Drzwi od pokoju rodziców były delikatnie uchylone, lecz nie zauważyłam żadnej niepokojącej rzeczy, smugi światła czy ruchu w ciemności. Skręciłam w lewo, dochodząc do końca korytarza i o mało nie zabiłam się przy wejściu do swojego pokoju za przyczyną biegającego w kółko Missiouri`ego. Jak najciszej zamknęłam drzwi za sobą, po czym sama wylądowałam w łóżku, opatulając się śnieżnobiałą kołdrą dookoła. Rude stworzenie wskoczyło na poduszkę, drapiąc ją za moją głową. Totalnie zignorowałam dźwięki cichego piszczenia. Wydawać się mogło, że sen i dawka alkoholu powinna mnie zmóc i zatopić w bezkresny sen, a jednak jak na złość gdy zamierzałam zasnąć do głowy przychodziły najróżniejsze myśli; o dzisiejszym dniu, o jutrze, o przyjaciołach, o bluzie, którą nadal miałam na sobie, choć powinnam ją zdjąć i po kilku miesiącach przetrzymywania w szafie oddać, o prysznicu, o zwierzakach, które powinnam wygonić z łóżka i kazać spać na swoich posłaniach... i o wielu innych rzeczach, które powinnam odstawić w tej chwili na dalszy plan. Zdecydowanie, następnym razem upijam się całkowicie. Przestałam w momencie, w którym to człowiek wraz ze swoim przyjacielem alkoholem zaczyna rozmyślać o sensie życia, swojego bycia w tym świecie i czy znalazł jakiś konkretny cel, idąc w jego kierunku.
Schowałam twarz z grymasem w poduszkę. Jutro rano opieprzę Gabriela, że wynalazł wśród miliona butelek alkoholu akurat tą jedną, po której rano wyglądam jakbym uciekła z trupiarni albo hospicjum.
*tydzień później*
Zeszłam po schodach z zadowoloną miną, oglądając ostatni raz papiery, które powinnam zanieść do sekretariatu akademii. Wszystko było spakowane i czekało pod drzwiami jedynie na umieszczenie w bagażniku samochodu... którego od dziesięciu minut nie było. Wyjęłam telefon z kieszeni, wybierając numer ojca. Dodzwoniłam się do niego dopiero po kilku próbach.
H: Gdzie ty jesteś? ~ zapytałam wkurzona, zapinając kurtkę i chwytając w ręce kluczyki od motoru ~ Przecież umówiliśmy się, że rzeczy będą na mnie tam już czekały ~ spojrzałam przez okno z nadzieją, że nagle pojawi się pod domem czarne audi.
W: Wybacz, ale mam zamieszanie w pracy i nie mogę się urwać. Dowiozę twoje rzeczy jak tylko wrócę do domu ~ nie wiem czemu, ale zrobiło mi się w tym momencie bardziej przykro niżeli w innych, podobnych chwilach kiedy to słyszałam od rodziców słowa nie mam czasu, ale obiecuję, że to zrobię gdy tylko go znajdę.
H: Jasne ~ odpowiedziałam, spuszczając wzrok i rozłączyłam się. Chyba zostaje mi pojechać samej do akademii. Całe szczęście, że udało mi się załatwić miejsce dla Valegro kilka dni przed przyjazdem.
Zamknęłam dom, idąc do garażu obok. Przejechałam dłonią po odkrytym siedzeniu dwukołowca. Uśmiechnęłam się sama do siebie, mówiąc że nie mogę wyglądać jak przybita gwoździem do krzyża. Wsiadłam i zanim założyłam kask, spojrzałam na wychodzącego mężczyznę z domu naprzeciwko. Na sam jego widok aż się wzdrygnęłam. Był tak zatrważająco podobny do Lewisa. Posłał mi chłodne spojrzenie jakbym co najmniej swoją obecnością wymuszała na nim atak. Odwróciłam spojrzenie i odpaliłam silnik motoru, jak najszybciej ulatniając się stamtąd.
Budynek akademii wywierał jeszcze większe wrażenie niżeli na ekranie laptopa. Będzie co podbijać. Wiedziałam od dawna, że położone są tu ogromne tereny należące do Stewartów. Odłożyłam kask na siedzenie i wyjęłam z torby potrzebne dokumenty. Cholera, więcej tego nie mogli prosić. Jakbym trzymała zbiór informacji o mnie, na podstawie których zamierzali ułożyć bestseller roku. Uniosłam do góry oczy, widząc ogromny budynek i stanęłam przed wejściem, szukając spojrzeniem jakiejś tabliczki, informacji, czegokolwiek bądź kogokolwiek. Chyba jednak to nie był ten budynek, a ja zrobiłam ogromne kółko. Po czym to wywnioskowałam. W drzwiach wyjściowych ukazała mi się znajoma, ładnie zarysowana sylwetka.
-Lewis? Co ty tutaj robisz? - moje brwi opadły na dół. Nie przypominam sobie aby wspominał coś o akademii. A może jednak mówił? Sama nie byłam pewna co do jego słów. Często wstawiał w zdania informacje, odcięte kompletnie od kontekstu i mające największy sens, i znaczenie w całej wypowiedzi.
Chłopak podniósł głowę. Wyglądał jakby zobaczył zjawę. Jego wzrok omiótł wszystko dookoła, a ona sam tak jak się pojawił tak zniknął za drzwiami. Co za cholera jedna. Uciekł. Bez namysłu, zapominając o trzymanych w dłoni dokumentach, ruszyłam jego śladem, energicznie pociągając drzwi do siebie. Zobaczyłam jak czarna, wiecznie zmierzwiona czupryna znika za drzwiami jednego z pokoi. Z mojej głowy wyleciały nawet walizki, które zapewne nadal stały w pustym domu, zdane na łaskę Dravy i Missouri`ego. Podeszłam powoli do drzwi, słysząc wyraźnie krótką, niewyraźną rozmowę. Przewróciłam oczami, delikatnie już rozdrażniona z powodu, że jeszcze zaledwie tydzień temu się widzieliśmy po jakimś czasie odosobnienia, a teraz jakby mnie zignorował. Nikt mnie nie będzie ignorował, a on tym bardziej. I doskonale o tym wie.
Otworzyłam drzwi, stawiając pierwsze kroki po podłodze pokoju. Moje spojrzenie przyciągnęły rozwalone ubrania, leżące gdziekolwiek tylko się dało, a najbardziej czarna, skórzana kurtka, która wydawała się tak okropnie znajoma. Miałam wrażenie, że ją pamiętam, ale jakby z oddalonej rzeczywistości, kiedy to czas się cofa, a ty usilnie próbujesz sobie przypomnieć skąd to wszystko pamiętasz. Bo przecież to nie może być pokój Lewisa. On ma świra na punkcie czystości, ładu i porządku. Przestawisz mu jedną rzecz, a on jak z automatu odkłada ją z powrotem na miejsce, czasem nawet nie zwracając większej uwagi na to co robi. Po chwili jednak nie miałam cienia wątpliwości kto jest właścicielem pokoju z tajemniczym numerem 19.
-Hailey! - to czarnowłose, wysokie, wiecznie wyszczerzone coś rzuciło mi się na szyję. Miałam wrażenie, że mój kręgosłup za chwile pęknie. Zostałam opatulona dookoła. Tylko się nie uwieszaj, błagam...
-Zain... puść mnie - próbowałam uwolnić się z jego uścisku, ale chłopak jakby przykleił się i wcale nie zamierzał puścić. Te jego szerokie ramiona czasem są koszmarem, a czasem wybawieniem. Kątem oka widziałam na końcu pokoju Lewisa wyraźnie zadowolonego z sytuacji.
-Ja się za tobą tak stęskniłem, że ty sobie po prostu tego nie wyobrażasz! - wtulił głowę w moją szyję.
-Tak... ja też... ale...
-Dobrze, Zain. Trzymaj i nie puszczaj za żadne skarby - usłyszałam głos przyjaciela - Choćby ci miała rękę złamać... - w tym samym momencie chłopak poluzował uścisk, odwracając głowę w stronę Lewisa z delikatnie wystraszonym spojrzeniem. Wykorzystałam okazję i odepchnęłam go na bok z uśmiechem. Nie widziałam tego idioty od bardzo dawna i ucieszyłam się na jego widok. Wracając...
-Uciekłeś - zgromiłam stojącego z boku Lewisa, któremu delikatnie drgnęła twarz.
-Wbił tu niczym wystraszona gazela uciekająca przed gepardem - Zain wyszczerzył się w jego stronę. Skąd takie porównanie? Zresztą, nie ważne.
-Sam jesteś gazela - chłopak chwyciłam za klamkę drzwi od łazienki jakby rzeczywiście próbował się za nimi schować - Miałeś jej tu nie wpuszczać - wyciszył głos.
-Wybacz, spóźniony refleks od kilku dni. Zresztą jeszcze bym się wywrócił i zdarł moją piękną twarz - Malik przeczesał sobie włosy, spoglądając na mnie.
-Sam ci ją za chwilę zedrę - warknął Lewis.
Parsknęłam śmiechem. Więc między nimi nic się nie zmieniło. Zain też się nie zmienił, chociaż... może trochę wizualnie?
-Dobrze że nie zatrzymał, bo tym samym uniknie nieprzyjemnych konsekwencji, które ciebie dopadną - oparłam dłonie w biodrach, w jednej przez cały czas trzymając dokumenty. Cholera, dokumenty... Kątem oka widziałam jak brunet wypina dumnie pierś, wyraźnie pokazując, że w tej sytuacji znajduje się na wygranej pozycji.
Lewis?
Skarbie :>
*spojrzenie spode lba*
OdpowiedzUsuńI skarbie pisze <3 jak tu jej nie kochać?
OdpowiedzUsuńNo nie da się
OdpowiedzUsuń