Jak na złość zaczęłam się jeszcze bardziej wiercić. Gdzieś w połowie drogi, między stajnią, a akademią odpuściłam sobie. W sumie nie było to takie złe. Tylko nie powiem gdzie Toddy trzymał drugą rękę, ale o to kiedy indziej zrobię mu drame. Poczekam aż zapomni. Jako "księżniczka" nie powinnam męczyć nóżek. Brunet właśnie podpisał pakt czy inne takie coś, nie wiem, nie znam się. Od teraz będzie moim środkiem transportu, aż do wakacji. Mam tylko nadzieję, że jest na gaz, bo tańszy. Bezwładnie opadła na ramieniu chłopaka, przez co wydawałam się być o wiele cięższa. Nawet jeśli Toddy ciało miał niczego sobie, musiało być dość problematycznie taszczyć mnie do budynku.
- Boże kobieto, ile ty warzysz? - odezwało się moje Lamborghini. Zachichotałam pod nosem i wyciągnęłam się niczym koty, zaburzając równowagę chłopaka. Czułam jak ma chwilę zawahania i pewnie rozmyślał czy nie rzucić mnie tutaj i pójść samemu do pokoju. Na szczęście nic takiego się nie wydarzyło.
- Ja? - Udałam zamyślenie - Nie mam pojęcia, wiesz? Ogólnie to kobiet nie pyta się o takie rzeczy! Jeśli chcesz żeby uważano cie za dżentelmena, powinieneś wiedzieć takie rzeczy. Zwłaszcza, że podobno jesteś z tych bogatych rodzinek co swoje małe skarby od małego uczą zasad Savoir-vivru. No chyba, że byłeś tym zbuntowanym synkiem co uciekał przez płot w czasie lekcji grania na fortepianie. Nie wstydź się. Mi możesz powiedzieć wszystko.
- Chyba ci się epoki pokićkały - powiedział rozbawiony, odwracając głowę w moją stronę.
- Bardzo możliwe. - odparłam i zaczęłam wymachiwać swobodnie nogami. Czułam jak brunet bardziej się napina i zaczyna denerwować. Usłyszałam tylko jego głośne wzdychnięcie. - Chciałabym umieć grać na fortepianie, to taki elegancki instrument. Nigdy nie było mnie na niego stać, ale zawsze można sobie wymarzyć, że jest się jego posiadaczem. Ty pewnie nigdy nie miałeś takiego problemu, co nie? Było cie stać na wszystko i wystarczyło poprosić. - powiedziałam i posmutniałam. Chciałabym mieć pieniądze na wszystko co sobie wymarzę. Nie dorastałam w biedzie. Jednak było dość... skromnie. Klacz kupiona za grosze po znajomościach, ale jak to mówią "Najlepszych przyjaciół poznaje się w biedzie". Nie wymieniłabym Peq nawet na najlepszego skoczka. Prawda, chciałabym mieć drugiego konia, bardziej sportowego, jednak nie stać mnie na zakup dobrego wierzchowca. Zwłaszcza, że nie mam tu żadnych kontaktów, a wątpię, że mój urok osobisty zadziała. - Ja na przykład wymiatam na flecie poprzecznym. Dostałam kiedyś na święta, bo bardzo mi zależało. Więc mi kupił i byłam taka szczęśliwa. Zazwyczaj dostawałam ubrania, które też nie były jakieś przepiękne. Grałam bez przerwy jakieś 3 dni. Jestem zdolnym samoukiem, więc tylko ukradłam kiedyś zeszyt z chwytami i utworami. Mogę ci potem pokazać, znaczy jeśli chcesz, nie zmuszam cie do niczego. Zawsze mi mówił, że mam wielki talent.
- Dlaczego nie mówisz, że na przykład "rodzice mi mówili, że ma talent"? - zapytał zakłopotany brunet.
- Bo nie mam rodziców.
<Toddy? Ty możesz opisać to co uzgodniłyśmy na chacie, będzie ci prosciej, bo Oli to twoja postać>
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zamira. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zamira. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 25 lutego 2018
niedziela, 11 lutego 2018
Od Zamiry CD Toddiego
- Jak ty w ogóle możesz się pokazywać w stajni, ja bym się za siebie wstydziła - pokręciła głową z dezaprobatą. Westchnęła głośno i podparła się rękami. Plecami oparła się o ściankę boksu, jedną ręką podrapała kary łeb. Zoti radośnie popieściła chrapami dłoń ciemnoskórej. Dziewczyna wciąż nie patrząc na swojego towarzysza położyła otwartą dłoń na białej odmianie, delikatnie pogładziła wałacha i na pięcie odeszła trochę dalej. - Poczekaj tutaj.
Chłopak z chytrym uśmieszkiem skinął głową i usiadł na kwadratowej beli siana. Wziął telefon do ręki i zaczął przeglądać. Zamira biegiem wróciła do akademii. Mijała różne, obce jej osoby, któe nawet nie odwracały wzroku na nią. Jakby jej nie było. Dziewczyna nie przywykła do czegoś takiego. Uwielbiała być w centrum uwagi, a towarzystwo innych zawsze dobrze na nią wpływało. Uwielbiała swoich przyjaciół i serce jej się krajało, kiedy była zmuszona zostawić ich na Kubie. Zobaczy ich radosne uśmiechy dopiero w wakacje, a nawet to nie było pewne. Może już ktoś zastąpił jej miejsce, a dawni kompani zapomnieli o biednej Zamirze, która wolała rozwijać się sportowo na wyspiarskim kraju w Europie. Jeśli tak, zostanie jej jedynie Peq, która na pewno jej nie opuści. Ktoś z akademii na pewno dogada się z Kubanką, może nie teraz, ale na pewno znajdzie kogoś do towarzystwa. Wbiegła po schodach i przebrała się w ocieplane bryczesy, zapięła sztylpy, a na ramiona narzuciła cieplejszą kurtkę. Do ręki chwyciła toczek i jak oparzona wybiegła z pokoju. Sama nie wiedziała czemu się tak śpieszy, może chęć wykazania się przed egoistycznym chłopakiem była silniejsza niż myślała. Prawie zabijając się na schodach wbiegła na jeden z dłuższych korytarzy. Zatrzymała się kilka centymetrów przed drzwiami i jednym pchnięciem otworzyła je. Poprawiła włosy i dumnym krokiem weszła do stajni. Toddy siedział w tym samym miejscu, jakby wcale się nie ruszył. Wzrok miał czujnie wlepiony w telefon i widocznie nie usłyszał jak dziewczyna wparowała butnie do budynku. Zamira stanęła naprzeciwko chłopaka i trzepnęła go po głowie. Brunet lekko zdziwiony spojrzał na stojącą nad nim dziewczynę. Kubanka zmarszczyła brwi i wykrzywiła usta w grymasie.
- Nie patrz tak na mnie. Podnieś swoje cztery litery i na koń. Zobaczymy czy twój brak więzi dorówna mojej. - powiedziała wrogo, przygryzając wargę i uciekając wzrokiem w bok. Kiedy chłopak się na nią patrzył swoimi zachłannymi oczami dziwnie było patrzeć prosto w nie.
- Mogłaś powiedzieć, że chcesz sobie pojeździć zanim wyszłaś, wtedy też bym się przebrał - chłopak nie był ani trochę zdenerwowany, za to ciemnoskóra kipiała złością już parę minut.
- To już twoja sprawa - powiedziała już mniej pewnie i dobitnie. Przypominało to bardziej pomrukiwanie pod nosem. Toddy wstał i chciał ruszyć w stronę siodlarni. Zamira złapała go za rękaw, a zaskoczony brunet wlepił w nią brązowe oczy. - Co najwyżej kantar, żadnego siodła.
< Toddy?>
P.S. dajcie do relacji to zdanie "Jak na razie tylko Toddy z nią wytrzymuje"
Chłopak z chytrym uśmieszkiem skinął głową i usiadł na kwadratowej beli siana. Wziął telefon do ręki i zaczął przeglądać. Zamira biegiem wróciła do akademii. Mijała różne, obce jej osoby, któe nawet nie odwracały wzroku na nią. Jakby jej nie było. Dziewczyna nie przywykła do czegoś takiego. Uwielbiała być w centrum uwagi, a towarzystwo innych zawsze dobrze na nią wpływało. Uwielbiała swoich przyjaciół i serce jej się krajało, kiedy była zmuszona zostawić ich na Kubie. Zobaczy ich radosne uśmiechy dopiero w wakacje, a nawet to nie było pewne. Może już ktoś zastąpił jej miejsce, a dawni kompani zapomnieli o biednej Zamirze, która wolała rozwijać się sportowo na wyspiarskim kraju w Europie. Jeśli tak, zostanie jej jedynie Peq, która na pewno jej nie opuści. Ktoś z akademii na pewno dogada się z Kubanką, może nie teraz, ale na pewno znajdzie kogoś do towarzystwa. Wbiegła po schodach i przebrała się w ocieplane bryczesy, zapięła sztylpy, a na ramiona narzuciła cieplejszą kurtkę. Do ręki chwyciła toczek i jak oparzona wybiegła z pokoju. Sama nie wiedziała czemu się tak śpieszy, może chęć wykazania się przed egoistycznym chłopakiem była silniejsza niż myślała. Prawie zabijając się na schodach wbiegła na jeden z dłuższych korytarzy. Zatrzymała się kilka centymetrów przed drzwiami i jednym pchnięciem otworzyła je. Poprawiła włosy i dumnym krokiem weszła do stajni. Toddy siedział w tym samym miejscu, jakby wcale się nie ruszył. Wzrok miał czujnie wlepiony w telefon i widocznie nie usłyszał jak dziewczyna wparowała butnie do budynku. Zamira stanęła naprzeciwko chłopaka i trzepnęła go po głowie. Brunet lekko zdziwiony spojrzał na stojącą nad nim dziewczynę. Kubanka zmarszczyła brwi i wykrzywiła usta w grymasie.
- Nie patrz tak na mnie. Podnieś swoje cztery litery i na koń. Zobaczymy czy twój brak więzi dorówna mojej. - powiedziała wrogo, przygryzając wargę i uciekając wzrokiem w bok. Kiedy chłopak się na nią patrzył swoimi zachłannymi oczami dziwnie było patrzeć prosto w nie.
- Mogłaś powiedzieć, że chcesz sobie pojeździć zanim wyszłaś, wtedy też bym się przebrał - chłopak nie był ani trochę zdenerwowany, za to ciemnoskóra kipiała złością już parę minut.
- To już twoja sprawa - powiedziała już mniej pewnie i dobitnie. Przypominało to bardziej pomrukiwanie pod nosem. Toddy wstał i chciał ruszyć w stronę siodlarni. Zamira złapała go za rękaw, a zaskoczony brunet wlepił w nią brązowe oczy. - Co najwyżej kantar, żadnego siodła.
< Toddy?>
P.S. dajcie do relacji to zdanie "Jak na razie tylko Toddy z nią wytrzymuje"
środa, 3 stycznia 2018
Od Zamiry CD Toddiego
Wydęłam zdenerwowana policzki i fuknęłam coś pod nosem. Położyłam ręce na biodra i zadarłam głową w górę, robiąc naburmuszoną minę. Nabrałam głośno powietrze i wypuściłam z świstem. Opanowałam buzujące we mnie emocje i spojrzałam na chłopaka, którego widocznie rozbawiła moja reakcja.
- Nie jestem jedną z tych słodkich dziewczynek, które jeżdżą na kucykach, zaplatają warkoczyki i uważają, że jak zeszły z lonży to są mistrzami świata na etapie olimpijskim. - podeszłam bliżej boksu wałacha i dałam mu do powąchania dłoń. Zoti zaczął ocierać się o nią chrapami i lizać. Uśmiechnęłam się pod nosem i pogłaskałam go po karym łbie. Todd stał za mną i lustrował dokładnie moje poczynania. Obróciłam się w jego stronę i zmarszczyłam brwi. - Po prostu byłam wychowana wśród koni, a miłość do nich była w moim drugim domy wszechobecna. Uczono mnie przywiązania i wbito do głowy, że jeśli będziesz kochać konia wystarczająco długo i mocno on zrobi to samo. Przywiązanie daje możliwość szybszego rozwijania się, wiesz?
Brunet wywrócił oczami i podszedł do swojego konia. Poklepał go po szyi roztrzepując króciutką grzywę wałacha.
- Widzisz, jest miłość, kwiatuszki i motylki - powiedział cynicznym tonem. Westchnęłam i zrezygnowana opuściłam głowę. Machnęłam ręką tak jakbym chciała powiedzieć "nie ważne". Wyraz naburmuszenia na mojej twarzy szybko zmienił się na promienny uśmiech, kiedy usłyszałam parskanie i rżenie Peq. Złapałam chłopaka za skrawek rękawa i pobiegłam z nim przez całą stajnie, na której końcu, w obszernym boksie stał mój cały świat. Zapiszczałam radośnie na widok mojej kobyłki i pośpiesznie zaczęłam otwierać boks. Rzuciłam się klaczy na szyje, jednocześnie dotykając ją po kłębie. Siwka położyła łeb na moim ramieniu, kłapiąc chrapami. Odsunęłam się i z kieszeni bluzy wyciągnęłam smaczki, które tak bardzo lubiłyśmy (Smaczki są zajebiste, zwłaszcza takie o smaku marchewkowym). Odwróciłam się w stronę chłopaka i z dokładnością prawdziwego uczonego przeprowadziłam analizę jego wyrazu twarzy. Ni to chytry uśmieszek, ni zażenowanie, a w sumie co ja się mam tym przejmować. Nauczyłam się, że ludzie to paskudne istoty, a konie są lepsze, tak samo gady, one to są najlepsze. Oparłam się łokciami o drzwiczki boksu i położyłam na dłoniach brodę. Wpatrywałam się w Toddiego z szerokim uśmiechem na ustach, jak na razie moje gadulstwo, przez które często byłam odrzucana w społeczeństwie, go nie odstraszało, to dobrze. Nie mam zamiaru go zostawić w spokoju, jest zbyt idealną ofiarą.
- Jestem aż tak ładny, że nie można oderwać oczu? - przerwał ciszę, a ja śmiejąc się ukryłam głowę w rękawie swetra.
- Oczywiście, przez twoje nieziemskie piękno nie umiem oderwać oczu od twojej twarzyczki. Jesteś zbyt przystojny by pokazywać się z kimś tak marnego pokroju jak ja. - zaszczebiotałam sztucznie i udając, że wycieram łezkę z kącika oka, wyszłam z boksu.
<Toddy? Patrz ja żyje>
- Nie jestem jedną z tych słodkich dziewczynek, które jeżdżą na kucykach, zaplatają warkoczyki i uważają, że jak zeszły z lonży to są mistrzami świata na etapie olimpijskim. - podeszłam bliżej boksu wałacha i dałam mu do powąchania dłoń. Zoti zaczął ocierać się o nią chrapami i lizać. Uśmiechnęłam się pod nosem i pogłaskałam go po karym łbie. Todd stał za mną i lustrował dokładnie moje poczynania. Obróciłam się w jego stronę i zmarszczyłam brwi. - Po prostu byłam wychowana wśród koni, a miłość do nich była w moim drugim domy wszechobecna. Uczono mnie przywiązania i wbito do głowy, że jeśli będziesz kochać konia wystarczająco długo i mocno on zrobi to samo. Przywiązanie daje możliwość szybszego rozwijania się, wiesz?
Brunet wywrócił oczami i podszedł do swojego konia. Poklepał go po szyi roztrzepując króciutką grzywę wałacha.
- Widzisz, jest miłość, kwiatuszki i motylki - powiedział cynicznym tonem. Westchnęłam i zrezygnowana opuściłam głowę. Machnęłam ręką tak jakbym chciała powiedzieć "nie ważne". Wyraz naburmuszenia na mojej twarzy szybko zmienił się na promienny uśmiech, kiedy usłyszałam parskanie i rżenie Peq. Złapałam chłopaka za skrawek rękawa i pobiegłam z nim przez całą stajnie, na której końcu, w obszernym boksie stał mój cały świat. Zapiszczałam radośnie na widok mojej kobyłki i pośpiesznie zaczęłam otwierać boks. Rzuciłam się klaczy na szyje, jednocześnie dotykając ją po kłębie. Siwka położyła łeb na moim ramieniu, kłapiąc chrapami. Odsunęłam się i z kieszeni bluzy wyciągnęłam smaczki, które tak bardzo lubiłyśmy (Smaczki są zajebiste, zwłaszcza takie o smaku marchewkowym). Odwróciłam się w stronę chłopaka i z dokładnością prawdziwego uczonego przeprowadziłam analizę jego wyrazu twarzy. Ni to chytry uśmieszek, ni zażenowanie, a w sumie co ja się mam tym przejmować. Nauczyłam się, że ludzie to paskudne istoty, a konie są lepsze, tak samo gady, one to są najlepsze. Oparłam się łokciami o drzwiczki boksu i położyłam na dłoniach brodę. Wpatrywałam się w Toddiego z szerokim uśmiechem na ustach, jak na razie moje gadulstwo, przez które często byłam odrzucana w społeczeństwie, go nie odstraszało, to dobrze. Nie mam zamiaru go zostawić w spokoju, jest zbyt idealną ofiarą.
- Jestem aż tak ładny, że nie można oderwać oczu? - przerwał ciszę, a ja śmiejąc się ukryłam głowę w rękawie swetra.
- Oczywiście, przez twoje nieziemskie piękno nie umiem oderwać oczu od twojej twarzyczki. Jesteś zbyt przystojny by pokazywać się z kimś tak marnego pokroju jak ja. - zaszczebiotałam sztucznie i udając, że wycieram łezkę z kącika oka, wyszłam z boksu.
<Toddy? Patrz ja żyje>
sobota, 9 grudnia 2017
Od Zamiry CD Toddy'ego
Kiedy odstawiłam gada z powrotem do terrarium wzięłam do ręki pudełeczko z świerszczami i bez obrzydzenia wzięłam owada do rąk. Kątem oka spojrzałam na chłopaka, myślałam, że mi się przygląda jednak całą uwagę skupił na śpiącym Leosiu. Nakarmiłam Oliviera i podeszłam od tyłu do Toddy'ego. Położyłam rękę na ramieniu chłopaka, który nagle obrócił się w moją stronę. Wlepił we mnie pytające spojrzenie, a ja uśmiechnęłam się szeroko.
- No więc tak. Są dwie opcje. Aktualnie wygląda tu jak po przejściu Irmy, więc powinnam się do końca rozpakować i posprzątać, ale jak możesz się domyśleć bardzo mi się nie chce. - powiedziałam udając opanowanie - A jako że już tu jesteś zostaniesz zmuszony do pomocy mi, bo inaczej wypadniesz przez okno, przypadkowo rzecz jasna.
Chłopak nawet nie zdążył niczego powiedzieć, bo przerwałam mu.
- Jest też segunda opción. Jej geneza jest prosta. Jestem zmęczona. Spędziłam prawie 10 godzin w samolocie. Nie mam chęci ogarniania tego syfu. Jestem tutaj obca, nawet nie wiem gdzie mam iść za potrzebą. - zarechotałam głośno - W prostszych słowach, masz mnie oprowadzić i najlepiej zacznij od łazienki, bo zaraz się posikam.
Toddy oparł rękę na ciemnej komodzie na której stało terrarium Leona i również się uśmiechnął.
- Opcja numer dwa mnie uwiodła, nie mógłbym odmówić - powiedział chłopak, a w jego głosie było słychać sarkastyczną, udawaną głębie - A wychodek każdy ma własny i jest za drzwiami.
Kiedy tylko dowiedziałam się o tej tajnej tajemnicy, jaką jest położenie szczacza podbiegłam do drzwi i prawie zabijając się o kartony wpadłam do łazienki.
- No więc tak. Są dwie opcje. Aktualnie wygląda tu jak po przejściu Irmy, więc powinnam się do końca rozpakować i posprzątać, ale jak możesz się domyśleć bardzo mi się nie chce. - powiedziałam udając opanowanie - A jako że już tu jesteś zostaniesz zmuszony do pomocy mi, bo inaczej wypadniesz przez okno, przypadkowo rzecz jasna.
Chłopak nawet nie zdążył niczego powiedzieć, bo przerwałam mu.
- Jest też segunda opción. Jej geneza jest prosta. Jestem zmęczona. Spędziłam prawie 10 godzin w samolocie. Nie mam chęci ogarniania tego syfu. Jestem tutaj obca, nawet nie wiem gdzie mam iść za potrzebą. - zarechotałam głośno - W prostszych słowach, masz mnie oprowadzić i najlepiej zacznij od łazienki, bo zaraz się posikam.
Toddy oparł rękę na ciemnej komodzie na której stało terrarium Leona i również się uśmiechnął.
- Opcja numer dwa mnie uwiodła, nie mógłbym odmówić - powiedział chłopak, a w jego głosie było słychać sarkastyczną, udawaną głębie - A wychodek każdy ma własny i jest za drzwiami.
Kiedy tylko dowiedziałam się o tej tajnej tajemnicy, jaką jest położenie szczacza podbiegłam do drzwi i prawie zabijając się o kartony wpadłam do łazienki.
~ Po wysiusianiu się ~
Postanowiliśmy, że za pół godziny spotkamy się na korytarzu. Musiałam się przebrać, bo moje ciuchy były przepocone. Nie chciało mi się brać prysznica, więc użyłam kochanego przez wszystkich dezodorantu. Założyłam czarne jeansy z dziurami na kolanach i biały sweter w czerwone paski. Spodziewałam się, że na koniec pójdziemy do stajni, więc zamiast sportowych trampek wzięłam sztyblety. Z jednego kartonu wyciągnęłam czarny plecak. Położyłam go na krześle i spakowałam opakowanie smaczków dla Peq i jej kantar. Z innego kartonu wyciągnęłam książkę i ją też włożyłam do torby. Potem słuchawki, powerbank, szczotka, pilniczek, notatnik i parę gumek do włosów. Przezorny zawsze ubezpieczony. Położyłam się na rozkopanym łóżku i wzięłam do ręki telefon. Zaczęłam przeglądać media społecznościowe. Zrobiłam kilka zdjęć i wstawiłam je na Instagrama, żeby tylko dopiec i pochwalić się moim znajomym z Kuby, że już tu jestem. To trochę przykre, że pewnie zobaczę ich dopiero w wakacje. Uśmiechnęłam się blado. Miałam jeszcze czas, minęło dopiero jakieś 15 minut. Mogłabym pójść już do Toddy'ego ale nie wiem gdzie ma pokój i byłoby to dość niegrzeczne. Jeśli będę zbyt nachalna znowu wszyscy się ode mnie odsuną już po pierwszym spotkaniu. Będzie tak samo jak w szkolę. Nie zostało mi nic innego jak podjęcie się próby poczesania moich włosów. I tak nie mam nic lepszego do roboty. Leżenie w jednym miejscu nic nie da. Podniosłam się do siadu i wzięłam do ręki szczotkę. Zaczęłam czesać włosy. Kiedy skończyłam wyglądałam jak baranek. Każdy włosek stał mi niemal pod kątem prostym. Związałam je w luźny warkocz i zaczęłam czekać ta mojego przewodnika. Po dość długiej chwili usłyszałam głośne pukanie do drzwi. Potem zza framugi wyjrzał Toddy. Wyszliśmy.
<Toddy?>
Subskrybuj:
Posty (Atom)