Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Isabelle. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Isabelle. Pokaż wszystkie posty

sobota, 25 sierpnia 2018

Odejście

 Żegnamy z dniem dzisiejszym cztery postacie, które wiele przeżyły w tej akademii:
Imanuelle & Zain
Uciekli do Bostonu aby pogrążyć się w pewnym pasji nowym życiu, ważne że są razem i są szczęśliwi. Owocem tego związku stała się trójka dzieci, czego chyba nawet oni sami nigdy się nie spodziewali. Imany została prawnikiem, Zain wciąż robił wspaniałą karierę, aby później samemu stać się producentem muzycznym. Lewis stał się ulubionym wujkiem ich syna, który zawsze podziwiał kilka lat starszego Dylana (syna Lewisa i Hailey), za to Harry uwielbiał ich dwie córeczki (bliźniaczki)... Zamieszkali w Los Angeles, często wracając do Anglii, będąc szczęśliwi.




Isabelle & Harry
Mniej więcej uciekli do buszu w Australii i słuch po nich w Morgan zaginął. Później pojawiła się plotka, że tam zamieszkali. W każdym razie wiedli sobie swoje romantyczne życie, ciągle się kłócąc o liczbę dzieci, ponieważ Issy chciała tylko dwójkę, Harry chciał najwięcej ile się tylko da, jednak liczba ta zatrzymała się na czwórce, po urodzeniu przez Issy chłopca oraz dziewczynki (małej rozpieszczanej przez Harry'ego do granic cierpliwości Isabelle księżniczki), a również niespodziewanej adopcji przez Harry'ego dwójki braci, co nie spodobało się Isabelle, ale nie mogła oprzeć się czarowi swojego męża i dwójki tych aniołków. Oglądali sobie razem kangury nie przejmując się niczym, aby móc spokojnie razem się zestarzeć.


niedziela, 24 czerwca 2018

Od Isabelle cd. Harry'ego

Skrzywiłam się na hałas, który wyrwał mnie ze snu. Miałam wrażenie, że powinnam wstać, ale nie dałam rady nawet poruszyć ręką ponownie, a już nie mówiąc o podnoszeniu się z łóżka. Chciałam położyć się spać, nie zważając na słońce, które musiało już od dawna budzić świat do życia.
Nie mogłam zasnąć tej nocy i choć było mi tak przyjemnie, jak nigdy dotąd, to kręciłam się niesamowicie, co pewnie Harry zauważył. 
- Muszę iść do brata - stęknęłam cicho pod nosem, ale nie byłam w stanie nawet otworzyć oczu. Znów czułam się cała ociężała, tak jakbym nosiła poprzedniego dnia nie wiadomo jak ogromne rzeczy. O próbie podniesienia się nawet nie było mowy, dlatego od razu jak tylko powiedziałam sobie stanowczo, że wstanę, od razu ponownie zasnęłam. Nawet nie starałam się usłyszeć odpowiedzi chłopaka.
~*~
Najpierw usłyszałam głuche uderzenie o szafkę stojącą tuż obok łóżka, a zaraz potem poczułam jak po mojej ręce roznosi się tępy ból. Syknęłam pod nosem, podkurczając ją i masując drugą obolałe miejsce. Głupia szafka. Nie dość, że wyrwała mnie ze snu, to jeszcze go przerwała. Przewróciłam się na drugi bok, zagłębiając twarz w poduszce. Słońce. To znaczy, że jest już jasno. A wnioskując po intensywności przedostającego się przez okno światła, powiedziałabym, że bardzo jasno. Pokój wyglądał całkowicie inaczej niż wieczorem. Nie były to luksusy, ale nie był też najgorszy. Najważniejsze, że zadbany, bo nie wiem co bym zrobiła, uświadamiając sobie rano, gdzie śpię. Pewnie wysprzątałabym tu wszystko przed ostatecznym wyjściem.
Było zadziwiająco cicho. Żadnych warkotów silnika, głosów ludzkich, innych wskazujących na obecność cywilizacji dźwięków. W pokoju tak samo.
Podniosłam się, choć przyszło mi to z trudem. Przetarłam twarz rękoma, zaczesując opadające włosy do tyłu i uderzyłam rękami o pościel. Nadal z lekka nieprzytomnym spojrzeniem rozejrzałam się po pokoju, nie rejestrując żadnej oznaki życia. Byłam tylko ja.
Gdzie podział się Harry?
Odrzuciłam kołdrę na bok i postawiłam bose stopy na zimną podłogę. Przeszłam przez pokój powolnym krokiem, dopiero później zauważając stół, a na nim pozostawione dla mnie śniadanie. Uśmiechnęłam się do siebie. To miłe z jego strony. Kochany jest.
Tuż obok leżały ubrania. Więc pomyślał o wszystkim. W sumie racja, moje wczorajsze nadawały się jedynie do pralki, o ile zaschłą krew można sprać. Zamierzałam wziąć prysznic. Długi i kojący. Taki, który udowodni mi, że prysznice potrafią być jeszcze przyjemne. Ten w domu ojca nie był za ciekawy tylko ze względów, że po prostu należał do Edwarda. Już sam mój pobyt w łazience był dla mnie mało komfortowy, jak zresztą każda chwila w tym domu.
Potrząsnęłam głową, starając się nie myśleć o wszystkim tym co zaszło. Choć trudno było odpędzić mi się od myśli biegnących w stronę mojego brata. Nadal nie wiedziałam co z nim jest. Jeśli dzisiaj pójdę do szpitala, to będę wymagać tego, aby powiedzieli mi w końcu coś konkretnego, a nie, że muszę czekać. Cholera, jestem jego siostrą. W dodatku bliźniaczką. Lekarz powinien akurat mieć pojęcie co teraz przeżywam.
Zabrałam pozostawione rzeczy, przyznając Harry'emu to, że wiedział jakie ubrania przypadną mi do gustu. Trudno się dziwić skoro przez większość swojej kariery ma dobierane ubrania dzięki stylistom. Jakieś pojęcie zawsze jest.
Zamknęłam za sobą drzwi, upewniając się, że klucz działa i drzwi są na pewno zamknięte. Zdjęłam ubrania z siebie i włączyłam wodę zanim jeszcze weszłam pod ciepły strumień. Przez chwilę relaksowałam się szumem spływającej wody, by po chwili zanurzyć rękę, a potem wejść całą. Woda przyjemnie spływała po moim ciele tworząc stróżki. To było to, czego również mi brakowało. Tego relaksu i chwilowego wyłączenia. Zapach kokosowego szamponu rozniósł się po kabinie, gdy myłam włosy.
Po przyjemnej chwili, ubrałam się, wycierając włosy w ręcznik, który ostatecznie zwinęłam na swojej głowie w turban. Otworzyłam drzwi, gasząc po sobie światło i skierowałam się w stronę małej kuchni. I pewnie bez problemu bym tam weszła, gdyby mojej uwagi nie przyciągnęła leżąca kurtka na podłodze. I zdecydowanie nie należała do Harry'ego. Po pierwsze, nie ten gust, po drugie, nawet na jego bałaganiarstwo, pozostawienie akurat kurtki na podłodze nie jest w jego zwyczaju. Cichy chichot dobiegający z kuchni tylko mnie utwierdził w tym, że na pewno to nie Harry. A trzeba było zamknąć jeszcze drzwi wejściowe.
Nie należę do kobiet, które pierwsze co, to chwytają za telefon i dzwonią po ratunek. Zabrałam z półki książkę i niemalże skradając się do kuchni, zamierzałam sprawdzić, kto śmie bezceremonialnie w niej przebywać. Dźwięk uderzających butów o podłogę się zbliżał, więc stanęłam za ścianą, gotowa na ewentualny atak i obezwładnienie włamywacza. Już unosiłam książkę do góry, gdy w ostatnim momencie rozpoznałam blond czuprynę.
- Jezus Maria! - krzyknął blondyn i odsunął się jak poparzony aż pod samą ścianę, opierając rękę na piersi. Wypuściłam głośno powietrze, zamykając oczy. Przeklęłam w myśli i spiorunowałam chłopaka spojrzeniem - Przez chwilę myślałem, że chcesz mnie zabić.
- Nadal nie jestem pewna, czy na pewno tego nie zrobię. Niall, co ty tu tak właściwie robisz? - zapytałam, wywracając oczami. Chłopak podniósł na mnie nie mniej zaskoczone spojrzenie, tylko z taką różnicą, że już po chwili szczerzył się do mnie szerokim uśmiechem, ze smakiem wcinając moje śniadanie, które trzymał w ręce. Jedynie kawa leżała nietknięta, a przynajmniej mam taką nadzieję.
- Słyszałem historię o wazonie, ale nie myślałem, że faktycznie jesteś zdolna do ataku, patrząc na twoją kruchą sylwetkę - zmrużył brwi, patrząc z jeszcze większym zaskoczeniem i niepokojem na moją rękę. 
- Rozumiem, że mam to odebrać jako komplement? - odłożyłam książkę na stolik - Wiesz... mając pięciu braci, z czego dwóch starszych, Nate'a, który nie pozwala się zbliżyć nikomu w swoim towarzystwie do mnie nie więcej niż na dwa metry, Gabriela, który samą swoją paplaniną odgania potencjalnych kandydatów i ojczyma fanatyka na punkcie przeróżnych walk, raczej nie powinieneś się dziwić, że jestem zdolna do samoobrony - zabrałam swoją kawę zanim chłopak zdąży i to opróżnić w ułamku sekundy świetlnej - Wspominałam, że przez jakiś czas chodziłam na sztuki walki? Nie? W takim razie, chodziłam na sztuki walki. Bezbronna jestem tylko wtedy, gdy maluję paznokcie. Gdzie Harry? - Niall wzruszył ramionami, a ten gest wydał mi się ewidentnie bardzo nieszczery. Zmierzyłam go spojrzeniem godnym złego policjanta na przesłuchaniu. Blondyn uniósł ręce do góry w obronie, tylko czekając aż rzucę przed nim teczkę z dowodami.
- Naprawdę nie wiem. Nie chodzę za nim krok w krok jak bodygard. Pewnie poszedł coś załatwić, za chwilę wróci - stanął w przejściu do kuchni i zmierzył mnie spojrzeniem. Zabrałam pozostawiona część mojego śniadania i minęłam go w przejściu, idąc w kierunku łóżka. Tam zamierzałam w spokoju zjeść i poczekać aż wyschną mi włosy.
- Nadal nie wyjaśniłeś mi swój niespodziewany pobyt - rzuciłam, biorąc porządny łyk kawy, która miałam nadzieję, że mnie rozbudzi do końca - Myślałam, że siedzisz z Charlie, a nie balujesz w Anglii - uniosłam podejrzliwie wzrok, na który chłopak odpowiedział przewróceniem oczami. Rozejrzał się po pokoju i przystąpił do wyjaśnień.
- Pomagałem Harry'emu. W końcu chyba mam prawo jako pełnoprawny przyjaciel? Robiłem to, co do mnie należało. A o Charlie się nie martw. Wie, że jestem w Anglii. Właściwie to... też miałem cię zapytać gdzie jest Hazza - usiadł niedaleko łóżka. Uniosłam brew, nie do końca mu wierząc. Nie wiem dlaczego, ale wydawało mi się to wszystko dziwnie podejrzane. Nie to, że wspierał mojego chłopaka, gdy mnie nie było, ale to, że również nie wiedział gdzie on jest.
- Najpierw sprzątnij swoją kurtkę z podłogi. Strasznie nie lubię jak wszędzie walają się ubrania. Po drugie... i w tym celu wtargnąłeś do naszego pokoju jak do siebie? - Niall spojrzał na leżącą kurtkę, jednak bardziej zainteresowała go druga część zdania, więc najwyraźniej zignorował moje polecenie.
- Pukałem - zauważył, wyraźnie zadowolony z siebie, że miał takie alibi.
- To nie uprawnia ciebie do wejścia - znów przewrócił oczami, jakbym to tylko ja widziała w tym wielki problem.
- Czekałem, ale nikt nie odpowiadał. Harry chciał żebym zaczekał na niego tutaj, więc czekałem. W końcu myślałem, że pojechaliście razem do szpitala, więc zebrałem się do wyjścia i nagle mnie zaatakowałaś. Właściwie, to jestem umówiony na mieście o dziesiątej, więc trochę mi się spieszy, ale obiecałem, że na niego poczekam, więc czekam, a powinienem właściwie już wychodzić...
- Jak to o dziesiątej? - przerwałam mu. Posłał mi zdziwione spojrzenie, jakbym zerwała się z choinki. Mierzyliśmy się pytającymi spojrzeniami przez chwilę - To która jest godzina?
- Jak to która? W pół do - odpowiedział chyba zaskoczony, że nie wiem. Naprawdę jest tak późno? I ja tego nie zauważyłam? Powinnam być dawno w szpitalu!
Zerwałam się z łóżka, dopijając w mgnieniu oka kawę i zakładając na siebie bluzę.
- Ej! A ty dokąd?
- Ty wiesz która godzina? Miałam wstać o wiele wcześniej, a jest już prawie południe - rzuciłam pospiesznie, stając przed lustrem i związując mokre włosy. Całe szczęście, że zdążyłam je rozczesać.
- Południe!? Issy, południe będzie za dwie godziny! - mówił tak, jakby nie potrafił zrozumieć mojego postępowania. Ale to mój brat leżał w szpitalu, a nie jego. Podeszłam do drzwi i otworzyłam je, nawet nie patrząc. Wychodząc, uderzyłam o coś z impetem i aż się odbiłam. Gdyby nie silne ramię, które mnie przyciągnęło, pewnie leżałabym na ziemi.
- A ty gdzie się tak spieszysz? - roztargniona uniosłam głowę, napotykając spojrzenie zielonych oczu i cudowny uśmiech Harry'ego.
- O! Dobrze, że jesteś. Twoja dziewczyna nie dość, że chciała mnie zabić, to jeszcze twierdzi, że zaspała - Niall wstał z miejsca i wymachiwał rękoma na boki. Spojrzałam na niego przelotnie by zaraz potem znów przerzucić wzrok na Harry'ego.
- Gdzie byłeś? - zapytałam, delikatnie odsuwając się od niego. Naprawdę byłam ciekawa gdzie był, szczególnie o tej godzinie.
- Pewnie poszedł do kochanki - jakby spojrzenie umiało zabijać, to Niall pewnie już dawno leżałby trupem na podłodze. Chłopak widząc moją minę tylko głośno się zaśmiał - No żartuję przecież, Issy - Harry rzucił mu wymowne spojrzenie, choć widziałam, że go to rozbawiło. Mi do śmiechu nie było.
- Już ci mówię - ostrożnie wepchnął mnie do środka pokoju, zamykając za sobą drzwi. Przez cały czas obejmował mnie w talii - Byłem w szpitalu, dowiedzieć się czegoś. Nie obudziłem cię, bo byłaś tak zmęczona, że pomimo chęci wstania, od razu zasnęłaś. Od paru dni pewnie nie spałaś wcale, więc należy ci się odpoczynek, choć strasznie w nocy się kręciłaś - otworzyłam usta, aby coś powiedzieć, ale on pokręcił głową i nie dał mi dojść do słowa, zasłaniając mi je dłonią - Wiem, że chcesz teraz iść do szpitala, a wręcz biec tam na złamanie karku, ale ci nie pozwolę. Nate jest na OIOM'ie pod stałą obserwacją, nie wiedzą kiedy się wybudzi, będą obserwować jego stan. Operacje prawdopodobnie się udały. Wiem to wszystko, bo nadal myślą, że jestem jego szwagrem. Twój ojciec... znaczy Rick dzwonił do mnie, bo ty nie odbierałaś. Właśnie jest w drodze do Anglii, ponieważ prosiła go o to twoja mama. Ona sama nie może lecieć, ale o tym pewnie wiesz. Będzie tu za parę godzin. Na razie usiądź i nie stresuj się niepotrzebnie - odgarnął mi włosy z twarzy i uśmiechnął się. Byłam zaskoczona, że załatwił tyle rzeczy i szczerze zamurowało mnie. Nawet się nie odezwałam, tylko pokiwałam głową i spuściłam spojrzenie. Sięgnęłam z kieszeni telefon, aby sprawdzić, czy faktycznie Richard do mnie dzwonił. Dzwonił i to nie jeden raz. A najlepsze jest to, że dzwoniła również mama. 
- Dobrze, więc... kiedy będzie można mi wyjść z pokoju? - zapytałam, unosząc brwi z dumną postawą. Harry uśmiechnął się rozbawiony, spoglądając na Nialla.
- Za chwilę - odpowiedział i pocałował mnie w policzek. Moje kąciki ust delikatnie się uniosły, ale ostatecznie nie zamierzałam go namawiać. Skoro tak, to dokończę moje śniadanie. Pochyliłam się i sięgnęłam leżącą kurtkę Nialla i rzuciłam nią w stronę wyszczerzonego chłopaka. Złapał w ostatnim momencie, choć i tak oberwał. Zachichotałam pod nosem, ściągając buty i gramoląc się z powrotem na łóżko.
- Mam jeszcze jedno pytanie - uniosłam palec do góry, gryząc szybko śniadanie - Co ON tu robi? - wskazałam na blondyna, który zrobił niewinną minę.

Harryś?

sobota, 2 czerwca 2018

Od Isabelle cd. Harry'ego

Skrzyżowałam ręce na piersi, próbując nie zamordować lekarza wzrokiem. Wiem, że chodziło im tylko o moje zdrowie, ale mi za to bardziej zależy na jakiejkolwiek informacji na temat mojego brata, a nie własnego stanu, który jest powiedziałabym, że znakomity. Chyba obydwoje nie przypadliśmy sobie do gustu z doktorkiem, bo on zapewne również miał dosyć moich oporów. Miałam wrażenie, że gdy tylko na mnie spojrzał podczas chwili ciszy, od tamtej pory unika mojego wzroku jak ognia. Czułam z tego powodu satysfakcję, ale jeszcze bardziej przelewała się szala goryczy, za każdym razem, gdy unikał tematu mojego brata. Jeśli myślał, że to pomoże, był w błędzie. Jeszcze mocniej kręciłam się niespokojna, nie potrafiąc wysiedzieć w jednym miejscu. Chętnie pospacerowałabym, ale chłodny wzrok pielęgniarki, która chyba jako jedyna potrafiła rzucić mi wyzywające spojrzenie, powstrzymywał mnie od tego. Odchyliłam głowę do tyłu z westchnięciem patrząc w sufit. Stukając paznokciami o metalowe obramowanie łóżka, miałam nadzieję, że będzie to kolejny mocniejszy znak dla personelu, że nie zamierzam tu spędzić ani chwili dłużej. Potrafiłam być uparta i właśnie za tę cechę większość ludzi mnie ceniło. Albo wręcz odwrotnie, wkurzałam ich. Nie zgodziłam się na zatrzymanie chociaż na jeden dzień. Nie ma mowy abym spędziła tutaj najbliższe dwadzieścia cztery godziny, które przeznaczę i tak na koczowanie w szpitalu aby dowiedzieć się cokolwiek o stanie Nate'a. Nie pozwolę siebie nigdzie wyprowadzić, ale zarazem chcę wyjść i znaleźć się jak najdalej od tego miejsca, próbując zapomnieć ostatnie dni spędzone w domu Edwarda.
- Skoro pani stanowczo odmawia pozostania na obserwacji, to nie mam innego wyboru jak panią puścić - lekarz nawet nie podniósł wzroku znad swojej świętej karteczki. Ja za to omiotłam jego sylwetkę wzrokiem, ciesząc się, że podjął właśnie taką decyzję.
- Niech mnie pan nie zrozumie źle, ale nie byłabym taka nieznośna, gdyby mój brat właśnie nie oberwał kulą prosto w brzuch, mój chłopak nie zamartwiałby się przez ostatnie kilka dni, a mój ojciec nie okazałby się totalnym świrem - przewróciłam oczami, nerwowo trąc dłoń, która nadal była ubrudzona przez krew.
- Rozumiem, że pani jest w ciężkiej sytuacji, dlatego chcieliśmy abyś została tutaj na jedną noc - zwrócił się do mnie w formie już mniej oficjalnej, jakby to wpłynęło jakoś na moją decyzję, ale ja podjęłam ją już dawno. To mój brat i nie zostawię go tylko po to aby słuchać jak mój stan zdrowia nie przejawia żadnych niepokojących oznak.
- Dziękuję, ale skoro już pan wie co nieco o mojej sytuacji... to sam pan stwierdzi, że nie potrafiłabym spokojnie wyleżeć. A w najgorszym wypadku uciekłabym stąd i miałby pan kłopoty, a nie chciałabym panu je przysparzać - odpowiedziałam empatycznie, na co lekarz uśmiechnął się i kiwnął głową z uznaniem. Chyba zdobyłam jego względy.
-W takim razie odprowadzę panią - zaproponował, a ja kiwnęłam głową. Lepsze już to niż siedzenie pod przymusem tutaj.
Wyszliśmy z sali razem. Lekarz odprowadzał mnie właśnie na korytarz, gdy w tej samej chwili drzwi otworzył Harry. Byłam zdziwiona, ale jeszcze bardziej zaskoczony musiał być lekarz, co wywnioskowałam z jego postawy.
- W końcu cię znalazłem - odetchnął z ulgą i zmierzył lekarza uważnym spojrzeniem.
- A pan kim jest? - mężczyzna przyjął wyczekującą postawę, a ja sama nie kryłam chęci poznania odpowiedzi. Myślałam, że tylko komuś z rodziny wolno tu wchodzić.
- Ja jestem jej mężem - odpowiedział dumnie, patrząc na lekarza w taki sposób, jakby właśnie popełnił jakiś duży błąd w swoich dokumentacjach. Zasłoniłam usta dłonią, zakrywając swoje rozbawienie, uśmiech i zarumienione policzki.
- Tak? A myślałem, że chłopakiem - przygryzłam usta od środka, gdy zapadła pomiędzy naszą trójką niezręczna cisza, podczas której Styles próbował wymyślić sposób jak wyjść z tej sytuacji. Więc przybyłam mojemu księciu na ratunek.
- Dziękuję za pana opiekę i... proszę się nie gniewać - mężczyzna posłał mi spojrzenie i westchnął głęboko, unosząc kąciki ust w delikatnym uśmiechu.
- Dobrze, ze względu na panią zrobię mały wyjątek i udam, że nic nie słyszałem. Ale żeby mi to było ostatni raz - mężczyzna zmierzył naszą dwójkę spojrzeniem, które zapewne miało wyglądać groźnie, ale nie potrafił jednak ukryć prześwitującego rozbawienia. Minął nas w przejściu i oddalił się. Uniosłam głowę do góry, tłumiąc śmiech. Harry obejrzał się za lekarzem i zmarszczył brwi, zadając mi nieme pytanie o co chodzi. Uśmiechnęłam się, wzruszając ramieniem. Dopiero wtedy chwycił moją dłoń i przyciągnął do siebie, obejmując ramionami. Przylgnęłam całym ciałem do jego sylwetki, uświadamiając sobie jak bardzo przez ostatnie dni brakowało mi tego zapachu, dotyku i poczucia bliskości. Oparłam głowę o jego klatkę piersiową i zamknęłam oczy, oddając się chwili. Nie chciałam aby dotarła do mnie rzeczywistość, w której na śmierć zamartwiam się o brata, a rodzice żyją w nieświadomości, że takie coś się wydarzyło. Właśnie... rodzice!
Nie wiem czy służby zdążyły już zadzwonić i ich poinformować, ale tak czy inaczej, moim obowiązkiem jest się z nimi skontaktować. Próbuję sobie wyobrazić jak musiała się czuć mama, gdy usłyszała, że jej córka zniknęła, a teraz dodatkowo będzie musiała usłyszeć, że jej syn przechodzi operację w wyniku postrzału. Rzeczywistość uderzyła we mnie ze zdwojoną siłą, przerywając chwilową ulgę, którą poczułam w ramionach Harry'ego. Odsunęłam się delikatnie. Uśmiech z mojej twarzy zniknął już wcześniej, a zamiast niego wstąpiła niepewność i smutek.
- Wiesz co się dzieje z Nate'em? - zapytałam, unosząc głowę, tak aby spojrzeć mu w oczy. Widziałam jak z jego twarzy również powoli znika radość i wkracza zrezygnowanie. Zaprzeczył gestem i pogłaskał moje plecy dłonią.
- Nie powiedzieli mi nic konkretnego, prócz tego, że właśnie przechodzi operację wyjęcia kuli. To wszystko - jego ramiona uniosły się w szybkim geście. Wiem, że nie chciał mnie martwić. Jedyną  rzeczą jaka może tego dokonać, to gdy usłyszę, że wszystko poszło dobrze. Spuściłam głowę, zdając sobie sprawę z tego, że mi samej niewiele powiedzą. Mimo tego, nie chciałam rezygnować ze swojego zamierzenia - Issy, to może bardzo długo trwać - poinformował mnie, dokładnie tak jakby czytał mi w myślach - Nie wiadomo ile czasu tutaj będzie trzeba spędzić i przez ile sama operacja będzie trwać - wiedziałam do czego zmierza, więc od razu pokręciłam głową, ale nie przerywałam mu. Tylko dlatego, że miał rację - A ty pewnie jesteś zmęczona. Mogę się założyć, że przez te kilka dni mało sypiałaś, jeśli nie wcale - cholera, dlaczego on tak dobrze mnie zna. Oczywiste było, że z chęcią położyłabym się w wygodnym łóżku i spała do późna, co dla mnie było nietypowe, ale nie wiem czy byłabym w stanie spać spokojnie podczas, gdy życie mojego brata jest w rękach lekarzy i wisi na włosku.
- Harry, ja... po prostu nie mogę - powiedziałam cicho, gubiącym spojrzeniem lustrując ścianę za nim - W dodatku... moi rodzice o niczym nie wiedzą, a ja nie wiem jak im to powiedzieć, rozumiesz? Mama będzie załamana, jeśli ja nie zadzwonię, to zrobią to lekarze, a wtedy przeżyje kolejny dramat - sama sobie się dziwiłam, że mówię z takim spokojem, ale chyba nadal trzymał mnie wewnętrzny szok, a po drugie, próbowałam trzymać niezłomną postawę do momentu rozmowy z Richardem. Tak, z całą pewnością zadzwonię do niego. Tylko on będzie w stanie przekazać wszystko mamie i nie doprowadzić do jej paniki, a w razie czego uspokoić i wybić z głowy głupie pomysły. Oczami wyobraźni widzę jak mama za wszelką cenę chce przylecieć tu na miejsce, a odległość jaka nas dzieli całkowicie straci znaczenie. Nie pozwolę aby tak się stało.
- Rozumiem - ponownie przyciągnął mnie do siebie, tym razem było to w celu poczucia wsparcia i pocieszenia. Złożył delikatny pocałunek na moim czole i oparł podbródek o moją głowę - Ale... mimo wszystko powinnaś odpocząć. Stres i ta cała sytuacja... myślę, że powinnaś to odespać, chociaż na moment - upierał się przy swoim, a ja byłam w stanie się mu poddać, gdyby nie wewnętrzna siła woli - Proszę - wyszeptał i tym samym przekonał do kompromisu.
- Do pierwszej informacji - odchyliłam głowę do tyłu i przyjrzałam się jego twarzy z błagalnym spojrzeniem - Obiecuję, że gdy tylko czegoś się dowiem, pójdę odpocząć - w ciszy kalkulował moją propozycję, a właściwie to prośbę i wzdychając z ustępliwością, kiwnął głową. Znów złożył pocałunek na moim czole i zdjął swoją kurtkę, zarzucając mi na ramiona.
- Powinnaś zmienić te ubrania. Nie wszyscy patrzą korzystnie na ślady krwi - chwycił moją dłoń i splótł swoje palce z moimi. Uśmiechnęłam się niemrawo i pokiwałam głową.
- Do pierwszej informacji... a potem zrobię co tylko każesz - zdobyłam się na odrobinę humoru, wychodząc przez wielkie drzwi na drugi korytarz, do którego mnie prowadził.
- Może chcesz coś do picia? Jesteś głodna? - w tamtym momencie nie byłam w stanie odczuwać żadnego głosu ani spragnienia. Moje myśli krążyły wyłącznie wokół rodziny. Pokręciłam głową, jednak zaraz zmieniłam zdanie.
- Jakbyś mógł... - spojrzał na mnie wyczekująco z drobną iskierką w oczach - Pożyczysz mi swój telefon? I chętnie napiję się wody - wyciągnął z kieszeni urządzenie i oddał mi je. Potem zniknął za ścianą. Odwróciłam się, obrysowując palcem krańce telefonu. Układałam w myślach co takiego miałabym powiedzieć Rickowi, ale chyba żadne rozwiązanie nie było dla mnie odpowiednie. W końcu wybrałam na numer, zdecydowana, że powiem to co podpowie mi w tamtym momencie umysł. Choć wiedziałam, że to nie był mój najlepszy pomysł.
Rick odetchnął z ulgą, gdy tylko usłyszał mój głos po drugiej stronie słuchawki. Tym bardziej, gdy mu powiedziałam, że nic takiego mi nie jest zaraz po tym, jak dowiedział się, że obecnie przesiaduję w szpitalu. Ciężko było mi psuć jego chwilę odetchnienia, ale musiałam mu powiedzieć o Nathanielu. Dopiero wtedy poczułam jak moje mięśnie twarzy mocno się spinają byleby nie doprowadzić do zebrania łez w kącikach oczu. Chwilowa radość znów przerodziła się w wyczuwalny strach, choć jedynie u mnie. Rick nie dawał po swoim głosie znać, że jest równie wystraszony. Oczywiste, że był. W końcu jest dla nas jak ojciec. Odnalazł się w tej roli doskonale, a z Nate'em dogadywał się od samego początku jakby to był jego rodzony syn. To właśnie ze mną było mu trudniej, pewnie wyłącznie z mojego powodu. Ale to oddzielna historia. Wiedział też, że to na nim spoczywa przekazanie wiadomości Lilianne. Powiedział, że gdy tylko dam radę się czegoś dowiedzieć, mam od razu go informować. Ucieszyłam się, że zgadzał się ze mną co do wszystkiego. Na sam koniec wyznał jak bardzo się o mnie bał i pokazał jak prawdziwy ojciec powinien się zachować w tej sytuacji. Żałuję za każdym razem, że od samego początku mama na niego nie trafiła. Choć zawsze mówiła, że bez pewnych rzeczy jej życie nie potoczyłoby się w taki sposób. I, że nie zamierza żałować żadnych decyzji. A ja do teraz nie chcę przyjąć do wiadomości, że bez Edwarda nie byłoby mnie ani Nate'a. Nie zamierzałam teraz nad tym rozważać.
Usiadłam obok Harry'ego, oddałam mu telefon, zabierając z jego dłoni wodę i wypijając całą zawartość kubka jednym haustem.
- Na pewno nie jesteś głodna? - uśmiechnął się delikatnie, gdy oblizałam wargi. Pokręciłam głową i oparłam ją o jego ramię - I jak rozmowa?
- Rick zajmie się mamą. Ale nadal nie mogę pozbyć się wrażenia poczucia winy, że sama jej tego nie powiem.
- Dobrze zrobiłaś - upewnił mnie w mojej podjętej decyzji - Twoja mama na pewno nie będzie miała tobie tego za złe - objął mnie ramieniem, bawiąc się kosmykiem moich włosów.
- Wiem, ale... tyle już wycierpiała przez niego. Trudno mi jest wyobrazić sobie moment, kiedy przez tego samego człowieka traci swojego syna, jedyną, najważniejszą wartość w jej życiu.
- Hej... - odwrócił się w moją stronę i uniósł mój podbródek wyżej, tym samym schylając nieco głowę, tak abym mogła patrzeć mu bezpośrednio w oczy - Nikogo nie straci. Ani ona, ani ty, ani nikt z twojej rodziny. Nate ma o co walczyć, a przede wszystkim o kogo. A Edward z całą pewnością nie wykręci się z tego. Osobiście tego dopilnuję - uśmiechnęłam się na jego słowa po raz pierwszy tak szczerze i oparłam głowę w zagłębieniu pomiędzy jego szyją a głową. Pogładził moje włosy, a ja wtedy po raz kolejny poczułam jak bardzo mi na nim zależy.

Poruszyłam się, nie mogąc otworzyć oczu przez oślepiające mnie światło z sufitu korytarza szpitalnego. Ze skrzywieniem, podniosłam głowę do góry i niechętnie otworzyłam oczy. Ktoś delikatnie gładził skórę moich dłoni. Przetarłam oczy i spojrzałam na kucającego przede mną Harry'ego. Delikatnie się uśmiechnął.
- Która godzina? - zadałam standardowe pytanie, choć światło dzienne wyraźnie dawało mi znać, że nie mogła być noc.
- Jest wieczór, coś koło ósmej - odpowiedział - Przed chwilą był tu lekarz. Z racji tego, że spałaś, a ja nie chciałem cię budzić, sam porozmawiałem z nim. Podobno opanowali sytuacje, stan jest w miarę stabilny, ale zanim się wybudzi minie trochę czasu. No i będą obserwować go w nocy, czy nie wystąpi żadne krwawienie wewnętrzne ani nic w tym rodzaju - starał się powtórzyć słowa lekarza, a ja z wysiłkiem próbowałam przyswoić jego zdania. Dopiero teraz widziałam na jego twarzy wymalowane zmęczenie, co dało mi wyraźnie znak, że pewnie wtedy kiedy ja spałam, on nie zmrużył oka. Jestem straszną egoistką. Nie pomyślałam, że przez te kilka dni on również mógł mało spać, a wtedy kiedy ja odpoczywam na szpitalnym korytarzu, on wyczekuje jakiejkolwiek informacji na temat mojego brata. - Naprawdę Issy, powinnaś się położyć i odpocząć - tym spostrzeżeniem próbował mi delikatnie przypomnieć moją obietnicę. Westchnęłam i kiwnęłam głową, rozglądając się wokół jakby w poszukiwaniu czegoś. Dopiero teraz zauważyłam blond czuprynę Nialla.
- O matko... - parsknęłam, uśmiechając się - Nie zauważyłam ciebie dotąd - chłopak odwzajemnił mój uśmiech i pokiwał głową.
- Pewnie dlatego, że gdy tutaj przyszedłem, ty już smacznie spałaś - zauważył.
- Ile spałam? - zapytałam delikatnie przestraszona, ale Harry tylko pokręcił głową i wyprostował się.
- To nieistotne. I tak powinnaś iść spać - zabrał z rąk Nialla kurtkę, zapewne zapasową, gdyż jego pierwszą miałam aktualnie na sobie.
- Tak nie sugerując tutaj nikomu nic, to obydwoje powinniście się porządnie wyspać - wtrącił Niall i pokiwał samemu sobie głową z uznaniem.
- Obiecałam, więc słowa dotrzymam - wstałam i schowałam ręce w kieszenie - Ale jutro i tak tutaj przyjdziemy - nikt się nawet ze mną nie kłócił, zresztą to było pewne. Każdy był co do tego zgodny, choć dobrze wiedzieliśmy, że i tak możemy nie otrzymać satysfakcjonującej odpowiedzi na temat Nate'a.
Nawet nie wiem kiedy Harry'emu udało się załatwić lokal całkiem niedaleko szpitala. Właściwie to pokój w hotelu. Może nie w takim jak we Francji, ale przecież nie mogłam wymagać luksusów w takiej dzielnicy. Niall pojechał do siebie, mówiąc tylko, że jutro się pewnie też pojawi sprawdzić, czy oby na pewno chociaż trochę odpoczęliśmy. Po informacji, że operacja się udała, i że wszystko najprawdopodobniej jest w porządku poczułam się o wiele lepiej. Weszliśmy po schodach na górę. Chłopak otworzył drzwi i puścił mnie przodem.
- Jak dobrze jednak wyjść z tego szpitala... - odetchnęłam, zamykając na chwilę oczy. Strasznie się rozpadało na dworze i przez ten kawałek, który musieliśmy pokonać, nasze włosy i ubrania były całe mokre. Tak jakby natura doskonale wiedziała, że potrzebny jest deszcz. Dobrze znaleźć się znowu poza pokojem w domu mojego ojca, wokół osób, na których mi zależy - I nie widzieć tych wszystkich lekarzy.
- Ten lekarz - zaczął i odchrząknął głośno, zamykając za sobą drzwi - Stanowczo mi się nie spodobał - Harry próbował rozluźnić atmosferę, co zdecydowanie mu się udało.
- A czy tobie jakikolwiek mężczyzna przebywający w moim otoczeniu się podoba? - uniosłam brew do góry wraz z kącikami ust, układającymi się w uśmiech. 
- Nie rób ze mnie zazdrośnika - mruknął, zdejmując swoją kurtkę i wieszając ją na wiszący obok wieszak - Nie przeszkadzają mi twoi bracia i Rick - cokolwiek bym nie zrobiła, nie potrafię ukryć śmiechu po tym kwiecistym stwierdzeniu.
- Oboje doskonale wiemy, że nim jesteś - skrzyżowałam ręce na piersi i stanęłam na środku pokoju. Chłopak patrzył na mnie z delikatnym wyrzutem, mierząc spojrzeniem godnym obarczanego winą człowieka. Podeszłam powoli do niego i zarzuciłam mu ręce na szyję - I to mi się właśnie w tobie podoba. Jesteś słodki, gdy jesteś zazdrosny, kochanie - podniosłam się na palcach, dosięgając jego ust. Prychnął cicho pod nosem, jednak nie było to prychnięcie lekceważenia, ale rozbawienia. Objął mnie w talii i przyciągnął do siebie, pogłębiając pocałunek. Było w nim coś co przypomina mi tęsknotę. Czyżby te kilka dni tak bardzo wpłynęły na nasze odczucia? Wyraźnie czułam jak mocno i zarazem tak delikatnie mnie obejmował, nie chcąc wypuścić. 
- Kocham cię - delikatnie przesunął palcami po moim policzku, co sprawiło, że na chwilę zapomniałam o tym jak bardzo martwię się nadchodzącymi wydarzeniami, mającymi wpływ na moją rodzinę. Uśmiechnęłam się, nie mogąc powstrzymać tego przyjemnego odruchu, zarazem czując przypływ ciepła.
- Powiedz to jeszcze raz - poprosiłam go, bawiąc się kołnierzykiem jego koszuli. Jego twarz jest na tyle blisko, że muszę mieć zamknięte oczy, ale wiem, że się uśmiecha tak jak ja.
- Kocham cię Isabelle - powtórzył, a ja czułam, że wewnątrz moje serce się śmieje.
- Jeszcze raz - tym razem zostawiłam w spokoju jego koszulę i oparłam dłonie na ramionach, wtulając policzek w jego twarz. Kiedy się odsunął, wydaję pomruk niezadowolenia, ale on natychmiast oparł dłonie na moich policzkach i spełnia prośbę.
- Kocham - całuje mnie w usta - Cię - ponownie - Issy.
- Też cię kocham - tym razem dałam mu odpowiedź i przeczesałam jego mokre włosy, czując niesamowitą przyjemność, kiedy woda osiadła na moich palcach. Jeszcze przed chwilą siedziałam z miną zbitego psa, zastanawiając się, jak długo zajmie Rickowi uspokajanie mamy i przekonywanie, że i ja muszę odpocząć. Dziękuję w myślach Harry'emu za zabranie mnie w to miejsce, choć tak naprawdę dziękuję mu za wszystko. Gdy pochyla się nade mną, jak za każdym razem, gdy próbuje mnie pocałować lub cokolwiek wyszeptać, obejmuję go w pasie, opierając głowę między jego szyją a głową, stojąc delikatnie na palcach by dosięgnąć. Przenoszę ciężar na plecy i obydwoje tracimy równowagę, lądując na dotąd jeszcze ładnie pościelonym łóżku. Splatamy palce, a on unosi moje dłonie za moją głową i przybliża się, jak gdyby chciał mnie pocałować, ale nie robi tego. Od razu wyczuwam tutaj element drażnienia się, co zazwyczaj należało do moich zadań, dlatego nie kryję zdziwienia malującego się na mojej twarzy. Zarazem, zamykam za każdym razem oczy, gdy jego usta delikatnie muskają moje wargi. Wtedy się podnosi i uśmiecha do mnie aby znowu się pochylić. Wie jak bardzo mnie to doprowadza do szału.
- Cholera, Harry - marszczę nos, wydając z siebie cichy jęk, który wbrew mojej woli wcale nie brzmiał jak niezadowolenie - Pocałuj mnie wreszcie - chwytam jego twarz, uprzednio wydostając dłonie spomiędzy jego palców i przyciągam do siebie. Całujemy się dopóki nie dotrzemy do tej magicznej granicy, kiedy każde z nas najchętniej pozbyłoby się istniejących na świecie ubrań. Oczywiście, to ja wysuwam się pierwsza spod niego, więc to ja zaznaczam koniec, posyłając mu zadziorny uśmiech. Przewraca się na plecy na wznak i przez chwilę łapie oddech z zamkniętymi oczami. Kładę się obok i opieram głowę o jego klatkę piersiową, po chwili słysząc przyspieszony rytm bicia jego serca.
- Do diabła, Issy. Nie rób tego więcej - obejmuje mnie ramieniem, rysując po skórze mojego przedramienia. Cicho parskam pod nosem, drugą dłonią chwytając jego palce i przyciągając do siebie.
- Musimy być odpowiedzialni - mówię, odsuwając od siebie myśl jak bardzo chciałabym teraz dać się ponieść emocjom. Już samo to, że mieliśmy czas wyłącznie dla siebie, sprawiało że szkoda byłoby go nie wykorzystać. Mimo wszystkiego, kłopotów mi na razie starcza.
Po chwili wygodnie usadowiliśmy się na swoich miejscach, choć napięcie było nadal wyraźnie odczuwalne. Wzięłam ze stojącej w salonie biblioteczki jedną z wielu książek, która wydawała mi się najbardziej ciekawa. A przynajmniej nie zaczynała się od słów "atlas" bądź "encyklopedia". Przekartkowałam szybko strony, leżąc na brzuchu i mając na sobie uważne spojrzenie chłopaka.
- Wybierz stronę, a ja będę czytać fragment z niej - poleciłam, proponując nam dwojga dobrą zabawę. Strasznie nie chciało mi się iść myć, poza tym cały sen zszedł mi z powiek. Cieszyłam się tym, że jestem tu gdzie jestem i mam obok siebie Harry'ego.
- Issy, ty powinnaś odpoczywać, a nie...
- Proszę - posłałam mu uśmiech, na który tylko przewrócił oczami.
- Trzydzieści dwa, nie cztery... - zaczęłam przerzucać kartki, gdy Styles jednak szybko zmienił zdanie - Albo nie. Trzydzieści osiem - posłałam mu przenikliwe spojrzenie. Cóż za zdecydowanie godne mężczyzny. Przejechałam palcem po literkach tekstu i zatrzymałam się na pierwszym zdaniu.

Harry?
Za eksperymentowałam trochę i napisałam to opowiadanie nieco inaczej, zmieniając czas. Jakoś miałam na to wenę xd. Powiedz mi, które bardziej ci pasuje i podoba.

piątek, 2 lutego 2018

Od Isabelle cd. Harry'ego

Coraz bardziej wątpiłam w to, że Nate wymyśli cokolwiek. Uspokajał mnie jednak fakt, że mimo wszystko zapewniłam go o moim bezpieczeństwie, czyli idąc tą samą drogą, on upewnił wszystkich wokół siebie. Mamę, rodzinę, no i Harry'ego. Nie wyobrażam sobie ich przerażenia, a siedzę w tym miejscu już od trzech dni. Czyli dla nich to trzy dni zamartwiania się na śmierć, a dla mnie prawie siedemdziesiąt dwie godziny nic nie robienia. I najchętniej porobiłabym wszystko, ale odkąd udało mi się skontaktować z Nathanielem, Edward był strasznie czujny i mniej ufny co do mnie. Wczorajszy dzień był dziwny. Jak nie wzbudzający we mnie wątpliwości, czy Edward na pewno nie jest w stanie posunąć się do czegoś dalej. Chodził podenerwowany, co chwila sprawdzał okna i natrętnie zadawał to samo pytanie. Do kogo dzwoniłam. Nie powiedziałam mu, za żadne skarby nie zdradziłabym niczego. Miałam też skrytą nadzieję, że jego strach spowoduje, że mnie puści. Ale on nie zamierzał, wręcz wyglądał z każdą godziną na coraz bardziej zdesperowanego. I był strasznie zmienny. Raz czuły i spokojny, momentami miałam wrażenie, że za chwile zacznie płakać, przepraszał za moment, w którym puściły mu nerwy za telefon, który został mi wyrwany z rąk. Ale medal ma dwie strony, a jego ciemniejsza strona to zaprzeczenie skruszonego człowieka. Był obojętny, roztrzęsiony, jakby przed chwilą jego organizm dostał porządnej dawki narkotyku. A ja musiałam przyjmować taktykę by jak najmniej rzucać się w oczy, bo pomimo, że ani razu nic mi nie zrobił i zapewnił to co chwilę, to ja nie wierzyłam mu zbytnio. 
Jednak nie to było najgorsze. Będąc w tym domu, dowiedziałam się niemal wszystkiego o jego rodzinie, choć prosiłam nie raz by mi o nich nie opowiadał. Jednak do niego to nie docierało, tak bardzo za tym tęsknił, że nawet nie słyszał moich słów. Więc jakakolwiek nasza rozmowa sprowadzała się zawsze do wspomnień. Jego wspomnień. Tylko raz spytał mnie o to co się działo u mnie, gdy odszedł, ale skąd ja miałam o tym wiedzieć? Myślał, że wówczas jako niespełna roczna dziewczynka cokolwiek zapamiętam. A potem? Jako pięciolatka, gdy mama nadal borykała się z problemami. Jedno było pewne, żadne z nas nie chciało mieć do czynienia z nim. Ja niestety za późno doceniłam starania mamy o to, teraz jej niezmiernie dziękuję, że chroniła mnie przed takim powaleńcem.
Przewróciłam się na drugi bok, nie mogąc spać już od sporego czasu. A przynajmniej tak mi się wydawało. Nie było tu nawet zegarka by zobaczyć, która godzina. Brak jakiejkolwiek elektroniki. Tylko jeden jedyny telefon Edwarda. Skuliłam się, przytulając jeszcze mocniej koc, którym byłam okryta. Co prawda niewiele on dawał, bo w całym domu było zimno jak cholera, a wszelkie podstawowe rzeczy po dawnym życiu jakby zniknęły. Były tylko meble, dokumenty, stare książki po części powyjmowane, nic konkretnego. Ale dawno mi to zobojętniało. Bawiłam się łańcuszkiem na swojej szyi, który dostałam od Harry'ego na urodziny i próbowałam sobie wyobrazić trzy dni braku jakichkolwiek informacji o mnie. Albo nawet nadmiar bezsensownych info, które nie miały wpływu na nic, jedynie nakręcały wszystko. Nie zdziwiłabym się, przecież w końcu miałam ogólne pojęcie ile ludzi śledzi swoich idoli. I ile śledzi Harry'ego Stylesa.
W końcu wstałam, zabierając ubrania, po raz kolejny nie moje, nieco za duże, ale ważne, że czyste i zeszłam na dół do kuchni. Miałam skrytą nadzieję, że go tam jeszcze nie będzie, ale był i nawet uszykował mi śniadanie. Och, co za miła niespodzianka.

niedziela, 21 stycznia 2018

Od Isabelle cd. Harry'ego

Delikatnie podskoczyłam na krześle, słysząc przekomicznie zmieniony głos Harry'ego.
- Kto to? - zapytał, a ja wzruszyłam ramionami, unosząc dłonie do góry i wyszukałam jego twarzy. Przejechałam palcami aż do samych włosów i zaczesałam kilka kosmyków pomiędzy nie.
- Nie wiem, musiałabym posmakować ust żeby wiedzieć - uśmiechnęłam się złośliwie. Mruknął pod nosem stanowcze nie i zjechał dłońmi do mojej szyi, które odepchnęłam - Aj! Masz zimne ręce - zaśmiałam się i uniosłam głowę do góry, patrząc na Harry'ego, uśmiechniętego tuż nade mną.
- Przepraszam, to przez mikrofon- pochylił się i pocałował mnie przeciągle. Zachichotałam.
- Bo mnie udusisz - wstałam i podeszłam, kładąc ręce na jego ramionach.
- Podobało ci się? - zapytał, a ja zastanowiłam się przez chwilę, trzymając go w niepewności. Uwielbiam ten jego niepewny uśmiech, gdy oczekiwał mojego zdania, jak ostatniego wyroku. Uśmiechnęłam się szeroko, opierając dłoń o jego policzek.
- Bardzo. Jak zawsze - ucałowałam go. Dalszy ciąg balu minął normalnie. Prócz żalenia się Zaina w samotności, że Styles bezczelnie zmusił go do śpiewania. Od razu zmienił zdanie, gdy powiedziałam mu, że bardzo ładnie wyszło i Imany też się podobało. Uśmiechnął się, zaczesując włosy do tyłu, twierdząc, że wystarczy talent wrodzony i zniknął. Więc jedno dziecko mamy z głowy. Niall oblegał stół, mordując wzrokiem jakiegoś chłopaka, który przez przypadek zrzucił jedzenie na ziemię, Liam z Lou zniknęli gdzieś w połowie, nawet nie wiadomo w jakim momencie.
Wplotłam palce w jego włosy, delikatnie zmuszając by pochylił głowę w dół. Szczerze mówiąc, już trochę za dużo jak dla mnie tego, byłam zmęczona i dziwo strasznie śpiąca, a z racji, że chłopaki trochę sobie popili, wypadałoby wrócić do pokoi. Ostatecznie Harry oddał pokój Horanowi i Charlotte, wówczas gdy ja wyczułam tutaj niecny podstęp. Nie pamiętam bym pozwoliła spać u siebie.
- Może pójdziemy już do pokoju? - poprosiłam cichutko, na co się uśmiechnął i kiwnął głową, splatając palce naszych rąk i pociągnął za sobą. Znalezienie klucza w torebce, gdy cudowne usta chłopaka uniemożliwiają ci nawet skupienie nad otworzeniem zwykłego zamka, nie jest takie proste. Przesunął dłonią z mojego ramienia na szyję i powoli oparł moją głowę o swoje ramię, udostępniając sobie całą lewą stronę szyi i jej okolic. Zachichotałam, przygryzając delikatnie wargę. W końcu udało mi się otworzyć drzwi, jednak zanim nacisnęłam klamkę, odwróciłam się i ciągnąc go za koszulę, przyciągnęłam do siebie, opierając o ścianę. Otworzyłam drzwi, zaraz potem zostając unieruchomiona przy ścianie.

sobota, 30 grudnia 2017

Od Isabelle cd. Harry'ego

- Do samego rana nie, bo potem nie wstaniesz i będziesz jęczał, że nie rozumiem twojego wyjątkowego związku z łóżkiem, kołdrą i poduszką. Albo zaczniesz mi gadać o niezwykle silnym polu grawitacyjnym i zamienisz się w drugiego Einsteina - Harry wyszczerzył się szeroko, widocznie utożsamiając się z moją wypowiedzią. A nie mógł zaprzeczyć, bo przecież to czysta prawda.
- Wstanę, obiecuję - zrobił słodką minę - To będzie dziwne, że z samej mojej inicjatywy, ale wstanę - uśmiechnęłam się delikatnie, wyjeżdżając przed niego. Od małego jeździłam na łyżwach, choć bardziej preferowałam wraz z Alli wrotki. To prawie to samo, choć lód w pewnym momencie się kończył, a ulica zawsze była i ciągnęła się dalej. Taki plus. Mimo wszystko, na łyżwach potrafiłam jeździć, może nie tak jak Imanuelle czy Anastasia, ale zawsze czegoś tak się nauczyłam.
- No nie wiem - wzruszyłam ramionami - Ale powiedzmy, że wierzę. A jak nie, to czeka cię pobudka - pokiwał głową - A teraz pilnuj żebyś się ładnie nie przewrócił.
- Ja? Zobacz, już potrafię - puścił moją dłoń i zjechał w bok. 
- Harry! Ściana! - byłam świadkiem najwspanialszego uderzenia jakie tylko widziałam. Podjechałam bliżej, zatrzymując się tuż przy nim. Otworzył ze skrzywieniem oczy, a gdy uśmiechnął się niewinnie, wiedziałam, że na pewno nic mu nie jest. Za to Zain umierał w dali ze śmiechu, ledwie trzymając się barierki - Nic ci nie jest? - poruszał nogami i rękoma.
- Nie... chyba nie... ale to bolało - pokręciłam głową z uśmiechem - Podaj rączki - poprosił. Wyciągnęłam w jego stronę dłonie. Pociągnął mnie w dół i na całe jego szczęście wylądowałam na nim, a nie na lodzie. To byłby bardzo bolesny upadek, gdyby nie zrobił tego specjalnie. Zanim jednak zdążyłam wydusić z siebie jakiekolwiek słowa, on przerwał pierwszy - Chcę romantyczny wieczór - zamiast próbować się podnieść, złapał mnie za nadgarstki i położył na tym zimnym lodzie. Czasem gorzej od Howarda i Hugo. Podniosłam się z jego brzucha, siadając obok, jednak rąk nie uwolniłam. Unosząc brew do góry, zmierzyłam go spojrzeniem, starając się nie uśmiechnąć. To musiało wyglądać poważnie i groźnie, choć jak kiedyś stwierdziła moja rodzina, ja nie potrafię groźnie wyglądać.
- To jest zmuszanie, a muszę się wyspać przed balem. Muszę chociaż trochę ładnie wyglądać - przekręciłam głowę na bok. Zmarszczył nos i pokręcił głową.
- Zawsze ładnie wyglądasz - czaruś jeden. To do niego nie pasuje. Pokręciłam głową, jednak nie wytrzymując, uśmiechnęłam się - A teraz pomóż mi wstać, bo wszystko boli po zetknięciu z lodem, a ten udusi się ze śmiechu - powiedział nieco głośno, patrząc na nadal śmiejącego się Zaina.
Po dosyć długim czasie, chłopak podniósł się do pionu, z powrotem utrzymując równowagę. Spędziliśmy jeszcze trochę czasu na lodowisku, w końcu stwierdzając, że przydałoby się nieco ogrzać, ku uciesze Malika. Postanowiliśmy wrócić do akademii, a z racji tego, że nadal miałam w kieszeni kluczyk od auta Harry'ego, więc ponownie prowadziłam. Przez całą drogę głównym tematem, w przypadku chłopaków, był upadek Harry'ego. A przynajmniej dla Zaina. Ja z Imany znalazłyśmy osobny temat. Dojechaliśmy w niespełna pół godziny, żegnając się z Nastią i Olim, każde rozchodząc się w akademiku w swoją stronę. A przynajmniej tak to wyglądało. Weszłam do pokoju numer 25 i usiadłam na ciepłym łóżku, zabierając od dawna nieruszaną poduszkę z łóżka, obejmując ją wokoło i przytulając do niej.
- Ale żaden horror - chłopak zatrzymał się przede mną i zmierzył spojrzeniem. Zachichotałam pod nosem i pokręciłam głową - Ani film, na którym można się rozpłakać, gdzie umierają zwierzęta, fajni goście i ogólnie, fajnie byłoby gdyby skończył się dobrze - zdjął płaszcz, przewieszając go przez oparcie krzesła i położył się obok, opierając podbródek o skrzyżowane przed sobą ręce. Spojrzałam na niego z uśmiechem, zastanawiając się przez chwilę. Żaden straszny i wzruszający.
- Taki żeby żyli długo i szczęśliwie?
- Może być.
- Gdzie kwiatki rosną na każdym zakręcie? Ptaszki ćwierkają? Dzieci się bawią? Jednorożce galopują po równinach? - trącił mnie w bok, na co się zaśmiałam i opadłam na plecy.
- No nie przesadzajmy - przewrócił oczami.
- Hmm... - zastukałam placami o kołdrę - To może... Kiedy Harry poznał Sally? - zaproponowałam z szerokim uśmiechem - Komedia, straszy film z Meg Ryan. Całkiem zabawny, z ciekawą fabułą. I nikt nie umiera - obrócił się na bok i oparł głowę o rękę.
- Taki mogę oglądać? A przekąska?
- Popcorn, tak jak sobie życzyłeś - ucałowałam go - Siadaj i szukaj, a ja go przyniosę - odłożyłam poduszkę i poszłam po jedzenie. W tym samym czasie Harry znalazł już film i wygodnie usadowił się, a ja obok niego.
Cały spektakl skończył się bardzo szybko, a był przerywany ciągłymi komentarzami chłopaka, który w pewnych momentach już po prostu nie potrafił siedzieć cicho. To było słodkie, ale w pewnym momencie musiałam go zacząć karmić tym popcornem, bo na zszedłby z tych emocji. Dopiero wtedy umilkł. A no jeszcze nie tak szybko, bo przed musiałam mu obiecać, że zasnę obok niego. Zgodziłam się i faktycznie zasnęłam, przebudzając się jednak w nocy. Przetarłam zaspaną twarz dłońmi i całując śpiącego Harry'ego w policzek, wróciłam do swojego pokoju po cichu.

Obudziłam się niezwykle wcześnie. Co nie było w moim przypadku wcale dziwne, tym bardziej po powrocie z Australii. Nie mogłam spać, nie tylko z powodu przestawienia godzin snu przez mój organizm, ale i samego balu. Będę na takim chyba pierwszy raz, i chociaż nie będzie on może jakoś specjalnie realny, jak te wszystkie uroczyste bale, to jednak jakiś będzie. Poza tym, byłam zdziwiona, że Harry nie przyszedł wczoraj wieczorem i nie prosił o to aby ze mną spać. To do niego niepodobne. Ale i tak nie minie go pobudka.
Sprawdziłam zegarek, ale wnioskując, że jest naprawdę wczesna godzina, byłam zmuszona znaleźć sobie jednak inne zajęcie niż budzenie chłopaka w nowy, wyjątkowy sposób. Niech sobie pośpi jeszcze trochę, nie będę mu przecież żałować.
Odepchnęłam kołdrę daleko do tyłu i podeszłam do szafy, wyciągając z niej wygodną odzież. Taką idealną do spaceru rankiem wraz z szalonym psem, który wykazywał ogromną aktywność od czasu mojego przyjazdu. Ten słodziak zawsze tak strasznie się cieszył, gdy mnie widział po jakimś czasie rozłąki.
- Co kochanie, nikt z tobą nie biegał dawno? - usiadłam na podłodze, obejmując dłońmi pysk psa, który szczęśliwy lizał mnie po policzku. Odsunęła delikatnie głowę, z charakterystycznym skrzywieniem - No ja wiem, tak, tak... idziemy na spacerek, jak tylko pani się oporządzi - wstałam, ubierając się w przed chwilą wyciągnięte ubrania. Związałam włosy w kucyk, zabrałam bluzę, zapinając ją do połowy, chwilę przed wyjściem decydując się na kurtkę. W Anglii jest tak strasznie zimno. I dam to do minusów, bo w Australii w tym samym czasie, najniższa temperatura to dwadzieścia pięć stopni Celsjusza. Kiedy to spokojnie możesz wyjść w krótkim rękawie, a nawet spodenkach. Nałożyłam kurtkę, wołając Brittany'ego, który wybiegł z pokoju w stronę drzwi wyjściowych.
Na dworze, tak jak myślałam, zima panowała już od jakiegoś czasu. Dla psa był to szczyt szczęścia. Tarzał się w śniegu jak szczeniak, biegając wokół mnie i przystając w ciekawszych dla niego miejscach. Objęłam się wokół rękoma.
- Brittany, gdzie wiewiórka? No gdzie ta ruda paskuda? - zachichotałam, gdy pies podniósł głowę i rozejrzał się, po czym ruszył do pierwszego lepszego drzewa. Z trudem od niego odszedł, gdy powoli oddalałam się od niego.
Na spacerze byliśmy z dwie godziny. Gdy wróciłam, już niektórzy wstali i chodzili po korytarzu. Oczywiście tematem przewodnim był bal. Spuściłam głowę, idąc wzdłuż korytarza i tylko przysłuchując się urywkom rozmów. W sumie to oprócz tego raczej nic ciekawego nas nie ominęło. Zaprowadziłam psa z powrotem do domu. Pora obudzić pana Stylesa, bo ktoś tu obiecał samemu wstać. Poszłam do jego pokoju.
- Harry! - stanęłam w drzwiach, spoglądając w stronę łóżka, na której uformował się jeden, wielki wzgórek z kołdry, którą niemal całkowicie był przykryty chłopak. Ile można spać? Westchnęłam głośno i zamykając za sobą drzwi, na palcach zakradłam się do łóżka i wskoczyłam na nie, siadając na zgiętych nogach - Oddychasz? - uniosłem kołdrę delikatnie do góry. Otworzył oczy, mrużąc je od ilości światła wpadającego do pokoju. Uśmiechnęłam się, gdy ponownie je zamknął.
- Bardziej niezawodnego budzika w życiu nie miałem - mruknął i wtulił całą twarz w poduszkę. Nie. Nie policzek. Dosłownie całą. Nie wiedziałam, że tak się da oddychać.
- Wstawaj. Nudzi mi się... znaczy mamy dzisiaj bardzo dużo do załatwienia - poprawiłam się, trącając go w ramię. Zaczął jęczeć coś z ukrytą twarzą w poduszce. Przysunęłam głowę bliżej by go zrozumieć, lecz słyszałam jedynie zmienioną intonację jego głosu. No i zrozum co on sam do siebie gada. Chciało mi się śmiać, ale z powagą słuchałam jego wyżalań... czy cokolwiek teraz robił. Po chwili uniósł głowę, o mało nie uderzając mnie nią w twarz i wsparł się na łokciach.
- ... i ja mam teraz wrócić do normalnego wstawania? - spojrzał wyczekująco w moje oczy. Musiałam mieć bardzo zabawną minę. Sama tak stwierdzam. Moja dezorientacja dosłownie była wymalowana na niej. Po chwili ciszy zrozumiałam o co przez około pięciu minut sam do siebie mówił.
- Aaa... tobie o zmianę czasu chodzi - zmierzył mnie spojrzeniem i z załamaniem oparł głowę o poduszkę - A skąd ja mam wiedzieć co gadasz do poduszki, a nie do mnie? Było tylko słychać jakieś mruczenie z elementami mutacji - pokręciłam głową.
- Uwielbiam twoje wsparcie emocjonalne - mruknął.
- Czasem skrzeczałeś jak mała dziewczynka - westchnęłam, doskonale widząc, że to go poruszy.
- Ja nie skrzeczę - podniósł głowę i zmarszczył brwi.
- Czasem tak.
- Nieprawda.
- Skrzeczysz, skrzeczysz...
- Teraz to ja się obrażam - podniósł się z łóżka i wstał. Podążałam za nim wzrokiem z niewinną miną. To był element planu. Nie żebym była w tym momencie okropna. Ale działa - I oświadczam iż wychodzę. Teraz - otworzył drzwi i wyszedł. Posiedziałam chwilę w ciszy, lustrując pozostawioną rozwaloną kołdrę. 
- Nie! Harry! Proszę! - uśmiechnęłam się kątem ust, zadowolona, że wszystko idzie tak jak zaplanowałam - Tylko nie zapomnij się ubrać! Bo znowu sprzątaczka będzie przeżywać kilka dni bieganie po korytarzu w samych bokserkach... - westchnęłam - Ale przynajmniej wstał - powiedziałam sama do siebie i również zeszłam z jego łóżka, stając. Zanim jednak wyszłam z pokoju, drzwi gwałtownie się otworzyły, a w nich stanął Harry z miną jakby właśnie odkrył największy spisek na świecie. Uniosłam brew, gdy zamknął za sobą drzwi, wlepiając we mnie spojrzenie. Skrzyżowałam ręce na piersi, wiedząc, że za chwilę rozpocznie się poważna rozmowa. Podszedł na tyle blisko mnie, że musiałam się cofnąć do tyłu. Uśmiechnęłam się delikatnie, nie opuszczając jednak wyprostowanej pozycji.
- Obydwoje wiemy, że to specjalny zabieg.
- Ja wiem, ale czy ty masz tego świadomość to już inna kwestia - wzruszyłam ramionami z uśmiechem i usiadłam na łóżku. Pochylił się, opierając ręce na pościeli, pomiędzy mną.
- Nienawidzę cię i tych twoich kreatywnych pomysłów do wyganiania mnie z łóżka.
- Wiem. I proszę nie za blisko panie Styles, bo zacznę krzyczeć. A bronić się akurat potrafię, więc radziłabym uważać nie tylko na twarz - zjechałam spojrzeniem po jego ciele w dół - Ale i na coś więcej - zachichotał, gdy uśmiechnęłam się szerzej. Pochylił się do przodu jeszcze bardziej, więc oparłam ręce o łóżko i odchyliłam ciało do tyłu - Proszę się odsunąć, bo naprawdę będę musiała użyć siły. I proszę się też ubrać, bo na pewno na zewnątrz tak nie wyjdziesz. Jeszcze tego mi brakuje, żeby ktoś na twój widok dostał ślinotoku. To niehigieniczne - prychnęłam i obejmując jego szyję, pociągnęłam w dół, tak że opadł na mnie - A masz świadomość, że dzisiaj dzień balu? - cicho odparłam pod nosem. Ale będzie zły - I wiesz, że z tego powodu odwołali lekcje? - przestał składać pocałunki na mojej szyi. Podniósł głowę, opuścił brwi i lustrował moją twarz z uwagą, podpierając się na rękach.
- Jak to nie ma? Myślałem, że tylko po to mnie budzisz. No wiesz... mówiłaś, że trzeba wszystko nadrobić i takie tam...
- Odwołali, co rozumiem, bo ludzie by się buntowali...
- Nie, czekaj, czekaj... chwila moment - sięgnął po telefon i spojrzał na wyświetlacz. Po chwili rzucił go na bok - I budzisz mnie tak wcześnie rano tylko po to, żeby mi do oświadczyć? - podkreślił każde słowo. Naprawdę starałam się nie uśmiechnąć, ale nie mogłam. Przygryzłam usta i pokiwałam głową - O nie... tak nie będzie - złapał za kołdrę, kładąc się na miejscu spania i opatulił dookoła - Dobranoc - podniosłam się, siadając i powoli odwracając głowę w jego stronę. Byłam zaskoczona przebiegiem zdarzeń i nie wiedziałam czy mam się zacząć śmiać czy jednak powstrzymać. Ostatecznie zdecydowałam się na metodę komunikatywno-fizyczną.
- Harry... - jęknęłam, na czworakach wyskrobując się na łóżko. Nie odezwał się. Wspominał, że kiedyś się na mnie obrazi za takie wczesne pobudki i mam nadzieję, że nie nastąpiło to właśnie teraz. Zmierzwiłam mu włosy, ale nie zareagował. Nauczyłam się być ignorowana, ale nadal tego nie lubię. Zaczekałam chwilę, jednak ani drgnął. Dobrze. W takim razie, przechodzimy do punktu głównego całej metody.
Usiadłam na nim okrakiem, delikatnie odrzucając kołdrę na bok. Oparłam policzek na jego plecach, muskając palcem skórę ramienia.
- Harryś... Ładnie proszę - ucałowałam jego szyję i podniosłam się. Widziałam jak kąciki jego ust delikatnie unoszą się ku górze. Co prawiło mi niemałą przyjemność, że mimo wszystko uważnie mnie słucha. Przejechałam rękoma po jego plecach i ramionach, ostrożnie go masując - No przepraszam, ale do nikogo innego nie pójdę i nie powiem, że będzie takim moim księciem na balu, dla którego muszę wystroić się jak prawdziwa królewna - pociągnęłam nosem - No chyba, że znajdę kogoś komu będę mogła zaproponować całkiem przyjemny wieczór. A wiesz, do takiej sukienki zakłada się zazwyczaj ładną, koronkową bieliznę i nie ukrywam, że to ta prosto z Australii...

Harry?

No muszę się pochwalić, że 2269 słów. Przypadek? xd

niedziela, 10 grudnia 2017

Od Isabelle cd. Harry'ego

Uśmiechnęłam się, zaczesując jego włosy do tyłu. Oparłam głowę o jego czoło, początkowo zostawiając całusa na czubku jego nosa.
- Pięknie wyznanie, Haroldzie - uśmiechnął się szerzej - I jakże można ciebie nie kochać? - uniosłam jego podbródek delikatnie do góry, całując - Kocham cię, Harry. I chcę ci coś pokazać, ale najpierw musisz mnie puścić - zachichotałam.
- Nie wiem czy w tej sytuacji, w takim stanie jest to możliwe na chwilę obecną - wystarczyła mina słodkiego kotka, żeby przewrócił oczami i postawił mnie na ziemi. Chwyciłam go za dłoń, splatając nasze palce, ale po chwili zatrzymałam się.
- Albo jednak nie... czuję się znowu nisko. Możesz mnie z powrotem podnieść - zażartowałam, gdy westchnął głęboko - Żartuję przecież... - trąciłam go w ramię i pociągnęłam za sobą - No chodź już.
Zeszliśmy po schodach na dół, aż do salonu, przez mały pokoik ze stoliczkiem i fotelem, gdzie ciocia lubiła się odprężać przy parującym kubku kawy bądź herbaty, siedząc naprzeciwko okna z książką w ręce i spoglądała na swój idealny ogród, pilnując czy przypadkiem nic nam się nie dzieje. Przez ten czas zmieniło się tylko to, że nie jesteśmy już wariującymi dzieciakami. Trochę jednak tęskniłam za tamtymi czasami, za beztroską mimo tych wszystkich problemów, które wtedy były obecne.
Wyszliśmy na zewnątrz przez rozsuwane, szklane drzwi w stronę ogrodu, który był cały ogrodzony żywotnikiem i innymi większymi drzewkami. Ciocia lubi różnorodność. Jest pedantką, ale pozwoliła sobie na odrobinę zabawy. Połowę ogrodu zrobiła w stylu francuskim. Poukładane filamenty z kwiatów, drobne ścieżki pomiędzy krzewami, tworzyły mały labirynt. Za to druga połowa została oddana naturze. Widać było wyraźnie powoli zmieniający się styl francuski na czysto angielski. Uważałam, że to się może ze sobą gryźć, ale ta kobieta ma niesamowite umiejętności, gdzie nawet kontrastowe barwy potrafiły ze sobą współgrać. To właśnie w tej części ogrodu, na samym końcu, w kącie postawiona była mała, zabudowana altana. Osłonięta starymi drzewami, wyglądała jak chatka nimfy leśnej. W środku znajdowało się duże łóżko, specjalnie wstawione dla naszej trójki, która wprost uwielbiała obierać altanę jako bazę czy bunkier. To był nasz dom, zamek, forteca, statek, czasem namiot, gdy bawiliśmy się w podróżników, ale przede wszystkim to miejsce, w którym niezaprzeczalnie dorastaliśmy, a nasze dzieciństwo zostawało w pełni wykorzystywane.
- Ciocia specjalnie dla nas wybudowała u siebie, głęboko w ogrodzie specjalną altanę - powiedziałam, gdy razem weszliśmy pod jej daszek - Wstawiła łóżko, często wraz z braćmi robiliśmy nocki. Teraz głównie odgrywa rolę ozdobnika, ale liczę, że nadal pozostała tu cudowna atmosfera - okręciłam się dookoła, wciągając zapach drewna, które nadal była w doskonałym stanie. Zadbane i mające naturalną barwę. Usiadłam na pościeli, co dziwne, ciocia musiała ją wymieniać, bo niemożliwe by przez ten czas pozostawała ta sama. Przejechałam ręką po miękkim materiale i spojrzałam na Harry'ego. Przyglądał się właśnie jakimś kartkom, po chwili podszedł i usiadł obok mnie. Spojrzałam na kolorowe... nie ukrywajmy, bazgroły moich braci i roześmiałam się.
- Po każdej zabawie, rysowaliśmy to, w co się akurat bawiliśmy - wyjaśniłam - Jeśli dasz radę tutaj cokolwiek zobaczyć. Akurat wtedy bawiliśmy się w Tarzana. Wchodziliśmy na drzewa, oczywiście potem ciocia nas zganiła i wskazała tylko te, które w miarę przeżyje - zabrałam od niego kartkę - To tak jakby było wczoraj. Pamiętam jak Gabriel wtedy spadł, mimo że mówiłam jemu i Nathanielowi, że nie mają się przepychać, bo się źle skończy... - pokiwałam głową ze skrzywieniem.
- I? - chłopak spojrzał na mnie. Nie wierzę, że chce tego słuchać, ale skoro tak...
- No i nie mógł nabrać powietrza, więc pobiegliśmy do cioci, a ona zadzwoniła po pogotowie. Pamiętam jak przeżywała to. Mówiła, że mama już nigdy nas do niej nie odda. Na szczęście złamał sobie tylko rękę i delikatnie uderzył w głowie, co przyczyniło się do tych zawrotów głowy. Stwierdziliśmy razem, że już nie będziemy bawić się w Tarzana, ale z chodzeniu po drzewach nie zrezygnowaliśmy. Wkrótce nawet robiliśmy zawody kto pierwszy na którejś wejdzie. Zawsze się denerwowałam, bo nigdy nie byłam pierwsza. Prawie za każdym razem wygrywał Nate i to mnie chyba najbardziej irytowało. Raz dali mi wygrać. Cieszyłam się jak głupia, a potem jak trochę podrosłam to domyśliłam się, że to były fory z ich strony. Chodziłam obrażona przez kilka dni, ale szybko mi przeszło - zaśmiałam się, przeglądając dalsze rysunki - To były wspaniałe czasy. Pamiętam nawet jak tutaj pierwszy raz przyjechałam. A często tutaj przebywałam, jeszcze gdy mama walczyła z depresją. Miałam wtedy cztery lata, gdy poznała Richarda. I to właśnie dzięki cioci Melanii. Wówczas ja i mój brat mieszkaliśmy u niej. Gab był jeszcze za mały. Mama musiała uporać się z depresją i twierdziła, że niezdrowo na nas wpływa, więc starała się abyśmy trochę odpoczęli od tej smętności u ciotki - westchnęłam i złożyłam z powrotem obrazki na pół i uniosłam spojrzenie. Uważam, że powinnam w końcu wyjaśnić, dlaczego nie chcę rozmawiać z Edwardem zanim wrócę do Anglii. W końcu Harry'emu się to należy - Zmierzam do tego, aby wyjaśnić całą sytuację z moim ojcem. Wiem, że on pojawi się zaraz po tym jak wrócę do Anglii, a myślę, że ciekawi cię dlaczego właściwie nie chcę z nim rozmawiać. Oczywiście, zostawił mamę, zostawił dwójkę dzieci, ale nie za to mam do niego największy żal. Gdy byłam już nieco starsza i niezwykle napalona okazją na spotkanie biologicznego ojca, zainteresowałam się całą sprawą. Mama nigdy nie chciała mi opowiedzieć dokładnego przebiegu zdarzeń. Nate nigdy się tym nie interesował, myślę, że do dziś nie ma to dla niego większego znaczenia. Ja natomiast zdołałam wyciągnąć najważniejsze informacje, a nawet znalazłam dokładny adres zamieszkania Edwarda. Myślałam, że ucieszy się na widok swojej córki, ale to było tylko wyobrażenie nastoletniej dziewczynki. On po prostu znalazł sobie inną rodzinę, miał żonę, dziecko... po prostu kochał ich, obdarzył wszystkim tym, czym nie obdarzył nas. Nie widzę w tym żadnego wytłumaczenia. Nawet nie pomógł mamie się pozbierać. W dniu, gdy miałam okazję go spotkać, poszedł do niej i zaczął robić wyrzuty, że nasyła na niego swoje dziecko. Zaczął opowiadać jaką to ma wspaniałą rodzinę, cudowne życie, nie zważając na to, że mama wówczas sama była w ciąży. Gdyby nie było w domu Nathaniela to pewnie nasłuchałabym się tego więcej. Richard był wściekły, gdy o tym usłyszał. Wcale mu się nie dziwię. Nienawidzę tego człowieka. Wiem, że to źle i próbowałam znaleźć jakiś powód żeby tego nie robić, ale takowego nie ma. Nawet fakt, że jest moim ojcem... on nawet pogarsza całą sprawę - położyłam się na plecach, wpatrując się w drewniany sufit, z którego nadal zwisały papierowe ozdoby - Po prostu uważam jego zachowanie za dwulicowe. Nie tylko dlatego, że w ogóle się pojawił, ale ma w tym cel. Jestem pewna, że w tych całych "próbach porozmawiania", kryje się drugie dno. Nie jestem już głupią, naiwną nastolatką, którą prośba słodkim, proszącym głosem ruszy. Dlatego temat o Edwardzie uważam definitywnie za zamknięty - gest zamykania drzwi na klucz i wyrzucenie go za siebie, miał pokazywać moje zdecydowane posunięcie wobec ojca. I faktycznie uważałam to jako za dobre zakończenie.
- Jesteś zmienna - stwierdził, kładąc się obok - Po głębszym poznaniu muszę dojść do takiego wniosku - przyznałam mu rację, bo zdecydowanie ją miał.
- Nie lubię być stała - pokręciłam głową - Wiem, że to dziwnie brzmi i niezależnie od nas, nasz charakter określa człowieka, ale po prostu są miejsca i osoby, przy których nie muszę trzymać sztywnej postawy.
- I jestem jedną z nich? - podniósł się i zawisnął nade mną z zadowolonym uśmiechem.
- Teraz tak.
- A wtedy?
- A czy to ważne, co było wtedy? Teraz masz mnie na wyłączność - wzruszyłam ramionami.
- I żaden inny chłopak z hotelu mi ciebie nie zabierze? - uśmiechałam się coraz szerzej, aż w końcu zachichotałam, przymykając oczy.
- Nie. Nikt nie ma takich zielonych oczu, poza tym obawiałabym się o twoje zdrowie psychiczne - uniosłam dłoń i pogłaskałam go po włosach.
- Ma się całkiem dobrze - przewrócił oczami
- Oczywiście - zaświergotałam, trzepocząc rzęsami - Ale poważnie uszkadza się, gdy rozmawiam z moimi byłymi - zjechałam dłonią na jego policzek, gładząc kciukiem ciepłą skórę - A teraz proszę się ładnie przyznać. Alyssa ci powiedziała - zmrużyłam oczy.
- Do niczego się nie przyznaję - pokręcił głową, zamykając oczy.
- Bronisz jej, a to jest najlepszy dowód - trąciłam go w nos - Zdrajca z ciebie niesamowity.
- Bo się obrażę - zagroził. Jeszcze będzie się obrażał na mnie. Co za niesamowita bezczelność. Za chwilę ktoś tu na pewno się obrazi i to nie będzie on.
- To ja powinnam się obrazić - oświadczyłam z namaszczeniem, spodziewając się jednak całkiem innej reakcji ze strony chłopaka. Zamiast walczyć o swoje, uśmiechnął się jeszcze bardziej, nieco rozbawiony i powoli zaprzeczył głową.
- Nie obrazisz się - pochylił się jeszcze bardziej, zniżając swój głos. Cofnęłam głowę najbardziej jak umiałam, niemal zagłębiając całą głowę w poduszkę, starając zachować subtelny uśmiech - Już cię wyczułem, Mortensen. Masz coraz mniej dróg ucieczki - ostrożnie odgarnął z mojej szyi włosy na bok. Zmierzył mnie spojrzeniem, uśmiechając się jeszcze bardziej i powoli wycałował moją szyję. Podciągnęłam jego koszulkę do góry, nieco pomógł mi w zdjęciu jej. Ciocia by mnie zabiła, gdyby tylko wiedziała, że wykorzystałam jej ogród do takich celów. 
- Myślisz, że teraz? - zapytałam, obejmując jego szyję, będąc wówczas już jedynie w bieliźnie.
- Później będzie tylko trudniej - wymruczał, powoli zdejmując czarne ramiączko z mojego ramienia - Później będzie tylko coraz mniej czasu. Szkoła, akademia, rutyna...
- Koncert jeden po drugim, pytania dlaczego Harry Styles nie chce pokazać swojej dziewczyny, czy jego życie prywatne aż tak drastycznie się zmieniło... - zachichotałam, gdy uniósł głowę i zmarszczył brwi. Objęłam jego twarz dłońmi i pocałowałam - A ja jako twoja wspaniała pani adwokat odpowiem, że twoje życie prywatne jest tak cudowne, że nie możesz się nim chwalić by przypadkiem nie zachwycić zbytnio twoich fanów. Tak? - owinęłam go nogami wokół bioder i pogłaskałam po policzkach.

Harry?

niedziela, 26 listopada 2017

Od Isabelle cd. Harry'ego

Ten post jest skrócony tylko i wyłącznie dlatego, aby pokazać Wam, że jestem najgrzeczniejszym przedstawicielem społeczności tego bloga i pragnę aby świat nie demoralizował się bardziej nie tylko przez treść (żadnej tutaj nie znajdziecie jeszcze, pff), ale i przez obrazki. Dziękuję.

Powrót do domu dwójki nie do końca trzeźwych ludzi, który był położony całkiem daleko od mieszkania Alyssy, nie był najlepszym pomysłem, ale ja mówiłam, że Harry nie pije. Oczywiście Ali musiała wygłosić swój punkt widzenia, przedstawić mi argumenty, które łatwo obaliłabym, gdyby tylko nie była pijana. Kłócenie się z nią, gdy we krwi ma tyle promili okazywało się syzyfową pracą, która kończyła się niczym konkretnym. A nawet potrafiła się obrazić, za to, że nie potrafię się z nią zgodzić. Czasem była okropna, ale i tak ją uwielbiam.
- Wiesz jakbyś spalił to miałabym problemy. Moja ciocia nie jest moją mamą. To straszna pedantka, kochana pedantka, ale nie mając w życiu stałego mężczyzny, ceni swój dom jako coś w rodzaju świętego miejsca, katedry, ogrodu myśli czy nawet właśnie drugiej połówki. Myślisz, że dlaczego jest tu tak czysto i Nate nie zamierzał mnie tu puszczać? Szczególnie z tobą - zmierzyłam go spojrzeniem, gdy zapinał swoje spodnie. Odwrócił głowę i mimo tego, że próbował ukryć uśmiech, niezbyt mu to wyszło.
- Twój brat zgodził się na to abyś była tu sama ze mną? - sięgnął po koszulkę w zamiarze założenia jej, ale szybko mu ją wyrwałam z rąk i rzuciłam na fotel z tyłu. Ciocia by się załamała. Założyłam ręce na jego szyję i uśmiechnęłam się dumnie. Nadal byłam zadowolona z tego, że udało mi się tego dokonać. A namówienie Nathaniela równało się z cudem, będącym ogromną łaską z jego strony. Za każdym razem robił mi łaskę jeśli chodziło o facetów. Nawet nie zadawałam pytań czy będzie dla nich miły, bo nawet jak potwierdzał, to potem mierzył ich takim spojrzeniem jakby mieli właśnie kraść skarb. Zawsze mówił mi, że jestem jego największym skarbem i wtedy wybaczałam mu wszystko za co byłam tylko zła.
- To dla ciebie szczęście. Nawet nie wiesz ile musiałam wyzwolić z siebie werwy żeby go namówić. Ile musiałam go pilnować żeby przypadkiem nie zabrał ciebie na stronę i nie wyjaśnił parę oczywistych dla niego spraw, po których każdy uciekał z krzykiem - zrobiłam smutną minę. Harry odsunął głowę, marszcząc brwi. Miałam utrzymać poważny wyraz twarzy, ale nie potrafiłam. Widząc ten delikatny strach w jego oczach.
- Rozumiem, że gdy będziemy wracać do akademii to już nie będziesz chciała wpadać do domu? - zapytał niepewnie, ale po chwili podniósł kąciki ust.
- Zobaczymy. To zależy jak się będziesz sprawował i czy będzie grzeczny - wzruszyłam ramieniem i cmoknęłam go w policzek - I nie zakładaj koszulki, tak o wiele lepiej wyglądasz - wyszeptałam, stając na palcach by tylko dosięgnąć jego ust. Coraz mniej przeszkadza mi, że jest taki wysoki. Objął mnie w pasie z jeszcze szerszym uśmiechem.
- Co się stało z moją grzeczną Isabelle?
- Została w Anglii... no może we Francji...
- To znaczy, że jak wrócimy to... - przyłożyłam palce do jego ust i pokręciłam głową.
- Jak wykraczesz to na pewno.
- Dobra, ale ja też mam warunek - pociągnął mnie z powrotem na łóżko, cicho roześmianą z uniesioną brwią do góry. Ten uśmiech nie oznaczał nic dobrego, a ja nie miałam szans się wyrwać i weź tu żyj spokojnie - Ty zostajesz również w samych spodenkach.
- Ale będzie mi zimno... - skrzywiłam się - Mogę chociaż bluzę?
- No dobra, ale wtedy ja też mogę założyć na siebie coś, gdy zrobi się chłodniej - odpowiedział twardo.
- Ale ty, a ja to nie to samo. Równouprawnienie istnieje tylko w prawie - roześmiał się razem ze mną.
- Tu jest tak ciepło i niepodobnie do Anglii, że wątpię abym miał ochotę cokolwiek na siebie zakładać.
- I bardzo dobrze... - wyszeptałam - A teraz idź robić mi śniadanie skoro się zaoferowałeś - zeszłam z niego i zepchnęłam z łóżka. Pokręcił głową i zszedł na dół.
Spojrzałam na zegarek, jakby w godzinę, którą zobaczyłam przed chwilą nadal nie mogła uwierzyć. Niemożliwe, że już druga. Bardziej opłacałoby się pójść do jakiejś restauracji w okolicy niż robić śniadanie. Tym bardziej śniadanie. Ale jest kilka problemów. Zapewne żadnemu z nas nie chce się wyjść z domu. Po drugie, na pewno nie wyszłabym nieogarnięta, a zanim bym to zrobiła to trochę minie. Po trzecie nie w takim stroju, a nawet jakby mój mi nie przeszkadzał, to z zazdrością Harry'ego, o której przekonałam się zeszłego wieczoru, na pewno nigdzie bym tak nie wyszła. Nie będę mu mówić jak chodziłam w wakacje rok temu, bo się chłopak mi załamie.
Ruszyłam do łazienki, biorąc szybką kąpiel i po ubraniu się, z powrotem opadłam na łóżko, sięgając po telefon i pisząc szybką wiadomość do chłopaka z informacją, że właściwie mógłby się pośpieszyć. Przy okazji napisałam też do Alyssy aby sprawdzić czy żyje i nie próbuje zaprzyjaźnić się zbyt długo z łazienką.
- A królowa to na dół nie zejdzie!? - krzyknął z dołu Harry.
- Chodź do mnie kotku! - usłyszałam cichy śmiech - Tutaj jest o wiele wygodniej niż na tamtych krzesłach, mimo swojego mięciutkiego podbicia! - chłopak wszedł do pokoju z tacą i przechylił głowę. Z uśmiechem wstałam, podeszłam do niego i zabrałam śniadanko.
- Ale to też dla mnie - zauważył. Odłożyłam tacę na stolik - I miałaś nie zakładać koszulki - zmrużyłam oczy.
- Jak będę chciała to się podzielę - podszedł bliżej - I... ja tu żadnej koszulki nie widzę.
- Issy... kłamczuchu jeden...
- Ale ja jej nie mogę zdjąć - roześmiałam się. Skrzyżował ręce na klatce z pytającym spojrzeniem. Wyczekiwał odpowiedzi? - Nie mogę ci powiedzieć dlaczego, bo dbam o twoje zdrowie w związku z sercem.

sobota, 11 listopada 2017

Od Isabelle cd. Harry'ego

Alyssa od dziecka była mistrzynią organizowania wszelkich spotkań. Daty naszych urodzin akurat całkiem przypadkowo niemal się na siebie nakładały, dlatego to, gdy już byłyśmy nieco starsze, to właśnie Alli organizowała jakieś większe przyjęcia. Szczerze mówiąc, to nie wyobrażam sobie jej bez uczczenia swoich urodzin odpowiednio. Ja stanowiłam nie raz jej anioła stróża, który alkohol do ust brał tylko w wyjątkowych sytuacjach, a jeśli już to na tyle by mieć kontrolę nad rozwalającą się po całej imprezie przyjaciółki. Nie przeszkadzało jej bycie w centrum uwagi, zazwyczaj robiła furorę, podczas gdy ja jednak wolałam usiąść i oglądać wszystko z boku. I pilnować jej oraz czasu. Wszyscy nazywali mnie niekiedy tą poprawną, grzeczną dziewczynką. I wcale nie próbowałam ich odciągnąć od takiej opinii. Wolałam uchodzić z tą pijącą mniej bądź wcale, ale dzisiaj dostałam jedno, wyraźne i dokładne polecenie.
- Issy... masz absolutny zakaz poruszania się bez pełnej szklanki w ręce - Alyssa przechyliła głowę, przez co niechcący kreska, którą kazała sobie zrobić, wyszła niestarannie i za mocno, podkreślając z całej siły oko. Spojrzałam w lustro i przewróciłam oczami. Natychmiast to zauważyła i niemal się zapowietrzyła, całkowicie zapominając o nierównym makijażu - Obiecaj mi to - zmierzyła mnie spojrzeniem.
- Obiecuję ci, że się upiję? - uniosłam ręce w geście obrony. Zmrużyła oczy z delikatnym uśmiechem.
- Powiedzmy, że ci wierzę. A jak mnie kłamiesz w moje urodziny to ci zapalę takiego kopa w tą ładną dupeczkę, że do Anglii wrócisz połamana - zaśmiałam się i poprawiłam swoją pracę. Przytuliłam ją od tyłu i oparłam głowę o ramię. Uśmiechnęła się, wzdychając głośno - Zdajesz sobie sprawę, że niecałe dwa lata temu zaczęłyśmy żyć jako pełnoletnie i pełnoprawne obywatelki tego kraju, a dzisiaj dochodzi mi kolejny rok, kolejna coraz bardziej widoczna zmarszczka? - przyjrzałam się nam w lustrze i potwierdziłam kiwnięciem głowy - A wiesz co jest najbardziej frustrujące? - uniosłam brew - To, że w szkole twoim jedynym, realnym partnerem był tomik Roberta Adamsona, tymczasem teraz czuję się jakbyśmy zamieniły się miejscami - zrobiła smutną minę i oparła głowę o moją.
- To były najlepsze wiersze w tamtym czasie. Uwielbiałam jego twórczość - obydwie westchnęłyśmy. Pamiętam to jakby zdarzyło się co najmniej wczoraj. Wtedy Alyssa mieszkała jeszcze bliżej mnie, niemal na tej samej ulicy. Znałam ją jeszcze przed przeniesieniem do innej szkoły, a w nowej była jedyną osobą, do której na początku mogłam się zwrócić. Byłyśmy swoimi przeciwieństwami. Ona, brunetka, lubująca się w luksusie, najbardziej wygimnastykowana z całej klasy i ja, która niemal zawsze miała pod ręką książkę, jedyna potrafiąca na sprawdzian dwa dni przed, na obrzydzenie wykuta z każdego tematu, choć jak dziewczyna sama powtarzała, istny demon jeśli się rozkręcała.
- I go niecnie zdradziłaś z piosenkarzem. Robert musi być załamany - zaśmiałam się i chwytając ją za rękę, pociągnęłam w stronę drzwi.
- Leży gdzieś na półce. Za to ja zorganizowałam dla ciebie najlepszy, własny koncert na świecie i oczekuję ogromnych podziękowań. Ale cii... masz nic nie wiedzieć, to niespodzianka - powiedziałam szeptem i momentalnie o mało nie zostałam uduszona mocnym przytuleniem.
- Wiesz co jeszcze w tobie uwielbiam? - poprawiła się.
- Fakt, że daję ci najlepsze prezenty? - przyznała skinięciem głowy, cicho się podśmiewając.
- To też... - przeciągnęła - Ale najbardziej w tobie uwielbiam to, że masz za faceta Harry'ego Stylesa, a ja mogę tylko na tym korzystać, a te wszystkie dawne żyrafy z równoległej klasy mogą się dzisiaj ugryźć.
- Czyli przyznajesz, że to przyjaźń dla korzyści? Wiedziałam - prychnęłam i sprawdzając godzinę, pociągnęłam Alyssę za sobą - No chodź, bo się spóźnisz na swoje własne urodziny.
- Już, już - złapała mnie pod ramię - Zdradzę ci coś, ale musisz obiecać, że mnie nie zabijesz - przedostałyśmy się w miarę dyskretnie między gośćmi - Miałam zaprosić Kendall, bo to by podniosło niejako rangę mojej imprezy urodzinowej - posłałam jej krzywe spojrzenie. O nie, nie wytrzymałabym tutaj, w jednym pomieszczeniu, w jednym domu wraz z chodzącą księżną królową na szpilkach wyższych niż największy budynek w całych Stanach. I teraz nie mówię tego w żarcie. Naprawdę tak myślę.
- Zabiłabym cię jakbyś ją zaprosiła. Nie miałabym wyjścia - obydwie się zaśmiałyśmy. Jednego jej nie mogłam odebrać. Alli była naprawdę lojalna i nie przeszkadzał mi fakt, gdy lubiła osoby, które ja nie trawiłam, ale zawsze brała pod uwagę moje zdanie i niezwykle się z tym obchodziła. Nawet jeśli miało wyjść to na jej plus.
- Wiem. Dlatego stwierdziłam, że wolę zaliczyć tę imprezę bez zgonu... rzecz jasna jutro rano będę jęczeć, że mi niedobrze.
- Do czego ty mnie zmuszasz... - westchnęłam, dając skinięciem głowy z delikatnym uśmiechem znak Harry'emu.
Dalsza część odbyła się według zamierzonego planu. Alyssa była wniebowzięta, ale gdy Harry spytał o to czy jej się spodobało nie mogłam po prostu tak powiedzieć. Wkrótce dziewczyna poszła na górę. Dokładnie wszystko obserwowałam, stwierdzając, że za chwilę będę musiała ją znaleźć. Może trochę przesadzam dla niektórych, ale wychodzę z założenia, że mimo wszystko bezpieczniej dla niej jest na dole.
Stanęłam gdzieś z boku, obserwując wszystko z innej perspektywy. Wkrótce chłopak dołączył do mnie. Uśmiechnęłam się kącikiem ust.
- Tej drugiej nutki jeszcze nie słyszałam - wzięłam łyka, nieznacznie się uśmiechając. Wcześniej dostałam jeszcze jedną radę od Alli, że mam przestać sobie liczyć ile już wypiłam. I faktycznie pogubiłam się w rachunkach.
- To nowość. W sumie to pierwszy raz ją zaśpiewałem, ale myślę, że wyszło dobrze. Niall mi nieco pomógł przy tym, a znając życie wszelkie portale społecznościowe zdradzą fakt, że zamierzam wydać nową piosenkę.
- I bardzo dobrze - zdziwił się - No co? Uważam, że należy się tobie. Jeśli dzięki piosence można się bardziej w kimś zakochać to właśnie chyba coś w tym rodzaju przeżywam - uśmiechnął się, gdy go ucałowałam - You're perfect for me.
Wkrótce Alyssa porwała, jak to sama określiła, mojego faceta do tańca, wciskając mi w dłoń swój kieliszek. Jędza mała. Nie powiedziałam jej, że nie on będzie prezentem dla niej tylko piosenka. Robi to specjalnie. Wiedziałam, że pokazywać Harry'ego gdziekolwiek to jak skazanie siebie na ciągłe pilnowanie, bo zagrożenie istnieje nawet ze strony przyjaciół. A jeśli chodzi o zagrożenie... Mój wrażliwy czujnik na chodzącą głupotę właśnie wykrył poważne zagrożenie.
- O, co za spotkanie. Ty też tutaj? - odwróciłam się, nawet nie starając o porządny uśmiech. Nie musiałyśmy już przed sobą udawać sympatii, bo po prostu jej nie było.
- Jestem przyjaciółką Allyssy, w przeciwieństwie do ciebie. A to impreza urodzinowa, więc naprawdę nie wiem co tu robisz - zwróciłam się do Kendall.
- Cóż, poznałyśmy się na poprzedniej, więc głupio było nie złożyć jej życzeń osobiście.
- Mogę jej przekazać.
- Nie wyjdę z imprezy - zaprzeczyła, co oczywiście spotkało się z moim niezadowoleniem.
- No widzisz, bo ja właśnie zamierzam cię zmusić do wyjścia - dziewczyna przez chwilę miała szeroko otwarte usta i mierzyła mnie spojrzeniem. Będąc w tych swoich wysokich szpilkach, w których wyglądała bardziej jak anakonda niż modelka. Zaśmiała się cicho i sięgnęła po kieliszki.
- Isabelle, nie kłóćmy się... - ten proszący ton był tak zdradliwy jak środkowa część Australii. Wszystko chce cię zjeść, ale przysłania się słodkimi oczami - Napijmy się. Za zgodę - wyciągnęła rękę do przodu, chcąc podać mi napój. Spojrzałam na szkło wypełnione rudawym płynem i zaśmiałam się. Nie wierzę. Nie znam jej, fakt. Nie wiem czy faktycznie chce się pogodzić, ale trudno uwierzyć mi w to, że robi to z czystymi intencjami i całkowicie bezinteresownie. Uniosłam głowę, patrząc jej prosto w oczy. Jako, że miałam na sobie sportowe buty, byłam znacznie niższa, co jednak nie przeszkadzało mi przed zgromieniem ją wzrokiem.
- Ja się z tobą nie kłócę. Wręcz przeciwnie... nawet lubię nasze wspólne rozmowy, opierające się na zasadzie udowodnienia sobie, która z nas jest silniejsza, co uważam za prymitywne, ale chyba z tobą nie da się inaczej. Po prostu odwal się, zostaw mnie i na szczęście swojego byłego w spokoju, skup się na tym co masz robić w zakresie swoich zawodowych obowiązków, bo podobno po to tu jesteś i przestań pokazywać się wszędzie tam, gdzie próbuję spędzić miło czas wraz z Harrym. Czy to wyjaśnienie jest na tyle jasne? - od wieków na nikogo tak się nie uniosłam, bo od wieków aż tak nikt mnie nie irytował. Mina Kendall natychmiast się zmieniła. Z szerokiego uśmiechu pozostały tylko uniesione kąciki ust, które tylko podkreślały jej nieczyste intencje. Zmrużyła oczy, na których miała perfekcyjny makijaż.
- Jasne - łyknęła zawartość kieliszka. Uśmiechnęłam się, w duchu dziękując, że powiedziała tylko tyle.
- Świetnie - odpowiedziałam i zostawiłam ją w tym samym miejscu, szukając innego kąta byleby jak najdalej od niej. Zabrałam ze sobą coś mocniejszego, by zagłuszyć to poczucie obecności czarnej pantery w tym domu. Alli zdołała mnie odszukać po jakimś czasie. Mimo, że była wstawiona to nadal kontaktowała ze światem i wiedziała, że nie bez powodu moja mina wyglądała jakbym miała ochotę pozabijać poniektóre osoby.
- A ty co taka zła? - usiadła obok, zabierając ode mnie butelkę.
- Pamiętasz jak wspominałaś o zaproszeniu Kendall - pokiwała głową - To wiedz, że ona nie potrzebuje zaproszenia by się pojawić.
- Bliskie spotkanie trzeciego stopnia?
- A nawet czwartego...
- Poważnie...
- Dała mi wyraźnie znak, że sama nie odpuści - spojrzałam zadowolonym spojrzeniem wraz z tajemniczym uśmiechem na przyjaciółkę - A ja jej powiedziałam, że może prowadzić tę swoją grę, ale nic nie ugra, bo po prostu rzeczy takie jak ona wychodzą z mody - Alyssa zaśmiała się.
- Chyba starczy ci na dziś alkoholu. Jeszcze nikomu nie powiedziałaś bezpośredniego złego słowa.
- Tobie na pewno. Ja jeszcze potrafię utrzymać się na nogach. Alergia na osobowość Kendall jakoś dziwnie spowodowała moje wytrzeźwienie. A teraz wybacz, muszę kogoś obronić przed nawrotem ataku - odłożyłam wszystko na stolik i w tłumie odnalazłam Harry'ego. Chwytając go za rękę, pociągnęłam w stronę bocznego korytarza.
- Nie uwierzysz z kim miałam przyjemność pomówić - przyciągnęłam go do siebie. Uniósł brew, zdziwiony. To znaczy, że doskonale wiedział i kim mówię - Tak. To jakieś cholerne fatum, które chodzi za tobą jak cień.
- Za mną? - uśmiechnął się, opierając ręce na moich biodrach.
- Tak. To ty ja tutaj przyciągnąłeś, a teraz ja muszę ją odczepiać - przejechałam dłońmi po jego ramionach, robiąc niezadowoloną minę - Ale... - spojrzałam tuż nad jego ramieniem, widząc jak zgrabna sylwetka dziewczyny przesuwa się z wolna po środkowej części salonu - Chyba jest dwa do jednego - uśmiechnęłam się w tym samym momencie, w którym Kendall spojrzała w bok. Obiecuję sobie, że już nigdy nie wleję w siebie na raz tyle alkoholu. Złapałam za kołnierzyk jego koszuli i pociągnęłam w dół z nadzieją, że ten obraz nawet nie ukłuje, on kopnie czarnowłosą w tyłek. Złączyłam nasze usta w pocałunku, opierając się plecami o ścianę, również w celu utrzymania jako tako równowagi. Jeśli mam prowadzić z kimś wojnę to niech ten ktoś widzi, że jak na osobę nieżywiącą do nikogo urazy, potrafię walczyć o swoje.

Harry?
Wedle obietnic

1802 słowa

piątek, 27 października 2017

Od Isabelle cd. Harry'ego

Rozejrzałam się po pokoju, wzruszając niepewnie ramionami i właściwie nie wiedząc czy chce pokiwać głową, czy też pokręcić w zaprzeczeniu. Co za cholera wredna... Czułam, że się wygada, no nie mogło być inaczej. Wytrzymać by nie mógł, gryzłoby go to jak sumienie gryzie ludzi, gdy źle coś zrobią. Ale ja już się postaram o to żeby przypadkiem nic więcej nie wypaplał.
- O niczym ważnym i godnym uwagi - uśmiechnęłam się, przechylając głowę.
- To nie był głos człowieka bez sensacji - i co ja na to mogę? Teoretycznie mogłabym się przyznać, ale najpierw muszę zrobić jedną rzecz, która mi to stosunkowo ułatwi.
- Ubzdurał sobie coś i tyle - machnęłam ręką i minęłam go, idąc w kierunku okna. Byle by najdalej od świdrującego spojrzenia, wciskającego mi na usta "Nie chcę się przyznawać, ale masz tak cholernie zielone oczy, że muszę".
- Kłopot w tym, że miał rację - odwrócił się, wodząc spojrzeniem za mną. Oparłam się o ścianę, przy której stała niewielka biblioteczka starych książek, które mama zwykła magazynować. Nowości odkładała zawsze na dole, mając do nich dostęp. Te miały służyć jako lektury dla gości na nudne wieczory. Chociaż nie wiem czy nudne, bo to łóżko było tak ogromne...
- Powiem tak, że nie wiem skąd to wymyślił, ale trafił, a ty się zapewne przyznałeś? - to delikatne zwalanie winy, ale chciałam poznać reakcję chłopaka. Zmarszczył brwi i zmierzył mnie spojrzeniem.
- Zaskoczył mnie i tyle... - odpowiedział już ciszej - Ale nie dostał konkretnej odpowiedzi - szybko zaznaczył. Ten pośpiech był tak zabawny, że na mojej twarzy pojawił się automatyczny, szeroki uśmiech - Niall nie dzwoni do ludzi bez sensu - odwróciłam z wolna głowę, powstrzymując się przed roześmianiem. Telefony bez powodu to właśnie specjalność chłopaka, który widocznie ostatnio bardzo się nudził. I wcale nie musiał się starać by wyciągnąć ode mnie najważniejsze informacje. Właśnie... jak już wrócę do Anglii i spotkam gdziekolwiek blondyna, to porozmawiam sobie z nim jak prawdziwy, szanujący przyjaciel. I Charlie mu nie pomoże. Jego krzyk będzie cichy i niesłyszalny... - Jesteś jeszcze? - uniosłam wzrok, oblizując zaciśnięte usta.
- Jasne, zamyśliłam się.
- Wiesz co... ja może do niego zadzwonię i powiem żeby nie wnikał - wyciągnął telefon z kieszeni.
- Nie! - odepchnęłam się od ściany i wyrwałam telefon z jego dłoni, przykładając do piersi. Jego zaskoczenia nie dało się opisać - Znaczy... - jęknęłam, wymachując ręką, w której trzymałam urządzenie do tyłu i do przodu - Ja z nim porozmawiam... a ty idź do mamy i powiedz jej żeby nie szykowała dla nas śniadania - popchnęłam go w kierunku drzwi.
- Ale chyba nie zamierzasz z nim rozmawiać o tym co mi mówił? - stanął w przejściu. Zacisnęłam usta i pokręciłam głową.
- Skądże... - chwyciłam za klamkę - I możesz powiedzieć Nathanielowi, że ma się już szykować, bo jak zejdę to wychodzę i kluczyków od samochodu nie znajdzie. No pa pa pa pa... - pomachałam ręką i zamknęłam drzwi.
No dobrze panie Horanie. Ciekawe co mi będzie miał pan do powiedzenia. Wybrałam jego numer, położyłam się na łóżku i z zadowolonym uśmiechem, czekałam aż odbierze.
N: No i co? Przyznała się? ~ głos chłopaka odezwał się niemal natychmiastowo, oszczędzając jakiegokolwiek przywitania czy czegoś w tym rodzaju. Co za podła menda. Milczałam przez chwilę, czekając na jego reakcję ~ Em, Hazza? ~ usłyszałam już niepewny ton. Tym razem także się uśmiechnęłam, ale już złośliwie.
I: Cześć. Z tej strony Isabelle ~ zapadła głucha cisza, a po niej głośne westchnięcie po drugiej stronie. Niemal czułam jego wahanie w związku z nadchodzącymi myślami czy nie lepiej byłoby się rozłączyć.
N: Nie ładnie tak podszywać się pod mojego przyjaciela... Co to za maniery... ~ ja ci za chwilę zrobię cały wykład o dobrych manierach.
I: Niall, powiem ci coś... albo nie, najpierw zapytam... ~ poprawiłam pozycję, bawiąc się zwisającym kosmykiem jasnobrązowych włosów.
N: Mam lepszy pomysł. Ja się rozłączę, a ty oddasz telefon Harry'emu i już nigdy się nie spotkamy dopóki ci nie przejdzie, co? ~ szósty zmysł. Charlie go zdążyło wyszkolić czy jak?
I: O nie, nie mój drogi. Jak nie ja, to naślę Harry'ego. Wierz mi, mam taką moc. Albo porozmawiam z Charlotte! Właśnie, to jest dobry pomysł. Co o tym myślisz? ~ zaśmialiśmy się jednocześnie, różnica jednak polegała na tym, że jego śmiech był nerwowy, a mój miał wyglądać na jak najbardziej wkurzony.
N: Najgorszy z możliwych ~ odparł poważnie.
I: Jak mi niezmiernie nieprzykro. Powiedz mi, w jakim konkretnym celu chwaliłeś się informacją, którą ci przypadkowo przekazałam? Czy muszę dodawać, że język w buzi, bo ci go utnę?
N: Nie po to go mam by siedzieć cicho, okey? Poza tym, byście za żadne skarby ziemi nie wydali tej informacji ~ fuknął jak Hugo, gdy nie pozwala mu się dotykać przycisków od piekarnika.
I: Wiesz dlaczego? Właśnie dlatego, żeby mądry pan Niall Horan nie wpadł na pomysł oznajmienia całemu światu na Twitterze, że jego przyjaciel w końcu zrobił kolejny krok i pozbył się okropnej czarnowłosej ~ ściszyłam ton głosu. Wbrew pozorom, należałoby zachowywać się tutaj w domu nieco ciszej.
N: A wiesz, że on mi nawet nie wierzy, że się wygadałaś? ~ i bardzo dobrze. Mój komentarz jest tutaj całkowicie zbędny.
I: I być może ma nie wierzyć?
N: Tak nie ładnie.
I: Powiem ci coś. Coś co będzie moją malutką zemstą ~ wyszczerzyłam się.
N: O nie, Isma...
I: O nie, Nail...
N: Pff...
I: Nie powiem ci co planuję na całkiem niedługą przyszłość i się nie dowiesz, gaduło jedna.
N: Tak się nie robi!
I: Robi! I mogę tak robić, a ty się możesz jedynie domyślać. A wiesz co jest najlepsze? Oddam teraz telefon Haroldowi, a ty nie dowiesz się od niego niczego, bo on sam nie wie co szykuję, a jak się dowie to już ci tego za szybko też nie zdradzi.
N: Nie znasz połączenia friend-friend.
I: A ty love-love.
N: Stawiasz miłość ponad przyjaźń?
I: Nie. Droczę się z tobą ~ wzruszyłam ramieniem, słysząc jak mama zaczyna swoje kazanie o jedzeniu śniadania w domu. Oho, pora na uspokojenie tygrysa.
N: Wiedziałem...
I: A teraz się rozłączam i mam nadzieję, że ta krótka rozmowa wyraźnie ci mówi o tym aby nie wspominać o całowaniu, jasne?
N: Jasne. Nie gadać nic...
I: Tak.
N: I gadać wszystko. To na razie. Pa! ~ zanim zdążyłam się odezwać, rozłączył się. Zginie szybciej niż myśli. Dzień kiedy go spotkam w Anglii będzie datą pamiętną. Lepiej żeby sobie dobrze wybrał.
Wstałam i otworzyłam drzwi, od razu schodząc na dół. Mama będąc jeszcze przed sekundą w kuchni, tym razem znalazła się niebezpiecznie blisko mnie. Temat śniadania... ogólnie temat jedzenia oznaczał u mnie spore kazanie, bo mama niezwykle mocno to podkreślała za każdym razem.
- Zanim zaczniesz... - uniosłam ręce do góry w geście przymierza - Zjem na pewno coś na mieście, Harry mnie przypilnuje. Prawda? - chłopak pokiwał głową. Mama jednak podejrzliwie nadal na mnie patrzyła. Nie mam pojęcia o co chodzi, ale minęłam ją delikatnie zdezorientowana. Podeszłam do Hazzy, oddając mu telefon - Idziemy zanim wyczuje jakiś spisek... - wyszeptałam.
- Jaki spisek?
- Nie ważne. Plan zdradzę ci jak już wyjdziemy z domu. A teraz mamy dwie minuty aby ewakuować się stąd i oszczędzić sobie cudowne teksty, sugestie i propozycje mojej rodzinki.
- Chętnie ich posłucham, bo jak na razie ty niczego mi nie mówisz - odparł pretensjonalnie. Zmrużyłam oczy.
- Przecież ci powiem...
- Kiedy? Przez ile będę żył w nieświadomości? A pozwolisz, że spytam o to, dlaczego tak bardzo zależało ci na rozmowie z Niallem? I dowiem się o czym rozmawiał z tobą w nocy?
- Mamo, to my idziemy - pociągnęłam go za sobą, unikając głębszej konwersacji z kobietą - Cicho, za dużo informacji. Ty byś nie zakodował - założyłam buty.
- Ale ty jesteś kobietą...
- To żadne wytłumaczenie - wyszliśmy na zewnątrz - Idziemy najpierw do centrum coś zjeść, bo mama zrobi zapewne wywiad ze mną i to bardzo szczegółowy. A potem pokażę ci bardzo fajne miejsce, które jeśli ci się spodoba wraz z moim pomysłem to załatwię nam pobyt w nim...
- Tylko nie hotel. Mam dość recepcjonistów na cały rok i dłużej - roześmiałam się i pokręciłam głową - Przedstawisz mi swój pomysł zaraz po tym, jak odpowiesz mi na poprzednie pytania. Więc słucham.
- Skąd w tobie dzisiaj tyle charyzmy? - prychnęłam.
- Dobiegam prawdy. Chyba mi się należy? - spojrzałam na niego kątem oka i przewróciłam oczami.
- Ale nie będziesz zły? - pokręcił głową - To dobrze. Idziemy na śniadanie - przyspieszyłam.
- Ale Issy! Ja tutaj oczekuję wyjaśnień! - odwróciłam się, idąc tyłem.
- I je dostaniesz, ale najpierw muszę coś zjeść. No chodź! - westchnął i z szerszym uśmiechem ruszył za mną, niedługo mnie doganiając.
Poszliśmy do najbliższej restauracji w Aberdeen, a wnioskując po tym, że dom ciotki znajdował się na drugim końcu miasta, niedaleko portu, czeka nas długi spacer. Poprawniej, to była bardziej kafejka niż jakaś restauracja, często tu przychodziłam z Gabrielem, gdy mieliśmy lekcje na późniejszą godzinę. Mama wtedy jechała do pracy, Rick też, a ciocia, która wówczas zajmowała się nieraz bliźniakami, nie miała totalnie talentu do robienia śniadania. Potrafiła zepsuć nawet herbatę, przez co jest naprawdę wyjątkową kobietą. Nie wiem w jaki sposób sama się jeszcze nie otruła, być może z tego powodu, że większość z posiłków zamawia i nie dość, że musi podejść jedynie do drzwi i zapłacić to jeszcze podrywa młodych przewoźników. Jednego nawet raz na siłę wepchnęła do domu i poczęstowała twardymi jak skała babeczkami. Potem powiedziała mi przypadkowo, że już nigdy nie przywiózł jej niczego do domu. Jednym słowem... wyjątkowa kobieta.
- Masz śniadanko... - Harry położył naprzeciwko mnie talerzyk z posiłkiem i sam usiadł obok.
- A cukier do herbaty?
- Dodałem wedle życzenia - uśmiechnęłam się delikatnie - Więc teraz mogę spodziewać się wytłumaczenia tego dziwnego poranka?
- Oczywiście - przełknęłam kęs kanapki - Nie do końca byłam szczera. Przypadkowo wygadałam się o tym pocałunku, ale zadzwonił do mnie o drugiej w nocy, po przyjęciu, niby w sprawie poważnego tematu, ale ostatecznie nie zdążył nawet go zacząć... a dzisiaj, że tak powiem dostał delikatny opierdziel - uśmiechnęłam się niewinnie - A co do mojego pomysłu to załatwiłam od Nathaniela klucze do domu ciotki, co równa się niemożliwym, bo Nate podejrzewa, że... no po prostu twierdzi, że ja to ja i tyle w temacie. Wiesz... pomyślałam, że jeśli spodoba ci się pomysł spędzenia tam reszty naszego wolnego zanim wrócimy do szkoły, z dala od mojej cudownej rodzinki i domu, gdzie nie mogę nawet niepostrzeżenie przejść do drugiego pokoju, ci się spodoba to mogę załatwić nam tam chwilowy przystanek. Poza tym, nikt nie wie gdzie to jest. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że Kendall też tego nie wie - uniosłam oczy znad kubka herbaty, ukrywając szczęście spowodowane tą informacją.

Harry?
Oszczędziłam ci kary xd

1789 słów