poniedziałek, 8 maja 2017

Od Heather

Skończyłam malować paznokcie srebrnym żelem. Teraz czas zaświecić lampy do utwardzania hybrydy. Jedyna przydatna rzecz jakiej, a raczej rzeczy jakich nauczyła mnie pani Hidehopp, to malowanie paznokci, dobieranie ubrań, odpowiedni makijaż oraz idealne fryzury. Miałam dużo wolnego, po tym jak wczoraj zrobiłam wszystkie zadania zadane nam na weekend. Rano trenowałam z Pusheen'em skoki. Potem nudziłam się, spotkałam Calum'a, dawnego znajomego który ponoć od długiego czasu zna się z Kyle'm. Nie zostało mi wiele obowiązków po tym jak tu przyjechałam. Wcześniej byłam zmuszona chodzić po sklepach z Joaną, spotykać się z Alberto... Tęsknię za moimi ludźmi z Nowego Jorku, ale cieszę się też że przyjechałam tu razem z moim kochanym konikiem. Co u Maureen? Nie mam pojęcia. Od naszego ostatniego spotkania minął chyba tydzień, a ja zdążyłam przyzwyczaić się do tego iż muszę omijać ją szerokim łukiem. Nie zdobyłam tu zbyt wielu przyjaciół. Jedynie Calum łaskawie zapoznał mnie z tutejszymi gwiazdeczkami. Jednak ja nie za bardzo lubię towarzystwo które świetnie się bawi ze mną jak i beze mnie i na dodatek zna się od wielu miesięcy. Poczekałam te kilka minut aż żel wyschnie no i odpaliłam laptopa. Już dawno nie oglądałam filmów. Postanowiła obejrzeć Gold. Nie byłam na tym w kinie, a tyle się o tym nasłuchałam od mojego przyszywanego brata, że chyba znam to na pamięć. Nawet nie zauważyłam kiedy dobiegła godzina 12:00. Wypadałoby coś zjeść. Nie ma jeszcze obiadu, ale może dam radę zakraść się do kuchni i wybłagać panią Vandę o jedzenie. Jestem pewna że zdobyłam jej serce, prawiącym komplementy jej jedzeniu i pomagając jej w kuchni, gdy druga kucharka chorowała na zapalenie płuc. Oby obie były tak samo miłe i uprzejme. Narzuciłam na siebie czerwoną bomberkę, upewniłam się, że zabrałam telefon i ukradkiem opuściłam swój przytulny pokój. Droga do kuchni upłynęła mi szybko. Nie spotkałam nikogo mi znajomego. Szczerze mówiąc to taki był mój najszczerszy zamiar, nie przesadzając. Wyjęłam z kieszeni słuchawki. Usiadłam na ławce przed stołówką. Muszę chwilę odczekać, aż z kuchni wydobędzie się zapach pysznego akademickiego obiadu. Włączyłam piosenkę Imagine Dragons Beliver. Ostatnio znalazła się na liście moich ulubionych przebojów. Nagle podskoczyłam, kiedy czyjaś ręka stuknęła mnie w plecy. Gwałtownie się odwróciłam.
-Au - mruknął niezadowolony szatyn.
Zmrużyłam oczy i potarłam nos. Chłopak rozmasowywał swoje czoło. No ale to już jego własna głupota. Nie zachodzi się nikogo od tyłu.
-Przepraszam. Sierota ze mnie - skrzywiłam się poprawiając włosy.
Ten przyglądał mi się jak kosmicie.
-Nie powinienem zachodzić cię od tyłu - mruknął.
Pokiwałam głową. Uff. Przyznał się.
-Heather Hope Downriver, jestem - wyciągnęłam rękę w jego kierunku.
-Jorge Castillejo - uścisnął moją dłoń.
Od razu wiedziałam że niepokojąco przypomina mi Hiszpana. Przecież Alberto mówił z tym samym akcentem! Jak mogłam tego nie poznać?
-Miło mi - uśmiechnęłam się - Też zakradasz się do kuchni po jedzenie?
Jorge zaśmiał się. Nie widzę w tym nic śmiesznego, ale nich mu będzie. Przyglądałam się jeszcze przez chwilę szatynowi. Najdłużej zawiesiłam wzek przy jego zielono-błękitnych oczach. Rzadko spotykane zjawisko. Ogarnij się H. W myślach usłyszałam idealny głos Joany. To doprowadziło mnie do porządku. Dziewczyna często powtarzała te słowa by sprowadzić mnie na ziemię. Między mną i nowo poznanym chłopakiem zapadło niezręczne milczenie.

Jorge? Obiecałam, no nie?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz