Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hailey. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hailey. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 stycznia 2018

Hailey & Lewis - zakończenie historii

Grudniowy, pełny śniegu wieczór. Patrzyłem na migocący w kominku ogień, przechylając kieliszek z odrobiną wina na dnie. Gałązki trzaskały w kominku, a po salonie roznosił się zamach drewna i choinki, która stała w rogu pomieszczenia, przy oknie na drogę. Siedziałem na fotelu, który stał najbliżej tego wspaniałego ciepła. Przytłumione światło, które płynęło od ognia i kuchni powoli zaczynało mnie usypiać, kiedy na oparciu fotela, na którym akurat nie miałem położonej ręki, usiadła Hailey. Spojrzałem w górę na nią, a ona zaczęła bawić się moimi włosami. Nigdy z tego nie wyrosła.
- Chyba skończyłam na dziś - odparła przyciszonym głosem. Pokiwałem głową. Dobrze, że Wigilia, na którą przyjeżdża pół rodziny, jest tylko raz na rok. Kochałem moją rodzinę, czyli dziadków, kuzynów i oczywiście Aleksandra, który znalazł sobie całkiem miłą żonę Grace, którą poznał jak ja na studiach, jednak nie pospieszyli się tak jak my. Ma dwie córeczki, bliźniaczki Sally i Sophie. To takie dwa małe cherubinki. Dziadkowie już mają swoje lata, ale również nie omieszkali przyjechać, podobnie jak rodzice Hailey, oni z kolei przez znaczną odległość od nas. To właśnie oni oraz Aleksander zostali na noc, reszta nie miała daleko to się porozjeżdżali. Sam odwiozłem dziadków.
- To dobrze - objąłem ją ramieniem w pasie. - Oni śpią?
- Nie wiem - westchnęła. - Ale przynajmniej przestali mi się kręcić po kuchni, więc miałam jak ogarnąć to wszystko.
- No to teraz należyty odpoczynek - zaśmiałem się. - Jednak z drugiej strony, dobrze jest jak jest...
- Cóż... - zaczęła, ale nagle usłyszeliśmy tupanie na schodach, co ją powstrzymało. W salonie pojawił się Dylan i opadł na sofę. Dylan to nasz syn. Straszy syn. Wysoki, szczupły, właściwie mojej postawy w jego wieku osiemnastolatek, o ciemniejszej karnacji Hailly, jednak z moimi błękitnymi oczami. Miał naburmuszoną minę i od razu zatopił się w telefonie. Spojrzeliśmy po sobie porozumiewawczo. - Co się stało?
- Nic - mruknął.
- Boże... on jest jak ty w jego wieku. Zero kontaktu ze światem zewnętrznym - jęknęła, a ja cicho się zaśmiałem.
- Ja przynajmniej miałem powód, on... właściwie to chyba nie - wzruszyłem ramionami. - Więc co się stało.
- Zajęły mój pokój - mruknął.
- Kto? - zdziwiłem się.
- Sally i Sophie, a przecież są małe, więc ich nie wyrzucę - dalej mówił złym tonem.
- Oj Dylan... - zaczęła Hailey.
- Nie oj Dylan, on ma racje, a z drugiej strony no to córki mojego młodszego brata i to jedna noc. Prześpij się w gościnnym - odparłem.
- Ja z wami... - mruknęła Hailey.
- Nie wytrzymasz, tak wiemy - odparł, tylko tym razem już się do nas uśmiechając. Hailey coś mruknęła pod nosem, a ja mrugnąłem do niego porozumiewawczo. Chwilę później pojawiła się Rose.
- Też nie możecie spać? - zapytała. Moja kochana córeczka. Owszem, po urodzeniu się Dylana przeszła moja panika i później nie miałem problemu z opieką nad nią.
- Ty powinnaś - odparłem.
- Tato mam dwanaście lat i nie jest jeszcze tak późno - odparła, przewracając oczami jak Hailey.
- Czysta mamusia - szepnąłem, a Dylan tylko pokiwał głową. - Co tam masz?
- Nie powiem - mruknęła.
- Do własnego kochanego taty tak? - zacząłem się śmiać, aż dostałem w ramię od Hailey. - Zawsze musisz mnie bić?
- Nie mów przy mnie o biciu cię - pogładziła moje włosy. Chwilę mi zajęło, zanim domyśliłem się, o co jej chodzi. Minęło tyle czasu. Tylko lat bardziej lub mniej spokojnego życia lub całkiem niespokojnego, kiedy zabieraliśmy im prawa rodzicielskie nad Alexandrem. Są momenty, takie jak te, że zapominam o tym, jak bił mnie ojciec i jak bardzo cierpiałem w dzieciństwie. Moje dzieci nigdy tego nie zaznały. Może potrafiłem i w większości byłem twardym i surowym ojcem, jednak nigdy żadnego z nich nawet ścierą nie zdzieliłem. Oczywiście krzyk to nie przemoc... Krzyk to krzyk. A ja miałem taką magiczną zdolność, że jak krzyknąłem to nawet moi dziadkowie milkli. Doniosły głos i postawa robiły ze mnie wrażenie groźnego. Tylko Hailey nigdy nie milkła... No chyba, że się ze mną zgadzała, a jeśli chodzi o wychowanie naszych dzieci, to zawsze się ze mną zgadzała.

Odejście!

Żegnamy Hailey O'brien i Lewisa Draxlera


Powód: Wyjechali spokojnie (no dobra niespokojnie) do Irlandii, gdzie Hailey urodziła ich syna Dylana. Wzięli ślub i sobie żyli szczęśliwie nękani przez milion ulubionych wujków ich dzieci, z Zainem na czele.

A tak serio, to delikatny brak czasu i moja (Lewis) wina...

niedziela, 5 listopada 2017

Od Hailey cd. Lewisa

Dostałam najlepszego faceta na całym świecie. Wiem, każda tak mówi. Każda, której przytrafia się według niej ideał. To jak kolorowa, romantyczna historia, której fanką nigdy nie byłam. Od razu przypominają mi się czasy, kiedy moja kuzynka, obecnie mieszkająca gdzieś daleko we Włoszech, wtedy jeszcze w Anglii, przyjeżdżała do mnie i wieczorami wypytywała o typowo dziewczęce sprawy. Przyzwyczajona do pytań typu "Kiedy spotykamy się znowu przy boisku?" lub "W co gramy?" miałam problemy z odpowiedziami na jej pytania. Cieszyłam się w tamtym momencie ze świadomości, że potrafiłam jeszcze rozmawiać z nią jako moją rodziną na temat w co jutro się ubieram i czy zakładam spódniczkę. W tamtym okresie, założenie spódniczki równało się z ogromnym ryzykiem do czasu, gdy nie potrafiłam się odmachnąć i wyzwać kogoś od góry do samego dołu. Przyznaję, życie ze mną nigdy nie było łatwe. Dlatego podziwiam moich rodziców. I wszystkich rówieśników.
- Miałeś mnie kiedyś dość? - spytałam, zamykając oczy i niemal automatycznie wchłaniając jego bijące ciepło.
- Nie raz - przyznał.
- Ale tak żeby dać sobie spokój raz na zawsze. Ogólnie rzecz biorąc - mocniej przycisnęłam jego rękę do swojej piersi.
- Hail, zawsze byłaś dla mnie ważną osobą. Czy to dziewczyną, przyjaciółką, czy też irytującą, młodszą, przybraną siostrą. Był czas kiedy miałem dość wszystkich dookoła, ale wiesz jak to było... I wiesz jak bardzo potrafisz wkurzyć.
- Dziękuję ci za szczerość - zaśmiałam się i westchnęłam - Dobranoc.
- Dobranoc - usłyszałam nad uchem i zasnęłam.

*Nazajutrz*
Moje małe "marzenie" co do wstania wcześniej niż Lewis w jakimś sensie się spełniło. Tylko nie tak to sobie wyobrażałam. Miałam nieco inny pogląd na tę sytuację.
Zdjęłam ostrożnie jego opartą o biodro i położoną na brzuchu dłoń, podnosząc się do siadu na skraju łóżka i zwiesiłam nogi. Przecierając twarz, cicho jęknęłam. Było mi naprawdę niedobrze. I to nie o normalnej porze dnia, ale naprawdę wcześnie rano. Na dole już krzątała się mama, która dzisiaj rano wybierała się do pracy. Tata pracował obecnie w domu, więc zapewne zrobił sobie dłuższą nockę. Zazwyczaj wstawał nawet wcześniej niż mama.
Moim priorytetem jest obecnie udanie się do łazienki. Ubrania wezmę za chwilę. Jak już przestanie mnie tak okropnie mdlić. Uroki ciąży...
Nie. Jednak ubiorę się później. W końcu jestem u siebie w domu. Nieraz pół dnia przesiedziałam w samej piżamie, ku niezadowoleniu mamy, ale w większości nie robiło to nikomu żadnego problemu. Zeszłam na dół. Okazało się, że rano wszystko wróciło do normy. Świadczyły to drobne dogryzki ze strony mamy, która za każdym zdaniem odwracała się do mnie i posyłała mi uśmiech, który miał pełnić rolę wytłumaczenia i nadania złośliwości tylko komicznego kolorytu. Trwało do aż do samego końca śniadania, gdy podziękowałam jej całusem w policzek i odstawiłam talerz do zlewu.
- Tylko się ubierz - pokiwałam głową - I najlepiej usiądź, i jak będziesz chciała coś zrobić to...
- Mamo. Zasada numer pięć...
- Oj no dobrze, dobrze - przewróciła zabawnie oczami i zniknęła na górze.
Po niedługim czasie, zajęłam się naczyniami, postanawiając wyręczyć zmywarkę w codziennej czynności. W tym czasie na dół zszedł już Lewis. Spojrzałam za siebie, delikatnie się uśmiechając.
- Dzień dobry? - podszedł bliżej, obejmując mnie w pasie i przesuwając usta po policzku.
Uśmiechnęłam się, odpychając go delikatnie, zaraz potem się odwracając i witając pocałunkiem. Za takie drobiazgi mogę przecierpieć te poranne mdłości.
- Mam nadzieję - odparł. Sięgnęłam po talerz ze śniadaniem i podałam mu.
- Liczę na dziękuję potem - uśmiechnął się i podniósł jedną z kanapek.
- Potem?
- Owszem - usiadłam na blat szafki, zamykając wodę w kranie i z uśmiechem popatrzyłam na jego twarz. Była spokojna. Spokojniejsza niż zwykle.
Mama krzątała się na górze, szykując do pracy. Słyszałam w nocy jak każe ojcu zrezygnować z delegacji. I niby nie było powodu do przejmowania się, ale czułam się nieco winna. Tata nigdy nie lubił rezygnować z wyjazdów służbowych i nie z powodu pracy. Wydawało mi się, że mama jak zwykle postanowiła nieco wyolbrzymić wszystko i to jej główny problem.
- Wczoraj w pokoju rozmawiałam z mamą. Myślę, że powinieneś znać jej nastawienie. Nie żeby było jakieś makabryczne, bo nie jest. Ciągle powtarzała tylko, że po prostu się martwi. Jakbym tego nie wiedziała - chłopak odłożył talerz na bok, przełykając ostatni kęs swojego śniadania i stając przede mną.
- Nie była zadowolona, co? - przekrzywiłam głowę na prawo i lewo, delikatnie się krzywiąc. Sama nie wiem czy była zadowolona czy nie. Na pewno zaskoczona. Przebieg wczorajszej, wieczornej rozmowy był nieco chaotyczny i niezrozumiały.
- Powiedzmy, że była coś pomiędzy akceptacją, a ulgą, że jej powiedziałam. A rzadko jej mówię o takich sprawach... - wyprostowałam się, krzyżując nogi w kostkach, gdy podszedł bliżej. Obydwoje spojrzeliśmy w stronę schodów. Nadal było słychać kroki chodzącej kobiety po pokoju - Rozmawiałeś z tatą, prawda? - skinął głową - Przepraszam, że zostawiłam ciebie samego z nimi wczoraj. Nie zdążyłam znaleźć sobie w miarę przekonującego wytłumaczenia - uśmiechnął się pod nosem.
- Lepiej nie kłam - powtórzyłam jego delikatne kręcenie głową.
- Co mówił? - spytałam, patrząc na jego krążące po mokrym blacie palce.
- Dużo rzeczy. Niektórych ci nawet nie zdradzę - mogłam się tego spodziewać - Na pewno przyjął to inaczej niż twoja mama. Powiedział, że nie rozumie młodzieży i ich pośpiechu do wszelkiego typu spraw, ale jego ojciec także został dziadkiem dosyć wcześnie, więc stwierdził, że byłoby niesprawiedliwe puszczanie tobie kazania. A historia lubi się powtarzać... - zaśmiałam się pod nosem.
- Dlaczego mnie?
- Ja nie jestem jego jedynym dzieckiem - wzruszył ramionami.
- I tylko tyle powiedział?
- Nie. Ale jakbyś mi nie przerywała to bym powiedział ci wszystko - zaprzeczył, cicho mamrocząc coś pod nosem. Przewróciłam oczami i złapałam jego dłoń z proszącym uśmiechem. Podniósł spojrzenie - Cieszy się, że to padło na mnie, jakkolwiek to brzmi, a nie na tego idiotę sprzed trzech lat. Jestem skłonny przyznać mu racje - zachichotałam, opierając ręce na jego ramionach.
- Naprawdę tak powiedział?
- Nie. Nie cytowałem go słowo w słowo. Powiedział coś zupełnie innego, ale nie będę się wyrażał - wzruszył ramionami. Cały tata... Lewis był jego ulubieńcem od początku. Zawsze pytał z kim idę i nie ważne gdzie, jeśli usłyszał jego imię, mogłam iść wszędzie. No prawie wszędzie.
- Mama zachowuje się jakby żaden nigdy nie był odpowiedni - starałam się utrzymać poważną minę z odpowiednim skrzywieniem. Oczywiście powiedziałam to w żarcie - A wiesz co jest najgorsze? Pewnie denerwuje mnie tak samo mocno jak ja ją. Ukrywa zdenerwowanie, oczekuje uspokojenia i pewnie próbuje się pogodzić z myślą, że łapałeś mnie za tyłek z oczywistymi intencjami - przechyliłam głowę i uśmiechnęłam się. Przewrócił oczami.
- Zero świadków, zero dowodów na to, że robiłem to z określonymi intencjami.
- Nie zaprzeczaj, bo stoisz obecnie w niezręcznej sytuacji. Wszystko co powiesz może się obrócić przeciwko tobie. A właściwie to przeciwko nam - spojrzałam na wchodzącą do kuchni kobietę, której niby obojętne jest wszystko, ale jednak jej krótkie i przelotne spojrzenie zawierało tysiąc myśli. I ten dwuznaczny uśmiech oraz próba jego ukrycia. Przenikliwość to cecha, której nie lubię u niektórych ludzi.
Lewis cofnął się do tyłu, chyba tylko po to aby oddać przestrzeń stojącej po drugiej stronie kuchni mamie. Złapałam go za szlufkę od spodni i przyciągnęłam z powrotem.
- Zostań tu - mruknęłam pod nosem, kątem oka patrząc na rzucającą nam, a bardziej mi spojrzenie bez wyrazu, kobietę. Liczyłam tylko sekundy. Jestem naprawdę ciekawa kiedy nie wytrzyma i będzie musiała dopowiedzieć parę słów w swoim stylu.
Tak naprawdę nie różniłyśmy się zbytnio od siebie. Dlatego w dzieciństwie się kłóciłyśmy, na pewno częściej niż z ojcem, który pomimo, że miał swoją cichą naturę, to lubił okazywać swój dobry humor i żartobliwość. Pod względem niektórych cech charakteru byłyśmy niemal identyczne. Porównałam sobie wszystko. I wyszło, że ja również nie mogłabym się powstrzymać od komentarza.
- Kuchnia jest do przygotowywania jedzenia oraz rozmowy rodzinnej przy stole - zapięła torebkę i założyła na ramię.
- Powodzenia w pracy, mamo. Wrócisz normalnie do domu? - pokiwała głową - A dostanę buziaka na pożegnanie? - zatrzymała się w przejściu ze skrzyżowanymi rękoma.
- Krótkiego. To kara za pyskowanie - podeszła i ucałowała mnie w policzek, zaraz potem ścierając swój pozostawiony ślad od szminki.
- Kocham cię - uśmiechnęła się niewidocznie, pożegnała z tatą, który dzisiaj nie pracował i wyszła na zewnątrz. Wyjrzałam przez okno na odjeżdżający samochód - Powiedz, że nie jestem tak samo złośliwa i irytująca.
- Miałem być zawsze szczery, prawda? - odwróciłam z powrotem głowę i z cichym śmiechem, oparłam o jego ramię.
- Miałeś zaprzeczyć - podniosłam brodę do góry z szerokim uśmiechem.
- Miałem skłamać - przytrzymał mój podbródek ręką.
- Miałeś móc to zrobić - zacisnęłam usta, unosząc brwi. Pokręcił przecząco głową, po chwili unosząc spojrzenie do góry, a po kilku sekundach wpatrywania się w punkt przed siebie, wyprostował sylwetkę. Jego wyraz twarzy zmienił się w ułamku sekundy. Powoli odwróciłam głowę za siebie, patrząc w codzienny krajobraz za oknem. Widok mężczyzny tak podobnego do Lewisa nigdy mnie nie zaskakiwał, bo nie miał zasadniczo kiedy. To była raczej kwestia przyzwyczajenia niż odbierania tego jako normalne. Aleksander miał bardziej widoczne rysy matki, co ułatwiało wszystko. Lewis natomiast wyglądał jak przerysowana młodsza wersja ojca z dodatkami, żeby przypadkiem w naturze nie powstał jakiś konflikt. Jednak różnili się od siebie. I to bardzo. Być może to moje spojrzenie było całkiem inne. Patrząc na mężczyznę, który zajmuje się codziennymi pracami, nie widziałam w nim człowieka krzywdzącego swoje dzieci. Natomiast patrząc na chłopaka nie zauważałam najmniejszej cząstki jego ojca. I wygląd fizyczny czy przywiązanie nie grało tu roli. Patrząc w jego niebieskie oczy, widziałam wyraz, jakieś emocje, niekoniecznie obrazowane zewnętrznie poprzez konkretne odruchy, ale one były i istniały. Ich rzeczywista obecność objawiała się w czarnych źrenicach i błękitnych tęczówkach. Do dzisiaj pamiętam słowa Zaina. Powiedział, że ojciec znęcał się nad nim, bo widział w tym dziecku osobę, podobną do niego i którą sam chciałby być. Tego nigdy nie osiągnie, więc starał się zabrać z niego również te lepsze cząstki. Jednak nie zdołał tego zrobić do końca. Jakaś zapora, która się utrzymywała, nie pozwalała mu na całkowite zdewastowanie całego obszaru.
Zwróciłam z powrotem spojrzenie na Lewisa i kładąc zimne palce na jego szyi, przekrzywiłam delikatnie głowę.
- Nie patrz tam - mrugnął oczami - Pomożesz mi dokończyć zmywać naczynia?

Lewis?

1698 słów

niedziela, 22 października 2017

Od Hailey cd. Lewisa

- Tato, ale zapewniam cię, że potrafię prowadzić auto - wyciągnęłam dłoń po kluczyki. Ale tata jest uparty. I chyba tylko to potrafiło zmusić również upartą mamę do tego aby się zgodzić ze swoim mężem. Obydwoje są uparci.
- Ciągle tylko na tym motorze, wiesz że ja nawet nie widziałem ciebie za kierownicą normalnego pojazdu? - podniósł brew, zajmując się w tym samym czasie stertą papierów.
- A niby kto mnie uczył prowadzić, bo twierdził, że nie zdam? Kto przez okrągłe dwa tygodnie przeżywał jedną, małą rysę na boku auta, które i tak miało za sobą gorsze chwile? - skrzyżowałam ręce na piersi.
- To było dawno... - całkiem inne myślenie niż mama. Ona by stwierdziła, że to była tak niedawno - Teraz to teraz.
- Dasz mi w końcu te kluczyki? Albo wracam pieszo i nie zamierzam ci pomagać - zmierzył mnie gniewnym spojrzeniem, ostatecznie wyjmując z kieszeni klucze i podał mi do ręki.
- Powiedz mamie, że wrócę za godzinę. Dziękuję, że zawieziesz to do domu - kiwnęłam głową i uśmiechnęłam się do niego.
- Potrzebne wam wakacje. Zobacz... - podeszłam i przeczesałam jego włosy - Coraz mocniej siwiejesz - odsunął się z oburzoną miną i poprawił czuprynę. Roześmiałam się.
- Nie pozwalaj sobie młoda damo... tabelki mówią, że szpakowaci mężczyźni wzbudzają większe zainteresowanie u kobiet. Zresztą, im wino starsze tym lepsze - miał na sobie niebieską koszulę, której mankiety szybko poprawił. Szczerze mówiąc, rzadko widziałam go w zwykłej koszulce. Nawet na co dzień posiadał koszule. To był nieodłączny element jego garderoby.
- To lepiej nie mów tego mamie. Bo nie dość, że zacznie coś sugerować to jeszcze znajdzie sobie starszego i tyle będzie po waszych corocznych rocznicach we Włoszech...
- Dobrze, dobrze. Jedź do domu już - machnął ręką. Uśmiechnęłam się szeroko i wsiadłam w samochód.
Pod domem, zabierając ze sobą wszystkie rzeczy, które potrzebował tata, spojrzałam przez okno w kuchni. Brak mamy był mocno podejrzany. Zawsze musiała zobaczyć kto podjeżdża na wjazd, tym razem nie widziałam nawet cienia przemknięcia. Zamknęłam auto, poprawiając torbę z papierami na ramieniu, w drugiej ręce trzymając resztę teczek i ruszyłam z podejrzliwym wyrazem twarzy w stronę drzwi. Otworzyłam drzwi, wchodząc do korytarzyka.
Mama odeszła z uśmiechem od stołu i wytarła ręce o ręcznik. Zmierzyłam ją spojrzeniem, potem przenosząc je na Lewisa, który uniósł brew. Wzruszyłam ramionami, oczekując tak naprawdę, że mi powiedzą o czym tak tajemniczo szemrali.
- Tata wróci za godzinę. Musi coś wypełnić jeszcze w papierach, a to dla ciebie - odłożyłam teczki na stół. Mama odwróciła się ze sztucznym zainteresowaniem papierami - Co to? - zapytałam.
- Prosiłam go żeby przywiózł mi wykaz różnych konkretnych dokumentów potrzebnych mi na spotkanie... takie tam zawodowe nieciekawe bzdury - skinęłam głową, wbijając w nią spojrzenie. Uniosła oczy do góry - Oj, no już nie wpatruj się we mnie tym złowrogim spojrzeniem. Zrobić ci coś do jedzenia?
- Poproszę. Najlepiej coś kwaśnego i ciasto czekoladowe - podeszłam do Lewisa i chwyciłam go za rękę. Niechętnie wstał, zapewne widząc o co chodzi - Zrobisz mi?
- A nie?
- Dziękuję - pociągnęłam chłopaka za sobą do góry. Otworzyłam drzwi od domowego biura taty, odkładając torbę z dokumentami na fotel i stanęłam na środku - Oczekuję absolutnej prawdy...
- Ale o co ci chodzi?
- Mama nie byłaby mamą gdyby nie wykorzystała sytuacji braku mojej obecności w domu aby dowiedzieć się więcej niż powinna wiedzieć.
- I nic nie wie. Jaki problem?
- I nie wypytywała cię o nic, nie robiła z siebie policji czy biura detektywistycznego i nie używała mocnych środków na próbę wyciągnięcia ze świadka choćby drobnej ciekawostki? - zmrużyłam oczy. Zaprzeczył. Spuściłam głowę - To znaczy, że wariuję mocniej niż mi się wydaje - westchnęłam i rzucając na biurko ostatnią teczkę z dokumentami, podeszłam do drzwi, przy których stał Lewis.
- Chyba trochę tak... - uniósł kąciki ust. Również uśmiechnęłam się.
- I tak wiem, że ta przekochana kobieta ma nieczyste intencje! - krzyknęłam, słuchając w ciszy domu czy nie nadejdzie odpowiedź, ale odpowiedział mi brzęk naczyń - I jeszcze się nie przyznaje do tego.

~*~
Sięgnęłam po kolejny z rzędu plaster pomidora, tym razem jednak zostając delikatnie uderzoną po dłoni. Zmarszczyłam brwi.
- Możesz mi nie zjadać składników na sałatkę? - mama skończył kroić warzywa.
- Wybacz. Pokrojone przez ciebie są zawsze lepsze - wzruszyłam ramieniem, widząc jak kobieta się uśmiecha, bierze w dłonie miskę i podaje mi ją.
- Zanieś to lepiej na stół i powiedz ojcu, żeby lepiej zszedł, bo ja pójdę po niego.
Mój spokój był tylko teoretyczny, bo w środku narastało we mnie zdenerwowanie. Byłam spięta i w każdej sytuacji próbowałam utrzymać dobry humor mamy. Zastanawiałam się jak ona powiedziała swoim rodzicom, gdy zaszła w ciążę. A była przecież młodsza ode mnie. Zawołałam tatę i wróciłam do kuchni, oglądając z boku jak mama tłumaczy coś Lewisowi. Starałam się zachować powagę, bo chłopak doskonale o tym wiedział, jednak kobieta uparcie brnęła w kierunku pouczenia jak dobry nauczyciel.
Zasiedliśmy do stołu. Moment kulminacyjny zbliżał się niemiłosiernie szybko, a ja za żadne skarby nie wiedziałam kiedy mam właściwie zacząć. Cały mój dzienny apetyt gdzieś zniknął. Co chwila spoglądałam na mamę, która raczej była mistrzynią w zauważaniu czy ktoś je, czy nie.
- Właściwie to mam do was pytanie... - oparła brodę i dłoń. Podniosłam spojrzenie, przełykając nabraną wcześniej sałatkę. Po jej spojrzeniu mogłam wywnioskować, że właściwie to pytanie bardziej skierowane do mnie - Dlaczego w pewnym momencie to wszystko było taką tajemnicą?
- Nie rozumiem...
- Opowiedziałaś nam moment do balu, ale później gdy się z nami kontaktowałaś, opowiadałaś bardzo lakonicznym językiem i raczej zbaczałaś z tematu - to znaczy, że rozmawiała z Lewisem, gdy mnie nie było. Westchnęłam.
- A jesteś w stanie określić mi twoją reakcję?
- Zależy na co - odpowiedziała.
- Czyli zdążyłaś się dowiedzieć ogólnego zarysu? - uśmiechnęła się delikatnie.
- Jakiego zarysu? Dlaczego ja nic nie wiem? - wtrącił się tata.
- Później ci opowiem. A teraz chcę mieć pewność, że od czasu wyjazdu do Niemiec naprawdę nic się nie działo. To tak mało prawdopodobne...
- Wyjechaliśmy do Kalifornii. Lewis pewnie wspominał, że jego ciocia tam mieszka i ma piękny dom, który na jakiś czas jest wolny. Więc zostaliśmy tam jak najdłużej, spędzając miło czas i postanowiliśmy wrócić, przy okazji zahaczając o was, bo przecież tak bardzo narzekałaś, że dawno się nie widziałyśmy - wzruszyłam ramieniem, czując jak Lewis kładzie dłoń na moim udzie. Niemy znak i ciche przypomnienie. Mama pokiwała głową i spojrzała na swój talerz. Tata tymczasem próbował zrozumieć cokolwiek, ale bez poprzedniej relacji, nie zrozumie nic. Spuściłam głowę i nabiłam kawałek pomidora na widelec.
- Poza tym... mam wam coś do powiedzenia. Dosyć ważnego... - nie wiedziałam gdzie skupić swoją uwagę, ostatecznie odkładając delikatnie widelec z powrotem na talerz i spojrzałam na ich dwójkę. Tata patrzył raczej spokojnie, a matka to jednak matka... - Prawdopodobnie zostaniecie dziadkami... Znaczy nie prawdopodobnie tylko na pewno... Po prostu... jestem w ciąży - przełknęłam leżący kawałek. Ojciec spojrzał w swój talerz natomiast mama, a raczej jej wzrok przenosił się to na mnie to na Lewisa.
- Czy... to właśnie to o czym miała nam powiedzieć? - zwróciła się do Lewisa. Jej głos wydawał się taki spokojny.
- Tak - odpowiedziałam za niego i założyłam włosy za ucho - To... to nie było zamierzone...
- Raczej, że nie było... - spuściłam oczy, czując jak moją klatkę piersiową ściska nieznana siła - Przepraszam, po prostu... jestem mocno zaskoczona tą informacją - umilkła. Przygryzłam wargę od środka, skupiając spojrzenie na całym jedzeniu, mocno zaciskając palce - Czy to oznacza, że spaliście ze sobą więcej niż raz? - spytała dosyć cicho.
- Tak - odpowiedziałam od razu.
- Ale...
- Kochanie... - przerwał jej tata, chwytając za rękę.
- Za chwilę wracam - rzuciłam im przelotne spojrzenie i wstałam od stołu, kierując się w stronę swojego pokoju. Wzięłam głęboki oddech, otwierając okno na oścież. Dlaczego właściwie się tak denerwuję tym? To nienormalne zachowanie.
Stałam tak przez dobre piętnaście minut, gdy przyszła jakaś wiadomość na telefonie. Chwyciłam go w ręce, otwierając skrzynkę i widząc napisaną krótką wiadomość od mamy.
~Przytulić?
                                   ~ Bardzo mocno
Drzwi od pokoju się otworzyły. Stała w nich uśmiechnięta kobieta. Wyciągnęła ręce do przodu. Podeszłam do niej i objęłam, opierając głowę na ramieniu.
- Już dobrze. Cieszę się, że nam powiedziałaś. Porozmawiamy o tym jutro, dobrze? - pokiwałam głową, wypuszczając powietrze z płuc.

Lewis?

poniedziałek, 9 października 2017

Od Hailey cd. Lewisa

Doskonale o tym wiem. I oczywiście, że im powiem. Nie było z tym żadnych wątpliwości. Muszą to wiedzieć, bo przecież bezsensowne byłoby ukrywanie tego. Zresztą... po co? A ich wsparcie było mi potrzebne.
- Tak, wiem - spuściłam spojrzenie - Ale to jest trudniejsze niż się wydaje. Nie znam ich reakcji i szczerze mówiąc, to nie wiem czy chcę poznać... Są kochani, wiem że mam w nich oparcie, ale informacja, że w wieku trzydziestu dziewięciu lat zostaną dziadkami, może ich nie mało zaskoczyć - wzruszyłam ramionami.
- Trzeba im powiedzieć
- Wieczorem, dobrze? - skrzywiłam się delikatnie, czekając aż zatwierdzi moją decyzję. Jego zdanie liczyło się jak nigdy dotąd. Choć zawsze liczyłam się z jego zdaniem. Jak z niczyim innym. Wszyscy inni mogli mówić mi, że im się to nie podoba, ale jeśli Lewis już tak mówił, to znaczyło, że trzeba zmienić rzecz, która nie przypasowała. Oczywiście nigdy mu tego nie powiedziałam i nigdy nie powiem, być może się nawet domyśla.
- I obiecasz, że nie będziesz tego w nieskończoność przekładać?
- Nie wymiguję się od niczego. Nigdy - spojrzałam mu prosto w oczy - I tak, obiecuję. Chociaż wydaje mi się, że to taka drobna zapłata za to, że ja kazałam ci również coś obiecać - uśmiechnął się delikatnie, lecz nieznacznie. Jakby na siłę. Zmrużyłam oczy - Ja nie żartowałam, Lewis. Nie pójdziesz tam. Nawet o tym nie myśl. Widziałam jakim wzrokiem patrzyłeś w tamtą stronę. I oświadczam ci, że jeśli to zrobisz... - przerwałam, próbując w miarę szybko wyszukać coś dość silnego. Niestety, uprzedził mnie.
- To? - bił od niego spokój, który czasami potrafił mnie wyprowadzać z równowagi, ale i tak dziękowałam, że został nim obdarzony.
- Nie znoszę jak patrzysz na mnie tym wzrokiem. I jak jesteś pewien, że nie mam konkretnego argumentu - przyłożyłam ręce do jego szyi, opierając kciuki na jego policzkach - Pamiętaj, że mi to obiecałeś. A wiesz jak bardzo nie cierpię, gdy nie dotrzymujesz słowa. Nawet jeśli chodzi o nas...
- Nie pójdę tam, Hailey. Nie teraz, gdy musimy się zająć czymś innym - zapewnił. Wierzę ci. Oczywiście, że ci wierzę. Po prostu muszę sama się upewnić w tym przekonaniu.
- Po prostu czuję, że przez nich wszystko się może zawalić... nie chcę abyś znowu przez nich cierpiał
- Nigdy tam nie pójdę. A jeśli już, to tylko z twoim pozwoleniem
- I bardzo dobrze - uchwyciłam jego usta między swoje - Wiesz jak mnie przekonać.
- Żadna nowość - wzruszył ramieniem, tym razem uśmiechając się już szerzej. No proszę, ktoś tu wrócił do siebie - uniosłam brwi, starając się utrzymać nadal poważny wyraz twarzy.
- Już wyjaśniłyście sobie z mamą wszystko?
- Bardzo ogólnikowo. Oczekuje szczegółów, ale przynajmniej jest na tyle poinformowana żeby przeżyć twoją obecność w moim pokoju. A musisz wiedzieć, że jesteś pierwszy, który tu jest
- Spotkał mnie zaszczyt?
- Dzięki mnie. Chociaż nie, wybacz... nie jesteś pierwszy - energicznym ruchem zgarnęłam wszystkie włosy na jedną stronę i pochyliłam się nad jego twarzą - Przed tobą był tu jeszcze Aleksander - wyszczerzyłam się - I on jedyny wie jaką bałaganiarą potrafię być. Ale obiecał mi wieczne milczenie na temat co tu widział, więc nawet ty jako starszy brat, nie dowiesz się niczego - pokręciłam głową, powoli opadając na łóżko z uśmiechem, podczas gdy chłopak wsparł się na ramionach tuż nade mną. Skrzyżowałam ręce na jego karku.
- Czyli walający się stanik na środku pokoju to u ciebie normalne?
- Tam był porządek. Wierz mi czy nie, ale tam był ład i czystość. I przestań mi tutaj okazywać swoje dewiacje - zmrużyłam oczy, przeczesując sobie jego włosy między palcami.
- Chyba się powoli w tobie odkochuję - stwierdził ze skrzywieniem.
- Wiesz co... ja chyba też - wyszeptałam.
- No to jesteśmy kwita, kochanie - pochylił się, na co odpowiedziałam tylko delikatnym uniesieniem głowy, doprowadzając do ponownego zetknięcia naszych ust. W tym samym momencie uśmiechnęłam się, będąc świadoma, że jedynie może to poczuć, a nie zobaczyć. Drzwi od pokoju zostały otworzone, a ja zachowałam się jak typowa nastolatka, której zakazane jest spędzać miło czas ze swoim partnerem. Oderwałam gwałtownie usta i spojrzałam w bok, delikatnie odpychając go do tyłu. Dlatego między innymi, żaden chłopak nie bywał u mnie w domu. Bo ich po prostu nie przyprowadzałam w obawie przed krępującą obecnością mamy. Albo co gorsza... obojętnym spojrzeniem taty.
- Proszę zejść z mojej córki w tym momencie - mimo tego, że było słychać żartujący ton kobiety, to wcale nie było śmieszne. Lewis usiadł obok i uniósł ręce do góry. Podniosłam się do siadu i oparłam plecy o ścianę, mierząc tym samym spojrzeniem mamę co ona mnie. Różnica polegała na tym, że ona po chwili zrezygnowała i uśmiechnęła się niewinnie, tak jakby wszystko wróciła do normy.
- Mamo... powiedz mi, kiedy ukończyłam osiemnaście lat? - krzyżowałam ręce na piersi i zacisnęłam usta.
- Dla mnie zatrzymałaś się tak w wieku dziesięciu. Wtedy przynajmniej byłaś grzeczna... - powtórzyła mój ruch. Teraz rozumiem stwierdzenie Aleksandra, gdy powiedział, że wie po kim odziedziczyłam talent to kłótni.
- Dlatego nie mówiłam przez tyle czasu mojej mamie wszystkiego - wymamrotałam do Lewisa i z powrotem skierowałam spojrzenie na mamę, która teraz uśmiechała się szeroko.
- Z tobą mogę porozmawiać zawsze. Z nim porozmawiam sobie, gdy ciebie nie będzie w pobliżu - posłała mi buziaka.
- Nawet nie o to chodzi - burknęłam, bawiąc się krańcem swojej koszulki - Rozumiem, że takie coś jak pukanie czy dyskrecja nie istnieją?
- Jak będziesz miała własne dzieci to dopiero porozmawiamy - oj mamo, nawet nie wiesz jak bardzo trafiłaś w dziesiątkę. Przygryzłam wargę na tyle mocno, by z małej ranki pociekła krew - Chciałam tylko powiedzieć, że tata przyjechał wcześniej i być może powinnaś to wiedzieć.
- I z tego oto powodu postanowiłaś zrobić najazd na mój pokój i zniechęcić mojego chłopaka?
- Dokładnie tak. To było moje pierwszorzędne zadanie, które stawiałam ponad wszystkie.
- Czyli przyjazd taty to tylko kiepska wymówka?
- Nie. Akurat to prawda. Przyjechał wcześniej. Za chwilę powinien być w domu - wyjrzała przez okno, które znajdywało się po drugiej stronie pokoju.
- Jestem ci wdzięczna za tę informację, która z całą pewnością przyda mi się. Za chwilę zejdziemy na dół się przywitać - zapewniłam ją.
- Może chcecie teraz zejść? - posłała nam uśmiech. Westchnęłam, wstając z łóżka i podchodząc do drzwi. Oparłam rękę i biodro o ich kraniec, odwzajemniając uśmiech mamy.
- Jak się przebiorę to zejdziemy - nie zaprzeczę, że było to trochę złośliwe i specjalnie powiedziane do mojej mamy, ale była też to forma obrony. Pokiwała głową, którą potem skierowała w stronę schodów. Nie może tak być. Ucałowałam ją w policzek i oparłam policzek o swoją dłoń, która nadal trzymała drzwi - A zrobisz mi herbatki? Proszę? - skierowała na mnie swoje matczyne spojrzenie i przytaknęła.
- Za chwilę na dole - przypomniała się. Doskonale wiedziała, że na wieczór będzie musiała dać nam święty spokój, ale chyba to akceptowała. Poza tym, to tylko żarty, ale czasem potrafi być naprawdę denerwująca. Zamknęłam za nią drzwi i oparłam się całkowicie o nie.
- To co? Abstynencja na pocałunki również? - Lewis uśmiechał się pod nosem. W sumie to przyznawałam mu rację. To musiało naprawdę śmiesznie wyglądać.
- Nie ma mowy... - pokręciłam stanowczo głową i podeszłam do niego, odrzucając przeszkadzającą mi poduszkę na bok - Z tego nie zrezygnuję nigdy, choćbyś się opierał - wplątałam palce w jego włosy i przyciągnęłam twarz do siebie - Ale muszę się przebrać żeby przypadkiem nie wydało się, że powiedziałam to tylko aby uniknąć dalszego rozwoju sytuacji - oparłam czoło o jego, gładząc kciukami jego kości policzkowe.
- Niedobra... twoja mama jest wspaniała...
- Owszem. Potrafi też wbić szpilkę bardzo głęboko. I na całe szczęście mówi to tylko dla żartów. Ale gdyby to było na serio, myślę że nie zostałbyś ani chwili dłużej w tym pokoju. I naprawdę Lewis... nie daj się zwieść temu słodkiemu głosikowi, bo jej spytki są okropne. Doznałam jej ostatnio, tuż po wejściu do swojego domu - skrzywiłam się delikatnie i wstając z jego bioder, podeszłam do szafy.
- To ile będzie trwała cała historia począwszy od balu?
- Oj, przygotuj się na bardzo długi wieczór. Łącznie z przygotowaniem kolacji - zdjęłam bluzkę i założyłam nową, to samo czyniąc ze spodniami.
Po niedługiej chwili zeszliśmy na dół, a ja już słyszałam te ciche rozmowy mamy z tatą. Konspiratorzy jedni... Zawsze to samo i nigdy ci nie powiedzą o co chodzi. Stanęłam w przejściu do kuchni, unosząc brwi do góry i opierając ręce na biodrach. Mama trąciła tatę, który odwrócił się z szerokim uśmiechem i rozłożył ręce.
- Mój skarb postanowił wrócić do domu - uśmiechnął się szeroko.
- Jak mi powiesz, co ta kobieta ci mówiła, to może się odpowiednio przywitam - posłałyśmy sobie z mamą spojrzenia.
- Ale o czym ty mówisz? - podszedł bliżej z nadal rozłożonymi rękoma i tą swoją specyficzną miną. No dobra... ma mnie. Do tej miny mam słabość od dziecka. Uśmiechnęłam się i stanęłam na placach, oplatając jego szyję rękoma.
- Mówię o tym, że doskonale wiem i wy też, że spiskowaliście - podniósł mnie do góry, wkrótce stawiając z powrotem na ziemi.
- Nie prawda... jako dziecko, nie musisz wszystkiego wiedzieć - zauważył i spojrzał na Lewisa. Moja mama miała bardziej podejrzliwe, chyba że mężczyzna nauczył się dobrze ukrywać.
- Cześć Lewis - podał mu dłoń - Co u ciebie słychać?
- Dzień dobry - chłopak uśmiechnął się - Wszystko w porządku.
- Najlepszym, tato - dodałam, na co ojciec tylko zmrużył oczy.
- A co ona taka czepialska? - zwrócił się do mamy.
- Nie jestem czepialska - roześmiałam się - Nieważne... dziękuję za herbatkę - wzięłam kubek w ręce - To może dla odmiany powiecie co słychać u was? - zmierzyłam wzrokiem parę - Jakoś wielce nie pałacie się do opowiedzenia mi co działo cię u was w ciągu tego półrocza - spojrzeli po sobie, wymieniając się uśmiechami.
Po opowiedzeniu, że tak właściwie nic ciekawego się nie zdarzyło, zakończyliśmy wspólne przywitanie. Naturalnie, rodzice próbowali wyciągnąć ode mnie więcej informacji, bo przecież od Lewisa nie wypadało, ale mówiłam im tylko tyle ile na ten czas powinni wiedzieć. Skoro wszystko ma się zadziać wieczorem, więc niech już nadejdzie ta upragniona, na pewno nie przeze mnie, godzina, kiedy wszyscy usiądą. Co też było plusem, bo przewidywałam takie coś jak powalenie z nóg. Zanim jednak wszystko się zacznie, trzeba zrobić kolację. Panowało u nas przekonanie, że była ona u nas ważniejsza nawet od obiadu. Z tego powodu iż rodzice często bywali w pracy, kolacja to jedyne danie, gdzie jeszcze w miarę spędzaliśmy razem czas. Dlatego przyjęło się, że jest najważniejsza. Ale do tego momentu jeszcze niemal pół dnia. Godziny mijały mi niezwykle wolno i z każdą kolejną, odczuwałam coraz większy stres. Zastanawiałam się, jak dokładnie ma to wyglądać. Co mam im powiedzieć i w jak bardzo delikatny sposób. Albo może prosto z mostu? Miałam co do tego dylemat i niezbyt wiedziałam co zrobić. Pewnie jak zwykle wyjdzie na ostatnią chwilę. Bo nic nie idzie po mojej myśli.
- Hailey, pomożesz mi? - uniosłam spojrzenie na tatę, który wychylał się z korytarza. Pokiwałam głową i wstałam od stołu, mijając mamę. Podeszłam do taty biura i usiadłam w wygodnie w fotelu obok, tuż przy jego biurku, w którym to często siedziałam i bawiłam się w młodości - Pojedziemy tam i pomożesz mi wybrać - wyjął swoje kluczyki od auta z szufladki. Niezbyt podobał mi się ten pomysł, ale odmówienie równało się z delikatnym smutkiem taty. A tak za nimi tęskniłam, że nie mogłam po prostu odmówić. Uśmiechnęłam się i wstałam. Poinformowałam tylko resztę, że za piętnaście minut wracamy, na co mama tajemniczo się uśmiechnęła. Wsiadłam do auta, zastanawiając się, o co właściwie może jej chodzić. Dopiero po jakimś czasie, zorientowałam się, że właściwie zostawiłam Lewisa samego z mamą i jej niecnymi planami.

Lewis?

1964 słowa

sobota, 30 września 2017

Od Hailey cd. Lewisa

Wpadłby na lepszy pomysł. Oczywiście nie miałam do niego żadnych pretensji... prócz tego, że w ogóle wpadł na taki pomysł. Naprawdę nie rozumiem po co pchać się w paszczę lwa i pogarszać sytuację. Nie spodobało mi się to, a że mam raczej wybuchowy charakter i reaguję zazwyczaj emocjonalnie, co niekiedy jest minusem, po prostu nie pozwoliło mi na zachowanie spokoju na samą myśl, że mógłby wrócić do domu. Gdzie raczej nie przywitaliby z otwartymi ramionami.
Zmierzyłam go badawczym spojrzeniem, jakbym chciała się upewnić, że tego nie zrobi. Że nie wpadnie po raz drugi na ten chory dla mnie pomysł, a nawet jeśli, to zrezygnuje. Jego delikatnie zarysowany na twarzy uśmiech, ostatecznie mnie przekonał. Odgarnęłam włosy do tyłu i objęłam go w pasie, wtulając twarz w jego klatkę piersiową.
- Nie strasz mnie tak - otoczył mnie ramionami i westchnął głęboko, jednakże cicho i niezauważalnie. Nie lubił rezygnować z rzeczy, które według niego były słuszne. Ja natomiast uważałam inaczej. Przez myśl przebiegło mi tylko jedno, całkiem zastanawiające pytanie. Właściwie to nie była myśl, a zwyczajne stwierdzenie. Zazwyczaj nie odpuszczał. Przynajmniej nie tak szybko. Ale nie martwiłam się o to, bo mi przecież obiecał. A nie rzuca słów na wiatr.
Cofnęłam się krok do tyłu i odwróciłam już ze spokojnym wyrazem twarzy po swoją herbatę. Podkuliłam jedną nogę i wpatrzyłam się w już nieco chłodniejszą, ładnie pachnącą ciesz. Trzeba się spakować. Wyjechać i wrócić do domu. By zaraz potem znowu zniknąć. Tym razem na dłużej. Zacznie dłużej.
Ogarnięcie siebie, pokoju i wszystkiego, zajęło mi dłużej niż się spodziewałam. Po jakimś czasie, za wszelką cenę unikałam konfrontacji na temat tego, że teoretycznie powinnam zacząć o siebie dbać, nie przemęczać się, a właściwie dopiero jest początek. Odłożyłam torbę na bok i położyłam się na łóżku, przechylając głowę i obserwując Lewisa.
- Dziwię się, że twój plan nie uwzględniał nikogo innego prócz nas - powiedziałam dosyć cicho. Spojrzał na mnie pytającym spojrzeniem, nieznacznie marszcząc czoło.
- Bo miał uwzględniać tylko nas - zaczął, ale widząc moje skrzywienie, zostawił wszystko i podszedł bliżej. Usiadł na skraju łóżka i podparł się łokciami o kolana. Przez chwilę lustrował mnie wzrokiem - To nie jest łatwa sytuacja i oboje mamy tego świadomość - pokiwałam głową, nie zmieniając wyrazu twarzy - Prosiłaś mnie abym nie informował nikogo, więc powiedziałem to tylko osobom, które mogą nam w jakiś sposób pomóc. Oczywiście bardzo ogólnie, kiedy będziesz chciała, sama im to powiesz - o ile będę miała ochotę im jakoś to tłumaczyć. Najgorzej będzie z rodzicami. Są naprawdę daleko w tyle i szczerze powiedziawszy, nie wiem czy w swoim obecnym wieku, kiedykolwiek myśleli zostać dziadkami.
- A przyjaciele? - zobaczyłam pojawiający się delikatny uśmiech na twarzy chłopaka, ale nie był on wyrazem szczęścia. Opadł na łóżku tuż obok mnie, ułożył wygodnie ręce na brzuchu i wlepił spojrzenie w sufit.
- Spokojnie... załatwię to - wypowiedział swoją krótką kwestię. Dalej się nie wgłębiałam, bo wcale nie chciałam. Zresztą, jestem pewna, że i tak ze mną o tym porozmawia. Ale najpierw wróćmy do domu.
Po zjedzonym śniadaniu, następnego dnia zaczęliśmy się zbierać. Miałam wrażenie, że Rossy tak jakby już na to czekała. W końcu dom tylko dla siebie, a ciotka Lewisa wraca za niedługo. Stawiając siebie na jej miejscu, pewnie też oczekiwałabym domu w takim samym porządku jakim go zostawiono przed wyjazdem.
- Dziękuję Rossy, że znosiłaś nas przez tyle czasu - przytuliłam kobietę, która odwzajemniła uścisk i zaśmiała się cicho.
- Nie musiała czego znosić, bo zazwyczaj nas omijała szerokim łukiem - dodał uszczypliwie Lewis, jednak Rossy nie zwróciła na niego większej uwagi, przewracając tylko dyskretnie oczami do mnie.
- Uszczypliwa ta cholera jest, ale kochana - wyszeptała i wyprostowała się dumnie, dodając głośniej - Trzymajcie się i powodzenia. Dbaj o siebie albo raczej niech on dba o ciebie - uśmiechnęłam się serdecznie i ostatecznie pożegnałam kobietę, czekając aż Lewis do mnie dojdzie. Stanęłam nieco z boku, co okazało się moim błędem, gdyż nie słyszałam co ciekawego zaczęli do siebie szeptać. Zmrużyłam oczy, udając totalnie niezainteresowanie, choć tak naprawdę kusiło mnie aby przerwać im tę krótką sielankę.
Dopiero będąc sam na sam z Lewisem, zapytałam co mówiła kobieta, ale jak zwykle sekreciki... Wszystko co zrobił to uchwycił moją dłoń w swoją i ucałował, nadal przemilczając kwestię ich krótkiej, zwięzłej i jakże dla mnie ciekawej rozmowy.
Powroty nadchodzą zawsze tak szybko. Zanim się obejrzysz, a już musisz wracać. Tyle, że mi lot z powrotem do Anglii zszedł naprawdę długo. Mimo zamkniętych oczu i wyrównanego oddechu, nie mogłam spać ani się rozluźnić. Nie dawałam tego po sobie poznać, dlatego zastępowałam to w chwilach większego przebudzenia rozmową na zwyczajne tematy. W pewnym momencie padło stwierdzenie, że muszę zacząć powoli więcej poruszać kwestię ciąży, ale nie dałam jednoznacznej odpowiedzi. Oczywiście, że to zrobię. Jednak nie teraz.
Gdy wyszłam na znajome lotnisko w Londynie, które właściwie znajdowało się niedaleko domu, uśmiech sam pojawił się na mojej twarzy. Zabrałam swoją torbę, ignorując jakiekolwiek zaprzeczenia w moją stronę.
 - Jak tu zimno - opatuliłam się bluzą, słysząc jak chłopak zaczyna się cicho śmiać pod nosem - Nigdy nie sądziłam, że w mojej rodzimej Anglii może być nieodpowiednia dla mnie temperatura.
- Kwestia przyzwyczajenia... albo twoich wahań - przewróciłam oczami. To dopiero początek ciąży. Nie mogę mieć wahań czy też mdłości. A tego akurat nie mogę się doczekać. Mówiąc sarkastycznie oczywiście.
Przyjechanie tu może był dobrym, a może złym pomysłem. Musieliśmy się na pewno spakować. Zabrać rzeczy z Morgan. Pożegnać z tym miejscem, a ja musiałam także pożegnać się z rodzicami. To mnie bolało. Myśl, że wszystko przewróci się o trzysta sześćdziesiąt stopni, w dodatku na lewą stronę.
- Nie mam wahań... albo załóżmy, że miałam je już od samego początku - odparłam obojętnie, po chwili śmiejąc się z tego stwierdzenia razem z Lewisem. Objął mnie ramieniem w tym samym czasie, kiedy ja poprawiałam swoje cieplutkie i nieco przydługawe okrycie na zimne dni, czyli takie jak ten. Oczywiście, prócz bluzy, miałam też swój niezawodny, pracujący dwadzieścia cztery godziny na dobę, cieplutki, chodzący kaloryferek.

Lewis?

piątek, 22 września 2017

Od Hailey cd. Lewisa

Nie wiem jak miałam to określić. Przez moment starałam się wyobrazić sobie to wszystko. Próbowałam wmówić, że to mi się tylko wydaje.
Nie jestem gotowa. Ani na dziecko ani na związane z nim obowiązki. Poza tym... ja nie chcę niczego zmieniać, a ciąża właśnie to zrobi. Obróci nasze życie do góry nogami i rozkaże poddać się pewnym zasadom.
Usiadłam na szafce i oparłam z głośnym westchnięciem głowę o ścianę. Bawiłam się testem ciążowym. Nie chciałam wychodzić, ale też nie chciałam tutaj zostać. Odgarnęłam włosy ręką do tyłu, ostatecznie decydując się na opuszczenie miejsca, gdzie dorwała mnie prawda.
Nie wiedziałam co myśleć. Przez moment po prostu nie myślałam, starając się zepchnąć wszystko na drugi plan i zająć umysł czymś innym. Spanikowałam. Inaczej tego nie da się określić.
A on potrafił naprawdę dobrze grać. Okazywał spokój, który oddziaływał na mnie, mimo tego wiedziałam, że trzęsie się w środku. Ja nie potrafiłam jednak trzymać już takich emocji wewnątrz i po prostu czułam jak przez moje ciało przechodzi dreszcz. Miałam wszystko zaplanowane. A teraz niektóre z nich runęły i prawdopodobnie nigdy nie wrócą. Dobre strony? Obecnie ich nie widzę.
- O nie. Tylko mi nie mdlej, bo wtedy całkowicie puszczą mi emocje - uśmiechnęłam się, ociężale unosząc kąciki ust - A co do poinformowania świata o tym wszystkim to poczekajmy jakiś czas... Nie chcę tego wszystkiego... no... rozumiesz? - westchnęłam, rysując po niewielkich zagięciach jego bluzki, jakby w zamiarze całkowitego wyprostowania jej. Skinął głową i choć nie widziałam tego bezpośrednio, to poczułam jak zaraz potem wzdycha głęboko - Poradzimy sobie - próbowałam powstrzymać narastające u siebie napięcie siedzenia w ciszy. W tym się różniliśmy. Lewis wolał posiedzieć w ciszy, wszystko przemyśleć, samotnie ocenić i dopiero działać. U mnie natomiast sprawa przybierała inny obrót. Wokół musiało się coś dziać, wdrążenie w ciszę było dla mnie czymś co tylko pogłębiało problem, z którego nie mogłam wyjść. Jednak teraz dałam mu pole do tego. Być może było za wcześnie na jakiekolwiek nowe postanowienia, ale zawsze można je odhaczyć za wczas.
- Oczywiście - odezwał się po jakimś czasie - Mało nas życie zaskakiwało?
- Ciebie może tak. U mnie wygląda to nieco inaczej... - zamknęłam oczy, przypominając sobie po kolei wydarzenia - I wnioskując, to twoja wina - spuścił głowę na znak, że mam kontynuować - Przez ciebie to nabrało innego obrotu, może nawet sensu i wcale nie stwierdzam, że to źle. To cudowne... i zarazem wspaniałe - uniosłam delikatnie głowę i ucałowałam w policzek - Dziękuję za to, że się starasz, choć wiem, że to nie łatwe - odwrócił powoli głowę i spuścił spojrzenie z moich oczu na usta. Z powrotem oparłam skroń o jego ramię, wdychając świeży zapach męskich perfum - Nigdy tego nie mówiłam szczerze nikomu... prócz rodziców rzecz jasna, ale kocham cię... całą swoją złośliwą i denerwującą duszyczką - wiedziałam, że się uśmiechnął. A może w tej sprawie są jednak plusy? Przecież mam obok kogoś kto wspólnie ze mną to przeżywa. Nieco inaczej, ale razem wkopaliśmy się w ten dołek. Złe określenie... po prostu sytuację. 
- O której dzisiaj wstałeś? - spytałam cicho, nadając chwili niejednorodnego znaczenia.
- A jaki to ma związek ze wszystkim? - odpowiedział tak samo cicho, rysując palcami po moich plecach.
- Nijaki. Próbuję dyskretnie i bardzo łagodnie zmienić temat, póki jeszcze mogę go omijać - wzruszyłam ramieniem, czując na sobie jego spojrzenie, które nie okazywało ani pochwalenia, ani też nie było wielce pretensjonalne. Właściwie to uważam, że obydwoje nie chcemy zbyt szybko o tym myśleć. Pośpiech tylko powoduje narastanie stresu, a ja miałam go od jakiegoś czasy zbyt dużo. Pomyśleć, że jeszcze wracamy do Morgan...
Morgan. Szkoła. Nauka.
- O ósmej czterdzieści - odpowiedział, a z moich ust wydobył się śmiech.
- Nie wierzę - pokręciłam głową - Nawet ty nie możesz wyleżeć tyle godzin w jednym miejscu - uszczypnął mnie delikatnie w bok. Ja mam pojęcie o swojej czasem okazywanej szczerości, ale to było żartobliwie. A przynajmniej miało tak brzmieć. Być może wcale mi się to nie udało.
- Wstałem wcześniej, fakt. Ale nie oznacza, że musiało to nastąpić o piątej czy szóstej, tak jak miewasz czasem zauważać, nie raz niezgodnie z prawdą - mruknął.
- Chociaż raz chciałabym wstać pierwsza albo chociażby w tym samym czasie co ty. Taka miła odmiana.
- Nie miałbym serca cię budzić tak wcześnie. Zbyt piękny widok - zmarszczyłam delikatnie brwi.
- No wiesz... też się na ciebie popatrzę... kiedyś... jak już na siłę pozwolisz mi wstać wcześniej - zachichotał, wypuszczając powietrze z płuc.
- Spójrz na plusy. Masz gotowe śniadanie, obsługę i jakże cudowne poranki.
- Prócz tego...
- Też jest cudowny. Tylko po prostu nabrał innego znaczenia - zadziwiło mnie to jego pozytywne nastawienie. Aż nienaturalnie, ale podobało mi się. A to był dowód na to, jaki zmienny potrafił być. Zmienny w innym znaczeniu tego słowa. W tym lepszym.
- To znaczy, że będę musiała się przyzwyczaić do mojego pozytywnie nastawionego partnera? - to było coś w rodzaju pochwały.
- A nie chcesz?
- Mi ten układ niezwykle pasuje. Skąd ta nagła zmiana? - wzruszył ramieniem. Dobrze, nie będę drążyć.
Dzisiaj nie mogłam spać. Ta nocka była jedną z dłuższych. Nie najgorszych, ale też nie należała do najprzyjemniejszych. Dlatego teraz z chwilą uczucia spokoju, przymknęłam oczy. Jeśli zasnę to będzie pierwszy raz kiedy w dzień, a nawet rano, położę się jeszcze na chwilkę. Być może mój organizm stwierdził, że przyda się jeszcze chwila snu, albo czegoś w rodzaju odpoczynku. Chłopak czekał w bezruchu, mając zapewne chwilę dla siebie i swoich myśli. Mimo tego, nie czułam już tak ogromnego napięcia jak wcześniej. Nie byłam też w stanie otworzyć oczu i spojrzeć na test, który leżał gdzieś obok. Właściwie to cieszyłam się, że w tamtej chwili stracił on znaczenie. Byłam skupiona na czymś innym.
- Dokąd idziesz? - zapytałam, gdy poczułam jak wygodnie układa mnie na łóżku i delikatnie pochyla się.
- Na dół. Przyjdę, a ty odeśpij ranek - kiwnęłam głową. Usłyszałam jak cicho zamyka drzwi i schodzi po schodach.
~*~
Nie spałam za długo, ale tyle wystarczyło mi aby w jakimś znaczeniu zmienić nastawienie do tego dnia. Będzie dobrze. Powoli podniosłam się do siadu i zagarnęłam włosy do tyłu. Matko, czy można być tak śpiącym o godzinie jedenastej? To nie było normalne.
Usiadłam na skraju łóżka, przeciągając się. Wnioskując po gładkiej powierzchni pościeli wcale nie wrócił tak szybko jak mówił, albo nawet nie zdążył. Wstałam, od razu schodząc po schodach na dół. Nie zastałam tam Lewisa, ale Rossy, która wytrwale i uparcie pełniła wartę, mimo tego, że wspominano jej o zrobieniu sobie wolnego. Usiadłam przy stole, przysuwając sąsiednie krzesło bliżej i opierając o nie nogi. W ciszy obserwowałam kobietę, która mogłoby się wydawać, że nie zwróciła wcale uwagi na mnie. Nie żebym czuła się z tym jakoś źle. Większość rozmów z nią była krótka i co jeszcze dziwniejsze, to nie ja zaczynałam konwersację. Teraz to była kwestia przyzwyczajenia. Normalne wejście do kuchni i zajęcie się sobą.
- Ciężki ranek? - spytała, a ja jak na zawołanie uniosłam wzrok ze swoich dłoni. Ciężki? To mało powiedziane. Dosyć... niespotykany.
- Trochę - skrzywiłam się, zastanawiając nad odpowiedzią.
- Nie wyspałaś się - stwierdziła, odwracając się w moją stronę.
- To aż tak widać? - kobieta rozpromieniła się jeszcze bardziej i pokręciła głową.
- Instynkt - odpowiedziała - Mam trochę życia za sobą - spojrzała na mnie wymownie. Uśmiechnęłam się delikatnie rozbawiona, wiedząc co ma na myśli.
- Nie... to znaczy... - zacisnęłam usta, dobierając słowa do odpowiedzi - Zrobiliśmy sobie przerwę w tym... - i raczej szybko do tego nie wrócimy.
- Co do przerwy... napijemy się herbaty - postawiła przede mną kubek, sama siadając naprzeciwko - Pani Lennox niedługo wraca, a to oznacza, że zapanuje tu znowu czystość ponad wszelkie granice - oparła ręce na blacie stołu. Ja natomiast objęłam palcami białą porcelanę i uniosłam do góry, wdychając przyjemny zapach zielonej herbaty.
- Nie rozpanoszyłam się po domu tak jak myślałam - obydwie zaśmiałyśmy się jednocześnie - Poza tym pilnuję by moje ubrania, akurat w tym przypadku bielizna, nie gubiła się po całym domu - właśnie posłodziłam zieloną herbatę. Nigdy nie nie dodawałam do niej cukru, ale nie smakowała najgorzej.
- Jest tu porządek - stwierdziła, na potwierdzenie kiwając głową i rozglądając się po pomieszczeniu.
- Kiedy go nie było? - uniosłam spojrzenie znad herbaty.
- Gdy pani Lennox wyjeżdża i napatoczy się grupka przyjaciół? - odpowiedziała z wyczuwalnym westchnieniem, może nawet rozbawieniem? Tak czy inaczej, wywołało u mnie cichy śmiech.
- Rozumiem - przyznałam jej rację - Ale na każdego można wymyślić odpowiedni patent - uśmiechnęłam się, po chwili dodając ciszej - Szczególnie jeśli chodzi o faceta - puściłam jej oczko i usłyszałam w tej samej chwili dźwięk zamykanych drzwi od domu.
- Kiedy chcecie wyjechać? - niespodziewanie mnie zapytała. Na to pytanie nie znałam odpowiedzi, albo po prostu nie byłam jej pewna. Zapewne gdyby wszystko było "po staremu", wróciłabym do akademii dziś czy jutro, ale nie chcę odpowiadać ani podejmować decyzji bez Lewisa. Szczególnie w przypadku gdy miał jakieś inne plany. Szczerze mówiąc, to liczyłam na to. Sama nie wiedziałam za co tak naprawdę się zabrać na sam początek.

Lewis?
Bardzo spóźnione, ale wynagradzam ci to długością ♥

1511 słów

poniedziałek, 11 września 2017

Od Hailey cd. Lewisa

Zastanowiłam się przez chwilę, idąc równo z nim i trzymając jego dłoń, co jakiś czas gładząc delikatnie jego skórę palcami.
- Kalkulując, czyli robiąc to w twoim zwyczaju - przewrócił oczami. Nigdy mi się to nie znudzi, ale robiłam tak nie ze względu, że chcę mu zrobić na złość - Martwiłeś się o mnie już od samego początku. Ledwo się urodziliśmy, a ja miałam swojego cielesnego anioła stróża - powiedziałam przesadnym tonem, wewnątrz jednak ciesząc się jak dziecko z tych słów. Spojrzał na mnie z politowaniem. Moje usta wykrzywiały się w coraz szerszym uśmiechu.
- Hailey - jęknął - To co mówię jest prawdziwe. Myślisz, że dlaczego robiłem tyle rzeczy wbrew twojemu założeniu, zabraniałem i byłem zły, że i tak się nie słuchasz - zaszczycił mnie swoim jednym z wielu spojrzeń troski, podczas gdy ja dumnie założyłam sobie dojście do domu i zdjęcie z nóg tych butów.
- I tak się nie słucham - powtórzyłam jego słowa.
- I tu jest twój problem. 
- I tak szanowałam twoje zdanie, mając na uwadze to, że ci się nie podoba co robię. Gdy ktoś inny zwracał na to uwagę...
- Obrywał obrażonym spojrzeniem księżniczki, która skazywała go na katusze, ale tak by przeżył, bo w końcu i tak był jej przyjecielem... - zmierzyłam go mroźnym spojrzeniem. Wzruszył ramionami, szeroko się uśmiechając.
- Nie prawda - zaprzeczyłam - Nigdy nie byłam obrażona na was więcej niż dwa dni.
- Pewnie. Szkoła średnia, druga klasa, wtorek po południu, przed szkołą na parkingu...
- O nie... to był ten wyjątek... - nie zamierzałam dyskutować na ten temat, bo był on dla mnie tak oczywisty, że naprawdę nie było potrzeby rozwodzenia się nad sprawą Louise Renson.
- Nie przerywaj - trącił mnie ramieniem - Louise była naprawdę okey i widać, że kręciła z Gabrielem, ale ty oczywiście nie wyobrażałaś sobie jej w tym kręgu, dlatego postanowiłaś rozpocząć wojnę...
- Była okey!? Ona była okropna! - wzdrygnęłam się. Nie znosiłam tej istnej persony bogactwa, makijażu, stylu i złotego Rolexa na nadgarstku. Nie wiem w jakim stanie psychicznym musiała być aby myśleć, że chociażby zaakceptuję jej istnienie. Nawet jej głos był okropny - Powinniście mi dziękować za to, że się jej pozbyłam. Uratowałam wam tyłki, okazując się agentem doskonałym.
- Właściwie, zbaczając z tematu... Jak to zrobiłaś? - pod wpływem jego nurtującego mnie spojrzenia, uniosłam kąciki ust i przymknęłam delikatnie oczy. A tego nikt nie wie prócz mnie i drugiej osoby, która jest w to wszystko wmieszana. 
- Nie ważne. Po prostu zabiłam ją jej własną bronią i od tamtego czasu nigdy się do mnie nie odezwała - odpowiedziałam ze słyszalną ignorancją w głosie - I dla jasności, nie chodziło to o jej styl bycia, choć i on mnie denerwował, ale po prostu... jej sam widok i chęć pokazania, że mogłaby zostać chociażby moją znajomą był po prostu irytujący. A znasz mnie na tyle długo by wiedzieć, że pozbywam się problemu i kłopotu równie szybko jak przybył. Przynajmniej się staram - posłałam mu słodki uśmiech.
- Czarownica - mruknął, kręcąc głową z dezaprobatą.
- Jeszcze nie czas na Halloween - zeszliśmy z głównej ścieżki, na taką, która prowadziła skrótem do domu. Sama poprosiłam o to Lewisa, który ostrzegał, że droga nie jest przeznaczona zbytnio do chodzenia po niej w szpilkach. Twierdząc, że sobie poradzę, siłą zaciągnęłam go w tamtym kierunku. Nie opierał się, bo doskonale wiedział, że on da radę.
- Idziesz? - czysta prowokacja, gdy zostałam z tyłu. Tylko nie miałam chwili nawet na sprytny ruch, bo co chwila się odwracał w ramach pilnowania mnie.
- Nie zgubię się.
- Nie jestem tego taki pewien - przystanęłam, rozglądając się dookoła za kimś, jakby jeszcze było możliwe, że kogoś tutaj znajdę. Gdy jednak okolica okazała się być pusta i cicha, zdjęłam buty - Co robisz? - usłyszałam nad sobą.
- Pozbywam się problemu - chwyciłam je w jedną rękę i wyprostowałam się - A teraz uważaj, bo cię wyprzedzę i zniknę za drzewami - minęłam go z tajemniczym uśmiechem, faktycznie schodząc w bok. Jednak zagrodził mi drogę ręką - Ładna, ale wolałabym widzieć drogę przed sobą, kochanie.
- Wchodząc w las?
- Kto tam jest? - zmrużyłam oczy, patrząc ma nad ramieniem. Odwrócił się, a w tym samym czasie odwróciłam się i szybkim krokiem kluczyłam między drzewami.
Stare, sprawdzone sposoby zawsze działają. Znalazłam się na plaży, obierając pierwszy kierunek jaki przyszedł mi na myśl. Prawo, lewo, prawo, a może jednak lewo? Lewo... zawsze wybierałam lewo. Wzruszyłam ramionami, ale zrobiłam zaledwie kilka kroków po piasku, gdy chłopak złapał mnie w pasie i pociągnął do tyłu. Uderzyłam plecami o niego, delikatnie się krzywiąc z uśmiechem na twarzy.
- A pani zaszkodził ten szampan, że na tak głupie pomysły wpada? - zbliżył głowę do mojej.
- Pochwalę ci się czymś - odgarnęłam szybkim ruchem głowy opadające włosy na moją twarz - Mam sposób na pokonanie ciebie - poruszyłam brwiami, szybkim ruchem ciągnąc go za sobą na dół.
Upadł zaraz obok mnie na piasek, próbując się podnieść, jednak skutecznie mu w tym przeszkodziłam. Oparłam ręce na jego ramiona, przyciskając do ziemi i blokując udami po bokach bioder. Położył dłonie na moich udach, powoli sunąc nimi w górę i nawet czarny materiał sukienki nie był w stanie wytyczyć granicy.
- To sukienka działa na mnie jak płachta na byka - podniósł głowę i ucałował skórę na mojej szyi, schodząc do obojczyka i biustu.
- Nie jest czerwona - musiałam wygłosić na głos swoją mądrość, czując ciepły oddech po jego cichym westchnięciu.
- Wcale nie musi być - przyciągnął mnie do swoich ust, a ja już znałam dalszy tor ruchów. Zebrał opadające mi włosy na jedną stronę, odwzajemniając każde muśnięcie warg o jego usta.
- Ale najpierw idziemy do sklepu - odsunęłam głowę, szeroko się uśmiechając - Nie odpuszczę tobie tego. Sobie również - usiadłam na jego biodrach i czekałam na typową reakcję. Przewrócił niewidocznie oczami, ale po jakimś czasie pokiwał głową. Podniosłam się, wyciągając w jego stronę dłonie. Wstał, zabrałam tylko swoje buty z piachu i wślizgnęłam swoje palce pomiędzy jego.
- Dlatego lubię nasze spacery. Idziemy sobie spokojnie drogą, rozmawiając też spokojnie...
- Spokojnym bym nie nazwał jeśli w każdej chwili jesteś w stanie to zmienić.
- Aż taka zmienna nie jestem. Sprawdzałam tylko twoją czujność i myślę, że jest wyraźnie zachwiana - pokiwałam z przekonaniem głową.
- Jesteś strasznie zmienna Hailly. Wiesz dlaczego skracają twoje imię do Hail? - proszę, jestem bardzo ciekawa odpowiedzi. Zadarłam głowę do góry, spoglądając w jego oczy - Bo hail oznacza grad. Dlatego tak lubię twoje imię. Czasem odzwierciedla twój humor i uczucie, gdy dostaniesz taką lodową kuleczką - roześmiałam się. Wiec, że zapamiętam sobie te słowa. Bo bardzo mi się spodobały.

Lewis?

czwartek, 31 sierpnia 2017

Od Hailey cd. Lewisa

To chyba była najgorsza groźba ze wszystkich możliwych. I nie tylko ja tak myślałam, ale z całą pewnością Zain także.
- Wiesz, mówiąc i ogólnie stwierdzając to ty i ja jesteśmy jednym, wielkim kłopotem, tak to ujmując.
- Nie przesadzajmy, aż taki wielki to on nie jest - przymknął oczy.
- A jak Dominic zareagował na to wszystko?
- Dlaczego pytasz? - bo wiem, że zapewne ze sobą o tym rozmawiali. Pewnie na miarę swoich rozmów, bo nigdy w nich nie uczestniczyłam. Były tajne, ale istniały, co doprowadzało moją ciekawość do szaleństwa. Zresztą tak jak pomiędzy nim a Zainem, tylko różnica polegała na tym, że Dominic nie krył się, że chodzi o mnie, a Zain zazwyczaj zmieniał temat. Dosyć skutecznie.
- Przecież wiem, że nie był za tym wszystkim, a pomysł zaproszenia Olivii to jego sprawka - chciałam żeby zabrzmiało to jak zwalenie winy, ale nie byłam zła. Teraz już na nikogo.
- Skąd wiesz? - zaczął badać sprawę, ale z cieniem uśmiechu na twarzy.
- Powiedzmy, że miałam i nadal mam swoje niezawodne sposoby informacji... - uśmiechnęłam się tajemniczo, popijając swoją porcję wina.
- Czyżby mój cudowny przyjaciel się wygadał?
- Zain? Nie - pokręciłam głową - Widzisz, Dominic sam mi to powiedział, bo go o to zapytałam. A, że obydwoje jesteśmy do bólu szczerzy względem siebie to po prostu, nie szczędząc sobie słów, wymieniliśmy się informacjami - posłałam mu słodki uśmiech.
- Nie wiem, znaczy... miałby na to jakoś reagować? - Lewis zdziwił się.
- Czyli pogodził się oddaniem swojego młodszego braciszka w objęcia denerwującej kobiety? - uniosłam brew w zaciekawieniu.
- Chyba nie miał wyjścia - zaśmiałam się. Fakt, tu nie było mowy o żadnej dyskusji.
Po skończonym posiłku i wypiciu butelki wina, zebraliśmy się, powoli krocząc w kierunku wyjścia, mijając przy okazji jeszcze kilka ciekawszych miejsc. Na samym końcu, przypomniało mi się o bardzo ważnej rzeczy. Takiej, bez której nie było sposobu na wyjście stąd.
- Wiem, co chcę jeszcze zobaczyć - stanęłam ciągnąc go za rękę do tyłu. Pożegnał się spojrzeniem z wyjściem i rozejrzał dookoła, jakby chciał wyszukać specyficznego miejsca, które miało w sobie coś, co spowodowało, że tak nagle się zatrzymałam. Ostatecznie zwrócił na mnie spojrzenie, oczekując wyjaśnienia - Widziałam w dali całkiem ciekawe miejsce, a mianowicie motylarnie. I jestem ciekawa jak to wygląda - uśmiechnął się i wskazał kierunek. Prowadził, rzecz jasna orientując się lepiej niż ja, ale zachowajmy to w tajemnicy. Nawet w zoo potrafiłam iść na odwrót niż wszyscy, w przeciwnym kierunku, ale oczywiście to wszyscy inni szli źle. Doszliśmy do budynku w samym środku parku, wchodząc do ciepłego i wilgotnego pomieszczenia. Na samym początku trzeba było się przebić ścieżką przez warstwę drzewek, ale warto było. Dla widoku latających wszędzie motyli. Pomimo, że w owadach nie ma nic ciekawego, niektóre są całkowicie zbędne, to te lśniące skrzydełka mogą jak najbardziej żyć. Stanęłam z boku, rozglądając się dookoła i podziwiając tę feerię, latających barw wspólnie z opierającym dłonie na moich biodrach Lewisem.
- Nie ruszaj się to może przyjrzysz się jednemu z bliska - wypowiedział te słowa niemal szeptem. Istniała mała szansa, że jakiś podleci i chociażby usiądzie, ale dobrze. Zastygłam w bezruchu, a po chwili kazano mi zamknąć oczy. Pokręciłam głową, ale zrobiłam to, nadal czując obecność chłopaka tuż za moimi plecami. Wkrótce przesunął swoją rękę po moim biodrze, przenosząc ciepło palców na skórę ręki, później dłoni. Ustawił moje palce w odpowiednim ułożeniu, mrucząc tylko cicho nad uchem, żebym się tylko nie ruszyła. Serce mi za chwilę wyskoczy, ale nie ze strachu, lecz z powodu usłyszenia tego męskiego, głębokiego głosu tuż nad sobą. Takiego mojego. Już zawsze będę to powtarzać. Zaczęłam się także zastanawiać, co by się ze mną stało, gdyby go nie było. Gdyby nagle odszedł. Co bym zrobiła, albo nie zrobiła...
Poczułam na skórze dłoni łaskotanie, przez co szerzej się uśmiechnęłam, a gdy dostałam pozwolenie na otworzenie oczu, ujrzałam pięknego motyla. Był niebieski... uwielbiam niebieski. Bo kojarzy mi się tylko z jedną, cudowną rzeczą, która wpatruje się we mnie tak usilnie, że nie sposób utrzymać powagi na twarzy. Pomimo, że miałam pełne pozwolenie wpatrywania się w ten błękit jego oczu już zawsze i powinnam się przyzwyczaić, to nadal czułam przeszywające mnie ciepło za każdym razem, gdy wpatrywał się w moje źrenice. W sam ich środek. Mogę być jego przyjaciółką, dziewczyną, narzeczoną, a z tych uszczęśliwiających mnie obietnic, nawet żoną, nadal będę podziwiać te oczy. Zawsze pragnę je mieć przy sobie, nie ważne czy stają się dla mnie tlenem, rzeczą bez której nie mogę żyć, będę i mam je tylko dla siebie. To jest takie moje uniwersum, mój własny, błękitny świat z przystojnym mężczyzną w samym centrum.
- Masz jakieś moce przyciągania motyli? - spytałam, spoglądając na Lewisa, który wzruszył ramieniem.
- Nie wiem, ale jedno jest pewne... mam moc przyciągania ciebie - objął mnie jedną ręką w pasie, a po chwili oparłam biodra o niego. I tu miał rację, przyciąga mnie całym sobą. Jak magnes, choć i to jest za słabe określenie.
- Sprawdzimy? Tu się można zgubić - dmuchnęłam w skrzydełka motyla, który poleciał dalej. Usłyszałam cichy śmiech chłopaka.
- Nie ma mowy o gubieniu się. Już wtedy, w nocy był dramat, a w dzień to już byłby wstyd.
- Podobno działa na mnie twoje przyciąganie - uśmiechnęłam się - Znalazłabym cię bez problemu.
- Ty mnie? - uniósł brew - Chyba na odwrót. Ja się nie gubię - pokręcił głową, a ja przez chwilę zmrużyłam oczy. Czyżby pan Lewis był naprawdę taki pewien swojej orientacji. Nie chcę w nim zdusić tej pewności, bo to takie zadowalające, gdy przez prawie całe życie żył w NIEpewności. A to przecież tylko słowo, do którego doklejono nie. Frustrujące.
- Dobrze, to mam propozycję - zbliżyłam swoje usta do niego, ciesząc się niesamowicie z tego faktu iż jestem nieco wyższa niż zwykle. Mogę bez problemu kluczyć wzrokiem po całej jego twarzy, będąc tym samym bliżej nieba - Kalifornia to miejsce, gdzie każda kobieta pragnie pochodzić trochę po okolicy... Pozwolę ci odczuć przyjemność zostania moim przewodnikiem. Bo zgodzisz się ze mną pójść do kilku, naprawdę kilku sklepów? - pokazałam w szerokim uśmiechu moje ząbki - Nie mogę wyjechać, nie zabierając ze sobą nieco ubrań. A ostatnio brakuje mi nieco spodenek - zatrzepotałam rzęsami, widząc unoszące się kąciki ust chłopaka. Jakbym mogła, przeniosłabym to miejsce prosto do Anglii.

Lewis?

niedziela, 27 sierpnia 2017

Od Hailey cd. Lewisa

Weszłam do pokoju w już wysuszonych włosach. Był pusty, więc Lewis musiał być nadal na dole. Usiadłam przy małym biureczku, spoglądając w lusterko. Powoli uświadamiam siebie, jak dużo ominęło mnie przez te dwadzieścia jeden lat. Nigdzie nie wyjeżdżałam, znaczy... owszem, ale zazwyczaj nie więcej niż na jakieś spotkanie. Potrząsnęłam głową, odganiając od siebie myśli i zbliżyłam twarz do odbicia. Jednak moją uwagę przykuło niewielkie, kremowe pudełeczko, leżące na granatowej narzucie, tak wyraźnie odbijające się w lusterku. Wyprostowałam sylwetkę i odwróciłam się w kierunku łóżka. Karteczka - rzecz, która okazuje się niesamowitym kusicielem. Wstałam, podchodząc i unosząc malutki skrawek papieru.
Załóż ją dla mnie
Moje usta powoli ułożyły się w uśmiech. Przerzuciłam spojrzenie na pudełeczko. Siadając na jednej nodze, na łóżku, przyciągnęłam do siebie prezent i nie zastanawiając się, otworzyłam. Prześliczna, czarna sukienka została wyciągnięta na wierzch i rozłożona. Nie musiałam decydować, bo wiedziałam, że założę ją choćby z tego powodu iż była od Lewisa. Dobrawszy odpowiednią bieliznę, czyli podstawę do wszystkiego, założyłam delikatny materiał na siebie. Była naprawdę śliczna i pasowała. Dopiero wtedy dokończyłam się przygotować, to znaczy potrzebowałam chwili na jakiś delikatny makijaż. Gdy skończyłam do pokoju wszedł Lewis. Uśmiechnęłam się.
- Pięknie wyglądasz - po chwili podniósł oczy do góry, patrząc na moją twarz.
- Dziękuję - skłoniłam delikatnie głowę - Pora na ciebie - złapałam go za dłoń i zaciągnęłam głębiej do pokoju, zamykając za nim drzwi.
- To jak mnie ubierzesz? - zapytał, siadając na łóżku.
- Coś klasycznego, wygodnego, a zarazem eleganckiego - podeszłam do jego części szafy, otwierając ją szeroko z zadowoleniem. Nie często miałam pozwolenie na wybieranie ubrania dla niego, więc po prostu korzystałam z okazji, w nadziei, że to nie ostatni raz - Nie myśl, że będę ci kazała się ubierać sztywno jak na jakieś wielkie spotkanie - wychyliłam tylko na chwilę głowę zza skrzydła szafy i wróciłam do wertowania jego ubrań - Taki męski outfit.
- Dobrze, a więc... wybieraj moja pani - możesz tak do mnie mówić. Jak najbardziej. Nie będę przeczyć.
- Długie spodnie? - spytałam, ale zanim zdążył dać mi odpowiedź, wybrałam za niego - Długie. Te seksowne łydki należą tylko do mnie - usłyszałam jak zaczyna się śmiać.
- Ale pozwolisz mi się chociaż w jakimś stopniu rozebrać, jeśli to tak określę - odwróciłam się z poważną miną, choć w środku pragnęłam się roześmiać i spiorunowałam go spojrzeniem.
- Żartujesz sobie? - skrzyżowałam ręce na piersi - Nie ma mowy, chyba że w obecności przyjaciół i ludzi, którzy nie będą się ślinić na sam widok - wyjęłam z szafy całkiem delikatną i nie uwierzycie, jasną koszulę z lekko podwiniętymi rękawami w górę. Dobrałam w ciszy spodnie, tanecznym krokiem podchodząc bliżej niego i usiadłam obok. Położyłam na jego kolanach ubrania - A niech tylko któraś spróbuje patrzyć dłużej niż pozwalam to pozbędę się w ciągu minuty - powiedziałam beztroskim tonem głosu. Spojrzał na mnie spod opuszczonych brwi. Obydwoje się zaśmialiśmy - Ubieraj się - pocałowałam go w policzek i podeszłam do swojej garderoby, gdzie czekały na mnie jeszcze buty. Rzadko noszę wysokie obcasy, bo zwyczajnie nie są wygodne, bardzo niepraktyczne, a zresztą jakoś nie ma okazji abym je założyła. Zbyt ogromny sentyment do sportowego obuwia.
Stanęłam przed ogromnym lustrem, rzeczą, której właśnie mi brakowało w pokoju, w akademiku i ostatni raz rzuciłam oceniające spojrzenie na siebie. Zebrałam włosy w ręce, robiąc z nich niestaranny kok. Dobra, co robi ta dłoń na moim biodrze?
- Związać czy rozpuścić?
- Zostaw je w naturalnym stanie - ucałował moje ramię, do którego w końcu nie musiał się schylać. Wysokie buty robią swoje.
- Dobrze - wzruszyłam drugim ramieniem i puścił włosy, które opadły na jego twarz. Skrzywił się, zakładając je do tyłu i spojrzał w lustro. Uśmiechałam się szeroko - Chciałeś rozpuszczone... - uprzedziłam jego wypowiedź i odwróciłam się w jego kierunku, poprawiając jego koszulę. No przecież nie może być inaczej niż ja chce - Idealnie - przejechałam dłonią po jego policzku i zawróciłam w kierunku drzwi.
Zeszłam po schodach, w myślach mówiąc sobie "Nie zabij się Hailey" i podeszłam do drzwi, czując na sobie wzrok Rossy, która wyszła z kuchni.
- Nieprawdaż, że przystojny - uwiesiłam się na ramieniu Lewisa, a ona tylko uśmiechnęła się szeroko. Westchnął głęboko.
- Od dawna mu to powtarzam, a on i tak swoje - kobieta pokręciła głową - Zawsze znajduje inną odpowiedź.
- Ja mu znajdę taką, że będzie musiał się jej trzymać - puściłam jej oczko i zjechałam dłonią po jego ręce, dopraszając się aby splótł swoje palce z moimi - Idziemy - zarządziłam i pociągnęłam go za sobą.
- Jedziemy... - poprawił mnie, a ja pokiwałam głową.
- Bawcie się dobrze - kobieta pomachała nam na pożegnanie. Po drodze delikatnie stwierdziłam, że w sumie to moglibyśmy przejść się pieszo. I wcale nie zważałam na kilometry, ale przekonał mnie fakt, że mam założone wysokie buty i sukienkę, przez co nawet nie będzie mnie mógł długo nieść. Weszliśmy na teren parku. Bijąca zieleń niemal od razu rzuciła się w oczy. Choć nie tylko. Pomimo, że wiosna minęła już dawno, kwitło... może nie kwitło, ale rosło, było, istniało tu pełno kwiatów. Dałam się prowadzić, wcale nie narzekając, że obrał za cel małą ścieżkę wśród drzew i krzewów, która była tak dobrze ukryta, że tylko Lewis był w stanie ją zauważyć. Nie długo pojawił się niewielki, drewniany mostek, na którym przystanęliśmy. Całkowicie odizolowani od świata, rzeczywistości, wszystkiego.
- Pięknie tu - oparłam swoje czoło o jego, gdy delikatnie spuścił głowę. Bo mimo, że miałam wysokie buty to nadal był ode mnie wyższy.
- Ja mam przed sobą coś piękniejszego - niemal wyszeptał to, wywołując u mnie delikatny uśmiech. Objęłam jego szyję rękoma, opierając się tyłem o również drewnianą poręcz mostku.
- Myślałam o tym, co mi wczoraj powiedziałeś... - odsunął powoli głowę do tyłu, patrząc mi w oczy. Spuściłam spojrzenie na jego usta - Wiesz, to na temat wspólnej przyszłości. Ja... jakoś nigdy nie zastanawiałam się nad tym tak dokładnie - poczułam jak obejmuje mnie w pasie - Mamy po dwadzieścia jeden lat... - przerwałam.
- Nie długo dwadzieścia dwa... - westchnęłam, powstrzymując się od cichego śmiechu.
- Z chęcią wepchnęłabym cię teraz do tego jeziorka, ale nie zamierzam za to obrywać i przytulać się do twoich mokrych ubrań. Za ładna ta sukienka żeby ją pomoczyć - wyszczerzył się i po chwili znowu słuchał.
- Więc...?
- Więc nie dostałeś wtedy mojej dokładnej odpowiedzi. I chcę ci powiedzieć, że bez względu na wszystko, zamierzam to zrealizować - oparłam policzek o jego ramię-  Biorąc oczywiście pod uwagę wzloty i upadki. Rzeczy, które mogą pójść nie po naszej myśli albo wcale się nie pojawić. No i powinnam odwiedzić rodziców w wolnym czasie. Tata robi się natrętny - skrzywiłam się z uśmiechem, na który Lewis odpowiedział tym samym.
- Też tak sądzę. Martwią się po prostu...
- Są nieznośni, nazywajmy rzeczy po imieniu - wtargnęłam mu w słowo. Przewrócił oczami - Jeszcze im nie powiedziałam o tym, że jesteśmy razem. Myślę, że zatrzymali się na momencie, gdy im powiedziałam, że odnalazłam cię w akademii, a ty bezczelnie uciekłeś schować się u Zaina - pociągnęłam nosem.
- Jak długo z nimi nie rozmawiałaś? - opuścił brwi.
- Ostatnio z dwa tygodnie temu, ale to nie była jakoś zaszczytnie długa rozmowa - wzruszyłam ramieniem - Chodźmy zobaczyć tę restaurację. Jestem naprawdę ciekawa jak oni zrobili to na wysokości - cmoknęłam go w usta i wydostałam się z jego rąk.

Lewis?

piątek, 25 sierpnia 2017

Od Hailey cd. Lewisa

- Za tamto powinnam co najmniej mruknąć krótką odpowiedź, odwrócić się i pójść spać albo chociaż udawać, że śpię - przewrócił oczami i podniósł mnie. Skrzywiłam się - Jeszcze jakaś wprowadzająca dyskusję odpowiedź? - uśmiechnęłam się szerzej sama do siebie. Kosmyki włosów opadły mi na twarz, ukrywając zadowolenie, choć i tak było za ciemno by cokolwiek zauważyć - Idziemy razem, koniec.
- Lubię jak jesteś stanowczy, ale nie zmuszaj mnie do niczego, bo i tak się wykręcę - założyłam ręce na jego ramiona, stukając delikatnie palcami po jego skórze karku.
- Nie kombinuj - odchyliłam głowę do tyłu, przez co mój ciężar pewnie stał się jeszcze bardziej odczuwalny, bo usłyszałam ciche stęknięcie pod nosem.
- Nie kombinuję - zaprzeczyłam natychmiastowo, opierając głowę o jego ramię - Jak długo twoja duma zamierza na mnie prychać? - uśmiechnął się delikatnie na moje dosyć delikatnie wymawiane słowa.
- Długo - odpowiedział - Bardzo długo.
- Dopóki?
- Nie wiem. Wtargnęłaś mi bezczelnie na ambicję. To nie będzie łatwe - postawił mnie dopiero przed domem, ale nie zdążyłam się nawet oderwać, a jego palce splotły się z moimi. Pociągnął mnie za sobą aż w końcu, tuż przed wejściem zrównałam się z nim.
- To może ja pójdę od razu do góry po jakieś światełko? Będzie szybciej - pokręcił głową, przyciągając mnie bliżej siebie. To miłe, o ile można tak określić fakt, że się zdenerwował, gdy mnie nie było, ale nie zgubię się i specjalnie też nie odejdę.
- Nie. Zostajesz przy mnie i najlepiej jakbyś do mnie mówiła... - to było czyste i zrozumiałe zarządzenie, nie prośba - Będę miał więcej pewności, że jesteś obok.
- Dotyk nie wystarczy? - objęłam drugą dłonią jego ramię, prawie się wtulając w oddającą przyjemne ciepło skórę.
- Jak się nie odzywasz to zaczynam podejrzewać, że kombinujesz albo się obraziłaś, albo cię po prostu obok nie ma.
- A jakby to były trzy rzeczy na raz? - sięgnął z szafki latarnie i podał mi je, samym wymownym spojrzeniem odpowiadając na moje pytanie. Odwróciłam wzrok, tym samym mówiąc, że nie będę kontynuować tematu. Wróciliśmy z powrotem na plażę, zapalając możliwie wszystko. Więc namiocik był najbardziej oświetlonym miejscem. Po jakimś czasie, faktycznie, latarka nie podołała zadaniu i zgasła. Uparłam się żeby ją naprawić, a nie mając sprzeciwu ze strony Lewisa, który chyba wiedział, że i tak mi się nie uda, rozkręciłam ją na części pierwsze.
- Zepsuta - odrzuciłam ją na bok.
- Albo ktoś ją zepsuł. Ciocia mnie zabije...
- O latarkę? - uniosłam brew - Mamy latarnie.
- To była jej latarka, którą wziąłem aby ciebie poszukać. Zapewniam cię, zauważy braki - pokiwał głową, a ja uśmiechnęłam się przepraszająco - I nie baw się zapalniczką, proszę - wyciągnął dłoń w moim kierunku. Natychmiast zabrałam swoją obecną zabawkę jak najdalej, opuszczając brwi.
- Nie. Nie zabieraj mi tego - wydęłam wargi.
- Pójdziemy spać, bo widzę, że trzeba zacząć cię traktować jak dziecko - pokręciłam głową, piorunując go spojrzeniem.
- Wal się - mruknęłam i zostałam pociągnięta do tyłu na poduszki - Ej!
- Koniec dobrego. Idziemy spać - objął mnie i przycisnął do siebie, tak bym nie miała możliwości ruchu.
- Ale...
- Cii... - zasłonił mi usta dłonią i ucałował w policzek - Dobranoc - chwyciłam go za nadgarstek i z trudem pociągnęłam jego rękę w dół.
- Ja nie chcę spać... - nie odpowiedział, opierając czoło o moje plecy. Starałam się ruszyć, naprawdę, ale to było niemożliwe. W końcu zrezygnowałam z głośnym westchnięciem, jako także oznaka zmęczenia z powodu siłowania się, odpuściłam.
- Już przestałaś? - zapytał nieprzytomnie. Tak miało brzmieć.
- Tak - odpowiedziałam - Możesz mnie puścić? - pokręcił głową - Proszę?
- A obiecujesz, że zostaniesz tak jak teraz?
- Obiecuję - nastała chwila ciszy, aż w końcu poczułam jak otwiera ramiona. Wykorzystałam okazję i przekręciłam się na drugi bok w jego kierunku, układając wygodnie - Miałaś zostać w tamtej pozycji, tak mi się wydaje - miał zamknięte oczy. Uśmiechnęłam się, obejmując go jedną ręką.
- Myślę, że nie jesteś za to zły - wyszeptałam, kładąc głowę pod jego podbródkiem, tak też zasypiając.
~*~
Obudził mnie subtelny dotyk na ramieniu, łaskoczący i ciepły.
- Śniadanie na nas czeka - Lewis cicho zamruczał mi do ucha, całując delikatnie ramię i zdjął kosmyki włosów z mojego policzka, w którym pojawiły się delikatnie zarysowane dołeczki. Poruszyłam się, czując że tak naprawdę to nie chcę wstawać. Było przyjemnie, miło, ciepło, a przy tym delikatny, chłodny wietrzyk nie pozwalał aby powietrze stało się zbyt gorące i duszne. Nie chciałam przerywać tej słodyczy dla mojej duszy i ciała. Nawet dla śniadania.
- Nie jestem głodna - mruknęłam. Ta odpowiedź oczywiście spotkała się z niechęcią drugiej strony, która nie przyjęła odmowy.
- Nawet nie chcę słyszeć, że nie zjesz śniadania - oczywiście obrał to za wyzwanie, które mu nieświadomie postawiłam. A mianowicie postawienie mnie na nogi i zaprowadzenie grzecznie do stołu.
- Która jest godzina? - przewróciłam się na plecy i rozciągnęłam, uderzając niechcący ręką o ramię chłopaka, który tak właściwie znajdował się całkiem blisko mnie, niemal jego głowa wisiała nade mną.
- Jak sprawdzałem była siódma, a minęło dosyć dużo czasu od tamtego momentu. Rossy pewnie już czeka - przekręciłam się na drugi bok, obejmując jego szyję i zmusiłam do położenia. Zrobił to oczywiście dobrowolnie, inaczej nie dałabym rady. Wtuliłam się w jego szyję, ani przez chwilę nie otwierając oczu.
- Mhm, za chwilę - prawie to wyszeptałam, słysząc jak wzdycha, ale mimo tego, złożył krótki pocałunek na moim czole. Tak, mogłabym tak leżeć jeszcze dłużej, ale wiedziałam, że ta chwila długo nie potrwa. W końcu przekona mnie do wstania i zjedzenia śniadania. Zawsze tego pilnował, a że moje jedzenie zazwyczaj wyglądało na szybkim przegryzieniu czegoś mało konkretnego, to zwyczajnie zaczął mnie kontrolować. Choć na to akurat mu pozwalałam - A mogę tu zostać? - spytałam, przerywając chwilę ciszy.
- Dlaczego? - zdziwił się tym pytaniem, nawet nie wiem dlaczego. Wzruszyłam ramieniem, krzywiąc się delikatnie.
- Nie mam ochoty się ruszać...
- No chodź - przeciągnął, przyciskając mnie do siebie i łaskocząc. Uśmiechnęłam się szeroko i odepchnęłam go, siadając pośród poduszek. Przetarłam oczy, przyglądając się szumiącemu oceanowi.
- Pójdę, ale wiesz dlaczego... - podciągnęłam kolana pod brodę, którą oparłam o nie i przymknęłam jeszcze na chwilę oczy. Chłopak pokręcił głową i wstał - Bo muszę iść do toalety - zaśmiałam się i powtórzyłam jego ruch. Wróciliśmy do domu, zastanawiając się, a właściwie to próbując uzgodnić kto posprząta te rzeczy z plaży. Rzecz jasna, teraz nie muszę mu udowadniać, że dam radę, dlatego zgodziłam się tylko na jakąś część. On twierdził, że bez problemu poradzę sobie ze wszystkim skoro poprzednio dałam radę. Tym samym zmusił mnie do przyznania, że upuściłam kilka rzeczy po drodze, ale zanim zdążył ujawnić swoją satysfakcję, weszłam do domu, witając się jakże radośnie z Rossy i od razu wbiegłam na górę, do łazienki.
- Ignorantko! Wracaj tu! Nie skończyłem!
- Co tam mówisz pod nosem? - powiedziałam szybko, gdy zamykałam drzwi. Pamiętaj Hailey, należy utrzymać największą ostrożność przy wychodzeniu i zaglądać uprzednio we wszystkie możliwe kąty.

Lewis?
Zadanie zaliczone, jakbym miała pisać dalej, a miałam, to wyszłoby kolejne 2000

środa, 23 sierpnia 2017

Od Hailey cd. Lewisa

Nie wiem w sumie na co miałam odpowiedzieć. Na to, że potrzebuję jakiejś ulgi do wygranej czy na drugą część zdania. Więc w odpowiedzi tylko prychnęłam pod nosem z wyrysowanym uśmiechem, ale ostatecznie jednak zdecydowałam się odpowiedzieć na jedno.
- Twierdzisz, że potrzebne mi są fory? - skrzyżowałam ręce na piersi. Niewidocznie skinął głową, unosząc kąciki ust.
- Tylko czasem - poprawił się, ale dobrze wiedziałam, że wcale tak nie myśli.
- A masz świadomość, że to mnie jeszcze bardziej nakręca?
- Wiem. Lubię oglądać twoją zaciętość. Jest tak dokładnie wyrysowana na twojej twarzy
- Ach tak?
- Wiem także, że jak się zapierasz to słodko mi przyrzekasz, że i tak wyjdzie na twoje. A jak nie wychodzi... to zależy już od momentu w naszym życiu.
- To znaczy?
- Wcześniej wspominałem już co robiłaś. Jeszcze nie sprawdziłem co zrobisz ze mną teraz gdy przegrasz
- Hm... - zastanowiłam się - Cóż, teraz nie masz już Zaina do obrony. Jesteśmy sami niemal na odludziu. Nikt nie usłyszy twoich krzyków
- Grozi mi jeszcze większe niebezpieczeństwo?
- Sam powiedziałeś, że robię się agresywna gdy jestem pijana - wskazałam na szampana. Odwrócił głowę w jego stronę i uśmiechnął się szerzej.
- Nie upijesz się samym szampanem - och, co za wielka mądrość olśniła mnie.
- Jakieś procenty alkoholu tam są. Zresztą, łącząc przegraną z moim odurzeniem, wychodzi podwójne niebezpieczeństwo - sięgnęłam po winogrono i wsadziłam niewielką kuleczkę do buzi, czując na języku słodki smak soku owocu. Zmrużył oczy.
- Masz za silną głowę na alkohol. Taki szampan cię nie rusza - stwierdził.
- Fakt. Po tylu latach, tylu drinkach i wspólnym piciu z wami jestem dosyć odporna, ale i tak, jak się uprę to i chociażby był to wielki filozof, będzie musiał stwierdzić, że szampan upija - sięgnęłam po kolejne winogrono, ale dostałam po dłoni, którą przyciągnęłam do siebie, mierząc chłopaka chłodnym spojrzeniem.
- Przyniosłem tego tak dużo, a ty uwzięłaś się akurat na winogrona. A wiesz jak je lubię.
- Wiem - przeciągnęłam - Ale te są wyjątkowo dobre - tym razem sięgnęłam po pomarańcze, odłamują kawałek i jego połowę ugryzłam, następnie podsuwając drugą połowę pod usta Lewisa - Tylko mnie nie gryź - zauważyłam. Przewrócił oczami i oglądając kawałek pomarańczy, sięgnął do niej zębami - Mam pomysł - ruszyłam się z miejsca i stanęłam przed namiocikiem, wyszukując sobie odpowiednie miejsce dla siebie i usiadłam na ziemi.
- Słucham?
- Zbuduję piękny zamek z piasku.
- Budzi się w tobie dziecko - odpowiedział, połykając pomarańczę.
- Raczej przyjaciółka z piaskownicy. Pamiętasz park?
- Pamiętam, gdy Gabriel zbudował ładniejszą budowlę i wszyscy to przyznali.
- Nie była piękniejsza - prychnęłam.
- Wtedy pokazałaś swój szczyt bezczelności i wredoty, gdy mu go zniszczyłaś - ciągnął dalej.
- To było przypadkiem... tak w połowie.
- W połowie? Zrobiłaś to z premedytacją - zaśmiał się - Widziałaś te łzy w jego oczach?
- Widziałam - wzruszyłam ramionami - Ale go po kilku latach przeprosiłam za to.
- Nie mogłaś znieść, że jego dzieło było ładniejsze od twojego.
- Mieliśmy wtedy po siedem lat, Lewis? A moja kuzynka niezwykle mocno mnie dręczyła, mówiąc, że ma wszystko lepsze ode mnie - usiadłam bokiem na piachu i zaczęłam przesypywać go między palcami.
- Vivian? - spytał dla upewnienia, a ja pokiwałam głową, rysując na złocistej powierzchni palcem.
- Tak. Była starsza o trzy lata i uwielbiała zabierać mi wszystko co jej się podobało. Aż dziwne, że w późniejszym czasie zaczęłyśmy się dogadywać, a teraz za nią tęsknię jak za siostrą.
- I to jej wina, że popsułaś zamek Gabrielowi? - uśmiechnął się.
- Wiesz jak to jest, gdy ktoś ci coś wmawia. Po prostu wkurzyłam się, że nikt nie przyznał mnie zaszczytu piękności budowli.
- Kochana kuzynka sprawiła, że Gabriel tak to przeżył.
- Kochana? Może teraz. Pamiętasz Aarona, tego z starszej klasy? - uniosłam spojrzenie.
- Pamiętam. Twój chłopak przez cztery miesiące?
- Vivian mi go zabrała. Byłam wściekła i nie mogłam przeżyć faktu, że ona jest od niego starsza o dwa lata, a i tak z nim chodzi. I to kilka dni po tym jak zerwaliśmy. Do dzisiaj nie omieszkam jej tego wypominać, bo pomimo, że obecnie ją kocham to jestem zbyt pamiętliwa by po prostu jej odpuścić złośliwości, które mi robiła przez dobre kilkanaście lat. Ty nawet nie wiesz jakie ona miała pomysły i co chciała jeszcze zrobić - pokręciłam głową z szeroko otwartymi oczami - Ale nie będę ci zdradzać
- Dlaczego?
- Bo nie lubię o tym mówić. A szczególnie teraz, gdy o tym pomyślę. To była najgorsza rzecz jaką mogłam usłyszeć od kogokolwiek i gdy teraz o tym wspominam to nadal się we mnie gotuje. Ale nie ważne - nie robiąc zbędnego przerywnika, urwałam temat - Tym razem moja budowla będzie najpiękniejsza i wygra. A wiesz dlaczego? - usiadłam na nogach i zaczęłam odsypywać suchy piasek. Lewis parsknął cicho pod nosem.
- Nie wiem.
- Bo nie mam konkurencji, a ty jesteś moim jury, więc tak jakby wygraną mam w garści.
- Jury musi być bezstronne - uniósł brwi, a ja wzruszyłam ramionami.
- Świat się nie obrazi i nie zawali, poza tym nikogo tu nie ma - na chwilę tylko podniosłam głowę by zaraz z powrotem ją spuścić. Zajęłam się przesypywaniem piasku, nawet w pewnym momencie zapominając o przyglądającym się z drugiej strony Lewisowi i zamierzeniu pójścia umyć się. Cóż, będziemy iść po ciemku przez plażę, ale co komu szkodzi? Mi to nie przeszkadzało, ale widocznie mój partner stwierdził co innego i konsekwentnie zarządził udanie się do domu na czas kąpieli.
- Ale ja nie skończyłam? - uniosłem głowę, gdy stanął nade mną.
- Skończysz później albo jutro.
- Jutro? To aż cała noc później - wyciągnęłam ręce w jego stronę. Złapał mnie za nadgarstki i pomógł wstać.
- I tak nie znalazłabyś muszelek, na które zapewne byś się uparła. Oraz wielu innych rzeczy, którymi byś swoje dzieło przyozdobiła - ruszyliśmy powoli w kierunku domu.
- Nie musiałabym. Byłoby i bez tego piękne.
- Jak mam oceniać to w pełni skończone - przyznałam mu i bez słowa zgodziłam się na dokończenie mojego zamku jutro, gdy słońce znowu pojawi się na niebie. Weszliśmy do środka budynku, od razu kierując się do sypialni. Rossy dzisiaj postanowiła zostać na noc, nawet nie wiem dokładnie dlaczego, ale to tak jakby jej drugi dom, a przynajmniej tak to odbieram. Stanęłam przy łóżku i rozciągnęłam się, opadając delikatnie na nie.
- Będę pierwszy - powiedział cicho pod nosem, zabierając ręcznik z oparcia krzesła. Uniosłam głowę do góry i zmierzyłam go spojrzeniem. Porwałam piżamę z łóżka i zerwałam się do łazienki. Chłopak, jako że posiadał niesamowity refleks pobiegł za mną.
- Nie! Ja będę pierwsza - krzyknęłam i chwyciłam za klamkę, otwierając je, ale w ostatnim momencie dłoń Lewisa oparła się na jasnym drewnie i zamknęła je z hukiem. Rossy będzie zła. Uniosłem gwałtownie głowę, napotykając błękitne spojrzenie i przeczący ruch głową - Dotknęłam ich pierwsza - wyprostowałam się, będąc optycznie wyższą, choć i tak dosięgałam mu ledwie do brody i oparłam tyłek oraz resztę pleców na drzwiach, zasłaniając tym samym klamkę, jako jedyny przedmiot zdolny do otworzenia tego pomieszczenia.
- Nie wydaje mi się - skrzywił się.
- Nie możemy myć się razem, więc ja idę pierwsza. Chyba, że uznasz moją wygraną - przyjrzałam się swoim paznokciom z udawaną obojętnością.
- O nie, moja droga. Kto niby tak zarządził?
- Bardzo ważna osoba, której imię zaczyna się na "H" i kończy na "Y", więc radziłabym nie zadzierać - spróbował mnie odsunąć, ale zaparłam się z szerokim uśmiechem, tym samym zginając na pół, gdy jego dłoń przypadkiem, albo uznajmy, że przypadkiem przejechała po moich żebrach.
- Oj Hailey... - stęknął, ale po chwili westchnął, zarzucając sobie ręcznik na ramię - Dobrze, ale nie siedź tam całą godzinę, proszę? - odsunął się na krok do tyłu, a ja uchyliłam delikatnie drzwi, kiwając na potwierdzenie głową.
- Nie siedzę godzinę - zaprzeczyłam, będąc jedną nogą już w łazience.
- Wcale, a już w szczególności, gdy masz do dyspozycji wannę. Mam ci policzyć dokładny czas spędzania? - skrzyżował ręce na piersi, a ja zawisłam na drzwiach i uśmiechnęłam się szeroko.
- No dobzie... - odparłam, przygryzając wargę - Pół godzinki - posłałam mu całusa w powietrzu i zniknęłam za drzwiami. W sumie to miał rację. Uwielbiam gorące kąpiele, a wanna jest taką chwilą odpoczynku i wytchnienia. Mogłabym siedzieć w niej cały czas gdybym tylko była w stanie i mogła. Ale trzymając się ustalonego czasu, wyszłam o odpowiedniej porze. Stanęłam na środku, rozglądając się za ręcznikiem, którego nigdzie nie było. Cholera.
- Lewiś! - stanęłam przy drzwiach, słysząc ciche kroki dobiegające z pokoju, co spowodowało u mnie jeszcze szerszy uśmiech. Ten ton miał oznaczać, że czegoś chcę, a chłopak doskonale o tym wiedział. Puknął w drzwi na znak, że jest już obok, a ja uchyliłam je mocniej - Bo... zapomniałam ręcznika z tego wszystkiego - usłyszałam jak cicho się śmieje pod nosem.
- Dlaczego mnie to nie dziwi? - świadomość, że między moim policzkiem, a jego twarzą znajduje się tylko jakaś nieznacząca warstwa drewna, denerwowała mnie.
- Nie moja wina, że ktoś postanowił mi wbić do łazienki przede mną skoro kolejka jest taka oczywista - prychnęłam rozbawiona.
- Zaraz ci go przyniosę. Gdzie jest? - odsunął się od drzwi. A przynajmniej tak mi się wydawało.
- Na łóżku. Albo na komodzie. Być może został przy szafie? - usłyszałam to głośne westchnięcie i cichnięcie kroków. Podskoczyłam wystraszona, gdy drzwi gwałtownie się poruszyły i z trudem chwyciłam klamkę od nich, przyciskając do siebie - Lewis! - zauważyłam ręcznik, który wystawał przez szparę. Zabrałam go, obwijając się nim dookoła, lecz nadal czułam nacisk na klamce - Jak tu wejdziesz to ci przywalę, nie ważne jak mocno - wlepiłam spojrzenie w miejsce, gdzie było najbardziej widać czy drzwi się poruszają.
- Kolejna groźba?
- Ostrzeżenie - poprawiłam go.
- Tyle razy widziałem cię nago, a teraz nie mogę? Sądzisz, że nie jestem w stanie się powstrzymać? To boli.
- Nie. Odbierz to jako pomoc i łaska z mojej strony,
- Bo się obrażę - prychnęłam, zabierając sukienkę z szafki obok, którą przed kąpielą zdjęłam. Odepchnęłam drzwi, ale delikatnie, jedynie strasząc go uderzeniem. Wyszłam na korytarz, przyglądając mu się uważnie i poprawiłam białą tkaninę utrzymującą się na moim ciele. W tym samym czasie, na mojej twarzy pojawił się złośliwy uśmieszek i ruszyłam dumnym krokiem w kierunku pokoju, czując na sobie spojrzenie Lewisa.
- Dziękuję za ręcznik kochanie - w przejściu zatrzymałam się, odwracając głowę w jego kierunku i po chwili zniknęłam w pokoju. Spodenki, spodenki, spodenki... o, spodenki i ta mniej ważna, górna część piżamy też. Odrzuciłam ręcznik na bok, którego zapewne w późniejszym czasie będę szukać albo zagram tak jak dziś. Ubrałam na siebie rzeczy, biorąc też w rękę w razie czego jakąś bluzę, choć w gruncie rzeczy pewnie i tak będzie leżała niepotrzebnie na boku. W czasie, gdy z łazienki dobiegał odgłos spływającej wody, ja zrobiłam parę mniej ważnych rzeczy, przy okazji rozczesując włosy, które spięłam w niestarannego koka podczas kąpieli. Po chwili Lewis wyszedł z łazienki i uciekając się do moich sposób czysto prowokacyjnych, wszedł do pokoju w samym ręczniku. Zmrużyłam oczy, odprowadzając go spojrzeniem i wróciłam nim na lustro przed sobą.
- To mój sposób panie Draxler - mruknęłam, udając że wcale mnie to nie rusza - Jeśli sądzisz, że to działa to jesteś w błędzie.
- Doprawdy? Nawet nie zacząłem się starać - na chwilę tylko odwrócił głowę w moją stronę.
- Wiesz, że mam tu lusterko?
- Wiem. A niby dlaczego stanąłem idealnie za tobą?
- Wracajmy już z powrotem na plażę - zarządziłam, zakładając kosmyki włosów za uszy.
- Ktoś tu ucieka? A może...
- Nie prawda - odwróciłam się i zmierzyłam go spojrzeniem, starając się nie podnieść wysoko kącików ust, które mimowolnie unosiły się wyżej.
- Czekaj - odstąpił od tematu, ubrał się i podszedł bliżej, marszcząc w niezadowoleniu brwi - Skąd te spodenki? - to był moment kiedy nie mogłam powstrzymać się przed uśmiechem. Spojrzałam w dół.
- Te? - przejechałam palcem po materiale - To moja piżama i jedyna rzecz, o której zapomniałeś mój geniuszu - poklepałam go po ramieniu - To idziemy już? - ponagliłam go.

Lewis?

Pacz jaka ładna liczba - 2020 słów ♥

niedziela, 20 sierpnia 2017

Od Hailey cd. Lewisa

- Widocznie nagle przestało - burknęłam - Próbuj dalej, może uda ci się mnie przekonać - oparłam dłonie na biodrach, stukając palcem o delikatny materiał swojej sukienki - A nie ukrywam, że to będzie trudne, gdy sposoby są ograniczone - wzruszyłam nieznacznie ramieniem.
- Słodkie słówka? - przechylił głowę, po chwili zamyślenia.
- Odpadają - odpowiedziałam na jego pytanie - Słodycze możesz mi prawić wieczorem w łóżku jako zastępstwo innych rzeczy, których nie możesz zrobić - w tej chwili na mojej twarzy pojawiłby się uśmiech, ale zdecydowałam jednak, że przyjrzę się starannie jego reakcji. Czyli zrobię to co zazwyczaj ignorowałam, będąc zwyczajnie przyzwyczajona do jego nieraz stałego, kamiennego wyrazu twarzy - Chociaż możesz, dlaczego nie? - wypowiedziałam myśl na głos i odwróciłam się bokiem do chłopaka.
- Nie ma mowy. Wiem co kombinujesz - mruknął - Dotknąć też nie mogę... - pokręciłam głową - W takim razie co?
- Nie wiem - uniosłam ręce do góry - Podobno jesteś kreatywny, wymyśl coś.
- Nie ma to jak pomoc drugiej strony - westchnął - Mam pomysł, ale musisz zasłużyć - odwróciłam głowę z powrotem w jego stronę i spojrzałam z całkiem poważnym wyrazem twarzy w jego oczy.
- To jest ewidentnie niesprawiedliwe - oburzyłam się - To nie ja używałam siły droczenia i nie groziłam obrażeniem się - zmierzyłam go spojrzeniem.
- Nadrabiałaś to wystarczająco dużo razy przez te dwadzieścia jeden lat.
- To przestań odgrywać moją rolę - naburmuszyłam się.
- O, widzisz. Też bym tak chciał zrobić, a nie mogę. A niby panuje równouprawnienie - prychnął.
- Nie zmieniaj tematu.
- Co powiesz na tak zwaną plażową noc? - przeszedł od razu do sedna, nieco mnie dezorientując. Wróciłam do normalnej pozycji, właściwie to zapominając, że mam stać ze skrzyżowanymi rękoma odwrócona. Przygryzłam wargę, zastanawiając się o co chodzi, dlatego też odruchowo moje brwi powędrowały w dół.
- Noc na plaży?
- Będzie ciepło - spojrzał w niebo - Zaufaj komuś o irlandzkich korzeniach.
- A czy ja kwestionowałam kiedykolwiek twoje zdanie? - uniósł brew, a ja z chęcią bym się roześmiała.
- To by było naprawdę cudowne, gdybyś zaprzestała to robić, ale że jestem racjonalistą... to zdaję sobie sprawę, że jest to niewykonalne - uśmiechnął się.
- No wiesz co? Zmuszasz mnie do udowodnienia, że potrafię. To się nazywa wchodzenie na ambicję.
- Może... ale skoro jest skuteczne...?
- Kolejny zakład? - skrzywiłam się.
- Niby, że jak będziesz kwestionowała to ja wygrywam poprzedni i obecny? Podoba mi się.
- A mi niezbyt.
- Nadal wiem, że nie potrafisz przegrywać, tylko zwyczajnie reagujesz spokojnie niż wtedy kiedy byłaś młodsza.
- Zaraz mi powiesz, że jak przegrywałam to też próbowałam cię wrzucić do rzeki? - uśmiechnęłam się szeroko.
- Nie. Wtedy byliśmy w domu. Były okna, zamknięta przestrzeń, wiele rzeczy dookoła... - roześmiał się.
- Wynagrodzę ci to - przekręcił głowę.
- Jak? - przysunęłam się z powrotem i oparłam ręce na jego ramionach, całując go - A to się zalicza czy nie? - zmarszczyłam nos.
- Nie, przecież usta to usta, prawda? - wzruszył ramionami - Trzeba było zapisać zasady, a nie się mnie pytać - przewrócił oczami - Nigdy ci tego nie mówiłam, bo uważałam, że nie ma takiej potrzeby, ale... - przerwałam, przyglądając się jego ustom - Świetnie całujesz, nawet jak się starasz żeby nie wyszło dwuznacznie - pokazałam swoje białe ząbki. Jestem okropna, sięgając po prowokacje, ale jeśli można ich używać to dlaczego by się nie postarać osiągnąć jak najszybszą wygraną. Oczywiście to dotyczy obydwóch stron, jednak wydaje mi się, że jemu się trudniej powstrzymać niż mnie.
- Czy ty właśnie próbujesz mnie udobruchać?
- No... tak - odpowiedziałam cicho pod nosem - Nie mogę pozwolić by mi się ktoś tu obrażał, no nie? Chodź, wracamy do domu, bo z tego co pamiętam ktoś mi obiecał spanie na plaży - sięgnęłam po jego dłoń i pociągnęłam za sobą. Dosyć szybko znaleźliśmy się z powrotem w domku. Przegryzłam coś na szybko i wzięłam potrzebne rzeczy. Naturalnie, Lewis widząc, że układam sobie wszystko w wątpliwą wieżyczkę, chciał mi pomóc.
- Nie. Ja sobie dam radę - mruknęłam.
- Ale tylko pomogę.
- Nie! Idź sobie, idź, sio - odgoniłam go ręką - Poproszę o pomoc jak będę potrzebowała - nie oszukujmy się, nie poproszę tylko zaniosę to sama najdyskretniej jak tylko potrafię, starając nie zgubić się ani jednej rzeczy. Objęłam wszystko rękoma, przyciskając do piersi i ruszyłam w kierunku plaży. Kątem oka zauważyłam, że chłopak idzie za mną. To było denerwujące. Jakby tym samym mówił, że ja to upuszczę i bez sensu odmawiałam pomocy. To było celowe zagranie. Tak dla zdenerwowania przeciwnika - Przestaniesz? - stanęłam, dopiero teraz czując ciężar tych rzeczy.
- Ale co mam przestać? - ukrył uśmiech, jednak jego spojrzenie mówiło upuścisz to, zobaczysz.
- Nie chodź za mną tak i nie wprowadzaj złej aury... Zaniosę to i nic nie zgubię - powtórzyłam - Idziesz przede mną - nakazałam i ruchem głowy pokazałam żeby mnie wyprzedził i szedł pierwszy.
- Ja nic nie robię - jasne, jasne, oczywiście.
- Pan idzie przede mną i się nie odwraca - gdy stanął obok, uniosłam nogę, aby pomyślał, że chcę go kopnąć, ale reagując natychmiast, złapał mnie za łydkę i przyciągnął. Zaśmiałam się, próbując utrzymać wszystko - Ej, ej, bo uznam zakład za przegrany - spoważniałam - Dodatkowo, że zrobiłeś to specjalnie abym faktycznie to puściła, a wtedy to już się obrażę - puścił moją nogę i podniósł do góry ręce.
- Nie tykam - odpowiedział i odwrócił się.
- I nie odwracaj się - dodałam, idąc za nim.
Posłuchał. Aż dziwne. Naturalnie, jedna rzecz mi spadła, ale kombinowałam tak długo, aż ją sięgnęłam z piasku, nie wspominając o tym chłopakowi. Nie wiem czy nawet zauważył, że zostałam z tyłu. Więc albo mi się udało, albo włączyła się jego niezawodna gra aktorska. Odwrócił się dopiero gdy był u celu. Uśmiechnęłam się zadowolona, niejako okazując dumę z tego, że również doszłam i to bez żadnego problemu. Małe kłamstewko. Zobaczyłam te zmrużenie oczu przez ułamek sekundy, ale skutecznie to zignorowałam.
- Mówiłam, że dam radę - wyprostowałam się zaraz po odłożeniu wszystkiego na miejsce.
- Ani chwilę w to nie wątpiłem - pokręcił głową ze spokojnym, całkiem zrelaksowanym wyrazem twarzy. Uniosłam brew do góry i uśmiechnęłam się nieco rozbawiona.
- Czyżby?
- Wątpisz w to?
- Nie.
- Powiedziałem, że nie wątpiłem.
- Nie wierzę - pokręciłam głową, a on swoją spuścił i westchnął głośno. Jego czarne końcówki opadły na oczy.
- Wiesz co bym teraz zrobił jakbym tylko mógł? - spojrzał na mnie z dołu. Wzruszyłam ramionami w odpowiedzi - Normalnie bym cię przygwoździł do ziemi i zmusił do udzielenia poprawnej odpowiedzi, ale niestety zobowiązują pewne zasady - i bardzo dobrze. Wiedziałam, że tego by chciał i gdybym była tylko bardziej złośliwa niż jestem, albo bylibyśmy nadal przyjaciółmi to pewnie doprowadzałabym do tego. Ale bądźmy uczciwi. Uśmiechnęłam się niewinnie, na usprawiedliwienie przytulając się do jego klatki piersiowej.
- Ale wybaczysz dzieciątku? - uniosłam głowę, złączając usta w jeszcze szerszym uśmiechu. Spuścił wzrok z morskiej głębi oceanu i spojrzał mi w oczy. Z tej pozycji mogłam wyraźnie ujrzeć jego tęczówki spod kosmyków włosów. Przewrócił nimi, unosząc kąciki ust.
- Wybaczę, ale chcę coś w zamian - zamruczał. Tak jak ja poprzednio zagrałam jego rolę, tak teraz on odwdzięczył mi się tym samym. Po chwili obserwowania jego mimiki, albo raczej jej braku, kiwnęłam głową - Porozmawiamy za miesiąc. Chociaż nie... sądzę, że szybciej - wyszczerzył się. Odsunęłam się drobny kawałek od niego.
- W twoich snach - poruszył brwiami na moją odpowiedź.
- Myślę, że mógłbym o tym pośnić. Byłaby miła odmiana - mój uśmiech nieco znikł. Nie chciałam wracać do rozmowy o tym, ale nurtowało mnie to już wcześniej. Tylko zwyczajnie odpuściłam mu wyjaśnień, a sobie pytań.
- Nadal miewasz koszmary? - zapytałam, mając wrażenie, że popsułam tą cudowną aurę. Chłopak zmieszał się, gdybym stała na jego miejscu to pewnie żałowałabym, że zaczęłam, nawet przez przypadek. Podniósł wzrok, zastanawiając się co mi odpowiedzieć - Nie próbuj mnie nie martwić. To przez nie nie możesz spać? - bawiłam się w wielką odbudowę, złotą rączkę, a wiedziałam, że nie mogę tego wszystkiego po prostu naprawić tak od razu. Poza tym, dotarło do mnie przy poprzedniej rozmowie, że on chce to zrobić sam, zmierzyć się, a moja czy kogokolwiek pomoc owszem jest potrzebna, ale nie zdziała tak jak wzięcie sprawy w swoje ręce. Po prostu się bałam o niego i tyle. Bo to kosztowało go dużo siły i jeszcze więcej chęci.
- Nie - przedłużył końcówkę i odgarnął mi włosy z twarzy - To także kwestia przyzwyczajenia. Stałe pięć godzin.
- Tak. A ja mam wrażenie, że na okrągło to powtarzasz - odsunęłam się, unosząc delikatnie kąciki ust - I przydałaby się jeszcze jedna poduszka mistrzu matematyki.
- To nie ja uparłem się na zaniesienie wszystkich rzeczy na raz.
- Co tam mówisz pod nosem? - zignorowałam jego uwagę - Zaraz wracam, idę do domu po wcale nie zgubioną i pozostawioną rzecz - skierowałam się w stronę mieszkania. Weszłam do domu przez drzwi z tyłu, wchodząc kolejno po schodach i znalazłam się w sypialni, sięgając po poduszkę Lewisa. Po prostu ładnie pachniała, a każdy wie, że kobieta działa wszystkimi zmysłami. Miałam już wychodzić, gdy coś całkiem codziennego, ale ciekawego na tę chwilę przyciągnęło moją uwagę. Jednych jedynych spodenek mi nie schował. Od piżamy. Ale miałam z tego satysfakcję. Zobaczymy co powie, gdy postanowię przez cały czas chodzić tylko w nich. Ale na razie, póki dzień nie minął, zostanę w sukience. Niech ma chociaż to z tego całego zakładu. Wróciłam do niego, rzucając poduszkę dalej i usiadłam obok, opierając głowę o jego ramię. Normalnie usiadłabym pomiędzy jego nogami, ale mówi się trudno.
- Nie jest ci zimno? - zapytał.
- Żartujesz? Jest idealnie, tak jak powinno być - odpowiedziałam - Tylko się nie ruszaj - faktycznie siedzł nieruchomo, odwracając co jakiś czas głowę i obejmując nogi rękoma.
- Masz ciężką głowę. Całe ramię mnie boli - mruknął rozbawiony. Parsknęłam pod nosem. Szczerze mówiąc, pytałam siebie kiedy będzie miał mnie dosyć. Potrafiłam być naprawdę upierdliwa i niekiedy też drażniłam innych, może nie do stopnia wytrącenia z równowagi, ale był to fakt potwierdzony - Umilkłaś - zauważył. Cicho westchnęłam i wzruszyłam delikatnie ramieniem.
- Dziwne, prawda? - postarałam się o uśmiech.
- Podejrzany ten ton.
- Oj, nie wyszukuj się we wszystkim drugiego dna - zaśmiałam się - Po prostu powiedzmy, że się wyciszam. Powinieneś się cieszyć - oparłam zadowolona.
- Oczywiście - odpowiedział i na jakiś czas zapadła cisza, przerywana szumem fal oceanu. Czekałam tylko na moment, gdy chęć wejścia do wody przezwycięży siedzenie w ciszy przy mnie. Tak jak sądziłam... - Idę trochę popływać - mruknął. Kiwnęłam głową, zdejmując ją z jego ramienia. Wstał, wyciągając do mnie ręce i również pomagając wstać. Poszłam z nim bliżej wody i puściłam dopiero w pewnej odległości. Uśmiechnął się i ruszył przed siebie. Usiadłam na brzegu, podkulając nogi i obejmując je ramionami, obserwując fale oceanu i Lewisa. Chłopak po chwili zniknął mi z oczu, nurkując pod jedną z nich i już się nie pojawił. Spokojnie Hailey, jest doskonałym nurkiem, co udowodnił nie raz. Uniosłam głowę, rozglądając się po horyzoncie. To nie jest już fajne i ani trochę zabawne. Ja rozumiem wstrzymywanie oddechu, ale ile można... Wstałam, otrzepując sukienkę z tyłu od piachu.
- Lewis? - jakby to coś dało. Po co miałam ukrywać, że się nie zdenerwowałam. Nerwowo się rozejrzałam dookoła. Pamiętaj, oddech. Woda ci nic nie zrobi. To tylko piękny, duży, głęboki ocean, cholera jasna. Zdjęłam sukienkę, zostając w samym bikini i zbliżyłam się do brzegu. Woda musnęła moje stopy, a ja drgnęłam, zaciskając palce w pięść.
- To cię nie zabije. To nie jest straszne - mówiłam pod nosem, wchodząc coraz głębiej - Widzisz... nic ci nie jest... - zaśmiałam się nerwowo. Woda sięgała mi już do bioder, aż do bioder. Wchodziłam szybko, tak jakbym się nigdy nie odważyła, co chwila wypowiadając imię Lewisa. Gdy przyszła większa fala i sięgnęła mi do linii biustu, znieruchomiałam, cała sztywniejąc. Nie wejdę tam, nie ma mowy, nie dam rady, czułam jak do oczu napływają mi z wolna łzy. Zacisnęłam zęby, nie mając odwagi ruszyć się do tyłu, a co dopiero do przodu.
- Lewis... - powiedziałam już ciszej, łamiącym się głosem i w tym samym momencie coś złapało mnie za kolano. Wciągnęłam głośno powietrze do płuc i choć z chęcią bym krzyknęła to z mojego gardła nic się nie wydobyło. Przede mną pojawiła się znajoma sylwetka z wykrzywionymi ustami w uśmiechu. Nie odezwałam się, ze strachem w oczach wpatrując się w Lewisa.
- Weszłaś do wody - był zaskoczony? Bo ja też. Znaczy w tej chwili tego nie czułam.
- Tak! - krzyknęłam, dopiero po pewnym czasie odwracając głowę tak aby łzy same zleciały z moich oczu bez zbędnych świadków. Chciałabym go w tamtym momencie nienawidzić, ale z moich ust wypłynęły całkiem inne słowa - Wystraszyłeś mnie - zdjęłam włosy ze swojej twarzy, zagarniając je do tyłu. Boże, dlaczego ja płaczę?

Lewis?

Kochana administracjo... 2152 słowa