niedziela, 7 maja 2017

Od Benjamina do Ruth

Z zamyślenia i bezsensownego gapienia się w swoje własne dłonie wyrwały mnie wibracje telefonu. Wyciągnąłem go prędko z kieszeni, jakbym tylko czekał żeby zająć się czymś ciekawszym niż czekanie aż zakwitnę. Odblokowałem ekran, a na nim wyświetlił mi się chat.
LittleBillie: Co tam? Jak tam?
RedFireflies: Czeka mnie pogadanka z matką. Jest stresik.
LittleBillie: Uuu, co chłopiec przeskrobał tym razem?
RedFireflies: Nie posprzątałem pokoju. *szloch chlip chlip*
LittleBillie: -,-
RedFireflies: Nie no. Idę się pożegnać, ale nawet żeby powiedzieć krótkie „pa” muszę czekać w kolejce. :)
Nie zdążyłem odczytać następnej wiadomości, bo w ciszy, którą co jakiś czas przerywał dźwięk wibracji, nagle rozległo się skrzypienie ciężkich, dębowych drzwi. Prowadziły one do biura mojej matki i właśnie wychodził przez nie jeden z klientów. Mężczyzna o smukłej, bladej twarzy i ciemnym płaszczu, mijając mnie posłał mi obojętne spojrzenie. Wstrzymałem oddech pchając ciężkie drzwi, które jak na swoje gabaryty dzięki naoliwionym zawiasom chodziły bardzo płynnie. Wkroczyłem dość pewnym krokiem do biura matki.
Wydawać by się mogło, że ktoś zarządzający tak dużą firmą non stop siedziałby w jakimś wieżowcu w centrum stolicy i tam spędzał większą połowę swojego dnia. Nie tyczy się tego mojej matki. Ona przychodzi ze swoim gabinetem do domu.
- Chciałem się pożegnać. – zacząłem, przerywając wysokiej brunetce buszowanie w papierach.
Mama podniosła wzrok znad sterty druku i skupiła go na mnie. Wstała zza dużego biurka i stukając obcasami o marmurową posadzkę skróciła dystans między nami. Bez obcasów była wyższa ode mnie prawie o głowę, a co dopiero w wysokich butach.
- Wyciągnij, proszę, ręce z kieszeni. – wykonałem polecenie, wbijając wymownie wzrok prosto w oczy matki – Jesteś pewien, że chcesz jechać właśnie tam? Możesz jeszcze zmienić zdanie i…
- Mamo. – westchnąłem, jednak ona dalej kontynuowała
- … Pójść do lepszej uczelni. Może do Oxfordu?
- Nie. Już zdecydowałem. Poza tym, w Morgan poza nauką mogę również trenować z Kingiem.
O nie. Znowu to spojrzenie jakbym był największą zakałą rodziny i jako jedyny nie poszedł do Oxfordu czy innego tam Hogwartu dla największych kujonów. Nie znoszę kiedy tak na mnie patrzy. Czasem mam wrażenie, że ona naprawdę jest mną zawiedziona…
- No cóż. To twój wybór. – westchnęła, siląc się na uśmiech
Staliśmy tak kilka piekielnie długich sekund, dopóki nie przerwał nam kolejny telefon do matki.
- Nie odbierasz? – wskazałem w stronę źródła dźwięku.
- Chwilę może zaczekać. – po tych słowach przytuliła mnie jak niegdyś, a zapach jej perfum owionął moją twarz. Ogarnęło mnie lekkie zaskoczenie i przez pierwszą chwilę wahałem się czy nie odwzajemnić uścisku. W końcu odważyłem się, a gdy tylko to zrobiłem usłyszałem szept do ucha – Uważaj na siebie, Ben.
Ta chwila czułości wystarczyła, by poprawić mi humor na całą podróż do Morgan University. Kiedy wsiadłem do samochodu brata, który zaparkowany był na parkingu, Philippowi nie uszedł uwadze mój banan na twarzy.
- Co się tak szczerzysz? Mamcia dała całuska na do widzenia? – zaśmiał się.
- Nah, to jeszcze nie to czego od niej oczekiwałem, ale… - posłałem mu jeszcze jeden wyszczerz i zapiąłem pas.
Phill przekręcił kluczyk w stacyjce swojego Porschaka i wyjechał przez metalową bramę rodzinnej posesji. Nie ukrywam, było mi trochę żal że opuszczam to miejsce, ale na myśl o rozpoczęciu własnego samodzielnego życia napełniała mnie ogromnym optymizmem. Tęskniłem także za moim rozrabiaką King Sizem, który od wczoraj powinien być już na miejscu. Zerknąłem jeszcze przez ramię na tylne siedzenia czy aby na pewno o niczym nie zapomniałem.
- Masz wszystko? Nie będę się dwa razy wracać. – Phill jakby czytał mi w myślach
- Taa. Pikachu jest, osprzęt Kinga jest, reszta toreb wala się w bagażniku… Jest git.
Brat skręcił na skrzyżowaniu w lewo i pomknął na drogę szybkiego ruchu. Jakoś specjalnie daleko nie musieliśmy jechać, bo wystarczyło tylko trochę okrążyć Londyn. Czekało nas co najwyżej półtorej godzinki jazdy. Nie wliczając w to korków oczywiście.
- Pozwolisz, że się zdrzemnę. – zapytałem, a raczej oznajmiłem, układając się w wygodniejszej pozycji na siedzeniu.
~Tak. – odpowiedział mi skrzekliwy głos papugi z tylnego siedzenia.
Spojrzeliśmy po sobie z bratem i wybuchliśmy śmiechem. Pikachu zawsze odzywał się w najmniej oczekiwanym momencie.
Kiedy w samochodzie znów zapanowała cisza i pobrzmiewało w niej tylko radio, przymknąwszy oczy oparłem głowę o szybę samochodu. Chwilę potem poczułem wibracje przychodzącej wiadomości i niemal natychmiast sięgnąłem do kieszeni. Na śmierć zapomniałem o Billie.
LittleBillie: Kolejce? Mam nadzieję, że warto.
LittleBillie: I jak?
LittleBillie: Żyjesz jeszcze?
Trzy nieprzeczytane. Szybko wystukałem wiadomość, a odpowiedź przyszła niemal od razu.
RedFireflies: Ta. Sorki. Zapomniało mi się o tobie.
LittleBillie: Pff. Miło.
RedFireflies: Wiem. ^^ Uciekam na trochu. Odezwę się jak będę na miejscu.
LittleBillie: Byee.

__Na miejscu__

Widok jaki zastałem wprawił mnie w niemałe osłupienie. Ogromny budynek uniwersytetu górował nad pozostałymi, a jego styl architektoniczny nadawał mu nieco archaicznego wyglądu. Nieopodal znajdował się akademik, w którym to miałem spać. Dalej rozciągały się połacie zielonych pastwisk, a na nich losowo rozsypane były sylwetki koni. Budynek ze stajniami również wyglądał całkiem przyzwoicie. Nawet się nie zorientowałem kiedy otwarłem lekko buzię z zachwytu.
- Ładnie tu. – podsumował Phill, a po chwili zaoferował się – Pomogę ci z tym wszystkim.
Po wypakowaniu wszystkich gratów z samochodu i odstawieniu mojej Yamahy pożegnałem się z Philippem. Obyło się bez wylewnych zwrotów i przeciąganych uścisków. Oboje nie przepadamy za zbytnio okazywanymi uczuciami.
Brunet sprawnie zawrócił na sporym parkingu przed akademikiem. Podążałem wzrokiem za autem dopóki nie zniknęło mi z oczu. Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, że ciut za długo tu już sterczałem. Spojrzałem na zegarek. Było krótko po siedemnastej.
Pomyślałem, że na początek obejrzę sobie stajnie i spotkam się z King Sizem, który na pewno denerwował się w nowym miejscu otoczony przez tyle nowych osób. Domyślałem się, że stajenni Morgan mogli mieć nie małe problemy z przetransportowaniem Kinga z przyczepy do boksu. Gdybym mógł, sam bym z nim przyjechał i oszczędziłbym całego zachodu, ale potoczyło się tak a nie inaczej.
Przemierzając korytarz i rozglądając się na wszystkie strony świata oczywistym było, że nie uniknę czołowego zderzenia z kimś lub czymś bliżej mi nieokreślonym. Głupotą jest niepatrzenie pod swoje nogi, ale cóż mogłem poradzić, że dookoła było tyle ciekawszych rzeczy? Tak się też stało, że na kogoś wpadłem.

Ruthie? :3 Wiem, nic nadzwyczajnego, ale nie jestem dobra w zaczynaniu opków. xd

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz