Jęknąłem czując jak ktoś po mnie skacze. A raczej siedzi i podskakuje. Na mojej twarzy pojawił się grymas. Na początku chciałem zrzucić z siebie niechcianego osobnika. Jednak ten nie dał się. Jęknąłem ponownie. Powoli otworzyłem oczy. Ukazał mi się dość niecodzienny widok. Mianowicie, Susanne wesoła jak dziecko skakała po moim brzuchu abym się obudził. Widząc to, że w końcu wstałem uśmiechnęła się szeroko.
- W końcu się obudziłeś! - niemalże wykrzyczała i przytuliła mnie mocno.
- Dusisz Sus... - wyjęczałem czując jak jej ręce coraz bardziej się zaciskają wokół mnie.
- Och... Przepraszam - powiedziała skruszona i odsunęła się. Jednak zaraz znowu uśmiechnęła się promiennie.
- Ech... Co ty tutaj w ogóle robisz? - zapytałem niepewnie po chwili.
- No co ty?! Nie pamiętasz?! Dzisiaj mikołajki! - krzyknęła uradowana.
Westchnąłem. No tak. Dzisiaj mamy szósty grudnia. Powinienem się domyślić, że w tym dniu musi być jakieś święto. Szczególnie widząc zachowanie mojej siostry. Zawsze podczas nich jakimś cudem magicznie się zmieniała. Zazwyczaj poważna, profesjonalna i wiecznie dogryzająca mi dziewczyna w takim czasie zaczynała się zachowywać niczym dziecko. Nie wiem czemu tak się działo. Jednak była taka jedynie w święta takie jak mikołajki, wigilia, Wielkanoc i inne podobne wydarzenia.
- Nigdy nie zrozumiem co się z tobą dzieje w takie dni - westchnąłem i przetarłem twarz ręką.
Na te słowa moja siostra jedynie wzruszyła ramionami. Po chwili ciszy ponownie zaczęło po mnie skakać. Do tego jeszcze szarpała mnie za ramiona.
- Wstawaj z łóżka! Nie możesz przegapić takiego dnia! Mam prezenty! Zresztą dowiedziałam się, że masz dzisiaj występ! - wykrzyczała co chwilę wymachując rękami na różne strony.
- Dobra, dobra. Już wstaję, ale proszę cię. Przestań już skakać i zejdź ze mnie - jęknąłem.
Susanne słysząc moje słowa momentalnie poderwała się na nogi. Stanęła obok łóżka przewiercając mnie wzrokiem. No cóż... Trzeba wstać. Powoli podniosłem się do pozycji siedzącej, a następnie wstałem z łóżka. Byłem w samych bokserkach, ale najwidoczniej mej siostrze to w ogóle nie przeszkadzało. Od razu niemalże wepchnęła mnie do łazienki. Ech... W takich dniach nie opłaca się z nią kłócić. I tak zawsze postawi na swoim. Wziąłem prysznic podczas, którego postanowiłem także umyć głowę. Wychodząc najpierw wytarłem się, potem owinąłem jeden z ręczników wokół bioder, a drugim wycierałem włosy. Wyszedłem z łazienki. Od razu zostały w moją stronę rzucone ubrania. Chwyciłem je i zdziwiony spojrzałem na siostrę.
- No co się tak patrzysz? Ubieraj się - powiedziała i założyła ręce na piersi, patrząc wymownie na łazienkę.
Westchnąłem i wróciłem do pomieszczenia. Założyłem na siebie ubrania wybrane przez Susanne. Należą do nich: bokserki, granatowa bluzka z długim rękawem i szare spodnie, które podwinąłem na końcach. Całość prezentowała się całkiem znośnie. Założyłem jeszcze zegarek, który leżał na szafce. Wyszedłem z pomieszczenia. Dziewczyna zaklaskała w ręce widząc mnie. Boże... Ona serio zachowuje się jak dziecko.
- Czyli dobrze wyglądam - zaśmiałem się.
Susanne szybko pokiwała głową na znak, że się zgadza.
- To... Co teraz? - zapytałem niepewnie.
- No jak to co?! Czas na prezenty! - zapiszczała podekscytowana.
Szybko podbiegła do drzwi. Dopiero teraz zauważyłem leżące obok nich prezenty. Wzięła do ręki ten największy. Podeszła do mnie próbując zapanować nad piskiem podekscytowania.
- Otwórz najpierw ten ode mnie - powiedziała i niemalże wepchnęła mi w ręce pakunek.
Wiedziałem, że coś w opakowaniu było twarde. Jednak nie miałem pewności czy to nie jest na przykład szkło. Dlatego też bardzo ostrożnie zacząłem to rozpakowywać. Po chwili moim oczom ukazała się całkiem nowa deska.
Na moich ustach pojawił się szeroki uśmiech. Moja obecna deska była już dość stara i poniszczona. Jednak sam jakoś nie mogłem się przemóc aby zakupić nową i jednocześnie pozbyć się tej co miałem. Ale teraz... Skoro to Susanne mi ją kupiła to całkiem inna sprawa. Jeszcze dzisiaj ją wypróbuję.
- Poczekaj. Też mam coś dla ciebie - szybko powiedziałem widząc jak dziewczyna kieruje się po kolejny prezent.
Momentalnie stanęła w miejscu i spojrzała na mnie z zaciekawieniem. Odłożyłem nową deskorolkę na łóżka, a sam skierowałem się do szafki nocnej. Otworzyłem drzwiczki i wyciągnąłem z niej niewielki pakunek owinięty niebieską folią ozdobną z niewielkimi śnieżkami w różnych miejscach. Podszedłem do siostry i podałem jej prezent. Ta z zaciekawieniem zaczęła go oglądać ze wszystkich stron. Po chwili jednak zaprzestała tej czynności i po prostu rozerwała papier. Otworzyła niewielkie pudełeczko i niemalże od razu rzuciła mi się na szyję. Oczywiście uważając na pakunek. Co chwilę powtarzała słowo dziękuję.
- Dobrze, dobrze Sus. Już wystarczy - zaśmiałem się po kilku minutach.
Ta w końcu oderwała się ode mnie i z zafascynowaniem oglądała wyciągnęła z pudełka swoje prezenty, i dokładnie się im przyglądała. A był to naszyjnik oraz zestaw kilku bransoletek wraz z zegarkiem.
Po chwili założyła na rękę jeden ze swoich prezentów. Spojrzała na mnie z niemym pytaniem i podała naszyjnik. Zrozumiałem, że chce aby jej go założył. Kazałem jej się odwrócić. Kiedy to zrobiła ostrożnie zapiąłem naszyjnik za jej szyją. Susanne odwróciła się w moją stronę, spojrzała jeszcze raz na prezenty i uśmiechnęła się promiennie
- To teraz jeszcze prezent dla ciebie od rodziców - powiedziała podając mi pudełko.
Kiedy ona zdążyła po to pójść. Przecież cały czas stałem obok. Jak? Dobra... Nie ważne. To po prostu była moja siostra. Jej się nigdy nie zrozumie. Wziąłem głęboki wdech i ciężko wypuściłem powietrze. Otworzyłem wieczko pudełka, a moje oczy momentalnie się powiększyły. Nie mogłem uwierzyć w to co dostałem. W opakowaniu znajdowała się bransoletka z zawieszką w kształcie wilka oraz księżyca, do którego przyczepione były "piórka". Dalej były trzy naszyjniki. Na wszystkich znajdował się taki sam wilk. Różniły się jedynie napisami na przywieszkach "Alpha", "Beta" i "Omega". Obok znajdowały się trzy pakunki. Powoli odpakowałem je. Moim oczom ukazały się figurki wilków. I to nie byle jakich. To były jedne z tych najdroższych. Do tego wszystkie były ręcznie robione. No nie... Jakby tego nie było dość, to wszystkie trzy są z edycji limitowanej. Wyprodukowano jedynie kilka egzemplarzy każdego z nich. Nie wiem skąd moi rodzice je wytrzasnęli. Musiały kosztować fortunę...
Figurki ostrożnie odłożyłem na jedną z wiszących półek. Nie mogłem pozwolić na to aby któryś z moich pupili je dorwał. Były za cenne. Bransoletkę założyłem na rękę, a na szyi zapiąłem sobie naszyjnik z napisem "Beta". Dwa inne włożyłem do szuflady. Właśnie! A gdzie są moje dwa urwisy? Jakoś za spokojnie tu.
- Susanne... Gdzie są moje psy? - zapytałem patrząc na nią podejrzliwie.
- Eee... Yy.... Zawiozłam je do tak zwanego hotelu dla psów? - zaśmiała się nerwowo.
- Co zrobiłaś?! - popatrzyłem na nią niedowierzająco.
- Noo... Wywiozłam je do hotelu. Ale chciałam dobrze! Nie chcę abyś się rozpraszał przed występem! Do tego chciałam aby ten dzień był tylko dla nas i najwyżej Nigerii... Bo z nią i tak nie mam co zrobić - powiedziała jakby chciała się usprawiedliwić.
- Boże... kobieto.... Ty nie myślisz. Wiesz co? Biorę prezent dla klaczy, potem mam trening, a następnie lekcje. Podczas nich zwalniam się na próbę. Więc... Masz czas do mniej więcej pierwszej aby sprowadzić moje pupile z powrotem. Inaczej możesz już nie pokazywać mi się dzisiaj na oczy - powiedziałem obojętnym tonem.
Chwyciłem ogromną torbę, w której znajdował się prezent dla Nigerii i wyszedłem z pokoju zostawiając Susanne samą. Byłem nieźle zirytowany. Nie mogłem uwierzyć, że odważyła zrobić się coś takiego. Ech.... Westchnąłem i skierowałem się do stajni.
*chwilę potem w stajni*
Wszedłem do boksu Rii. Odłożyłem torbę z prezentami na bok i podszedłem do klaczy. Przytuliłem ją. Ta cicho zarżała widocznie ucieszona mą obecnością. Uśmiechnąłem się. Przy niej zawsze potrafiłem się uspokoić. Po chwili odsunąłem się i podszedłem do torby. Zacząłem w niej grzebać.
- No to co mała. Czas abyś i ty coś dostała - zaśmiałem się wyjmując z niej jeden z prezentów.
Pierwszym był nowy zestaw szczotek. Ten poprzedni już był całkiem zepsuty i nie nadawał się do użytku. Kolejne prezenty jednak nie były takie tanie... Zwykłe siodło i to do westernu.
Zacząłem oporządzać klacz. Oprócz siodła, które dostała jako prezent założyłem jej jeszcze kilka rzeczy - w tym czerwono-białą czapeczkę z rogami renifera - aby wczuć się bardziej w klimat. Końcowy efekt wyszedł całkiem niezły i jednocześnie odrobinę śmieszny. Szybko wyprowadziłem klacz poza budynek stajni. Przywiązałem ja i oddaliłem się. Wyciągnąłem telefon i zrobiłem zdjęcie.
Po chwili podszedłem ponownie do Rii. Wsiadłem na nią i podjechałem pod halę gdzie mieliśmy mieć trening z ujeżdżania. Pani Melanie już tam była. Każdemu z nas złożyła życzenia, a potem rozdała po paczce z różnymi słodyczami dla nas, jak i koni. Nie powiem. Miły gest. Następnie zarządziła, że dziewczyny, które miały brać udział w dzisiejszym występie mają mieć próbę. Jednak chłopcy mieli wolne. Sam postanowiłem chwilę poćwiczyć. Potem zaczęliśmy popisywać przed sobą różnymi sztuczkami. Nigeria tak się w to wszystko wciągnęła, że w pewnym momencie stanęła dęba. Nie dałem rady się w porę dobrze chwycić i zleciałem z grzbietu klaczy. Jęknąłem. Po chwili reszta grupy wraz z trenerką znaleźli się wokół mnie. Oczywiście na przedzie stała Ria, który wyraźnie była zmartwiona tym co się stało. Widziałem lekki strach i niepokój w jej oczach.
- Wszystko w porządku? - zapytała pani Melanie patrząc na mnie z troską.
- Tak, tak. Tylko lekko się potłukłem - powiedziałem i podniosłem się powoli. Skrzywiłem się na lekki ból w plecach. - Może lepiej odpuszczę sobie już dzisiejszy trening...
Wszyscy zgodnie pokiwali głowami zgadzając się ze mną. Chwyciłem za wodze Nigerii i powoli ruszyłem w stronę stajni...
*Jakiś czas później. Lekcje"
Po dzwonku wszyscy weszliśmy do klasy. Każdy usiadł na swoim miejscu. Ja, z racji, że nie przybyłem na początku roku tylko w jego trakcie siedziałem w pierwszej ławce pod ścianą. Na szczęście biurko nauczyciela znajdowało się przed tą przy oknie. Przynajmniej tyle. Mieliśmy akurat lekcje matematyki z panem Mark'iem. Zastanawiałem się czy poprowadzi normalne zajęcia czy może zrobi lekcje wolną.
- Wyciągnijcie karteczki - powiedział z obojętną miną nauczyciel.
Wszyscy momentalnie jęknęli słysząc to. Nawet w mikołajki nie mógł nam odpuścić...
- No nie marudzić tylko do roboty - powiedział zaraz.
Po chwili każdy miał przed sobą kartkę z imieniem i nazwiskiem oraz długopis w ręce. Pan Mark zaczął dyktować pytania. Nie wiedziałem o co chodzi. To było na poziomie podstawówki. Po kilku minutach wszyscy mieli już wszystko napisane. Oddaliśmy kartki nauczycielowi. Pan Mark nawet na nie nie spojrzał. Zaczął po prostu wstawiać oceny do dziennika. Po kolei czytał numerki i każdy dostał sześć.
- No co się tak na mnie patrzycie? Są mikołajki, a ja chciałem wstawić każdemu szóstki... A że za nic nie mogę to zrobiłem kartkówkę - uśmiechnął się ciepło.
Cała klasa momentalnie zaczęła się śmiać i dziękować w między czasie profesorowi. Potem było jeszcze lepiej. Pan Mark zadecydował, że się trochę "zabawimy" i zrobił nam karaoke. Po kolei każdy śpiewał jakąś piosenkę świąteczną. Czasami reszta osób przyłączała się. W pewnym momencie cała sala zaczęła skandować "PAN MARK!" chcąc przekonać go do wzięcia udziału w karaoke. Po kilku minutach w końcu nam uległ. Jak tylko zaczął śpiewać zaczęliśmy głośno klaskać.
Jako następne zajęcia był język łaciński. Nauczał go Pan Alfredo. Tam także nie mieliśmy się jak nudzić. Zrobił on konkurs wiedzy o mikołajkach. Mimo, że niektórzy praktycznie nic nie wiedzieli to i tak każdy chętnie się przyłączał do zabawy. Wygrała go jakaś nieznana mi dziewczyna o imieniu Luna. Jednak nikt się nie przejmował tym, że przegrał. Liczyła się dobra zabawa. Na koniec także Pan Alfredo wstawił każdemu piątki, a tamtej dziewczynie szóstkę. A! No i jeszcze gdzieś w trakcie rozdał wszystkich czapki mikołaja oraz nakręcił z nami filmik świąteczny. Także zgodził się abyśmy wraz z nim wykonali manekin challange. Chyba dzisiaj nie będzie się dało nudzić.
Po tych dwóch lekcjach jednak postanowiłem się zmyć. Miałem niby mieć próbę dopiero za godzinę jednak wolałem jeszcze sam trochę potrenować. Musiałem jeszcze wszystko dopracować. Nie mogłem pozwolić sobie na błędy. Powolnym krokiem ruszyłem do mego pokoju.
*Pokój Noaha*
Otworzyłem drzwi i wszedłem do pomieszczenia. Było puste. Czyżby moja kochana siostrzyczka postanowiła jednak posłuchać mnie i pojechać po moje psy? Niech tak lepiej będzie. Bo jak mi ich nie przywiezie to chyba ją zabiję. Westchnąłem i rozejrzałem się po pokoju. Zacząłem zbierać rzeczy z podłogi i odkładać je na miejsce. Po oczyszczeniu i zrobieniu sobie miejsca do tańca zacząłem trenować.
[od początku do 1:25]
Skończyłem idealnie aby wybrać się na próbę. Wyszedłem z pokoju i skierowałem się na salę gimnastyczną. Tam mieliśmy mieć próbę generalną. Potem chwilę wolnego, a następnie występ. Powoli ruszyłem na miejsce "spotkania".
*Po próbie. Pokój Noaha*
Była już trzynasta. Wszedłem do pokoju z zaciętą miną. Do tej właśnie godziny Susanne miała czas aby przyprowadzić Dashie i Secret'a. Rozejrzałem się wokół. Przed łóżkiem stała dziewczyna, a na jej twarzy widać było niepewność. W ręce trzymała dwie smycze, do których przyczepione były moje dwa skarby. Szybko podbiegłem tam. Odpiąłem psiaki, które rzuciły się na mnie liżąc po twarzy. Zaśmiałem się. Po kilku minutach odsunąłem ich od siebie.
- Tak. Wiem. Ja też się cieszę, ale chyba chcecie zobaczyć swoje prezenty - powiedział uśmiechając się szeroko.
Psiaki jakby zrozumiały co mówię i stały się jeszcze bardziej szczęśliwe. Wesoło merdały ogonami i szczekały donośnie. Zaśmiałem się ponownie i podszedłem do szafki wiszącej na ścianie. Otworzyłem ją, a następnie wyciągnąłem z niej dwa kosze i pudełko. Odłożyłem je na ziemi. Odwróciłem się w stronę pupili i kazałem im aby każdy usiadł. Kiedy to zrobiły przed każdą położyłem kosz, w którym znajdowały się różne smakołyki i zabawki. Ostatni pakunek był wspólny. Składał się z paczki poduszek i dwóch gryzaków.
Dashie i Secret chyba najbardziej ucieszyli się z nowych zabawek. Skąd taki wniosek? Od razu rozszarpali opakowania i zaczęli latać z nimi po pokoju. Zaśmiałem się widząc to. Po chwili spojrzałem na zegarek. Zaraz muszę być na sali, a potem występ. Westchnąłem i spojrzałem na moją siostrę.
- Ja spadam bo musimy jeszcze wszystko przyszykować. Jeżeli chcesz być na występie to przyjdź za jakieś pół godziny na salę gimnastyczną - powiedziałem do niej i ruszyłem w stronę wyjścia.
- Na pewno będę - krzyknęła abym usłyszał. Zaraz usłyszałem znowu. - Powodzenia!
- Nie dziękuję! - odkrzyknąłem i zaśmiałem się głośno.
*Występy*
Stałem wraz z Christianem, Dominic'iem i Harry'm na korytarzu przed drzwiami na salę. To właśnie z nimi miałem zatańczyć dzisiaj z okazji mikołajek. Na szczęście nie było to do żadnej kolędy tylko piosenki wybranej przez nas. Zaraz miał się zacząć nasz występ. Mimo wielu prób byliśmy na prawdę zestresowani. Mieliśmy nadzieję, że wszystko pójdzie idealnie. Jedynie Dominic wydawał się niczym nie przejmować.
- Boże... Jak możesz być taki spokojny? - jęknąłem.
- Nie myśl o tym po prostu. Nie myśl, że to występ publiczny. Po prostu rób to co kochasz - powiedział i uśmiechnął się lekko.
Może to dobry pomysł. Dam radę. Kiedy usłyszeliśmy głos, który wywoływał nas wbiegliśmy na salę. Muzyka zaczęła lecieć. Czas zaczął show...
[tak mniej więcej wyglądał ich taniec]
Kiedy muzyka przestała lecieć ukłoniliśmy się i z szerokimi uśmiechami na ustach wyszliśmy z sali. Udało się. Wszystko było idealne!
- Daliśmy radę! - krzyknął Harry.
Wszyscy zgodnie zaśmialiśmy się z naszego entuzjazmu. Po kilku minutach postanowiliśmy pójść na drugą część występów. Część jeździecką.
***
Wyszliśmy na dwór. Początkowa wersja była, że pokaz odbędzie się na hali. Jednak w ostatniej chwili plany zostały zmienione i odbywał się na czworoboku. Wszyscy staliśmy wokół niego. Czekaliśmy aż się zacznie. Po chwili wjechały na niego dziewczyny na swoich koniach. Każda z nich miała zjawiskowe stroje. Tak jak i ich wierzchowce. Najbardziej w oczy rzuciły mi się jednak trzy przedstawicielki płci pięknej. Dwie z nich były ubrane w sukienki, a motywem przewodnim była najwyraźniej biel i czerwień. Ta trzecia była natomiast zaprezentowana w różnych odcieniach niebieskiego.
Każdy jechał po kolei prezentując stroje. Potem ustawiły się w jednej linii. Kolejno występowała któraś z szeregu i prezentowała się. Z każdą osobą pokazy robiły się coraz bardziej widowiskowe. Z zadumy wyrwało mnie klepnięcie w ramię. Szybko odwróciłem głowę. Stała tam uśmiechnięta Susanne. Całym ciałem zwróciłem się w jej stronę. Ta momentalnie rzuciła mi się na szyję mocno przytulając. Odwzajemniłem uścisk.
- Byliście wspaniali - niemalże wykrzyknęła. - Nadal nie rozumiem czemu nie chcesz zostać profesjonalnym tancerzem. Po tym występie jestem święcie przekonana, że byłbyś idealny.
- Już o tym rozmawialiśmy Sus. Nie mam zamiaru znowu się powtarzać - westchnąłem.
- Na pewno nie da się zmienić twojego zdania? - zapytała wydymając wargę.
- Na pewno - powiedziałem stanowczo.
- Ech.. szkoda - jęknęła i odczepiła się ode mnie.
Odwróciłem się w stronę pokazu. Akurat była końcówka. Był to moment kiedy jedna z dziewczyn stanęła na koniu trzymając się wodzy, a ten stanął dęba. Nie powiem. Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie. Jednak występ się skończył... Czas wracać do siebie.
*Jakiś czas później. Stajnia*
Stałem w boksie Nigerii. Powoli przygotowywałem ją do popołudniowego treningu. Jednak nie wiem czemu, ale ta cały czas się wierciła. Po kilku minutach odpuściłem i odsunąłem się od niej. Westchnąłem. Podszedłem do mojego plecaka, który leżał w rogu. Otworzyłem go i wyciągnąłem z niego jabłko.
- Może jak dam ci to, to wtedy zaczniesz współpracować - powiedziałem cicho.
Klacz jakby mnie usłyszała i zarżała wesoło. Podszedłem do niej i wystawiłem rękę z jabłkiem przed siebie. Ria schyliła się i zabrał jedzenie. Po chwili po owocu nie było ani śladu. Powróciłem do przygotowywania klaczy. Na szczęście teraz była o wiele spokojniejsza. Zaczęła współpracować ze mną. Całe szczęście. Minęło kilkanaście minut i już miałem wyprowadzać klacz z boksu kiedy usłyszałem kogoś donośny głos. Wyszedłem na korytarz aby lepiej słyszeć.
- Uwaga! Trening popołudniowy jest odwołany! Każdy jest proszony o udanie się na salę gimnastyczną gdzie odbędzie się losowanie kto komu da prezent z okazji mikołajek! - wykrzyczał i wyszedł ze stajni.
Co? Jakie losowanie? Czyli z treningu nici... Podszedłem do Nigerii i pogłaskałem ją na pożegnanie. Sam wyszedłem z boksu klaczy i skierowałem się w stronę budynku.
***
Jako jeden z niewielu wpadłem na pomysł siedzenia na widowni. Było tam jeszcze kilka osób. Ale cóż. Tutaj nie musieliśmy się tak cisnąć jak ci na dole. A i tak wszystko doskonale słyszeliśmy. Mój wzrok był skierowany w miejsce gdzie znajdowali się dyrektor i dyrektorka. W ręce pani Ruby znajdowała się jakaś lista, a na przeciwko pana Sama, na stoliku stała szklana kula z karteczkami.
- W tej oto kuli znajdują się wasze imiona i nazwiska. Taką samą liczbę osób znajduje się w moich rękach. Za chwilę pan Sam będzie losował kto komu da prezent. Limit pieniężny to sto złoty - powiedziała dyrektorka.
Zaczęło się. Po kolei były wyczytywane imiona i nazwiska różnych osób. Czekałem tylko na moment kiedy dowiem się komu ja mam sprawić prezent. W międzyczasie oglądałem widok za oknem znajdującym się na przeciwko mnie. Padał śnieg.
- Noah Skyfull daje prezent Lucy Anderson - rozniósł się głos pani Ruby.
Czyli to tej osóbce mam coś sprawić. Jednak jest mały problem. Nie znam jej. No może wiem jedynie jak wygląda. Jednak to mi za wiele nie pomoże. Miałem jedynie nadzieję, że Susanne pomoże mi.
*chwilę później. Pokój Noaha*
Patrzyłem się na siostrę "natarczywym" wzorkiem. Mimo tego nie odzywaliśmy się.
- Czego chcesz? - powiedziała w końcu widząc, że inaczej nie odpuszczę.
- Potrzebuję twojej pomocy. Mam dać prezent jakiejś dziewczynie, której kompletnie nie znam - jęknąłem.
- Dobrze. Możesz na mnie liczyć. Pomogę ci. Chociaż sam powinieneś coś wymyślić - powiedziała.
- Dziękuję - uśmiechnąłem się promiennie.
- No to co? Czas na zakupy. Pojedziemy moim samochodem do miasta. Jakiś limit pieniężny? - zapytała.
- Sto złoty - powiedziałem od razu.
- Uuu... Trochę mało, ale dam radę - westchnęła.
Po chwili wyszliśmy z mojego pokoju. Zamknąłem za sobą drzwi na klucz. Powoli przemierzaliśmy korytarze budynku mieszkalnego. W końcu znaleźliśmy się na zewnątrz. Przeszliśmy na parking strzeżony. Szybko odnaleźliśmy samochód należący do Susanne. Dziewczyna wsiadła na miejsce kierowcy, a ja pasażera. Po chwili Sus odpaliła silnik i ruszyliśmy. Kierunek miasto.
*jakiś czas później. Jubiler*
Stanęliśmy pod jednym ze sklepów jubilerskich. Spojrzałem na siostrę niepewnie.
- Pamiętasz, że mój limit to sto złoty? -zapytałem.
- Doskonale o tym wiem. Daj działać profesjonalistce - powiedziała tylko i wyszła z samochodu.
Chcąc nie chcąc także to zrobiłem. Dziewczyna kliknęła przycisk na kluczach, a te się zablokowały. Szybko weszliśmy do sklepu. Susanne biegała od półki do półki. Cały czas zachwycała się różnymi rzeczami. Jednak po chwili mamrotała, że jest za drogie. Westchnąłem i podszedłem do obsługi.
- Przepraszam. Szukam jakiegoś prezentu na mikołajki dla dziewczyny. Tylko, że kompletnie jej nie znam i nie wiem co lubi. Do tego mam limit sto złoty. Mogłaby mi pani jakoś pomóc? - zapytałem.
- Oczywiście. Poczekaj chwilę. Zaraz przyniosę coś co idealnie będzie pasować na prezent - powiedziała i zniknęła na zapleczu.
Po chwili obok mnie znalazła się Susanne.
- Co tutaj robisz? - zapytała.
- Czekam. Poprosiłem o pomoc obsługę - powiedziałem i wzruszyłem ramionami.
- Ale... - już zaczęła mówić kiedy wróciła tamta kobieta.
Położyła przed nami naszyjnik. Na zawieszce miał baletnicę, a jej sukienka była w kryształkach.
- Jest idealny. Bierzemy go - powiedziała zafascynowana Susanne.
W sumie też mi się podobał. Więc bez żadnych kłótni zapłaciłem, a ekspedientka zapakowała mi go do ozdobnego pudełka. Podziękowaliśmy i wyszliśmy ze sklepu. Następnym celem była księgarnia.
*Przed księgarnią*
Wszedłem do dość starego i niewielkiego sklepu. Rozejrzałem się wokół. Posiadał on dwa piętra. Wszędzie znajdowały się półki z książkami. Niepewnie podszedłem do lady. Siedziała za nią jakaś starsza kobieta.
- Em... Mogłaby mi pani coś polecić? Potrzebuję prezentu dla dziewczyny tylko problem mam bo nie wiem co lubi - westchnąłem.
- Oczywiście kochaniutki. Co byś powiedział na "Zostań, jeśli kochasz"? Według mnie jest to bardzo piękna książka, która trafi do każdego serca - powiedziała kobieta.
- Okej. Skoro tak ją pani chwali to chętnie ją kupię - uśmiechnąłem się ciepło. - Ile płacę?
- Dwadzieścia złoty - odwzajemniła mój gest.
Po chwili podałem kobiecie odpowiedni banknot. Zabrałem książkę i wróciłem do samochodu siostry. Czas wracać do akademii.
*Następny dzień. Poranny trening*
Nadszedł ten moment. Właśnie na porannym treningu mieliśmy rozdać sobie prezenty. Na szczęście Lucy, której to miałem dać paczkę była w mojej grupie. Kiedy wszyscy się zebrali instruktor powiedział, że możemy już zacząć. Zanim zdążyłem zrobić jakikolwiek ruch podeszła do mnie jakaś dziewczyna. Wręczyła mi niewielki pakunek. Niepewnie otworzyłem go. W środku zobaczyłem sporej wielkości figurkę wilków. Wyglądały jakby skakały przez strumień. Prezent był jak najbardziej trafiony. Chciałem podziękować za niego jednak już nie było tamtej dziewczyny. Westchnąłem i odnalazłem wzrokiem Lucy. Po chwili zlokalizowałem ją. Zabrałem niewielki prezent zapakowany w czerwoną folię ozdobną w renifery. Ruszyłem przed siebie. Po chwili znalazłem się obok dziewczyny. Odchrząknąłem, a ta odwróciła się w moją stronę.
- Proszę. To dla ciebie - powiedziałem i podałem się paczkę.
Ta wzięła ją w ręce i podziękowała mi uśmiechając się. Odwzajemniłem gest. Lubiłem wywoływać na innych twarzach uśmiech. To było wspaniałe uczucie. Na pewno mogę zaliczyć te mikołajki do jednych z lepszych. Mam nadzieję, że przyszłoroczne będą takie same... A może nawet lepsze...
Ilość słów: 3767
- Nigdy nie zrozumiem co się z tobą dzieje w takie dni - westchnąłem i przetarłem twarz ręką.
Na te słowa moja siostra jedynie wzruszyła ramionami. Po chwili ciszy ponownie zaczęło po mnie skakać. Do tego jeszcze szarpała mnie za ramiona.
- Wstawaj z łóżka! Nie możesz przegapić takiego dnia! Mam prezenty! Zresztą dowiedziałam się, że masz dzisiaj występ! - wykrzyczała co chwilę wymachując rękami na różne strony.
- Dobra, dobra. Już wstaję, ale proszę cię. Przestań już skakać i zejdź ze mnie - jęknąłem.
Susanne słysząc moje słowa momentalnie poderwała się na nogi. Stanęła obok łóżka przewiercając mnie wzrokiem. No cóż... Trzeba wstać. Powoli podniosłem się do pozycji siedzącej, a następnie wstałem z łóżka. Byłem w samych bokserkach, ale najwidoczniej mej siostrze to w ogóle nie przeszkadzało. Od razu niemalże wepchnęła mnie do łazienki. Ech... W takich dniach nie opłaca się z nią kłócić. I tak zawsze postawi na swoim. Wziąłem prysznic podczas, którego postanowiłem także umyć głowę. Wychodząc najpierw wytarłem się, potem owinąłem jeden z ręczników wokół bioder, a drugim wycierałem włosy. Wyszedłem z łazienki. Od razu zostały w moją stronę rzucone ubrania. Chwyciłem je i zdziwiony spojrzałem na siostrę.
- No co się tak patrzysz? Ubieraj się - powiedziała i założyła ręce na piersi, patrząc wymownie na łazienkę.
Westchnąłem i wróciłem do pomieszczenia. Założyłem na siebie ubrania wybrane przez Susanne. Należą do nich: bokserki, granatowa bluzka z długim rękawem i szare spodnie, które podwinąłem na końcach. Całość prezentowała się całkiem znośnie. Założyłem jeszcze zegarek, który leżał na szafce. Wyszedłem z pomieszczenia. Dziewczyna zaklaskała w ręce widząc mnie. Boże... Ona serio zachowuje się jak dziecko.
- Czyli dobrze wyglądam - zaśmiałem się.
Susanne szybko pokiwała głową na znak, że się zgadza.
- To... Co teraz? - zapytałem niepewnie.
- No jak to co?! Czas na prezenty! - zapiszczała podekscytowana.
Szybko podbiegła do drzwi. Dopiero teraz zauważyłem leżące obok nich prezenty. Wzięła do ręki ten największy. Podeszła do mnie próbując zapanować nad piskiem podekscytowania.
- Otwórz najpierw ten ode mnie - powiedziała i niemalże wepchnęła mi w ręce pakunek.
Wiedziałem, że coś w opakowaniu było twarde. Jednak nie miałem pewności czy to nie jest na przykład szkło. Dlatego też bardzo ostrożnie zacząłem to rozpakowywać. Po chwili moim oczom ukazała się całkiem nowa deska.
![]() |
| Prezent od Susanne |
- Poczekaj. Też mam coś dla ciebie - szybko powiedziałem widząc jak dziewczyna kieruje się po kolejny prezent.
Momentalnie stanęła w miejscu i spojrzała na mnie z zaciekawieniem. Odłożyłem nową deskorolkę na łóżka, a sam skierowałem się do szafki nocnej. Otworzyłem drzwiczki i wyciągnąłem z niej niewielki pakunek owinięty niebieską folią ozdobną z niewielkimi śnieżkami w różnych miejscach. Podszedłem do siostry i podałem jej prezent. Ta z zaciekawieniem zaczęła go oglądać ze wszystkich stron. Po chwili jednak zaprzestała tej czynności i po prostu rozerwała papier. Otworzyła niewielkie pudełeczko i niemalże od razu rzuciła mi się na szyję. Oczywiście uważając na pakunek. Co chwilę powtarzała słowo dziękuję.
- Dobrze, dobrze Sus. Już wystarczy - zaśmiałem się po kilku minutach.
Ta w końcu oderwała się ode mnie i z zafascynowaniem oglądała wyciągnęła z pudełka swoje prezenty, i dokładnie się im przyglądała. A był to naszyjnik oraz zestaw kilku bransoletek wraz z zegarkiem.
Po chwili założyła na rękę jeden ze swoich prezentów. Spojrzała na mnie z niemym pytaniem i podała naszyjnik. Zrozumiałem, że chce aby jej go założył. Kazałem jej się odwrócić. Kiedy to zrobiła ostrożnie zapiąłem naszyjnik za jej szyją. Susanne odwróciła się w moją stronę, spojrzała jeszcze raz na prezenty i uśmiechnęła się promiennie
- To teraz jeszcze prezent dla ciebie od rodziców - powiedziała podając mi pudełko.
Kiedy ona zdążyła po to pójść. Przecież cały czas stałem obok. Jak? Dobra... Nie ważne. To po prostu była moja siostra. Jej się nigdy nie zrozumie. Wziąłem głęboki wdech i ciężko wypuściłem powietrze. Otworzyłem wieczko pudełka, a moje oczy momentalnie się powiększyły. Nie mogłem uwierzyć w to co dostałem. W opakowaniu znajdowała się bransoletka z zawieszką w kształcie wilka oraz księżyca, do którego przyczepione były "piórka". Dalej były trzy naszyjniki. Na wszystkich znajdował się taki sam wilk. Różniły się jedynie napisami na przywieszkach "Alpha", "Beta" i "Omega". Obok znajdowały się trzy pakunki. Powoli odpakowałem je. Moim oczom ukazały się figurki wilków. I to nie byle jakich. To były jedne z tych najdroższych. Do tego wszystkie były ręcznie robione. No nie... Jakby tego nie było dość, to wszystkie trzy są z edycji limitowanej. Wyprodukowano jedynie kilka egzemplarzy każdego z nich. Nie wiem skąd moi rodzice je wytrzasnęli. Musiały kosztować fortunę...
Figurki ostrożnie odłożyłem na jedną z wiszących półek. Nie mogłem pozwolić na to aby któryś z moich pupili je dorwał. Były za cenne. Bransoletkę założyłem na rękę, a na szyi zapiąłem sobie naszyjnik z napisem "Beta". Dwa inne włożyłem do szuflady. Właśnie! A gdzie są moje dwa urwisy? Jakoś za spokojnie tu.
- Susanne... Gdzie są moje psy? - zapytałem patrząc na nią podejrzliwie.
- Eee... Yy.... Zawiozłam je do tak zwanego hotelu dla psów? - zaśmiała się nerwowo.
- Co zrobiłaś?! - popatrzyłem na nią niedowierzająco.
- Noo... Wywiozłam je do hotelu. Ale chciałam dobrze! Nie chcę abyś się rozpraszał przed występem! Do tego chciałam aby ten dzień był tylko dla nas i najwyżej Nigerii... Bo z nią i tak nie mam co zrobić - powiedziała jakby chciała się usprawiedliwić.
- Boże... kobieto.... Ty nie myślisz. Wiesz co? Biorę prezent dla klaczy, potem mam trening, a następnie lekcje. Podczas nich zwalniam się na próbę. Więc... Masz czas do mniej więcej pierwszej aby sprowadzić moje pupile z powrotem. Inaczej możesz już nie pokazywać mi się dzisiaj na oczy - powiedziałem obojętnym tonem.
Chwyciłem ogromną torbę, w której znajdował się prezent dla Nigerii i wyszedłem z pokoju zostawiając Susanne samą. Byłem nieźle zirytowany. Nie mogłem uwierzyć, że odważyła zrobić się coś takiego. Ech.... Westchnąłem i skierowałem się do stajni.
*chwilę potem w stajni*
Wszedłem do boksu Rii. Odłożyłem torbę z prezentami na bok i podszedłem do klaczy. Przytuliłem ją. Ta cicho zarżała widocznie ucieszona mą obecnością. Uśmiechnąłem się. Przy niej zawsze potrafiłem się uspokoić. Po chwili odsunąłem się i podszedłem do torby. Zacząłem w niej grzebać.
- No to co mała. Czas abyś i ty coś dostała - zaśmiałem się wyjmując z niej jeden z prezentów.
Pierwszym był nowy zestaw szczotek. Ten poprzedni już był całkiem zepsuty i nie nadawał się do użytku. Kolejne prezenty jednak nie były takie tanie... Zwykłe siodło i to do westernu.
Zacząłem oporządzać klacz. Oprócz siodła, które dostała jako prezent założyłem jej jeszcze kilka rzeczy - w tym czerwono-białą czapeczkę z rogami renifera - aby wczuć się bardziej w klimat. Końcowy efekt wyszedł całkiem niezły i jednocześnie odrobinę śmieszny. Szybko wyprowadziłem klacz poza budynek stajni. Przywiązałem ja i oddaliłem się. Wyciągnąłem telefon i zrobiłem zdjęcie.
![]() |
| Wygląd Nigerii mniej więcej |
- Wszystko w porządku? - zapytała pani Melanie patrząc na mnie z troską.
- Tak, tak. Tylko lekko się potłukłem - powiedziałem i podniosłem się powoli. Skrzywiłem się na lekki ból w plecach. - Może lepiej odpuszczę sobie już dzisiejszy trening...
Wszyscy zgodnie pokiwali głowami zgadzając się ze mną. Chwyciłem za wodze Nigerii i powoli ruszyłem w stronę stajni...
*Jakiś czas później. Lekcje"
Po dzwonku wszyscy weszliśmy do klasy. Każdy usiadł na swoim miejscu. Ja, z racji, że nie przybyłem na początku roku tylko w jego trakcie siedziałem w pierwszej ławce pod ścianą. Na szczęście biurko nauczyciela znajdowało się przed tą przy oknie. Przynajmniej tyle. Mieliśmy akurat lekcje matematyki z panem Mark'iem. Zastanawiałem się czy poprowadzi normalne zajęcia czy może zrobi lekcje wolną.
- Wyciągnijcie karteczki - powiedział z obojętną miną nauczyciel.
Wszyscy momentalnie jęknęli słysząc to. Nawet w mikołajki nie mógł nam odpuścić...
- No nie marudzić tylko do roboty - powiedział zaraz.
Po chwili każdy miał przed sobą kartkę z imieniem i nazwiskiem oraz długopis w ręce. Pan Mark zaczął dyktować pytania. Nie wiedziałem o co chodzi. To było na poziomie podstawówki. Po kilku minutach wszyscy mieli już wszystko napisane. Oddaliśmy kartki nauczycielowi. Pan Mark nawet na nie nie spojrzał. Zaczął po prostu wstawiać oceny do dziennika. Po kolei czytał numerki i każdy dostał sześć.
- No co się tak na mnie patrzycie? Są mikołajki, a ja chciałem wstawić każdemu szóstki... A że za nic nie mogę to zrobiłem kartkówkę - uśmiechnął się ciepło.
Cała klasa momentalnie zaczęła się śmiać i dziękować w między czasie profesorowi. Potem było jeszcze lepiej. Pan Mark zadecydował, że się trochę "zabawimy" i zrobił nam karaoke. Po kolei każdy śpiewał jakąś piosenkę świąteczną. Czasami reszta osób przyłączała się. W pewnym momencie cała sala zaczęła skandować "PAN MARK!" chcąc przekonać go do wzięcia udziału w karaoke. Po kilku minutach w końcu nam uległ. Jak tylko zaczął śpiewać zaczęliśmy głośno klaskać.
Jako następne zajęcia był język łaciński. Nauczał go Pan Alfredo. Tam także nie mieliśmy się jak nudzić. Zrobił on konkurs wiedzy o mikołajkach. Mimo, że niektórzy praktycznie nic nie wiedzieli to i tak każdy chętnie się przyłączał do zabawy. Wygrała go jakaś nieznana mi dziewczyna o imieniu Luna. Jednak nikt się nie przejmował tym, że przegrał. Liczyła się dobra zabawa. Na koniec także Pan Alfredo wstawił każdemu piątki, a tamtej dziewczynie szóstkę. A! No i jeszcze gdzieś w trakcie rozdał wszystkich czapki mikołaja oraz nakręcił z nami filmik świąteczny. Także zgodził się abyśmy wraz z nim wykonali manekin challange. Chyba dzisiaj nie będzie się dało nudzić.
Po tych dwóch lekcjach jednak postanowiłem się zmyć. Miałem niby mieć próbę dopiero za godzinę jednak wolałem jeszcze sam trochę potrenować. Musiałem jeszcze wszystko dopracować. Nie mogłem pozwolić sobie na błędy. Powolnym krokiem ruszyłem do mego pokoju.
*Pokój Noaha*
Otworzyłem drzwi i wszedłem do pomieszczenia. Było puste. Czyżby moja kochana siostrzyczka postanowiła jednak posłuchać mnie i pojechać po moje psy? Niech tak lepiej będzie. Bo jak mi ich nie przywiezie to chyba ją zabiję. Westchnąłem i rozejrzałem się po pokoju. Zacząłem zbierać rzeczy z podłogi i odkładać je na miejsce. Po oczyszczeniu i zrobieniu sobie miejsca do tańca zacząłem trenować.
Skończyłem idealnie aby wybrać się na próbę. Wyszedłem z pokoju i skierowałem się na salę gimnastyczną. Tam mieliśmy mieć próbę generalną. Potem chwilę wolnego, a następnie występ. Powoli ruszyłem na miejsce "spotkania".
*Po próbie. Pokój Noaha*
Była już trzynasta. Wszedłem do pokoju z zaciętą miną. Do tej właśnie godziny Susanne miała czas aby przyprowadzić Dashie i Secret'a. Rozejrzałem się wokół. Przed łóżkiem stała dziewczyna, a na jej twarzy widać było niepewność. W ręce trzymała dwie smycze, do których przyczepione były moje dwa skarby. Szybko podbiegłem tam. Odpiąłem psiaki, które rzuciły się na mnie liżąc po twarzy. Zaśmiałem się. Po kilku minutach odsunąłem ich od siebie.
- Tak. Wiem. Ja też się cieszę, ale chyba chcecie zobaczyć swoje prezenty - powiedział uśmiechając się szeroko.
Psiaki jakby zrozumiały co mówię i stały się jeszcze bardziej szczęśliwe. Wesoło merdały ogonami i szczekały donośnie. Zaśmiałem się ponownie i podszedłem do szafki wiszącej na ścianie. Otworzyłem ją, a następnie wyciągnąłem z niej dwa kosze i pudełko. Odłożyłem je na ziemi. Odwróciłem się w stronę pupili i kazałem im aby każdy usiadł. Kiedy to zrobiły przed każdą położyłem kosz, w którym znajdowały się różne smakołyki i zabawki. Ostatni pakunek był wspólny. Składał się z paczki poduszek i dwóch gryzaków.
Dashie i Secret chyba najbardziej ucieszyli się z nowych zabawek. Skąd taki wniosek? Od razu rozszarpali opakowania i zaczęli latać z nimi po pokoju. Zaśmiałem się widząc to. Po chwili spojrzałem na zegarek. Zaraz muszę być na sali, a potem występ. Westchnąłem i spojrzałem na moją siostrę.
- Ja spadam bo musimy jeszcze wszystko przyszykować. Jeżeli chcesz być na występie to przyjdź za jakieś pół godziny na salę gimnastyczną - powiedziałem do niej i ruszyłem w stronę wyjścia.
- Na pewno będę - krzyknęła abym usłyszał. Zaraz usłyszałem znowu. - Powodzenia!
- Nie dziękuję! - odkrzyknąłem i zaśmiałem się głośno.
*Występy*
Stałem wraz z Christianem, Dominic'iem i Harry'm na korytarzu przed drzwiami na salę. To właśnie z nimi miałem zatańczyć dzisiaj z okazji mikołajek. Na szczęście nie było to do żadnej kolędy tylko piosenki wybranej przez nas. Zaraz miał się zacząć nasz występ. Mimo wielu prób byliśmy na prawdę zestresowani. Mieliśmy nadzieję, że wszystko pójdzie idealnie. Jedynie Dominic wydawał się niczym nie przejmować.
- Boże... Jak możesz być taki spokojny? - jęknąłem.
- Nie myśl o tym po prostu. Nie myśl, że to występ publiczny. Po prostu rób to co kochasz - powiedział i uśmiechnął się lekko.
Może to dobry pomysł. Dam radę. Kiedy usłyszeliśmy głos, który wywoływał nas wbiegliśmy na salę. Muzyka zaczęła lecieć. Czas zaczął show...
Kiedy muzyka przestała lecieć ukłoniliśmy się i z szerokimi uśmiechami na ustach wyszliśmy z sali. Udało się. Wszystko było idealne!
- Daliśmy radę! - krzyknął Harry.
Wszyscy zgodnie zaśmialiśmy się z naszego entuzjazmu. Po kilku minutach postanowiliśmy pójść na drugą część występów. Część jeździecką.
***
Wyszliśmy na dwór. Początkowa wersja była, że pokaz odbędzie się na hali. Jednak w ostatniej chwili plany zostały zmienione i odbywał się na czworoboku. Wszyscy staliśmy wokół niego. Czekaliśmy aż się zacznie. Po chwili wjechały na niego dziewczyny na swoich koniach. Każda z nich miała zjawiskowe stroje. Tak jak i ich wierzchowce. Najbardziej w oczy rzuciły mi się jednak trzy przedstawicielki płci pięknej. Dwie z nich były ubrane w sukienki, a motywem przewodnim była najwyraźniej biel i czerwień. Ta trzecia była natomiast zaprezentowana w różnych odcieniach niebieskiego.
Każdy jechał po kolei prezentując stroje. Potem ustawiły się w jednej linii. Kolejno występowała któraś z szeregu i prezentowała się. Z każdą osobą pokazy robiły się coraz bardziej widowiskowe. Z zadumy wyrwało mnie klepnięcie w ramię. Szybko odwróciłem głowę. Stała tam uśmiechnięta Susanne. Całym ciałem zwróciłem się w jej stronę. Ta momentalnie rzuciła mi się na szyję mocno przytulając. Odwzajemniłem uścisk.
- Byliście wspaniali - niemalże wykrzyknęła. - Nadal nie rozumiem czemu nie chcesz zostać profesjonalnym tancerzem. Po tym występie jestem święcie przekonana, że byłbyś idealny.
- Już o tym rozmawialiśmy Sus. Nie mam zamiaru znowu się powtarzać - westchnąłem.
- Na pewno nie da się zmienić twojego zdania? - zapytała wydymając wargę.
- Na pewno - powiedziałem stanowczo.
- Ech.. szkoda - jęknęła i odczepiła się ode mnie.
Odwróciłem się w stronę pokazu. Akurat była końcówka. Był to moment kiedy jedna z dziewczyn stanęła na koniu trzymając się wodzy, a ten stanął dęba. Nie powiem. Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie. Jednak występ się skończył... Czas wracać do siebie.
*Jakiś czas później. Stajnia*
Stałem w boksie Nigerii. Powoli przygotowywałem ją do popołudniowego treningu. Jednak nie wiem czemu, ale ta cały czas się wierciła. Po kilku minutach odpuściłem i odsunąłem się od niej. Westchnąłem. Podszedłem do mojego plecaka, który leżał w rogu. Otworzyłem go i wyciągnąłem z niego jabłko.
- Może jak dam ci to, to wtedy zaczniesz współpracować - powiedziałem cicho.
Klacz jakby mnie usłyszała i zarżała wesoło. Podszedłem do niej i wystawiłem rękę z jabłkiem przed siebie. Ria schyliła się i zabrał jedzenie. Po chwili po owocu nie było ani śladu. Powróciłem do przygotowywania klaczy. Na szczęście teraz była o wiele spokojniejsza. Zaczęła współpracować ze mną. Całe szczęście. Minęło kilkanaście minut i już miałem wyprowadzać klacz z boksu kiedy usłyszałem kogoś donośny głos. Wyszedłem na korytarz aby lepiej słyszeć.
- Uwaga! Trening popołudniowy jest odwołany! Każdy jest proszony o udanie się na salę gimnastyczną gdzie odbędzie się losowanie kto komu da prezent z okazji mikołajek! - wykrzyczał i wyszedł ze stajni.
Co? Jakie losowanie? Czyli z treningu nici... Podszedłem do Nigerii i pogłaskałem ją na pożegnanie. Sam wyszedłem z boksu klaczy i skierowałem się w stronę budynku.
***
Jako jeden z niewielu wpadłem na pomysł siedzenia na widowni. Było tam jeszcze kilka osób. Ale cóż. Tutaj nie musieliśmy się tak cisnąć jak ci na dole. A i tak wszystko doskonale słyszeliśmy. Mój wzrok był skierowany w miejsce gdzie znajdowali się dyrektor i dyrektorka. W ręce pani Ruby znajdowała się jakaś lista, a na przeciwko pana Sama, na stoliku stała szklana kula z karteczkami.
- W tej oto kuli znajdują się wasze imiona i nazwiska. Taką samą liczbę osób znajduje się w moich rękach. Za chwilę pan Sam będzie losował kto komu da prezent. Limit pieniężny to sto złoty - powiedziała dyrektorka.
Zaczęło się. Po kolei były wyczytywane imiona i nazwiska różnych osób. Czekałem tylko na moment kiedy dowiem się komu ja mam sprawić prezent. W międzyczasie oglądałem widok za oknem znajdującym się na przeciwko mnie. Padał śnieg.
- Noah Skyfull daje prezent Lucy Anderson - rozniósł się głos pani Ruby.
Czyli to tej osóbce mam coś sprawić. Jednak jest mały problem. Nie znam jej. No może wiem jedynie jak wygląda. Jednak to mi za wiele nie pomoże. Miałem jedynie nadzieję, że Susanne pomoże mi.
*chwilę później. Pokój Noaha*
Patrzyłem się na siostrę "natarczywym" wzorkiem. Mimo tego nie odzywaliśmy się.
- Czego chcesz? - powiedziała w końcu widząc, że inaczej nie odpuszczę.
- Potrzebuję twojej pomocy. Mam dać prezent jakiejś dziewczynie, której kompletnie nie znam - jęknąłem.
- Dobrze. Możesz na mnie liczyć. Pomogę ci. Chociaż sam powinieneś coś wymyślić - powiedziała.
- Dziękuję - uśmiechnąłem się promiennie.
- No to co? Czas na zakupy. Pojedziemy moim samochodem do miasta. Jakiś limit pieniężny? - zapytała.
- Sto złoty - powiedziałem od razu.
- Uuu... Trochę mało, ale dam radę - westchnęła.
Po chwili wyszliśmy z mojego pokoju. Zamknąłem za sobą drzwi na klucz. Powoli przemierzaliśmy korytarze budynku mieszkalnego. W końcu znaleźliśmy się na zewnątrz. Przeszliśmy na parking strzeżony. Szybko odnaleźliśmy samochód należący do Susanne. Dziewczyna wsiadła na miejsce kierowcy, a ja pasażera. Po chwili Sus odpaliła silnik i ruszyliśmy. Kierunek miasto.
*jakiś czas później. Jubiler*
Stanęliśmy pod jednym ze sklepów jubilerskich. Spojrzałem na siostrę niepewnie.
- Pamiętasz, że mój limit to sto złoty? -zapytałem.
- Doskonale o tym wiem. Daj działać profesjonalistce - powiedziała tylko i wyszła z samochodu.
Chcąc nie chcąc także to zrobiłem. Dziewczyna kliknęła przycisk na kluczach, a te się zablokowały. Szybko weszliśmy do sklepu. Susanne biegała od półki do półki. Cały czas zachwycała się różnymi rzeczami. Jednak po chwili mamrotała, że jest za drogie. Westchnąłem i podszedłem do obsługi.
- Przepraszam. Szukam jakiegoś prezentu na mikołajki dla dziewczyny. Tylko, że kompletnie jej nie znam i nie wiem co lubi. Do tego mam limit sto złoty. Mogłaby mi pani jakoś pomóc? - zapytałem.
- Oczywiście. Poczekaj chwilę. Zaraz przyniosę coś co idealnie będzie pasować na prezent - powiedziała i zniknęła na zapleczu.
Po chwili obok mnie znalazła się Susanne.
- Co tutaj robisz? - zapytała.
- Czekam. Poprosiłem o pomoc obsługę - powiedziałem i wzruszyłem ramionami.
- Ale... - już zaczęła mówić kiedy wróciła tamta kobieta.
Położyła przed nami naszyjnik. Na zawieszce miał baletnicę, a jej sukienka była w kryształkach.
- Jest idealny. Bierzemy go - powiedziała zafascynowana Susanne.
W sumie też mi się podobał. Więc bez żadnych kłótni zapłaciłem, a ekspedientka zapakowała mi go do ozdobnego pudełka. Podziękowaliśmy i wyszliśmy ze sklepu. Następnym celem była księgarnia.
*Przed księgarnią*
Wszedłem do dość starego i niewielkiego sklepu. Rozejrzałem się wokół. Posiadał on dwa piętra. Wszędzie znajdowały się półki z książkami. Niepewnie podszedłem do lady. Siedziała za nią jakaś starsza kobieta.
- Em... Mogłaby mi pani coś polecić? Potrzebuję prezentu dla dziewczyny tylko problem mam bo nie wiem co lubi - westchnąłem.
- Oczywiście kochaniutki. Co byś powiedział na "Zostań, jeśli kochasz"? Według mnie jest to bardzo piękna książka, która trafi do każdego serca - powiedziała kobieta.
- Okej. Skoro tak ją pani chwali to chętnie ją kupię - uśmiechnąłem się ciepło. - Ile płacę?
- Dwadzieścia złoty - odwzajemniła mój gest.
Po chwili podałem kobiecie odpowiedni banknot. Zabrałem książkę i wróciłem do samochodu siostry. Czas wracać do akademii.
*Następny dzień. Poranny trening*
Nadszedł ten moment. Właśnie na porannym treningu mieliśmy rozdać sobie prezenty. Na szczęście Lucy, której to miałem dać paczkę była w mojej grupie. Kiedy wszyscy się zebrali instruktor powiedział, że możemy już zacząć. Zanim zdążyłem zrobić jakikolwiek ruch podeszła do mnie jakaś dziewczyna. Wręczyła mi niewielki pakunek. Niepewnie otworzyłem go. W środku zobaczyłem sporej wielkości figurkę wilków. Wyglądały jakby skakały przez strumień. Prezent był jak najbardziej trafiony. Chciałem podziękować za niego jednak już nie było tamtej dziewczyny. Westchnąłem i odnalazłem wzrokiem Lucy. Po chwili zlokalizowałem ją. Zabrałem niewielki prezent zapakowany w czerwoną folię ozdobną w renifery. Ruszyłem przed siebie. Po chwili znalazłem się obok dziewczyny. Odchrząknąłem, a ta odwróciła się w moją stronę.
- Proszę. To dla ciebie - powiedziałem i podałem się paczkę.
Ta wzięła ją w ręce i podziękowała mi uśmiechając się. Odwzajemniłem gest. Lubiłem wywoływać na innych twarzach uśmiech. To było wspaniałe uczucie. Na pewno mogę zaliczyć te mikołajki do jednych z lepszych. Mam nadzieję, że przyszłoroczne będą takie same... A może nawet lepsze...
Ilość słów: 3767


















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz