-Znowuż idziesz za wolno - otworzyłem drzwi, niemal zbiegając ze chodów. Odwróciłem się za idącą za mną Brooke, która posłała mi przelotne spojrzenie. Prychnęła coś pod nosem w ramach odpowiedzi z uśmiechem i stanęła na najwyższym schodku, rozglądając się dookoła.
-To ty idziesz za szybko - uniosła brwi - Jakoś nie widzę tłumów... - to miała być odpowiedź czysto złośliwa.
-A myślałaś, że niby jak gdzieś jadę to się zbierają tłumy? Szczerze mówiąc to teoretycznie tak, ale wtedy by cię zasłonili i nic byś nie widziała - uniosłem wzrok do góry, przejeżdżając palcami po podbródku.
-Nie jestem niska! - spiorunowała mnie spojrzeniem. Wyszczerzyłem się, mierząc ją przekonującym o swojej racji spojrzeniem.
-Jesteś... tylko po prostu przyzwyczaiłaś się do patrzenia z dołu i nie czujesz różnicy - wzruszyłem ramionami. Brooke odchyliła dolną wargę, biorąc głęboki wdech do płuc. Oho, gotuje się jakaś elokwentna wypowiedź. Ostatecznie jednak dziewczyna zrezygnowała, odwracając urażone spojrzenie i minęła mnie. Podążałem za nią wzrokiem, przy okazji obserwując czy nie znajduje się w zasięgu jej rąk.
-Jesteś złośliwą mendą - zmrużyła oczy i usiadła na murku, krzyżując opuszczone swobodnie nogi w dół. Wzruszyłem ramionami, podchodząc bliżej. Wskoczyłem na czerwone cegły obok, okręciłem się i oparłem plecami o zimną powierzchnię. Odchyliłem głowę do tyłu, próbując spojrzeć na twarz Brooke, jednak światło słońca uniemożliwiło mi to. Złączyłem dłonie, kładąc je na swojej klatce piersiowej i usilnie próbowałem jak najdłużej spoglądać na ignorującą mnie dziewczynę. Spuściła wzrok na dół po chwili kierując go na mnie. Jej twarz była kamienna, ale i tak wiedziałem, że w tej samej chwili uśmiecha się szeroko gdzieś wewnątrz.
-Bo się popłaczesz - zmrużyłem oczy, do których wpadło już za dużo światła.
-Przez ciebie. Ranisz moje uczucia - próbowałem złapać ją za ramię, ale leżąc do góry nogami nie było to wcale takie łatwe. Odsunęła się delikatnie, unosząc kąciki ust i wyciągnęła dłoń przed siebie w ramach zabezpieczenia swojej persony.
-I czemu się odsuwasz? - zapytałem pretensjonalnie, wyciągając coraz bardziej ręce.
-Bo sugerujesz, że jestem mała - uderzyła mnie w dłoń. Odsunąłem ją, robiąc obrażoną minę. Nie wolno mnie bić.
-Małe jest słodkie. Szczeniaczki są słodkie, kocięta są słodkie, chociaż nie... Sharika jest słodka tylko zewnętrznie, źrebaczki są słodkie... a jak je przytulasz to wręcz znikają w twoich ramionach - wyszczerzyłem się.
-Nie dusimy zwierzątek... - pokręciła głową - A tym bardziej mnie - zeskoczyła z murku, cofając się dwa kroki do tyłu. Usiadłem, próbując utrzymać jak najbardziej niewinną minę. Wyciągnąłem do przodu ręce, chcąc już do niej podejść, ale ostatecznie skończyło się na tym, że wepchnięto mnie w krzaki z tyłu. Dziewczyna zaśmiała się, wracając na murek i wychyliła głowę by sprawdzić czy nie utonąłem w zielonym gąszczu żywopłotu. Ogrodnik mnie zabije, a w najlepszym wypadku będzie się czaił z grabiami w ręce. Wstałem, otrzepując się z ziemi.
-Liście dodają ci tylko uroku - usłyszałem od Brooke. Pokręciłem głową, sam później się śmiejąc.
***
Po dwudziestu minutach spędzonych na opalaniu się w kurtce, leżąc na murku w obecności Brooke, na horyzoncie raczył się pojawić Lewis.-On żyje czy umarł? - usłyszałem pytanie kierujące się w stronę dziewczyny. Odwróciła głowę w moją stronę.
-Poczekaj chwilę... - zapadła chwila ciszy, po której wplątała mi dłoń we włosy i bezczelnie potargała. Podniosłem się gwałtownie, mierząc ją morderczym spojrzeniem - Jednak żyje.
-Dłużej nie można było? - poprawiłem się, patrząc na Lewisa. Chłopak wzruszył ramionami z szelmowskim uśmiechem - Czekałem tu prawie pół godziny z dziewczyną, która dopuściła się przestępstwa, zabijając mnie w krzakach...
-Szkoda, że nie zakopałam. Ten ogrodnik jednak by się przydał na parę chwil - posłała mi szeroki uśmiech. Prychnąłem, udając niezadowolonego.
-Gdzie Louis? - spytał czarnowłosy, widocznie nie chcąc się zbytnio wgłębiać w szczegóły.
-Czekał tak długo, że się rozpłynął - pokiwałem głową z poważną miną - Albo go zakopali - przeniosłem przymrużony wzrok na Brooke.
-Jedźmy zanim zaczniesz wymyślać teorie spiskowe - brunetka przewróciła oczami. Wstałem na nogi, podchodząc do Lewisa. Po chwili doszedł do nas Lou.
-Nigdy nie mów jej, że jest niska. Twoje żebra mogą ucierpieć - wyszeptałem, uśmiechając się w stronę dziewczyny, która przez chwilę zmierzyła mnie spojrzeniem - A najlepiej to wcale się nie odzywać.
-To ty znasz takie pojęcie jak cisza? - chłopak uniósł brwi do góry.
-Spędzisz w moim towarzystwie cały dzień...
-Jakbym nie spędzał go codziennie - przewrócił oczami - Zobacz, Lou nie spotyka ciebie na co dzień i jest opanowany, a ja odczuwam pewnego rodzaju drgania. Umysł podpowiada, że lepszym wyborem byłoby pozostanie na miejscu w akademii.
-Louis nadrobi zaległości, a ty przynajmniej nie będziesz tęsknił - pokiwałem głową z entuzjazmem.
-Zain... ale nie ty prowadzisz - Brooke niespodziewanie zabrała mi kluczyki z ręki. Hej! - Do Londynu mogę jechać, ale mam pewne obawy, że coś odwalisz.
-Ja?
-Jesteś wprost idealnym przykładem odpowiedzialności i roztropności - moją odpowiedź poprzedził Louis, wymieniając się porozumiewawczym spojrzeniem z Lewisem.
-Oczywiście, że tak...
***
Naturalnie, droga nie mogła się obyć bez małej wpadki, którą zarobiliśmy w niewielkim miasteczku tuż obok Londynu. Miałem się nie odzywać w tamtej chwili gryz wyraźnie dostałem znak od Lewisa abym lepiej siedział cicho gdy funkcjonariusz policji podejdzie. A mówiłem, że samochód to nie motor.
-Siedź cicho to się uda - czarnowłosy zmierzył mnie przelotnym spojrzeniem.
-Niby co? Zapłacić mniej? - oparłem się o siedzenie - Mam pomysł.
-Nie - Lewis pokręcił głową.
-Podobno posiadasz swój urok osobisty - uniosłem kąciki ust, powstrzymując nasuwający się szeroki uśmiech.
-Pan policjant na pewno się nabierze
-A jakby... - spojrzałem na Brooke, szturchając w ramię Lewisa. Chłopak odwrócił głowę w tą samą stronę, patrząc na dziewczynę, która zmierzyła naszą dwójkę jakby przestraszonym spojrzeniem. Pokiwałem głową z uniesionymi brwiami.
-Nie ma mowy - zaprzeczyła.
-Wybacz, ale na mnie ani na Lewisa nie poleci, chociaż...?
-Zain....
-No dobra. A taka ładna dziewczyna to zrobi tylko słodkie oczy i po sprawie - wzruszyłem ramionami, patrząc na Brooke - Albo sam oczaruję go swoim urokiem.
-Brooke, zgódź się, bo nas wpakują do więzienia jak on zacznie swoją pogadankę...
-I, że niby co mam mówić? - dziewczyna wzruszyła ramionami.
-Nie wiem. Zakręć go jakoś, powiedz, że ma fajny mundur... wykorzystaj fakt, że jesteś jedyną osobą, która ratuje tyłek Lewisowi...
-Ej, kto komu ratuje tyłek? - chłopak odwrócił się w moim kierunku - Raz już musiałem uciekać przed policją. Nie zamierzam drugi raz być przeciągniętym przez połowę miasta i wybiec nie wiadomo gdzie...
Lewis?
Tak jak obiecałam. Nie jest cudowne, ale jest. Życzę powodzenia ♥
I co jak zwykle Lewis ratuj, tak?
OdpowiedzUsuń