- wyciągnęłam z kieszeni kawałek jabłka- Nie zaszkodzi. Może to cię namówi na współpracę. Musimy poćwiczyć troszkę skoków bez wymigiwania się- ogier uniósł wyżej głowę, wypuszczając ciepłe powietrze z chrap i patrząc w dal- Ignorant- zmarszczyłam brwi i uśmiechnęłam się pod nosem.

Chwyciłam wodze w dłonie. Koń automatycznie zgiął głowę, a na widok przeszkody uniósł zaciekawiony uszy. Podpięłam popręg, sprawdzając ręką czy nie za mocno. Rozejrzałam się dookoła. Było cicho. Żadnej żywej duszy. Pewnie ten mróz wygnał wszystkich do domu albo do stajni. Bardzo możliwe, że towarzystwo również znajdowało się w hali. Szczerze mówiąc, nie przeszkadzał mi fakt, że wokół nikogo. I ja będę bardziej skupiona, i Rash nie odwali żadnego cyrku aby się popisać.
Rozgrzewka była standardowa i dosyć długa. Starałam się aby koń włożył w nią całego siebie, co nie stanowiło problemu. Oczywiście nie pomijając mojej osoby, która zmachała się już przy kilku pierwszych ćwiczeniach. W końcu stwierdziłam, że jesteśmy gotowi.
-No. Mistrzuniu. Pokaż, że jednak potrafisz- delikatnie przycisnęłam łydkę, zbierając wodze na początek. Ogier ruszył galopem. Już po chwili mieliśmy skoczyć pierwszą przeszkodę, która...
...nie wyszła nam najgorzej. Wręcz powiem perfekcyjnie. Byłam dumna z Miśka. Poklepałam go po szyi, kierując na drugą. Jednak tu już nie miałam szczęścia. Gdyż jak zwykle napotkałam się z drobnym oporem. Pomimo tego, ogier skoczył ją. Przeszliśmy do kłusa.
-Potrafisz skakać cross`owe przeszkody, a ta sprawia ci problemy. Oj kochany... wymagający jesteś- położyłam głowę na szyi konia, który delikatnie ją opuścił, prychając cicho. Po chwili jednak zatrzymał się i stanął w miejscu, unosząc ją do góry. Podniosłam oczy, kierując je w stronę obiektu zainteresowania Rashaano. Człowiek, stojący przy ogrodzeniu, uważnie nam się przyglądał. Nie widziałam nic prócz odbijającej się granatowej kurtki. Nie wiedziałam nawet kiedy przyszedł i od jakiego czasu tu stał. Koń głęboko wdychał powietrze do płuc, wręcz czułam przez siodło jak jego brzuch unosi się do góry to opada. Miał szeroko rozwarte chrapy i widać było, że podejście do nieznajomego będzie niełatwe. Cóż... będzie trzeba. Najwyżej zaliczę kolejny upadek z rzędu. Pogładziłam konia blisko zaczynającej się linii grzywy. Wolnym krokiem zbliżaliśmy się coraz bliżej. Gdy dzieliły nas dosłownie dwa metry, ukochany Misio musiał się zatrzymać i zaprotestować dalszego zbliżania, choć doskonale widział, że to nic strasznego. Zamachnął się głową i podskoczył. Poczułam jak delikatnie osuwam się z siodła. Widocznie musiał być to tak mocny impuls. Koń daleko nie odbiegł. Stanął obok pierwszej przeszkody i zarżał cicho, dając znak, że to ja mam do niego przyjść. Zniżył głowę na znak przeprosin. Wstałam, otrzepując się i bez większego zastanowienia ani przyjrzenia się osobie obok, odezwałam się.
-Przepraszam za niego. On... on czasem ma takie... dziwne zachowania- pokręciłam głową, kierując spojrzenie w stronę wierzchowca.

Serdecznie zapraszam do dokończenia c:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz