- Nie... - odparłem, a Marie się odwróciła do mnie. - Nie wszystkie kobiety są takimi łakomczuchami jak ty.
- Nienawidzę cię - pacnęła mnie w ramię, robiąc słodziutką minę, a po chwili popchnęła. Zawsze zabawnie marszczyła nos i zaciskała usta, gdy się złościła. To był jeden z powodów, dlatego ją calye czas próbowałem zdenerwować. Zacząłem się śmiać, a oburzana Marie jeszcze bardziej zacisnęła usta, skrzyżowała ramiona i teatralnie odwróciła głowę, w drugą stronę. Kiedy chciałem do niej podejść, gwałtownie zwróciła się ponownie w moim kierunku aby znowu rzucić się do mnie z łapkami, więc ją delikatnie za nie złapałem, obróciłem jak w tańcu, przyciskając po chwili plecami do mojego torsu. Pochyliłem głowę i wtuliłem ją w jej włosy. Kochałem to robić...
A teraz mała retrospekcja. Byliśmy naprawdę szczęśliwą parą. Może trochę zbyt wybuchową i temperamentną, ale nam to nie przeszkadzało. Na początku się nie lubiliśmy. Jako pierwszego poznałem jej ojca, a później dopiero Marie. Odebrałem ją jako rozpieszczoną lalkę, która nie może być sobą, bo nie będzie popularna. Natomiast ona, kiedy usłyszała o moich rodzicach prawnikach, od razu obwołała mnie bogatym chamem bez serca. Przekonałem ją, że nie jest to prawda tym, że się szczerze śmiałem z jej słów. Co mogłem innego zrobić? Odkąd pamiętam śmieszą mnie stereotypy, pomimo że wiem, że to ogromna hipokryzja, ponieważ jak chyba każdy, kieruję się w życiu chociaż kilkoma z nich.
Po jakimś czasie, kilkunastu kłótniach i milionach wiadomości, staliśmy się przyjaciółmi. Wtedy to Marie poznała moją Wielką Czwórkę angielskich świrów, czyli: Lewisa, Zaina, Hailey i Gabriela. Spotkanie z całą resztą nastąpiło dużo później. Z czasem coraz częściej się spotykaliśmy... jakbyśmy wcześniej mogli chociaż dzień bez siebie wytrzymać... a więc, zaczęliśmy spędzać ze sobą całe dnie. Kiedy nagle dziwne myśli zaczęły przychodzić mi do głowy, przyszedł czas mojego wyjazdu do Anglii, który miał trwać kilka dni. Oczywiście postanowiłem wziąć ze sobą Marie. Tam oto, po poznaniu wszystkich świrów, nastąpiła moja impreza urodzinowa, której nie zapomnę do końca życia... bo jak można zapomnieć uczucia przejrzenia na oczy? Środek nocy, bardzo szybko się wszystko rozkręca i nagle mnie coś natknęło, żeby poszukać Marie. To była jedna z najlepszych decyzji w moim życiu, ponieważ zobaczyłem piękność w dość odważnie wyciętej sukience z ciałem Afrodyty i twarzą anioła. Warto nadmienić, że byłem wtedy trzeźwy jak niemowlę. Zobaczyłem kobietę w mojej przyjaciółce i to kobietę, którą chciałem mieć, którą nadal chcę mieć. Kiedy więc Zain i Lewis mnie ogarnęli, opierdolili, że mam z nią wreszcie pogadać, zyskałem serce wybrednej panny Saint, która podobnie jak ja w dziewczynach, przebierała w chłopakach. Byłem właściwie przygotowany na wszystko, na przykład na zdradę, jednak nic takiego nie nastąpiło. Nastał szczęśliwy dla naszej dwójki czas, pełen kłótni, zabawy, nie przespanych nocy, rozkoszy, ucieczek przed światem, a w szczególności policją, jednak przede wszystkim miłości. Nawet z miłości się rozstaliśmy. Marie dostała się do akademii w Anglii, a ja w Sydney. Wiedzieliśmy jak kończą się związki na odległość, więc nie chcąc się ranić zdecydowaliśmy, że się rozstaniemy. Myślałem, że tak skończyła się nasza bajka. Zbieg okoliczności i konieczność powrotu mojej rodziny z Sydney do Leeds, pchnęła mnie całkowicie nieświadomego do tego miejsca, gdzie ponownie ją zobaczyłem i wezbrała we mnie taka złość. Jednak właściwie dlaczego? Dopiero kiedy zaczęliśmy się całować doszło do mnie, dlaczego... bo ona już nie była moja. Bo byłem tylko jej byłym, a ona mogła być szczęśliwa z kimś innym, tak jak wtedy my. Doskonale wiedziałem, że nie przestałem jej kochać i pragnąć, a to niebezpieczne uczucia.
- Puść mnie, idioto! - pora powrócić do rzeczywistości.
- Jesteś słodziutka, jak się złościsz, ślicznotko - wymruczałem jej do ucha.
- Nie obchodzi mnie to mendo jedna, puszczaj!
- Aż ktoś mógłby chcieć cię schrupać - pochyliłam się i delikatnie ugryzłem ją w szyję, aby po chwili pocałować to miejsce.
- Na pewno nie pozwolę, żebyś to był ty! - próbowała się wyrwać, jednak na całe szczęście byłem o wiele silniejszy.
- Nie udawaj Saint, żebyś nie chciała...
- Nie! - puściłem ją, odsunąłem się, ona się odwróciła twarzą do mnie, jednak po sekundzie zawahania cofnęła się o krok.
- Dobrze.
- Dobrze? I ty to mówisz, Loss? - skrzyżowała ręce.
- No przecież najpierw cię nakarmię i dam się wysikać... dopiero później cię zmuszę, do czego tylko będę chciał - wyszczerzyłem się.
- A to czego ja chcę?
- Jestem otwarty na propozycje.
- Jesteś...
- Wiem - przerwałem jej przekręcając oczami. - Chodź, idziemy jeść.
- Co jeść?
- Zachowaj sobie tą dwuznaczność, na podryw. A teraz naprawdę idziemy coś poradzić na twój głodek - wyciągnąłem do niej rękę, a ona splotła nasze dłonie.
- Niech będzie - uśmiechnęła się promiennie, jej oczy się rozjaśniły. Na momencik zerknęła na nasze dłonie, aby zaraz przenieść wzrok na moją twarz. Westchnąłem. I co ja mam z tobą zrobić, kociaku? Ruszyłem do uniwersytetu, pociągając ją za sobą.
Dość szybko przeszliśmy do Akademii, ponieważ średnio co minutę Marie informowała mnie, że musi pójść do łazienki. Kiedy wreszcie weszliśmy do budynku, ruszyła biegiem w kierunku swojego pokoju. Powoli szedłem za nią, gdy zatrzymał mnie wychodzący ze stołówki Lewis.
- Ej Loss! - wydarł się, a ja się odwróciłem do niego. - Przepraszam, za tego świra... powinienem go upilnować.
- Oj spokojnie - zacząłem się śmiać, podchodząc. - Obaj wiemy, jaki jest Malik i wiemy, że chciał dobrze.
- Tylko gorzej u niego z wykonaniem. A co tam u naszej kochanej Marie?
- Ty się nie interesuj - odpowiedział mi tylko szerokim uśmiechem. - Co na obiad?
- Powiem tak... to ja już wolę te cholerne żaby.
- Aż tak źle? - zaśmiałem się.
- Podejrzewam, że podeszwy od butów lepiej smakują. Coś im dziś nie wyszło...
- W takim razie mam interes - odparłem. - Zamów tam gdzie zwykle kurczaka po wietnamsku, tylko wspomnij, że to ma być naprawdę ostre.
- Wiesz, wasze poczucie ostrości jest delikatnie wygórowane... ale dobrze, załatwi się.
- Doskonale i bądź taki kochany, i przetransportuj to do mojego pokoju.
- Ja nie jestem kochany - mruknął.
- Tak, tak ty mój buntowniczku - warknął coś i sobie poszedł. Jeszcze sobie poczekałem, aż wreszcie spacerkiem powróciła do mnie Marie.
- Spotkałem Lewisa.
- I co mówił?
- A Lewis się przejmuje, że wpuścił do nas Zaina.
- Dwa słodziaki, masz niezłą konkurencję - zaśmiała się.
- Uważaj sobie, młoda - odparłem, otwierając przed nią drzwi do stołówki. Weszła do środka niemalże w podskokach, jednak kiedy dostała swoją porcję obiadu, trochę zżedła jej mina. Wpatrując się w swój talerz doszła do stolika i opadła na krzesło. Usiadłem naprzeciwko niej.
- James... ja tego nie dotknę.
- Nie musisz, tylko po łykaj - odparłem.
- To nie jest śmieszne. Jestem głodna, a tego nie będę jeść.
- Przesadzasz - odparłem, jednak mało nie wyplułem kawałka, którego wsadziłem sobie do ust.
- No widzisz!
- Ale co ja ci na to poradzę?
- Na pewno coś poradzisz - sięgnęła do mojej dłoni i palcem wskazującym zaczęła kreślić na niej okręgi.
- Można? - zapytał ktoś i się dosiadł do nas. Marie odruchowo cofnęła rękę.
- A co byś zjadła?
- Cokolwiek, byle dało się to przełknąć - odparła cicho.
- No dobra chodź, zobaczymy co da się zrobić.
Marie?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz