LittleBillie: Co tam? Jak tam?
RedFireflies: Czeka mnie pogadanka z matką. Jest
stresik.
LittleBillie: Uuu, co chłopiec przeskrobał tym
razem?
RedFireflies: Nie posprzątałem pokoju. *szloch chlip
chlip*
LittleBillie: -,-
RedFireflies: Nie no. Idę się pożegnać, ale nawet
żeby powiedzieć krótkie „pa” muszę czekać w kolejce. :)
Nie zdążyłem odczytać następnej wiadomości, bo w
ciszy, którą co jakiś czas przerywał dźwięk wibracji, nagle rozległo się
skrzypienie ciężkich, dębowych drzwi. Prowadziły one do biura mojej matki i
właśnie wychodził przez nie jeden z klientów. Mężczyzna o smukłej, bladej
twarzy i ciemnym płaszczu, mijając mnie posłał mi obojętne spojrzenie.
Wstrzymałem oddech pchając ciężkie drzwi, które jak na swoje gabaryty dzięki
naoliwionym zawiasom chodziły bardzo płynnie. Wkroczyłem dość pewnym krokiem do
biura matki.
Wydawać by się mogło, że ktoś zarządzający tak dużą
firmą non stop siedziałby w jakimś wieżowcu w centrum stolicy i tam spędzał
większą połowę swojego dnia. Nie tyczy się tego mojej matki. Ona przychodzi ze
swoim gabinetem do domu.
- Chciałem się pożegnać. – zacząłem, przerywając
wysokiej brunetce buszowanie w papierach.
Mama podniosła wzrok znad sterty druku i skupiła go
na mnie. Wstała zza dużego biurka i stukając obcasami o marmurową posadzkę
skróciła dystans między nami. Bez obcasów była wyższa ode mnie prawie o głowę,
a co dopiero w wysokich butach.
- Wyciągnij, proszę, ręce z kieszeni. – wykonałem
polecenie, wbijając wymownie wzrok prosto w oczy matki – Jesteś pewien, że
chcesz jechać właśnie tam? Możesz jeszcze zmienić zdanie i…
- Mamo. – westchnąłem, jednak ona dalej kontynuowała
- … Pójść do lepszej uczelni. Może do Oxfordu?
- Nie. Już zdecydowałem. Poza tym, w Morgan poza
nauką mogę również trenować z Kingiem.
O nie. Znowu to spojrzenie jakbym był największą
zakałą rodziny i jako jedyny nie poszedł do Oxfordu czy innego tam Hogwartu dla
największych kujonów. Nie znoszę kiedy tak na mnie patrzy. Czasem mam wrażenie,
że ona naprawdę jest mną zawiedziona…
- No cóż. To twój wybór. – westchnęła, siląc się na
uśmiech
Staliśmy tak kilka piekielnie długich sekund, dopóki
nie przerwał nam kolejny telefon do matki.
- Nie odbierasz? – wskazałem w stronę źródła
dźwięku.
- Chwilę może zaczekać. – po tych słowach przytuliła
mnie jak niegdyś, a zapach jej perfum owionął moją twarz. Ogarnęło mnie lekkie
zaskoczenie i przez pierwszą chwilę wahałem się czy nie odwzajemnić uścisku. W
końcu odważyłem się, a gdy tylko to zrobiłem usłyszałem szept do ucha – Uważaj
na siebie, Ben.
Ta chwila czułości wystarczyła, by poprawić mi humor
na całą podróż do Morgan University. Kiedy wsiadłem do samochodu brata, który
zaparkowany był na parkingu, Philippowi nie uszedł uwadze mój banan na twarzy.
- Co się tak szczerzysz? Mamcia dała całuska na do
widzenia? – zaśmiał się.
- Nah, to jeszcze nie to czego od niej oczekiwałem,
ale… - posłałem mu jeszcze jeden wyszczerz i zapiąłem pas.
Phill przekręcił kluczyk w stacyjce swojego
Porschaka i wyjechał przez metalową bramę rodzinnej posesji. Nie ukrywam, było
mi trochę żal że opuszczam to miejsce, ale na myśl o rozpoczęciu własnego samodzielnego
życia napełniała mnie ogromnym optymizmem. Tęskniłem także za moim rozrabiaką
King Sizem, który od wczoraj powinien być już na miejscu. Zerknąłem jeszcze
przez ramię na tylne siedzenia czy aby na pewno o niczym nie zapomniałem.
- Masz wszystko? Nie będę się dwa razy wracać. –
Phill jakby czytał mi w myślach
- Taa. Pikachu jest, osprzęt Kinga jest, reszta
toreb wala się w bagażniku… Jest git.
Brat skręcił na skrzyżowaniu w lewo i pomknął na
drogę szybkiego ruchu. Jakoś specjalnie daleko nie musieliśmy jechać, bo
wystarczyło tylko trochę okrążyć Londyn. Czekało nas co najwyżej półtorej
godzinki jazdy. Nie wliczając w to korków oczywiście.
- Pozwolisz, że się zdrzemnę. – zapytałem, a raczej
oznajmiłem, układając się w wygodniejszej pozycji na siedzeniu.
~Tak.
– odpowiedział mi skrzekliwy głos papugi z tylnego siedzenia.
Spojrzeliśmy po sobie z bratem i wybuchliśmy
śmiechem. Pikachu zawsze odzywał się w najmniej oczekiwanym momencie.
Kiedy w samochodzie znów zapanowała cisza i pobrzmiewało
w niej tylko radio, przymknąwszy oczy oparłem głowę o szybę samochodu. Chwilę
potem poczułem wibracje przychodzącej wiadomości i niemal natychmiast sięgnąłem
do kieszeni. Na śmierć zapomniałem o Billie.
LittleBillie:
Kolejce? Mam nadzieję, że warto.
LittleBillie:
I jak?
LittleBillie:
Żyjesz jeszcze?
Trzy nieprzeczytane. Szybko wystukałem wiadomość, a
odpowiedź przyszła niemal od razu.
RedFireflies:
Ta. Sorki. Zapomniało mi się o tobie.
LittleBillie:
Pff. Miło.
RedFireflies:
Wiem. ^^ Uciekam na trochu. Odezwę się jak będę na miejscu.
LittleBillie:
Byee.
__Na miejscu__
Widok jaki zastałem wprawił mnie w niemałe
osłupienie. Ogromny budynek uniwersytetu górował nad pozostałymi, a jego styl
architektoniczny nadawał mu nieco archaicznego wyglądu. Nieopodal znajdował się
akademik, w którym to miałem spać. Dalej rozciągały się połacie zielonych
pastwisk, a na nich losowo rozsypane były sylwetki koni. Budynek ze stajniami
również wyglądał całkiem przyzwoicie. Nawet się nie zorientowałem kiedy
otwarłem lekko buzię z zachwytu.
- Ładnie tu. – podsumował Phill, a po chwili
zaoferował się – Pomogę ci z tym wszystkim.
Po wypakowaniu wszystkich gratów z samochodu i
odstawieniu mojej Yamahy pożegnałem się z Philippem. Obyło się bez wylewnych zwrotów
i przeciąganych uścisków. Oboje nie przepadamy za zbytnio okazywanymi uczuciami.
Brunet sprawnie zawrócił na sporym parkingu przed
akademikiem. Podążałem wzrokiem za autem dopóki nie zniknęło mi z oczu. Dopiero
wtedy zdałem sobie sprawę, że ciut za długo tu już sterczałem. Spojrzałem na
zegarek. Było krótko po siedemnastej.
Pomyślałem, że na początek obejrzę sobie stajnie i
spotkam się z King Sizem, który na pewno denerwował się w nowym miejscu
otoczony przez tyle nowych osób. Domyślałem się, że stajenni Morgan mogli mieć
nie małe problemy z przetransportowaniem Kinga z przyczepy do boksu. Gdybym
mógł, sam bym z nim przyjechał i oszczędziłbym całego zachodu, ale potoczyło
się tak a nie inaczej.
Przemierzając korytarz i rozglądając się na
wszystkie strony świata oczywistym było, że nie uniknę czołowego zderzenia z
kimś lub czymś bliżej mi nieokreślonym. Głupotą jest niepatrzenie pod swoje
nogi, ale cóż mogłem poradzić, że dookoła było tyle ciekawszych rzeczy? Tak się
też stało, że na kogoś wpadłem.
Ruthie? :3 Wiem, nic nadzwyczajnego, ale nie jestem
dobra w zaczynaniu opków. xd
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz