środa, 14 lutego 2018

Od Zaina cd. Imanuelle

Tego dnia nawet pogoda miała dobry humor. Znaczy... padał śnieg, owszem. Było zimno, naturalnie. Nie lubię być cały w śniegu, oczywiście. Stanowczo za dużo razy miałem to zimne cholerstwo za koszulką w przeszłości. Ale patrząc jednak na wszystko, to nie było tak źle. Co oczywiście nie oznacza, że zrezygnuję z takiej miłej propozycji poranka. Musiałbym być idiotą żeby to zrobić. Promienie słońca odbijające się od leżącego śniegu, non stop to opadającego na ziemię, wpadały do pokoju, których okna były skierowane idealnie na słońce. Choć wysoko już będące na niebie, nadal dawało wrażenie porannego, nie do końca stabilnego na nieboskłonie, jakby za chwilę miało opaść za ogromne szczyty gór, rozpościerających się za oszkloną ścianą. Do dziś pamiętam jak projektant próbował mi udowodnić, że nie jest ona dobrym pomysłem w takim miejscu, które posiada takie warunki pogodowe jakie posiada. I chodziło zwyczajnie o zimno i nieszczelność szkła wobec mrozu. W pewnym momencie byłem mu zdolny przyznać rację, gdybym wówczas nie przypomniał sobie na czas, że moje racje są święte i cokolwiek postanowiłem, wyjdzie na dobre. Przecież nie miało prawa wyjść na moją niekorzyść. Teraz widzę, że mimo wielu dowodów na to, że jednak nie jestem nieomylny, to teraz mogłem być z siebie dumny, że postawiłem na swoim. Promienie zimowego słońca wesoło tańczyły na jasnych włosach odwróconej dziewczyny z podwiniętymi nogami na sofie, siedzącej obok sterty znalezionych w całym domu poduszek. Matko, to ja tego miałem tu aż tyle? Nie żebym był zdziwiony, zwyczajnie nie przyznaję się do tego, że większość rzeczy w moich mieszkaniach jest mi obca, bo bywam tam rzadko. Jedynie w Kalifornii potrafię rozeznać się we wszystkim.
Mimo wszystkiego, mimo jej cudownego uśmiechu nadającego jej twarzy jeszcze bardziej uroczego wyrazu, ton głosu, który usłyszałem teraz, przyrównując go do poprzedniego tonu, nie brzmiał tak samo. Nie wiem czy dało się określić ułamek sekundy, kiedy przez głowę przebiegło mi zaniepokojenie, ale stwierdziłem, że to nic takiego. Przecież jakby się coś działo, to by mi powiedziała.
- Tak myślałem tylko... - zacząłem, potrząsając głową i odkładając materac na podłogę. Imany podniosła się, układając poduszki według swojego uznania. Mruknęła cicho pod nosem na znak, że mam kontynuować - Skoro będziemy nic nie robić cały dzień... zastanawiałem się tak po prostu... czysto teoretycznie - wzruszyłem ramionami obojętnie, choć nie patrząc na nią, widziałem jak unosi spojrzenie i uśmiecha się delikatnie. Może podejrzliwie, może z nutką rozbawienia, ale uśmiecha - Zastanawiałem się, czy nie skorzystać z takiej pogody po południu, zanim zapadnie zmrok.
- Ktoś tu się boi, że nie wytrzyma siedzenia w jednym miejscu? - uniosła brew, uprzednio układając się wygodnie na materacu.
- Nie studiuj mojej psychiki - skrzywiłem się, podając jej leżący na sofie pod stertą poduszek, ciepły kocyk i sam kładąc się obok - Lepiej mi powiedz co chcesz oglądać.
- Coś przyjemnego - odpowiedziała, podkładając sobie poduszkę pod ręce i układając się na brzuchu, prosto do oszklonej ściany.
- Jest dużo przyjemnych filmów. Prócz przesłodzonych komedii romantycznych i tandetnych horrorów z widocznymi efektami specjalnymi.
- Filmy romantyczne czasem muszą być przesłodzone, bo inaczej nie byłyby przypisane do faktycznego gatunku filmowego.
- Mimo wszystkiego... nigdy nie słyszałem żeby spotkać drugą połówkę w windzie i zakochać się od pierwszego wejrzenia. Każdy potrzebuje chwili oswojenia.
- I właśnie na tym polega komedia romantyczna, żeby pokazać w niej miłość niemożliwą.
- To okłamywanie ludzi wrażliwych na znalezienie drugiej połówki.
- Nie dojdziemy do kompromisu?
- Dlaczego? Dojdziemy - oddałem jej laptopa - Wybierz, a ja się dostosuję i postaram nie narzekać na to jaki on jest - zachichotała.
- A może wybiorę jakiś, który ci się spodoba?
- Zobaczymy.
Po filmie, rozciągnąłem się, patrząc na godzinę i zarazem zerkając na zewnątrz. Śnieg przestał padać, a chmury, które jeszcze rano, gdy wychodziłem, zakrywały całkowicie słońce lub starały się to zrobić, gdy wszystko układaliśmy, teraz częściowo poznikały.
- To co, leń opanowany? - uśmiechnąłem się, patrząc na opatuloną kocem dziewczynę.
- Może troszkę - wzruszyła ramionami i wychyliła się nieco spod ciepłego materiału.
- Proponuję wyjść na zewnątrz - delikatnie się skrzywiła. Przewróciłem się na bok, kładąc głowę tuż przed nią - Chcesz przeleżeć tak cały dzień?
- Jest mi ciepło... i przyjemnie...
- Zabiorę cię na narty - zamilkła, wpatrując się uważnie - A potem na ciepły obiad do miasteczka. Wykwintnych restauracji może tu nie ma, ale jakaś przyjemna knajpka w górskim stylu się znajdzie z całkiem dobrym jedzeniem - z każdym słowem jej uśmiech się poszerzał - A potem wrócimy do domu i też możemy coś porobić - poruszyłem brwiami. Zaśmiała się i podnosząc się, usiadła na materacu.
- Żeby nie było... narty i obiad mnie skusiły - wstałem, kiwając głową.
- Oczywiście.
~*~
Schodziliśmy ze stoku, dyskutując na temat wiążący się z nartami. Wywiązała się całkiem ciekawa rozmowa, dopóki nasze zdania nie były inne, zaczęły się różnić i kiedy to dziewczyna, mimo wszystkiego, postanowiła mi udowodnić swoją rację w nietypowy dla niej sposób.
- Patrz! - krzyknęła, a ja odwróciłem się w kierunku wskazywanym przez jej dłoń, po chwili znajdując się cały na i w śniegu. Zachichotała cicho pod nosem, pochylając się ostrożnie nade mną. Prychnąłem pod nosem, siadając i podbierając się rękoma o zimne podłoże.
- Bardzo śmieszne - mruknąłem, podnosząc się ze śniegu. Przewracać się jak to z przewracaniem bywa, ale połamany do akademii wrócić nie mogę. I na chwilę obecną zapomnieć o tym. Potargałem dłonią włosy, pozbywając się z nich śniegu i z powrotem ułożyłem, zerkając spod zmrużonych oczu na ukrywającą uśmiech dziewczynę - Nie widzę w tym nic śmiesznego - Imany przechyliła głowę, opierając dłonie na biodrach i uniosła wyniośle podbródek do góry.
- Zaczekaj, jak to powiedziałeś? Jeśli chcesz, to wszystko potrafisz? Czy jakoś inaczej... nie pamiętam - odparła smutno i po chwili zaczęła się śmiać.
- Potrafię jeździć na nartach - oburzyłem się.
- Nie zaprzeczam - pokręciła głową, zmieniając ton na o wiele bardziej poważny. Jej uśmiech na moment znikł, by z powrotem zagościć przy następnym, wypowiadanym zdaniu - Przewracać też się całkiem dobrze potrafisz.
- Wiem - posłałem jej zalotny uśmiech - Opanowałem technikę najbardziej seksownego upadania na ziemię, że nikt nie jest w stanie oprzeć się temu uroczemu obrazowi. A ty jesteś zbyt pewna siebie.
- Cecha, którą jako Imanuelle Hale powinnam posiadać - odparła, unosząc wysoko głowę do góry. Skoczyłem, sięgając gałęzi drzewa, na której trzymał się śnieg, który pod wpływem ruchu spadł na jasne włosy Imany. Momentalnie się zatrzymała, otwierając usta i chowając głowę w ramionach. Zaśmiałem się, podchodząc do niej bliżej i zatrzymując się przed nią.
- Zimno? - uniosłem brwi, czekając aż i ona spojrzy w moje oczy.
- Domyśl się, albo nie... powiedz mi lepiej, jaki cel zamierzałeś osiągnąć, myśląc, że to będzie wspaniały pomysł? - po chwili dopiero się rozluźniła z nadal charakterystycznym skrzywieniem na twarzy.
- Ostudziłem twoją pewność siebie - odpowiedziałem pewnie, dumnie unosząc głowę do góry. Dziewczyna zmrużyła oczy, ale nic nie odpowiedziała. Byłem pewny, że albo teraz odejdzie z wyrzutem, albo powie, że nic się nie stało, jak większość
Właściwie, będąc całkowicie szczerym, nie spodziewałem się takiego obrotu spraw, a tym bardziej takiego zachowania ze strony Imany. Zdziwiła mnie samym tym, że pomyślała o odpłaceniu mi tym samym, utwierdzając tylko w tym jeszcze bardziej, gdy pochyliła się i ulepiła w rękach śnieżkę. Imanuelle Hale - poukładana, porządna bratanica, nazywana też hrabianką, nagle nie jest taka grzeczna za jaką uchodzi. Mało tego, stara się wyrównać rachunki ze śniegiem ze mną. Ze MNĄ.
- Co ty robisz? - zmarszczyłem brwi, odsuwając się na dwa kroki do tyłu. Jej urzekający uśmiech nadal był tak samo urzekający, może nawet bardziej niż zwykle, bo zakrywał prawdziwe intencje, których łatwo się domyślić.
- Absolutnie nic - pokręciła głową, niewinnie spuszczając głowę i przejeżdżając dłonią po białej, zlepionej powierzchni śniegu.
- Ej... - zaśmiałem się nerwowo, chcąc odwzajemnić nieznaczny uśmiech towarzyszki - Odłóż natychmiast tę śnieżkę, którą trzymasz w ręku, bo to się może skończyć nieprzyjemnie.
- Ale ja w ręku nic nie mam - wyciągnęła dłonie przed siebie i podeszła parę kroków w moją stronę - To honor każe ci nie uciekać, czy męska duma?
- Grasz na uczuciach, a tak nie przystoi - wykorzystując chwilę mojej nieuwagi, rzuciła śnieżką w moją stronę, która na całe szczęście trafiła tylko w ramię, a które się złapałem z oburzonym wyrazem twarzy - Celowałaś ewidentnie wyżej!
- Nieprawda - zaprzeczyła, sięgając znowu po śnieg.
- Prawda - tym razem jednak podszedłem bliżej, a to ona się cofnęła z uśmiechem, zaraz jednak przyjmując bojową pozycję
- Wiem, że się nie odważysz oddać, bo obydwoje zdajemy sobie sprawę, że zasłużyłeś.
- Słucham? - zapytałem zdziwiony - Ja zasłużyłem? A kto przed chwilą planował zamach na moje bezcenne życie?
- A kto zrzucił na mnie śnieg pierwszy?
- Bezczelne drzewo - warknąłem, przerywając Imany, która zwiesiła głowę, ukrywając uśmiech.
- Drzewo było narzędziem... - zanim jednak zdążyła odpowiedzieć, złapałem za jej materiał kurtki i pociągnąłem w swoją stronę, zwinnie obracając. Oparła się plecami o mnie, chwyciłem jej nadgarstek dłoni, w której trzymała gotową śnieżkę i uśmiechnąłem się zadowolony.
- To mówisz, że zamierzasz być prawnikiem, tak? - zamruczałem, odchylając delikatnie na bok jej kołnierz kurtki wraz z owiniętym wokół szyi szalem.
- Nie - pokręciła głową, początkowo próbując wyrwać trzymany przeze mnie swój nadgarstek - Ja będę prawnikiem. A wtedy to, jaśnie pan sławny piosenkarz nie będzie miał już żadnych szans - uniosła delikatnie kąciki ust.
- Rozumiem - odparłem, wzdychając głęboko - To taka intryga. Próbujesz mnie poznać by potem wszystko wyłożyć i pokazać czarno na białym jak żyję?
- Dokładnie tak - pokiwała głową, przechylając ją nieco w bok - Wyobrażasz sobie, ile bym zarobiła, gdybym powiedziała, że znam każdy, nawet najskrytszy sekret Zaina Malika i mogła się nim podzielić z resztą świata?
- Z pewnością dużo, w końcu świat chciałby się dowiedzieć o mnie jak najwięcej - przyznałem - Ale nie powiesz, bo nie będziesz miała okazji - uniosła brew - Rączki do góry, bo wiem co ty tam trzymasz - powoli uniosła dłonie do góry, po chwili przejeżdżając palcami po moich policzkach i skrzyżowała ręce na karku. Oparła głowę o moje ramię i zamknęła oczy, uśmiechając się nadal uroczo i niewinnie. Objąłem ją w talii, składają pocałunek na jej policzku, a gdy tylko odwróciła bardziej twarz w moją stronę, dosięgnąłem jej ust - Wiesz co zamierzam? - skrzywiła się i pokręciła głową. Jednak i tak znalazła się prosto na śniegu plecami.
- Wiedziałam, że nie wolno ci ufać, zdrajco jeden, uchodźco - zmrużyłem oczy, znajdując się tuż nad nią. Zmierzyła mnie spojrzeniem - Nie lubię cię - warknęła, obejmując rękoma mnie za szyję i przyciągając jeszcze bliżej - Nie znoszę. Nie cierpię...
- Nienawidzisz? - delikatnie uniosłem głowę do góry, oblizując usta i unosząc brew. Wplotła palce w moje włosy, uśmiechnęła się i uniosła do góry.
- Tak. Zdecydowanie - wyszeptała, gdy ponownie złączyłem nasze usta w pocałunku.
- To niedobrze... - zimny powiew wiatru dmuchnął wzburzony, lekki od mrozu śnieg w naszą stronę, oznajmiając delikatnymi szczypnięciami na skórze i zaczerwienionymi policzkami Imany, że pora wracać. Mimowolnie wolałem znaleźć się już w ciepłym domu niż czekać do wieczora na dworze i marznąć - Wracajmy do domu - zarządziłem.
- Komuś zimno?
- Nie zaprzeczaj, że tobie nie - podniosłem się i pomogłem wstać dziewczynie.
- Jeśli ktoś nie zrzuciłby na mnie śniegu i samej mnie na śnieg, to może nie byłoby mi tak zimno - przewróciłem oczami.
- To lepiej nie idź pod gałęziami. Są niezwykle kuszące, a jak tak każda konfrontacja ma się kończyć, to chętnie będę powtarzał.
- Wpadniesz do zaspy, zobaczysz... I to nie ja cię wrzucę.
- Zapamiętam sobie to.
~*~
O tej godzinie miasteczko tonęło w spokoju, jakby drzemało, odpoczywając po południowym gwarze, który wybuchał tu o godzinie w punkt dwunastej, kiedy to najwięcej ludzi przechodzi ulicami sąsiadujących kolorowych budynków. Teraz sen nałożony na niektórych spowodował, że okolica stała się spokojna i cicha, wyjęta z objęcia ramion zgiełku.
Kiedyś dostałem pytanie na jednym z wywiadów jakie okolice wolę. Było to dawno, jeszcze zanim zdążyłem poznać ówczesny świat, który miał się stać dla mnie codziennością, rutyną, gdzieniegdzie przyzwyczajeniem. Wybrałem wtedy miasto, patrząc na korzyści, które niesie za sobą. Wraz z czasem zmieniałem jednak decyzję, krocząc ku drugiej odpowiedzi.
- Jestem zmarznięta - spojrzałem na dziewczynę, trzymającą się nieco za mną, podczas ponownego oglądania kolorowych ścian budynków, tym razem zdecydowanie stojących z dala od centrum.
- Już niedaleko, piękna - chwyciłem jej dłoń i przyciągnąłem do siebie - Docenisz obecność kominka w domu - uśmiechnąłem się.
- Zdecydowanie - potwierdziła, przytulając się do mojej ręki - Ale pomysł z nartami nie był zły, prawda? - nachodzący uśmiech na moją twarz został skutecznie powstrzymany i zastąpiony obojętnym ruchem ramion w górę - Niezwykle źle parodiujesz moje gesty - mruknęła niezadowolona. Zaśmiałem się pod nosem, przejeżdżając kciukiem po delikatnej skórze jej dłoni.
- Przepraszam, ale nie potrafię nadać im takiego samego wyrazu jak ty - mijaliśmy domy pozamykane na cztery spusty i osiedlowe sklepy świecące pustkami, inne wręcz przeciwnie. Nikt tutaj nie odśnieżał podjazdu, nie widząc chyba w tym sensu, nawet psy wydawały się chować w swoich budach. Jedynie raz na jakiś czas przejeżdżał samochód. W tym zawieszeniu było coś wyjątkowego, pustka budowała melancholię otoczoną zimnymi podmuchami wiatru, zmieszaną z bielą zimowego krajobrazu. I właśnie ta melancholia sprawiała, że ogarnęła mnie chęć jak najszybszego wrócenia do ciepłego domu, ale z drugiej strony nie dało się zaprzeczyć, że było to niezwykle przyjemne.
- Skoro na nartach nauczyłeś się, to dlaczego nie lubisz łyżew? - podeszła bliżej.
- To całkowicie co innego. Nie lubię lodu. Zdradliwe cholerstwo.
- A jeździłeś kiedyś?
- Próbowałem, ale nie o lodowisko i same łyżwy chodzi. Jako dzieci, chodziliśmy wraz z siostrą i paroma innymi dzieciakami z osiedla nad jezioro, które co zimę zamarzało. W sumie, to się świetnie tam bawiliśmy, pomijając liczne obicia, gdy któryś z kretesem przegrał walkę z utrzymaniem równowagi na lodzie. Pewnego dnia też poszliśmy. Była odwilż, a jako dziewięcioletnie szczeniaki, raczej nie zdawaliśmy sobie sprawy z zagrożenia jakie to za sobą niosło. No i weszliśmy na lód, który pękł pod nami. Z natury raczej nigdy się niczego nie bałem. Ciemność, potwory pod łóżkiem, starsza siostra, zawsze należałem do odważniejszych, więc mama zwyczajnie musiała mnie porządnie pilnować. Ale wtedy się porządnie przestraszyłem i napędziłem strachu też rodzicom, gdy się dowiedzieli. Dałem radę w jakiś sposób z pomocą innych wyciągnąć się z wody, ale umysł człowieka jest tak niesamowity, że zwykłe wspomnienie potrafi na zawsze zmienić poglądy. A łyżew nie lubię, bo kiedyś się zwyczajnie połamałem przez nie. A brak możliwości ruchowych dla mnie to dramat.

Imanuelle?

wtorek, 13 lutego 2018

Od Kino c.d Emerson

Zastanówcie się dobrze. Zwracam się teraz do tej części mojej publiczności, która nie ukończyła jeszcze edukacji. Czy nie podejrzanie często zdarza się sytuacja, że dziewczyna, którą akurat chcecie poznać, gdy już nadarzy się do tego okazja, przebywa w towarzystwie innej, która niekoniecznie was interesuje? Chciałbym dopowiedzieć, że ta blondynka nie nieinteresowała mnie dlatego, że rzeczywiście była nudna i nieinteresująca; prawdopodobnie znała tę brunetkę o wiele lepiej niż ja, z resztą fakt, że mam rozmawiać z dwoma nieznanymi mi osobami płci przeciwnej a do tego na raz sam w sobie był niezwykle stresujący.
- Dzięki za tamto - brunetka odezwała się do mnie i nagle zdałem sobie sprawę, że cholernie chciałbym znać jej imię. - Ale potrzebuję tych rzeczy w trybie natychmiastowym, bo czeka mnie jeszcze pięć kilometrów do przebiegnięcia. - domyśliłem się już wcześniej, że jest w trakcie biegania. Gdyby była sama, pewnie podwiózłbym ją z powrotem do Uniwersytetu, ale nie chciałem się z tym zdradzać. W ogóle nie rozumiałem powszechnie panującego trendu na bieganie, a szczególnie w dwójkę. Skoro każda z nich miała słuchawki na uszach, z pewnością nie odzywały się do siebie a dochodziła godzina trzynasta, więc po co wyszły we dwójkę?
- Wieczorem prawdopodobnie będę wracać do miasta, może spotkamy się gdzieś po drodze. - zasugerowałem - Ty po zawale, ja głodny. - spojrzałem się na nią, jednocześnie opierając się o maskę mojego samochodu. Blondynka lekko się uśmiechnęła, jednak najwidoczniej zaraz się za to skarciła, chcąc pozostać po stronie swojej znajomej. Szlachetnie.
- Wracamy lasem, więc pewnie byś się zakopał zanim byś w ogóle do mnie dotarł. - odgryzła się, mimowolnie spoglądając na plastikową torbę, którą nieprzerwanie trzymałem w rękach. Mam fanta, z którym przy tego typu rozmowie powinna się liczyć.
- Nie zapominaj, że nadal jestem w posiadaniu - rozchyliłem reklamówkę i sprawdziłem jej zawartość - opakowania gum do żucia, butelki wody i batona zbożowego; fuj, jakie one są nie dobre! - skrzywiłem się, patrząc jej prosto w oczy.
- Skoro i tak nie będziesz miał z tego pożytku, to oddaj. - najwyraźniej zaczynała się irytować moim zachowaniem. Ja od początku musiałem znosić fakt, że nie była sama. Nie widziałem jednak sensu prowadzenia dalszej rozmowy, więc zgodnie z jej prośbą wyjąłem jej produkty z siatki i wręczyłem dziewczynie. Zdziwiła się nieco, ale postanowiłem się szybko ulotnić, więc nie poświęciłem wiele czasu na przyglądanie się jej twarzy.

Trzeci dzień ferii zimowych na Uniwersytecie w Morgan. W mojej głowie nie miało się to równać trzeciemu dniu nic nierobienia dla mojego wałacha. Carsten zdążył się już przyzwyczaić do nowego otoczenia, byłem z nim już także na hali, tak więc nie powinien mieć problemu z treningiem. Okna z mojego pokoju wychodziły na dziedziniec przed akademikiem, tak więc nie był to widok, którego można było pozazdrościć, jednakże nawet gdybym miał przed szybą najbardziej zapierające dech w piersiach obrazy zapewne i tak nie spędzałbym wiele czasu na podziwianiu ich.
Przez to właśnie okno zobaczyłem brunetkę wracającą z biegania razem ze swoją znajomą. Dzisiaj wybrały się niezwykle wcześnie i zacząłem się zastanawiać, co mogło być ku temu powodem. Czy to, co robimy nie jest najbardziej efektywne gdy robimy to regularnie?
Wyszedłem z akademika w ciemnozielonej bluzie, spod której wystawał rozpięty kołnierzyk koszuli, którą miałem na sobie wczoraj, szarych bryczesach, oraz czarnych czapsach i sztybletach. Kurtkę, w której jeżdżę zdążyłem już zostawić w stajni, co nie było najlepszym pomysłem, zważając na cztery kreski, które pokazywały termometry. Wchodząc do stajni udałem się najpierw do siodlarni, w której wisiała rozpiska jazd. Na dzień dzisiejszy była pusta, więc zadowolony, że wszystko idzie po mojej myśli wpisałem siebie i swojego wałacha na godzinę 11.30. Puściłem długopis przymocowany do tablicy cienkim sznurkiem w tym samym momencie słysząc zbliżające się kroki. Nie byłem wcale zdziwiony, gdy przed moimi oczyma ukazała się pamiętna brunetka, jednakże w stroju, który nie wskazywał na to, aby miała w najbliższym czasie wsiadać na koniu.
- Szukałam cię. - gdy to przyznała, na moją twarz wpłynął mimowolny uśmiech. Odpłynął jednak niewiele później.
- Proszę. - wyciągnęła do mnie rękę. Uczciwość zatryumfowała nad chęcią zysku. Co za porządna dziewczyna. Przyjąłem jej zapłatę, chowając drobne w kieszeń spodni.
- Nie miałaś paragonu. - zauważyłem nie spuszczając z niej wzroku. Ja nie pamiętam ile kosztują podstawowe produkty, które zdawało by się, że często nabywam. Ale wiem, że masło drożeje.
- Wysiliłam się i sprawdziłam ceny, jeżeli w akurat w tym sklepie jakoś się różniły, to nie miej do mnie pretensji. - wzruszyła ramionami i odwróciła się z zamiarem odejścia, jednak chwyciłem ją za rękę.
- Niektóre rzeczy można zrekompensować tylko ciężką fizyczną pracą. - uśmiechnąłem się, spuszczając wzrok. Zacząłem się intensywnie i poważnie zastanawiać nad tym, czy nie była to zbyt nachalna propozycja.
- Ale te takie nie są. - stwierdziła, ja jednak wrzuciłem szybko pieniądze z powrotem do kieszeni jej kurtki, nie dając za wygraną.
- Bądź na hali o 12, bez konia. - uśmiechnąłem się, mijając ją i kierując się w stronę boksu. Zdawałem sobie sprawę, że i tak będę musiał tam wrócić po ogłowie i siodło, które wygodniej byłoby wziąć ze sobą teraz, jednak nie chciałem, by brunetka miała w tej sprawie jeszcze cokolwiek do gadania. Nie odwracałem się za siebie, ale w duchu modliłem się o to, aby dziewczyna wyszła, przystając na moją propozycję. Dopiero będąc przy boksie Carstena zorientowałem się, że tak właśnie zrobiła. Bez niej prawdopodobnie byłbym skazany na elementy ujeżdżeniowe, a nie tylko ja, ale także Carsten się z nimi nie lubi.
Przywitałem się z patrzącym na mnie krzywo wałachem. Wyprowadziłem go z boksu, przywiązałem tak, aby nie mógł szarpać głową przy jakiejkolwiek próbie dotknięcia i rozpocząłem czyszczenie.
Brunetka weszła na halę, gdy Carsten wesoło hasał na lonży. Jeśli go mam, zawsze staram się wykorzystać czas przed treningiem na wylonżowanie kobyły, co najzwyczajniej ułatwia mi późniejszą pracę. Nie wiem, jakie wrażenie wywarło na niej zachowanie mojego konia, ale jako że była już obecna przy jego wybrykach zapewne nie była zdziwiona. Nie wchodziła na plac, czekała przy bandzie prawdopodobnie na to, aż się do niej odezwę. Ja jednak byłem zbyt skupiony na galopie Carstena, aby zwrócić uwagę na cokolwiek innego.
Skończyliśmy po niecałych piętnastu minutach. Koń uspokoił się na tyle, abym mógł na niego wsiąść. Wtedy za moimi plecami pojawiła się brunetka.
- Co mam robić? - zapytała, opierając dłonie na biodrach.
- Myślałem, że się domyśliłaś. - mruknąłem odbezpieczając wodze i opuszczając strzemiona. - Tam gdzie są stojaki, za chwilę będą przeszkody. Chciałbym, abyś zmieniała wysokości i poprawiała drągi po zrzutkach. - wsiadłem na konia, który zatańczył w miejscu strzygąc uszami. Skupiał się na wszystkim wokół, tylko nie na mnie.
- Czyli mówisz, że będą zrzutki? - uśmiechnęła się półgębkiem siadając na stołku, który pomógł mi przy wsiadaniu.
- Myślę, że maksymalnie dwie, bo stał dwa dni. - odpowiedziałem podciągając popręg.
Rozstępowałem konia. Rozkłusowałem na kołach po czym przeszedłem do pracy na drągach. Gdy Carsten był w miarę rozluźniony dałem mu sygnał do galopu. Chodził po pierwszym śladzie a ja starałem się, aby się przypadkiem zbytnio nie rozpędził. W nowych miejscach zawsze był gorący. Podczas gdy ja galopowałem, brunetka nadal siedziała na stołku, nie odzywając ani słowem. W istocie nie był to najlepszy czas, aby się odzywać. Zawsze skupiałem się na tym co robię, więc albo bym jej nie usłyszał, albo zwyczajnie zignorował, mając coś ważniejszego do roboty.
Dziewczyna ustawiła kopertę, dwie stacjonaty i okser; na początek o wysokości rozgrzewkowej 90 cm. Miałem zamiar skończyć dzisiaj na 120 cm. Pierwszy parkur poszedł - jak zwykle - z problemami na zakrętach. Choć wydawało mi się, że miałem wałacha na dobrym kontakcie, ledwo się wyrabialiśmy; w efekcie czego przegalopowałem kilka kół, po czym podjąłem się zadania jeszcze raz, tym razem z dwa razy lepszym efektem.
- O dwie dziurki! - krzyknąłem do dziewczyny przechodząc do kłusa. Wypełniła moje polecenie, a ja jeszcze raz mogłem przejechać parkur bez żadnej zrzutki. Carsten latał nad przeszkodami, niektóry wychodziły za daleko, ale wałach za każdym razem ratował mi dupę. Ostatni parkur stał na wysokości 120, przedostatnia przeszkoda 125, zgodnie z moimi przewidywaniami.
Pierwszą przeszkodę skoczyliśmy na spokojnie, problemy zaczęły się po drugiej. Chciałem zrobić skrót już w powietrzu, Carsten zaczął krzyżować, co wybiło mnie z rytmu. Nagle banda zrobiła się niezwykle blisko, koń - równie zdezorientowany, co ja - zrobił szybki zwrot. Wylądowałem na ziemi. Brunetka szybko podbiegła do mnie, lecz uprzedzając jej pytania sam podniosłem się z ziemi i otrzepałem z piasku. Carsten kłusował żwawo wokoło.
- Nic ci nie jest? - zapytała, lustrując mnie od góry do dołu. Pokręciłem głową, biorąc się za złapanie wałacha. Jeździłem na podwójnej wodzy więc martwiłem się, bo mógł łatwo się w nie zaplątać. Koń łatwo dał się złapać. Dziewczyna najwyraźniej zorientowała się, że nic mi się nie stało, więc zamiast się martwić zaczęła żartować.
- Podłoże wygodniejsze niż siodło? - zaśmiała się.
- Żebyś wiedziała. - prychnąłem udając obrażonego. Po chwili na powrót zacząłem kłusować. Skoczyłem po raz ostatni i przeszedłem do stępowania.
- Jaką lubisz czekoladę? - zacząłem, nawiązując do jeździeckiej tradycji.
- Najdroższą w sklepie mieszczuchu! - krzyknęła śmiejąc się. Najwyraźniej sama była przy kasie. Gdyby tak nie było, słowo mieszczuch brzmiało by dla niej obco i nieprzyjemnie, nie używała by go, a przynajmniej nie w stosunku do prawie obcej osoby. To tak samo jak w przypadkach, gdy geje nazywają siebie pedałami.
- Mieszczuchu? - byłem jednak niezwykle ciekawy, skąd ona posiada takie informacje.
- Wychowywałeś się w Londynie, prawda?
- Oh, tak prawda. - odparłem zmieszany, nadal nie poznałem interesujących mnie faktów.
- Wiesz, tutaj plotki się szybko roznoszą. - uśmiechnęła się, opierając brodę na nadgarstku. Poczułem się dziwnie nieswojo. Nie rozmawialiśmy już aż do momentu, w którym zsiadłem z konia.
- Już zdążyliśmy uregulować rachunki, a nie znamy swoich imion. Nie wiem jak ty, ale ja czuję się z tym niekomfortowo. - przyznałem zarzucając derkę polarową na grzbiet wałacha.
- Jesteś mi winny czekoladę. Emerson Kincaid. - kojarzyłem to nazwisko, ale to chyba rozmowa na później.
- Spokojnie, pamiętam. Kang Kino. - przedstawiłem się.
- Tak więc, Kang...
- Ugh, mam na imię Kino. W Korei najpierw podaje się nazwisko, a potem imię. - spuściłem wzrok i denerwując się zacisnąłem pięści a wolną rękę schowałem do kieszeni. Nie lubiłem tłumaczyć tego ludziom.

Emerson?


Od Emerson do Kino

Z plikiem kartek spiętych jedynie kolorowym spinaczem i słuchawkami w uszach ruszyłam w kierunku głównej stajni, gdzie w towarzystwie Sunshine miałam zamiar pouczyć się do zbliżającego się wielkimi krokami sprawdzianu z biologii. Nigdy nie byłam prymusem w przedmiotach ścisłych, chociaż nie miałam też z nimi znacznego problemu. Aczkolwiek powtórzenie przed testem nigdy nikomu na złe nie wyszło. Z rytmiczną piosenką odtwarzaną z ipoda szłam żwirową ścieżką, wtórując cicho pod nosem głosowi Rity Ory. Swoje spojrzenie wbiłam w nagryzmolone notatki, próbując już wtedy zapamiętać część obowiązkowej treści. Jakież było moje zdziwienie, gdy ktoś nagle na mnie wpadł, wytrącając mi jednocześnie większość kartek z rąk.
Zdusiłam okrzyk zaskoczenia, cofając się o krok do tyłu.
Przez dłuższą chwilę jedynie stałam jak słup soli, wpatrując się w plecy jakiegoś ucznia i wierzgającego przed nim nerwowego konia. Dopiero kiedy rozjuszony wierzchowiec porzucił pomysł skakania i prychania, chłopak odwrócił się w moim kierunku.
Z ciekawością lustrowałam wysoką postać Azjaty, szybko obejmując wzrokiem jego bladą twarz o wyraźnych, ostrych rysach i jego ciemne oczy mocno odznaczające się na alabastrowej skórze.
- Przepraszam? - uchyliłam lekko usta, kolejny raz w ciągu tych kilku minut będąc zaskoczoną. Mimo miłego wyglądu, głos Azjaty bardziej przypominał lód aniżeli ciepłe gofry. Chociaż w ciągu swojego niezbyt długiego życia słyszałam bardziej zirytowane tony.
- Nic się nie stało - odpowiedziałam pospiesznie, chcąc jak najszybciej się stamtąd zmyć. Zajęłam się zbieraniem porozrzucanych notatek, które zdążyły już nieznacznie przesiąknąć wilgotnym śniegiem.
Cholera.
Spoglądając ponownie na chłopaka, wmusiłam większość swojej energii w lekki uśmiech.
- Jesteś pewna, że niczego nie zgubiłaś? - kolejna porcja chłodnego tonu i jedynie pozornej troski sprawiła, że coraz bardziej ciągnęło mnie do znalezienia się gdziekolwiek, byle nie tam.
- Nie jestem pewna, ale życie to improwizacja - zażartowałam niepewnie, jednak zaraz przystąpiłam do realizacji swojego planu ucieczki. - Spieszę się.
- Ah, tak, przepraszam - powtórzył przeprosiny, na co zareagowałam jedynie lekkim skinieniem głową. Kiedy znalazłam się poza zasięgiem jego wzroku, przewróciłam oczami, ponownie wkładając słuchawki i zwiększając głośność utworu.

Spięłam włosy w wysoki koński ogon i wygładziłam rozczochraną grzywkę. Coraz częściej zastanawiałam się jak wyglądałabym w jasnych zamiast ciemnoczekoladowych włosach.
- Jayden? - skierowałam swoje pytanie do siedzącej na moim łóżku przyjaciółki, która od rana zajmowała się tworzeniem dla nas nowej playlisty do biegania. Przegryzając wargę stukała w ekran ipoda, wybijając rytm jednej ze słuchanych właśnie piosenek.
- Hm? - podniosła wzrok znad ekranu, uśmiechając się z rozbawieniem na widok mojego niezgrabnego kucyka.
- Jak myślisz, pasowałby mi blond? - zawinęłam na palec wskazujący jeden z dłuższych kosmyków, rozmyślając nad zadanym przez siebie pytaniem.
- Wydaje mi się, że wyglądałabyś super - odpowiedziała po chwili zastanowienia, ale zamiast wrócić po tym do poprzedniej czynności, zaczęła przyglądać się własnej fryzurze. - Co ciekawe ja chciałam zmienić kolor na podobny twojemu i zapuścić grzywkę.
Zaśmiałam się krótko.
- Wymiana?
- Chyba żartujesz - parsknęła. - Najpierw muszę skończyć kreować swój wizerunek w Morgan. Na razie znam tylko waszą paczkę, to zdecydowanie za mało osób na zmianę.

W przerwie między bieganiem wpadłam prędko do sklepu, by kupić nam coś do przegryzienia i do picia. Mimo iż na zewnątrz nie było zbyt ciepło po wstępnej przebieżce dopadło mnie straszne pragnienie. Jayden poprosiła jedynie o gumę do żucia. Wybrane produkty ułożyłam na ladzie, uśmiechając się życzliwie do sprzedawczyni i zaczynając grzebać w kieszeniach w poszukiwaniu drobniaków.
Od czynności tej oderwał mnie znajomy głos.
- Proszę policzyć razem i doliczyć siatkę - Azjata zwrócił się do kasjerki, wywołując zarówno u mnie, jak i u niej zaskoczenie. Człowiek-niespodzianka.
Kiedy na mnie spojrzał, zdobyłam się na lekki uśmiech. Ostatnim spośród rzeczy, które chciałam, było robienie awantury w sklepie.
Gdy wyszliśmy na dwór, zapięłam rozpiętą wcześniej do połowy szarą bluzę o skrzyżowałam ramiona na wysokości klatki piersiowej.
- Dzięki za tamto - uprzejmość przede wszystkim. - Ale potrzebuję tych rzeczy w trybie natychmiastowym, bo czeka mnie jeszcze pięć kilometrów do przebiegnięcia - uśmiechnęłam się lekko ironicznie, spoglądając kątem oka na stojącą nieopodal Jayden.

Kino?

niedziela, 11 lutego 2018

Od Zamiry CD Toddiego

- Jak ty w ogóle możesz się pokazywać w stajni, ja bym się za siebie wstydziła - pokręciła głową z dezaprobatą. Westchnęła głośno i podparła się rękami. Plecami oparła się o ściankę boksu, jedną ręką podrapała kary łeb. Zoti radośnie popieściła chrapami dłoń ciemnoskórej. Dziewczyna wciąż nie patrząc na swojego towarzysza położyła otwartą dłoń na białej odmianie, delikatnie pogładziła wałacha i na pięcie odeszła trochę dalej. - Poczekaj tutaj.
Chłopak z chytrym uśmieszkiem skinął głową i usiadł na kwadratowej beli siana. Wziął telefon do ręki i zaczął przeglądać. Zamira biegiem wróciła do akademii. Mijała różne, obce jej osoby, któe nawet nie odwracały wzroku na nią. Jakby jej nie było. Dziewczyna nie przywykła do czegoś takiego. Uwielbiała być w centrum uwagi, a towarzystwo innych zawsze dobrze na nią wpływało. Uwielbiała swoich przyjaciół i serce jej się krajało, kiedy była zmuszona zostawić ich na Kubie. Zobaczy ich radosne uśmiechy dopiero w wakacje, a nawet to nie było pewne. Może już ktoś zastąpił jej miejsce, a dawni kompani zapomnieli o biednej Zamirze, która wolała rozwijać się sportowo na wyspiarskim kraju w Europie. Jeśli tak, zostanie jej jedynie Peq, która na pewno jej nie opuści. Ktoś z akademii na pewno dogada się z Kubanką, może nie teraz, ale na pewno znajdzie kogoś do towarzystwa. Wbiegła po schodach i przebrała się w ocieplane bryczesy, zapięła sztylpy, a na ramiona narzuciła cieplejszą kurtkę. Do ręki chwyciła toczek i jak oparzona wybiegła z pokoju. Sama nie wiedziała czemu się tak śpieszy, może chęć wykazania się przed egoistycznym chłopakiem była silniejsza niż myślała. Prawie zabijając się na schodach wbiegła na jeden z dłuższych korytarzy. Zatrzymała się kilka centymetrów przed drzwiami i jednym pchnięciem otworzyła je. Poprawiła włosy i dumnym krokiem weszła do stajni. Toddy siedział w tym samym miejscu, jakby wcale się nie ruszył. Wzrok miał czujnie wlepiony w telefon i widocznie nie usłyszał jak dziewczyna wparowała butnie do budynku. Zamira stanęła naprzeciwko chłopaka i trzepnęła go po głowie. Brunet lekko zdziwiony spojrzał na stojącą nad nim dziewczynę. Kubanka zmarszczyła brwi i wykrzywiła usta w grymasie.
- Nie patrz tak na mnie. Podnieś swoje cztery litery i na koń. Zobaczymy czy twój brak więzi dorówna mojej. - powiedziała wrogo, przygryzając wargę i uciekając wzrokiem w bok. Kiedy chłopak się na nią patrzył swoimi zachłannymi oczami dziwnie było patrzeć prosto w nie.
- Mogłaś powiedzieć, że chcesz sobie pojeździć zanim wyszłaś, wtedy też bym się przebrał - chłopak nie był ani trochę zdenerwowany, za to ciemnoskóra kipiała złością już parę minut.
- To już twoja sprawa - powiedziała już mniej pewnie i dobitnie. Przypominało to bardziej pomrukiwanie pod nosem. Toddy wstał i chciał ruszyć w stronę siodlarni. Zamira złapała go za rękaw, a zaskoczony brunet wlepił w nią brązowe oczy. - Co najwyżej kantar, żadnego siodła.

< Toddy?>

P.S. dajcie do relacji to zdanie "Jak na razie tylko Toddy z nią wytrzymuje"

sobota, 10 lutego 2018

Od Kino

Lubię mieć pod nogami twardy grunt. Kłóci się to z "carpe diem", choć całkiem lubię okres odrodzenia. A jeśli twardy grunt to zbyt wiele i akurat nie mogę oczekiwać tego od sytuacji, w której się znajduję, lubię przyjeżdżać do nowej szkoły podczas ferii, aby mieć dwa tygodnie na rozeznanie się z otoczeniem, co prawdopodobnie pozwoli mi uniknąć ewentualnie wpadki już po rozpoczęciu regularnej nauki. Lubię też organizować sobie czas, jednak kiedy przez całe życie wstajesz o godzinie szóstej rano, właśnie z powodu placówek edukacyjnych, w dni wolne, takie jak dzień dzisiejszy lubisz sobie pospać. Dźwięki dobywające się z telefonu usłyszałem w punkt o godzinie dziewiątej rano. Po wyłączeniu ich podjąłem jednak decyzje, aby zostać w łóżku. Przewracałem się jeszcze przez siedem minut. Gdy tylko wstałem, kartony z moimi rzeczami, które zajmowały niemalże całą przestrzeń pomiędzy łóżkiem, biurkiem, a szafą, prawie uniemożliwiając mi wyjście z pokoju dobitnie przypomniały mi o sobie. Jedyne, co zdążyłem zrobić wczoraj to założenie czarnych poszewek na pościel. Istotnie zaraz po tym postanowiłem je przetestować. W przypływie dobroci serca i uzasadnionych obaw stwierdziłem jednak, że Carsten przez noc zdążył umrzeć ze strachu, dlatego też wyjście z nim gdzieś na kantarze wydało się być odpowiednim pomysłem. Spałem w bluzce z długim rękawem i bokserkach, jednak mając z tyłu głowy fakt, że trwają ferie i zapewne większość stałych mieszkańców akademika wyjechała, w takim stroju wybrałem się do łazienki z całą kosmetyczką i ręcznikiem w ręce. Dotarłem tam bez ekscesów, nie musząc zamieniać z nikim słowa. W samym pomieszczeniu również było pusto. Umyłem twarz, następnie nakładając na nią kilka produktów pielęgnacyjnych, z makijażem dałem sobie spokój stwierdzając, że moja skóra jest obecnie w całkiem dobrej kondycji. Cały rytuał zwieńczyłem wyszorowaniem zębów. Wracając do pokoju, ku mojej uldze, również nie zastałem nikogo na swojej drodze. Gdy tylko wszedłem, rzuciłem to, co miałem w rękach na łóżko, tylko dlatego, że przeznaczenie mu temu konkretnego miejsca odłożyłem na nieco później. Lubię, gdy rzeczy mają swoje miejsce. Mimo, że jest ich dużo, to całkiem łatwo odróżnić bałagan od dużej ilości przeróżnych rzeczy zostawionej na swoim miejscu. Nawet, jeżeli tym miejscem będzie środek biurka. Mój krótki pobyt na korytarzy odznaczył się na moim ciele gęsią skórką. Dopiero gdy wróciłem do pokoju, mój telefon uświadomił mnie, że na zewnątrz panuje nienajprzyjniemniejsze pięć stopni. Bez zastanowienia wybrałem więc dość dużo części garderoby, tworząc warstwowy ubiór. Oczywiście wyrzuciłem przy tym kilka innych rzeczy, które niezłożone po chwili na powrót wylądowały w kartonach. Z pokoju wychodziłem o godzinie 9.46, ubrany w czerwony półgolf, czarną bluzę z kapturem, puchową kurtkę typu bomber o takiej samej barwie oraz bryczesy, podkolanówki i sztyblety również w kolorze czarnym.
Bogu dzięki, że stajnia,w której stał Carsten była nie do przeoczenia, a także znajdowała się w takiej odległości do akademika, że widać ją było zaraz po wyjściu z niego. W stronę tego obiektu zacząłem się więc kierować. Gdy tylko przekroczyłem próg stajni, kopytne ożywiły się słysząc moje kroki. Nie wchodziłem wcześniej do siodlarni wiedząc, że wszystkie rzeczy których użyję znajdują się w torbie na boksie konia. Bo nie wiem czy wiecie, ale rozpakowywanie dobytku tej kobyły sprawiło mi o wiele więcej przyjemności, i straciłem na tym o wiele mniej czasu, niżli bym miał zajmować się swoimi własnym. Carsten zaciekawiony wystawił łeb przez kratę boksu, który znajdował się mniej więcej na środku, po lewej stronie od wejścia. Jednak gdy tylko mnie zauważył, stulił uszy.
- Elo! - krzyknąłem do niego natychmiast. Zawsze mu uświadamiałem, że zdążyłem się już poznać na jego sztuczkach. Podejrzewam, że gdyby ten koń był człowiekiem, uważałbym go za całkiem fajnego gościa. W końcu to musi być bardzo przydatne w życiu, gdy jednym tupnięciem czy wrednym uśmieszkiem potrafisz sprawić, że ludzie się ciebie boją, co jednocześnie wzbudza u nich jakiś rodzaj szacunku.
Wszedłem do boksu. Wałach dał osobie znać słyszalnym zgrzytnięciem zębów, jednak ja w odpowiedzi tylko podrapałem go po kłąbie. Jak w większości moich kurtek, również w tej walały się cukierki dla koni, więc na dzień dobry dałem ich kilka Carstenowi. Do jasnoniebieskiego kantara, który miał na sobie przypiąłem uwiąz, uprzednio sprawdzając, czy derka w której stał po całej nocy nadal była odpowiednio pozapinana. Wyprowadziłem wałacha na korytarz, przywiązując go do kółka znajdującego się na boksie. Cały czas patrzył się na mnie spod byka, raz nawet machnął głową. Nie robiąc sobie z tego nic, rozpiąłem derkę i odkryłem przednią część jego ciała, przechodząc do czyszczenia jej. Po niespełna piętnastu minutach wałach był gotowy do wyjścia.
Znając zachowania Carstena w nowych miejscach przewidywałem, co może się wydarzyć w ciągu najbliższej pół godziny i obawiałem się tego; w końcu nie chciałem, aby ktoś, kto miałby mnie ewentualnie zobaczyć pomyślałby sobie, że przyjechałem tutaj z niewychowanym, młodym ogieraskiem. W ogóle nie chciałem się niczym wyróżniać.
Wyszliśmy ze stajni, jak na razie wszystko szło dobrze. Wałach aż tańczył z podekscytowania, jednak była to najlepsza (najmniej niebezpieczna) ze wszystkich możliwych opcji. Śmieszny był ten koń. Gdy go widziałem w takich sytuacjach, to się zastanawiałem, czy nadal bym go uważał za fajnego gościa. Bo w gruncie rzeczy on tylko zgrywał twardziela, zapominał, że paradując jak uradowane dziecko w każdym nowo poznanym miejscu trochę się zdradza. Ależ on był inteligentny.
Problemy zaczęły się w najgorszym miejscu, w jakim mogłyby się zacząć. Cholera jasna. Przed głównym budynkiem. Nad wejściem umocowane były bowiem flagi Anglii, Wielkiej Brytanii oraz z godłem uniwersytetu. Powiewały dumnie, robiąc przy tym szum. Carsten momentalnie uskoczył w bok, pociągając za sobą moją ręką. Nie byłem zdziwiony jego zachowaniem, mimo wszystko prawie mi się wyśliznął. Trzymałem go teraz obiema rękoma, które jednak po chwili zdawały się być równie bezużyteczne co wszystkie inne możliwe do zastosowania próby powstrzymania konia. Ten bowiem poderwał z ziemi przednie kopyta, próbując dębować.
- Mogłem cię wcześniej wykastrować ty cholero! - zwróciłem się do konia. Modląc się, aby nie przerodziło się to w coś bardziej niebezpiecznego, niż już było odsunąłem się nieco w tył, trzymając uwiąz napięty. Wykonując tę czynność nieszczęśliwie poczułem, że moje plecy się z czymś stykają. Carsten stał czterema kopytami na ziemi, więc wykorzystałem tę chwilę, aby sprawdzić, na co wpadłem. Na kogo. Za sobą ujrzałem nie tylko drobną dziewczynę, ale też przynajmniej dziesięć kolorowych karteczek.
- Przepraszam? - w żadnym wypadku nie chciałem, żeby moje przeprosiny brzmiały w ten sposób. Niezwykle snobistycznie, sam bym się poirytował, gdyby ktoś odpowiedział mi takim tonem, zwłaszcza, że ten incydent był spowodowany tylko z mojej winy. Ja na jej miejscu nie rozmawiałbym ze mną.
- Nic się nie stało. - mruknęła pod nosem. Ku mojemu zdziwieniu, gdy już pozbierała swojej zguby nawet się do mnie uśmiechnęła. Nie był to uśmiech szczerzy. Był ładny, mógłbym się nawet pokusić o stwierdzenie, że był urokliwy, w żadnym razie nie był on szczery. Fajnie, że dziewczyna wiedziała chociaż, na czym może dobrze wyjść.
- Jesteś pewna, że niczego nie zgubiłaś? - nie martwiłem się o jej dobytek, ale nie chciałem, aby miała jakikolwiek pretekst do zaczęcia rozmowy kiedyś w przyszłości.
- Nie jestem pewna, ale życie to improwizacja. Śpieszę się. - to już w ogóle nie było sztuczne. Nawet jeśli fakty wskazywały na coś innego, momentalnie przyjąłem do wiadomości, że ona rzeczywiście musi się na coś śpieszyć i właśnie z tego powodu nie możemy dłużej rozmawiać.
- Ah tak, przepraszam. - moje drugie przeprosiny brzmiały lepiej, ale z ludźmi, którzy przepraszają więcej niż raz też bym na jej miejscu nie rozmawiał. To wkurzające.

Padłem swobodnie na łóżko, wieszając na wieszak jeansową kurtkę - ostatnią z rzeczy, które zostały mi do rozpakowania. Co dłuższy czas łapałem się także na myśleniu o tej dziewczynie z wczoraj - wydawała się być inteligentniejsza, niż myślałem, że jest. Przez chwilę nawet żałowałem, że nie dałem jej jakiegoś pretekstu do ewentualnego późniejszego spotkania. Odpędziłem jednak te myśli, przechodząc do mniej skomplikowanej rzeczy - jedzenia. Oczywiście, nie kwestionowałem tutaj jakości podawanego w barze uniwersyteckim, aczkolwiek, posiadanie własnych zapasów w życiu studenckim było wręcz wskazane. Na podziurawioną białą bluzę narzuciłem więc koszulę w kratkę, której rękawy były czerwone, reszta zaś kremowo-granatowa oraz podszywaną sztucznym "barankiem" sztruksową, czarną kurtkę. Stopy wsunąłem w sztyblety, w których jeżdżę konno i udałem się prosto w stronę parkingu akademickiego, gdzie stało od dwóch dni nie używane volvo. Wyjeżdżając z akademii skierowałem się w stronę Londynu. Co prawda moim początkowym celem był jakiś większy supermarket, aczkolwiek pierwszy przy drodze pojawił się mniejszy sklepik, więc właśnie tam postanowiłem uzupełnić swoje zapasy. Wchodząc usłyszałem dźwięk dzwonka. Uśmiechnąłem się do sprzedawczyni stającej za ladą, dużo starszej ode mnie. Drugą osobą, którą zauważyłem była ta dziewczyna z wczoraj. Widząc ją mimowolnie się podekscytowałem. The fuck? Ona też mnie zauważyła. Nasz wzrok co prawda spotkał się na chwilę, jednak momentalnie wbiłem spojrzenie w ziemie, kalkulując, na ile wystarczy mi to, co już miałem w rękach. Chyba jednak nie chciałem z nią rozmawiać.
Mężczyzna zmiennym jest.
Gdy ja kierowałem się do kasy, ona już tam była. Przyśpieszyłem kroku, kładąc moje produkty na razie zaraz obok jej rzeczy.
- Proszę policzyć razem, i doliczyć siatkę. - uśmiechnąłem się do sprzedawczyni, zaczynając pakować wszystko do rekalmówki, którą mi wcześniej podała. Dziewczyna uśmiechała się jedynie, najwyraźniej nie chcąc wszczynać kłótni. Boże, co ja robię.

Emerson?

Kino Kang i Siec Carsten

[Twarzy użyczył Kang Hyunggu]
Motto: "Wystarczy pleść jakieś głupstwa, których nikt nie może zrozumieć, a ludzie zrobią wszystko, czego od nich zażądasz."
Imię: Kino
Nazwisko: Kang
Płeć: Mężczyzna
Wiek: 27.01.1998 (20 lat)
Pochodzenie: Seoul / Korea Południowa
Pojazd: Volvo V40
Pokój: 4
Grupa: I
Poziom: Średnio zaawansowany
Koń: Siec Carsten
Głos: Kino - Fools
Rodzina: Kang Monsoo - matka chłopaka, pochodząca z dobrego domu. Takiego, w którym nawet relacje osobiste nie są oddawane przypadkowi, a praktyki oddawania dzieci za mąż, choć nie mówi się o tym często i głośno, nie są niczym dziwnym. Serce Monsoo ubiegło jednak jej rodziców i kobieta poznała ojca Kino. Oboje wydawali się być odpowiednimi rodzicami. Kobieta jednak żyła w ciągłym strachu, przed krytycznym spojrzeniem rodziców, które padłoby na jej życie towarzyskie, gdyby się tylko z nim ujawniła. To się jednak nie stało, ale nie dlatego, że bogatym ludziom, którym zależało na tym, aby ich córka wdała się w jakąś bogatą rodzinę nagle przestało na tym zależeć. Kang Monsoo, zakończyła swój związek z biologicznym ojcem Kino, skoro tylko zaszła w ciąże. Oświadczyła, że wyjeżdża do Wielkiej Brytanii, gdzie opinia jej cholernych rodziców nie miałaby dla niej takiego znaczenia. Bo ona, mimo że ich kochała, nie zgadzała się z nimi we wszystkich kwestiach od A do Z. Kobieta była dla Kino bardzo dobrą matką, aczkolwiek odkąd chłopak poszedł do szkoły podstawowej umyślnie nie poświęcała mu więcej uwagi, niż wedle niej potrzebował, co miało go nauczyć samodzielności.
Lee Gangdoo - biologiczny ojciec Kino. Mężczyzna, który od momentu narodzin aż do teraz plasował się w średniej klasie robotniczej. Prowadził aptekę, jednak nie dawała mu ona znacznych zysków. Brak wizytówki i skórzanego portfela automatycznie zdeklasował go w oczach rodziców swojej niedoszłej wybranki, przez co Kino nie miał okazji go poznać.
Lucas Atkinson - mężczyzna za którego wyszła Kang Monsoo. Żebyście teraz nie pomyśleli, że był snobistycznym facetem, który gdy poczuje się samotny płaci pięknym paniom, a wszystkich wokół uważa za chętnych na jego stanowisko. Facet miał dużo nie tylko w portfelu, ale i w głowie. Kino to zauważał i niezwykle mu się to podobało. Nie był on co prawda jego biologicznym ojcem, a między nim a matką chłopaka nie płonął ogień miłości, jednak Kino starał się o tym nie pamiętać. Co prawda rzeczy, o których próbujemy zapomnieć, przychodzą nam na myśl dwa razy częściej, aczkolwiek w tym przypadku, przez inteligentną rozmowę można było ten fakt z łatwością otworzyć na bok. Fajnie jest oglądać filmy, gdzie bogatemu facetowi z nieba spada córka, o której on nigdy w życiu nie słyszał, ona zawsze mówi do niego po imieniu a między innymi tak czy inaczej zawiązują się w końcu relacje, których można pozazdrościć. Kino od początku tak właśnie planował ułożyć sobie życie mieszkając w jednym budynku z partnerem swojej matki. Mężczyzna jednak zbyt dobrze wiedział, że Kino nie pójdzie w jego ślady, żeby uważał, że warto z nim budować jakiekolwiek relacje. Tak więc kończyło się to na temat, wartościowych, jednakże sporadycznych rozmowach.
Relacje: Nowy w akademii
Aparycja: Sto siedemdziesiąt siedem centymetrów chodzącego grzechu, a czego się spodziewaliście? Kino co prawda może nie jest najwyższym człowiekiem chodzącym po szkole, w której się uczy. Nie jest także typem człowieka, który jest zakochany w sobie, właściwie nie uważa siebie (dzięki Bogu!) za jakiegoś specjalnie urodziwego, przez co nie rości sobie także jakichś związanych z tym praw. Fakty jednak mówią same za siebie i owszem. Kino jest dobrze zbudowany. Ma średnio szerokie barki przechodzące w umięśnione przedramiona, smuklejsze ramiona i długie palce; obszerniejszą, dobrze wyrzeźbioną klatkę piersiową, kończącą się mocnymi biodrami rozstawionymi nieco wężej, niż jego ramiona. Te z kolei kończą się nogami, które co prawda, przez jego wzrost nie są najdłuższe, jednak na tyle smukłe, aby nie można było się do nich przyczepić. Ma długą i dość szeroką szyję, jednakże patrząc na niego nie można uznać tego za coś nieproporcjonalnego - wręcz przeciwnie. Kino bardzo ładnie z tą szyją, z którą się urodził. Tę ładną szyję uwieńcza równie ładna buzia, wpisująca się w kształt serca. Ma ostre rysy twarzy, wyraźnie zaznaczone kości policzkowe oraz podbródek. W centralnym punkcie fizjonomii znajdują się duże oczy i zarysie migdałów w kolorze gorzkiej czekolady, które najczęściej pokrywają przezroczyste soczewki. Pomiędzy oczyma jest niski, łagodnie zarysowany nos, a pod nim małe, pełne usta, z górną wargą o bardzo kształtnym łuku kupidyna. Kino nie ma wysokiego czoła, mimo wszystko najczęściej - w całości lub jedynie w jakieś części - jest ono przykryte grzywką. Chłopak albo robi sobie przedziałek bardziej po prawej, albo zostawia włosy swobodnie opadające. Należy również przystanąć na jego skórze, jest ona bynajmniej imponująca, bez ani jednego przebarwienia czy rozszerzonego pora na jej powierzchni. Bo należy również wspomnieć, że Kino także ogarnęła panująca w jego ojczyźnie moda na dokładną pielęgnacje twarzy. W związku z czym posiada nie tylko zawaloną kosmetykami do pielęgnacji szafkę nad zlewem, ale także kosmetyczkę, w której znajdziemy oprócz podstaw, takich jak delikatnie kryjące podkłady czy korektory cienie, głównie w odcieniach brązu i czerwieni, którymi chłopak od czasu do czasu lubi przyprószyć swoje powieki.
Charakter: Pierwsza klasa podstawówki. Ba pierwsza klasa, drugi dzień podstawówki. Wszystkie dzieciaki szczęśliwie wracając do tych ruder, w których mieszkają, trzymając rękę kogoś, kogo znają; nieważne kogo, ważne, że jest to ktoś, z kim czują się na tyle bezpiecznie, aby wrócić z nim do domu. Pośród tego gąszczu stoi także nasza sierota - zapłakany w tamtej chwili Kino. I choć on zawsze myślał (znaczy jedyne co on wtedy robił to bał się i panikował) że jego mamie po prostu coś wypadło, ta sytuacja, która powtórzyła się zarówno dnia następnego, jak i tego po następnym, zdarzała się nie przerwanie przez cały okres jego edukacji. Fakt, że musiał on też sam załatwiać sobie jedzenie po szkole zrobiło z niego strasznie samodzielnego i poradnego dzieciaka. Dzięki temu nie ma oporów, kiedy musi się kogoś zapytać o drogę, czy w sklepie o większy rozmiar czy inną wersję kolorystyczną. Chorobliwie jednak nie lubi wyręczać się ludźmi, więc najpierw przeszuka cały sklep, a dopiero gdy nie znajdzie rzeczy odpowiadającej kryteriom, skłoni się zapytać jedną z ekspedientek. Za fragmentem o samodzielnym załatwianiu jedzenia po szkole mogłoby iść to, że kino wspaniale gotuje, aczkolwiek tak nie jest. Mimo, że ani mama, ani tata nie zostawiali mu w lodówce jedzenia, a na blacie kartki ze słodkim napisem "podgrzej sobie, gdy będziesz głodny", to dzieciak miał wystarczającą ilość pieniędzy, aby codziennie w drodze do domu zajadać się w jednej z londyńskich knajp. Jednakże, będąc zostawionym samemu w jakichkolwiek warunkach, powinien przeżyć.
Kino zwykł cenić sobie inteligentnych towarzyszy rozmowy, jako, że życiu nie spotkał zbyt wielu na swojej drodze. Co nie znaczy z drugiej strony, że stara się bezczelnie pokazać swoją wyższość, gdy przyjdzie mu komunikować się z kimś co najmniej mniej ciekawym i nie znaczy, że Kino uważa, że w ogóle ma w sobie gram wyższości. Od dziecka jednak, kiedy tylko dorósł na tyle, żeby móc spędzać czas z partnerem swojej matki, którego uznawał za człowieka niezwykle kwiecistego, zaczęło zależeć mu na dobrze prowadzonej rozmowie. Zaczął interesować się technikami manipulacji na płaszczyźnie psychologicznej, co oczywiście przyniosło mu masę korzyści, jednak wiedza, którą Kino na ten temat posiadała nigdy nie przyczyniła się do skrzywdzenia nikogo, a przynajmniej nie znacznie. Jego mama albo Lucas, gdy tylko wracali z pracy, zasiadali do biurek w oddzielnych pomieszczeniach i - jakby było im nadal mało - zajmowali się pracą. Tą samą pracą, którą zajmowali się przed chwilą przez pewnie osiem godzin. Kino więc lekcje odrabiał samotnie, co wyrobiło u niego nawyk samowystarczalności także, jeżeli miało by chodzić o późniejszą pracę zawodową. On nie tylko siłą rzeczy pracował w ten sposób, to co robił, czyli w głównej mierze dokładne rozplanowywanie swoich działań pozwalało mu na optymalizację tego co robił i w jaki sposób to robił. Zawsze jednak czuł się niezręcznie, kiedy przychodziło mu pracować w większych niż on sam grupach. Nie lubił nawet par, choć w szkole tak często musiał wykonywać różne projekty w parach. Chociażby głupie spacery w podstawówce. On zawsze lubił, gdy przechodził przez pasy, dotykać stopami jedynie białych pól, lub chodząc po krawężniku jedynie czerwonego bruku. Zwykle jednak smarkacz, który był z nim w parze zupełnie nie rozumiał, o co w tym wszystkim chodzi i łaził strasznie nie w tempie, co Kino cholernie irytowało. Nie lubił także, kiedy ktoś mu w pracy przeszkadzał lub chciał przedwcześnie zobaczyć niegotowe jeszcze rezultaty. Chłopak nie śmiał wchodzić do biur rodziców bez pozwolenia, a co dopiero grzebać w ich papierach, więc od swoich współpracowników, nawet kiedy były nimi jedenastoletnie dzieci oczekiwał tego samego. W jego domu zawsze było spokojnie. Panowała cisza. I nie była to cisza nieprzyjemna, nie była ona także niczym niezmącona; słychać było wyraźnie tętniący życiem Londyn, a w międzyczasie pomiałkiwania Ryszarda - kota, którego rodzina przygarnęła ze schroniska. Kino jednak ubóstwiał tę ciszę, z łatwością wyobrażał sobie, że staje się jej często. Przez to on sam stał się małomówną osobą. W gruncie rzeczy mówił tylko, kiedy to było wymagane albo konieczne lub kiedy uważał, że miał ciekawego rozmówce. Poza tym Kino zawsze zdawało się, że to, co ma mu zaraz wypaść z ust okaże się być rzeczą niekoniecznie taką, którą chciałoby się usłyszeć. Również jego dociekliwość zmuszała go najpierw do szukania odpowiedzi na własną rękę. A zwykł robić to bardzo długo. I rzeczywiście, w większości przypadków jego poszukiwania przynosiły oczekiwany rezultat. Szczególnie nie lubił wypowiadać się w szkole, co - zwracając uwagę na jego dość szeroki zakres wiedzy - okazało się być wielką stratą, patrząc przez pryzmat jego ocen. Zawsze wydawało mu się, że odpowiedź pojawiająca się w głowie jest błędna, i choć pewnie by się tak nie stało, Kino myślał, że przez podanie chociażby jednej takiej błędnej odpowiedzi jego dotychczasowe życie towarzyskie się skończy.
Kang Kino uważa się także za tchórza. Znaczy się, gdy przychodzi co do czego, to potrafi powiedzieć, co ma na myśli, jednak zwykle na tym się kończy. A są sytuacje, kiedy trzeba po prostu dać komuś w mordę. Dajmy na to, że ktoś ukradł mu rękawiczki. Nawet jeśli Kino dowiedziałby się, kto taki ukradł mu rękawiczki i nawet jeśli znalazłby te rękawiczki w rzeczach delikwenta, to zapytałby się "Dlaczego masz u siebie moje rękawiczki?" i słysząc odpowiedź "Nie wiem, smarku" a do tego wiedząc, że ten facet perfidnie ukradł mu jego rękawiczki, nie dałby mu w twarz. Chodź byłaby to istotnie okazja, gdzie takie czyny są konieczne.
Charakter Kino kształtował się także poprzez uprawianie sportu. W jego przypadku były to jeździectwo i taniec nowoczesny. Ale wiecie, w istocie to nie ważne jaki sport byście wybrali, to emocje mu towarzyszące będą podobne. Kino okazał się być człowiekiem niezwykle pokornym, głównie przez jeździectwo, gdyż taniec przychodził mu z wrodzoną wręcz łatwością. Jednakże siedząc na koniu nie zawsze pamiętał, że ma pod sobą żywe zwierzę, a więc w swoich działaniach czasem okazywał się być niecierpliwy. Szczególnie, jeżeli chodzi o skoki. Jeździł w dobrej stajni, tak więc już pierwszego dnia miał okazje zobaczyć pary skaczące treningowo parkury metr pięćdziesiąt. To go niezwykle zachwyciło, a z jego perspektywy wcale nie wyglądało na coś bardzo trudnego. Jak bardzo denerwował się, kiedy nawet siedząc na grzbietach tych samych wierzchowców nie mógł poprawnie dojechać pojedynczych przeszkód. Chłopak nadal tak ma; pieprzy w cholerę wszystko co przychodzi mu robić z większymi trudnościami, jednakże dzięki temu bardziej docenia swoje sukcesy.
Zainteresowania: Pierwszym sportem, jakiego podjął się Kino, był taniec. Zaczął chodzić na zajęcia w wieku lat sześciu, co dało imponujące efekty. Chłopak jest nie tylko doświadczonym tancerzem, ale także - jak się okazuje - ma do tego wrodzony talent. W wachlarzu jego umiejętności znajduje się możliwość najzwyczajniejszego w świecie powtórzenia danych ruchów tanecznych zaraz po zobaczeniu ich po raz pierwszy. Jeśli chodzi o jeździectwo Kino nie miał tyle szczęścia, a na każdy sukces, który do tej pory osiągnął poświęcił długie godziny spędzone na końskim grzbiecie. Próbował także śpiewu, jednak odpuścił zaraz po usłyszeniu swoich pierwszych nagrań stwierdzając, że jego nauka śpiewu byłaby jedynie próbą zakamuflowania paskudztwa, jakim jest jego głos.
Inne:1 | 2 | 3
Steruje: anonim
Inne pupile: Nie posiada

[Autor: Stefano Grasso/LGCT]
Imię: Siec Carsten
Płeć: Wałach
Rasa: Holenderski Koń Gorącokrwisty (KWPN)
Data urodzenia: 12.02.2008 (10 lat)
Charakter: Carsten jest koniem niezwykle cwanym. Podczas czyszczenia, ba - wystarczy tylko przejść koło jego boksu, aby wyszczerzył zęby i położył uszy i nie, jego właściciel nie jest od tej reguły żadnym wyjątkiem. W rzeczywistości nigdy nikogo nie ugryzł, nie mówiąc o kopaniu, jednakże potrafi napędzić niezłego stracha. Jest koniem posiadającym nieskończone pokłady energii. Najlepiej pracuje gdy przed treningiem zostanie wylonżowany, gdy nie ma się jednak na to czasu, należy przy pierwszych galopach być przygotowanym na serie radosnych baranków. Po takich ekscesach Carsten zwykle skupia się na pracy i chodzi równo. Na terenie, do którego nie jest chociaż minimalnie przyzwyczajony jest niezwykle płochliwy. Najbardziej boi się niebieskich płacht, które często używa się do przykrycia na przykład wolno stojącego siana. W tej sytuacji zbawiennym okazuje się być fakt, że koń szybko się aklimatyzuje.
Specjalizacja: Skoki
Umiejętności: Baskil, czyli sposób, w który wałach układa się nad przeszkodą jest niezwykle imponujący - zbliżony wręcz do ideału. Choć nie startuje w potęgach skoku, jego siła także nie pozostawia wiele do życzenia. Carsten jednakże jest koniem bardzo doświadczonym i to jest jego główną zaletą. Potrafi wyliczyć sobie odległości, zawsze galopuje mocnym tempem, ale nigdy się nie nakręca. W powietrzu jest krótko, przez co nigdy nie traci cennych sekund na parkurze. Zna też większość podstaw, jeżeli chodzi o ujeżdżenie, jednak przez jego niewygodny kłus i jeszcze bardziej niewydajny stęp nigdy nie był użytkowany w tej dyscyplinie jeździeckiej. Co innego jeśli chodzi o galop, ten chód u Carstena jest okrągły i równy, jednak to wciąż za mało, jeśli chcemy mówić o dyscyplinie, jaką jest dressage.
Właściciel: Kang Kino 

wtorek, 6 lutego 2018

Od Milesa C.D. Joshuy

Przetarłem dłonią twarz, próbując odpędzić sen, z którego zostałem dopiero co wyrwany.
- Jasne, zejdź gdzieś, to się zamienimy - odparłem, sięgając po chwili do tyłu, bo butelkę z wodą.
- Zaraz powinna być jakaś stacja - powiedział zmęczonym głosem. W sumie to mógł mnie obudzić wcześniej. Jednak z drugiej strony wiedziałem, że po prostu chciał, abym się bardziej wyspał, a za nie nie mógłbym suszyć mu głowy. Niech będzie i stacja. Kupię sobie kawę i będzie dobrze.
- To dobrze, wyglądasz na zmęczonego - odparłem. - Ale wszystko w porządku, tak? - zapytałem upewniając się jak rodzic pytający małe dziecko. Co się ze mną dzieje...
- Jasne, po prostu mam już trochę dosyć prowadzenia - przyznał niezręcznie.
- Nie no spokojnie, rozumiem, bez problemu mogę cię zmienić - odparłem od razu, próbując wyrwać go z tej niezręczności.
- Dziękuję - uśmiechnął się samym kącikiem ust.
- Dom... - mruknąłem. - To makabryczne, że im bliżej jesteśmy, tym ogarnia mnie coraz większy niepokój... Jakby czekało tam na mnie coś,  o czym nie wiem. A przecież wiem o problemach z Ianem, o trudnościach ojca i mamie w szpitalu...
- Twoja mama jest w szpitalu? - zapytał nagle. Ups...
- Nie powiedziałem ci? To przez roztargnienie chyba... W każdym razie jest w nim od dobrego tygodnia, jak nie dłużej. Podejrzewam, że dłużej, tylko ojciec jak już się wygadał, to nie chciał mnie martwić i tak miałem sporo problemów w akademii.
- Ale... nic jej nie jest? Dobra, to było głupie pytanie - dodał po chwili, a ja się zaśmiałem.
- Nie no, nic jej nie jest bardziej, niż dotychczas było. Tak przynajmniej mi mówią... a jak jest naprawdę, zobaczymy. Bo mam nadzieję, że pójdziesz ze mną do niej - odparłem, właściwie to chciałem zapytać, a wszystko ja bardziej stwierdzenie niż prośbę.
- No wiesz Miles, nie jestem w rodzinie, więc nie wiem, czy powinienem - wydukał.
- Ale mógłbyś być - mruknąłem cicho, w szybę przez którą się rozglądałem. Głupi pomysł. Głupia myśl. Właściwie to skąd cholera jasna ona mi się wzięła, co?
- Co mówisz? - zapytał, wzruszyłem ramionami.
- Nic ważnego, tak do siebie mruczę - skłamałem. Nie podobało mi się to, że kłamałem przed nim, jednak chyba nic nie mogłem na to poradzić... Bałem się bardziej otworzyć, stać bardziej normalnym, żeby nie wylać z siebie za dużo. Na szczęście już byliśmy na stacji benzynowej. Kiedy się zatrzymał, rzuciłem od razu - Idę po kawę, idziesz ze mną? - pokiwał głową.
Napój bogów. Bzdury, zwykła kofeina, która powinna już być w tym momencie w tabletkach. Przynajmniej nie parzyłbym sobie języka przez to gorące cholerstwo. Na zewnątrz znowu zawiało tym zimowym chłodem, którego nienawidziłem. Wyrzuciłem papierowy kubek do kosza i wróciłem do Josha, opartego o samochód.
- Nienawidzę wiatru - wzdrygnąłem się od kolejnego podmuchu. Złapał mnie za kawałek rękawa i przyciągnął bliżej.
- Chyba wielu rzeczy nienawidzisz - uśmiechnął się. Zerknąłem wokoło, a po chwili objąłem go w pasie.
- Wielu, ale to uwielbiam... - pocałowałem go, a ciepło rozlało się po moim ciele. Jeszcze chwila i zacznę czuć motyle w brzuchu, kurwa. - A co najlepsze, w pewnym sensie to jest rozgrzewające nawet.
- W pewnym sensie tylko? - uniósł brew.
- No wiesz, mimo wszystko nie wezmę cię tutaj na tym cholernym mrozie - mruknąłem. Przewrócił oczami.
- A ty tylko o jednym - westchnął, kręcąc głową z dezaprobatą.
- Przy takim przystojniaku ciężko myśleć o czymkolwiek innym - zaśmiałem się. - Wiesz... nie wiem co ci się stało, ale coraz bardziej mi się podobasz i mnie intrygujesz - uśmiechnąłem się.
- I wzajemnie.
- Co? Przecież ja jestem prosty jak drut! Jeść, spać, polatać, czasem miło spędzić noc. Proste w obsłudze jak szelki! - mruknąłem.
- Tak, tak... prosty jak szelki - zachichotał, a ja go cmoknąłem. - A to co było?
- To... był... pocałunek - puściłem mu oczko. - Wsiadaj, mamy jeszcze jakieś trzy godziny drogi.
- To rozkaz? - zaśmiał się.
- Mogę cię zawsze wsadzić do samochodu siłą, wiesz?
- Pokaż - zaśmiał się, a ja pokręciłem głową. Po chwili obaj siedzieliśmy w samochodzie. Ja wreszcie za kierownicą.
- No to chcesz dojechać w trzy czy dwie? - zapytałem, a on wzruszył ramionami.
- Jak ci wygodniej - mruknął.
- Lubię szybko jeździć - przyznałem, kiedy wyjeżdżaliśmy ze stacji. - Ale wolałbym, żeby trochę się przespał, więc pojedziemy normalnie... znaczy wolno.
- Nie musisz...
- Ale chcę - przerwałem mu. - Po prostu chcę. Okryj się, rozłóż fotel i śpij.
- Tryb dominatora ci się włączył? - zachichotał, okrywając się kurtką.
- Nie! Tryb niańki. Tryb dominatora posiada inne ciekawe atrakcje, które poznasz w swoim czasie. Na razie jestem dla ciebie i twojego ciałka nadzwyczaj delikatny - odparłem. - Ale koniec tego tematu, bo znowu wyjdę na zboczeńca i nie będę miał nawet jak się od tego zarzutu obronić.
Kiedy dojeżdżaliśmy do Cardiff, dziękowałem Bogu za moją nieocenioną cierpliwość. Toż to coś obok mnie, budziło się do jakieś pół godziny i zaczynało mnie zagadywać, więc musiałem go zmuszać, żeby spał dalej, bo będzie padnięty, a nas czeka pół dnia w moim mieście. Zakładałem, że pół, ponieważ skoro dojedziemy na około ósmą do mnie, to zanim zjemy, odpoczniemy chwilę i takie tam sprawy, to zaraz będzie obiad, a dopiero po nim będziemy mogli pójść do szpitala, czy gdziekolwiek indziej. W każdym razie chciałem przebywać jak najmniej w domu z Ianem. To niebezpieczne bydle mogłoby mnie zdenerwować na tyle, że jeśli na nim nie wyładowałbym się, to zrobiłbym to w jakikolwiek inny sposób na najbliżej osobie. W tym przypadku będzie nią Joshua. Nie pomyślałem nawet o tym, żeby spuścić go z oczu na dłużej niż minutę. Kontakt z moim bratem postanowiłem mu ograniczyć do minimum.
Korki zaczynały się miejscami, im więcej ludzi z tamtych okolic wyjeżdżało do pracy, jednak ogólnie było luźno. Lubiłem taką jazdę po mieście, pomimo nie osiągania jakiś wielkich prędkości. Niestety. Moja dzielnica wyglądała, jakby spała. No może i to była sobota, ale pomińmy ten drobny szczegół. To osiedle zawsze było żywe, a teraz wyglądało jak cmentarz. Głupie skojarzenie. Zatrzymałem się kilka domów ode mnie i delikatnie obudziłem Josha.
- Co się dzieje? Jesteśmy już? - zapytał delikatnie zaspany. Przeczesałem mu włosy palcami, uśmiechając się.
- Prawie. Zatrzymałem się nieco wcześniej, żebyś mógł się ogarnąć i nie wyglądał jak wymemłany przeze mnie - zaśmiałem się.
- O to tak przed tatusiem zachowujemy pozory? - przetarł dłonią twarz.
- No co ty - prychnąłem. - Ojciec ma naturalną skłonność do trafnego oceniania poziomu moich relacji.
- Czyli... zauważy, że... - nie dokończył.
- Że uprawiamy seks? Raczej zauważy. W jakiś tam dobrych gestach, spojrzeniach, bliżej nie wiem jak, ale wiedział zawsze czy wracałem z udanego wieczoru z "koleżanką" czy nieudanego - wzruszyłem ramionami.
- Mówisz o tym w taki... naturalny sposób  - odparł.
- Tak? A tak... no widzisz... tak było. I są rzeczy, o których nie nauczyłem się mówić, więc natura dała mi niejako zastępstwo, nauczyłem się mówić o tych.
- To chyba nie do końca tak działa - odparł marszcząc brwi.
- Może... u mnie podziałało - odpaliłem ponownie silnik. - A pozory zachowujemy przed Ianem.
- Mówisz o nim, jak o jakimś krwiożerczym potworze. Na pewno nie będzie tak źle - zapewnił.
- Mam nadzieję - wziąłem go za dłoń, zanim jeszcze ruszyliśmy. Trwało to może kilkanaście, albo raczej kilka sekund, jednak zrobiło na mnie i chyba na nim też, ogromne wrażenie. Bo sytuacja wygląda tak, że ja nie plątuję palców swojej dłoni, z palcami drugiej osoby. Robiłem tak tylko z jedną. Z nim. A ja zrobiłem to tak bezwiednie, jakby to było coś kompletnie naturalnego. A nie było! Szybko się zrehabilitowałem zabierając rękę na drążek skrzyni biegów, tak żeby nie wyglądało to niezręcznie... Pewnie nie wyszło. Jak zwykle...
Dosłownie po minucie stanęliśmy na podjeździe. Kiwnęliśmy do siebie, a czym wysiedliśmy z auta, zabierając swoje rzeczy. Zanim zdążyłem zapukać do drzwi, otworzył nam mój ojciec. Spojrzał ze zdziwieniem na Joshuę, ale zaraz się uśmiechnął.
- A ja myślałem, że ktoś mi na wjeździe zaparkował - zaczął się śmiać. - Miło was  widzieć chłopcy. Szczególnie ciebie Josh, bo tego z tym jego jęczeniem, dlaczego mu nie powiedzieliśmy, to mam już dosyć.
- Też cię uwielbiam tato - przewróciłem oczami, wzdychając, kiedy Joshua zaczął się śmiać.
- Nie wspomniałeś, że jesteś w takiej desperacji - chichotał. - Dzień dobry panie Young.
- Tato przygarniemy go, prawda? - zapytałem, obejmując Josha ramieniem. - To patrz na niego, on nie ma gdzie iść.
- To...
- Szczera prawda - wyszczerzyłem się.
- Jasne, kłamiesz odkąd zacząłeś mówić - prychnąłem, a ja odsunąłem się od Josha jak poparzony. Po chwili obok ojca ukazał się Ian. Cholerny dryglas, podobny do ojca. Sam jego widok mnie denerwuje.
- Goście? - zagadnął krzywiąc się. Jego głos jeszcze bardziej mnie denerwuje.
- Tak, właściwie jeden. Kolega Milesa, Joshua - przedstawił go, a Josh ku mojemu przerażeniu podał temu chłystkowi rękę. Uścisnął ją niepewnie.
- Kolega? - uniósł brew.
- Tak. KOLEGA. A to mój młodszy brat Ian, jak ci wspominałem - odparłem. - Możemy wejść bo pizg...
- Miles! - ryknął ojciec. Przewróciłem oczami.
- Bo strasznie wieje - poprawiłem się. - Do tego jestem głodny i chcę spać - weszliśmy do środka.
- Tylko gdzie my położymy Josha?
- No a pokój gościnny? - zapytałem.
- Zajmuje go moja dziewczyna - wtrącił Ian.
- Na pewno tam nie śpi, więc połóżmy tam Josha - syknąłem. - A tak próbując nie być wrednym, to Joshua będzie spać u mnie, a ja w salonie. Nie mam z tym problemu, a ty się nie kłóć - wskazałem na chłopaka.

Joshua?


P.S. Pozdrawiam dwóch pozostałych aktywnych członków, kocham was <3

sobota, 3 lutego 2018

Od Imanuelle C.D. Zaina

Obejrzałam się za chłopakiem, kiedy wychodził z kuchni. Starał się, był miły, zabawny, dobry dla mnie. Will też taki był... Tego chyba najbardziej się obawiałam - że Zainowi też to się znudzi, przestanie dbać o takie szczegóły, przestanie dbać o mnie... Naprawdę nie wymagałam wiele od niego wiele. Wydawało mi się przynajmniej, że przepuszczenie mnie w drzwiach, raz na jakiś czas zrobienie mi śniadania, obiadu czy kolacji, raz na ruski rok kupienie kwiatka, szczypta romantyczności i niezapominanie o ważnych dla mnie datach, to nie za dużo... Z drugiej strony już teraz mogłam z czystym sumieniem stwierdzić, że Zain był całkowicie inny niż pozostali moi mężczyzni. Może nie było ich wielu, tym bardziej tak blisko, ponieważ poza nim tylko dwóch, jednak nadal nie czułam się pewnie. W sensie bałam się, że im szybciej dojdzie do czegoś więcej, tym szybciej mnie zostawi. Tak było z tamtymi, a z Zainem... Nie bałam się tego. To nie było w stylu tego wspaniałego chłopaka, a mimo wszystko wolałam się upewnić, poznawać go. Jednak z drugiej strony chciałam mu to wynagrodzić, ponieważ nie dało się niezauważyć, jak pożera mnie wzrokiem, a ja nie chciałam, nie mogłam mu tego dać... Westchnęłam zatapiając widelec w jajku sadzonym i biorąc gryza kanapeczki z jogurtem i szczypiorkiem. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, jaka głodna byłam, a wszystko okazało się wyjątkowo smaczne. Czyżby kolejny ukryty talent pana Malika?
Drygnęłam, kiedy okrył moje ramiona swoją bluzą. Podkreślmy sobie słowo "swoją". Jego perfumy, pomieszane z płynem do płukania, otoczyły mnie, roztaczając całkiem ładny miks tych zapachów. Uśmiechnęłam się i zostawiając wszystko na talerzu, wsunęłam ręce w rękawy i okryłam się materiałem, zasłaniając moje prawie nagie ciało. Brunet ponownie stanął z boku, oparł się o szafki i po prostu patrzył, jak ja kończyłam moje śniadanie. Trochę mnie to peszyło, przez co opuściłam głowę, zatykając opadłe kosmyki za ucho. Nie byłam mimo wszystko przyzwyczajona, do tego, że ktoś patrzył na mnie w taki sposób. W końcu odłożyłam widelec na pusty talerz i dopiero teraz uniosłam głowę, a on nadal na mnie patrzył. Odsunęłam krzesło i podeszłam do Zaina, obejmując go w pasie i opierając podbródek o jego klatkę piersiową.
- Dziękuję - szepnęłam, wywołując uśmiech na jego twarzy. Objął mnie, przyciągając mnie bliżej na tyle, że ponownie uderzyłam swoimi biodrami o jego.
- Proszę bardzo - odparł. - Ale oczekiwałem trochę innej nagrody... Rozumiesz, bardzo ładnie się postarałem i do tego poświęciłem się wychodząc na zewnątrz, narażając swoją cudowną osobę na padający śnieg - przewróciłam niezauważalnie oczami.
- Dostaniesz swoją nagrodę, kiedy już wrócę z łazienki, dobrze? - potargałam ku jego niezadowoleniu, jego włosy. Zrobił smutną minkę, a ja tylko się zaśmiałam, puszczając go. Ruszyłam na górę, gdzie zgarnęłam jakieś luźne ubrania i poszłam pod prysznic. Postarałam się ogarnąć najszybciej jak potrafiłam, myjąc zęby odpisałam na kilkanaście wiadomości od Nastii oraz wujka Petera. Oni mają tak zawsze, gdzie bym nie wyjechała, zasypują mnie milionem wiadomości, czy wszystko w porządku i czy dobrze się bawię. Czasem czuję się przy nich jak dziecko, ale wiedziałam, że to z troski o mnie, więc tego nie komentowałam.
Ponownie znalazłam się w kuchni, jednak nikogo tutaj nie było. Cicho skierowałam się do salonu, gdzie zobaczyłam, jak siedział na sofie, z laptopem na kolanach, coś czytał. Podeszłam do niego od tyłu i zerknęłam. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy, to to, że był to portal plotkarski, co już mi się nie spodobało. Szybko przeleciałam wzrokiem po tekście. Pytania co się stało z niedawną towarzyszką Zaina, jakieś plotki, podejrzenia co do zniknięcia, jakieś tam zdjęcia i inne rzeczy, które w tamtym momencie wydawały mi się ohydne. Sięgnęłam do ekranu i zamknęłam laptopa.
- Widziałaś? - zapytał zmartwiony, nagle uświadomiony, że stałam za nim.
- Widziałam - odparłam, opierając podbródek o jego ramię. - Jednak widzisz... Poznałam cię i to jest zasadnicza różnica. Oni cię oceniają według wzorców, które sami sobie wyobrazili i stwierdzili, że tacy powinni być ludzi sławni, jak ty. Ja poznałam Zaina Malika z Bradford, a nie pana Zain Malika, obrzydliwie bogatego artystę. Ja widzę, że się starasz, jesteś prywatnie miły... jeśli chcesz... kochany i dobry. To nie twoja wina, że ci coś w życiu wyszło i nie wiem nawet jak można to nazwać winą. Więc cokolwiek by pisali, to jestem obok ciebie, wierzę w twoją szczerość i to ja znam prawdę, a nie oni.
- Jesteś niesamowita - pocałował mnie w policzek. Obeszłam sofę, podeszłam do niego, zabrałam laptopa z jego rąk i odłożyłam go na stolik. Siadłam mu na kolanach.
- Bardzo zimno jest na dworze? - zapytałam, patrząc za okno.
- Okropnie... i sypie śnieg do tego - odparł, przysuwając mnie do siebie. Poprawiłam się na jego udach. Moje ręce powędrowały na jego ramiona, skrzyżowałam je za jego szyją.
- Mam więc propozycję... nie wychodźmy dzisiaj na dwór - przytuliłam się do niego. - Tutaj jest mi cieplutko i dobrze... A tam jest zimno i źle i sypie...
- Taki leń kogoś tutaj złapał? - zaśmiał się chłopak, a ja pokiwałam głową. Nie miałam najmniejszej ochoty, żeby wychodzić na to zimno, to takim wieczorze jak wczoraj, po takim miłym obudzeniu i po takim śniadanku. - To co my będziemy cały dzień robić?
- Hmmm... możemy coś obejrzeć, zrobić sobie piknik w salonie, rozłożymy sobie poduszki, żeby było mięciutko, trochę pooglądamy, trochę porobimy co innego... - uśmiechnęłam się, a on zamruczał jak kot.
- A masz bliższe plany na co coś innego? - uniósł brew. Pochwyciłam jego wargi między swoje, łącząc nasze usta w namiętnym pocałunku.
- Może mam - zamruczałam.
- Ty mnie wystawiasz na próbę... - zmrużył oczy. - Przyznaj się, że sprawia ci przyjemność, jak mnie tak męczysz...
- Ale to chyba miłe tortury... Bo miałam nadzieję, że mój dotyk jest miły dla ciebie - mruknęłam cichutko, spuszczając głowę, którą niemal natychmiast uniósł. Ujął mój podbródek w dwa palce i mnie pocałował.
- Jest przyjemny... Aż zbyt przyjemny i sprawia mi to malutki problem, ponieważ muszę utrzymywać moje żądze na smyczy, a nie lubię się ograniczać... Szczególnie w tej sferze.
- Ale za to nagroda będzie lepiej smakować - próbowałam go pocieszyć.
- Jeśli w ogóle doczekam się tej nagrody - mruknął.
- Doczekasz, doczekasz... Po prostu... Postaraj się stanąć w mojej sytuacji. Kobiety nieco inaczej odczuwają takie rzeczy niż mężczyźni, a ja nie jestem przyzwyczajona do... - zakrył mi usta dłonią.
- Ale mi się to podoba. Nie musisz mi tego ponownie wyjaśniać, bo to rozumiem, akceptuję i nawet rozumiem twoje racje - zapewnił.
- No to skoro rozumiesz... To postaram się być delikatną dla twoich żądz - zachichotałam.
- Cóż za wspaniałomyślność - zaśmiał się. - A gdzie chcesz zrobić ten piknik?
- Tam w rogu - wskazałam głową. - Przed tym kawałkiem szklanej ściany. Masz tutaj jakiś materac?
- Coś powinno się znaleźć... ale taki dmuchany, czy taki piankowy?
- Piankowy, tylko gruby musi być - odparłam, zastanawiając się nad tym poważnie.
- Pójdę poszukać, a ty zbierz poduszki z całego domu - pokiwałam głową i zerwałam się z jego kolan, żeby zrobić to, co mówił. Podreptałam na górę, a Zain dosłownie zniknął. Przeszłam po kolei, przez wszystkie pokoje na górze, a później na dole, zbierając tak jak mówił brunet, wszystkie poduszki. Kiedy wróciłam do salonu, jego jeszcze nie było. Usiadłam więc na sofie, obok stosu poduszek i czekałam na niego. Z zamyślenia wyrwał mnie telefon. Dosłownie podskoczyłam, kiedy nagle zaczął dzwonić. Zerknęłam na wyświetlacz. Wujek Peter. Wstałam i odebrałam telefon, kiedy już podeszłam do szklanej ściany.
- Cześć wujku - odparłam radośnie, a on westchnął. - Coś się stało?
~ Tak. Posłuchaj mnie słońce, mamy problem - ponownie westchnął.
- O co chodzi?
~ Całkowicie przypadkowo dowiedziałem się, że prawdopodobnie jadą po ciebie. Oczywiście na razie nie wiedzą gdzie jesteś, ale to i tak nie wróży nic dobrego...
- No dobrze, ale czego oni ode mnie chcą? I kim są? Kto po mnie jedzie? - zaczynałam się porządnie martwić. - Co się dzieje? I dlaczego mówisz to w taki sposób, jakby coś mi groziło?
~ Kochanie... moja kochana bratanico...
- Wujku?
~ Widzisz nie jestem w stanie powiedzieć jaki będzie tego finał... A wszystko napędza twoja babka, a moja wyklęta przeze mnie matka. Twierdzi, że ty możesz otworzyć jakiś sejf, że byłaś oczkiem w głowie Williama, że przygotował ciebie, swoją jedyną córkę, żeby go otworzyć - odparł wściekły. - To jakaś kompletna bzdura jak dla mnie, ale nic nie mogłem jej wytłumaczyć.
- Co mam robić?
~ To, czego cię uczyłem. Zniknij. Nic o tobie właściwie nie widzą, więc nie powinno to być trudne, choć twój chłopak może ci to utrudnić, ale lepiej by było, abyś jednak miała kogoś przy sobie. Jak dowiem się czegoś więcej, będę ci mówił. W każdym razie nie mogą cię zabrać.
- Właściwie dlaczego? - odpowiedziała mi głucha cisza.
~ Bo nie jestem pewny... że oni nie mają racji... a ten sejf może zmienić cały wygląd naszej rodziny, może zmienić wszystko. Zrób to dla ojca, myśl jak Hale - rozłączył się.
- Wszystko w porządku? - usłyszałam za sobą głos Zaina. Powiedzieć mu? Nie powiedzieć? Kłamstwo jest obrzydliwe... Myśl jak Hale...
- W jak najlepszym - odwróciłam się do niego z uśmiechem. - W jak najlepszym.

Zain?

piątek, 2 lutego 2018

Od Isabelle cd. Harry'ego

Coraz bardziej wątpiłam w to, że Nate wymyśli cokolwiek. Uspokajał mnie jednak fakt, że mimo wszystko zapewniłam go o moim bezpieczeństwie, czyli idąc tą samą drogą, on upewnił wszystkich wokół siebie. Mamę, rodzinę, no i Harry'ego. Nie wyobrażam sobie ich przerażenia, a siedzę w tym miejscu już od trzech dni. Czyli dla nich to trzy dni zamartwiania się na śmierć, a dla mnie prawie siedemdziesiąt dwie godziny nic nie robienia. I najchętniej porobiłabym wszystko, ale odkąd udało mi się skontaktować z Nathanielem, Edward był strasznie czujny i mniej ufny co do mnie. Wczorajszy dzień był dziwny. Jak nie wzbudzający we mnie wątpliwości, czy Edward na pewno nie jest w stanie posunąć się do czegoś dalej. Chodził podenerwowany, co chwila sprawdzał okna i natrętnie zadawał to samo pytanie. Do kogo dzwoniłam. Nie powiedziałam mu, za żadne skarby nie zdradziłabym niczego. Miałam też skrytą nadzieję, że jego strach spowoduje, że mnie puści. Ale on nie zamierzał, wręcz wyglądał z każdą godziną na coraz bardziej zdesperowanego. I był strasznie zmienny. Raz czuły i spokojny, momentami miałam wrażenie, że za chwile zacznie płakać, przepraszał za moment, w którym puściły mu nerwy za telefon, który został mi wyrwany z rąk. Ale medal ma dwie strony, a jego ciemniejsza strona to zaprzeczenie skruszonego człowieka. Był obojętny, roztrzęsiony, jakby przed chwilą jego organizm dostał porządnej dawki narkotyku. A ja musiałam przyjmować taktykę by jak najmniej rzucać się w oczy, bo pomimo, że ani razu nic mi nie zrobił i zapewnił to co chwilę, to ja nie wierzyłam mu zbytnio. 
Jednak nie to było najgorsze. Będąc w tym domu, dowiedziałam się niemal wszystkiego o jego rodzinie, choć prosiłam nie raz by mi o nich nie opowiadał. Jednak do niego to nie docierało, tak bardzo za tym tęsknił, że nawet nie słyszał moich słów. Więc jakakolwiek nasza rozmowa sprowadzała się zawsze do wspomnień. Jego wspomnień. Tylko raz spytał mnie o to co się działo u mnie, gdy odszedł, ale skąd ja miałam o tym wiedzieć? Myślał, że wówczas jako niespełna roczna dziewczynka cokolwiek zapamiętam. A potem? Jako pięciolatka, gdy mama nadal borykała się z problemami. Jedno było pewne, żadne z nas nie chciało mieć do czynienia z nim. Ja niestety za późno doceniłam starania mamy o to, teraz jej niezmiernie dziękuję, że chroniła mnie przed takim powaleńcem.
Przewróciłam się na drugi bok, nie mogąc spać już od sporego czasu. A przynajmniej tak mi się wydawało. Nie było tu nawet zegarka by zobaczyć, która godzina. Brak jakiejkolwiek elektroniki. Tylko jeden jedyny telefon Edwarda. Skuliłam się, przytulając jeszcze mocniej koc, którym byłam okryta. Co prawda niewiele on dawał, bo w całym domu było zimno jak cholera, a wszelkie podstawowe rzeczy po dawnym życiu jakby zniknęły. Były tylko meble, dokumenty, stare książki po części powyjmowane, nic konkretnego. Ale dawno mi to zobojętniało. Bawiłam się łańcuszkiem na swojej szyi, który dostałam od Harry'ego na urodziny i próbowałam sobie wyobrazić trzy dni braku jakichkolwiek informacji o mnie. Albo nawet nadmiar bezsensownych info, które nie miały wpływu na nic, jedynie nakręcały wszystko. Nie zdziwiłabym się, przecież w końcu miałam ogólne pojęcie ile ludzi śledzi swoich idoli. I ile śledzi Harry'ego Stylesa.
W końcu wstałam, zabierając ubrania, po raz kolejny nie moje, nieco za duże, ale ważne, że czyste i zeszłam na dół do kuchni. Miałam skrytą nadzieję, że go tam jeszcze nie będzie, ale był i nawet uszykował mi śniadanie. Och, co za miła niespodzianka.

czwartek, 1 lutego 2018

Od Harry'ego cd. Isabelle

Czekałem na Isabelle około godzinę i czekałbym jeszcze dłużej, gdyby nie dopadło mnie ogromne zmęczenie. Nawet nie mam pojęcia, kiedy zasnąłem. Czy coś ciekawego mi się śniło? To zależy według mnie bycie trybutem w Igrzyskach Śmierci jest zajebiście ciekawe, poza faktem, że zginąłem jako pierwszy i to jeszcze przez jakąś głupią, wściekłą wiewiórkę, rzucającą szyszkami na odległość ponad pięciu metrów. Nie wspomnę już o tym, z jaką siłą ciskała we mnie swoją bronią, której chyba nagromadziła sobie całkiem spore zapasy.
Leniwie podniosłem się z łóżka zastanawiając się, dlaczego Isabelle tu nie ma. Pierwsza moja myśl powędrowała w stronę łazienki, jednak jak się okazało, nie było jej tam. Może poszła na stołówkę? Ale tak beze mnie? Albo - co jest najbardziej prawdopodobne - wyszła gdzieś z Charlotte, bo cóż... Niall jest jeszcze większym śpiochem ode mnie, więc mogły razem pójść na przykład na stołówkę lub świetlicę. Nie mając większej chęci na tułanie się po całym akademiku, wziąłem do ręki telefon i wybrałem numer do Isabelle. Przyłożyłem słuchawkę do ucha, a jedyne co usłyszałem, to poczta głosowa. Spróbowałem jeszcze raz, ale bez skutku. Pewnie rozładował jej się telefon. Wyszukałem w kontaktach Nialla, bo niestety nie miałem numeru do Charlotte.
N: Co jest? - mruknął zaspanym głosem, zaraz po pierwszym sygnale.
H: Jest z tobą Charlotte? 
N: Śpi, a co? 
H: Nic, nie ważne. Śpij dalej. - odpowiedziałem i rozłączyłem się. 
Tarzający się po podłodze Brittany wskazywał na to, że raczej nie mogła pójść z nim na spacer. Jedyne, co w tym momencie przychodzi mi do głowy zanim zacznę się naprawdę martwić, to stołówka. Naciągnąłem szybko spodnie, a zaraz potem buty i wyszedłem na korytarz, zapominając nawet o zamknięciu drzwi na klucz. Zszedłem na dól i po drodze na wszelki wypadek zajrzałem jeszcze na świetlicę i salę gimnastyczną, jednak ani tam, ani na stołówce nie zastałem Isabelle.
~~*~~*~~
- Zatrzymaj się - odezwał się Zain, odpinając od razu swój pas. Zjechałem na pobocze, czekając na uzasadnienie jego prośby, a raczej rozkazu. - Ja dalej poprowadzę.
Wysiadł z samochodu i pospiesznym krokiem okrążył go, zatrzymując się przy moich drzwiach. Otworzył je, a ja nie miałem nawet siły, żeby się z nim kłócić, więc posłusznie zająłem miejsce pasażera. 
- Od początku ci mówiłem, że siadanie za kółkiem to zły pomysł - mruknął pod nosem, włączając się do ruchu. 
- Jeżeli coś jej się stało... - zacząłem, jednak szybko mi przerwał.
- Nie zakładaj od razu, że coś się jej stało. 
- A co? Myślisz, że od tak sobie zniknęła? Że jest cała, zdrowa i czuje się świetnie?!
- Uspokój się - westchnął. - Nie mówię, że jest super dobrze, ale nie zakładaj od razu, że jest najgorzej. 
- Zain.. zniknęła dwa dni temu, nie ma od niej żadnego znaku życia. Czemu wtedy z nią nie poszedłem - westchnąłem chowając twarz w dłoniach.
- Nie mogłeś wiedzieć, to nie jest twoja wina.
- A czyja? Gdybym z nią poszedł być może nic by się nie stało. - Nie potrafiłem nie obwiniać siebie za to, co się stało. Dlaczego w ogóle pozwoliłem jej iść samej? Powinienem pójść z nią, albo w ogóle nie pozwolić jej wychodzić. 
- Próbowałeś jeszcze dzwonić? 
- Zgubiła telefon, policja znalazła go gdzieś na parkingu pod akademikiem. 
- Monitoring? 
- Nic na nim nie widać. - Z każdym słowem czułem się coraz bardziej bezsilny. Nie było żadnych faktów, które w jakikolwiek sposób mogłyby naprowadzić nas na choćby najmniejszy trop. Policja niby jej szuka, a nie mają nic, kompletnie nic. Żadnych świadków, nagrań z kamer, telefonu też nie są w stanie namierzyć, bo przecież go zgubiła. Po mojej głowie krążyły jedynie czarne myśli, próbowałem myśleć pozytywnie, wierzyć w to, że zaraz zadzwonią i powiedzą, że znaleźli ją całą i zdrową, ale... nie potrafiłem, chociaż tak bardzo tego pragnąłem. 
- Twój płacz i zamartwianie się, w żaden sposób jej nie pomoże - odezwał się i dopiero w tym momencie zauważyłem, że moje policzki są całe mokre. Przymknąłem oczy, chcąc już być na miejscu i zaraz potem wrócić do akademika z nadzieją, na dobre informacje. 
W Londynie byliśmy idealnie na czas. Zabraliśmy Nathaniela z lotniska i od razu ruszyliśmy w podróż powrotną. Przez całą drogę milczeliśmy, Nate jedynie na początku zapytał, czy wiem coś nowego, a ja... nie wiedziałem kompletnie nic. 
~~*~~*~~
Trzy dni. Trzy pieprzone dni. Dalej brak jakichkolwiek informacji. 
Nie miałem na to siły, czułem jak wszystko zaczyna się walić. Im dłużej żyłem w niewiedzy, tym bardziej obawiałem się tego, że... że mogę jej już więcej nie zobaczyć. Próbowałem nie dopuszczać do siebie tych myśli, jednak one uporczywie do mnie wracały. Spodziewałem się, że dzisiejszy dzień będzie taki sam jak poprzednie i nie wniesie nic nowego, jednak.. myliłem się. Rano wpadł do mojego pokoju Nathaniel, był tak roztrzęsiony, targały nim różne emocje, począwszy na ogromnym zdenerwowaniu, a skończywszy na radości. To, co mi powiedział.. nie wiedziałem, co o tym myśleć. Jaki Benson mógłby mieć cel w porywaniu Isabelle? Fakt, chciał z nią porozmawiać, a ona ciągle skutecznie go spławiała, jednak dlaczego miałby posunąć się aż tak daleko? 
- Wiesz gdzie mogą być? - Spytałem, mając nadzieję, że odpowie mi tak. 
- Nie mam pojęcia, chociaż jest kilka miejsc, które chciałbym sprawdzić. 
- Poinformowałeś już policję?
- Nie, jeżeli nie dowiemy się niczego tam, gdzie chcę pojechać.. powiemy im. 





Isabelle?