Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zain. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zain. Pokaż wszystkie posty

sobota, 25 sierpnia 2018

Odejście

 Żegnamy z dniem dzisiejszym cztery postacie, które wiele przeżyły w tej akademii:
Imanuelle & Zain
Uciekli do Bostonu aby pogrążyć się w pewnym pasji nowym życiu, ważne że są razem i są szczęśliwi. Owocem tego związku stała się trójka dzieci, czego chyba nawet oni sami nigdy się nie spodziewali. Imany została prawnikiem, Zain wciąż robił wspaniałą karierę, aby później samemu stać się producentem muzycznym. Lewis stał się ulubionym wujkiem ich syna, który zawsze podziwiał kilka lat starszego Dylana (syna Lewisa i Hailey), za to Harry uwielbiał ich dwie córeczki (bliźniaczki)... Zamieszkali w Los Angeles, często wracając do Anglii, będąc szczęśliwi.




Isabelle & Harry
Mniej więcej uciekli do buszu w Australii i słuch po nich w Morgan zaginął. Później pojawiła się plotka, że tam zamieszkali. W każdym razie wiedli sobie swoje romantyczne życie, ciągle się kłócąc o liczbę dzieci, ponieważ Issy chciała tylko dwójkę, Harry chciał najwięcej ile się tylko da, jednak liczba ta zatrzymała się na czwórce, po urodzeniu przez Issy chłopca oraz dziewczynki (małej rozpieszczanej przez Harry'ego do granic cierpliwości Isabelle księżniczki), a również niespodziewanej adopcji przez Harry'ego dwójki braci, co nie spodobało się Isabelle, ale nie mogła oprzeć się czarowi swojego męża i dwójki tych aniołków. Oglądali sobie razem kangury nie przejmując się niczym, aby móc spokojnie razem się zestarzeć.


środa, 22 sierpnia 2018

Od Zaina cd. Imanuelle

Ekhem, +18, ekhem, ekhem...

To było nawet jak dla mnie za dużo. Nie wiem, czy bardziej pragnąłem tego aby nigdy się tu nie pojawiła, czy tego, aby właśnie w tej chwili wyszła. Oblizałem usta, przyznając jej, że zamach ma całkiem niezły. Cisza, która zapadła, była nie tyle co natrętna, jak przejmująca. Nigdy nie czułem takiego bólu promieniującego po całym ciele. I nie był on spowodowany uderzeniem. Jej obecność rozdzierała mnie na strzępy. Moje serce pragnęło tylko tego, aby owinąć się wokół jej serca. Poczucie utraty kogoś tak zmieniającego wszystko na mojej drodze doprowadzało mnie do załamania.
Nie chcę jej tracić.
Muszę się cofnąć, ale moje serce i moja siła woli nagle zaczynają ze sobą walczyć. Mam nadzieję, że ona mnie odepchnie od siebie - zrobi to, co jak wiemy oboje, jedno z nas musi zrobić. Jeśli ona tego nie zrobi, zaraz zacznę się do niej przysuwać jeszcze bliżej. Po prostu pragnę ją objąć i przytulić. Pragnę ją objąć tak samo, jak cztery miesiące temu, zanim to wszystko uległo niespodziewanemu upadkowi. Zanim przeistoczyło się w przytłaczającą gmatwaninę uczuć.
A z każdą spływającą po jej policzku łzą czułem, że się coraz bardziej oddala. Miała rację. Jestem zbyt egoistyczny, by widzieć swoje błędy. I zbyt dumny, by się do nich przyznać. Ale zbyt mi na niej zależy, by teraz unieść się swoim ego, bo wiedziałem, że jeśli zrobię to teraz, nigdy nie poczuję takiego szczęścia, które chciałbym razem z nią stworzyć. Tylko z nią.
Podnoszę wzrok w momencie, w którym Imany odsuwa się do tyłu. W jednej chwili chcę ją spytać, czy tak to się skończy, ale natychmiast odsuwam to pytanie, bo wiem, że nie chcę tego skończyć. I nie chcę usłyszeć twierdzącej odpowiedzi z jej ust, które teraz zaciska, aby powstrzymać szloch. Po raz kolejny przez nią, nie mam pojęcia co zrobić. Milczę, ale zarazem układam w głowie ewentualne słowa, które jednak nie wydostają się z moich ust. Ten stan doprowadza mnie do wykończenia, miotam się, a z każdą sekundą ciszy, jesteśmy coraz bliżsi rezygnacji. Doprowadziłem do tego, że czuła się winna i ja też. Doprowadziłem do tego, co chciałem zrobić delikatniej, a jednak źle mi z tym.
Widzę jak z jej oczu spływają kolejne łzy, co łamie moje serce. Natychmiast robię dwa kroki do przodu, aby znaleźć się tuż obok niej. Staram się opanować nagłą chęć ujęcia jej w ramiona. Patrzy na mnie w sposób, jakoby była już przygotowana do tego, aby wyjść. Tylko tym razem już nie wrócić.
Czekałem tyle czasu aby być z nią sam na sam, nawet nie mając pewności czy ta chwila nastąpi. Byłem niemal śmiertelnie przekonany, że nigdy. Jeśli za sekundę jej nie pocałuję, po prostu umrę. Tym razem jednak nie patrzę już na nic i robię to, co wychodzi mi chyba najlepiej. Spontanicznie, w przypływie impulsu i bez namysłu. Myślenie jest złe i w tym momencie całkowicie je wyłączam. Robię to, co miałem ochotę zrobić od samego początku, od momentu, kiedy ją ponownie zobaczyłem.
Unoszę rękę i wierzchem dłoni gładzę delikatnie jej policzek, unosząc kciukiem podbródek. Wycieram nią jej łzy i ich ślady, jak smugi rozdzierające jej już zaróżowione policzki. Ciepły dotyk jej skóry przypomina mi, jak bardzo zatracam się w tęsknocie. Jej dotyk wstrząsa mną do głębi i z całej siły staram się w tym nie zatracić. Kiedy ją obejmuję, opiera dłoń na mojej piersi. Wyczuwam, że stara się stawiać opór, ale jednocześnie czuję, że jej pragnienie jest tak samo silne jak moje. Podchodzę jeszcze bliżej, a wtedy ona znajduje wreszcie mocne oparcie za plecami, a ja szybko dotykam ustami jej warg, zanim którekolwiek z nas zdąży zmienić zdanie. Kiedy nasze języki się spotykają, ona jęczy cicho i staje się w moich ramionach kompletnie bezwładna. Całuję ją namiętnie, czule i żarliwie. Poddaję się chęci poczucia jej jeszcze bliżej. Uczucie, jakie mnie ogarnia jak tylko dotykam jej ust, to coś, o czym myślałem nieustannie od pierwszej chwili, gdy ją pocałowałem. Pamiętam to doskonale, wtedy w aucie. To było najwspanialsze uczucie. Najwspanialsze ciepło jakie mogło rozlać się po moim ciele. Choć nie trwało to długo, to przez cały wieczór nie mogłem przestać myśleć o jej ustach, o ich smaku i kształcie, który odbił się na moich i oddałbym w tamtej chwili wszystko, by znów poczuć ich słodycz. Jestem zdumiony, kiedy ta chwila znowu nadeszła, kiedy znowu z nią jestem.
Chwytam ją w talii i bez trudu unoszę, nie przerywając pocałunku, który staje się coraz bardziej wygłodniały. Oplata mnie nogami wokół, podczas gdy ja znajduję oparcie ręki o ścianę, drugą przytrzymując ją na wysokości swoich bioder. Zmieniam po chwili pozycję, sadzając ją na szafce na dogodnej wysokości i staję między jej nogami. Czuję jak jej paznokcie wbijają się lekko w ręce, a palce suną w górę ramienia. Dociera do szyi i zanurza palce w moich włosach, co wywołuje u mnie dreszcze. Chwyta ich kosmyki i przechyla moją głowę ku sobie. Zanim udaje mi się powstrzymać, albo dać sobie czas do namysłu, moje usta spotykają jej słodką skórę na szyi i wtedy wszystko we mnie pęka. Ona obejmuje mnie ramionami i bierze za nas oboje głęboki oddech, podczas gdy moje wargi przesuwają się po jej obojczyku. Unoszę dłoń z jej talii i odchylam głowę do tyłu, dając tym samym sobie jeszcze szerszy dostęp do jej skóry. Puszczam ją i przesuwam dłonią po plecach, wsuwając palce pod dżinsy. Muskam brzeg jej majtek. Jęczę półgłosem. Kiedy tak trzymam ją w ramionach, zapełnia się wreszcie ta nieznikająca pustka jaką czułem od dłuższego czasu. Pragnę znacznie więcej niż tych skradzionych chwil namiętności. Pragnę jej znacznie bardziej.

czwartek, 2 sierpnia 2018

Od Zaina cd. Imanuelle

Miałem nadzieję, że Mike zabierze mnie w mniej efektowny bar, niż sądziłem. Liczyłem raczej na miejsce bardziej skromniejsze, ale potem przypomniałem sobie, że w końcu nie jestem z nikim innym, jak z Mikiem.
Chłopak przeciska się przez tłum, jakby tu był już nie raz, a przecież w swojej okolicy ma inne kluby, znacznie bliżej. Jestem zdziwiony, że obce miejsce na nim nic nie robi. Ja z reguły omijam ich, bo mam takie polecenie z góry.
"Utopię cię w Tamizie, jak zobaczę twoje niekorzystne zdjęcia zrobione w jakimkolwiek klubie na świecie. Nie po to prowadzę twoją karierę, byś rujnował ją sobie jednym wypadem" - to słowa mojej menadżerki, ale obecnie nie obchodzi mnie nic. Nawet to, że narażam się na gniew najgorszej kobiety chodzącej na tym świecie.
Ale nagle znowu sobie przypominam, że to w końcu Mike.
Podążam zanim, widząc jak zajmuje miejsce niedaleko skraju lady i wita się z barmanem. Wnioskuję, że mówił na serio z tym darmowym alkoholem, po tym jak przebiega rozmowa między nimi. Siadam obok i oglądam się za siebie.
- Jeszcze cię takiego spiętego nie widziałem - Mike spogląda na mnie z wymalowaną ciekawością na swojej twarzy, tak jakby czekał na porywającą w odmęty zabawy opowieść. Przewracam oczami i zamierzam za szybko nie zwierzać się komukolwiek z moich problemów. Wiedziałem, że wkrótce i tak będę winien mu coś powiedzieć, ale obecnie nie jestem chętny, aby ta sprawa zawładnęła całym moim życiem. Choć robi to wyjątkowo łatwo.
- Biorąc pod uwagę, że wybrałeś chyba najbardziej zatłoczony bar, jaki może istnieć w okolicy, zaczynam mieć podejrzenia, że znowu w odurzeniu alkoholowym, ogłosisz światu, że tu jestem i zarobisz na moim nazwisku. Tak jak trzy lata temu. Przypomnieć ci? Uwielbiam opieprzać cię za tamtą akcję z autografami - unoszę brew, widząc jak krzywi się zniechęcony. Zamawia dwie szkockie i po chwili odwraca się do mnie.
- Byłem nawalony - stęka, a ja cieszę się wewnętrznie, że znów zaczyna się tłumaczyć - I to było trzy lata temu. Czaisz? Trzy lata - tak jakby to miało go usprawiedliwić.
Zapada cisza, którą on przerywa sprawnym przejściem do głównego tematu.
- Więc... jest źle? - pyta niepewnie, tym razem zwracając już całą uwagę na mnie. Dzięki Bogu, bo jeszcze chwila, a porządnie wkurzyłby mnie tym, że poświęca większość skupienia na tyłkach przechodzących dziewczyn.
Mówi takim tonem jakbym był śmiertelnie chory i umierał na jego oczach. Uśmiecham się rozbawiony, na co w odpowiedzi chłopak wzrusza tylko ramionami, nie zauważając tu nic śmiesznego.
- Nie - odpowiadam teatralnie wyższym głosem, wypijając na raz resztę zawartości szklanki i odkładam ją z impetem na blat - To dramat - posyłam mu wymowne spojrzenie, na które kiwa głową, przyznając mi rację, chociaż nic tak naprawdę nie wie.
- I tak należy ci się - wzdycham w duchu, bo właśnie tego się obawiałem. Znowu zaczynie narzekać na niesprawiedliwość losu jaka go spotkała - Jesteś cholernym złodziejem kobiet i w dodatku nie znasz umiaru. Powinna ci jeszcze dać w twarz i wtedy byłoby równo po obydwóch stronach.
- No jasne, bo wszystko to moja wina? - cieszy się, że udało mu się mnie wkurzyć.
- Chcesz abym zaprzeczył?
- Ale ci pieprznę za chwilę, jak nie przestaniesz. Powiedz mi, dlaczego akurat ty? Ja sam czasem nie rozumiem swoich działań, ale obranie ciebie jako za wzorowego słuchacza było czymś debilnym po wskroś...

sobota, 21 lipca 2018

Od Zaina cd. Imanuelle

Wchodzę do pokoju i pierwsze co robię, to biorę zimny prysznic. Na uspokojenie. Na uspokojenie myśli, serca, emocji i samego siebie, modląc się w duchu, żeby nikt mi nie przeszkodził. Ale kto mógłby mi teraz przeszkodzić, skoro wszyscy są na lekcjach?
Mimo tego, odczuwam pewien dyskomfort, mając poczucie, że znowu będę tym najgorszym. Dyskomfort? Co ja pieprzę? Jakbym miał odczuwać jakikolwiek dyskomfort z tego powodu, to pewnie dawno odszedłbym stąd. Odczuwam dyskomfort wyłącznie z powodu zaistniałej przed chwilą sytuacji. I nawet nie zdaję sobie sprawy, jaki jestem wkurzony. A zauważam to dopiero po chwili, gdy szczęka z powodu zaciskania jej zaczyna mnie naprawdę boleć.
Wychodzę spod prysznica, przebieram się w pokoju, zaczesuję do tyłu włosy, czując jak kapie z nich jeszcze woda i rzucam się na łóżko. Chcę odetchnąć z ulgą, ale ta dawno już ode mnie odeszła i czuję się, jakby coś mnie dusiło. Nie mogę nabrać powietrza pełną piersią, a i pokój zaczyna się wydawać zbyt ciasnym pomieszczeniem.
I co wtedy robię?
Zaczynam się zastanawiać nad tym, co przed chwilą totalnie mnie zbiło z tropu i od czego próbowałem się uwolnić przed chwilą pod prysznicem.
Nie czuję już tego ukłucia, które przeszyło mnie na parkingu. Czuję dziwne łaskotanie w klatce piersiowej i brzuchu, które może oznaczać jedynie fakt, że potrzebuję jakiegoś planu. I choć nadal nie wiem co się wokół mnie wyprawia, to naprawdę, widok tego faceta stojącego obok Imany i mówiącego do niej skarbie, mnie po prostu zirytowało. Ale nie to jest najgorsze. On bezczelnie położył rękę na jej biodrze. To już mnie nie zirytowało, ale wręcz wkurwiło.
Całe szczęście, że dopiero teraz to czuję, bo nie zamierzałem dawać mu satysfakcji z mojej reakcji.
Postanawiam napisać do James'a. Jego rodzice są adwokatami. Naprawdę dobrymi adwokatami. Więc powinien mieć do tego smykałkę. Powinien poradzić mi coś składającego z czystej logiki, racjonalności i tej płynącej równowagi. Chyba, że akurat jego głowę zaprząta Marie, paradując przed nim w samej bieliźnie. Albo i bez.
Nie myśl o tym, Malik. Przecież to zniszczy w tobie twoją dziecięcą niewinność.
To chyba zły pomysł.
A ja takie uwielbiam.

Ja: Jem, co byś zrobił, gdyby kobieta twojego życia, nagle przyjechała z powrotem przedstawiając ci swojego narzeczonego?

Bez zbędnych przywitań, które naszą grupkę raczej nie obowiązywały, od razu wysłałem wiadomość, czekając na jego odpowiedź. Jeśli nie robi, to co robi, albo nie robi, to co zwykle, powinna za chwilę przyjść. Tak jak podejrzewałem, odpowiedź przyszła od razu.

Cangaroo in my heart: To pytanie czysto hipotetyczne?

Tak. Zdecydowanie, wybierając nazwę dla Jamesa, obydwoje byliśmy zbyt pijani, by pomyśleć jak bardzo źle będzie to wyglądać, szczególnie, gdy jako dzwonek wybierzemy tradycyjną, australijską piosenkę. A mianowicie Billy of Tea. Każdy ogląda się, słysząc te ich dziwne dźwięki ich dziwnych gitar. Za każdym razem, gdy dzwoni, nie mogę powstrzymać się przed wybuchnięciem śmiechem. A on za każdym razem pyta, czy ludzie patrzą się na mnie jak na debila. Mam wrażenie, że satysfakcja leżu po obydwóch stronach.

Ja: Chyba tak.

Zastanawiam się nad odpowiedzą, ale zbyt ciekawi mnie wiadomość James'a, by myśleć nad swoją. Odpisuje, ale zaraz przerywa. Mam wrażenie, że albo zdecydował się zmienić wiadomość, albo naprawdę piszę nie w porę.
Czy mi to przeszkadza nawet jeśli miało tak być?
Oczywiście, że nie. Wręcz czuję się z tego powodu dumny.

Cangaroo in my heart: Zamordowałbym osobnika, a jej pokazał, że z nikim innym nie uprawiała jeszcze tak cudownego seksu, bo nikt inny nie byłby w stanie jej tak kochać.

Przewracam oczami, jednocześnie się śmiejąc. Chętnie bym to zrobił, gdyby to było możliwe. Teoretycznie jest. Szkoda, że tylko teoretycznie.

Ja: I ty jesteś synem prawników?
Ja: Jesteś chujowym doradcą.

Cangaroo in my heart: Nie ma za co.

Parskam pod nosem i rzucam telefon na drugi koniec łóżka. Jeśli chcę przeżyć ten dzień w sposób taki, jaki miałem zamiar go przeżyć, to muszę się stąd wydostać. Choćby dlatego, żeby nie wpaść na kogoś z kadry nauczycielskiej. Ale obecnie to mój najmniejszy problem. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że i tak wiem, że nic już mi nie pomoże. Moje myśli są skierowane na jeden tor. Mój mózg nie potrafi pojąć dlaczego, a serce zdecydowanie za szybko biegnie i przez to jest o wiele za daleko od umysłu. Jakby to był jakiś głupi wyścig. Uspokój się wariacie ty.
Nigdy w życiu nie potrafiłem przesiedzieć sam w pokoju, nie znajdując sobie zajęcia. A i specjalnie nie oglądałem się za tym, aby sobie cokolwiek znaleźć. Jeśli coś trzeba zrobić, samo rzuca się później w oczy. To moja definicja. Bałagan - artystyczne zagospodarowanie wolnej przestrzeni w pokoju. Tylko, że ja nie mam bałaganu. Moje rzeczy nie są na tyle porozrzucane, by określić mój pokój jako w kompletnym nieładzie. A nawet, można stwierdzić, że panuje tu dziwny porządek. Nie oszukujmy się, nie jestem pedantem i nie przywiązuję wagi, co do ułożenia w perfekcyjnym miejscu każdej rzeczy, ale ludzie się odnajdują w tym wszystkim.
Nawet nie wiem dlaczego próbuję odgonić obecne myśli moimi spostrzeżeniami na temat codziennych rzeczy. To niby ma mnie uspokajać, a czuję, jak tylko zamykam to wszystko w niewielkim pudełku, gdzieś głęboko we mnie i jeszcze na siłę próbuję domknąć. Niech mnie piorun strzeli - dowiem się, o co w tym wszystkim chodzi. To była kwestia minuty. Jedna, mała cząsteczka czasu potrafi zmienić dosłownie wszystko.
Z widoczną frustracją malującą się na mojej twarzy, sięgam po swój telefon, przewalając się niemal przez całe łóżko i wstając. Rozglądam się po pokoju tylko po to, żeby się zorientować, gdzie leży Sharika, ale ta umiejscowiła się wygodnie na parapecie pośród słońca i wygrzewa się na nim, zapewne mrucząc w zadowoleniu. Koty mają jednak dobrze.

środa, 18 lipca 2018

Od Zaina cd. Imanuelle

Uśmiechnąłem się do odchodzącej dziewczyny, którą doskonale znam, i do której zamierzam się tak uśmiechać, gdy po krótkiej chwili, ktoś trąca mnie w ramię, początkowo nawet w nie nie trafiając, co kwituję komicznym skrzywieniem na twarzy, mając nadzieję, że ta ręka jest chociaż godna dotknięcia mojej osoby.
Tak, jestem samolubną księżniczką tej całej placówki.
Odwracam się do Harry'ego, automatycznie mrużąc oczy, bo nie wygląda za dobrze. Jego mina jest taka, jakby przed chwilą zobaczył ducha, albo jego dusza nagle uleciała z ciała i nie pozostawiła po sobie ani śladu.
Jednym słowem. Nie wygląda zbyt atrakcyjnie, gdy jego włosy sterczą na wszystkie strony, jakby dopiero co wyszedł spod turbo suszarki.
Nie wiem w jakim celu mnie rozproszył, wydaje się szukać odpowiednich słów w tym momencie, dlatego cierpliwie czekam aż z siebie coś wydusi.
- Wiesz, może dobrym pomysłem byłoby...
Podnoszę z niedbałości wzrok i odwracam głowę w momencie, który ma przypieczętować koniec jego zmagań z wypowiedzią i próbą odwrócenia mojej uwagi.
- Czy ty to widzisz? - rozchylam usta z niedowierzaniem - Bo mi się wydaje, że poranne połączenie kofeiny i nikotyny przysparza mi większego haju niż mi się wydaje.
Jeśli los płata figle, to ten jest zdecydowanie najgorszy.
Cholera. Od dzisiaj koniec z porannym paleniem. Definitywnie.
Harry wpatruje się z takim samym niedowierzaniem malującym się na twarzy, jakie niewątpliwie pojawiło się na mojej. W ułamku sekundy wszystko, co próbowałem przez ostatnie cztery miesiące od siebie odsunąć, powróciło i uderzyło we mnie siłą wybuchu wulkanu.
Stoję jak wryty, nie wierząc, że ponownie widzę te jasne blond włosy, opadające na ramiona. Muszę naprawdę siebie upewniać, że to ona, i że jej nie pomyliłem z nikim innym, ale to nie jest ani fatamorgana, ani niewytłumaczalne zjawisko, choć jak dla mnie, może się nawet tak nazywać. Dobrze pamiętam, jak mówiła, że nigdy tu nie wróci. A teraz jej wzrok pada prosto na mnie i nasze spojrzenia się krzyżują. Jest daleko, ale udaje mi się wychwycić jej specyficzną i chwilową mimikę twarzy.
Nie wiem, czy przeżywa podobną walkę wewnętrzną, bo jak na razie nie widzę, aby zamierzała się wycofać.
Jej wzrok odczuwam całym ciałem i wszystko mnie fizycznie boli. Główny powód zdarzeń, które ostatnio się wydarzyły pomiędzy mną a Daisy, stoi właśnie w znaczącej odległości przede mną, przypominając, jak powinny wyglądać prawdziwe uczucia co do drugiej osoby.
Wtedy Imany opuszcza momentalnie spojrzenie i odwraca się tyłem, sięgając coś z samochodu.
Szkoda, że nie wie, ile o niej myślałem. Jak każdej nocy zadawałem sobie pytanie, czy ucisk w piersi naprawdę wynika z tęsknoty, czy tylko z tego, że sam sobie to ubzdurałem. Czasem ludzie chcą tego, czego nie mogą mieć, i mylą to z uczuciami do drugiej osoby.
Tak czy inaczej, to uczucie mi właśnie towarzyszy. Ucisk, ból powoli narastające w żołądku i zachęcające do pokonania dzielącego nas dystansu. Zrobiłbym już to do tej pory, gdyby nagle nie zaczęło mi coś przeszkadzać.
Wygląda dokładnie tak samo jak ją zapamiętałem, choć parę rzeczy jest sobie daleka. Jedna jest nad wyraz oczywista. Kim jest, przepraszam bardzo, stojący obok niej facet, do którego się uśmiecha?
- Zain - wtedy dociera do mnie, że dźwięk swojego imienia słyszałem już od jakiegoś czasu i dopiero teraz poczułem uderzenie na ramieniu. Chwyciłem się za rękę i odwróciłem z trudem głowę w stronę stojącego obok mnie Harry'ego. Dziwne, bo już nie maluje się na jego twarzy wyraz zaskoczenia, ale stanowczość, która mnie zaskakuje - Musimy wracać do środka - mówi, stając między mną, a widokiem, który rozciąga się przede mną. Patrzę na niego nieobecnym wzrokiem, kiwając głowę i wcale go nie słuchając. Słyszę go, aczkolwiek nie słucham. Przesuwam głowę, aby zobaczyć niemożliwe za nim.
- Co? Ach... tak - kręcę głową, przeczesując włosy dłonią. Czuję się jak w transie i odwracam w kierunku drzwi, choć to ostatnia rzecz jaką chcę zrobić. Robię parę kroków do przodu, ale zaraz przytomnieję i odwracam się gwałtownie, mijając chłopaka w ekspresowym tempie. Chyba próbuje chwycić mnie za koszulkę, aby mnie zatrzymać, ale nie udaje mu się, za to słyszę jego ciche przekleństwo pod nosem.
Nie zastanawiałem się ani przez chwilę co chcę zrobić, ani co powinienem zrobić, bo nie jestem takiego typu człowiekiem. Właściwie uświadomię sobie to dopiero, gdy stanę naprawdę blisko niej, a na pewno bliżej niż z drugiego końca parkingu.
Idę przed siebie, wcale nie będąc spięty tym zaskakującym spotkaniem. W mojej głowie pałęta się tyle pytań bez odpowiedzi i myśli, że nawet nie mam czasu, aby być zdenerwowanym, a nawet pomyśleć o tym, że powinienem być zdenerwowany. Mój wzrok pada jedynie na odwróconą sylwetkę Imanuelle, która wyciąga coś z samochodu.
Powinienem, nie powinienem...
- Co tutaj robisz? - prostuje się momentalnie na dźwięk mojego głosu, przewracając w rękach coś małego, co właśnie sięgnęła z samochodu. Nie odwraca się od razu, widzę jak jej ramiona unoszą się do góry i opadają przy zebraniu głębszego oddechu i dopiero po chwili odwraca się do mnie. Jej wzrok przeszywa moją duszę, ale jest w nim coś, co nie jestem w stanie określić. Tak samo jak mieszających się we mnie w tej chwili emocji.
- Niezwykle umiejętne oszczędzenie sobie zapoczątkowania rozmowy - mówi chłodnym tonem, mierząc mnie przeciągle spojrzeniem. Zakłada ramiona na piersi. Konsternacja, jaką widać na jej twarzy, przekonuje mnie, że nie spodziewała się mnie aż tak blisko. Ale w tej chwili mnie nic obchodzi, bo mam wrażenie jakby przede mną stanęło jakieś widmo, bo nie wierzę, że ona tu jest.
Gdy właśnie zamierzałem odpowiedzieć, obok niej pojawił się całkiem nieproszony gość i jednym niewinnym gestem sprawił, że znienawidziłem go już przed samym poznaniem imienia tego delikwenta.
Miałem wrażenie, że spogląda na mnie z wymuszonym uśmiechem, który tak idealnie wyrysował się na jego twarzy, choć ja nadal nie mogłem oderwać wzroku o jego dłoni, która spoczęła na biodrze Imany. Co do diabła...
- Mówiłem ci skarbie, żebyś zostawiła to w aucie - jego wyraz twarzy mówił coś w stylu "Trzymaj się z daleka od mojej dziewczyny" - Kto to? - Wtedy odwracam wzrok. Nie dlatego, że mnie wkurzył, czy zestresował, ale dlatego, że to przypomniało mi zapierający dech w piersiach cios w brzuch. Nazwanie przez niego Imany jego dziewczyną byłoby ostatnią rzeczą, jaką miałbym ochotę usłyszeć. A jeszcze nie wiedziałem, że czeka mnie o wiele mocniejszy cios. Na mojej twarzy pojawił się lekki grymas, który chyba udało mi się zdecydowanie szybko ukryć pod gestem wykrzywienia ust w uśmiechu.
- My się chyba jeszcze nie znamy? - zwracam się do niego. Widzę jak chłopak momentalnie się odpręża, gdy uświadamia sobie, że nie zamierzam wkroczyć na jego terytorium.
Cóż, tylko mu się tak wydaje.
Wyciąga w moim kierunku rękę, czekając aż odwzajemnię gest.
- Louis Al-Lahem, narzeczony Imanuelle - gdy wypowiada jej pełne imię, aż mnie skręca. Nie traktuje go z takim samym namaszczeniem jak ja. Nie wiem dlaczego przypinam sobie wyłączność zwracania się do niej pełnym imieniem, bo nawet go nie posiadam, ale nie podoba mi się, że on również może to robić. No oczywiście, że może. Jest jej narzeczonym.
Nagle znów wracają do mnie małe mdłości i naprawdę z całych sił staram się nie skrzywić. Momentalnie zamieram w środku, czując jakby ktoś wbił mi tępy nóż w plecy, który dodatkowo miał chropowatą powierzchnię i był zrobiony z drewna, co w połączeniu jest zdarzeniem niemożliwym.
Ukrywam to pod uśmiechem, ściskając dłoń chłopaka.
- Zain Malik - przedstawiam się, kątem oka obserwując Imany. Pewnie chce abym się oddalił jak najszybciej, zanim zrobię coś nieoczekiwanego. Ciekawe, czy jej narzeczony wie o wszystkim przed ich poznaniem. Mam niezmierną ochotę mu wszystko powiedzieć, niekoniecznie według prawdy, ale powstrzymuję się. A właściwie coś innego mnie powstrzymuje, nie potrafię określić co. Chłopak mruży oczy i kiwa głową.
- Znam cię - mówi, a ja nie ukrywam zadowolenia z tego powodu. Chociaż to nie zmienia mojego nastawienia. Zna mnie pół świata i nie poczuję sympatii do kogoś tylko z tego powodu. Choć trudno mi powstrzymać się przed okazaniem, że moje ego znacznie się podniosło - Wiem kim jesteś - nie tracę czujności z tego powodu - I wiem kim byłeś - czuję niepohamowaną chęć pozbycia się go w trybie natychmiastowym i naprawdę nie wiem, jakim cudem udaje mi się utrzymać uśmiech na twarzy, nawet jeśli był on ćwiczony przez parę dobrych lat z konieczności. Muszę też przyznać, że teraz uśmiecham się częściej, niżeli wokół publiki, bo czuję, że chyba to minimalnie pomaga mi ukryć niechęć jaką czuję.
Jednak nie rozumiem tutaj nic. Wszystko się nie zgadza. Nie ma tutaj logicznej spójności, którą próbuję na szybko znaleźć. Dlatego nie używam ani grama swojej typowej bezpośredniości i zachowuję się tak jakby to było faktycznie nasze pierwsze spotkanie. Zresztą, Imany nic nie mówi, zostawiając to Louisowi. Matko, to imię już mnie zaczyna prześladować. Nie podoba mi się. Wybacz Tomlinson.
- Lou, papiery - przypomina mu dziewczyna, na co chłopak się odwraca i tylko uśmiecha. Prostuję się, ale nie jest mi dane odpowiedzieć mu, bo po chwili znajduje się obok mnie mój cholerny anioł stróż, choć obecnie nazwałbym Stylesa piekielnym demonem, który mi bardzo przeszkodził w zapoczątkowaniu bezczelnego nastawienia ignoranta w stosunku do tego dupka.
- Przepraszam, ale ważna sprawa. Wybaczcie - chłopak odwraca mnie plecami do samochodu i popycha do przodu, zachowując chociaż pozory pośpiechu - Idziemy natychmiast i tym razem się nie kłóć, bo zawołam Isabelle - szepcze za mną, wykorzystując to, że wokół już nikogo nie ma, bo większość powchodziła już do środka budynku. Chyba jestem zbyt zbity z tropu, by mu się postawić. Zastanawiam się, ile czasu spędził nad zdecydowaniem, że musi coś zrobić.
Kiedy znikamy za drzwiami budynku, staję i wyrywam rękę, odsuwając się od niego.
- Zgłupiałeś? - podnoszę głos, choć nie jestem ani zdenerwowany, ani zły. Chociaż nie... jestem zdenerwowany. Ale nie na niego.
- Mogę spytać się tego samego ciebie - odwracam się i przez chwilę chodzę w tę, i z powrotem, pocierając kark. Zatrzymuję się i opieram plecami o zimną powierzchnię stojącej za mną ściany. Nadal nie mogę w to wszystko uwierzyć. Moje serce łamie się dziwnie na tysiące kawałków po raz pierwszy w życiu.
- Wszystko w porządku? - pyta Harry, próbując wybadać sytuację swoim samym uważnym spojrzeniem. Zamykam oczy, odchylam głowę do tyłu i przecieram twarz dłońmi. Daje mi chwilę ciszy, wiedząc, że dopytywanie się nie poskutkuje. Zresztą, chyba nawet domyśla się o co chodzi.
Wpatruję się w sufit, próbując przyswoić do siebie ostatnie zdarzenia i buzujące we mnie emocje, które tym razem uderzają z całej siły o powłoki mojej duszy.
- Przekaż, że nie pojawię się na reszcie lekcji - mówię z trudem i znowu staję o własnych siłach na nogi.
Chłopak kręci głową, jakby stanowczo się nie zgadzał. Nie słucham go, jak wiele razy w życiu.
- Nie możesz tak po prostu ominąć całego dnia - argumentuje, ale staję obok niego i spoglądam w jego oczy, gestem pokazując, że to wcale mnie nie przekonuje. Nie przekonuje mnie teraz absolutnie nic i nie przekona.
- Harry... nie dam rady - kładę dłoń na jego ramieniu i uderzam go przyjacielsko w plecy, mijając go powoli. Nie zatrzymuje mnie tym razem. Nawet nie wiem, czy odwraca się w moim kierunku.
Mam nieprzeniknioną ochotę wybyć stąd i podobnie jak od razu po jej zniknięciu, pojawić się w swojej willi w Kalifornii i pić. Z kimś, czy bez, nie ma to dla mnie żadnego znaczenia. Nawet jeśli mam teraz iść do jakiegoś baru, nie obchodzi mnie, czy to ktokolwiek zauważy, i czy po raz kolejny wszystkie osoby wokół będą musiały ratować mój wizerunek i reputację.
Jennifer by mnie zabiła. Udusiła na miejscu i pogrzebała gdzieś nad brzegiem Tamizy. Może, chyba... to nawet nie najgorsze wyjście?

Imanuelle?

poniedziałek, 16 lipca 2018

Od Zaina cd. Felicity

Przewróciłem oczami, starając się tylko, żeby siedząca przede mną, najbardziej wkurzająca osoba tego nie zobaczyła. Albo wręcz przeciwnie? Podobała mi się jej mina, a także wszystkie reakcje i słowa, które wyrażały całe jej zniesmaczenie, podczas gdy ja mogłem rzucać niezliczoną ilość przechwałek i wszystkich tekstów, które doprowadzają człowieka do szybkiej rezygnacji i pozbycia się z siebie całej egzystencji. I fakt, imponowało mi, że pomimo jej wyraźnej niechęci okazywanej co jakiś czas do mojej osoby, była w stanie jeszcze wytrzymać w moim towarzystwie. Dlatego wyrazy uznania dla tej pani się należą. Posiadała w sobie tę energię, którą lubię w innych ludziach. Nawet jeśli mnie nie znoszą.
Całą uwagę skupiłem na następnym kawałku pizzy, z którego wyciągnąłem szynkę, podobnie jak z poprzedniego. Podejrzewam, że moja towarzyszka będzie zła za zatajenie tego drobnego szczegółu, jakim był fakt, że nie mogę jadać wieprzowiny. Akurat to nie wychodziło z mojej czystej złośliwości.
- Jesteś wegetarianinem? - spytała, patrząc uważnie na moje poczynania. Uniosłem wzrok z coś na wzór codziennego uśmiechu w normalnych sytuacjach, jako z reguły empatyczny człowiek i pokręciłem głową.
- Zapomniałem ci wspomnieć, że nie jadam wieprzowiny. Nie mogę. Religia, zasady - uniosłem ramiona i przymierzałem się do spróbowania pizzy z oliwą - A dlaczego cię ciekawi moja rodzina? - odłożyłem z powrotem kawałek i zmarszczyłem brwi. Z trudem powstrzymałem napływający uśmiech, gdy dziewczyna na moment zastyga w bezruchu, usiłując zrozumieć, dlaczego nie wykonuję jej jasnego polecenia, co do posmakowania pizzy z oliwą, bo podobno ma być lepsza, prostuje się, nabierając głęboko powietrza do płuc i powoli, niemal z precyzją filmowego psychopaty przywdziewa minę, jakby za chwilę miała mi wbić leżący obok niej widelec prosto w serce.
Tak poza tym, to kto używa sztućców do jedzenia pizzy?
- Zainie Maliku, ja ci przyrzekam wszem i wobec, że nie zdążysz dożyć swoich następnych urodzin, a i szczerze wątpię byś dał radę przeżyć do następnego tygodnia, jeśli w tej chwili nie zrezygnujesz z uparcie idiotycznego robienia mi na złość, bowiem uchodzę za w miarę spokojną osobę, ale w każdym siedzi i każdy skrywa w sobie tę jedną, drobną i nie do końca normalną cechę skrytego mordercy rodem z horrorów. Więc albo faktycznie wepchnę ci to jedzenie do gardła, albo w końcu się zamkniesz i spróbujesz sam, grzecznie zjeść. Zrozumiało dziecko, czy powtórzyć? - przechyliła głowę ze słodko-gorzkim uśmiechem, unosząc swój kawałek pizzy do ust i biorąc gryza, przez cały czas nie spuszczając ze mnie spojrzenia. To było... mega creepy... ale i tak parsknąłem śmiechem, który spowodował, że i City się uśmiechnęła. Chyba nawet miała świadomość, że brzmiało to naprawdę przekomicznie, po chwili ciszy, w której byliśmy w stanie przekalkulować jej słowa.
- Dobrze, już się nie narażam Pani Draculo - uniosła rozbawiona brew na mój gest przypominający ruch dłoni wampira. Uniosłem pizzę z oliwą i wziąłem pierwszego kęsa, nie spuszczając wzroku z dziewczyny, która obserwowała mnie w ten sposób, jakby faktycznie oczekiwała mojego nagłego zgonu. W ciszy przełknęła swój kawałek i oczekiwała na moją reakcję, w której zawrę niczym wspaniały koneser i smakosz zdanie, opisujące to danie.
Pokręciłem głową, biegnąc spojrzeniem po kolorowym suficie pomieszczenia z twarzą bez wyrazu. To było lepsze niż bez oliwy, jak nie pyszne, ale trochę przytrzymałem ją w niepewności. Miałem wrażenie, że bardzo jej zależy na tym, by mi smakowało to, co wybrała sama ona.
Skrzywiłem się z niesmakiem, obserwując reakcję City i usiadłem prosto w fotelu.
- Masz dobry gust, wiesz? - uśmiechnąłem się szeroko, obrywając z buta w kostkę za mój poprzedni grymas. Pokręciła głową, ale i tak wyglądała na bardzo zadowoloną z tego, że mi zasmakowało.
Już bez zbędnych udawanych scen pałaszowaliśmy swoją kolację, rzucając sobie co chwile spojrzenie w próbie odzyskania jedynego sosu, który stał na naszym stole, a który przez cały czas City sobie przywłaszczała. Nie biorąc pod uwagę oczywiście faktu, że właśnie przez większość czasu stał po mojej stronie. Mała drobnostka, którą brałem pod uwagę.
- Dobra... to teraz opowiadaj - zabrała następny kawałek, o drugą rękę opierając podbródek, gotowa na fascynującą opowieść. Bez zbędnych przerywników, zacząłem po prostu jej opowiadać.
- Więc pewnie jak już zdążyłaś zauważyć, moja rodzina nie wywodzi się z czystych terenów angielskich prowincji. A przynajmniej nie od strony ojca - wstałem, decydując się tym razem na użycie tej drugiej oliwy - Pochodzi z Pakistanu i nie... nie uciekł z powodu braku pracy. To trochę wiąże się z historią naszego kraju, w końcu przez jakiś czas urzędowali tam Brytyjczycy, ale to kwestia dla naprawdę zapalonych historyków. Ja znam tylko to, co mi ojciec opowiadał. Miał swoje prywatne sprawy, znajomości, a gdy już przyjechał do Anglii, ostał tu i poznał mamę. W sumie, to dzięki niej nie wyjechał z powrotem - napiłem się ciepłej herbaty i wróciłem do jedzenia - Większość jego rodziny nadal mieszka w Pakistanie, chociaż ja wraz z siostrami rzadko tam jeździliśmy. Jego rodzeństwo również powyjeżdżało, co sprawia, że moja rodzina jest rozsiana po całym świecie, a pewnie domyślasz się, że jest jej całkiem sporo. Mama jest Brytyjką. Urodziła się w Anglii, choć jej korzenie, z tego co mi kiedyś opowiadała są również Irlandzkie i Walijskie, aczkolwiek nigdy się nad tym nie rozwodziłem, bo odkąd wyszła za ojca, rodzina od jej strony traktuje nas trochę po macoszemu. Szczególnie moim dziadkom nie do końca spodobało się to, kogo obrała za męża, a oliwą do ognia był fakt, kiedy przeszła na islam. Więc znam tylko ich imiona i pamiętam ze zdjęć mamy, a jedynymi członkami rodziny, którzy utrzymują z nami większy kontakt niż przez telefon, jest brat mamy i jego żona z dziećmi. Tak więc połowa jest nieco poobrażana, ale da się przeżyć, szczególnie po tym jak nasze nazwisko stało się dosyć popularne.
- W rodzinie podobno nigdy nic nie zanika - dodała parę słów od siebie, a ja pokiwałem głową, zgadzając się z jej stwierdzeniem - Z tego co usłyszałam, masz rodzeństwo. Same siostry?
- A dokładniej trzy. Doniya jest najstarsza, to ona zawsze obierała dowodzenie, zresztą taki też jej charakter. Jest pomiędzy nami najmniejsza różnica wieku, dlatego pewnie najlepiej się ze sobą dogadujemy, aczkolwiek potrafi być mega denerwująca jako starsza siostra, która sprawnie wykorzystuje przewagę wieku i swoją płeć. Waliyha jest młodsza i to całkiem inna osobowość. Bardzo podobna do ojca, stała i z reguły najbardziej spokojna z naszej czwórki. A najmłodsza zwie się Safaa i podejrzewam, że ktoś na sali porodowej wszczepił jej istnego diabła w charakter, ale mam nadzieję, że przebędzie swój buntowniczy wiek, w którym wszystko jest złe, a połowa świata powinna zostać spalona. Uwielbiam ją denerwować, zresztą robicie całkiem podobne miny - uniosłem chwilowo wzrok i pokiwałem głową.
- Wcale jej się nie dziwię mając takiego brata. Jeszcze się przyznaj, że jesteś dla nich wredny, to wcale nie będę miała wątpliwości co do ich nastawienia.
- Oczywiście, że jestem złośliwy jako jedyny ich brat. Ale nie mogę też zaprzeczyć, że potrafimy murem za sobą stać. Tak jak wtedy, gdy przez przypadek zalaliśmy całą łazienkę razem w trójkę, nie mówiąc oczywiście kto wyrwał kurek. Rodzice mieli z nami ciężko.
- Chyba nadal mają - zauważyła uszczypliwie w moim kierunku.
- Przepraszam bardzo, ale ja już nie mieszkam tam, więc nic mi tutaj nie insynuuj - odgryzłem się, patrząc na ostatni kawałek pizzy, który został - Nie zjesz go, prawda? - uniosłem brew w pytającym geście. Spojrzała na mnie, powoli przeżuwając swój kęs pizzy spod przymrużonych powiek.
- Tego nie powiedziałam.
- Ale tak pomyślałaś.
- Jasnowidz się znalazł od siedmiu boleści - prychnęła, wycierając palce o leżące na środku stolika białe chusteczki w specjalnym, srebrnym naczynku.
- Zamierzasz się kłócić o jeden kawałek?
- Z tobą? - wyprostowała się dumnie na miejscu - Zawsze.
- Już mi tak nie schlebiaj, bo jeszcze mnie polubisz - z mojego gardła wydobył się cichy i głęboki odgłosu śmiechu, na który City odpowiedziała teatralnym uśmiechem - O, przepraszam. Już mnie lubisz ze swoją obsesją na moim punkcie.
- Nie dokładaj sobie, bo kwiatek jakim jesteś zwiędnie i świeża rosa z rana już mu nie pomoże - pogratulowałem jej istotnie kwiecistego porównania i ostatecznie, bo kolejnej niesamowicie ciekawej wymiany zdań, jakie mamy w swoim zwyczaju sobie nawzajem rzucać, oddałem jej kawałek, co przyjęła za swoją wygraną, co skwitowała cicho pod nosem, wypowiadając "jeden do jednego".
Chwilę posiedzieliśmy jeszcze w barze, a podczas tej miłej przerwy po jedzeniu, moja towarzyszka miłego wieczoru, zaproponowała mi wypad jeszcze raz kiedyś, ale tym razem na karaoke. Stwierdziła, że to nie jest wcale taki najgorszy pomysł i mogłaby go rzucić nawet na poważnie, co od razu naturalnie wychwyciłem i zacząłem się droczyć, że na pewno chciałaby usłyszeć jak śpiewam, a jej propozycja wcale nie była wzięta tylko z powodu chęci pośmiania się. Natychmiast od razu przypomniała mi, że znowu żałuje tego, iż mnie ze sobą zabrała.
- Muszę iść do toalety. Możesz poczekać na mnie w samochodzie - rzuciła i wstała od stolika. Popatrzyłem na nią z uśmiechem.
- A kto powiedział, że ja za to zapłacę? - tym razem nie patrzyła na mnie wzrokiem mordercy, bo to nie taka sytuacja, w której masz chęć zabicia drugą osobę, ale na pewno w duchu przeciągle westchnęła.
- Jak sobie chcesz. Ja jestem niezależna - wzruszyła ramieniem, chowając ręce w kieszenie swoich jeansów - Ale to już druga sytuacja w tym miejscu, kiedy się nie popiszesz.
- Brzmi jak groźba - minąłem ją i podszedłem do barku, wyciągając z kieszeni portfel. Kątem oka widziałem jak uśmiechnęła się triumfalnie - Chcesz coś do picia? - spytałem, gdy przechodziła obok mnie aby skierować się do toalety. Zatrzymała się i zrobiła w tył zwrot z uśmiechem, opierając się pewna siebie o blat barku, przy którym stałem.
- A co mi proponujesz? - uśmiechała się częściej niż zwykle w moim towarzystwie, co zaczynało być troszkę niepokojące. Jeśli tak to działa, to chyba musimy częściej chodzić do takich knajpek na pizzę.
- No nie wiem... A kto prowadzi? - wyszczerzyłem się na swoje słowa, słysząc ciche prychnięcie pod nosem. City odwróciła się, zagarniając włosy do tyłu i ruszyła w dalszą podróż do łazienki. Zachichotałem. - Proszę dwie butelki wody - wyłożyłem pieniądze na blat i zbierając swój zakup, wyszedłem z pomieszczenia w kierunku samochodu. Tym razem zająłem swoje ulubione miejsce kierowcy, czekając na City, która zjawiła się po jakimś czasie. Stanęła przed autem, posyłając mi porozumiewawcze spojrzenie, że nie przewidywała żadnych zmian w kierowaniu. W odpowiedzi wzruszyłem tylko ramionami i uśmiechnąłem się. Wzniosła głowę do nieba w błaganiu o więcej cierpliwości i otworzyła drzwi od strony pasażera, wsiadając do środka. Spojrzała na mnie, wyłączając radio i nie odzywając się. Uniosłem wyżej butelkę wody, tak samo jak kąciki ust, które wykrzywiły się w jeszcze szerszym uśmiechu.
- Woda? Czy jako sławny artysta masz obowiązek trzymać linię i absolutny zakaz picia innych napojów, tym bardziej słodkich? - złapała butelkę i odkręciła ją, przystawiając koniec szyjki do ust i pijąc.
Zaśmiałem się, otwierając swoją butelkę.
- Nie, ale jeśli chcesz, możemy jechać dokądś, gdzie oferują szerszą gamę napojów dobrych do spożycia. Wyobraź sobie, że rozważę jako kierowca twoje propozycje co do dalszej podróży, jeśli nadal nie masz mnie na tyle dość - przewróciła oczami, wypuszczając głośno powietrze w żartobliwym ujęciu tej sytuacji - Ale najpierw moje pytanie, bo właśnie nastąpiła moja kolej - zanim odpaliłem silnik samochodu i spytałem się o jej dalsze plany co do naszej małej wycieczki, choć nie ukrywając, byłem za tym, aby dziewczyna wróciła już do akademika i postarała się chociaż udawać, że zależy jej na swoim zdrowiu, siedząc w ciepłym pokoju - Zauważyłem twój nietypowy akcent, przez który czasem naprawdę ciężko cię zrozumieć, a z racji tego, że znam parę osób, jak chociażby Issy, czy niejaki James, którzy pochodzą z Australii, nie trudno było mi się domyślić, że pewnie przez spory czas tam mieszkałaś. Stąd ten angielski. Nadal tam mieszkasz?

Felicity?

Od Zaina cd. Daisy

Gdybym był mądrzejszy, byłbym teraz u siebie i nie czuł tego wszystkiego co teraz.
Gdybym był mądrzejszy, najprawdopodobniej nie wróciłbym do Anglii, a zostanie w Kalifornii okazywało się wcale nie głupim pomysłem.
Gdybym był mądrzejszy, pewnie nie siedziałbym tu i nie zastanawiał się nad niezliczoną ilością popełnianych błędów, a i pomyślałbym nad konsekwencjami, które dotychczas nie mają dla mnie większego znaczenia.
Nie wiem właściwie, co powinienem teraz czuć, ale odrętwienie nie jest odpowiednią reakcją na to wszystko. Pretensje mogę mieć tylko i wyłącznie do siebie, ale moje JA nie pozwala mi na nakreślenie jeszcze jednej skazy na wypolerowanej i wygładzonej powierzchni diamentu.
Rozmowa, która była argumentem Daisy właśnie mogłaby skrzywdzić moją dumę. Gdyby ludzie mogli kochać tylko własnego siebie, pominęliby wielu w życiu porażek, ale większość woli siebie nienawidzić niż zauważać w tym jakąś wartość. Po raz pierwszy poczułem, że być może, okazjonalnie, prawdopodobnie i ewentualnie raz w życiu mogłem stwierdzić, albo lepiej, gdybać, albo jeszcze lepiej, rzucić tylko, że siebie nie lubię. Ale dla usprawiedliwienia... OKAZJONALNIE.
- Nie chcę o tym rozmawiać - wydusiłem z siebie, czując narastające wewnątrz poczucie winy i ukłucie głęboko w sercu. Nie miałem chęci się nawet ruszyć, a przyjemnie było. Dziewczyna kiwnęła głową.
Nic nie mam do jej niesamowitej zdolności zrozumienia drugiego człowieka, ale wolałbym gdyby powiedziała zdeterminowana, że nie tylko ja potrzebuję tej rozmowy, ale i ona. Podziałałoby.
Nawet gdybym był w stanie się z nią przespać, to byłoby spełnienie swoich pustych żądz i potrzeb, bo tak naprawdę nic nas nie nakręcało, prócz instynktu i tęsknoty. A związek ludzi, którzy są ze sobą tylko dlatego, że posiadają wiele wspólnego, odczuwają w tej samej chwili podobne emocje i próbują się tym pocieszyć, nie ma, przynajmniej dla mnie, żadnego sensu.
Z drugiej strony, cholera jasna, ale nie jestem nikim innym jak ponadprzeciętnie przystojnym mężczyzną, więc czy nie mam prawa pożądać? Myśl, że właśnie mam za sobą całkiem nagą, piękną kobietę, wtuloną w moje plecy mnie boli, ale nie tak bardzo, jak świadomość, że i tak nigdy nie potrafiłbym jej obdarzyć takim samym uczuciem co Imanuelle. Próbuję o niej zapomnieć, a ona bezczelnie wraca do mojej głowy. Bo w tym wszystkim jest jeden myk... gdy oddajesz komuś serce, to nie możesz go już odebrać i podarować innemu.
- Nie chcę cię do niczego zmuszać - odpowiedziała pewnie, choć wyczułem drobny smutek w jej głosie. Przecież ona czuje się pewnie podobnie co ja.
Chwilę siedzimy w milczeniu i całkowitej ciszy, co pozwala nam na ochłonięcie i przygaszenie emocji. Zakryłem twarz dłońmi, a ręce oparłem o kolana. Byłem zmęczony, ale chwila wyciszenia stanowiła dla mnie w tamtej chwili rodzaj ulgi. Miałem chwilę na zastanowienie się, czego właściwie oczekiwała ode mnie Daisy, chcąc porozmawiać. Nie znoszę dzielić się z innymi swoim własnym życiem, zdecydowanie bardziej nie przeszkadza mi wściubianie nosa w czyjeś, ale nie lubię, gdy robi to druga strona. A niestety tak często się zdarza. W moim przypadku, to ironia losu. Nie twierdzę też, że Daisy to robi. Tak dawno nikt nie zmuszał mnie do wygadania się, że nawet nie zauważam jak mi tego brakuje.
Odwracam się wraz z ostateczną decyzją. Nie mam do niej żadnych wątpliwości.
- Zanim ci wszystko powiem... - opieram się na ręce i uważnie lustruję jej oczy. Nie widzę w nich sprzeciwu, choć obydwoje wiemy, że to ostatni raz, gdyż i tak nic z tego nie wyjdzie. Traktuję to jako pożegnanie - Ostatni raz - szepczę i nachylam się, właśnie ten ostatni raz złączając nasze usta w powolnym i krótkim pocałunku, bo tak naprawdę nie mamy nic do stracenia, chyba że w cenę wchodzi moja i tak mocno poszarpana reputacja, którą jakimś cudem udaje się po każdej głośnej akcji naprawić mojej menadżerce.
Kładę się na plecach i przyciągam dziewczynę do siebie, która opiera głowę na moim ramieniu, przytulając się, jakby faktycznie brakowało jej tego ciepła. Choć nic między nami nigdy nie będzie, bo kochamy kompletnie kogoś innego, to wiem, że zależy mi na niej jak na osobie, która oddała mi nić zrozumienia, szczerej oceny i tej cząstki przyjaźni, którą doceniam.
- Nie chcesz o tym mówić? To z lekka dziwne...
- Nie zrozum mnie jako biednego, zranionego chłopaczka, który będzie płakał przez całe swoje życie. Choć zranienie boli mniej od żalu jaki czuję. Ludzie są tak zaprogramowani, że gdy już sobie kogoś znajdują, kreują swój własny świat, w którym żyją wraz z tą osobą. Wmawiają sobie na początek, że przecież to nic pewnego, ale i tak wyobrażają sobie miejsce, w którym żyją szczęśliwie z dziećmi czy bez. Natura ludzka jest taka, że człowiek będzie dążył do osiągnięcia jak największego szczęścia we własnym mniemaniu. Diasy, na świecie jest ponad 7 miliardów ludzi, a ja nie jestem Werterem. Jest tyle osób, które mogą do nas pasować, być idealne i to mnie boli. Że właśnie w tej chwili możesz czuć smak porażki, gdyż ktoś na kim ci zależy, właśnie znalazł innego człowieka, który do niego pasuje. Biorę tę tezę pod uwagę, ale sam w nią nie chcę wierzyć, bo wiem, że jeśli znajdę szczęście gdzieś indziej, z kimś innym, to nie będzie to samo szczęście, które miało być z osobą poprzednią. Jest wiele ścieżek i każda się różni od siebie. Ona o tym nie wie i ty także nie chcesz wiedzieć, co pomyślałem o niej w pierwszej chwili. Podejrzewam, że sama nadal nie wie, będąc przekonana, że miałem ją wówczas za pustą blondynkę. Podejrzewam, że gdyby tak bardzo nie wjechała mi na ambicję, nie poczuwałbym się do obowiązku konfrontacji. A gdy spotkałem ją ponownie tutaj, okazała się całkiem trudną rywalką, gotową mi oddać jak dziecko, gdy mu się zabierze zabawkę, która stała się potencjalnym zagrożeniem dla mnie, więc trzeba było wyjaśnić sytuację. Wcale nie miałem w planach się w niej zadłużyć, choć na początku mówiłem sobie, że i tak nic z tego, nawet w to nie wierzyłem, bo jesteśmy zbyt różnie podobni, to nie byłem w stanie zaprzeczyć, że mi się podoba. Gadka szmatka, oczarowała mnie już od początku i cieszyłem się jak dziecko, gdy była niemal zmuszona spędzać czas w moim otoczeniu. To było szybkie zapoznanie, ale szczere. Bez zabawy w kotka i myszkę, czego nienawidzę.
- Nie próbowałeś z nią chociaż porozmawiać, spotkać się? - spytała już nieco przygaszonym głosem, w którym wyczułem, że długo przytomna nie będzie i po rozmowie od razu zaśnie.
- Nie wiem gdzie jest, gdzie była. Próbowałem z jakieś milion razy - zaśmiałem się na wspomnienie swoich rezygnacji co do chociażby napisania zwykłej wiadomości. Uważałem to za tak zły pomysł, że nawet ja nie jestem w stanie go zrealizować, a gdy już w końcu zdecydowałem się to zrobić, otrzymałem komunikat, że taki numer nie istnieje. Całkowicie zniknęła ze świata, jakby coś ją połknęło. To jeszcze bardziej bolało.
 - Dlaczego więc za nią nie pobiegłeś?
- To zbyt romantyczne spojrzenie na sytuację i może gdybym był takim Stylesem, to zaaranżowałbym całą sytuację aż by łzy leciały ciurkiem  - posłałem jej szczery uśmiech, który odwzajemniła, nadal czekając na odpowiedź - Żałuję tego, jak niczego innego bardziej, ale jestem też prawdomówny i przywiązuję wagę do obietnic, które składam. Obiecałem się nie narzucać i zostawić wszystko co do tamtej pory nas łączyło. Żałuję tej decyzji i gdybym mógł cofnąć czas, to pal licho tę cholerną obietnicę. Nie ma ona dla mnie żadnego znaczenia. Ale to nie zmienia tego, że już za późno. Dlatego na twoim miejscu, korzystając z tego, że wiesz gdzie jest Dylan, poleciałbym tam i próbował wrócić, zanim jakaś laska ubzdura sobie, że to jej nowy chłopak i to ona zamierza być z nim szczęśliwa. Trzeba zapobiegać globalnym katastrofom - dziewczyna zaśmiała się i otworzyła na chwilę oczy, skupiając wzrok gdzieś w ciemności przed nami.
- Gdyby to było takie proste.
- Ludzie pieprzą głupoty, bo każdy powinien mieć w sobie odrobinę optymizmu. Pesymizm jeszcze nikogo do niczego nie zaprowadził, całe szczęście, że nie ma tu osoby, która próbuje to podważyć, bo nadal uważam, że mam swoją absolutną rację - okrywam nas kołdrą, choć jest ciepło, to robię to ze względu na samo przyzwyczajenie i funkcję jaką niesie ze sobą pościel. Zresztą, to jednakowo ułatwia sprawę.
- Boli mnie głowa - Daisy jak najbardziej odwraca głowę w przeciwnym kierunku do światła, cicho pojękując z dezaprobatą.
- To przez wino. Oznaka, że albo wypiłaś na tyle dużo, albo na tyle mało, żeby nie bolała - uniosła się na chwilę z przymrużonym wzrokiem, jakby rozpracowywała największą teorię tego dziesięciolecia - Powinnaś kiedyś spróbować coś lepiej wypalającego gardło - skrzywiła się, po czym zaprzeczyła takim gestem, że sam się roześmiałem - Margaritę? Chyba lepsza od whiskey z colą - jęknęła z uśmiechem i ułożyła się wygodnie.
- Dobranoc Zain - powiedziała to po raz drugi tego wieczoru, który chyba stał się jednym z tych najdziwniejszych wieczorów, podczas którego nasza dziwna relacja zarazem rozpoczyna się, jak i kończy.
- Dobranoc - odpowiedziałem, nie robiąc nic więcej w tej kwestii - Teraz ty jesteś mi winna opowiedzenie swoich przemyśleń i chcę usłyszeć odpowiedź - wyszeptałem, słysząc cichy pomruk i czując jak jej usta wykrzywiają się w uśmiechu. Skinęła powoli, nie mówiąc nic, ale zgadzając się na przełożenie to w późniejszym czasie.

Daisy?

poniedziałek, 2 lipca 2018

Od Zaina cd. Daisy

Od razu spojrzałem na zrywającą się z miejsca Daisy, która niemal w podskokach znalazła się od razu przy mnie i zaczęła klaskać z szerokim uśmiechem na twarzy.
- Dobrze, dobrze - zaśmiałem się niskim głosem, łapiąc podrygującą w miejscu dziewczynę za ramiona, zjeżdżając rękoma na jej dłonie. Spojrzała dużymi oczami spod uniesionych brwi - Ale musisz się odwrócić, bo obawiam się, że jeszcze nie jesteś gotowa na takie objawienie - puściłem do niej oczko, delikatnie się pochylając. W tym samym czasie usłyszałem jak stojący za mną Harry parska śmiechem pod nosem, opierając się o ścianę. Odwróciłem się w jego stronę, próbując zachować jak najpoważniejszą minę i nie popełnić tego samego błędu, jak on - I z czego się chichrasz niewdzięczniku? Ty nie musisz się odwracać. Wiem co tam potajemnie robisz w nocy przed Issy - posłałem mu najbardziej dwuznaczny uśmiech na jaki było mnie stać, przy okazji obrywając w twarz bluzą. Bezczelny.
- Idź się ubrać do łazienki i przyjdź na stołówkę. Później dokończymy rozmowę - machnąłem ręką na pożegnanie, wcale nie słuchając go do końca. Pokręcił głową, pewnie dobrze wiedząc, że niekoniecznie mnie to interesuje. Cicho śmiejąc się jeszcze pod nosem, wyszedł z pokoju.
- O której masz zaliczenia, bo właściwie wczoraj się nawet nie spytałem - otworzyłem ogromne drzwi szafy, rozglądając się za jakimś pasującym outfitem. Słyszałem jak Daisy siada na łóżku i wzdycha głęboko. Już ją chwyta stres?
- Mam przyjść po lekcjach - zarzuciłem sobie na ramię ubrania i spojrzałem na nią katem oka. Uniosła w tym samym momencie wzrok znad pościeli, którą dłonią przygładziła. Widząc mój wymowny wyraz twarzy, zmarszczyła brwi - Tak, denerwuję się. Coś w tym dziwnego? - zaśmiałem się na jej słowa i pokręciłem głową, przewracając w dłoniach zabraną przez siebie bluzkę.
- Absolutnie nic. Dlatego odprowadzę cię pod samą klasę dodając przy okazji otuchy - dzisiaj nie było treningów i choć byłem umówiony z panią Heather na dodatkową godzinę jazdy z powodu Morrigan, nie przewidywałem problemów z racji tego, że zamierzam wspomóc duchowo Daisy.
Dziewczyna popatrzyła na mnie przez chwilę, uśmiechając się prawdopodobnie w podziękowaniu. Zacisnęła usta i skinęła głową. Wskazałem na drzwi od łazienki i poszedłem się ubrać.
~*~
- I pamiętaj co masz powiedzieć w ostateczności - odłożyłem tacę z jedzeniem na stolik, zajmując przy nim miejsce. Daisy usiadła zaraz obok, ale wydawała się mnie nie słuchać już od jakiegoś czasu. Albo mi się tylko wydawało, bo przez cały czas kiwała głową.
- Uczyłam się caaałą noc - powtórzyła moje słowa, lecz tym razem już rozbawiona. Zmierzyłem ją na szybko spojrzeniem i przewróciłem oczami.
- Ja tylko dobrze doradzam. Mimo wszystko, uczę się od dłuższego czasu i znam nauczycieli lepiej...
- I dlatego postanowiłeś zabawić się w doradcę? - odezwał się siedzący niedaleko Harry swoim nieco prześmiewczym, aczkolwiek nie na tyle rozbawionym głosem, bym mógł go zignorować. Daisy cicho zachichotała i spuściła z powrotem wzrok, tym razem będąc chyba naprawdę głodną, bo nie miała miny jak poprzednio.
- Coś ci nie pasuje? - posłałem mu podobne spojrzenie z rana, gdy to postanowił do mnie przyleźć i wywalić mnie z łóżka, gdy smacznie sobie spałem i zamierzałem tak jeszcze poleżeć. Poważnie zastanowię się nad wpływem Issy na tego człowieka. On przecież lubił spać.
- Dużo rzeczy - wyszczerzył się wymownie, zachowując bezproblemowy ton głosu. Prychnąłem pod nosem, dopiero teraz ignorując go i jego uwagę.
- Zaliczasz coś? - odezwała się Isabelle, która dotychczas była zajęta trzymaną w rękach książką. Odłożyła ją na bok i dopiero teraz zainteresowała się swoim śniadaniem, opierając podbródek o rękę.
- Tak - odpowiedziała Daisy, rozglądając się po zgromadzonych przy stoliku - Egzamin końcowy z roku z fizyki. Z tego co patrzyłam, to większość materiału miałam już przerobioną, więc nauczyć się końcówki nie było problemem - wzruszyła ramieniem, starając się o delikatny i jak najmniej krępujący uśmiech. Spojrzałem na Harry;'ego, który uniósł nieznacznie brew i patrzył na mnie. On dzisiaj zginie.
- W końcu ktoś ambitny - dziewczyna klasnęła w dłonie i rozbawiona obdarzyła wszystkich spojrzeniem.
- Przepraszam bardzo, ale poczułem się urażony - oparłem dłoń na klatce piersiowej, odchylając się do tyłu na krześle - Styles, powiedz coś swojej dziewczynie.
- Sam jej coś powiedz - prychnął i przewrócił tylko oczami.
- Nie wiem, czy to aż takie ambitne postępowanie. Przedłużam sobie tylko wakacje, nie musząc w ich czasie uczyć się na zaliczenie w przyszłym roku - Daisy ponownie wzruszyła ramieniem. I w tym momencie się nie zgodziłem.
- Niektórzy czekają z nadrobieniem następny rok, by zdać już na sam koniec wszystko. A ty nauczyłaś się końcówki materiału w jeden wieczór i noc, więc nie wiem dlaczego nie miałoby być to mniej ambitne postępowanie od napisania całego tomiku wierszy w zaledwie dwadzieścia cztery godziny - oblizałem widelec i uniosłem brwi w geście, że mówię to kompletnie poważnie. Uśmiechnęła się i spuściła głowę, delikatnie zasłaniając się włosami.
Sam poranek i zajęcia minęły niezwykle szybko, aczkolwiek byłem na nich kompletnie nieskupiony. Co nie uszło uwadze niektórym osobom, w tym nauczycielowi, ale człowiek pewnie zdążył się przyzwyczaić do ludzi, którzy go nie słuchają. A ja na wyniki narzekać nie mogę.
Od razu po lekcjach pobiegłem na korytarz, gdzie miała czekać Daisy. Stała oparta o parapet, ale o dziwo wcale nie miała przyklejonego wzroku do notatek, ani nie wpatrywała się w książkę, tylko utkwiła spojrzeniem przed siebie i odwróciła głowę dopiero wtedy, gdy wyszedłem zza ściany.
- Nie wchodzisz? - zapytałem. Pokręciła głową. Gdy podszedłem bliżej, zauważyłem, że jest zmartwiona. No tak, stres.
- Denerwuję się - stwierdziła bez zbędnych ogródek. Przechyliłem głowę i posłałem w jej stronę uśmiech.
- Poradzisz sobie - przyciągnąłem ją do siebie i przytuliłem - Jak nie dostaniesz jednej z najwyższej sumy punktów, to uznam, że nauczyciel się pomylił na bank - dziewczyna zachichotała i odsunęła się nieznacznie.
- Dzięki - założyła kosmyk włosów za ucho i ścisnęła mocniej książkę w rękach.
- Będę pewnie w stajni w razie jakbyś mnie szukała, ale mogę do ciebie wpaść po wszystkim i sprawdzić, czy promieniejesz z radości, czy siedzisz załamana w pokoju.
- Nie pomagasz.
- Już przestaję - uniosłem ręce do góry, oglądając się za idącym nauczycielem - To powodzenia. I pamiętaj o taktyce ostatecznej - pożegnałem się z nią i wyszedłem z budynku.

środa, 27 czerwca 2018

Od Zaina cd. Felicity

Nie ukrywałem uśmiechu, który był wywołany przez stwierdzenie City co do niestandardowego układu z jej przyjaciółką. Odwróciłem głowę w kierunku bocznego okna, opanowując narastające zadowolenie.
- Nie podoba ci się, że jestem dla ciebie chodzącą tajemnicą? - dziewczyna chyba się spodziewała, że zapytanie mnie o cokolwiek, nie skończy się prostą odpowiedzią, tak jak konwersacja przewiduje. Wróciła spojrzeniem na drogę, nie reagując w żaden sposób. Miała punkt oparcia w całej sytuacji, bo musząc obserwować jezdnię, nie musiała patrzeć na mnie. Tym samym, mój złośliwy uśmiech wcale jej nie przeszkodził, choć miała świadomość, że jestem z siebie zadowolony.
- Niewiele- odpowiedziałem, znów przybierając poważny wyraz twarzy z uniesionymi kącikami ust. Tym razem jednak zmusiłem ją do odwrócenia głowy, akurat w momencie, gdy droga była prosta i bez przeszkód - Patrz na drogę, a nie na mnie - usłyszałem jak wypuszcza głośno powietrze z płuc i wraca spojrzeniem przed siebie.
- Wcale na ciebie nie patrzę - burknęła pod nosem, jak zawsze dumnie.
- Jasne - mruknąłem podobnie jak ona przed chwilą, próbując udawać jej ton - Każda tak mówi - doskonale wiedziałem jak bardzo denerwuje ją moje zapatrzenie w siebie. Tym razem, nie udając niczego, westchnęła przeciągle i chyba zamierzała zrezygnować z dalszej rozmowy. Spojrzałem na nią spod opadających kosmyków włosów i uśmiechnąłem się - Lubię denerwować ludzi, a szczególnie ładne kobiety. Mógłbym nazwać to moim hobby, ale czasem robię to nieświadomie. Po prostu, większość się do tego przyzwyczaja. Gdyby tak nie było, a my żylibyśmy w kraju z dostępem do broni, na pewno musiałbym wyemigrować - widziałem jak dziewczyna nieznacznie się uśmiecha, delikatnie kiwając głową na potwierdzenie moich słów. Zgadzała się z nimi, a mnie to bawiło.
- Mówisz tak, bo chcesz usprawiedliwić to, że mnie czasem wkurzasz? - nie wiem, czy to miało być pytanie, czy raczej rodzaj stwierdzenia, ale tak, czy inaczej, musiałem się z nim zgodzić. Choć nie nazwałbym to usprawiedliwianiem siebie.
- A wkurzam? - zadałem to pytanie, nie dlatego, że nie wiedziałem. Chciałem żeby City się zwyczajnie do tego przyznała.
- Sam mówiłeś, że potrafisz być denerwujący, więc odpowiedz sobie - wzruszyła ramieniem, ale gdy nic nie odpowiedziałem, skinęła głową - Tak, czasami mnie wkurzasz.
- Ale tylko czasami - podkreśliłem. Zachichotała.
- Jak udało ci się ugadać Emerson? - zadała kolejne pytanie - Znaczy... wiem, że ona jest bardzo towarzyska i nie ma problemu zaczęcia rozmowy z każdym, ale myślałam, że będzie stała po mojej stronie - wyczułem w jej zdaniu cień rozbawienia. Mówiła to żartobliwie, ale tym razem zamierzałem jej odpowiedzieć.
- I stoi - wzruszyłem ramieniem - Dobra z niej przyjaciółka. Powiedziała, że jak będę się mniej odzywał, to być może mnie polubisz - City tym razem roześmiała się, odchrząkując cicho.
- Naprawdę tak powiedziała?
- Nie, ale chciałem znać twoją reakcję - dziewczyna przewróciła oczami, nadal rozbawiona.
- A wtedy przy wyjściu?
- To tajemnica - triumfalnie uniosłem głowę, rozsiadając się w fotelu - Nie mogę ci jej zdradzić, bo to byłoby nie fair w stosunku do Emerson, Może ci kiedyś powie, zobaczymy.
- No dobra. Wiem, że nic nie zdradzisz, to wracając do tematu... Czymś się interesujesz jeszcze, oprócz muzyki?
- Różnie. Jestem otwarty na wszystko. Ambicja nie pozwala mi siedzieć w miejscu. Realizując jedno, znajduję sobie trzy inne. Postępuję bardzo nieszablonowo, choć uważam to za wyjątkowy plus w całej mojej osobowości. Nawet w muzyce. A co do zainteresowań... to mam parę specjalnych. Umówmy się tak - odwróciłem się bardziej w jej stronę. Delikatnie zaskoczona zwrotem akcji, kątem oka spojrzała na mnie, nadal skupiona na drodze. Cieszę się, że traktuje moje auto i to, że pozwalam jej prowadzić, za coś ważnego, choć wiem także, że sam jej charakter nie pozwala jej przyjąć obojętności w tej kwestii. Ciekaw jestem tylko, czy to zauważa - Ja powiem ci wszystko o sobie, co tylko chcesz wiedzieć, za to ty zdradzisz mi, co mam robić żebyś nie czuła przynajmniej chęci zamordowania mnie w pewnych sytuacjach. Oczywiście, oprócz takich, gdzie chodzi o twoje zdrowie, bo pomimo, że ja często o nim nie myślę, nie lubię jak ktoś je ignoruje. Życie to życie, jest ważne u każdego. Nawet jeśli to zwykłe przeziębienie - uniosła wyżej podbródek, zastanawiając się nad swoją zgodą co do tego układu. Ja uważam, że jest on sprawiedliwy. Naprawdę, pomimo tego, że jestem znany, nie znoszę opowiadać o sobie w momencie, gdy przychodzi to na poważnie. Wizerunek to jedno, osoba to drugie i choć na siebie się nakładają, istnieją pewne różnice.
- I odpowiesz mi na każde pytanie o tobie, które zadam? Bez zbędnego unikania, wykręcania i swoich narcystycznych pobudek?
- Tego ostatniego nie mogę ci obiecać, ale... powiedzmy, że się postaram. Chyba nie odrzucisz tego ogromnego gestu z mojej strony?
- Masz rację, nie odrzucę. Poza tym, powiedzenie tobie, czego masz nie robić by mnie nie denerwować, jest strasznie banalne w porównaniu do tego, że będę wypytywać o całe twoje życie - spostrzegła.
Skrzywiłem się nieznacznie.
- Być może, ale biorąc pod uwagę, że mam Emerson jako niezawodnego informatora do spraw pod pseudonimem FELICITY, nie muszę się wypytywać ciebie o... o ciebie - przyznała mi racje i zacisnęła mocniej ręce na kierownicy.
- Dobrze, to pierwsze pytanie zanim będziemy na miejscu. Już niedaleko - rozejrzała się szybko po okolicy i wróciła spojrzeniem przed siebie - Co cię skłoniło do nauki w Morgan?
- Serio? Myślałem, że zadasz poważniejsze pytanie.
- To bardzo poważne pytanie. Pamiętaj o umowie - posłała mi wymowne spojrzenie. Przewróciłem oczami, wiedząc, że ta umowa na pewno będzie mnie kosztowała dużo wysiłku. Podobnie jak nasza poprzednia.
- Tak jak wcześniej mówiłem - zacząłem, opierając się w pełni plecami o siedzenie - Znajduję sobie jedno zainteresowanie, które budzi trzy nowe. Były różne powody, dla których zdecydowałem się na naukę tutaj. Z jednej strony Morrigan, której potrzebna jest moja uwaga. Z drugiej, chciałem po prostu odpocząć. Stadnina jest oddzielona od świata, w którym zaistniałem, więc mam tu okazję pobyć Zainem Malikiem. Nauka tutaj do ogromny plus do całego życia, więc się zdecydowałem. W Anglii mam połowę rodziny i przyjaciół. Choć mojej menadżerce nie spodobał się ten pomysł, to pewnie się domyślasz, ale jak już coś postanowię, to do realizacji tego dążę. Nie mam powodów by żałować przyjazdu tutaj, chociaż... nie wszystko było tak jakbym chciał - dziewczyna zmrużyła oczy, kiwając naraz głową. Spojrzałem na nią z uniesionymi brwiami. Odwzajemniła to, odwracając głowę.
- Widzisz, jednak można rozmawiać bez zbędnych złośliwości - uśmiechnęła się zadowolona.
- To nie ja jestem tu złośliwy.
- No masz. A już myślałam, że dasz radę.
- Nie podpuszczaj mnie, mała wredoto - roześmiałem się, zauważając w dali lokal, w którym pracuje City - Zresztą popatrz. Puściłem ciebie w takim stanie gdziekolwiek z pokoju. Powinnaś siedzieć pod kołdrą.
- Obiecuję ci, że nic nie zrobi mi lepiej niż ciepła pizza.
- No i super. Trzymam cię za słowo. Teraz moja kolej, zanim się zatrzymamy. Co we mnie ciebie najbardziej irytuje?
City zatrzymała się na parkingu, wyłączyła silnik i mruknęła cicho pod nosem w zastanowieniu. No chyba nie ma tylu rzeczy, które naprawdę ją bardzo irytują. Spojrzała na mnie, a ja miałem wrażenie, że mi się przygląda. Jak cokolwiek wspomni o wyglądzie, to chyba się na nią obrażę. Jestem cierpliwy, gdy tego chcę, ale siedząc w samochodzie z przyglądającą ci się dziewczyną, robi się coraz bardziej krępujące. I to nie z tych oczywistych powodów, ale z takich, że chcę aby w końcu coś powiedziała.
- Daj mi moment. Wejdziemy do środka, zamówimy jedzenie i wtedy ci powiem. Zgoda? - odpowiedziała nadzwyczaj promiennie. Zastanawiam się, czy moje pytanie i miejsce, do którego idziemy, nie stanie się jej odpłatą za nadobne. Odchyliłem do tyłu głowę.
- Zgoda. Aczkolwiek, wiesz jak trudno będzie mi się przez ten czas skupić? - otworzyłem drzwi i wysiadłem z auta, spoglądając w jej stronę.
- Wiem, ale wierzę, że dasz radę - podeszła do mnie i oddała mi klucze z uśmiechem. Poprawił jej się humor? Albo poczuła się w końcu na siłach. Nie wiem, ale wygląda na pewno lepiej niż poprzednio. I chyba już nie dąsa się tak bardzo o to, że załatwiłem jej całodzienny pobyt w pokoju. Teoretycznie, bo właśnie nie jesteśmy w akademiku, ale przy wejściu do lokalu.
Otworzyłem drzwi, przepuszczając dziewczynę, dopiero potem sam wchodząc i rozglądając się po miejscu, w którym pracuje w weekendy. Chyba to lubi stwierdzając po tym, jak chętnie i bez przeszkód idzie w stronę wybranego przez siebie stolika. Dziwnym trafem jest to ten sam, przy którym siedziałem wraz z Harry'm poprzednio i zaczynam się jeszcze bardziej obawiać tego, że dla niej jest to tylko odwet. Zajęła miejsce i spogląda na mnie pytająco. Odwróciłem wzrok, wyjmując ręce z kieszeni bluzy i ruszyłem jej śladem, siadając naprzeciwko. Choć chciałem zadać jej pytanie, dlaczego akurat tutaj, to powstrzymałem się przed tym i tylko rzuciłem jej zaciekawione spojrzenie. Uśmiechnęła się i spojrzała w zabraną przez siebie kartę menu.
- Z racji tego, że to ja jestem chora, nie ty, wybiorę dla nas coś pysznego. Nie masz nic przeciwko, prawda? - nie patrząc na mnie, przejechała palcem po nazwach pizzy, szukając tej jednej odpowiedniej.
- Nie mam. Tylko błagam, nie hawajska - podniosła wzrok, chyba zaskoczona.
- Nie lubisz? - pokręciłem głową.
- Ananas to coś złego w pizzy. Nie wiem jaki człowiek wpadł na ten pomysł i stwierdził, że można go dodać do tego dania, czy jakkolwiek można nazwać pizzę - z powrotem wróciła do przeglądania karty - Poza tym, Hawaje nie są takie cudowne, jak wszyscy myślą.
- Okey, nie hawajska. Przyjęłam - powiedziała niestrudzona, a po jej minie widziałem, że chyba już coś znalazła - Mam. Powinieneś być zadowolony - uniosła głowę z uśmiechem i odłożyła kartę na bok.
- To teraz odpowiedź na moje pytanie - położyłem rękę o oparcie za sobą i wykrzywiłem usta w uśmiechu. City również usiadła wygodnie, zaraz po zdjęciu z siebie grubszego nakrycia, które założyła specjalnie po to, by nie narazić swojego zdrowia na jeszcze większy uszczerbek.

City?

czwartek, 21 czerwca 2018

Od Zaina cd. Daisy

Nie zwracałem uwagi na Daisy rozglądającą się nerwowo po pomieszczeniu. Ja nie odczuwałem żadnego stresu z powodu możliwego przyłapania na bezczelnym wkradnięciu się do szkolnej kuchni i zabierania sobie bez pytania nie swojej kawy. Ale pójście do sklepu było jeszcze bardziej kosmicznym pomysłem niż wędrówka po korytarzach akademii w nocy. Chociaż...?
Dlatego też nie wzruszyło mnie, gdy najpierw poczułem niepewnie przesuwające się po moim ciele dłonie dziewczyny, a potem niemal całą jej sylwetkę, gdy przylgnęła do moich pleców.
Z czystego zadowolenia, pozwoliłem aby moje usta wykrzywiły się w uśmiech. Nie wiem co sprawiało, że za każdym razem tak bardzo podoba mi się, gdy ktoś przyznaje mi tytuł jedynego, przenośnego i niezawodnego grzejnika.
To było przyjemne uczucie, nie mogłem temu zaprzeczyć. Czułem przepływające pomiędzy nami ciepło i skupiałem się na tym, podczas gdy powinienem starać się nie wylać robionej kawy. Po cichu odstawiłem wszystko na bok i najdelikatniej jak potrafiłem, oparłem ręce o blat i przeniosłem na nie niemal cały ciężar ciała. Daisy nic nie poczuła, a przyjemny zapach kawy powoli zaczął rozpływać się w powietrzu. Trwaliśmy tak w niezmąconej ciszy, będąc spokojnymi, że to właśnie ona podpowiada, że nie musimy się niczego obawiać. A mimo to, coś niepokojącego w środku szeptało po cichu.
- Tylko mi nie zaśnij - spojrzałem przez ramię, ledwie widząc przytuloną dziewczynę. Nie ułatwiała też spowijająca nas ciemność. Uniosła głowę i zapewne ledwie widząc mój uśmiech, odsunęła się. Mogę się założyć, że w tym samym momencie się delikatnie zarumieniła. Odwróciłem się do niej, trzymając w dłoni jej kawę. Popatrzyła na nią z podziękowaniem i zabrała, owijając palcami kubek.
- Czy nikt się nie zorientuje, że brakuje kubków, które właściwie są dla personelu? - zapytała. Kiedy patrzyłem jej przelotnie w oczy, uświadomiłem sobie, że wcale nie chce abym potwierdził jej obaw. Cóż, pewnie rano kucharka zobaczy, że z ich służbowej kolekcji coś zniknęło, ale nie przejmą się tym zbytnio. Albo to dla mnie konsekwencje nie mają żądnego oddźwięku w tej sytuacji.
- Nie - powiedziałem z lekka lekceważącym tonem, doprawiając to wzruszeniem ramienia - Właściwie, to tylko kubki. Kto by się przejmował takimi pierdołami? - po raz kolejny zignorowałem wszystkie możliwe opcje, które niosły ze sobą zebranie odpowiedzialności za wszystko. Aby jednak zakończyć tą pełną obaw rozmowę, która wyraźnie zaznaczyła nam obojgu, że się od siebie bardzo różnimy, zaproponowałem jej kolejną rzecz - Chodź. Pokażę ci coś - odsunąłem się od blatu i bez namysłu chwyciłem jej dłoń w swoją, delikatnie ciągnąc za sobą. Nie stawiała oporu, wręcz wydawało mi się, że chętnie za mną idzie i wcale nie muszę jej trzymać. Dziwne, ale nie chciałem jej puszczać.
Przeszliśmy przez całą kuchnię, starając się nie narobić niepotrzebnego hałasu, który tylko zwabiłby niepotrzebnych gości i nas zdradził. A zależało nam na dyskrecji.
Zbliżaliśmy się do niewielkich drzwi, które prowadziły bezpośrednio na stołówkę. Dopiero przy nich poczułem jak dziewczyna zaczyna się wahać.
- Dokąd idziemy? - zapytała. Uśmiechnąłem się kątem ust i rzuciłem jej przelotne spojrzenie.
- Pokażę ci, że bycie w centrum nie jest takie złe - pomimo próby otworzenia jak najciszej drzwi, te zgrzytnęły ciężko, jakby były od lat nieruszane, a przecież codziennie przechodziły tędy kucharki i cały personel kuchni. Wstrzymaliśmy na chwilę oddech, nasłuchując czy ten dźwięk nie przykuł czyjeś uwagi, ale po niecałej minucie ciszy można było stwierdzić, że raczej nikt nie przejął się tym. Przedostaliśmy się na stołówkę. Dopiero wtedy puściłem dłoń Daisy i zamknąłem za nami drzwi. Najwyraźniej wycieczka do kuchni po kawę zaczyna nam się powoli wydłużać.
Dziewczyna zrobiła parę kroków do przodu pośród ciemności, która tutaj nie była już taka gęsta z powodu dużych okien, przez które padało światło księżyca, idealnie skierowanego w naszą stronę. Rozejrzałem się dookoła, wymijając z wolna swoją towarzyszkę. Wybrałem stolik, który stał na samym środku stołówki, a który był najrzadziej wybierany przez uczniów.
Ludzie mają coś takiego w sobie, że zawsze wolą być na uboczu. Odgrodzić się od zewnętrznego świata i zamknąć w swoich czterech ścianach. Tutaj było to najbardziej widoczne. Gdyby tak przyjść przed wszystkimi i przyglądać się, to nieważne jak dużo ludzi siedziałoby, i tak staraliby się wybrać najbardziej uboczne miejsce.
Usiadłem na blacie i spojrzałem na idącą zaraz za mną Daisy. Nadal rozglądała się niepewnie po całym tym dużym pomieszczeniu. Uniosłem kubek do ust, racząc się gorącym napojem z dodającą energii, wyczuwalną kofeiną. Nie spuszczałem z niej wzroku, badając jej reakcję.
- Nikogo nie ma - zapewniłem, odkładając na bok kubek, który cicho stuknął o stolik. Dziewczyna pokiwała głową, pochylając ją nad parującym napojem i oplatając jeszcze bardziej palcami nagrzaną porcelanę - Możemy się zrelaksować.
- Myślałam, że wrócimy do pokoju - uniosła oczy, które przez chwilę zaświeciły w świetle, które rzucał w tę noc księżyc, będąc zarazem winowajcą braku cisnącego się na ludzi snu.
- Nie masz w sobie za dużo z buntowniczki - posłałem jej uśmiech, na który odpowiedziała delikatnym rumieńcem. Spojrzała na zrobione przeze mnie miejsce obok i po chwili wahania, wsparła się na rękach i usiadła obok.
- Myślałam, że już to zauważyłeś - przejechała palcem po wzorzystym kształcie na kubku, mówiąc to w ten sposób jakby mi co najmniej to bardzo przeszkadzało. Nie wiem skąd te uprzedzenia, ani z jakiego powodu ma wrażenie, że swoją nieśmiałością przytłacza wszystkich wokół. Pewnie wygląda to dla mnie uroczo tylko z tego powodu, że ja sam nigdy taki nie byłem. Nie kryłem się pod wodospadem opadających na twarz włosów bądź w kącie, który ludzie omijają z ignorancją. Ale stwierdziłem dobitnie fakt, że to wygląda uroczo.
- To teraz możesz opowiadać, że nielegalnie wkradłaś się do kuchni, a potem do stołówki by pić ukradzioną kawę. Choć odradzam chwalenia się tym, ludzie gadają, a plotki szybko się roznoszą. Jeszcze wsadziliby cię do więzienia - popatrzyła na mnie swoimi dużymi, zielonymi oczami, nie do końca mając pewność czy tylko żartuję, czy na poważnie ma brać moje słowa.
- Przestań - trąciła mnie w ramię, ale na jej twarzy pojawił się momentalnie uśmiech. W przestrzeni rozniósł się mój śmiech, ukryty pod pretekstem chęci wzięcia kolejnej, małej porcji kawy - Mówiłeś, że nikt nas nie przyłapie. Ufam ci.
- Ufasz mi? - w ciszy, która między nami zapadła, można było usłyszeć wszystkie odgłosy z zewnątrz. Choć najbardziej słyszalnym dźwiękiem wokół nas był jedynie nasz oddech, nieprzerywany przez żaden niepokojący odgłos z korytarza. Patrzyliśmy na siebie w ciszy. Wykorzystując okazje oczekiwania na odpowiedź, przyglądałem jej się na tle dużych okien rozświetlanych białym światłem - Ludzie zazwyczaj mają do mnie ograniczone zaufanie. Właśnie ze względu na takie i inne pomysły.
- Więc, to nie jest twój najgłupszy pomysł? - skrzyżowała nogi w kostkach, a ja spuściłem głowę, cicho parskając pod nosem.
- To zdecydowanie mój normalny pomysł - wertując w głowie wszystkie, możliwie dobrze zapamiętane pomysły, ten faktycznie był dla mnie standardem - I patrz. Siedzisz na środku stołówki i nie czujesz się skrępowana - zauważyłem, kiwając głową z uznaniem.
- Zain - starała się o najcichszy śmiech jaki usłyszałem w swoim dwudziestotrzyletnim życiu - Ale tu nie ma nikogo - wskazała charakterystycznym ruchem otoczenie wokół niej - Nikogo, prócz ciebie - wzruszyłem ramionami.
Dopiłem swoją kawę do końca, odłożyłem kubek na bok i z głośnym westchnięciem, opadłem plecami całkowicie na blat.
- Wygodnie? - usłyszałem rozbawione pytanie dziewczyny, na które sam odpowiedziałem uśmiechem.
- Twardo... i ogólnie to strasznie niewygodnie, ale cicho - po moich słowach zapadła po raz kolejny cisza i trwała tak chyba przez pięć minut, nieprzerwana żadnymi dźwiękami, dopóki w dali nie dało się słyszeć odgłosu uderzających butów o podłogę - Chyba będziemy musieli się zbierać - otworzyłem oczy i spojrzałem w kierunku wyjścia ze stołówki. Daisy zdążyła dopić swoją kawę i z niepokojem odwróciła głowę w tę samą stronę co ja. Poderwałem się z miejsca i znowu chwyciłem ją za rękę. Jednak nie zamierzałem wracać drogą, którą tutaj przybyliśmy. Podeszliśmy szybko pod wielkie drzwi stołówki i wychodząc na korytarz, który już nie był niczym oświetlony, udaliśmy się szybko w stronę pokoju.
To było aż dziwne, że nikt nie skapnął się o naszej nocnej wędrówce, ale być może faktycznie udało się to zrobić niemalże niezauważalnie. Spojrzałem na trzymany w dłoni kubek, z którego niedawno piłem kawę, potem na jej, który natychmiast zabrałem i odłożyłem na biurko.
- Nie wierzę, że to się udało - powiedziałem to bardziej do siebie, ale natychmiast otrzymałem odpowiedź.
- Myślałam, że jesteś pewny braku zauważenia przez innych.
- To teraz już mogę się przed tobą przyznać, że przez krótką chwilę szukałem dobrego rozwiązania wyjścia z sytuacji, gdyby nas ktoś przyłapał - zaśmiała się, chowając twarz pod swoimi ciemnymi włosami. Rozłożyłem ręce na boki w geście, jakbym nie wiedział co ją tak bardzo rozbawiło. W sumie, to nie wiedziałem.
- Teraz będę wiedziała, żeby nie iść z tobą na nocne zwiedzanie - zajęła swoje miejsce na łóżku i gdy tylko zerknęła na leżące książki, na jej twarz wdarł się grymas niezadowolenia. Czyżby tak miło upłynął jej ten krótki czas, że wizja nauki wydawała się teraz istnym koszmarem? Ponownie uśmiechnąłem się pod nosem, chwytając telefon i kładąc się obok. Przyciągnąłem do siebie leżącą przed Daisy książkę.
Minęła kolejna godzina, ale o tej porze nawet kawa, którą wypiliśmy zbytnio nie pomogła. Znaczy... pomogła, ale na krótki czas. Słysząc z boku ciche ziewanie, aż nie mogłem się powstrzymać od uśmiechu.
- Zarządzam zmianę w sposobie nauki. Ja czytam, a ty słuchasz - otworzyłem na stronie, którą starannie zaznaczyła kartką, a nawet podkreśliła początek zdania, na którym skończyła. Popatrzyła na mnie nieprzytomnym wzrokiem, przez tą godzinę już kilka razy proponowałem żeby skończyć, ale odmawiała mi to w taki sposób, że nawet nie pomyślałem o namawianiu jej dziesięciokrotnie. Tylko o połowę mniej. Pokiwała głową i ułożyła się wygodnie na łóżku. Wstałem, siadając na krześle. Choć nie było to moje wymarzone miejsce, ani nie trzymałem w ręce mojej wymarzonej książki, to po szybkim przetarciu oczu, zacząłem czytać tą nudnie sklejoną z przypadkowych słów treść tematu. Nie zdziwiłem się, że po jakimś czasie, gdy uniosłem wzrok znad podręcznika, zastałem widok śpiącej Daisy, która widać, że przegrała tę walkę ze snem. Odłożyłem książkę na biurko i osunąłem się w krześle, krzyżując palce od dłoni, które spoczęły na moim brzuchu. Przyglądałem się w ciszy temu widokowi, niepotrzebnie dziwiąc się, że zasnęła tutaj bez żadnego problemu. I to było już faktycznie urocze.
Podniosłem się, podchodząc do łóżka i zdejmując z niego wszystko co tylko mogło przeszkadzać. Zaczynając od książek, a kończąc na ołówkach, długopisach i tego typu rzeczach. Żeby niepotrzebnie jej nie ruszać, nie próbowałem wyciągnąć spod niej kołdry, ale zabrałem z szafy koc i okryłem nim Daisy, będąc świadomym, że wiecznie otwarte u mnie okno, wpuszczające tu orzeźwiające, zimne powietrze, niekoniecznie może być przyjemne dla dziewczyny tak jak jest przyjemne to dla mnie. Sam położyłem się na drugim krańcu łóżka na plecach, mając głowę wspartą o założone do tyłu ręce.

Daisy?

sobota, 16 czerwca 2018

Od Zaina cd. Felicity

Skierowałem się w stronę stołówki, ale nie mogłem tak po prostu zostawić jej szczytnej upartości bez komentarza. No błagam, stajesz, patrzysz i widzisz, że się źle czuje. Nie wszystko udaje się zakryć pod warstwą dobrze zrobionego makijażu i nieźle dobraną fryzurą. Odwróciłem się za dziewczyną, posyłając uśmiech, który miał tylko wskazywać na moje inne zdanie od niej, ale niestety szła odwrócona.
- Aczkolwiek nadal twierdzę, że najlepszym rozwiązaniem byłby powrót do pokoju i kilka dni wolnego - powiedziałem na odchodne, a kilka osób odwróciło głowy w kierunku Felicity. Również i ona posłała mi przelotne spojrzenie, jakby była przekonana, że pokusa przed dopowiedzeniem czegoś w takiej sytuacji była dla mnie zbyt silna. Nie zrobiła swojego znanego przewrotu oczami, lecz zniknęła po chwili za rogiem ściany. Ominąłem konieczność wzięcia tacy i nałożenia sobie śniadania, posyłając szeroki uśmiech kucharce. Obrałem stolik z dobrze znanymi sobie ludźmi, ale gdy moje spojrzenie przykuło rodzeństwo, z którymi przyjaźniła się Felicity, obrałem całkiem inny kierunek. Dosiadłem się na szybko do dwójki, posyłając im przy tym uśmiech, który z całą pewnością wskazywał jeszcze bardziej to, że nie zająłem tego miejsca bezinteresownie.
- Ona naprawdę zawsze jest taka... - zrobiłem zamaszysty ruch rękoma w powietrzu i spojrzałem po siedzącej naprzeciwko mnie dwójce. Rudowłosy uniósł brew tak jakby doskonale wiedział co chcę powiedzieć, ale cierpliwie czekał na kontynuacje, za to jego siostra już dawno kiwała głową, być może nawet nie wiedząc co chcę przekazać, ale była świadoma jak odbieram sytuację. Więc to na niej skupiłem większość uwagi, wnioskując, że to raczej ona powie mi nieco więcej - Czyli to dla niej normalne - oparłem się pełnymi plecami o krzesło i zsunąłem się nieco w dół, gładząc palcami porcelanowy kubek z herbatą.
- Jest bardzo ambitna, a jeśli sobie coś wymyśli, dąży do tego nie widząc przeszkód - Emerson wzruszyła ramionami. Zachowanie jej przyjaciółki było dla niej samej normalne. Musiały znać się już od dawna. Dlatego stawała się w moich oczach najlepszym informatorem i sojusznikiem. To się dopiero nazywa egoistyczne zachowanie.
- Więc pomimo złego samopoczucia, nie zważając na zdrowie, postanowi przetrzymać na lekcjach i jeszcze iść na popołudniowe jazdy? - zapytałem dla upewnienia się, tym razem obserwując ich oboje - dziewczyna uniosła widelec do góry i z uśmiechem cicho przytaknęła pod nosem - I naprawdę nie udało jej się wam przekonać? - powiedziałem niedowierzającym tonem. Obydwoje wzruszyli ramionami.
- A co zrobić? - wtrącił Archie, kończąc jako pierwszy swój posiłek - Znamy ją od dawna i przekonywanie jej to syzyfowe prace, zawsze znajdzie argumenty - uniósł ramiona w pokazaniu bezradności w takiej sytuacji i spojrzał na siostrę, która potwierdziła jej słowa.
- Mając stypendium, tym bardziej jej zależy.
- Rozumiem, chociaż może nie... Przekładanie zdrowia za cenę paru dni z powodu ambicji... Po prostu ciężko mi ją zrozumieć i rozgryźć, nie tylko w takich sytuacjach - Emerson zachichotała jakbym powiedział coś naprawdę zabawnego. Nie zwróciłem na to zbytniej uwagi, unosząc tylko wzrok znad parującego kubka.
- A jak minęła wam przejażdżka? - Archie uniósł w zdziwieniu brwi. Widocznie chyba nie miał pojęcia o tym zdarzeniu. Wlepił zaciekawione spojrzenie we mnie i tym samym oboje czekali na pasjonującą opowieść. Jednak nie zareagowałem monotonnie, jak to bywa w zwyczaju większość osób. Byłem zaskoczony, że ona się z nimi niczym nie podzieliła. Nawet tym, dlaczego jest chora. Zaśmiałem się i z powrotem oparłem o blat.
- Czyli wam o niczym nie powiedziała? - siedząca naprzeciwko mnie brunetka pokręciła głową, czekając na to aż powiem coś konkretnego. Jej brat nie odezwał się, jakby to było normalne, że ich przyjaciółka zataiła wczorajszy dzień - Nawet tego dlaczego jest chora?
- Więc nie rozchorowała się sama z siebie? - chłopak po mojej prawej był chyba także zaskoczony.
- Urządziła sobie niekonwencjonalną kąpiel w jeziorze pośród pękającego lodu, a potem spacerowaliśmy sobie w mokrych ubraniach po cudownych polanach terenów akademii. Okazuje się, że jednak potrafimy się dogadać i przebywać obok siebie w jednym miejscu, a dowodem na to jest nieplanowany wieczór w jej pokoju, podczas którego wiedziałem, że będzie na sto procent chora na następny dzień, ale ona oczywiście zaprzeczała. Mam wrażenie, że za każdym momentem, w którym nie traktujemy siebie jak wrogów, musi przyjść ta chwila, w której po prostu wszystko się wylewa. Aczkolwiek nie sądzę aby była przewrażliwiona. Jest naprawdę ciekawą osobą, intryguje mnie, ale nie mówcie jej tego. A potem każde z nas poszło do siebie, znaczy ja i koniec emocjonującej opowieści wczorajszego dnia. Dzień jak co dzień - wypiłem całą herbatę, zauważając jak kąciki ust Emerson delikatnie się podnoszą. Ciąg dalszy rozmowy przerwał jednak czas. Pora zmierzyć w kierunku sal lekcyjnych. Wstałem i żegnając się z dwójką, powędrowałem w kierunku sali, w której planowo miałem swoje zajęcia.
Usiadłem w swojej ławce pod oknem, obserwując uważnie sale i zatrzymując wzrok na próbującą złapać porządny oddech przez nos City. Matko, jaka ona uparta. Już teraz wiedziałem, że Emerson wraz z Archim radzili jej to samo co ja w wejściu na stołówkę, ale ona nie przyjmuje takiego czegoś jak zmiana planów.
Nauczyciel wszedł do sali, szczędząc zbędne powitanie i od razu przeszedł do punktu lekcji. Przez połowę minionego czasu widziałem jak dziewczyna próbuje się skupić i zapisywać to co mówił mężczyzna, ale to normalne, że wraz z czasem czuła się coraz gorzej. W pewnym momencie musiała się wyłączyć, przecierając delikatnie swoje policzki, rozgrzane pod wpływem rosnącej temperatury.
- Proszę pana, chyba Felicity niezbyt dobrze się czuje - oberwie mi się za to. Oj, czuję, że tak.
Dziewczyna na dźwięk swojego imienia uniosła głowę, patrząc z początku nieprzytomnym wzrokiem na nauczyciela.
- Nic mi nie jest - zaprzeczyła, ale wszystko działało na jej niekorzyść.
- Powinnaś odpocząć, Felicity - mężczyzna skinął głową. Zawiesiła na nim wzrok, po czym głośno wypuściła powietrze i wstała. Zabrała swoje książki z ławki, rzuciła mi spojrzenie zawodowego mordercy i posyłając nauczycielowi szybki uśmiech, wyszła z sali. Ups, chyba ją nieco wkurzyłem. Mało, ona musiała być wściekła, albo przynajmniej na taką wyglądała.
Reszta lekcji mijała niezwykle wolno. Całe szczęście dzisiejszego dnia nie było ich dużo. Miałem przez cały czas wrażenie, że powinienem udać się do City i poprosić, żeby nie próbowała mnie znowu próbować zabić, tak jak po incydencie w restauracji, gdy po raz pierwszy się spotkaliśmy. Było to nie lada wyzwanie, bo jak tylko zapukałem do jej drzwi i otworzyłem, widząc jej wyraz twarzy, zaraz miałem ochotę się cofnąć. Nie wiem co mnie zmusiło do tego aby wejść i uśmiechnąć się w odpowiedzi. Zakręciła ostrożnie lakier od paznokci i uniosła na mnie spojrzenie. Zapadła cisza, w której obydwoje biliśmy się z decyzją, która z nas ma się pierwsze odezwać. Stwierdziłem, że jeśli dam jej pierwszeństwo, to nie będzie to miłe rozpoczęcie konwersacji.
- Okey. Wiem, że jesteś na mnie zła - uniosłem ręce do góry, opierając się o jej biurko. Skrzyżowałem nogi w kostkach, sięgając po pierwszą leżącą na drewnianym blacie książkę i otworzyłem na losowej stronie. Przeczytałem krótki fragment, z którego wywnioskowałem, że była to książka z gatunku romansów. No proszę, a ja dałbym sobie rękę uciąć, że obecnie czyta norweskie kryminały, w których jakiś psychopata morduje ludzi pilniczkiem.
- No co ty... - w jej głosie wyraźnie wyczuwalny był sarkazm. Niemalże przestraszyłem się, gdy podeszła bliżej z opartymi dłońmi na biodrach i całe szczęście, że przed chwilą skończyła malować paznokcie, bo pomyślałbym, że to ewidentny początek masowego ataku. Uniosłem oczy do góry, mierząc ją od stóp do głów i uniosłem książkę do góry. Była chyba jedyną rzeczą, która może odwrócić uwagę i zmienić temat.
- Nie wyglądasz na taką, która czyta romanse - uniosłem brew z błądzącym delikatnym uśmiechem na twarzy. Miałem wątpliwości co do zrobienia pewniejszego ruchu, bo dziewczyna naprawdę nie wyglądała na szczęśliwą i była nadal wkurzona za incydent na lekcji.
- Myślałam, że nie oceniasz po wrażeniu - zabrała ode mnie swoją własność i odeszła na drugi koniec pokoju, odkładając ją na półce.
- Moje obecne wrażenie podpowiada mi, że stoję w najbardziej zagrażającym mojemu istnieniu pokoju. Zawsze tak reagujesz na czyjąś pomoc, czy tylko na ludzi, którzy bez skrupułów potrafią zrobić tobie na złość? - skrzyżowałem ręce na piersi i tym razem zmierzyłem się z jej spojrzeniem. Usiadła na swoim łóżku, totalnie niewzruszona niczym. Tak jak ostatnio mogłem zobaczyć standardowo przewrót oczami, tak teraz City kompletnie wszystko zignorowała.
- Rozumiem, że oczekujesz podziękowań? - ja naprawdę nie mam pojęcia jak rozmawiać z tą dziewczyną. Robisz źle, jest źle. Robisz dobrze, też jest źle. Jest nieznośna, albo tylko w moim odczuciu.
- Nie, oczekuję akceptacji i możliwego pozbycia się irytacji - przekręciłam stojące obok jej biurka krzesło i usiadłem na nim, tak aby być mniej więcej naprzeciwko niej - Naprawdę myślisz, że zrobiłem to tylko po to żeby cię wkurzyć? Rozumiem, że zależy tobie na stypendium, ale śmiem twierdzić, że będąc zmęczona, przeziębiona, z wyciągniętymi chusteczkami na ławce, raczej mało zdziałasz - City zmrużyła oczy, przyglądając się mi w chwili, gdy składałem w zdania słowa, przy okazji próbując zgadnąć dlaczego tak dziwnie na mnie patrzy.
- A skąd wiesz o moim stypendium? - to był już oskarżycielski ton. Nie odezwałem się, krzywiąc się. Z tego wszystkiego, interesowało ją tylko to, że wiem o jej stypendium.
- A dlaczego miałbym nie wiedzieć? To jakaś tajemnica? - wzruszyłem niedbale ramionami, stukając palcami o poręcze krzesła.
- Emerson ci powiedziała - pokiwała głową, zaciskając usta w wąską kreskę. Jednak teraz nie widziałem w jej oczach irytacji. Nie było ani grama złości wyrysowanej na jej twarzy. Zaśmiała się, odchylając głowę do tyłu, co nie powiem, delikatnie mnie zdezorientowało - Co ci jeszcze powiedziała?
- A czy ja tutaj przyszedłem plotkować? To wasze zajęcie, nie moje - prychnąłem, ale to już był ten moment, kiedy nie było w stanie obrać odwrotu.
- Skoro już tu jesteś, możemy porozmawiać. Albo nie... sprawnie wygoniłeś mnie z dzisiejszych lekcji, więc teraz to muszę nadrobić. Ale nie tutaj - wstała, wzięła wszystkie książki w ręce, no prawie wszystkie, bo niektóre siłą wcisnęła mi w ręce i podeszła do drzwi - Idziemy do mojej najlepszej przyjaciółki.
- Oni mają za niedługo jazdy - sprzeciwiłem się temu pomysłowi, ale wybór nie należał już do mnie. City stała na korytarzu, z byle jak nałożonym swetrem na siebie, z książkami w ręce i czekała na mnie aż łaskawie wyjdę z jej pokoju - To zły pomysł.
- Choć raz mógłbyś się ze mną zgodzić - tym razem przewróciła oczami, ale nie było już ono skutkiem zdenerwowania.
- To ty się ze mną nie zgadzasz - oburzyłem się, wstając ociężale z krzesła - W dodatku idziesz przesłuchiwać swoją przyjaciółkę. To nienormalne - wyszedłem, kręcąc głową z dezaprobatą. Dziewczyna podała mi klucz i wskazała głową, że mam zamknąć. Nie słuchała moich uwag, albo mnie ignorowała, co udawało jej się doskonale.
- Idę się pouczyć do przyjaciółki, nic więcej. A ty idziesz ze mną i niepotrzebnie biadolisz pod nosem - zadowolona, z delikatnym uśmiechem, jakby wcale nie była chora, ruszyła korytarzem, sprawnie wymijając idących w przeciwnym kierunku ludzi. Szybko znalazła się obok pokoju Emerson. Otworzyłem usta, by ostatecznie się sprzeciwić, ale w tym samym czasie mi przerwała - Za każdym razem, gdy zaczynam cię lubić, ty robisz jakąś niekonwencjonalną rzecz, którą psujesz cały budujący przeze mnie swój wizerunek.
- Więc to moja wina? Chyba nie muszę mówić, że to nie tylko przeze mnie?
- Ale to się zdarza notorycznie - naprawdę obrała takie miejsce jak drzwi od strony korytarza na rozmowę? Czy niezbyt dobrze czuła się u siebie w pokoju?
- Mam wrażenie, że nadal gniewasz się o jedną rzecz, za którą, o ile mnie pamięć nie myli, zdążyłem przeprosić. Chcesz żebym przeprosił cię także o to, że pozwoliłem ci się nie męczyć na lekcji?
- Ty to odbierasz jako pomoc, ale naprawdę potrafię o siebie zadbać - nabrałem głęboko powietrza do płuc. Mogłem się domyślić, że będzie chciała zacząć temat. Nie zostawiłaby tego tak - Gdybym się bardzo źle czuła, sama bym się zwolniła.
- Dobrze. Przepraszam, że się wtrąciłem... - w tym samym momencie drzwi otworzyła Emerson i popatrzyła na nas z uniesionymi brwiami. Była już przebrana na jazdy i czekała na odpowiedni moment, jakby nie mając nic większego do robienia.

Felicity?

poniedziałek, 11 czerwca 2018

Od Zaina cd. Daisy

Podniosłem plecy, wpierając się na łokciach. Spojrzałem w jej kierunku z nadal szerokim uśmiechem. Pokręciła na ten gest głową, przybierając obronną postawę.
- Każdy je ma - wstałem, cicho prychając.
- Nawet ty? - uniosła brew, nadal przyklejona do szafy, która obecnie stanowiła jedyną linię ochrony i strategiczne miejsce uniknięcia konsekwencji z powodu usłyszanego i stwierdzonego przeze mnie faktu. Zaprzeczyłem, kręcąc głową.
- Prócz mnie, rzecz jasna. Stanowię wyjątek.
- Zostań tam - powiedziała, próbując się odsunąć, ale nie mając większej możliwości ucieczki, jedyne co mogła zrobić, o rozejrzeć się ponownie po pokoju.
- Wkopałaś się - stwierdziłem, unosząc ręce do góry - Drzwi są po drugiej stronie szafy, a do łazienki nie dasz rady uciec. Chyba, że oceniam cię zbyt pochopnie i masz jakieś nadnaturalne umiejętności przemieszczania się bez zauważenia.
- Jak Flash? - zapytała.
- Coś w tym rodzaju - pokiwałem głową, zaskoczony jej spostrzeżeniem - Tak czy inaczej, nie masz co zrobić - otworzyła usta by widocznie się bronić słownie, bo tyle jej pozostało, ale ostatecznie zrezygnowała. Zrobiła proszącą minę, która sama się prosiła o odpowiedź uśmiechem. Zrobiła krok w przód, decydując się na wyminięcie szafy i skierowania ku wyjściu, jednak natychmiast się cofnęła, gdy zrobiłem krok w przód.
- Co? - zapytałem rozbawiony.
- To nie fair! - krzyknęła roześmiana - Odwróć się i nie patrz, albo chociaż daj mi parę sekund.
- Uciekniesz - opuściłem brwi w dół. Dziewczyna ukryła uśmiech i pokiwała głową.
- Taki jest właśnie plan - przewróciłem oczami i zanim ona zdążyła szybko skręcić w bok, chwyciłem ją za rękę i mocno przyciągnąłem do siebie. Uderzyła o moja klatkę piersiową i schowała się w swoich ramionach, którymi opatuliła cała sylwetkę, piszcząc ciche "Nie".
- Ale mówiłem, że ci się nie uda - objąłem ją wokół, nie puszczając.
- Nie mówiłeś, że mi się nie uda, tylko że nie dam rady uciec - uniosła na początek oczy, by potem ostrożnie podnieść swój podbródek.
- To jest to samo - przewróciłem oczami - A teraz to już nie ma znaczenia - połaskotałem ją ponownie, nie wypuszczając z objęć. Zaśmiała się głośno, a zdając sobie z tego sprawę, zasłoniła usta dłonią. Nie na długo. Po chwili odsunąłem się, zostając delikatnie odepchnięty. Daisy założyła opadające kosmyki włosów za ucho z nadal szerokim uśmiechem na ustach.
- Zdecydowanie bardziej otwierasz się przy mnie samemu niż w obecności innych - stwierdziłem. Tym razem, ona bez skrępowania przyznała mi rację, kiwając głową.
- Tak jak mówiłam poprzednio - wzruszyła ramionami. Odpowiedziałem jej uśmiechem - Chyba będę się już zbierać.
- No dobra, już cię nie będę męczyć. Życzę miłej, pierwszej nocy w akademiku i słodkich snów - skierowałem się za nią do drzwi. Otworzyła je i posłała mi uśmiech w podziękowaniu.
 - I wzajemnie... którejś tam z kolei nocy tutaj - wyszła, zamykając za sobą drzwi.
~*~
Dzisiaj nie byłem spóźniony na lekcje. Dzisiaj byłem cholernie spóźniony na lekcje. Wpadłem do sali jak piorun miotany przez samego Zeusa i od razu wyszczerzyłem się w kierunku nauczycielki.
- Co tym razem takiego się stało, że spóźniłeś się aż dwadzieścia minut na lekcje? - skrzyżowała ręce na piersi i zmierzyła mnie spojrzeniem. Zaczęło mi brakować wymówek, a to oznacza, że na jakiś czas trzeba ogarnąć się z tymi spóźnieniami. Ale teraz trzeba coś wymyślić, bo jak to tak się przyznać?
- Proszę pani, bo zdarzyło się nieszczęście - odpowiedziałem łamiącym się głosem - Bo ogólnie rzecz biorąc, to niby wszystko w porządku. Wstaję sobie, oczywiście punktualnie. Ubrałem się, poszedłem do łazienki...
- Bez szczegółów proszę - powstrzymałem się przed szerokim uśmiechem i kontynuowałem dalej, czując na sobie spojrzenie większości osób z klasy.
- Dobrze. Teraz pani niech usiądzie - nabrałem powietrza do płuc, opierając się rękoma o jej biurko - Czasem... jak zamykam oczy... to nic nie widzę! To okropne! - usłyszałem jak Harry nie wytrzymuje już ze śmiechu i zaczyna się trząść na tej ławce, by tylko nie roześmiać się na całą klasę. Ja sam z trudem utrzymywałem poważnie przerażoną minę i posłałem mu piorunujące spojrzenie - No i z czego się śmiejesz? - nie wytrzymał. To było pewne.
- Dobrze - powiedziała zrezygnowanym głosem rozbawiona nauczycielka - Nie wpiszę ci tego spóźnienia, ale następnym razem nie zamykaj oczu - o tak właśnie, gdzie brawa dla mnie.
- Nigdy więcej - pokręciłem głową, idąc w kierunku swojej ławki. Spojrzałem w bok, na Daisy, posyłając jej dyskretny uśmiech - Chyba, że w wyjątkowych sytuacjach - puściłem do niej oczko. Usiadłem obok Harry'ego, posyłając mu triumfalny uśmiech, który oczywiście nie uszedł jego uwadze.
- To było żenujące - nie przejąłem się jego uwagą i nadal zadowolony z siebie, wygodnie rozsiadłem się na krześle.
- Przyznaj się, że po prostu zazdrościsz mi geniuszu, bo sam byś lepiej nie wymyślił, mądralo - prychnąłem, bawiąc się w dłoni wziętym długopisem.
- To gdzie wczoraj byliście? - moja mina spoważniała, jakby to pytanie porządnie uderzyło w moją osobę. Spojrzałem na niego, a właściwie to mu się przyjrzałem, a gdy on odwrócił głowę w moją stronę, natychmiast zrobiłem unik, wzrokiem omiatając przód klasy.
- Ale kto? - odparłem obojętnie.
- Nie rób ze mnie idioty, Malik.
- Ja? Z ciebie? Skądże. Chociaż?
- Ty i Daisy.
- Nigdzie.
- To znaczy gdzie?
- A czy ja się ciebie pytam gdzie ty łazisz z Issy? - popatrzył na mnie bez cienia emocji, unosząc brew do góry. Przewróciłem oczami. Fakt, pytałem. Ale to wszystko z czystej ciekawości. Wcale nie oczekiwałem odpowiedzi - No dobra, może czasem.
- Ona cię polubiła - nagle zmienił temat. Starałem się otrzymać niewzruszony wyraz twarzy, skupiając całą uwagę na nauczycielce, a nie na jego spostrzeżeniu.
- Ale kto? - aby znaleźć sobie jakieś zajęcie, zacząłem długopisem bazgrać po kartkach zeszytu. Jeśli to będzie ta jedna z rozmów, gdzie Harry włącza swoje zdolności przewidywania przyszłości, to zdecydowanie odmawiam dalszej konwersacji.
- Ty serio robisz ze mnie idiotę - westchnął, aczkolwiek nie potrafił się irytować. To wyglądało za słodko - No kto? Daisy.
- A czy to coś dziwnego? - wzruszyłem ramionami. Fakt, że ktoś mnie lubi bądź nie, obchodził mnie tak jak zeszłoroczny śnieg. Wróg czy nie wróg, był zmuszony żyć ze mną w odległości tak dużej jak ta sala. Chyba że był chodzącą staruszką sprzątającą tę posesję i wiercącą we mnie dziurę wielkości Wielkiego Kanionu Kolorado od razu jak tylko pojawiam się na jej drodze - Albo inaczej. Czy dla ciebie to coś dziwnego?
- Nie. Absolutnie nie dziwię się, że pakujesz się w kolejne kłopoty - pokręcił głową. Ta sugestia była nawet denerwująca. I właśnie przez to do mnie dotarła.
- Ale o co ci chodzi? Czy za każdym razem jak spotykam obojętnie jaką dziewczynę i zamieniam z nią więcej słów niż "Cześć", to pakuję się w nie wiadomo jak wielkie kłopoty? - też sobie wybrał czas i miejsce. Specjalnie na mnie czyhał, żeby tylko być samemu i mieć przewagę w takiej postaci, abym nie był w stanie zawrócić i wyjść.
- Choć raz w życiu posłuchaj swojego zdrowego rozsądku i tego co ci podpowiada - prychnąłem od nosem, totalnie ignorując jego uwagę. Jakbym się słuchał zdrowego rozsądku, to nadal tkwiłbym w tym samym miejscu, a moje życie potoczyłoby się totalnie inaczej. Ja nie należę do takich osób.
- Czy wystarczająco uspokoi cię odpowiedź, że nie zrobię nic co potem mógłbym żałować? Styles, znam ją dopiero od wczoraj, okey? A teraz wybacz, ale zakończę ten temat szerokim uśmiechem i udajmy, że go wcale nie było. I pamiętaj, wara mi się komukolwiek z tego spowiadać - stuknąłem długopisem o ławkę i tak jak mówiłem, wykrzywiłem usta w szerokim uśmiechu.
- Nie wiem kompletnie co masz na myśli - chłopak pokręcił głową, ale dał spokój. Udało się. Aż sam się dziwię, że odpuścił. Więcej na ten temat nie rozmawialiśmy, chyba tylko dlatego, że ja najbardziej jak tylko potrafiłem, tego unikałem. I tak dzień minął do samego wieczoru.
A wieczorem...
Przekartkowałem na szybko książkę, schodząc ze schodów drugiego piętra. Musiałem załatwić sobie jakieś notatki z początku lekcji, na którą się spóźniłem. Ruszyłem środkiem korytarza, a moje spojrzenie natychmiast przyciągnęła sylwetka idącej w moim kierunku dziewczyny. Od razu rozpoznałem w niej Diasy. Zatrzymała się przy moich drzwiach i zapukała. Stanąłem za nią, unosząc delikatnie kącik ust.
- Wątpię abyś się dostała - wzdrygnęła się i gwałtownie odwróciła, szybko jednak odzyskując uśmiech na twarzy.
- Nie myślałam, że pojawisz się gdzieś indziej, niż ze środka swojego pokoju - założyła kosmyk włosów za ucho, nadal mocno ściskając do piersi zeszyt opatulony rękami. Pokiwałem głową, przyznając zarazem, że to całkiem logiczne myślenie. Spuściłem wzrok na pożyczoną książkę i uniosłem ja do góry.
- Byłem na misji zdobywania notatek - przyjrzała się okładce i skinęła głową - Nie zawsze całym sobą poświęcam się lekcji. Szczególnie tej powtórkowej - jej kąciki ust drgnęły w górę, a ona sama poruszyła się w miejscu. Rozejrzała się dookoła i przyjęła pewniejszą postawę.
- Spisujesz - stwierdziła i na moment podniosła brwi w górę.
- Ja? Nigdy w życiu - zaprzeczyłem, posyłając jej porozumiewawczy uśmiech, w tym samym czasie wyjmując z kieszeni bluzy klucze od pokoju i wkładając je w zamek - Powiedzmy, że korzystam z czyjejś pomocy. Albo po prostu wykorzystuję. Bezczelny ze mnie typ - otworzyłem drzwi i stanąłem w przejściu - Tak właściwie... - odwróciłem się z powrotem w jej stronę z pytającym wyrazem twarzy - Mam wrażenie, że masz jakąś sprawę. I to sprawa skierowana specjalnie do mnie. Aż mi to schlebia - zacisnąłem usta i czekałem na odpowiedź. Daisy niepewnie pokiwała głową, spuszczając wzrok na trzymane w ręce książki.
- Właściwie, to trochę obawiałam się przed zadaniem tego pytania... Próbowałam wynaleźć opcje, ale... Dobra, od początku - wzięła z cichym chichotem powietrza do płuc - Właśnie w związku ze zbliżającym się egzaminem szukałam pomocy. Chciałabym go zdać...
- Nie musisz skoro jesteś tu nowa - przerwałem jej. Popatrzyła na mnie w ciszy. Machnąłem ręką - Przepraszam. Przyzwyczajenie. Mów dalej.
- Więc... Tak jak mówiłam, chciałabym go zdać. Nauczyciel mówił, że najlepiej jakbym znalazła kogoś kto w miarę pojmuje materiał i potrafi wytłumaczyć... - z każdym jej słowem poszerzał się mój uśmiech. A ona widząc to, również zaczęła się coraz szerzej uśmiechać. Podobało mi się. Na tyle, żebym przez chwilę przestał jej słuchać i tylko patrzył - Co ty na to? - zapytała na sam koniec. Zmierzyłem ją spojrzeniem, mrugając parę razy.
- Więc mam ci wytłumaczyć to i owo? - wybrnąłem z niezręcznej sytuacji.
- Prościej mówiąc, to tak - pokiwałam głową.
- Z czystej ciekawości zapytam... sama obrałaś sobie kogoś godnego, czy...? - oparłem się o futrynę drzwi pokoju i czekałem na odpowiedź.
- Prawdę mówiąc, nauczyciel mi pomógł. I parę innych czynników.
- No proszę, nie spodziewałem się. Nie żeby mi to jakoś przeszkadzało - wywróciłem oczami - Jednak jestem nadal za porządny skoro polecają mnie nauczyciele do dobrej uczennicy.
- Jeszcze nie wiesz jak się uczę.
- Mam zdolność rozpoznawania tego u ludzi. No proszę cię Daisy... podejrzewam, że jesteś ambitną osobą, wnioskując z tego, że chcesz przystąpić do egzaminu już w tym roku. Poza tym, nie trudno to zobaczyć patrząc na jakąś osobę. Choć wierzę w wyjątki.
- Takie jak ty? - uśmiechnęła się niewinnie. Zaśmiałem się.
- Ty jednak wiesz co zrobić, żeby moje ranione przez wszystkich ego znów się podniosło - wyprostowałem się i otworzyłem szerzej drzwi - Więc zapraszam, po raz drugi już, do mojego małego królestwa - dziewczyna weszła tak samo powoli jak poprzednio, zatrzymując się jednak tym razem na środku pokoju - Mam cię zapewnić, że wyjdziesz stąd wyuczona całego tematu czy lepiej nie składać obietnic za szybko? - odłożyłem trzymaną w ręce książkę na biurku.
- Więcej niż jednego - przyznała i usiadła na tym samym miejscu co wczoraj po południu. Ja tym razem zająłem miejsce na krześle, obracając się w jej stronę.
- Czyli czeka nas nieprzespana noc? - skrzywiła się delikatnie, mnie natomiast to nie przeszkadzało. Mogłem nie spać całą noc, a dodatkowo była to jakaś wymówka żeby móc wypić sobie kawę.
- Chyba tak...
- Lubisz kawę? - uśmiechnąłem się dyskretnie. Odpowiedziała mi tym samym.
- Lubię, ale bez cukru i mleka. Wtedy czuć ten smak...
- Chyba zaczynam cię uwielbiać - roześmiała się, odkładając swoje materiały na bok i podciągając nogi. Usiadła po turecku - W końcu ktoś, kto mi nie powie, że uzależniam się od kofeiny.
- Uzależniasz się od kofeiny - starała się zabrzmieć bardzo poważnie.
- Dzięki - prychnąłem - W takim razie, przygotuj się na propozycję z mojej strony w związku ze zrobieniem kawy - zapewniłem ją - A teraz pokaż co chcesz przerobić.
~*~
Spojrzałem na zegarek i zaskoczony odłożyłem go z powrotem. Przeciągnąłem się, prostując zdrętwiałe plecy.
- Która jest? - dziewczyna spytała, odrywając się od czytanego tekstu.
- Dobrze po pierwszej.
- To znaczy?
- Dwadzieścia dwie po - oparłem głowę o krawędź łóżka, patrząc na sufit. Siedziałem na podłodze, z plecami opartymi o łóżko, na kolanach trzymając zeszyt. Pomiędzy moimi nogami wygodnie ułożyła się Sharika, zwinięta w kłębek. Daisy leżała na łóżku z głową nad książką, co jakiś czas zerkając na otwarty zeszyt leżący na moich udach - Realizować moją propozycję z wieczora?
- Tak, zrób kawę - oparła głowę o skrzyżowane ręce. Cieszy mnie to, że czuje się tutaj już o wiele swobodniej.
- Co to znaczy "zrób kawę"? - odwróciłem się teatralnie wzburzony. Zamknęła oczy, cicho chichocząc.
- Poproszę.
- Lepiej - odłożyłem zeszyt na bok i podniosłem się z ziemi, budząc przy tym kotkę - Jakieś specjalne życzenia, czy mam całkowicie wolną rękę?
- Nie daj się zauważyć przez dyżurnych - pokiwałem głową, podchodząc do drzwi i ze wszystkich sił starałem się je otworzyć jak najciszej.
- Żadne wyzwanie. Za dużo razy to robiłem. Nie ma prawa się nie udać - zanim jednak wyszedłem, do głowy przyszedł mi inny pomysł. Stanąłem w miejscu i odwróciłem się w stronę dziewczyny - A może pójdziesz ze mną? Nocny spacer po akademiku. Wyobrażasz sobie coś piękniejszego? - powiedziałem żartobliwym tonem, na który Daisy cicho się zaśmiała, zasłaniając usta dłonią.

Daisy?