wtorek, 13 grudnia 2016

Od Agnes do Lydii

Słucham? Nie. Znaczy tak. Nie, nie wiem. Tak. - rzuciłam sukienkę na łóżko i z cichym westchnięciem rozmasowałam skronie. - Przepraszam cię, Lydia. Musisz dać mi trochę czasu.
-Tyrell. Tyrell, nie Lydia. - brunetka posłała mi chłodne spojrzenie.
-Tyrell. Postaram się w końcu zapamiętać. - odparłam równie zimno, zabolał mnie ton głosu dziewczyny. - Wiesz, jak trudno jest mi nawiązać z kimś znajomość? Nie nadaję się do tego, ale ty na potencjalną partnerkę wybrałaś akurat mnie.
-Nie wiem. To było płytkie. Żałosne. Protekcjonalne. - dziewczyna zacisnęła dłonie w pięści, starając się opanować drżenie głosu.
-Być może zdecydowałabym się na coś takiego, gdybyś dała mi więcej czasu. - kontynuowałam na pozór niewzruszona.
-Mój Boże, na prawdę? Nie odczuwam tego. Doctor mnie przestraszył i zrobił ze mnie idiotkę.
-No cóż. Człowiek uczy się przez całe życie. - splotłam ręce za plecami. - Droga Claro. - dodałam po chwili, z nutą ironii.
-Nie zwracaj mi uwagi i nie mów o dokręcaniu kółek do rowerka. I dość porównywania mnie do innych ludzi, których uważasz za przewidywalnych idiotów. - w oczach Lydii zebrały się łzy, już nawet nie próbowała panować nad sobą.
-Większość ludzkości to przewidywalni idioci, taka prawda. - westchnęłam, zdając sobie sprawę z tego, jak bardzo zjebałam sytuację. - W tym sympatycznym gronie jestem również ja.
-Znikaj, dobrze? Idź, gdzieś daleko. - dziewczyna jeszcze chwilę patrzyła na mnie, stojąc w drzwiach, lecz po chwili wyszła, z całej siły trzaskając nimi.
Jeszcze chwilę słyszałam szybkie, nerwowe kroki na korytarzu.
-Agnes, ty idiotko. Zjebałaś. Zjebałaś na całej linii. - opierając się plecami o ścianę, mocno uderzyłam w nią głową. - Gratulacje, Dwunasty Doctorze.
***
O świcie, jak co dzień obudził mnie dźwięk budzika w telefonie. Jednak dzisiaj nie zamierzałam gdziekolwiek iść, a na pewno nie na bieganie.
-Wyjdź. - warknęłam, szczelniej okrywając się kołdrą. Jakby komórka mogła to zrobić.
Wyłączyłam dźwięk i nakryłam się kołdrą, łącznie z głową. Miałam straszny humor. Nie chciałam iść do szkoły. Wytłumaczenie? Źle się czułam. Psychicznie. Nagle zadzwonił telefon. Zupełnie go zignorowałam, ktokolwiek to nie był, mam to gdzieś. Wychyliłam głowę spod kołdry i zaczęłam bezmyślnie wpatrywać się w sufit. Po jakimś czasie wygramoliłam się z łóżka. Wsadziłam dłonie do kieszeni bluzy, którą nosiłam jako piżamę. Podeszłam do szafy i wyciągnęłam z niej wielkie pudełko z drobnymi puzzlami, 5000 elementów. Tworzyły one panoramę Florencji. Usiadłam na puchatym dywanie, wysypałam puzzle na podłogę. Bez pośpiechu zaczęłam je układać, zaczynając od ramki. Co jakiś czas zastygałam w zamyśleniu. Miałam problem ze skupieniem się na panoramie, zamiast tego, co chwilę zerkałam za okno. Gdy po raz kolejny złapałam się na tym, westchnęłam ciężko. Podniosłam się, założyłam jeansy i czarne, nieco już wytarte trampki, nie opłacało mi się wiązać glanów, zaraz i tak musiałabym je zdejmować. Ruszyłam do akademikowej kuchni, wzięłam ze sobą ulubiony kubek. Zagotowałam wodę, z szafki wyciągnęłam czarną, mocną herbatę. Zaparzyłam ją, dodałam dwie kostki cukru trzcinowego. Przykryłam kubek talerzykiem, by herbata nie wystygła, ostrożnie, by się nie oparzyć, chwyciłam go za ucho i powróciłam do pokoju. Postawiłam naczynie na biurku, sama zaś wzięłam laptopa i walnęłam się na łóżko. Zaczęłam oglądać od początku całe Elementary. Tak, jak wcześniej było z puzzlami, tu też nie mogłam się skupić. Nie byłam w stanie zająć się kolejnym przestępstwem, na którego tropie był Holmes, wraz z Watson. Zresztą, dobrze wiedziałam, jak zakończy się odcinek, od dawna było mi wiadome, iż Irene Adler to Moriarty. Po paru minutach stwierdziłam, że herbata jest gotowa. Zdjęłam talerzyk, usiadłam na łóżku, opierając się plecami o ścianę i zaczęłam powoli sączyć ulubiony napój. Znowu uciekłam myślami zupełnie gdzie indziej. W końcu, zrezygnowana zamknęłam laptopa. Telefon zadzwonił po raz kolejny, tym razem stwierdziłam, że odbiorę. Spojrzałam na wyświetlacz. Mama.
-Cześć, mamo. Co tam u was? - spytałam, siląc się na beztroski ton.
-Ja właśnie w tej sprawie, Agnes.. - głos kobiety brzmiał bardzo smutno, co mnie zaniepokoiło. - Chodzi o to, że.. Maddie zmarła. - zupełnie nie dotarło do mnie to zdanie.
-Czy.. Możesz powtórzyć? - zapytałam.
-Maddison nie żyje. Miała cukrzycę. Nie powiedzieliśmy ci, bo nigdzie byś nie pojechała, a i tak opóźniłaś to o rok. Zmarła dzisiaj w nocy.
Zacisnęłam dłoń na komórce.
-Jak moglibyście? - zadałam pytanie, mój głos drżał. - Jak mogliście mi tego nie powiedzieć?! Ostatni raz widziałam siostrę, gdy odjeżdżaliście z Morgan. - wykrzyczałam, z oczu ciekły mi łzy.
Matka próbowała coś powiedzieć, ale rozłączyłam się i cisnęłam telefon na łóżko. Wybiegłam z pokoju, wpadając na kogoś. Gdy opuściłam wzrok, ujrzałam Lydię. Bez słowa cofnęłam się o krok, potem o dwa. Następnie odwróciłam się na pięcie i powróciłam do swego pokoju.

Lydia?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz