Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miles. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miles. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 22 lutego 2018

Odejście!

Z dniem dzisiejszym żegnamy Milesa i Joshuę
Który wyjechali razem do Norwegii, Miles po wielkich cierpieniach się przełamał i po raz pierwszy powiedział wszystko. Wszystko, czyli nawet rzeczy, o których nie wiedzieli jego matka i Jules. Załamany Josh wydusił z siebie opowieść o swojej przeszłości, powstrzymując Milesa przed powrotem do Szkocji i wymordowania połowy jej mieszkańców. Wreszcie jeden mógł pokochać drugiego. Miles złamał wszystkie swoje zasady, Josh też. Nie sądzimy jednak skromnie, jako twórczynie ich historii, że tego żałowali...

 

wtorek, 20 lutego 2018

Od Milesa C.D. Joshuy

- Ja? Zdradzić? Nigdy - prychnąłem.
- Co zdradzić? - usłyszałem głos Iana za sobą, więc automatycznie się odwróciłem. - Albo kogo zdradzić... Peda...
- Uważaj! - warknąłem, aż się zamknął. Zaczepki, uszczypliwości to drobiazgi, które niweluje mi obecność Josha. Jednak obrażać nie dam ani siebie, a ni jego. Właściwie tym bardziej jego. - Nie wystawiaj mnie na próbę, bo nie będę się hamował. Wpierdolę ci i ojciec ci nie pomoże, rozumiesz?
- Co tak Milesik broni zaciekle nowego Adriena w domu? Tamten przynajmniej miał jakiś poziom... Pomimo gówna jakim jesteście - trzy, dwa, jeden... nerwy puszczono. Ojciec pojawił się w drzwiach, blady. - I pomyśleć, że ta suka co cię zawsze wolała, leży w szpitalu, co za sprawiedliwość dziejowa.
Tata na niego spojrzał. Przez ułamek sekundy docierało do mnie, że ten stojący przede mną, właściwie mi już obcy człowiek, obraża moją matkę. Matkę, która dwukrotnie dała mi życie, jemu dała życie, ojcu dała dzieci i szczęśliwe. Obraża moje szczęście. Wzrok ojca był pełen gniewu, niemal z nienawiścią, wyciągnął ręce do ramienia swojego młodszego syna, ale w jednym skoku znalazłem się obok Iana, odtrącając ojca i łapiąc brata za gardło. Przyszpiliłem go do ściany na korytarzu, przeciągając go wcześniej przez całą kuchnię.
- Teraz, wyrzucę cię z mojego domu. Nie wrócisz tutaj, rozumiesz? Jednak jeśli spróbujesz, bez wyrzutów sumienia, skręcę ci kark. A jedyną osobą, która może cię tutaj przywrócić, to ta wspaniała kobieta, która cierpi w szpitalu - wysyczałem mu w twarz. Ciągnąc go po chwili po korytarzu, zastanawiałem się, czy może od razu go nie zabić. W końcu wszyscy by tylko zyskali na śmierci takiej wszy. Chyba zaczynam troszeczkę rozumieć Raskolnikowa. Skończyło się jednak na wyrzuceniu go na chodnik, pobiciu i skopaniu, krzycząc oraz wyzywając go. Uderzyłem drzwiami, dopiero czując, jak bardzo mam rozkwaszone kostki dłoni. Jęknąłem cicho, dotykając obolałych dłoni. Jednak to nie było najgorsze... gorszy był widok ich dwóch. Patrzących na mnie. Ojciec i Joshua. Przerażeni. Może źli. Nie wiem. Nie chciałem wiedzieć.
- Ostrzegałem, że go stąd wyrzucę jak jeszcze raz obrazi mamę - wyznałem cicho. Patrząc w oczy tego starszego.
- Tylko o to chodzi? - zapytał ojciec. Spuściłem głowę. Nie. Nigdy nie chodziło tylko o to.
- Nie ma prawa obrażać mojej miłości, nawet jeśli jej nie rozumie, czy nie akceptuje - powiedziałem do siebie.
- Idź po niego. Tak nie...
- Zamknij się! - krzyknąłem. Pierwszy raz krzyknąłem na ojca, jednak jakbym tego nie zrobił, to chyba bym się rozpłakał. - Zamknij, zamknij, zamknij! Co on ci w życiu dał?! Co dobrego zrobił?! Nie potrafi nawet uszanować swojej matki. Nie waż się do niego wyjść. Rozumiesz?
- Miles - odparł niepewnie.
- Rozumiesz? - zapytałem lodowatym tonem. Pokiwał głową. - To dobrze - minąłem ich po chwili idąc na górę. Do pokoju Iana. Słyszałem jak coś szepnął do mojego ojca, później westchnął głośno.
- Poczekaj! - krzyknął za mną, jednak ja już byłem w pokoju brata. Tam mnie znalazł. Podszedł od tyłu i objął w pasie, układając podbródek na moim ramieniu. - Miles... - westchnął przeciągle, jednak tonem, który dodawał mi trochę otuchy. Trwało to jednak chwilę, ponieważ od razu przeszedłem do taktyki obrony, bo ponownie widział coś, czego nie powinien, a ja już zaczynałem się gubić w moich kłamstwach.
- Nie rozumiesz. To była tylko iskra, stos układał sobie od kilku lat. Od pięciu lat. Odkąd przyprowadziłem do domu... pewnego chłopaka... mojego chłopaka - westchnąłem.
- Nie musisz... - pogładził mnie po ramieniu.
- Ja... po prostu nie mogę już znieść tego, że w tak prostacki sposób mnie ocenia, ocenia nas i do tego mówi takie rzeczy o mamie... - wziąłem głęboki oddech i wypuściłem głośno powietrze. - Pomożesz mi?
- W czym? - zainteresował się.
- Trzeba spakować to wszystko... A później...
- A później? - dopytał. Wzruszyłam ramionami.
- A później wyrzucę to na ulicę, tam gdzie wcześniej Iana. Nie tłumacz mi, żeby nie robił tego. Nie wysilaj się niepotrzebnie.

* * *

Szpital. Cholera kolejny stres. Nienawidzę szpitali odkąd w jednym z takich bezdusznych, białych pomieszczeń umarł Adrien. Moja miłość, umarła tam razem z nim. Pogląd, który został obalony, jeszcze nie do końca, przez pojawienie się Joshuy. Nie wiem dlaczego, nie wiem przez co i z jakiego powodu wybrałem jego i on wybrał mnie. Nie byłem pewny, czy on mnie wybrał, ale wydawało mi się, że tak... Chociaż w pewnej części.
Do sali mamy najpierw wszedł tata, gdzie spędził cztery minuty i dwadzieścia trzy sekundy, zanim nas wpuścił. Owszem, liczyłem. Po tej wieczności, zostaliśmy zaproszeni do środka z Joshem. Ja od razu podszedłem do łóżka i przytuliłem mamę, szatyn z nie za dalekiej odległości miło się przywitał, po czym podszedł do okna i oparł się o parapet. Rozpoczęła się jakże miła rozmowa o czysto przyziemnych sprawach, nauce i innych nieważnych zbdetach. Zauważyłem, że mama szybko męczyła się mówieniem, co nie spodobało mi się. Ogólnie zauważyłem, że się postarzała. Więcej zmarszczek, kilka siwych włosów... Dotychczas miałem wrażenie, jakby mój świat zatrzymał się na dniu śmierci Adriena, a tutaj się okazało nagle, że to nie prawda. Ja dorastam, dojrzewam, rodzice się starzeją, świat się zmienia, idzie na przód, a ja z nim. W końcu ja żyję.
- No dobrze chłopcy. Możecie zostawić mnie i Milesa samych? - zapytała w pewnym momencie mama. Podejrzane. Najpierw ojciec sam tutaj, teraz mama chcę rozmawiać na osobności... Może być ciekawie. Kiwnęli tylko głowami, odprowadziłem Josha wzrokiem, do samych drzwi. Kiedy drzwi się zamknęły, powoli przeniosłem wzrok na nią.
- Więc?
- Tata mi powiedział, co zrobiłeś z Ianem - odparła smutno.
- Nie mam wyrzutów sumienia, jeśli o to ci chodzi - westchnąłem, chowając twarz w dłonie.
- Nie. Nie o to mi chodzi - poczułem jej delikatny dotyk na moich włosach. - Wiem jaki on jest. Jednak wiem też coś innego. Ważniejszego.
- Co takiego? - zapytałem przez ręce.
- Wiem, że się tutaj dusisz. Miłość do Adriena nie wyklucza miłości do Josha, może być dla niej wskazówką, podstawą. Ty natomiast zachowujesz się, jakby ten chłopak, którego zabrałeś ze sobą nawet tutaj, nic dla ciebie nie znaczył. Kochasz go...
- Kocham go - odparłem cicho, jakby bardziej do siebie.
- To nie było pytanie skarbie. To po prostu widać. W pojedynczych gestach, słowach, w sposobie jakim na niego patrzysz. Skoro więc go kochasz, to nie zniszcz tego na siłę. Otwórz się wreszcie. Zobacz co się dzieje! Jestem tutaj, jutro może mnie nie być na tym świecie. Jeśli mam żyć w niepewności, to chcę przynajmniej widzieć, że mój syn, mój ukochany, dobry syn, który zawsze był obok mnie, jest szczęśliwy.
- Myślisz... że mógłbym... - uniosłem wzrok.
- Myślę, że jesteś na tyle silnym mężczyzną, że mógłbyś wszystko. Pogódź się z Adrienem. On chciał, żebyś był szczęśliwy. Nigdy nie chciałeś o tym słyszeć, ale on prosił mnie i Julesa, żebyśmy nie pozwolili ci zatracić się po jego śmierci. Sądzę, że to odpowiedni moment, żeby ci to powiedzieć - westchnęła głośno.
- Co mi proponujesz? - zapytałem cicho, nadal myśląc nad tymi informacjami, nad szczegółami, które dużo zmieniają.
- Wyjazd. Wyjedź, zmień miejsce, poczuj wolność i świeże powietrze.
- Myślisz, że powinienem mu zaproponować wyjazd ze mną?
- Nie wiem, to zależy tylko od ciebie - odparła bawiąc się moimi włosami.
- Boję się... boję się, że odmówi...
- Ale wiesz przystojniaku, że jeśli go nie zapytasz, to nigdy się nie dowiesz, wyjdziesz sam i będziesz żałował, że go wtedy nie zapytałeś? - zapytała delikatnie, jakby upewniała się.
- Wiem... przynajmniej tak mi się wydaje... pomyślę nad tym... pomyślę, obiecuję - odparłem, a na mojej twarzy pojawił się uśmiech.
- Dobrze - odetchnęła. Nie spodziewałem się, że aż tak bardzo wszystko po mnie widać i tak bardzo na tym jej zależy. Jednak to moja matka. Matka, która zawsze widziała więcej i rozumiała więcej.
Powrót do domu minął w tak grobowej ciszy, że w końcu odezwał się mój ojciec, który jeśli chodzi o zaczynanie rozmowy, był chyba jeszcze mniej prawdopodobny niż Joshua.
- Strasznie zamilkłeś... Co takiego ci powiedziała? - zagadnął mnie.
- Powiedziała mi prawdę. Posypała solą rany, zniszczyła psychicznie... Nie chcę rozmawiać - oparłem głowę o chłodną szybę.
- A powiesz mi chociaż co na obiad chcesz? - mruknął.
- Ja mogę coś zrobić - odezwał się z tyłu Joshua.
- Naprawdę? - zainteresował się tym. Nawet ja się odwróciłem.
- Jasne. Coś tam potrafię zrobić - uśmiechnął się niepewnie.
- Tak... pewnie jest świetnym kucharzem, ale jego Joshowa skromności i chcę niebytu w świetle każe mu zaprzeczyć takiemu twierdzeniu - mruknąłem.
- Jesteś niemiły - odparł ojciec.
- Wiem, ale i tak mnie takiego uwielbiacie - wzruszyłem ramionami. - A zresztą ja go tutaj próbuje zmusić do zaprzeczenia, a ty mi nie pomagasz - westchnąłem przeciągle.
- Jasne, czyli jednak mam do czynienia z Milesem dobroczyńczą, a nie zmęczonym potworem? - zaśmiał się, a ja pacnąłem go w ramię.
- Nie jestem potworem! Nawet jeśli wypierdoliłem swojego brata z domu - po chwili byliśmy na podjeździe. - Idę spać! Tato nie zabij mi Josha, dobrze?
- To ty idziesz spać, a gość nie? - zaśmiał się.
- Skoro nie mogę spać z nim... to chyba mogę iść spać sam - wzruszyłem ramionami, otwierając drzwi do domu.
- Te twoje dwuznaczności mnie czasem dobijają - westchnął ojciec, ale zaraz się zaśmiał. - A mi nie będzie przeszkadzać, jak będziecie spać razem.
- Obawiam się, że pewnemu takiemu Joshowi mogłoby to jednakowoż przeszkadzać - zachichotałem, a on mnie tylko walnął.
- Powinieneś zostać adwokatem, a nie pilotem - mruknął próbując skryć uśmiech, który błąkał się po jego ustach.
- Myślałem nad tym, ale mimo wszystko wznoszenie się w przestworzach jest o wiele ciekawsze. Rozumiesz, słonko, wolność...
- Rock'n'roll - dodał ojciec i wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem. Później oni naprawdę zniknęli w kuchni, a ja ułożyłem się na sofie w salonie. Myślałem... po raz pierwszy od tak długiego czasu myślałem realnie i bardzo krytycznie wobec siebie. Z jednej strony moje serce było jak parzone przez piekielny ogień, a jednak kiedy roztrząsałem kolejne sprawy, wspomnienia, po czym dokonywałem wyborów, przynosiło mi to ulgę. Przynajmniej w jakieś części mojej zmęczonej, skołatanej duszy. Czy to możliwe, że wszystko to, co zostało się przez ostatnie cztery lata mojego życia, powodował strach? Nie chciałem nawet o tym myśleć w taki sposób... prawda w oczy kole.
Cały wieczór i kolejny dzień spędziłem jakby w pół śnie, amoku i odurzeniu własnymi myślami. Rozmawiałem z mamą, lekarze mi powiedzieli, że za cztery pięć dni będzie mogła wrócić do domu. Wszystko wychodziło na prostą, a mi coraz jaśniej i wyraźniej pojawiała się wizja podróży do Norwegii. Tak daleko, ale jednak podobnie do tego kraju. Inny, ale nadal z górskim powietrzem, z charakterystycznym chłodem arktycznym, który lubił do nas zawiewać. Rozmawiałem nawet z Julesem, który jak to on powiedział, że za dwa dni przyjeżdża, bo nie wyobraża sobie mojego wyjazdu bez pożegnania. Wiedziałem, że długo nie wytrzyma i i tak mnie odwiedzi. W końcu to moja Julesowa kluseczka, której tak bardzo nienawidzę. Uśmiechnąłem się do siebie, myśląc, jakie to szczęście znaleźć taką kluseczkę. Wstałem z łóżka w gościnnym pokoju (nie zamierzałem spać w dawnym pokoju Iana) i powędrowałem przez cały korytarz, do swojego pokoju. Lekko zapukałem i wszedłem do środka, w końcu i tak nie miał co już przede mną ukryć. Miałem wrażenie... czy on się pakował?
- Joshua? - zapytałem niepewnie, a on tylko westchnął, patrząc na swoje rzeczy.
- Ja... cóż... - przetarł dłonią twarz. - Chciałeś coś?
- Porozmawiać - skrzyżowałem ręce na torsie.
- No to rozmawiaj - usiadł na skraju łóżka i wlepił we mnie oczy. Na chwilę zapadła grobowa cisza. Może dlatego, że nie wiedziałem, co mam powiedzieć. Postanowiłem w końcu postawił sprawę jasno, bez owijania w bawełnę. Westchnąłem kilka razy, zanim się wreszcie odezwałem.
- Wtedy, kiedy zostałem sam na sam z moją mamą... podsunęła mi... właściwie zaproponowała mi coś - jego wzrok mówił mi, że mam kontynuować, więc to zrobiłem. - Zaproponowała mi wyjechać z Wielkiej Brytanii, ponieważ w ten sposób najprościej zapomnę i zacznę wszystko od początku, a chcę to zrobić. Wyjeżdżam za tydzień, bo mama zaraz wróci do domu, a nie chcę zostawiać taty samego z jej przeprowadzką z powrotem do domu... I... Chciałem cię zapytać... W sumie... Ehh... Chciałbyś wyjechać ze mną? - zapytałem niepewnie. Przygotowany na odmowę, jednak z nadzieją, że nie odmówi. Odmówił.
- To nie tak, że ja nie... Ja... nie mogę chyba Miles - odparł. Zacisnąłem szczęki. Zacząć nowy początek? Może jednak te kobiety wcale nie są złe? - Ja nie wiem Miles. Muszę mieć... Muszę mieć czas.
- Dobrze. Nie ma sprawy. Po prostu za tydzień będę z dwoma biletami czekał o czternastej dwadzieścia, przy wschodnim wejściu na tutejsze lotnisko. Będzie czekał na ciebie i... i jeśli ze mną polecisz, wyjaśnię ci wszystko... Opowiem ci wszystko o sobie, co będziesz chciał wiedzieć. Tutaj nie mam na to siły...


Joshua?

wtorek, 6 lutego 2018

Od Milesa C.D. Joshuy

Przetarłem dłonią twarz, próbując odpędzić sen, z którego zostałem dopiero co wyrwany.
- Jasne, zejdź gdzieś, to się zamienimy - odparłem, sięgając po chwili do tyłu, bo butelkę z wodą.
- Zaraz powinna być jakaś stacja - powiedział zmęczonym głosem. W sumie to mógł mnie obudzić wcześniej. Jednak z drugiej strony wiedziałem, że po prostu chciał, abym się bardziej wyspał, a za nie nie mógłbym suszyć mu głowy. Niech będzie i stacja. Kupię sobie kawę i będzie dobrze.
- To dobrze, wyglądasz na zmęczonego - odparłem. - Ale wszystko w porządku, tak? - zapytałem upewniając się jak rodzic pytający małe dziecko. Co się ze mną dzieje...
- Jasne, po prostu mam już trochę dosyć prowadzenia - przyznał niezręcznie.
- Nie no spokojnie, rozumiem, bez problemu mogę cię zmienić - odparłem od razu, próbując wyrwać go z tej niezręczności.
- Dziękuję - uśmiechnął się samym kącikiem ust.
- Dom... - mruknąłem. - To makabryczne, że im bliżej jesteśmy, tym ogarnia mnie coraz większy niepokój... Jakby czekało tam na mnie coś,  o czym nie wiem. A przecież wiem o problemach z Ianem, o trudnościach ojca i mamie w szpitalu...
- Twoja mama jest w szpitalu? - zapytał nagle. Ups...
- Nie powiedziałem ci? To przez roztargnienie chyba... W każdym razie jest w nim od dobrego tygodnia, jak nie dłużej. Podejrzewam, że dłużej, tylko ojciec jak już się wygadał, to nie chciał mnie martwić i tak miałem sporo problemów w akademii.
- Ale... nic jej nie jest? Dobra, to było głupie pytanie - dodał po chwili, a ja się zaśmiałem.
- Nie no, nic jej nie jest bardziej, niż dotychczas było. Tak przynajmniej mi mówią... a jak jest naprawdę, zobaczymy. Bo mam nadzieję, że pójdziesz ze mną do niej - odparłem, właściwie to chciałem zapytać, a wszystko ja bardziej stwierdzenie niż prośbę.
- No wiesz Miles, nie jestem w rodzinie, więc nie wiem, czy powinienem - wydukał.
- Ale mógłbyś być - mruknąłem cicho, w szybę przez którą się rozglądałem. Głupi pomysł. Głupia myśl. Właściwie to skąd cholera jasna ona mi się wzięła, co?
- Co mówisz? - zapytał, wzruszyłem ramionami.
- Nic ważnego, tak do siebie mruczę - skłamałem. Nie podobało mi się to, że kłamałem przed nim, jednak chyba nic nie mogłem na to poradzić... Bałem się bardziej otworzyć, stać bardziej normalnym, żeby nie wylać z siebie za dużo. Na szczęście już byliśmy na stacji benzynowej. Kiedy się zatrzymał, rzuciłem od razu - Idę po kawę, idziesz ze mną? - pokiwał głową.
Napój bogów. Bzdury, zwykła kofeina, która powinna już być w tym momencie w tabletkach. Przynajmniej nie parzyłbym sobie języka przez to gorące cholerstwo. Na zewnątrz znowu zawiało tym zimowym chłodem, którego nienawidziłem. Wyrzuciłem papierowy kubek do kosza i wróciłem do Josha, opartego o samochód.
- Nienawidzę wiatru - wzdrygnąłem się od kolejnego podmuchu. Złapał mnie za kawałek rękawa i przyciągnął bliżej.
- Chyba wielu rzeczy nienawidzisz - uśmiechnął się. Zerknąłem wokoło, a po chwili objąłem go w pasie.
- Wielu, ale to uwielbiam... - pocałowałem go, a ciepło rozlało się po moim ciele. Jeszcze chwila i zacznę czuć motyle w brzuchu, kurwa. - A co najlepsze, w pewnym sensie to jest rozgrzewające nawet.
- W pewnym sensie tylko? - uniósł brew.
- No wiesz, mimo wszystko nie wezmę cię tutaj na tym cholernym mrozie - mruknąłem. Przewrócił oczami.
- A ty tylko o jednym - westchnął, kręcąc głową z dezaprobatą.
- Przy takim przystojniaku ciężko myśleć o czymkolwiek innym - zaśmiałem się. - Wiesz... nie wiem co ci się stało, ale coraz bardziej mi się podobasz i mnie intrygujesz - uśmiechnąłem się.
- I wzajemnie.
- Co? Przecież ja jestem prosty jak drut! Jeść, spać, polatać, czasem miło spędzić noc. Proste w obsłudze jak szelki! - mruknąłem.
- Tak, tak... prosty jak szelki - zachichotał, a ja go cmoknąłem. - A to co było?
- To... był... pocałunek - puściłem mu oczko. - Wsiadaj, mamy jeszcze jakieś trzy godziny drogi.
- To rozkaz? - zaśmiał się.
- Mogę cię zawsze wsadzić do samochodu siłą, wiesz?
- Pokaż - zaśmiał się, a ja pokręciłem głową. Po chwili obaj siedzieliśmy w samochodzie. Ja wreszcie za kierownicą.
- No to chcesz dojechać w trzy czy dwie? - zapytałem, a on wzruszył ramionami.
- Jak ci wygodniej - mruknął.
- Lubię szybko jeździć - przyznałem, kiedy wyjeżdżaliśmy ze stacji. - Ale wolałbym, żeby trochę się przespał, więc pojedziemy normalnie... znaczy wolno.
- Nie musisz...
- Ale chcę - przerwałem mu. - Po prostu chcę. Okryj się, rozłóż fotel i śpij.
- Tryb dominatora ci się włączył? - zachichotał, okrywając się kurtką.
- Nie! Tryb niańki. Tryb dominatora posiada inne ciekawe atrakcje, które poznasz w swoim czasie. Na razie jestem dla ciebie i twojego ciałka nadzwyczaj delikatny - odparłem. - Ale koniec tego tematu, bo znowu wyjdę na zboczeńca i nie będę miał nawet jak się od tego zarzutu obronić.
Kiedy dojeżdżaliśmy do Cardiff, dziękowałem Bogu za moją nieocenioną cierpliwość. Toż to coś obok mnie, budziło się do jakieś pół godziny i zaczynało mnie zagadywać, więc musiałem go zmuszać, żeby spał dalej, bo będzie padnięty, a nas czeka pół dnia w moim mieście. Zakładałem, że pół, ponieważ skoro dojedziemy na około ósmą do mnie, to zanim zjemy, odpoczniemy chwilę i takie tam sprawy, to zaraz będzie obiad, a dopiero po nim będziemy mogli pójść do szpitala, czy gdziekolwiek indziej. W każdym razie chciałem przebywać jak najmniej w domu z Ianem. To niebezpieczne bydle mogłoby mnie zdenerwować na tyle, że jeśli na nim nie wyładowałbym się, to zrobiłbym to w jakikolwiek inny sposób na najbliżej osobie. W tym przypadku będzie nią Joshua. Nie pomyślałem nawet o tym, żeby spuścić go z oczu na dłużej niż minutę. Kontakt z moim bratem postanowiłem mu ograniczyć do minimum.
Korki zaczynały się miejscami, im więcej ludzi z tamtych okolic wyjeżdżało do pracy, jednak ogólnie było luźno. Lubiłem taką jazdę po mieście, pomimo nie osiągania jakiś wielkich prędkości. Niestety. Moja dzielnica wyglądała, jakby spała. No może i to była sobota, ale pomińmy ten drobny szczegół. To osiedle zawsze było żywe, a teraz wyglądało jak cmentarz. Głupie skojarzenie. Zatrzymałem się kilka domów ode mnie i delikatnie obudziłem Josha.
- Co się dzieje? Jesteśmy już? - zapytał delikatnie zaspany. Przeczesałem mu włosy palcami, uśmiechając się.
- Prawie. Zatrzymałem się nieco wcześniej, żebyś mógł się ogarnąć i nie wyglądał jak wymemłany przeze mnie - zaśmiałem się.
- O to tak przed tatusiem zachowujemy pozory? - przetarł dłonią twarz.
- No co ty - prychnąłem. - Ojciec ma naturalną skłonność do trafnego oceniania poziomu moich relacji.
- Czyli... zauważy, że... - nie dokończył.
- Że uprawiamy seks? Raczej zauważy. W jakiś tam dobrych gestach, spojrzeniach, bliżej nie wiem jak, ale wiedział zawsze czy wracałem z udanego wieczoru z "koleżanką" czy nieudanego - wzruszyłem ramionami.
- Mówisz o tym w taki... naturalny sposób  - odparł.
- Tak? A tak... no widzisz... tak było. I są rzeczy, o których nie nauczyłem się mówić, więc natura dała mi niejako zastępstwo, nauczyłem się mówić o tych.
- To chyba nie do końca tak działa - odparł marszcząc brwi.
- Może... u mnie podziałało - odpaliłem ponownie silnik. - A pozory zachowujemy przed Ianem.
- Mówisz o nim, jak o jakimś krwiożerczym potworze. Na pewno nie będzie tak źle - zapewnił.
- Mam nadzieję - wziąłem go za dłoń, zanim jeszcze ruszyliśmy. Trwało to może kilkanaście, albo raczej kilka sekund, jednak zrobiło na mnie i chyba na nim też, ogromne wrażenie. Bo sytuacja wygląda tak, że ja nie plątuję palców swojej dłoni, z palcami drugiej osoby. Robiłem tak tylko z jedną. Z nim. A ja zrobiłem to tak bezwiednie, jakby to było coś kompletnie naturalnego. A nie było! Szybko się zrehabilitowałem zabierając rękę na drążek skrzyni biegów, tak żeby nie wyglądało to niezręcznie... Pewnie nie wyszło. Jak zwykle...
Dosłownie po minucie stanęliśmy na podjeździe. Kiwnęliśmy do siebie, a czym wysiedliśmy z auta, zabierając swoje rzeczy. Zanim zdążyłem zapukać do drzwi, otworzył nam mój ojciec. Spojrzał ze zdziwieniem na Joshuę, ale zaraz się uśmiechnął.
- A ja myślałem, że ktoś mi na wjeździe zaparkował - zaczął się śmiać. - Miło was  widzieć chłopcy. Szczególnie ciebie Josh, bo tego z tym jego jęczeniem, dlaczego mu nie powiedzieliśmy, to mam już dosyć.
- Też cię uwielbiam tato - przewróciłem oczami, wzdychając, kiedy Joshua zaczął się śmiać.
- Nie wspomniałeś, że jesteś w takiej desperacji - chichotał. - Dzień dobry panie Young.
- Tato przygarniemy go, prawda? - zapytałem, obejmując Josha ramieniem. - To patrz na niego, on nie ma gdzie iść.
- To...
- Szczera prawda - wyszczerzyłem się.
- Jasne, kłamiesz odkąd zacząłeś mówić - prychnąłem, a ja odsunąłem się od Josha jak poparzony. Po chwili obok ojca ukazał się Ian. Cholerny dryglas, podobny do ojca. Sam jego widok mnie denerwuje.
- Goście? - zagadnął krzywiąc się. Jego głos jeszcze bardziej mnie denerwuje.
- Tak, właściwie jeden. Kolega Milesa, Joshua - przedstawił go, a Josh ku mojemu przerażeniu podał temu chłystkowi rękę. Uścisnął ją niepewnie.
- Kolega? - uniósł brew.
- Tak. KOLEGA. A to mój młodszy brat Ian, jak ci wspominałem - odparłem. - Możemy wejść bo pizg...
- Miles! - ryknął ojciec. Przewróciłem oczami.
- Bo strasznie wieje - poprawiłem się. - Do tego jestem głodny i chcę spać - weszliśmy do środka.
- Tylko gdzie my położymy Josha?
- No a pokój gościnny? - zapytałem.
- Zajmuje go moja dziewczyna - wtrącił Ian.
- Na pewno tam nie śpi, więc połóżmy tam Josha - syknąłem. - A tak próbując nie być wrednym, to Joshua będzie spać u mnie, a ja w salonie. Nie mam z tym problemu, a ty się nie kłóć - wskazałem na chłopaka.

Joshua?


P.S. Pozdrawiam dwóch pozostałych aktywnych członków, kocham was <3

wtorek, 23 stycznia 2018

Od Milesa C.D. Joshuy

Niewiele myśląc, rzuciłem torbę na łóżko i wyjąłem z niej rzeczy do spania oraz kosmetyki. Westchnąłem, kiedy zerknąłem na Josha, a on nadal stał w tym samym miejscu, rozglądając się nieprzytomnie. Wszedłem do malutkiej łazienki i wziąłem szybki prysznic, ponieważ miałem trochę dosyć tego dnia i chciałem nareszcie usnąć. Skończyć go. Zacisnąłem dłoń w pięść, kiedy drugą myłem zęby, tak całkowicie nieświadomie. Patrząc w lustro zacząłem myśleć o tym jak popchnąłem wcześniej Joshuę, o moich myślach kiedy leżałem jak w amoku na łóżku. Ostatnie dni to jeden amok... otępienie... półświadomość... Spojrzałem na otworzoną dłoń, po której spływała krew. Problemy z agresją? Nie... Problemy z okazywaniem uczuć i ogólnie z uczuciami? Owszem... Zawsze za mało albo za bardzo, jednak przede wszystkim za bardzo. Kochać na zabój, nienawidzić piekielnie, tęsknić cierpiąc katusze... Albo być obojętnym na wszystko, nigdy nie widzieć i nie dostrzegać, cierpiąc w środku i płacząc rzewnymi łzami. Pani Katelyn powiedziała, że powinno mi z czasem przejść, że jak znajdę przyjaciela, znajomych, zacznę się spełniać, będę kochany, znajdę sobie kogoś do kochania, powinno być wszystko dobrze. A nie jest dobrze. Było do poznania Adriena, później było źle, bo ludzie źle mnie postrzegali, więc zacząłem to ignorować, niszczyć smutek w samym zarodku, później przyszła rozpacz, zapamiętanie się. Ból... poczucie winy... Nie chciałem kochać i nie chciałem, żeby ktokolwiek mnie kochał. Bo tak. A ten argument jest najgorszy i podobno tak charakterystyczny dla ludzi, z problemami podobnymi moim. Przepłukałem ranę i okazało się, że nie jest tak źle, jak myślałem, że będzie. Wyszedłem w samych spodenkach nie patrząc na chłopaka. Podszedłem ponownie do torby i wyjąłem z niej bluzę, którą założyłem, resztę spakowałem i postawiłem na ziemię, usiadłem na łóżku. Nagle szatyn jakby się obudził, odsunął się od okna, odchrząknął i podszedł do mnie.
- Mogę? - zapytał, wskazując głową na drzwi do łazienki, a ja pokiwałem. Po chwili zniknął w tamtym pomieszczeniu, a ja zostałem sam. Wczołgałem się pod koc, zwijając się w kłębek i okrywając ciepłym materiałem po sam nos. To wszystko nie miało tak wyglądać. Mieliśmy być młodzi i beztroscy, bawić się kochać, niczym hipisi nowego stulecia. Tylko bez narkotyków. Obrzydzają mnie narkotyki i papierosy. Wyjątkiem jest Jules, ale tylko dlatego, że jest dla mnie jak brat... a nawet bliższy... Jak bliźniak... Tylko ten drugi z dwujajecznych, ten niewydarzony. Tymczasem Joshua jakby coraz bardziej się ode mnie oddalał, albo ja od niego, a ja przez to cierpiałem i się miotałem, a poza tym to się cały czas martwiłem i coraz mniej spałem. Bo się martwiłem... Błędne koło... Kiedy wyszedł wcale nie zwracał na mnie uwagi. Nie byłem zły. Wiedziałem, że po tym co zrobiłem... Nienawidzę mojej niestabilności emocjonalnej. Tak to się nazywało? Właściwie to już nie pamiętam...
- Co ty taki cichy? - zapytał w końcu, z odległości swojego łóżka.
- Bo... nieważne... - westchnąłem. Mam ci wszystko powiedzieć? Mam ci powiedzieć, że to nie jest pierwszy raz kiedy kogoś tak popchnąłem? Że miałem takie problemy, które przekładają się na problemy z agresją?
- Hej Miles... - podszedł do mnie i usiadł na łóżku obok, tuż przed moim brzuchem. Pogładził mnie po włosach. - Małe wyrzuty sumienia? Czyżby?
- Nie małe - westchnąłem.
- Za dużo wzdychasz - odparł.
- Bo się martwię - szepnąłem. Miał tego nie usłyszeć, ale chyba coś nie wyszło. Zmarszczył brwi, przyglądając mi się.
- Czym się martwisz? - zapytał. Zdziwiłem się, ponieważ nie było w tym pytaniu nawet nuty niepewności, tak charakterystycznej dla niego, przy zadawaniu mi pytań. Był niepewny, bał się, a teraz, po tym jak sprawiłem mu ból, nawet jeśli trwał kilka sekund, to jednak to zrobiłem, a on stał się bardziej pewny siebie? Paradoks.
- Mama jest w szpitalu - powiedziałem cicho, po dłuższej chwili. Przygryzł wargę, ale nadal gładził moje włosy, to mnie uspokajało.
- No widzisz, to stres, więc... Więc mogłeś stracić nerwy, tak? - uśmiechnął się delikatnie.
- Jesteś dla mnie za dobry - odparłem smutno.
- Dlaczego?
- Bo może przyjść moment, kiedy ja nie będę. Przyjdzie, bo go czuję. Co wtedy? Nadal będziesz dla mnie dobry... - podniosłem się i przytuliłem do jego pleców. - Dlaczego jesteś dla mnie taki dobry?
- Nie wiem... Po prostu... - powiedział tylko tyle. Tylko tyle. Po prostu. Po prostu mnie pokochał.
- Poznasz pewnie Iana - odparłem nagle, opadając z powrotem na łóżko, krzywiąc się. Spojrzał na mnie i się zdziwił.
- Co w tym złego?
- Ian... Ian nie akceptuje mojej orientacji... delikatnie mówiąc. To nie będzie najmilsze spotkanie. Widzisz różnica między tym spotkaniem, a moim z twoimi rodzicami jest takie, że oni przynajmniej zachowali strzępki zasad, a Ian ich nie ma. Więc będzie źle, ale nie pozwolę mu do ciebie podejść. Słowa, to tylko słowa, tak? Może i ważne czasami, wszystkie obietnice i tak dalej... ale jego opinia wynika tylko z nienawiści, dlatego boli, a nie ma żadnego stałego podłoża. Nie jest ważna.
- A może jednak jest? Może jest prawdziwa? - westchnął.
- Nie jest. Ktoś to nie zna życia, nienawidzi dobrych ludzi, takich jak ty i...
- Adrien, tak? - zapytał.
- Skąd to wiesz? - zapytałem nagle.
- Ja... znaczy... ktoś powiedział, że jestem do niego podobny... i... - zaczął się plątać.
- No już - pogładziłem go po plecach. - Tak. Adriena. Nienawidził go jeszcze chyba bardziej ode mnie. Dlatego nie ma prawa ciebie oceniać, nie ma prawa cię ranić i nie ma prawa sprawiać, że będziesz wierzył w te brednie, bo to tylko brednie. Tak?
- Tak. A kto to...
- Joshua - warknąłem.
- Przepraszam - spuścił głowę.
- To ja przepraszam - uniosłem się i pocałowałem go szybko w usta. - Idźmy spać, skoro mamy być wypoczęci.
- Przestań to wreszcie powtarzać - mruknął, a po chwili się rozchmurzył. - Dobranoc.
- Dobranoc - odparłem, jeszcze raz mnie pocałował i poszedł do siebie.
Przekręciłem się twarzą do ściany. Nowe miejsce... Czyli nici ze spania. Może przynajmniej on się wyśpi. Trochę się kręciłem, wzdychałem. Wypiłem całą wodę jaką miałem otwartą, czyli ponad litr, chodziłem z milion razy do łazienki. Kiedy wróciłem z niej po raz nie wiem który, nagle przy mnie znalazł się Joshua.
- Też nie mogę spać - westchnął, stojąc przede mną, kiedy ja siedziałem na łóżku. Zapaliłem lampkę i spojrzałem w górę na jego twarz.
- Jakbyśmy nie podkreślili wcześniej słowa wypoczęci, to był powiedział, że może nie było nam dane, żeby spać tej nocy - zaśmiałem się.
- Mam kilka...
- Życzeń - odparłem.
- To nie tak...
- Mów - zażądałem.
- Chcę się wyspać, chcę zrobić to czując się bezpiecznie i dobrze i chcę jutro normalnie chodzić bez bólu w miednicy - skrzyżował ramiona.
- Może chciałbyś ty spróbować? - delikatnie pogładziłem jego uda. Pokręcił głową. - Nie napieram. Ale kiedyś to zrobisz. Chciałbym, żebyś kiedyś to zrobił. Żebyś czuł się z tym dobrze...
- Miles - jęknął, przerywając mi.
- A tak, no dobra, tylko bez poczucia winy i takich tam, bo nadal jesteś mój i nadal cię uwielbiam, tak?
- Uwielbiasz? - uniósł brew.
- Nie. Jestem po prostu męską dziwką, która popycha każdego spotkanego na ulicy mężczyznę - przewróciłem oczami. Zachichotał.
- Zawsze to wiedziałem - zaśmiał się, a ja pociągnąłem jego spodenki i ugryzłem jego skórę na biodrze. - Auć! Nie gryź mnie!
- Mogę ci pokazać coś... przyjemnego, co wyłączy ci myślenie, co nie spowoduje bólu i co nas względnie nie zmęczy - uniósł brew. - Tego też Amber nie robiła?
- Nienawidzę cię - mruknął.
- Później będziesz krzyczał coś innego.

~~*~~

Przeciągnąłem się. Raczej spróbowałem, ponieważ po chwili okazało się, że po pierwsze leżę na brzuchu, a raczej na boku i części brzuchu, co dla mnie nie jest normalne i mam kogoś obok. Otworzyłem oczy. Joshua... Na początku chciałem krzyczeć i mówić do niego Adrien, jednak ostatnio nie. PRZERAŻAJĄCE. Pocałowałem go delikatnie. W sumie czułem po wczoraj mały niedosyt... Przygryzłem wargę. Nie myśl o tym. Zboczeniec. Nadal nie miał nic na sobie. Ja byłem ubrany. Bluzę szybko zrzuciłem, ze spodenkami było gorzej i trudniej. Zawisnąłem nad nim, całując go mocniej, namiętniej. Obudził się i wplątał palce w moje włosy.
- Dzień dobry - wymruczałem.
- Dzień dobry. Dziś bez uciekania? - uniósł brew, po chwili dopiero zrozumiałem o co mu chodzi.
- Przepraszam za wtedy. Uciekam z łóżka ludziom, ale wtedy to nie było tak. Nie mogłem spać, miałem koszmary, nie chciałem cię obudzić moim kręceniem się... Tak słodko wyglądałeś śpiąc - uśmiechnąłem się, on też.
- No dobrze panie doświadczony... Ma pan jakiś sposób na obudzenie się? Bo tak mi się dobrze spało, że nie mogę otworzyć oczu - mruknął.
- Mam - pochyliłem się i wymruczałem mu do ucha. - Delikatny seks, zimny wspólny prysznic, a na koniec kawa.
- A to pierwsze jest konieczne? - zaśmiał się. Prowokator.
- Tak, bo inaczej nie będzie punktu drugiego - wzruszyłem ramionami.
- Ale musisz się rozebrać i... - wszedłem w niego, a on zacisnął raptownie palce na moim ramionach. - Musisz to robić z zaskoczenia?!
- Mhm... Słyszałem, że to dalej lepszy efekt - pocałowałem go. - Nie kłóć się. Albo kłóć się. Tak czy tak, jesteś pociągający.

- Nienawidzę kawy bez cukru - mruknął.
- Ja też - wzruszyłem ramionami.
- Wypiłeś już drugą - zauważył, a ja zacząłem się śmiać. Zeskoczyłem z parapetu i podszedłem do niego, żeby go pocałować.
- Widzisz pragnienia trzeba zaspokajać - wzruszyłem ramionami.
- No tak, przecież to takie naturalne, nie? Chcesz seks masz seks, chcesz kawę masz kawę, chcesz narkotyki...
- Nie - odparłem twardo. Spojrzał na mnie zdziwiony. - Nigdy nie brałem. Nawet raz. Nigdy też nie zapaliłem... Nie mógłbym... Nie mógłbym im tego zrobić.
- Komu? - zapytał cicho.
- Rodzicom... ale nie tylko. Wszystkim którym obiecałem żyć.
- Obiecałeś żyć? - zdziwił się.
- Tak. Jakiś czas temu. Obiecałem, że nie zabiję się. Nie zrobię tego powoli przez narkotyki czy papierosy, ale też szybko, na przykład przez skok z okna... Obiecałem. Dlatego nienawidzę obietnic.
- Bo?
- Bo chciałem się zabić, ale nie mogłem, bo obiecałem - wzruszyłem ramionami. - Skomplikowane, wiem.

Joshua?

piątek, 19 stycznia 2018

Od Milesa C.D. Julesa

Pokiwałem powoli głową, a później rzuciłem się na pierwsze pudełko, chcąc je jak najszybciej. Ta pizza była takie cieplutka, zapach powodował, że ślina napływała mi do ust i zacząłem się bać, że zaraz dostanę niepohamowanego ślinotoku. Mimo, że ciasto nadal paliło mnie w opuszki palców, nie czekałem na nóż, tylko rozerwałem kawałki pizzy i jak najszybciej chlapiąc sosem po jednym, roztopiłem w nim zęby. Boże... jakie to było dobre... Nie mogłem uwierzyć, że mogłem tak długo obok niej wytrzymać. Aż dziwne i nienaturalne.
- Piękny widok - zaczął się śmiać Jules, który nadal nie zaczął jeść. Pacnąłem go w ramię.
- Uważaj bo zjem wszystko sam - zagroziłem z pełnymi ustami. Pokręcił głową i wziął się za jedzenie. Kiedy w pół minuty pochłonąłem pierwszy kawałek, zająłem się włączeniem filmu.
- Co to za część? - zapytał.
- Czwarta, resztę oglądaliśmy po pięć razy i mam ich dosyć - mruknąłem. - Tutaj jest dodatkowy plus... Penelope Cruz - poruszyłem brwiami, a on się zaczął śmiać, mało nie krztusząc się przy okazji, ponieważ zdążył napchać sobie usta pizzą.
- To zdecydowanie duży plus - powiedział, kiedy już złapał oddech.
Film okazał się równie zabawny, co poprzednie części, choć nie obyło się bez kłótni, której podmiot stanowiły tam razem syreny. No bo kto słyszał, że ona usychają na słońcu niczym jakieś cholerne wampiry? No i zaczęła się dyskusja, w której nie obyło się bez rękoczynów. Właściwie to na nich kończyła się nasza co druga sprzeczka, więc byliśmy do tego przyzwyczajeni. Z drugiej jednak strony stwierdziliśmy, że dwie bójki jednego wieczora, to za dużo nawet jak na nas. Tak więc do końca filmu tylko się rechotaliśmy ze wszystkiego co możliwe.
W końcu się skończył. Pizza też jakoś nagle wyparowała. Przekręciłem się na brzuch, oparłem głowę o przedramiona, które skrzyżowałem przed sobą i patrzyłem na Julesa, który zaczął czegoś szukać w odmętach Internetu.
- Co byś zrobił, gdybyś znalazł taką wodę młodości? - zapytał nagle, wyrywając mnie z czarnej dziury bezmyślności. Nie pamiętałem, o czym myślałem wtedy.
- Co? - zmarszczyłem brwi. Westchnął, kręcąc głową.
- Co byś zrobił, gdybyś znalazł taką wodę młodości? - powtórzył.
- Oddałbym mamie - odpowiedziałem bez zastanowienia. Skupiłem się. Ale to Adrien nie żyje, a mama jest w mniej więcej stabilnej sytuacji. Może powinienem pomyśleć o Adrienie? Dlaczego tego nie zrobiłem? Zapomniałem? Nie.
- Czy ty w tym momencie roztrząsasz wyrzuty sumienia, ponieważ pomyślałeś o żyjącej matce, która dwa razy, co najmniej, dała ci życie, a nie pomyślałeś, o swoim zmarłym chłopaku? - uniósł brew, spoglądając ponownie na mnie.
- O swojej zmarłem miłości, a nie chłopaku - odparłem, głosem pełnym smutku i niejako melancholii.
- O Adrienie w każdym razie - odłożył laptopa na bok i przekręcił się na bok.
- Wiesz co? - szepnąłem cicho.
- Co? - potargał mi włosy, a ja się uśmiechnąłem.
- Nigdy nie rozumiałem, dlaczego się do mnie wtedy odezwałeś. Mieliśmy sześć lat, ty już miałeś chmarę fanów, a ja nikogo. Nie wiedziałem i nie rozumiałem. W sumie to nadal nie rozumiem, bo to wszystko jest bez sensu, ale...
- To nie jest bez sensu - odparł. - Byłeś inny, a ja nie chciałem mieć chmary przyjaciół, tylko takiego jednego, na zawsze. Jak się okazało, wbiłeś się doskonale w moje realia, a już kiedy byliśmy nieco starsi, rozumiałem, że tylko ty będziesz na tyle uparty, żeby zmusić mnie do pokazania siebie.
- Kocham cię... i przestań mówić takie łzawe rzeczy, bo się rozbeczę i będziesz miał płaczącego Milesa w łóżku - puściłem mu oczko.
- Okropieństwo - oparł się nagle o moje plecy.
- Ej! Też tak raz chcę! - mruknąłem.
- Nie ma szans....
- Ale Jules!
- Nie - mruknął.
- Jully, miłości ty moja najdroższa, to tylko ja, Milesik, twój najlepszy przyjaciel! - spróbowałem przekręcić się na plecy, ale złapał mnie w pasie i uniemożliwił zmianę pozycji leżenia.
- To nie zmienia faktu, że nie dam ci nawet dotknąć moich blizn - odparł stanowczo.
- A może mały układzik? - zaproponowałem, a on puścił mnie i usiadł obok. Również się podniosłem. Patrzył na mnie wyczekująco. - Ja oddam rozmowę o... O mój Boże... O moich uczuciach, a ty masz mi pozwolisz przytulić się do twoich nagich pleców, z podkreśleniem tej nagości - poruszyłem brwiami.
- Czasami zastanawiam się czy ty sobie żartujesz, czy to podtekst, bo wiem, że z twoją orientacją, to mogłoby być możliwe - wzdycha.
- Oczywiście, że żartuję ty głupku, to tak jakbym podtekstami do Iana rzucał - przewróciłem oczami, a on się na mnie rzucił, tym razem układając się na moim brzuchu.
- Zaczynaj - odparł.
- Ale co?
- No mówić o uczuciach - machał rękami, mówiąc to. Popatrzyłem na niego jak na wariata, jednak później wzruszyłem ramionami. Chyba włączył mu się tryb "Prawdziwy Jules".
- Ale nie wiem od czego zacząć - mruknąłem.
- Ło Boże Miles! Najlepiej by było od początku, jak myślę.
- Więc.... zakochałem się - wydusiłem z siebie.
- W kim? - zerwał się z mojego brzucha, siadając i gapiąc się na mnie.
- W myszce Micky kurwa! Chyba wiesz w kim! - zacząłem krzyczeć, a on zakrył mi usta dłonią.
- No dobrze, ale nie krzycz kluseczko...
- Nie jestem kurwa kluseczką! - oderwałem jego dłoń od ust, a po chwili znowu miałem ją na nich.
- No dobrze, mój mięśniaczku, ale nie krzycz i nie mów tak brzydko, bo ci Bozia język upierdoli - cmoknął mnie w czółko, po chwili mnie puścił.
- Tylko bez ślinienia, bo twoja głupota może być zaraźliwa - wyszczerzył się tylko do mnie. - Więc... zakochałem się w nim chyba... Znaczy... nie. Ja nie wiem.... - jęknąłem.
- Uspokój się - pogładził mnie po włosach. - Powiedz mi wszystko, przeżyliśmy gorsze rzeczy.
- Więc... bo... bo ja się boję chyba - przyznałem. - Chcę mu powiedzieć, że tęsknię jak go nie widzę i że zwyczajnie lubię z nim rozmawiać. Kiedy otwieram usta, nagle boję się, że on zrozumie to. W sensie zobaczy, że otwieram moje serce i... i poczuje coś do mnie. Nie chcę, żeby coś do mnie czuł... ale chcę go mieć przy sobie.  W sensie... Nie... Trochę widzisz... gubię się w tym. Okazuje się, że emocje nie są takie proste jakie wydawały mi się te kilka lat temu. Wszystko jest pokręcona, bo ja chcę, ale nie chcę, bo... - pociągnąłem nosem. - Bo ja chyba się boję, że on też mnie zostawi...
- Miles, ale przecież Joshua to nie Adrien, to nie musi się skończyć tak, jak wtedy - pogładził mnie po ramieniu.
- Ale ja się tego boję. Rozumiesz? Boję się, że jakimś cholernym trafem, jeśli na nic nie zachoruje, to wpadnie pod jakiś jebany pociąg. Boję się, że zostanę sam, że się zaangażuje, a życie znowu da mi kopa, tylko tym razem tego nie przeżyję - poczułem jak powoli z moich oczu płyną łzy. - Nie chcę znowu tak cierpieć, a jeśli... Jeśli jedynym wyjściem jest trzymanie go na dystans, to wolę to, jednak wiem, że to go w końcu zrani, że go przez to stracę, a nie chcę go stracić, bo... bo chyba naprawdę się z nim zakochałem, choć tego nie chcę... Myślałem, że sobie poradzę... Tak... tak jak wcześniej... - dłonią starł łzy z moich policzków. - Ale... ale okazało się, że nie potrafię, że jakakolwiek relacja z nim, powoduje zaangażowanie, jednak myślałem, że to oddzielę, tak jak z tymi wszystkimi dziewczynami... że lubię go, ale dotyk czy seks, to całkiem inna strefa, która nie może dla mnie znaczyć nic więcej, ale... nie potrafię... po raz pierwszy nie potrafię...
- Boże... i znowu mam Milesika zakochanego po uszy - westchnął, obejmując mnie ramieniem.
- Nienawidzę cię - próbowałem go odepchnąć, ale kiedy chciał, potrafił mnie uścisk jak ze stali.
- Kochasz mnie - wymruczał mi do ucha.
- Spadaj! - znowu go walnąłem, po żebrach, ale tylko syknął.
- No nie bij mnie kocie - wymruczał.
- Puść mnie zboczeńcu, bo zacznę krzyczeć - warknąłem, kiedy wsuwał mi wolną dłoń pod koszulkę.
- I co powiesz Joshowi, kiedy nas zobaczy - zaczął się śmiać, ale teraz to naprawdę się na niego rzuciłem. Sturlaliśmy się z łóżka, ja się darłem, on się śmiał. Czyli jak zawsze. W końcu jednak się uspokoiłem.
- Nienawidzę cię - mruknąłem.
- Już to dzisiaj słyszałem - puścił mi oczko, a ja nie potrafiłem powstrzymać się od uśmiechu. - Od razu lepiej wyglądasz.
- Teraz twoja kolej - odparłem.
- Nieprawda. Nie powiedziałeś wszystkiego! - rzucił oskarżycielsko.
- Niby czego nie powiedziałem?!
- No najważniejszego, nie? Czyli co zamierzasz zrobić...
- Na razie, to zamierzam zostać na noc - mruknąłem. Zmarszczył brwi i przysunął się do mnie.
- Nie nocowaliśmy u siebie poza akademikiem od podstawówki - odparł, a ja spuściłem głowę. - Więc co się dzieje?
- Nic... Po prostu... ostatnio bardzo źle sypiam. Często śni mi się Adrien, ogólnie mam koszmary... No nie za ciekawie w każdym razie - mruknąłem.
- A ja jestem takim twoim własnych, unikalnym lekarstwem? - zerknąłem na niego, uniósł brew. Pokiwałem głową. - Czy ty musisz być taki słodki?
- Nie jestem słodki! - krzyknąłem od razu.
- Moja kulka słodkości i nieporadności - potargał mi włosy.
- No nie rusz! Wiesz jak ciężko mi to ułożyć, żeby coś widzieć?!


Julek, słońce moje?

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Od Milesa C.D. Joshuy

Podniosłem się z łóżka. Muszę wyjść. Muszę wyjść z tego akademika, ponieważ uduszę się tutaj. Ostatnio zalała mnie chyba zbyt wielka fala problemów, ponieważ miotałem się jak we mgle. Z miejsca na miejsce, nie mogąc spać, jeść... Problemy były z jakimiś papierami tutaj, przez co nie mogłem niejako uczyć się w Morgan. Przez co byłem daleko od domu, nie mogąc zamknąć oczu, od kiedy mama znalazła się w szpitalu. Niby tylko małe załamanie zdrowia, przez niedobór jakiejś witaminy, co przy jej stanie mogło się źle skończyć. Z drugiej strony miałem złe przeczucia... coraz gorsze. Dodatkowo ostatnio, kiedy już dałem radę zasnąć, to śnił mi się pogrzeb. Pogrzeb raz Adriena, raz kogoś kogo znałem, ale nie wiedziałem czyj. Chyba zaczynam wariować. Złapałem za kurtkę, bo podobno był mróz na zewnątrz. Zbiegłem ze schodów, myśląc o tym, gdzie mam iść i co mam zrobić. Obudziło mnie dopiero uderzenie, odwróciłem się, żeby zjebać od góry do dołu tego debila i... nogi mało się pode mną nie ugięły.
- Matko Joshua... co ty tu robisz? - zapytałem, nie mogą uwierzyć, że mam go przed oczami. Chwilę nic nie odpowiadał, więc przestraszyłem się, że mam omamy i to nie on... Chyba się wygłupiłem.
- Właściwie... to nie mam bladego pojęcia jak tu się znalazłem. Nawet nie wiem co zmusiło mnie do przyjechania do ciebie, ha... nawet nie wiem dlaczego nagle jestem taki zdenerwowany, ale... Wesołych Świąt! - popatrzyłem na niego z otwartymi ustami. To on. Nikt inny na tym świecie nie potrafi tak słodko plątać się w swoich własnych myślach i słowach.
- O Boże... to ty - powtórzyłem jeszcze raz, a on tym razem spojrzał na mnie jak na wariata. Po chwili niemalże rzuciłem się na niego, objąłem i mocno przytuliłem do siebie. - Wesołych Świąt. Myślałem, że niż nikt mnie nie odnajdzie w tym cholernym więzieniu.
- Young, nie za dużo zażyłości? - usłyszałem z tyłu. Puściłem szatyna i odwróciłem się.
- Nikt się ciebie o zdanie nie pytał Rosewain! - krzyknąłem do uśmiechniętego chłopaka, z którym chodziłem na zajęcia.
- Miłość? - zaśmiał się.
- Kochanek, ale nie mów Julesowi - odparłem, a on pokładając się za śmiechu, ruszył w swoją stronę.
- Co tutaj właśnie się stało? - zapytał cicho Joshua.
- A właśnie! Bo oni nie wiedzą o moich skłonnościach do takich przystojniaków jak ty - odparłem szeptem. - Więc wszystko co usłyszysz w takich sytuacjach, bierz ich słowa jako żart, dobrze? - uśmiechnąłem się.
- Mogę... spróbować... ale to dziwne - mruknął.
- Wiem, jednak tak jest lepiej - objąłem go na chwilę ramieniem. - To co, może pójdziemy gdzieś, bo mam już dosyć tego miejsca?
- Właściwie... Kiedy myślałem, że mam jakiś plan i jestem go w stanie wykonać... To miałem w zamierzeniu zabranie cię na święta... czy jakoś tak... - odparł nieśmiało.
- Zawsze byłeś taki nieśmiały? Chyba się cholera odzwyczaiłem - mruknąłem. - Ale to nadal jest ohydnie wręcz słodkie i pociągające. Jestem okropny, skoro mnie to pociąga....
- Dlaczego? - zmarszczył brwi.
- Bo to niejako uwielbienie uległości, więc despotyzm - odparłem, a on uniósł dłoń i popukał się palcem w czoło. - To prawda!
- A ja jestem królewną Śnieżką - mruknął.
- Więc wszystko się zgadza, bo ja jestem księciem - wyszczerzyłem się i dostałem w ramię. - Ej!
- Szowinista - zaśmiał się.
- I despota, powinieneś uciekać - szepnąłem mu do ucha.
- Będziemy tak stać na korytarzu... czy... - zaczął, a ja się uśmiechnąłem i pociągnąłem go w głąb budynku.
- Skoro już chcesz mnie stąd zabrać, co mi się podoba, w końcu i tak myślałem nad powrotem na święta i ferie do domu, to powinniśmy wrócić do mojego pokoju, który mam aktualnie sam, ponieważ normalnie dzielę go z tym chorym Julesem. Zresztą w pokoju będziemy sami...
- To jakiś wyjątkowy plus? - zapytał, unosząc brew, spojrzałem na niego spode łba, a on się uśmiechnął.
- Mówisz, jakbyś nie wiedział jak duży... - przygryzłem wargę.
- Zboczeniec - mruknął cicho, a ja się zacząłem śmiać, jednocześnie wpychając go do pokoju. Zamknąłem drzwi za nami i przekręciłem klucz w zamku.
- Chyba ci to nie przeszkadza Josh... co?
- Może i przeszkadza - skrzyżował ręce.
- O nie... chyba teraz powinienem cię przekonać, że ci nie powinno przeszkadzać - podszedłem do niego, a po chwili obaj opadliśmy na łóżko. Moje dłonie pożądliwie krążyły po jego ciele. - Nawet nie wiesz jak bardzo samotny się tutaj czułem...
- Tak? - zaśmiał się. - Czyli jednak tęskniłeś.
O nie. 
Czerwone światło. 
Tęsknota to zaangażowanie. 
Nie tęskniłem. 
Nie mogłem tęsknić, ponieważ nic do ciebie nie czuję, tylko mnie pociągasz fizycznie. 
Na tym koniec.
KONIEC.
Nie chcę nawet o tym myśleć
a może chcę...
Nie mogę o tym myśleć.
Kiedy zacznę myśleć, zobaczę twoje oczy, twoją nadzieję i uczucia, a wtedy ulegnę, nie mogą tego zrobić.
Nie mogąc cię pokochać.
Odsunąłem się do niego. Usiadłem na skraju łóżka, opierając łokcie o kolana i przecierając dłońmi twarz. Poczułem, jak materac się porusza, czyli pewnie usiadł. Musiało go to nieźle zdziwić, może wywołać strach, może poczucie winy. Jestem okropny. Nienawidzę siebie, a jednak nie mogę ze sobą skończyć, bo to byłby również koniec na mamy. Żal by ją zabił. Wszystko ją może zabić. Jest taka krucha, ale Josh też mi się taki wydaje. Jakby wiatr mógł go zdmuchnąć i unieść wysoko, daleko ode mnie.
- Po prostu wcześniej spełniłem z tobą dużo czasu, a tutaj nie ma nawet Julesa - odparłem.
- I wcale, nie rzuciłeś się na mnie, nie patrząc na otoczenie, bo nie mogłeś się doczekać mojego widoku - wstał z łóżka i stanął przede mną.
- Nie - odparłem, unosząc głowę, by na niego spojrzeć.
- Jesteś...
- Ślepy czy głupi? - prychnąłem, uśmiechając się wrednie. - Może po prostu jestem jaki jestem. Milesem Youngiem, z kredytem grzechów do spłacenia...
- No tak i wcale nie drżącym i prowadzącym nie jak najszybciej do pokoju, żeby mnie dotknąć - odparł.
- Przestań.
- O co ci chodzi, czemu nagle stajesz się taki niemiły?
- Może taki jestem.
- Nie jesteś - upierał się. Dziwne.
- Jestem! - zarwałem się na równe nogi i go popchnąłem.
To była sekunda. Uderzył bokiem o biurko. Co ja właśnie zrobiłem? Nic nie odpowiedział, po prostu wyszedł. A ja nie spojrzałem nawet za nim. Chyba jestem głupi. Właściwie to nie chyba. Złapałem za torbę, którą miałem przygotowaną, w końcu miałem i tak pojechać do domu, tego wieczoru. Zbieg okoliczności? Tak. Zdałem klucze i wyszedłem, odnalazłem samochód Joshuy. Rzuciłem torbę z tyłu, sam usiadłem z przodu, opierał się cały o kierownicę, chowając twarz. Kiedy usłyszał zamykające się drzwi obok niego, uniósł głową i spojrzał na mnie. Gdyby nie to chujowe światło, powiedziałbym, że nie uronił jednej łzy. Jedną dłonią zgarnąłem do tyłu jego włosy.
- Przepraszam -  powiedziałem. - Tak. Słyszę jak chujowo to brzmi, po tym co przed chwilą zrobiłem. Jestem niemiły, bo nie jestem ślepy, bo widzę więcej, czuję inaczej i widzę, jak moje życie się łamie, obraca w ruinę. Nie chcę rozmawiać. Jeśli nie chcesz mnie widzieć, to wysiądę - cisza trwała długo, niebezpiecznie długo.
- Zapnij pasy - mruknął tylko. Później oznajmił, że musi pojechać do domu, po rzeczy, ponieważ chce aby jak najmniej ich zostało w tym domu. Pokiwałem głową, ponieważ nie wiedziałem co powiedzieć. Zastanawiało mnie tylko, dlaczego on pozwolił mi jechać. I właściwie dlaczego go popchnąłem. To był tak ogromny impuls. Nie chciałem się nawet sam przed sobą przyznać, że on ma rację. A czy miał? Obiektywnie patrząc tak. Jednak to nie mogło być tak. W końcu ja go nie kochałem, ponieważ nie mogłem... Głupi argument. Uważałem tak przed te cztery lata i kompletnie nie miałem z tym problemu, jednak on to zmieniał. Zmieniał na moich oczach, a ja nic nie mogłem zrobić. Tak jak nie mogłam nic zrobić, widząc, jak tracę rozum, jak włącza się ta dzika część mnie, która jest w stanie zrobić wszystko dla pewnej osoby, jednej jedynej, która mnie urodziła i która jest nadzieją dla mojej duszy. To nie chodzi o to, że byłem mamin synkiem, bo nie było tak do końca. Nie byłem niedojdą, która nie radziła sobie bez mamy. Tylko... mama oddała mi nerkę. Dawno temu. Od wtedy była dla mnie największym możliwym cudem na tej ziemi. A tutaj nagle się okazało, że znalazł mi się drugi cud i nie był nim Jules. Mój cud. Czym się zasłużyłem, że dostałem już aż drugi? Stanęliśmy na światłach, już na obrzeżach Aberdeen. Spojrzałem na niego, ale on nie patrzył na mnie, tylko rozglądał się wszędzie indziej. Sięgnąłem przez podłokietnik i delikatnie musnąłem bok, którym uderzyło biurko. Wzdrygnął się i tym razem nasze spojrzenia się spotkały.
- Przepraszam - szepnąłem i wyciągnąłem się, żeby go pocałować. Choć równie dobrze mógłbym całować manekina, ponieważ nie odpowiedział. Opadłem na siedzenie. Skrzyżowanie dalej skręciliśmy do całkowicie innej dzielnicy. Bogactwo w niej aż opływało. Wcale się nie dziwiłem, że chciał stąd uciec. Ja bym to zrobił po pierwszym dniu, a Juluś nie wytrzymałby godziny z jego umiłowaniem do wolności i wandalizmu. Stanęliśmy przed klasycznym domem, jednak już stąd rzucał mi się w oczy ten niepokojący dodatek nowoczesności. Elektronika w domu mnie dobija... Żeby nawet do domofonu się spowiadać, że przyjechało się do siebie, po kilka rzeczy. Brama się otworzyła, a ja mruknąłem: - Jak w nawiedzonym domu...
Kiedy czekaliśmy, aż nam otworzą frontowe drzwi, Joshua zmieniał się z sekundy na sekundę i to było okropne, przerażające i wstrząsające. Miałem też wrażenie, że słyszę fale. Czyżby to była przerażająca rezydencja na wybrzeżu morza? To już chyba wiem, co robią z ciałami. Klif + woda = brak zwłok. W wejściu ukazała się młoda dziewczyna, siostra. Siostra to złe słowo, patrząc, że on jest adoptowany.
- Po co przyjechałeś? - zapytała opryskliwie, a ja otworzyłem szeroko oczy, nie wierząc w to, co usłyszałem.
- Trochę kultury przy gościu - mruknął Josh.
- Sprytna przykrywka, żeby nikt ci nie mógł powiedzieć prawdy w oczy - syknęła.
- Prawdy w oczy? Fascynujące - odparłem, a po chwili wpuściła nas do środka. Zaraz pojawiła się przed nami elegancko ubrana, dystyngowana kobieta, która jakoś dziwnie przypominała mi postać Morticia Addams z Rodziny Addamsów. Zastanawiało mnie tylko jak takie cudo jak Joshua, mógł tutaj trafić. Polecieli pewnie na modę na pięknookie sieroty.
- Dzień dobry - podała mi dłoń, a ja uniosłem ją do ust. Na jej twarzy pojawił się delikatny uśmiech. Czyli mnie nie zje. Jeszcze.
- Dzień dobry - odparłem.
- Samantho, to mój kolega ze studiów, Miles Young, Miles to Samantha... - powiedział chłopak, patrząc w podłogę.
- Bardzo mi miło wreszcie panią poznać - odparłem, uśmiechając się czarująco.
- W jakim celu zawdzięczamy tę wizytę? - zapytała, patrząc na mnie. Oh, no tak, to pytanie do mnie.
- To wizyta dosłownie na kilka minut, przyjechaliśmy tutaj po parę drobiazgów, potrzebnych Joshule.
- W takim razie, Joshua idź zabierz te drobiazgi, a my z panem Youngiem porozmawiamy - powiedziała, zapraszając mnie ruchem ręki do salonu. Kiwnąłem do Josha.
- Nie martw się dam sobie radę. Pobawię się trochę w van Helsinga... Tylko postaraj się zrobić to szybko, bo skończę jak ten nieszczęsny brat Anny Valerious - szepnąłem, a on pokiwał głową i ruszył po schodach na górę. Wszedłem do pedantycznego salonu i poczułem się jak w psychiatryku. Siedzieli tam, po jednej stronie stolika, Samantha i Jason. O mój Boże... czułem się jak wtedy, kiedy Adrien przedstawił mnie swoim rodzicom. Chociaż oni wiedzieli o orientacji ich syna.
- Więc jest pan kolegą Joshuy ze studiów? - zapytał mężczyzna.
- Owszem, chociaż nie tylko - odparłem, mówiąc coraz pewniej.
- Nie tylko? Można widzieć co to znaczy? - tym razem pytanie padło z ust kobiety.
- Widzi pani... Nie chciałbym, obrażać tutaj niczyich uczuć, czy poglądów, jednakowoż... Przede wszystkim jestem prawdopodobnie przyszłych chłopakiem pani adoptowanego syna - chyba się tego nie spodziewali, ponieważ otworzyli usta ze zdziwienia, jednak szybko się ogarnęli.
- Słucham? - zapytała.
- Oj, czyżby problemy ze słuchem? To nie dobrze. Jednak chętnie powtórzę. Jestem prawdopodobnie...
- Ale słyszałam, tylko... - nie skończyła.
- Ach... rozumiem. Pani się nie spodziewała? Cóż.... Patrząc na dosyć nieudany związek z tak zimną, nieokrzesaną i zdradliwą osobą jaką była... Jak ona się nazywała... A tak! Amber. To była całkiem do przewidzenia.
- Jaką? - zapytał mężczyzna.
- Zdradliwą - odparłem już całkiem pewny siebie. - W sumie zastanawia mnie, czy panu też chciała obciągnąć z Joshuą i pana żoną w drugim pokoju... Mi chciała - wzruszyłem ramionami.
- Co zrobić? - tym razem odezwała się mała.
- Patrząc z nad twojego ramienia na stronę, którą miałaś włączoną i czekając na filmik, który się ładował... Dokładnie wiesz słońce, co to znaczy - uśmiechnąłem się do niej.
- Jest pan... nawet nie wiem jak to nazwać - odparła kobieta.
- Droga pani. W normalnych dzielnicach, mówi się na to szczerość, jednak z drugiej strony nic państwo nie mogą poradzić, że żyją w tej obrzydliwej obłudzie. W końcu trzeba mieć za co znęcać się nad biednymi, a bez obłudy to by państwa tutaj nie było - nagle do salonu szedł Josh i w jednej sekundzie pobladł.
- Nigdzie z nim nie jedziesz! - krzyknął Jason.
- Wybaczy pan, ale z tego co mi się wydaje, to syn jest dorosły.
- A ty bądź cicho!
- Oh, czyżby granice obłudy nagle się złamały, jak mi nie przykro - zaśmiałem się.
- Odetniemy ci pieniądze i zabierzemy samochód!
- Samochód ma papiery na Joshuę, więc nie mają państwo prawa mu go zabrać, a z jego stypendium w Morgan i moim w Akademii Lotniczej, bez problemu się utrzymamy.
- A studia to z prostytucji sobie zapłacicie?! - krzyknął.
- W sumie z urodą Joshuy to byłby wspaniały zarobek, ale że zależy mi na tym ciele, tej urodzie i niewinności, więc myślę, że przy odpowiednich adwokatach, których znam i kilku dowodach oraz przy małej namowie kilku osób do współpracy, jesteśmy w stanie wygrać sprawę w sądzie o alimenty, za te kilka lat zmarnowanego przez państwa mu życia, więc myślę, że to pozwoli mu, na opłacenie studiów - odparłem, a oni zamilkli. Podszedłem do Josha. - Wszystko wziąłeś?
- Tak - odparł patrząc nadal na nich.
- Nie martw się słońce, twoi adopcyjni rodzice chyba zrozumieli, że lepiej nie zaczynać tej burzy. A państwo niech się nie martwią, będą nas państwo oglądać jak najrzadziej, ku mojej i Joshuy niewypowiedzianej radości - ruszyłem ku wyjściu. - A i jeszcze jedno. Za kilka lat państwo zrozumieją, jak ogromny błąd popełnili nie doceniając tego chłopaka. Ale to już państwa cholerna głupota. Do widzenia - uśmiechnąłem się. Josh nic nie powiedział do nich, tylko do mnie "Chodźmy lepiej, nie ma tutaj nic ciekawego, raczej żałosnego..." i ruszył przed siebie. - Niespodzianka, Joshua wyrósł na samodzielnego chłopca i w sumie... Chyba powinienem wam za to podziękować, ale tego nie zrobię - puściłem im oczko. Szatyn czekał na mnie przed samochodem.
- Co ty zrobiłeś? - zapytał.
- Uświadomiłem twoich rodziców - odparłem pewny siebie.
- Po co?
- To po, żeby ci coś pokazać. Coś. Co może całe poprzednie cztery lata, zamienić w nicość. To stumilowy krok dla mnie, bo kiedy cię popchnąłem, miałem ochotę sam sobie skręcić kark. Bo ja... Bo ja tęskniłem Joshua... Tęskniłem... tak cholernie tęskniłem...

Joshua?
Bardzo słabe?

niedziela, 7 stycznia 2018

Od Milesa C.D. Joshuy

Patrzyłem na niego, tylko patrzyłem, ponieważ właściwie to trochę zamurowało mnie to pytanie. Wcześniej się nad tym za wiele nie zastanawiałem, właściwie mówiąc, to wcale. Jak to będzie wyglądało? Ciche przemykanie wieczorami do pokoju? Po kryjome pocałunki na korytarzu lub na treningu? W każdym razie ciężko tutaj mówić o wielkiej, romantycznej historii miłosnej, której ta akademia jeszcze nie widziała. Westchnąłem przeciągle, zaczynając bawić się palcami dłoni.
- A tak konkretniej o co ci chodzi? - zapytałem woląc odciągać chwilę odpowiedzi, ponieważ tak naprawdę jej nie miałem. Adrien wtedy dla mnie też nie miał, a prawda była taka, że nigdy nie da się tego przewidzieć. To zależy od danych ludzi, jak również od otoczenia, w którym się znajdują.
- Tak konkretniej... o wszystko - wzruszył ramionami, odwrócił wzrok ode mnie, aby utkwić go na dobre w jeziorze.
- Właściwie... To nie wiem co ci odpowiedzieć - za często mówię tą prawdę. To zaczyna się po pierwsze rozbić niebezpieczne, a po drugie niewygodne. - To zależy... - nic nie odpowiedział, to zresztą byłoby niezgodne z jego naturą, więc postanowiłem kontynuować. - Na pewno chciałbym częściej spędzać wieczoru na słuchaniu niepohamowanych potoków słów, płynących z twoich ust - szepnąłem mu do ucha. Zerknął na mnie z promiennym uśmiechem, który jednakowoż próbował ukryć.
- Tak? - zapytał cicho. Objąłem go ramieniem i oparłem głowę o jego ramię.
- Tak. Zdecydowanie tak. Może nie do końca tak samo, ale chodzi o ogólny sens - odparłem. - Właściwie to inaczej to planowałem. Wiesz... Jakieś fajne mięciutkie łóżeczko, ciepełko, przyjemna, rozluźniająca atmosfera... Coś nie wyszło - mruknąłem, krzywiąc się.
- Nie było tak źle... akurat ciepło to mi było - odparł i obaj zaczęliśmy się śmiać.
- Chyba niestety tylko ciepło - westchnąłem, a on dalej się śmiał. - No materac w namiocie, to nie jest spełnieniem moich marzeń, ale to jednak zawsze materac.
- Obiecuję ci, że wynagrodzę ci tę niewygodę - szepnąłem.
- Nie... To nie tak... - zaczął się tłumaczyć.
- Nie musisz się tłumaczyć. Chcę ci to wynagrodzić. Nie sytuację, tylko ten materac w namiocie, jasne? - zaśmiałem się a on pokiwał głową. - Bo tak ogólnie... to niczego poza miejscem bym nie zmienił.
- Niczego? - zapytał niepewnie. Podniosłem się z jego ramienia i spojrzałem mu w oczy.
- Niczego. Dałeś mi coś... czego bardzo długo mi brakowało i nikt tego lepiej by nie zrobił - zapewniłem go. - Ale tutaj nie chodzi tylko o seks, fizyczność. Bardzo cię szanuję i lubię, czas z tobą to przyjemność...
- Nie musisz...
- Muszę - przerwałem mu. - Wiem, że pamiętasz o układzie, ja też o nim pamiętam, ale nie chcę, żebyś czuł się jak przedmiot. Bo po pierwsze nim nie jesteś, po drugie nie o to mi chodziło oraz po trzecie pochlastałbym się chyba, gdybyś zaczął tak myśleć - odparłem, nie za dużo zastanawiając się, bo mówię. Jednak z drugiej strony, kiedy dotarły one do mnie, czułem nieco ulgę, że powiedziałem to.
- Naprawdę? - zmarszczył brwi, a ja pokiwałem głową. Przysunął się do mnie i pocałował.

~ * ~

W Glanffrydlas mieliśmy bezpośredni pociąg do Londynu. Powrót zajął nam pół dnia, jednak nie musieliśmy czekać na bardzo rzadkie pociągi w tym kierunku. Za to z biletami nie było żadnych problemów. Właściwie to założyliśmy po minie pani w kasie, że praktycznie niewiele osób nim jeździ... Przynajmniej z tej stacji. Oczekiwania się potwierdziły, kiedy na peron podjechał pociąg. Wsiedliśmy do niego samotnie, co mi pasowało. Zaraz po odjeździe, bardzo miła pani sprawdziła nam bilety i powędrowała do innego przedziału. Zanim jednak zniknęła zapytałem się o długość podróży. Około pięć - sześć godzin. Pięknie... Automatyczne drzwi kliknęły, a ja spojrzałem na Joshuę.
- Co? - spytał cicho, jakby wokół nas był tłum.
- Ja przykładowo nie robiłem nigdy tego w pociągu - wzruszyłem ramionami.
- Zboczeniec - prychnął sięgając po książkę. - Raven patrzy. Nie chcę jej deprawować.
- Ale to tylko pies - jęknąłem. - Jesteśmy tutaj sami. Sami... Samotni... - szepnąłem mu do ucha, zjeżdżając dłonią po jego klatce piersiowej.
- Napaleniec - odparł, a ja się zaśmiałem.
- Mhm... owszem - szepnąłem, a po chwili siedziałem mu na kolanach, przodem do niego. Zabrałem mu z rąk książkę i rzuciłem na siedzenia za mną.
- Czytałem - burknął.
- Wiem... - szepnąłem i przypiłem się do jego ust, uśmiechnąłem się po oderwaniu od niego.
- Ale ja... - ponownie go pocałowałem.
- Musisz mi wybaczyć ten okropny sposób na uciszanie cię, ale to uzależniające... - przygryzłem wargę. Czy ja się przyznałem właśnie do tego, że uzależniam się od całowania go. - A wracając do mojego bycia napaleńcem... Cóż... - dłonie suwałem w górę i w dół jego ud. - Musisz mnie zrozumieć. Mam przed sobą... i częściowo pod sobą... - uśmiechnąłem się. - Przystojnego, inteligentnego, pociągającego, miłego chłopaka, o cudownym ciele, co wczoraj sprawdziłem bardzo dogłębnie, i który dopuścił mnie do tego swojego ciałka, więc to logiczne, że skoro człowiek chce aby to, co przyjemne, trwało jak najdłużej, to będę chciał powtarzać to jak najczęściej, ale to ma same plusy...
- Jak to? - zdziwił się.
- No patrz, bo to prościej niż z dziewczyną. Mniej rozbierania, mnie ubierania, więc mniej czasu na ucieczkę, w sumie to można dzięki temu wszędzie to robić, bo nie zajmiemy dużo miejsca...
- Stop - przerwał mi. - Nienawidzę komuś przerywać, to nawet sprzeczne z moją naturą, ale przestań...
- I kto tu jest dzieciak? - oburzyłem się. - Moje niewiniątko...
- A skąd wiesz, że to mój pierwszy raz z chłopakiem? - uniósł brew, a ja najpierw zmarszczyłem brwi, a później zdziwiłem się.
- Yyy... założenie zgodne z zebranymi wcześniej szczątkami informacji? - uśmiechnąłem się niewinnie.
- I jesteś taki pewien? - zastanowię się chwilkę.
- Twoje słowa z tamtego wieczoru, jak i stosunku, całkowicie mi wystarczą - skrzyżowałem ramiona.
- A może po prostu byłem na twoim miejscu?
- To wtedy byś się tak nie opierał, tylko o tym wspomniał, bo mi to dużej różnicy nie robi - zauważyłem.
- Skąd miałem to wiedzieć?
- To... - skrzywiłem się. - To dobre pytanie...
- Wiem - uśmiechnął się.
- Podoba mi się ta większa pewność siebie - wyszczerzyłem się, a on natomiast skrzywił.
- No mi nie za bardzo - mruknął.
- Nie wiem dlaczego. Możesz mi nie mówić, bo sam nie wszystko mówię. Jednak jeśli kiedykolwiek byś chciał... to wiesz gdzie mnie szukać - pogładziłem go po policzku. Wkrótce później siedziałem już obok niego, on spał oparty o moje ramię, a ja zatopiłem umysł w książce, którą mu zabrałem, a która mnie zainteresowała. Raven spokojnie leżała obok mnie, a kiedy pojawiało się już więcej ludzi, przeprowadziłem ją, aby siadła między nami. Przed nami usiadła starsza kobieta z wnuczką, mniej więcej w naszym wieku, jednak zrobiły to kilka stacji przed Londynem. Surowy wzrok tej pierwszej, gdyby mógł, to pewnie spaliłby mnie żywcem. Jak mi bardzo nie przykro, że się przyzwyczaiłem już do tego.
- Jak tak w ogóle można? - pytała wnuczki, która coraz bardziej się czerwieniła.
- Babciu, przestań - szeptała.
- Ale jak oni mogą się z tym tak obnosić? Wstydu nie mają....
- Babciu... - jęknęła i zerknęła na mnie, uśmiechnąłem się rozbawiony do niej.
- Nie przejmuj się - odparłem do niej. - Przyzwyczaiłem się już, a on... on śpi, więc go to nie zrani.
- Przepraszam - odparła uśmiechając się niepewnie.
- Nie ma problemu, a pani jest nieco mało tolerancyjna jak na ten krzyżyk, który pani nosi - odparłem do starszej kobiety. Zmarszczyła brwi. - Pewnie zdziwi panią, że jestem ochrzczony i wierzący, prawda? - spojrzałem jeszcze raz na dziewczynę. - Miles - podałem jej rękę, przytrzymując jakimś cudem nadal śpiącego Josha.
- Ruby - uścisnęła moją rękę. - A... on?
- Joshua...
- C-co? - nagle się przebudził. - Gdzie moja książka?
- Czytam ją, śpij - zebrałem jego włosy do tyłu, przeczesując je placami.
- Dobrze... Obudź mnie w Londynie... - mruknął jeszcze. Ruby okazała się całkiem miłą i inteligentną młodą dziewczyną na studiach, z nieco konserwatywną babcią. Miałem tylko nadzieję, że jej nie wyklnie, albo coś. Obudziłem Josha chwilę przed zatrzymaniem się pociągu. Samochód tak jak obiecał ojciec czekał na parkingu za budynkiem dworca. Zanim jednak wyjechaliśmy z tego parkingu, Joshua ponownie spał, Raven ułożona na siedzeniach z tyłu, chyba już też. Kolejna samotna podróż? Nie ostatnia w życiu... Włączyłem radio, ale zanim ruszyłem przyszedł mi sms od Julesa: "Jest problem w Edynburgu, przełożeni cię szukają, gdzie jesteś do cholery?!". Westchnąłem. Miałem nadzieję, że wszystko się wyjaśni i nie będę musiał tam teraz jechać. Spokojna muzyka nigdy nie działała na mnie usypiająco w samochodzie, jedynym warunkiem musiało być to, że znałem piosenki i je chociaż cicho nuciłem.
Kiedy zaparkowałem pod budynkiem akademii, delikatnie obudziłem Josha.
- Gdzie jesteśmy? - zapytał zaspany.
- Na miejscu, pod akademikiem - gładziłem go po włosach.
- Mhm... to musimy iść? - zapytał wzdychając.
- Tak. Razem, chyba że nie chcesz... Bo widzisz sporo myślałem i nie można dokładnie przewidzieć jak będzie po powrocie - wyprostował się i spojrzał na mnie przytomnie. - Ludzie mogą na nas krzywo patrzeć, bo zawsze się tacy znajdą. Wolałbym ci tego oszczędzić, ponieważ to układ, a nie poważny związek. Wolałbym, żeby cię nie ranili, ale to twój wybór, bo ja sobie poradzę, cokolwiek powiesz.

Joshua?

sobota, 30 grudnia 2017

Od Milesa C.D. Joshuy

Pokiwałem głową, biorąc głęboki wdech. Idealna cisza, przerywana naszymi oddechami i harmonicznymi dźwiękami natury. Trawy przybierały już rdzawy kolor jesieni, ale wciąż pełno było kwiatów, które razem tworzyły niewypowiedzianą mozaikę kolorów, piękna i niezwykłości natury, która była bardzo łaskawa dla tego miejsca. Zatrzymałem się na krańcu wydeptanej przez tysiące ludzi ścieżki. Ten ogrom równin mógłby nas bez problemu pochłonąć, dopiero w oddali majaczył ciąg garbów gór. Zerknąłem w prawo, gdzie za Joshem, który stał obok mnie, bardzo blisko, na tyle, że mogłem wziąć go za rękę, widać było jeden z najbliższych i najłagodniejszych szczytów tego parku. Najbliższy tutaj, w rzeczywistym świecie oznaczało daleki, nawet bardzo daleki, a najgorsze było to, że ciągle będziemy piąć się delikatnie w górę.
- Za tą górą rozbijemy namioty - wskazałem. Chłopak powoli odwrócił głowę w tamtą stronę i wzruszył ramionami.
- Nie wydaje się, żeby to było za daleko - odparł spokojnie i cicho, jakby nie chcąc mącić ciszy panującej wokół nas. Zacząłem bawić się palcami dłoni, którą z nim złączyłem. Spojrzał na nie, troszkę mocniej ściskając moją rękę. Uśmiechnąłem się i westchnąłem. To przyjemne. Wszystko z nim związane było przyjemne i trochę mnie to przerażało. Najbardziej się bałem, że całkowicie nieświadomie się zaangażuję, a kiedy wreszcie się obudzę i oprzytomnieję, to już dawno będę leżał w łóżku obok tego chłopaka, który będzie związany ze mną emocjonalnie, a ja z nim i będę szczęśliwy, choć przez chwilkę, kiedy spokojnie będę patrzeć jak on śpi obok mnie. Obok mnie. Spał. Szczęśliwy. Trochę dużo jak na tę chwilę.
- To kwestia perspektywy. Obóz rozbijemy pewnie około siedemnastej albo osiemnastej. Więc mamy jakieś... - wyjąłem z kieszeni wiatrówki telefon i spojrzałem na godzinę. - Pięć godzin. Powinno starczyć.
- Powinno? - jęknął, a ja cichutko się śmiałem.
- To ty jesteś tutaj Norwegiem, więc to ty jesteś niejako specem od chodzenia po górach i ogólnie rzecz biorąc górskich terenów - puściłem mu oczko, kiedy spojrzał na mnie tym wzrokiem mordercy, który i tak wydawał mi się słodziutki, ponieważ to nadal był Joshua. Mój... Nie. Tylko nie mój. Zapomnij Miles!
- To tylko moje korzenie Miles, niekoniecznie taki jestem. Może ja się nie lubię męczyć, wolę położyć się na tej pięknej łące i tak przeleżeć cały dzień? - uniósł brew, a ja uśmiechnąłem się szerzej.
- Sam byś chciał leżeć? - zapytałem, puszczając jego dłoń i obejmując go ramieniem. Zaczął się nerwowo rozglądać.
- No jasne, że nie. Wolałbym z tobą - szepnął i nadal nerwowo się rozglądał, po chwili zrozumiałem, że chyba chodzi o to ramię i wróciłem dłonią do jego dłoni. Trochę się uspokoił.
- Ja bym wolał się położyć tam - wskazałem na górę. - Tam... - zbliżyłem usta do jego ucha - nagi... obok ciebie...
- Miles - mruknął i ruszył przodem, a ja zacząłem się śmiać. Po chwili go dogoniłem.
- Głodny jestem - westchnąłem przeciągle, on również.
- Już? Dopiero co jedliśmy śniadanie - odparł, a ja wzruszyłem ramionami i spojrzałem w dół na moje buty.
- Lubię jeść. Nic na to nie poradzę... Mam tak od dzieciństwa, choć przechodziłem raz okres, że nie chciałem jeść i wylądowałem w szpitalu z podejrzeniem anoreksji... - zacząłem kolejną z wspaniałych historii mojego życia...
- Naprawdę? - przerwał mi.
- Tak. Akurat do szpitala mojej mamy, więc nie było najgorzej, ale od tamtego razu połowa mojej rodziny nauczyła się, żeby przestać mi truć, że tylko bym jadł. Skoro mi to nie szkodzi i nie jestem na tyle gruby, że nie mieszczę się w drzwi, mam prawo jeść ile chcę. Jestem w końcu wolnym człowiekiem - głęboko nabrałem chłodnego powietrza Walii, czystego i pachnącego kwiatami, aby je powoli wypuścić.
- Dokładnie... wolnym. Chociaż czasem wolność jest zgubna - odparł, maszcząc brwi.
- To prawda, jednak nigdy mnie nie ciągnęło do narkotyków, papierosów... Może do alkoholu i owszem, ale mam silną wolę, przynajmniej tak mi się wydaje, więc w moim przypadku wolność może się ograniczać jedynie do związków na jedną noc i ogromnym poczuciem niezrozumienia oraz samotności.
- Czujesz się samotny? - zapytał cicho.
- Teraz... - przerwałem i się skrzywiłem. Prawdę. Chyba jestem winny mu tę część prawdy. - Teraz nie. I tego się najbardziej boję...
- Dlaczego? - zapytał głucho, prawie niesłyszalnie. Mogłem się założyć, że teraz żałuje tego w duchu... Cały trzymający się zasad Joshua.
- Widzisz w ciągu jednego pogrzebu zrozumiałem, że chyba lepiej być samotnym, niż tracić kogoś bliskiego. Dlatego też tak bardzo martwię się o mamę, a ty tak bardzo żałujesz, że wypadek odebrał ci twoich rodziców.
- To całkiem logiczne - przyznał smutno, melancholijnie i za spokojnie nawet jak na niego. Nie podobało mi się to, że chował emocje, jednak nie miałem prawa prosić, aby mi je pokazał, ponieważ to by było zbyt niesprawiedliwe z mojej strony, w końcu ja kłamałem.
- Czasem jednak myślę... - zacząłem, a on spojrzał na mnie z nadzieją. Tak bardzo nie chcę ci jej odbierać, a tak bardzo zdaję sobie sprawę z tego, że muszę, że powinienem. Nie jestem materiałem na chłopaka Joshua. Materiałem na nikogo nie jestem... Może ewentualnie na pilota, ale to tylko dlatego, że to moja największa pasja i ciężko wypracowane umiejętności. - Myślę, że nie jestem na tyle silny, żeby spędzić całe
życie sam. Z drugiej strony kiedy zostanę pilotem mogę mieć małe problemy z rozjazdami, podróżami... A nie każdy będzie chciał ze mną latać po całym świecie, w końcu ta druga osoba też chce się spełniać, a ja czasem mogę nawet kilka tygodni być poza domem. Nie każdemu to pasuje, bo to zabija uczucie, nie oszukujmy się.

sobota, 23 grudnia 2017

Od Milesa C.D. Joshuy

- Nie tato, tylko wy macie takie chore tematy do rozmów przy osobach spoza rodziny - odparłem wchodząc do kuchni i tym samym ratując ten piękny tyłek Joshuy.
- Oj od razu chore - prychnął, biorąc do ręki kubek kawy i wypijając od razu pewnie jakoś jego połowę. - Po prostu...
- Chore... - szepnąłem.
- Ale ja cię trzepnę zaraz - mruknął.
- Bicie dzieci jest zabronione - zacząłem się śmiać. Usiadłem obok Josha. - To co jemy?
- Kiedy wychodzicie? - zapytała mama, jakby kompletnie nie zwracała uwagi na to, co mówię.
- Nie takie było pytanie, ale... No dziś...
- Co?! - zapytali oboje. Wzruszyłem ramionami i spuściłem głowę.
- Zaczął się rok szkolny, a chcemy odwiedzić Snowdonię. Jest nie za późno, jeśli złapiemy stopa bliżej Swansea, to późno w nocy będziemy na miejscu - wytłumaczyłem, a nagle na moich ramionach poczułem ciepłe dłonie.
- Nie musisz się tłumaczyć - odparła mama, pochylając się i całując mnie w policzek. - Po prostu mieliśmy nadzieję, że dłużej tutaj pobędziecie.
- I tak jesteśmy dłużej, niż zakładaliśmy... - westchnąłem ciężko. - Mamo...
- No już, jedźcie i dobrze się bawcie - puściła mi oczko, po czym wróciła do aneksu.
- Słyszałem ten podtekst i mi się to nie podoba - odparłem, a moi rodzice popatrzyli się na siebie ze zdziwionymi minami. Westchnąłem. - Tak, Josh wie.
- Wie.... - zaczęła mama. Uniosłem brew.
- Wie... - zaczął tata, ale również nie skończył. Zmarszczyłem brwi.
- Możemy skończyć rozmowę o mojej orientacji i wreszcie jeść? - spytałem poirytowany. Mama powoli pokiwała głową.
- Jasne... właśnie skończyłam... - odparła, a po chwili uśmiechnęła się promiennie o zaczęła nakładać jeszcze dymiące danie. - Muszę przyznać, że poczułam ulgę, nie lubię zatajać prawdy przed ludźmi... Mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe...
- Nie - odparłem pewnie, kręcąc głową. Od razu zacząłem jeść. Wszyscy zaczęli zaraz po mnie, mama na końcu, bo jak zwykle nie dała się przekonać, że może najpierw zjeść, a później my wszystko ogarniemy. Rozmowa toczyła się tym razem na w miarę neutralne tematy, co mi wręcz idealnie pasowało. Wystarczy mi już onieśmielania mnie, jak na jeden dzień... właściwie jedno popołudnie... Po obiedzie skończyliśmy się pakować, przyczepiliśmy smycz Raven do mojego plecaka i wyszliśmy przed dom, jednak mama jak zwykle możliwie opóźniała opuszczenia przez nas domu. Przytulała, gadała, wręcz ględziła, czasem dawała też rady... Z drugiej strony ciężko było jej słowa nimi nazwać. W końcu zaczęła mnie irytować, nie mogłem powiedzieć zdania, Josh stał grzeczny niczym ten baranek i słuchał ze spuszczoną głową.
- Mamo! - jęknąłem. A ona nagle zamilkła. - I tak dzisiaj stąd wyjdziemy...
- Wiem... - odparła cicho.
- Właśnie. Kocham cię - cmoknąłem ją w policzek, a tacie podałem rękę. - Cześć tato.
- Cześć Miles. Ode mnie jedna prośba, nie zgub go tylko - zaczął się śmiać.
- Dobrze - odparłem uśmiechając się i ruszyłem chodnikiem.
- Do widzenia - powiedział Josh i szybko dołączył do mnie. Kilka razy się odwróciłem, aż w końcu rodzice zniknęli we wnętrzu domu. Objąłem go wtedy ramieniem.
- Będę dokładnie pilnować nawet... - powiedziałem mu do ucha, a kiedy odwrócił głowę w moją stronę, pocałowałem go. Zaraz potem zaczął się rozglądać na wszystkie strony, a ja zaśmiałem się. - Goni nas ktoś?
- Nie... nie spodziewałem się po prostu... Nie tutaj - odpowiedział.
- Nie tutaj? Hmmm... W szyję też chętnie cię pocałuję... - wymruczałem, a on zrobił się czerwony.
- Nie o to mi chodziło! - mruknął, a ja dalej się śmiałem.
- Wiem Joshua, wiem - westchnąłem uspokajając się po dłużej chwili. Zatrzymałem się na przystanku, a Josh przeszedł jeszcze kilka kroków, ale zaraz wrócił się do mnie.
- Czekamy... na miejski tak? - zapytał.
- Tak - pokiwałem głową - a co?
- Wpuszczą nas z psem, w środku dnia? - uniósł brew, a ja się skrzywiłem. Miał rację w końcu Raven nie była malutkim pieskiem, tylko wilczurem.
- Masz kaganiec? - pokiwał głową i zdjął plecak, aby zacząć w nim grzebać. - To myślę, że jak będzie w kagańcu, staniemy i weźmiemy ją między nas, to nie powinno być problemu - po chwili założył Raven kaganiec, a niedługo później podjechał autobus.
- Jakieś przesiadki? - zapytał Josh, kiedy wróciłem z biletami.
- Nie, Cardiff to takie śmieszne miasto, w którym możesz z jednego końca miasta, jedną linią, przejechać na drugi jego koniec. Wysiądziemy przy wylotówce na Swansea i dalej ruszymy pieszo. Myślę, że nie powinno być problemu ze złapaniem stopu w tej części Walii. Później bliżej Snowdonii trzeba będzie znaleźć jakiś autobus albo pociąg, bo to bliżej gór, a w parku zdążymy pochodzić po górach.
- To brzmi całkiem logicznie - pokiwał głową, uśmiechając się.
- O nie! Czy to znaczy, że zamieniam się w ciebie? - zachichotałem.
- Oby nie, bo nie wytrzymałbym z kimś takim jak ja... - przyznał, spuszczając głowę.
- To prawda... ciężko się nie roztopić w twoim blasku - szepnąłem do niego, jeszcze bardziej pochylił głowę śmiejąc się.
- Jesteś niemożliwy!
- Jestem zapobiegliwy! - odparłem. Często mamy inne zdania, jednak nie uważałem, że to coś złego. Przeciwnie mamy powód do dyskusji, a ja lubię z nim dyskutować, słuchać jego i jego głosu, a skoro to całkiem dobry sposób na to, więc czemu go nie wykorzystywać? Raven siadła między nami, więc mogliśmy spokojnie zająć się rozmową. W pewnym momencie trochę mnie zastanowiło dlaczego zgodził się na tą podróż. Tak, po raz kolejny. Skomplikowanie mojego umysłu oraz ciągle krążąca po nim niepewność powodowała, że często powracałem do już teoretycznie zakończonych przemyśleń, aby roztrząsać je na nowo, nowo i wciąż nowo. Co tym razem przyszło mi do głowy? Właściwie to nic konkretnego, ponieważ na każdy mój argument znajdowałem kontrargument, a w końcu zdenerwowałem się do tego stopnia, że obraziłem się sam na siebie i przestałem o tym myśleć. Witajcie w świecie Milesa Younga, tylko ja potrafię obrazić się na samego siebie.
Później na wylotówce było o tyle dobrze, że mogłem rozglądać się na wszystkie strony i w taki oto średnio skuteczny sposób uciekałem od myśli, które wciąż mnie prześladowały i ku mojemu przerażeniu wszystkie wiązały się z Joshem. Epicentrum moich problemów, to właśnie ten chłopak, a i tak przyciąga mnie do siebie jak magnez, przez co nie mogę się uwolnić, tylko kręcę się wokół jak jakaś planeta wokół Słońca, bez którego zamarza na niej życie i ginie. Gdyby to było takie proste i wcale nie czułbym przymusu zniszczenia tego najszybciej jak to możliwe, to cieszyłbym się, że to akurat on stał się moim Słońcem... W pewnym momencie jeden samochód mało mi nie urwał ręki, a kiedy już miałem krzyczeć za nim, zatrzymał się inny. Siedziały w nim dwie młode dziewczyny, uśmiechnąłem się do Josha, po czym pochyliłem się do szyby auta.
- Podwieźć was? - zapytała kierująca brunetka, która.... o mój Boże... była podobna do siostry Julesa. Na szczęście wydawało mi się tak tylko przez chwilę.
- A dokąd jedziecie? Nie chcielibyśmy zmieniać waszych planów - uśmiechnąłem się, a co odpowiedziała mi bliżej siedząca szatynka, o drobnej postawie i wdzięcznych zielonych oczach.
- Dla takiego towarzystwa, mała korekta planów nic nie znaczy - odparła.
- Nina... - szepnęła druga.
- To ty się zatrzymałaś. Jedziemy do Swansea - zwróciła się do mnie.
- To tak jak my - uśmiechnąłem się jeszcze szerzej.
- To wsiadajcie - kiwnąłem na Josha, spakowaliśmy plecaki do bagażnika, wsiedliśmy do środka, a z boku na wycieraczce siadła Raven. Po krótkim przedstawieniu się Caroline (jak się okazało) ruszyła. Reszta drogi minęła dosyć szybko, przede wszystkim na ciągle toczącą się żywą rozmowę. Nawet Joshua był bardziej rozmowy niż zwykle, co mi się podobało.
Do Swansea dotarliśmy dosyć późną nocą, przez co miasto tonęło w światłach latarni i domów. Całkiem romantycznie, co szepnąłem również do Josha, a on spuścił głowę. Dziewczyny na szczęście niczego nie zauważyły. Pokierowałem je do taniego, ale bardzo ładnego hotelu, który znałem z wyjazdów z rodzicami. Razem weszliśmy do środka i poprosiliśmy o dwa pokoje dwuosobowe, przez po pani recepcjonistka zapytała z miłym uśmiechem czy z pojedynczym łożem, czy nie, a ja wybuchnąłem śmiechem. Joshua za to szybko zaczął tłumaczyć, że z dwoma, po prostu przyjechaliśmy razem i takie inne bzdury. W końcu dostaliśmy klucze i udaliśmy się do pokoi.
- Właściwie... - zaczęła Caroline, kiedy już otworzyłem drzwi do nas. - Może to nie był przypadek...
- Ta propozycja recepcjonistki? - uniosłem brew. - Może... może... - powędrowałem wzrokiem po Ninie i puściłem jej oczko, po chwili znikając w pokoju.
- Co to było? - zapytał Joshua, po zamknięciu drzwi.
- Mały podryw? - wzruszyłem ramionami. Zdjąłem Raven kaganiec, smycz, a później ułożyłem z boku łóżka plecak.
- No właśnie? - odparł.
- Oj Joshua... myślałem, że to otwarta relacja, pamiętasz naszą rozmowę? - również zdjął plecak i powiesił kurtkę na wieszak, ja moją gdzieś rzuciłem.
- No tak, ale... - zaczął.
- Ale co? - przerwałem mu.
- Myślałem... - nie skończył. Podszedłem do niego i popchnąłem go na łóżko.
- Że powinienem pragnąć tylko ciebie? Jestem tylko mężczyzną Joshua, a ty mi nie chcesz na razie dać tego, czego chcę i szanuję to - pociągnąłem jego spodnie i bokserki odsłaniając jego biodro, które zacząłem całować i polizałem. - Ale skoro nie chcesz mi tego dać, to szukam innego zaspokojenia, żeby cię przypadkiem nie wziąć siłą, jednak jeśli one przyjdą, a ty powiesz nie... - podniosłem się i przesunąłem wyżej, aby sięgnąć jego ust, za to jedną rękę przeniosłem na jego krocze - to nigdzie się stąd nie ruszę... Choć minie nam okazja na przelecenie takich lasek.
- Więc to zależy tylko ode mnie? - jęknął niepewnie.
- Tylko od ciebie - wymruczałem i lekko zaciskając dłoń przypiłem się do jego szyi. - Mi taka noc nie będzie przeszkadzać i tak ciebie pragnę o wiele bardziej.

Joshua?

poniedziałek, 11 grudnia 2017

Od Milesa C.D. Julesa

Ja go normalnie wezmę i uduszę. Nienawidzę oglądać z nim horrorów, bo albo mi przeszkadza, albo usypia, albo zamiast oglądać to przegląda Internet. No niewytrzymanie z tym... czymś. Przewróciłem wymownie oczami, wzdychając ciężko.
- Czy inaczej bym tutaj stał? - spytałem zbyt poirytowanym tonem niż miałem zamiar zapytać.
- No okey... - mruknął patrząc na mnie z dziwnym wyrazem twarzy, coś między złością i niechęcią. Zdecydowanie nie podobał mi się ten wzrok. Po chwili wzruszył ramionami i poszedł po bilety, a ja wlepiłem wzrok w moje buty. Jakoś... dziwnie sie czułem. Kiedyś, dość dawno temu byłem bardzo nieśmiałym dzieckiem i nienawidziłem ludzi, którzy się na mnie patrzyli. Później mi to przeszło. Musiało przy takim przyjacielu jak Jules... Właśnie przyjacielu... co ze mnie za przyjaciel... Kiedyś, wtedy jak jeszcze byłem nieśmiały często zastanawiałem się, dlaczego właściwie taki Jules Montclare wybrał sobie akurat mnie. Chudziutkiego, nieśmiałego chłopaka, który siedział na trawniku składał samolociki z kartek, żeby rzucać nimi w tarczę na drzewie, albo wchodzącego na to drzewo. Później trochę bawiłem się z Ianem, ale on zawsze chciał się bawić w co innego i zostawałem sam. Dopóki z Julesem nie zostaliśmy najlepszymi przyjaciółmi. Najbardziej nie podobało mi się to, że wtedy w tym kinie, w tłumie ludzi, czułem się podobnie jak wtedy. Co ja tutaj robię? Po co ja tutaj jestem? Po co ja jemu jestem?
- Idziesz? - pomahał mi nagle przed oczami biletami. Zamrugałem kilka razy i pokiwałem głową. Szedł pierwszy, ja nieco z tyłu. Weszliśmy na salę i usiedliśmy na swoich miejscach. Znajdowały się praktycznie na środku, tak że mieliśmy świetny widok na ekran. Szybko zgasły światła i po niemiłosiernie długich reklamach, zaczął się film. Patrzyłem na niego tak apatycznie, że aż sam nie mogłem w to uwierzyć. Po prostu patrzyłem i kompletnie tego wszystkiego nie rejestrowałem, jakby obraz wchodził do mojej głowy i zaraz ze zniknięciem z ekranu, znikał z niej. O czym tak usilnie myślałem, że odciągnęło mnie to od filmu? Właściwie o niczym konkretnym, to wyglądało raczej jak jedna, wielka masa, chaos. Trochę o mamie i tym jak się czuje, trochę o tacie, który ciężko pracuje, trochę o tym, że chyba powinienem spróbować po raz pierwszy w życiu dogadać się z Ianem, więcej o tym że czeka na mnie Akademia Lotnicza, a przede wszystkim o Joshu. Tak po prostu, bez zagłębiania się w poszczególne elementy naszej znajomości. Zwyczajnie myślenie o nim sprawiało mi przyjemność i odprężało... Oczywiście dopóki nie zacząłem zastanawiać się nad konsekwencjami tego, a co za tym idzie, przywiązaniem emocjonalnym do tego cudownego szatyna o orzechowych oczach. W pewnym momencie światła się zapaliły, ludzie zaczęli wychodzić, a my siedzieliśmy. Praktycznie nie zjadłem popcornu. Szkoda trochę pieniędzy, ale miałem jeszcze mniej ochoty go jeść, niż wcześniej. Usłyszałem to charakterystyczne, długie i ciężkie westchnięcie na fotelu obok. Już słyszę to kazanie, wiercenie dziury w brzuchu i takie tam...
- Byłeś dziwnie cichy na tym filmie - zauważył. Wzruszyłem ramionami.
- Naprawdę? - zapytałem patrząc nadal w prawie pełne pudło popcornu.
- Tak. Co gorsza prawie nie zjadłeś popcornu - odparł. Ponownie wzruszyłem ramionami.
- To co, jeśli Miles Young nie zje za co najmniej pięć osób, to znaczy, że jest chory, czy jak? Nie miałem ochoty zwyczajnie... - westchnąłem. Tłumaczę się. Znowu. A raczej zawsze. Nienawidzę się tłumaczyć.
- Co ci się stało Miles? - zapytał poirytowany.
- Nic - powiedziałem, po czym wstałem i ruszyłem do wyjścia. Wyrzuciłem pudło przy wyjściu, założyłem kurtkę już w holu i po minucie znalazłem się na zewnątrz. Wcisnąłem dłonie do kieszeni kurtki. Nie musiałem długo na niego czekać. Stanął obok mnie i nic nie mówił. - To możemy wracać.
- Nie - powiedział twardo i złapał mnie za ramię odwracając przodem do siebie. Spojrzałem na jego wściekłą minę. Tylko, że akurat ja się go nie bałem. Mógł się go bać każdy i bał się. Ojciec, matka, siostra, połowa naszej dzielnicy i szkoły. A ja nie. Dlaczego? Bo naiwnie uważałem, że skoro sam mnie sobie wybrał, to nie ma prawa mi nic zrobić, bo strzeli go piorun czy coś. Poza tym nie byłem słabszy od niego. Bardziej uparty, owszem. - Co się dzieje?!
- Nie wiem - wzruszyłem. - Ty mi to powiedz.
- Miles - jęknął.
- Nie wiem co, ale wiem, że to coś mi ciebie zabiera i to mi się nie podoba. Chodzi o mnie? Jeśli tak, to proszę bardzo, zrobię wszystko - mówiłem jednym tchem. - Mam przestać dbać o matkę? Mam robić wszystko o co poprosisz bez zastanowienia? Mam zabić tego faceta, z którym twoja matka zdradza ojca? Mam... - wziąłem głęboki wdech. - Mam zostawić Josha w spokoju? Mam być normalnym przyjacielem, który będzie się z tobą uganiał za laskami na jedną noc? Dobrze. Proszę bardzo. Mogę, jeśli to odda mi ciebie, to proszę.
- Ale...
- Co? Jestem zmienny? - prychnąłem. - Po prostu się miotam. Potrzebuję ciebie, ale uważam, że twoja problemy są ważniejsze. Zajmuje się nimi, ale ty nie chcesz zmienić swojej sytuacji. Za to ja czuję się jakbym wpadł do jakiejś jebanej dziury i nie mógł z niej wyjść. Jak nie myślę o tym, w co ja się pakuję z Joshem, albo mi się nie śni Adrien, że mi się żyć odechciewa, to martwię się o mamę, która  co jakiś czas ma gorsze wyniki, a ja nie mogę spać po nocach, kiedy idzie na kontrolę. Odbijam się o ścian, a ty jak mnie nie wkurwiasz, to ja ciebie. Ranisz mnie, a ja ciebie. Wkurwiają mnie twoje teksty, twoje docinki i dwuznaczności. Nie chcę już nigdy mieć wątpliwości, czy nasza przyjaźń ma znaczenie.
- Co? - zapytał cicho. Westchnąłem, przymykając na chwilę oczy.
- Nieważne... Powiem ci jedno i to masz zapamiętać. Nie skrzywdź tej Victorii. Jest w porządku, a ty pewnie jak zwykle będziesz chciał to zjebać, bo w końcu jesteś wielkim buntownikiem, Julesem Montclarem - prychnąłem, kręcąc głową. - Przyznaj. Lubisz nim być. Zły, buntowniczy Jules. Jaka to cudowna rola. Ale ja byłem inny. Jestem inny. Możesz nazwać mnie pedałem... oswoiłem się z tym w szkole. Mam to już gdzieś - westchnąłem. - A zresztą... nieważne... idę do Akademii, nie wiem jak ty. Prosto mówiąc, mam ochotę cię przytulić jak wtedy, kiedy przychodziłeś do mnie po śmierci Adriena, bo nadal jesteś dla mnie ważny, ale jeszcze bardziej, mam ochotę naprostować ci ten nos, który zresztą sam złamałem - uśmiechnąłem się, a raczej wykrzywiłem usta w czym bliżej nieokreślonym.

Jules?
Nie wiem sama co się stało się, że dopiero teraz to się pojawiło...

sobota, 25 listopada 2017

Od Milesa C.D. Joshuy

- Nie powiedziałem ci... - nabrałem powietrza w usta i powoli je wypuściłem, zastanawiając się - Ponieważ jeszcze tego nie wiem, Joshuo.
- Jeszcze? - uniósł brew, ponownie upił trochę wody ze szklanki. To szkło to jednak ma szczęście. Tak bez najmniejszych problemów te mięciutkie usteczka mogą go dotykać i nikt nie zwróci na to uwagi. Nikt poza takim napaleńcem, którym jestem ja. Nie oszukujmy się, akurat panowanie nad popędem seksualnym przy Joshu, to nie jest dziedzina, w której jestem mistrzem. Najgorszy egzamin w Akademii Lotniczej wydawał się przy tym bułką z masłem.
- Jeszcze. Wszystko bowiem zależy od wielu czynników, a przede wszystkim...
- Od tego co powie twoja mama - skończył ze mnie z uśmiechem. Zamknąłem usta i ścisnąłem je w wąską kreskę.
- Czy ty właśnie próbujesz mnie w jakikolwiek sposób ukuć? - zdziwiłem się. - Tak zależy to tego co powie mama, ponieważ jak ustaliliśmy, jest chora, a mi zależy na jej zdrowiu oraz tym bardziej życiu, ponieważ to moja mama - odparłem nerwowo. Może nawet trochę za nerwowo, ponieważ zapanowała między nami długa, krępująca cisza, mącona tylko hasałem z zewnątrz domu. W końcu chłopak oderwał wzrok od szklanki i spojrzał na mnie. Skrzywił się i westchnął. Odłożył obok siebie szklankę i powoli podszedł do mnie. Stanął blisko mnie, a ręce ułożył na moich biodrach.
- Przepraszam Miles. To... to nie miało tak wyjść. Nie chciałem - odparł smutno, nie patrząc mi w oczy.
- To ja jestem zbyt nerwowy - mruknąłem. - Ale martwię się. Powinieneś to zrozumieć. Też miałeś kogoś kogo bardzo kochałeś i go straciłeś. Tylko ty się tego nie spodziewałeś, a ja każdego dnia żyję w strachu, że więcej nie usłyszę jej głosu - po moim policzku spłynęła łza, którą szybko wytarłem wierzchem dłoni.
- Wiem, prze... - przerwałem mu te słowa pocałunkiem. Delikatnie złączyłem nasze usta, przyciągając go subtelnie do siebie, aby oparł się o mnie biodrami.
- Przestań Josh. Teraz będę mieć wyrzuty sumienia - wytłumaczyłem po pocałunku.
- Zaraz, zaraz. To ja mam wyrzuty sumienia, że to powiedziałem - zdziwił się.
- No widzisz i teraz obaj je mamy. Trzeba coś z tym zrobić - przesunąłem dłońmi po jego torsie. Uśmiechnął się, patrząc na to co robię.
- W takim przypadku, któryś z nas mógłby przepraszać, a skoro mamy obaj wyrzuty sumienia, to niemożliwe - westchnął, robiąc smutną minkę.
- Możemy się co jakiś czas wymieniać... Tylko obawiam się, że nie mamy już na to czasu - odparłem, ponieważ zauważyłem nad jego ramieniem, że za oknem pojawił się samochód rodziców. Zawsze uważałem, że to strasznie urocze, że ojciec zawsze odwozi, a później przywozi mamę... a może martwi się nie mniej ode mnie?
- Zamierzasz im kiedyś powiedzieć... o nas... znaczy naszym układzie? - szepnął, domyślając się, o co mi chodziło.
- Cóż... obawiam się, że w aktualnej sytuacji, mama mogłaby mnie nazwać małym szataństwem i zmusić do rzeczy, na które na razie przynajmniej nie jestem gotowy, a może nigdy nie będę gotowy - wyjaśniłem, gładząc jego policzek.
- Więc udajemy grzecznych, małych chłopców? - zachichotał, składając na moich ustach jeszcze jeden, szybki pocałunek. Zaśmiałem się.
- Przecież my zawsze jesteśmy bardzo grzeczni... Jeszcze - szepnąłem mu do ucha i przygryzłem jego płatek, a przez niego przeszedł dreszcz.
- Groźba czy obietnica? - szepnął.
- Zdecydowanie obietnica i zdecydowanie szaleńczo, zmysłowo przyjemna i obezwładniająca obietnica, mój przystojniaku... A wiesz co jest najlepsze?
- Co takiego?
- Że niedługo znajdziemy się pośrodku pustkowia sam na sam i nikt nie będzie nam przeszkadzał - szepnąłem i odszedłem od niego, siadając po chwili przy stole. Akurat rodzice weszli do domu, żywiołowo o czymś rozmawiając.
- Cześć chłopcy - powiedziała mama, po wejściu do kuchni. Od razu podeszła do mnie, zgarnęła moje włosy i pocałowała mnie w skroń, uśmiechnąłem się szeroko. Podeszła do Joshuy, ale się zawahała. - Miałbyś coś przeciwko...
- Ja bym miał - wtrąciłem, przygryzając policzek od wewnątrz i robiąc zazdrosną minę.
- A kto by tam słuchał tego co ty tam mruczysz - jego również pocałowała ku mojemu najwyższemu zdziwieniu. Otworzyłem szeroko usta ze zdziwienia.
- Mamo! To dla ciebie obcy chłopak! - zauważyłem, a tata znikąd pojawił się w drzwiach.
- U wyczuwam ciekawą dyskusję - zaśmiał się, jednak oboje z mamą spiorunowaliśmy go wzrokiem, więc tylko machnął ręką i zniknął, prawdopodobnie poszedł się przebrać.
- Jaki obcy, przecież to Joshua - wzruszyła ramionami, co mnie niezwykle zirytowało. - Mieszka u nas już kilka dni, więc nie dokładnie jest obcy. Poza tym... Miles... możesz takie rzeczy wmawiać ojcu, ale kobiety mają szósty zmysł i wyczuwają nim uczucia.
- Jasne - prychnąłem. - Zdziwię cię, ale zazwyczaj do kolegów czuję przywiązanie, sympatię i zaufanie.
- Wtedy też tak mówiłeś - zauważyła, podchodząc do mnie i mierzwiąc mi włosy. - Zauważam pewne odpowiedniki zachowań w obu sytuacjach.
- Jesteś okropna!
- Ciesz się, że zostawiam ci wolną rękę do wyjaśnienia tej sytuacji - zaświertogała.
- No właśnie nie do końca - mruknąłem. - Stawiasz mnie niejako przed faktem dokonanym.
- Tylko troszeczkę - zaśmiała się, zaglądając do lodówki i szukając w niej czegoś.
- Tylko troszeczkę bardzo mocno - odparłem mrucząc niezadowolony.
- To chyba samo sobie zaprzecza - zauważył Joshua, a moja mama wybuchła śmiechem.
- I ty też Joshuo przeciwko mnie? - zapytałem.
- Powinno być Brutusie - zmarszczył brwi, a moja mama ledwo trzymała się ze śmiechu na nogach.
- Nienawidzę cię - mruknąłem do niego.
- A w to akurat nie uwierzę - wzruszył ramionami.
- Mówiłam! - krzyknęła triumfalnie mama.
- Do niczego się nie przyznaję i każdy sąd mnie uniewinni! - wrzasnąłem i jak poparzony wybiegłem z kuchni na korytarz, gdzie wpadłem na tatę.
- Przed czym uciekasz Milesik? - zapytał, przyglądając mi się uważnie.
- Przed odpowiedzialnością, powagą, zmuszaniem do okazywania uczuć oraz oblężeniem mojej bezpiecznej twierdzy - wytłumaczyłem gorączkowo.
- Kto cię oblęża? - zapytał poważnie.
- Ci dwaj spiskowcy z kuchni - mruknąłem. - Tato, muszę uciekać, ale mam nadzieję na sojusz.
- Oczywiście, a teraz idź, a ja będę cię osłaniał - puścił mnie, a ja minąłem go i wbiegłem na górę, pokonując w jednym skoku parę schodków. Przeleciałem przez korytarz i wpadłem do swojego pokoju. Chyba byłem bezpieczny. Miałem przynajmniej taką nadzieję. Westchnąłem patrząc na torby. Tak bardzo nie chciało mi się wyjeżdżać, z drugiej strony tak bardzo chciałem znaleźć się na tym pięknym pustkowiu z Joshuą... Rzuciłem się na łóżko, twarzą do pościeli. Ta moja mama to jednak sprytna konspiratorka. Czy naprawdę było po mnie widać, że Josh mi się podoba? Nie wydaje mi się, w końcu on nie wygląda, aby wcześniej to zauważył. Z drugiej strony mama zna mnie na wylot i wspierała mnie, kiedy byłem z Adrienem. Dosyć późno jej o tym powiedziałem, ale to niewiele zmieniło w naszej relacji. Z czasem ją tylko i wyłącznie wzmocniło. A teraz strzela mi w kolano. Przecież wie, że nikomu nie powiedziałem o Adrienie i skoro mnie tak dobrze zna, to powinna wiedzieć, że tym bardziej nie powiem o nim Joshowi. Przecież to proste jak drut, aż boli.
W końcu po długim czekaniu usłyszałem ciche, charakterystyczne skrzypnięcie moich drzwi.
- Miles? - szepnął chłopak wchodząc do pokoju. Cicho zamknął za sobą drzwi. Przekręciłem głowę, układając policzek na ciepłej pościeli.
- Co? Uznali, że najrozsądniej będzie wysłać ciebie, żebyś jakimś magicznym sposobem ściągnął mnie na dół? - zapytał ponuro.
- Właściwie uznaliśmy tak razem w trójkę - usiadł na łóżku obok mnie.
- Całkiem sprytnie... nie mogę powiedzieć... Wiesz, że to pewnego rodzaju test jest?
- Test na to czy jednak coś między nami jest? - zapytał niepewnie.
- W pewnym sensie tak - odparłem, wzdychając. Po chwili raptownie przewróciłem się na plecy, a Joshua uchylił się od mojego niezamierzonego ciosu ręką. - A co właściwie oni ci tam nagadali, co?
- Nic takiego - wzruszył ramionami, a wzrokiem gdzieś uciekł w bok.
- Joshua? - dłonią przekręciłem jego głowę, aby spojrzał na mnie.
- No nic... tak tylko się pytali jak mi się tutaj podoba i... ogólnie...
- Ogólnie? - uniosłem brew.
- Tak... ogólnie...
- Joshua, ja wiem, że ty wiesz, że ja wiem, że ty coś wiesz. Zauważyłem też, że z tego pudła w rogu pokoju, w którym mieszkasz zniknęło pewne zdjęcie...
- Jak? - zdziwił się. - Było głęboko schowane...
- Oj Josh - zacząłem się śmiać.
- Co? - zapytał nadal zdziwiony i trochę jakby zdezorientowany. Uważnie mi się przyglądał, a ja nie mogłem powstrzymać śmiechu.
- Nie mogłem tego zauważyć, ale widziałem jak chowasz jakieś zdjęcie przede mną, a teraz to tylko potwierdziłeś, słońce - uniosłem się i go pocałowałem.
- Więc wiesz, że wiem, ale nie powiesz...
- To trudne Joshua - odparłem. Przygryzłem wargę, a później przeciągle westchnąłem. - Zajmijmy się może najpierw tym, co stanie się w najbliżej przyszłości. Pomińmy rozmowę z rodzicami oraz podróż do tego Swansea i przejdźmy do gwoździa programu. Ty, ja, esencja natury w Snowdonii i dzikie szaleństwo - zacząłem się śmiać.
- Dzikie szaleństwo? - zapytał niepewnie.
- Dzikie i niepowstrzymane - wymruczałem do niego, sunąc dłonią w górę po wewnętrznej stronie jegl uda.
- Jesteś straszliwie zmienny, wiesz? - westchnąłem, spoglądając na moją dłoń i czerwieniąc się.
- Wiem. Jednak patrząc z drugiej strony, jeśli byłbym zawsze poważny to prędzej czy później bym zwariował - wzruszyłem ramionami.

Joshua?