Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Imanuelle. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Imanuelle. Pokaż wszystkie posty

sobota, 25 sierpnia 2018

Odejście

 Żegnamy z dniem dzisiejszym cztery postacie, które wiele przeżyły w tej akademii:
Imanuelle & Zain
Uciekli do Bostonu aby pogrążyć się w pewnym pasji nowym życiu, ważne że są razem i są szczęśliwi. Owocem tego związku stała się trójka dzieci, czego chyba nawet oni sami nigdy się nie spodziewali. Imany została prawnikiem, Zain wciąż robił wspaniałą karierę, aby później samemu stać się producentem muzycznym. Lewis stał się ulubionym wujkiem ich syna, który zawsze podziwiał kilka lat starszego Dylana (syna Lewisa i Hailey), za to Harry uwielbiał ich dwie córeczki (bliźniaczki)... Zamieszkali w Los Angeles, często wracając do Anglii, będąc szczęśliwi.




Isabelle & Harry
Mniej więcej uciekli do buszu w Australii i słuch po nich w Morgan zaginął. Później pojawiła się plotka, że tam zamieszkali. W każdym razie wiedli sobie swoje romantyczne życie, ciągle się kłócąc o liczbę dzieci, ponieważ Issy chciała tylko dwójkę, Harry chciał najwięcej ile się tylko da, jednak liczba ta zatrzymała się na czwórce, po urodzeniu przez Issy chłopca oraz dziewczynki (małej rozpieszczanej przez Harry'ego do granic cierpliwości Isabelle księżniczki), a również niespodziewanej adopcji przez Harry'ego dwójki braci, co nie spodobało się Isabelle, ale nie mogła oprzeć się czarowi swojego męża i dwójki tych aniołków. Oglądali sobie razem kangury nie przejmując się niczym, aby móc spokojnie razem się zestarzeć.


Od Imanuelle cd Zaina [KONIEC]

- Odejdź od niego - szepcze i podnosi się na rękach, zawisając nade mną, na ułamek sekundy się zawahał. - Ja tego nie oczekuję, ja o to błagam. Kocham cię.
Rozchylam delikatnie usta, wpatrując się w młodego, pięknego mężczyznę nade mną. Jego czekoladowe oczy są pełne skrajnych emocji, one same krzyczą, pomimo że z ust nie wydobył się już żaden dźwięk.
Cisza.
Wszędzie jest cisza, a my trwamy w niej, w przerażeniu i nadziei. Delikatnie drżąc od wszelkich emocji, tego ciepła między nami, od tych wspaniałych chwil, jakie między sobą dzieliliśmy.
Podniosłam okrutnie powoli dłoń, które po chwili zetknęła się ze skórą jego policzka. Tym razem jednak nie powodując u niego żadnego bólu, a cichą przyjemność, którą może zrozumieć tylko osoba zakochana, a która zmusza do przymknięcia oczu, do oddania się temu. Mój kciuk delikatnie masuje dolną wargę jego ust.
Zastanawiam się co powinnam mu powiedzieć, obawiając się równocześnie, że zranię go tak długą przerwą.
Na moich ustach pojawił się uśmiech.
- Ja też... - zaśmiałam się, a w moim oczach pokazały się łzy radości, on ponownie otworzył swoje. Tonęłam w jego spojrzeniu. - Ja też cię kocham, Zain. Odeszłam od niego w równie okrutny sposób, w jaki on chciał nas rozdzielić. Przez list. Nikt nie może nas rozdzielić.
- Nie chcę, żeby nas ktokolwiek rozdzielił - pokręcił szybko głową, tym razem ciężko oddychając.
- Oboje wiemy, że tylko my możemy to sobie zrobić - zachichotałam, on zrobił to samo, po czym pochylił się, aby złożyć szybciutki pocałunek na czubku mojego nosa. Po chwili wrócił do poprzedniej pozycji, układając głowę na moim brzuchu i obejmując mnie nieco ponad linią bioder.
Moje palce delikatnie zanurzyły się w jego włosach.
- Nie chcę tego, a jeśli coś takiego kiedykolwiek się zdarzy... - nagle zadrżał.
- Nie zdarzy - zapewniłam go. - Nie pozwolimy na to. W ekstremalnych warunkach Harry nam skopie tyłki - zachichotałam.
- Styles niech się nawet do mnie nie zbliża! Zdrajca jeden - mruknął jak mały chłopiec, któremu zabrano zabawkę.
- Ej - pacnęłam go delikatnie po plecach - to twój przyjaciel, nie mów tak. Zresztą jak już wyśpiewał co wiedział, to przysięgał na życie swojej mamy i siostry, że to tylko plotki i właściwie to on nic nie wie, jest niewinny i chce dostać świadka koronnego, bo go zabijesz, a on chce żyć - po krótkiej chwili brunet, leżący w moich ramionach zaczął się histerycznie śmiać. - Tylko nie drocz się z nim za mocno, pewnie jest wystarczająco zażenowany.
- Możemy... em... nom.. uh... - westchnął, a ja zachichotałam.
- Nie chcesz o tym rozmawiać, czy masz w głowie drugą rundę? - zapytałam, a on się nagle zerwał, opierając się w ułamku sekundy na łokciach.
- A ty masz? - jego oczy zapaliły się jak lampki na choince. Może za to otworzyły się szeroko, ponieważ nie spodziewałam się jego tak nagłej reakcji. Zmarszczyłam brwi.
- Nie - powiedziałam stanowczo i pokręciłam głową. Zrobił minę malutkiego szczeniaczka, który chce dostać kostkę. Skrzywiłam się. - Nie dam się przekonać. Jestem zmęczona! Czego ty ode mnie oczekujesz? Wystarczająco dużo zrobiłam i się poświęciłam przychodząc tutaj, teraz mnie trzymaj, przytul i cicho i kochaj mnie i śpimy.
- Słodziutka jesteś - zamruczał, ale po chwili położył się. Moje powieki niemal od razu opadły, przynosząc mi ulgę, jakbym dopiero teraz poczuła jak bardzo zmęczone były moje oczy. Zaraz jednak od odpłynięcia powstrzymało mnie ciche mruczenie Zaina. Musiałam się mocno skupić, aby rozpoznać, że nuci miłosną piosenkę, której tytułu nie mogłam sobie przypomnieć. Na mojej twarzy pojawił się leniwy uśmiech, a zarazem taki błogi, jakby jutra miało nie być.

poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Od Imanuelle C.D. Zaina

Zastanawiałam się, czy ta sytuacja może zrobić się jeszcze gorszą i teraz miałam odpowiedź. Usłyszałam co tak naprawdę myśli o mnie za moimi plecami. Kiedy człowiek nie jest świadomy obecności osoby obgadywanej nie hamuje się i dopiero wtedy widzisz cały obraz, nagą prawdę, której jednak ja wolałabym uniknąć. Teraz wiedziałam, że chciałam w głębi duszy, aby nie myślał o mnie tak źle, chciałam mieć tą nadzieję, że wszystko się jakoś wyjaśni i będziemy żyć długo i szczęśliwie. Jaka ja byłam głupia. Zawsze chciałam być bardziej inteligentna niż te małe głupie dziewczynki, które bawią się lalkami i wierzą w miłość od pierwszego wejrzenia ze swoim rycerzem w lśniącej zbroi. Chciałam być silna i niezależna, a złapałam się na ten lep ślicznych brązowych oczu jak jakaś sikorka i co mi z tego przyszło? Siedziałam w pokoju dziewczyny, którą znałam tylko kilka miesięcy, która próbowała mnie jakoś uspokoić, za to ja rozpaczałam za związkiem z chłopakiem, którego znałam nie dłużej od niej, wcale nie lepiej, a tak właściwie to nie wiedziałam czy można było tamtą relację nazwać związkiem. Kilka miesięcy temu w tamtą cholerną zimę, pośród gór Austrii zraniłam go. Zraniłam go w tak bardzo niesprawiedliwy i okrutny sposób, więc czego ja właściwie oczekiwałam? Przecież mogłam się domyśleć, że nie będzie czekał na cud, nie było mnie tak długo, nie odpowiedziałam na żadną wiadomość, nie było o mnie żadnych informacji. Ja znalazłam sobie innego, idealnego wybawiciela Louisa, cudownego prawnika ze świetlaną przyszłością, pieniędzmi, wpływami, pochodzeniem, kulturą osobistą, wychowaniem. Był niczym rodzinny portret mojego ojca w salonie, który podziwiałam jako małe dziecko. Problem był taki, że widziałam drugą stronę taty. Tego ciepłego mężczyzny, który bawił się ze mną w berka po całym domu, który przyciągał mamę do siebie, obejmując ją w talii i całował delikatnie szczerząc się później jak nastolatek. Louis tej drugiej strony nie miał, a tego mi zawsze brakowało w moich byłych. Tylko Zain miał tą drugą stronę, pozbawioną narcyzmu, sławy, stronę śmiesznego słoneczka, które nie bało się robić głupich rzeczy, a wręcz pchało do robienie ich również wszystkie osoby, które akurat napatoczą się pod rękę. Może dlatego to bolało, bo teraz byłam pewna, że nic nie dało się zrobić, że go straciłam. Dlaczego jednak teraz płakałam nad rozlanym mlekiem? Trzeba było się zebrać w sobie, coś zrobić, iść dalej. Miałam wyjście awaryjne, miałam Louisa i ten cholerny ślub, na którego wspomnienie już robiło mi się mdło. Kilka głębokich wdechów. Spojrzałam na Isabelle, która nadal szukała jakiś uspokajających słów, które nagle kilkanaście dobrych minut wcześniej zaczęły płynąć z jej ust. Nie była perfekcyjna w tej dziedzinie, jednak mimo wszystko warto to było docenić. Uśmiechnęłam się do niej i przytuliłam ją.

niedziela, 29 lipca 2018

Od Imanuelle cd Zaina

Zatrzasnęły się za mną drzwi pokoju, który miałam dzielić z Louisem i dopiero wtedy poczułam schodzące ze mnie powietrze. Wyglądało to tak, jakbym przez ten cały czas odkąd minęłam Zaina i ruszyłam w tę stronę, wstrzymywałam oddech. Schowałam twarz w dłonie, tego było nagle za dużo. Miałam dosyć, chciałam się wrócić, wykrzyczeć mu wszystko w twarz i mieć spokój. Co mnie zatrzymywało? Duma? Chyba raczej głupota i cicha nadzieja, że może to wszystko okaże się snem, a przynajmniej słowa Harry'ego, że on tak naprawdę niczego nie jest pewny, ale chodzą plotki, chodząc jak cień za Zainem, również jak przyczyna tych plotek, dziewczyna którą pocałował na moich oczach - Daisy. A mimo to tęskniłam za rzucaniem mu w twarz obelgami... Wtedy wydawało się wszystko prostsze, on też zaczynał krzyczeć i wszystko się jakoś wyjaśniało... A może ja nie chciałam wyjaśnienia? Może pomimo bólu jaki czułam w moim małym zimnym serduszku, cieszyłam się, że Zain zrobił krok na przód? Nie. Ja nie jestem kulką szczęścia i optymizmu jak Harry Styles i nie cieszę się. Dlaczego on w ogóle podsunął mi taką myśl? Przecież nawet pies pasterki by w to nie uwierzył znając mnie. Woda w łazience przestała spływać głośnym strumieniem i to wybiło mnie z myśli. Właściwie to nawet wcześniej nie słyszałam tych odgłosów. Dziwna zależność, że zauważamy coś dopiero po stracie... Idiotyczna zależność. Ja się mogę podnieść. Chcę się podnieść? Jeśli chcę to dlaczego praktycznie płaczę w swoje ręce za chłopcem, który nie powinien już nic znaczyć? Za dużo razy chyba sobie to powtarzam. Jednak kłamstwo powtarzane tysiąc razy staje się prawdą... Nie. To nie jest kłamstwo i ja wcale nie cytuję nazistowskiego mistrza propagandy. Muszę z tym skończyć, tak dla mojego zdrowia psychicznego jak i fizycznego. Moje oczy nadal nie są przyzwyczajone do płaczu. Otrząsam się po chwili, przetarłam dłońmi twarz, odepchnęłam się od drzwi i podeszłam do szafy. Tak jak myślałam, Louis wypakował wszystkie nasze rzeczy. Znalazłam tam idealnie złożoną piżamę dla mnie i z ciężkim westchnięciem wzięłam ją do ręki. Bez słowa przywitania minęłam Louisa w drzwiach do łazienki i zamknęłam za sobą drzwi z głośnym hukiem. Pomyślałam sobie, że szybki prysznic mi wystarczy, nie chciałam tam utknąć jak jakaś ameba czy z drugiej strony jakaś pleśń ciągnąca do wilgoci. Niedługo później leżałam już pod ciepłym okryciem, zatopiona w poduszkę, jednak z głową pełną myśli. Ułożyłam się na boku, plecami do Louisa, co zdarzyło się może tylko kilka razy w naszym "związku". Teraz zastanawiało mnie, czy to naprawdę był związek, czy tylko pewnego rodzaju relacja, która miała nadać mi tylko bezpieczeństwo, a przerodziła się w pewne przyzwyczajenie, może z uczuciami u Lou, a u mnie? To było dla mnie bardzo skomplikowane, ponieważ coś do niego czułam, a niby nie, niby nie obchodził mnie Zain, a tak bardzo byłam teraz zraniona. Wszystko się we mnie kłębiło i pewnie gdyby nie Louis, który położył się za mną i objął w talii, cicho szepcząc mi do ucha słodkie słówka, nie usnęłabym do samego rana.
Rano skoro świt obudziłam się ponownie. Delikatnie wyślizgnęłam się z obcięcia mojego narzeczonego i usiadłam na łóżku. Spojrzałam na jego śpiącą postać i uśmiechnęłam się na ten widok. Był taki spokojny, eteryczny... pochyliłam się i pocałowałam go delikatnie w czoło. Był dla mnie taki dobry, nie mogłabym go zranić. Tydzień i będzie po wszystkim. Za to za kilka miesięcy zostanę szczęśliwą mężatką. Przeciągnęłam się i wstałam aby po chwili poszukać w szafie stroju do biegania. Przebrałam się szybko, złapałam za telefon, wsunęłam buty na stópki i wyszłam z pokoju na paluszkach. Trzeba było teraz tylko wyjść na zewnątrz niezauważoną. Przemknęłam jeszcze dosyć ciemnymi korytarzami akademika, ponieważ wlewało się do nich tylko przymglone, jakby leniwe światło poranka. Uśmiechnęłam się do siebie na myśl porannej mgły, która była bardzo potrzebna w takie parne dni, gorące dni. Precyzyjnie ustalałam listę energicznych piosenek, idealnych właśnie do biegania, kiedy nagle znalazł się obok mnie, wokół mnie spory bieg, który skakał i skamlał.
- Cześć Brittany! - zaśmiałam się, sięgając ręką do psa i gładząc go po łebku. Zaraz po tym obok mnie znalazła się nasza śliczna Australijka. - Cześć śliczna!
- O proszę, witasz mnie lepiej, niż to robi na co dzień mój chłopak - westchnęła, przewracając oczami, a ja zaśmiałam się.
- Cóż, myślę, że akurat z Harry'm wystarczy, że mu powiesz, a zostaniesz się każdego ranka piękną księżniczką, której ślady stóp mógłby całować...
- Dobra, dobra! Przestań! - teraz ona zaczęła chichotać. Zawsze ją lubiłam za jej siłę i niecodzienny charakter. Byłyśmy wbrew pozorom dosyć podobne.
- Nie wiedziałam, że biegasz? - rzuciłam, bawiąc się uszami Brittany'ego.
- Biegam tylko kiedy Harry mnie zdenerwuje.. a uwierz mi potrafi być małym irytującym dzieckiem - zaczęła się rozciągać, a ja po chwili do niej dołączyłam. - Ty jeszcze przed?
- Tak, dopiero wyszłam...
- Dołączymy do ciebie - powiedziała nagle tak pewnym tonem, że od razu pomyślałam, że chyba jakakolwiek dyskusja z nią, chyba nie miała większego sensu. Pokiwałam więc głową, zamknęłam usta i czekałam, aż zacznie temat. Czułam w kościach, że go zacznie, w końcu to nasza kochana Isabelle od naszego kochanego Harry'ego, a oni oczywiście musieli poczuwać się do roli mediatorów... szczególnie z poglądami i predyspozycjami Stylesa. Jednak ku mojemu zdziwieniu ruszyłyśmy równym truchtem, całkiem dobrym tempem, Issy zapytała, czy będę słuchać na słuchawkach, więc cicho puściłam muzykę z telefonu i tyle. Żadnego słowa wspomnienia o mnie i Zainie, żadnej niezręczności. Byłyśmy tylko my, jak zawsze sobie myślałam, że to mogłoby wyglądać, gdybyśmy nie mieszkały za daleko od siebie. My dwie biegnąc przed siebie, szukając przygód i spokoju, zen w biegu, jak zwykłam to określać, kiedy jeszcze regularnie biegałam. Dobiegłyśmy do lasu.
- Wiesz...
- O nie - mruknęłam od razu. Czyli jednak nadszedł ten moment?
- Posłuchaj - zatrzymała się, a ja zaraz po niej, czyli kilka metrów dalej. - To jest jedno wielkie nieporozumienie, rozumiesz?
- Co?! Co jest nieporozumieniem?! To że się przespał z tą dziwką?! - wydarłam się, nie miałam już siły trzymać tego w sobie.
- Kto powiedział, że to zrobił?
- Wszyscy! Wszyscy tak mówią, słyszę te ich szepty, słyszę je i mam dosyć!
- A wiesz, że jak zaczęłaś chodzić z Zainem, to też tak ludzie mówili? - zapytała, a ja otworzyłam szeroko oczy. Nawet o tym nie wiedziałam. - A spałaś z nim?
- Nie... - szepnęłam.
- Właśnie. Zresztą postaw się w jego sytuacji. Znikasz, wracasz i nagle masz narzeczonego, a nie masz pojęcia ile on się wycierpiał. Zain to świetny aktor, wyćwiczony, ale jestem kobietą i widzę, widziałam jak cierpiał na choćby widok blondynki, jak się oglądał myśląc, że to może ty, ale nigdy się do tego nie przyznał.
- A ja? Myślisz, że to przyjemne dowiedzieć się przez rozmowę telefoniczną, która nie trwała minuty, że ktoś chce cię prawdopodobnie zabić i masz zostawić miłość swojego życia, aby mogła być bezpieczna? - spojrzała na swoje stopy. - Nikt z was nie wie, czego tam doświadczyłam. Nie wiem dlaczego jestem z Louisem, ale wiem, że przy nim byłam bezpieczna i na tym mi zależało. Teraz? Nie wiem. Byłam taka wściekła jak zobaczyłam Zaina z inną, bo wiedziałam, że to moje miejsce. Nigdy nie wierzyłam w miłość od pierwszego wejrzenia, a to takie było! Nigdy, nikomu nie oddałam tak szybko serca, tak szybko, że zaczęłam od razu planować przyszłość, bo wiedziałam, że muszę z nim skończyć w małżeństwie!
- Dlaczego mu tego nie powiesz? - uniosła brew.
- Bo... Nieważne...
- Imany - złapała mnie za ramię, kiedy chciałam biec dalej, nawet nie wiem kiedy znalazła się obok mnie.
- Bo się boję - przyznałam cicho, niemal niesłyszalnie. Moje oczy napełniły się łzami. - Tak bardzo się boję, że mnie wyśmieje, że powie, że go zraniłam, zostawiłam i nie wybaczy mi tego... Nie chcę tego zrobić, nie chcę się ukorzyć. Nie chcę być tą słabszą, bo moja postać została zbudowana na sile, tylko tak przetrwam.
- Kochasz go? - zapytała.
- Którego?
- To ty mi powiedz - odparła pewnie.
- Louis... był bezpieczeństwem, jestem mu wdzięczna, ale nigdy nie spowodował takich motyli w moim brzuchu jak Zain... On potrafił to zrobić zwykłym, przelotnym spojrzeniem na zajęciach. Jego... jego zawsze chciałam... Nie wiem dlaczego tak wyszło z Louisem...
- Powiedz mu to.
- Louisowi?!
- Zainowi głupia - przewróciła oczami. - Spróbuj, jeśli powie coś złego, to dasz mu w twarz i wyjdziesz z tego z klasą. Po prostu zrób to. Dla mnie, dobrze? - pomachała tymi swoimi długimi rzęsami.
- Mhm... dobrze. Tylko nie rozmawiajmy już o tym. Nie lubię się otwierać. Skończmy to - mruknęłam, a ona zadowolona energetycznie pomachała głową. Przynajmniej tyle szczęścia w nieszczęściu.
Kiedy wróciłyśmy i wzięłam prysznic, a po wyjściu zauważyłam tylko, że Louisa nie ma w pokoju, więc wzruszyłam ramionami i miałam już wyjść, kiedy za łóżku zobaczyłam talerz pełen kanapek. Ten mężczyzna jest zdecydowanie zbyt idealny, aż mam tego czasem dosyć. Chcę mieć powód, żeby na niego nakrzyczeć, ale nawet nie mam ku temu okazji. Nie da się tego zrobić. Zjadłam kilka i zerknąwszy na zegarek zobaczyłam, że powinno być już wystarczająco późno, aby Zain był już obudzony. Złapałam się również na tym, że stanęłam przed lustrem i przeglądałam się w nim przez dobre pięć minut, chcąc wyglądać idealnie. Zaśmiałam się sama z siebie. Wyszłam. A później...
Drzwi były uchylone, pewnie przez Harry'ego i usłyszałam to. "Nienawidzę jej", "co za pusta idiotka", inne rzeczy, a te blond włosy najchętniej by podpalił... Coś we mnie pękło. Spojrzałam w stronę mojego pokoju, łzy zamazały mi obraz, ale widziałam Louisa, który patrzy się na mnie. Był zmartwiony, zły? Odwróciłam się, znalazłam pokój Issy i weszłam do niego, zamykając za sobą drzwi na klucz. Spojrzała na mnie, a ja wybuchnęłam łzami. Już mnie nic nie obchodziło, nic. Podeszła do mnie, złapała za dłonie, zaprowadziła do łóżka. Nie pytała, o nic nie pytała. Usiadła obok mnie, objęła, ja wtuliłam się w nią i płakałam. Każdy by płakał jakby nagle stracił kogoś bliskiego, a ja czułam się tak jak wtedy, kiedy powiedzieli mi jako małej dziewczynce, że już nie mam rodziny, że jestem sama... Znowu byłam sama...

Zain?
Przepraszam, miało być lepsze

piątek, 20 lipca 2018

Od Imanuelle cd Zaina

Co za idiota. Co za przeciętny, głupi, idiotyczny idiota. Uspokój się Imauelle, jesteś kobietą z klasą, która nie zwraca uwagi na chłopaków o inteligencji równej zielonym glonom wyrzuconych przez podrzędne, okropne i zimne morze. Mała głupia larwa, która myśli, że wszystko jej się należy. Co za hipokryta! O nie... O nie! Ja sobą nie dam pogrywać i z bezczelnym wyrazem skrzywienia reagować na słowa mojego narzeczonego! Narzeczonego... Miałam nadzieję, że to słowo wypaliło mu piętno na duszy, za ten pocałunek na moich oczach, za który najchętniej wyrwałabym tej dziewczynie serce gołymi rękoma. A nie... przepraszam, szkoda mi moich paznokci, na taką... taką... nie powiem. Pozytywne myśli, rock'n'roll albo hipisi.... nie jako hipiska spałabym z oboma i ćpałabym ile tylko by we mnie weszło. Obrzydlistwo. Chociaż nie takie duże jak Z... Z... Ten jebany uchodźca, który nie powinien nigdy się znaleźć w moim kręgu. Szkoda tylko, że jest w połowie Anglikiem.
Wzdrygnęłam się, biorąc torebkę i teczkę. Jeszcze raz rozejrzałam się po parkingu, który teraz wydawał mi się jakiś brzydszy. Już nie jaśniał moim blaskiem, już nie było tej radości i czystej satysfakcji, bo moje serduszko zostało połamane i kurwa zdeptane, znieważone... Muszę się uspokoić.
- Wszystko w porządku, słońce? - zapytał Louis. Czemu on mówi do mnie słońce?! To Z... Aaaa! To tamten był słońcem dla mnie, ja dla niego, a teraz zdradza mnie z pierwszą lepszą dziwką. Zaraz. Spojrzałam na Louisa. Skąd on się tutaj wziął? Dlaczego nazywam jego hipokrytą, kiedy ja też nim jestem... Paradoks. Serce ludzkie, kiedy jest złamane, bywa okropnie subiektywne i ślepe na własne grzechy. Ale po kolei. Najpierw papiery.
- Jakiś mężczyzna podchodzi i niemalże krzyczy mi w twarz. Jak myślisz? - rzuciłam cała wściekła w jego stronę, mijając go i idąc do wejścia akademii.
- To, że ta sytuacja miała miejsce, nie znaczy, że możesz wyładowywać ją na mnie, Imanuelle - ruszył w krok za mną. Prychnęłam pod nosem, no jasne mów mi jak mam się zachowywać i co mam robić. Jestem silną i niezależną kobietą. Mam was wszystkich głęboko w d... gdzieś.
- Posłuchaj mnie uważnie mój kochany, cudowny narzeczony - zatrzymałam się i złapałam go obiema dłońmi za kołnierzyk koszuli. Zmusiłam go tym, aby nie spuszczał ze mnie wzroku. - Nie mów mi, czego nie powinnam robić, ponieważ może się to skończyć nieco tragicznie dla naszego jeszcze bardzo niedoświadczonego związku, który może się na przykład skończyć za wcześnie, dobrze? Jestem dorosłą kobietą już od jakiegoś czasu i szczerze uważam, że jakoś sobie radzę w moim życiu. Żadne rady osób, którymi mogę się stać, nie są mi potrzebne - puściłam jego kołnierzyk. - Ale mimo wszystko nadal cię kocham, więc udam, że ta pożałowania godna sytuacja nie zaistniała i wcale nie skomentowałeś mojego wzburzenia zachowaniem tamtego mężczyzny w tak szorstki sposób, kochanie.
- Imanu...
- Imany, proszę - uśmiechnęłam się. - Po co czynić to tak poważnym i surowym?
- Imany, nie popadajmy w radykalizm, dobrze? - złapał mnie za ramiona.
- Ja? W radykalizm? - zaśmiałam się sztucznie. - Nigdy. A teraz idę po te dokumenty, tak? - wyrwałam się z jego uścisku i ruszyłam w stronę wejścia. Czułam, że jeszcze długi dzień przede mną. Niestety można by powiedzieć. Z drugiej strony miałam jeszcze dwa cele do osiągnięcia. Dwa małe cele, które zakochane w sobie prosto sobie manipulują. Miałam tylko nadzieję, że pewna kochana Australijka nie postanowiła wziąć stronę tamtej... no... tamtej dziewczyny. Za to masz kochaś z tymi ślicznymi oczkami, zapatrzonymi właśnie w Issy na pewno wyśpiewa mi wszystko co wie. Innego wyboru nie ma, po prostu. Bo choćbym musiała torturować połowę osób na tym cholernym uniwersytecie, to dowiem wię wszystkiego, co do małego, malusieńkiego szczególiku.
Szybciutko wbiegłam po schodach, bo wcale nie szłam w szpilach, będą i tak już pokaźnego wzrostu. Szarpnęłam energicznie za drzwi, które zaskrzypiały przeraźliwie, jakby ktoś je z zawiasów wyrywał. Skierowałam się prosto do gabinetu dyrektorki. Wtedy moje spojrzenie skrzyżowało się z dziewczyną, która mnie mijała. Była w nich iskra, iskra siły i potęgi. Uśmiechnęłam się pod nosem, tym wrednym rodzajem uśmiechu, który denerwuje ludzi, a ona go odwzajemniła. Minęła mnie, a ja się za nią obejrzałam, po chwili ona zrobiła to samo. Jeśli ktoś kiedykolwiek doświadczył jakby znalezienia swojego bliźniaka duchowego, to zdecydowanie musiało być to.
- Jak się nazywasz? - zapytałam, uważnie się jej przyglądając. Zaśmiała się.
- Felicty - mruknęła. - A ty podobno jesteś legendarną panią Malik - uśmiechnęła się pod nosem, krzyżując ręce na piersi.
- To już legendarną? - uniosłam brew. - Legendarna to w tej akademii będzie chwila jego upokorzenia, przez moją skromną osobę - warknęłam.
- A jesteś pewna, że masz za co to robić? - rozejrzałam się po korytarzu. Było na nim nie za dużo ludzi, pewnie zaczęły się już zajęcia, jednak ja za daleko odpłynęłam w moich myślach, aby to zauważyć. Dopiero teraz Louis wszedł przez wejściowe drzwi i pomyślałam, że byłoby lepiej, gdyby nie dowiedział się o treści mojej rozmowy z dziewczyną przede mną.
- Tego nie wiem, jednak wydaje mi się, że ten pocałunek na moich oczach był wystarczająco sugestywny - skrzywiłam się na samo wspomnienie tamtego widoku. - Za to mogę cię zapewnić, że zanim popełnię zbrodnię, za którą dostanę dożywocie, to dokładnie dowiem się wszystkiego, co ma tylko z nim związek. Dowiem się nawet twojej roli w tej sytuacji... - uśmiechnęłam się. - Jakbyś jednak chciała współpracować, to myślę, że dzisiejszy wieczór spędzę na torturowaniu Stylesa, tam mnie znajdziesz słońce.
- Kto powiedział, że będę ciebie szukać? - prychnęła.
- Dlatego to ja tutaj jestem legendarna słońce, to ja myślę kilka kroków na przód i wiem, że ta nędzna kreatura człowieka, przyczołga się do ciebie i owszem, mam interes w tym, żeby się dowiedział co robię, myślisz, że mu nie powiesz? Uważaj, on nie jest wcale taki głupi, tylko struga idiotę, niestety... - westchnęłam, rzucając jej uśmieszek i odwróciłam się na pięcie, idąc do gabinetu dyrektorki. Weszłam do niego po zaproszeniu przez sekretarkę i od razu zostałam powitana stertą dokumentów oraz skomplikowaną sprawą pewnych akt, które się zapodziały. Oczywiście z treści rozmowy wynikło, że będę musiała na trochę zostać, ponieważ moja nowa uczelnia wymagała ode mnie pewnych papierów, których wypisanie zajmie nieco czasu, a ostatnio mieli właśnie papierkowe problemy. Nie było wyjścia, trzeba było zostać, co dawało mi bardzo dogodną sytuację do wyregulowania pewnych porachunków, zamknięcia pewnych spraw, zamordowania pewnych osób i zakopania ich w parku za budynkiem akademii.. No może trochę się zapędziłam, jednak to tylko przez nerwy, które nadal mną szargały. Elegancko się pożegnałam, spokojnie wyszłam z gabinetu, gdzie czekał na mnie Louis.
- Jak poszło? - zapytał od razu, wstając z krzesła dla oczekujących i podszedł do mnie, obejmując mnie ramieniem w talii.
- Będę lub będziemy musieli zostać. Znaczy... - przetarłam dłonią czoło - ja muszę, ty jeśli chcesz możesz zostać ze mną. Harvard wymaga jakiś tam dokumentów i pani Stewart twierdzi, że to nie jest takie proste, że trochę to zajmie i prosiła abym była zawsze dostępna dla nich, więc uzgodniłyśmy, że najlepiej będzie, jeśli zostaniemy w akademiku, dadzą nam pokój i wtedy w razie potrzeby będę pod ręką.
- Dobrze, dobrze... Ile to zajmie?
- Nie wiadomo, to zależy od wielu czynników, jakiś tam prac porządkowych, kontroli... W każdym razie ponad tydzień to na pewno będziemy musieli zostać, a ile dłużej nie wiem - wzruszyłam ramionami.
- W takim razie, chodźmy się rozpakować - posłał mi ciepły uśmiech, który odwzajemniłam tylko półgębkiem. Jakoś nie miałam ochoty się uśmiechać. Wróciliśmy po walizki do samochodu i skierowaliśmy się w stronę akademika, gdzie dostaliśmy klucz do pokoju 24. Poprowadziłam nas korytarzami budynku, który tak dobrze pamiętałam, za dobrze. Teraz nagle wszystko w nim mnie obrzydzało. Co dziwne nawet sam Louis mnie obrzydzał. Myśl.. Doskonała tylko w swej esencji. Tylko myśl mnie nie obrzydzała. Jej niedoskonała forma, nadawana przez język, przez odbiór, przez działanie tak. Myśl, czyli miłość, piękna postawa wobec kogoś, uczucie, żywioł, coś doskonałego i nie do opisania. Zmienione przez człowieka w grę, w ból, w coś obrzydliwego, bo w swojej istocie niedoskonałego. On otworzył drzwi, a ja spojrzałam na pozłacany numer na drzwiach i on mnie obrzydził najbardziej. Pozłacany numer na drzwiach do pokoju w budynku akademika. Po co ja tutaj przyszłam? Po co ja poszłam na Harvard? A tak! Samodzielność, niezależność... Mój majątek wraz ze skromnym, ale porządnym, czystym życiem powinien starczyć mi do końca moich dni. Dlaczego chcę zarabiać tysiące, skoro tak naprawdę się tym brzydzę? Jestem jakaś głupia albo całkowicie ześwirowana. Weszliśmy do pokoju, gdzie od razu Louis wziął się za rozpakowanie walizek. Skrzywiłam się. Dotychczas, odkąd go znałam, nie przeszkadzało mi to. Stwierdziłam, że zwyczajnie taki jest i nie ma co się z tym siłować, lepiej pozwolić mu być sobą i robić rzeczy, które uważa za stosowne, ale teraz? W tym przeklętym miejscu się zmieniałam, a może wracałam do siebie? Nigdy nie doszłam do ostatecznego wniosku, która z nas jest tą pierwotną i prawdziwą. Pokręciłam głową.
- Zapomniałam chyba małej torby z kosmetykami z samochodu - odparłam, łapiąc za kluczyki - pójdę po nią.
Tak naprawdę potrzebowałam czegoś. Powietrza? Może... W każdym razie czułam, że muszę stamtąd wyjść, natychmiast. Wzięłam kilka głębokich wdechów, kiedy znalazłam się na korytarzu. Zwróciłam się do wyjścia z akademika. Wtedy go zobaczyłam. Kilka pokoi ode mnie stała moja fureczka do wszelakich informacji, wysysająca połowę twarzy swojej dziewczyny. Odepchnęła do śmiejąc się, odwrócił wzrok. O tak. Witaj Harry. Zaczął gorączkowo szukać klucza do pokoju po kieszeniach, a ja ruszyłam w ich stronę. Znalazł, szybko wepchnął Issy do pokoju ku jej głośnemu niezadowoleniu, wstawiłam w drzwi nogę w ostatnim momencie. Nie zamknął ich.
- Otwieraj, bo nie ręczę za siebie - warknęłam, a on zrobił proszącą minę.
- Nie zmuszaj mnie Imany, po prostu z nim porozmawiaj, ja nie mogę...
- Harry... - rzuciłam ostrzegawczo.
- Imany, proszę...
- Otwieraj cholera jasna Styles! - wydarłam się, popychając drzwi i po chwili zatrzasnęłam je za sobą, zamykając je na klucz. Cofnął się do siedzącej na łóżku Issy. - A teraz gołąbeczki poważnie sobie porozmawiamy... Dopóki on się tutaj nie pojawi.

Zain?

sobota, 14 lipca 2018

Witamy ponownie!

Do naszej akademii powraca Imanuelle Hale, może nie na długo, ale wraca i możecie być pewni, że nudno z nią nie będzie!


Od Imanuelle


Łzy rozmywały mi obraz drogi, którą szłam. Niska temperatura charakterystyczna dla Austrii o tej porze roku powodowała, że malutkie kropelki łez, które zawisały na moich rzęsach, szybko zmieniały się w drobne kryształki lodu, jeszcze bardziej utrudniając mi widzenia tego, co było przede mną, powodując dodatkowo uczucie dyskomfortu. Ta podróż, a właściwie mówiąc wprost ucieczka dopiero się zaczynała, a ja już w tej chwili miałam ochotę obrócić się na pięcie, zostawić tą cholerną walizkę, której koła bez końca blokowały się na śniegu, pobiec z powrotem do willi, której światła nadal były w stanie oświetlić ścieżkę, którą szłam. Chciałam tam pobiec najszybciej jak tylko mogłam, znaleźć tam młodego wysokiego mężczyznę z delikatnie roztrzepanymi jak na niego czarnymi włosami, długimi rzęsami, które ozdabiały jego cudowne oczy, z tymi ślicznymi brązowymi tęczówkami, z jego umięśnionym ciałem, pokrytym tatuażami, które powodowało, że moim wstrząsał dreszcz pożądania oraz zniecierpliwienia czekaniem. Chciałam być ponownie w ramionach Zaina, gdzie mogłabym zapomnieć o babce, o niebezpieczeństwie, o całym Bożym świecie i znowu mogłabym być zwyczajną dziewczyną z Liverpoolu, która sprzeciwiła się zasadom rodziny i znalazła sobie chłopaka, który był w stanie dać jej coś, czego nie mógł dać ktokolwiek inny. Wtedy się zatrzymałam. Moja dłoń powędrowała do ust, które zakrywałam, chcąc jakby ukryć szloch wydobywający się z nim, a przecież nikt mnie nie słyszał. Byłam sama, na środku ścieżki, którą coraz szybciej pokrywała warstwa śniegu, co tylko pogarszało moją sytuację, a ja nie mogłam zrobić kroku w przód. Upadłam na kolana, wbijając się nimi w śnieg, który amortyzował upadek. Zgięłam się w pół, zakrywając już dłońmi całą twarz i płacząc w nie. Tak dawno tego nie robiłam, a teraz nie mogłam przestać, zdając sobie nagle sprawę z tego jaką ulgę to niosło oraz nad jak wieloma sprawami powinnam już dawno uronić łzę. Wszystko pieczętował on. Chłopak, którego kiedy pierwszy raz spotkałam, miałam od razu ochotę poćwiartować. Ten jego głupi komentarz spowodował, że moja krew się zagotowała. Nienawidziłam go, a pomimo to znalazł jakiś sposób, żeby wkraść się w moje życie jak znienacka, tak brutalnie, porywczo, z dzikim temperamentem, który w połączeniu z moim arystokratycznym chłodem powodował, że chyba nawet my nie wierzyliśmy, że cokolwiek z tego wyjdzie. A on jednym szusem wskoczył w moje serce i objął je gorącymi objęciami, które powodowały, że dałam się w to wszystko zaplątać. Tyle dla mnie zrobił w tak ekspresowym tempie. Dał tyle szczęścia i tak bardzo uwolnił mnie z tych wszystkich zasad, konwenansów, które dusiły mnie zbyt długo. Czym za to mu się odpłaciłam? Zranieniem go w najgorszy możliwy sposób, jaki tylko miałam teraz do dyspozycji, zapewniając siebie, że tak będzie lepiej dla nas obojga, a tak naprawdę wiedząc, że to nieprawda, że się oszukuję, nie mogąc wytrzymać z myślą, że właśnie zrobiłam najgorszą rzecz w moim życiu i wcale nie chodziło tutaj o zranienie go. Chodziło o jego stratę. Klęcząc w tym śniegu z dłońmi przy twarzy zdałam sobie sprawę, że bałam się tej straty. Bałam się, że kiedy to wszystko się wyjaśni, on mnie nadal będzie nienawidził na tyle, że nigdy nie będę w stanie mu wyjaśnić dlaczego to zrobiłam. Jednak czy mogłam mu to mieć ze złe? Nagle ogarnęła mną fala obrzydzenia do samej siebie, ponieważ wiedziałam doskonale, że mogłam coś zrobić, zapewnić mu ochronę, a głucho posłuchałam się wujka, który mimo, że pewnie w głębi duszy naprawdę lubił tego chłopaka, to przede wszystkim patrzył na przedłużenie naszego rodu i na moje przetrwanie. Krew ponad wszystko. Wszystko się zrobi dla rodziny, nawet jeśli będą oni nieszczęśliwi do końca życia, ponieważ człowiek naturalnie przede wszystkim myśli o sobie, później o najbliższych, a na koniec ewentualnie o innych. Nie mogłam więc winić wujka, ponieważ stanowiłam stricte jego jedyną rodzinę, gdyż resztę osób, z którą byliśmy powiązani - niestety - więzami krwi, nie mogliśmy nią nazwać. Znajdowałam się w patowej sytuacji, a każdy mój ruch powodował, że coś musiałam poświęcić. Odpowiedź więc stawała się w miarę klarowna, ponieważ została mi wpojona w umysł odkąd byłam małym dzieckiem. Mianowicie moim obowiązkiem było wybrać rodzinę, gdyż Zain był tylko chłopakiem, który pomimo że coś do mnie czuł, to nie był ze mną niczym związany, a więc mógł mnie zostawić w każdej chwili, co oznaczało, że nie byłam zobowiązana względem niego właściwie niczym. Względem tego wynikało, że nie mam już odwrotu, ponieważ jak już mówiłam, musiałam myśleć o wujku, a więc go ratować, przy okazji od razu ratując siebie. Paradoksalne było jednak to, że ja - sierota, byłam teraz obiektem największego zainteresowania całej mojej rodziny, pod przewodnictwem mojej babci, która jako nestorka rodu, miała nad nimi władzę. Nigdy się mną nie interesowali, a nagle kiedy zdali sobie sprawę jak moje istnienie bardzo im zagraża postanowili, że to koniec miłosierdzia dla sieroty, którego i tak nigdy nie wykazywali, a więc zwyczajnie to czas, aby się mnie pozbyć. Najlepiej wraz z wszelkimi oznakami jakiejkolwiek mojej egzystencji. Musiałam wstać i iść, musiałam pomóc wujkowi, a jednak moje serce tak bardzo bolało. Bolało, ponieważ kiedy tylko moje powieki przysłaniały mi świat, widziałam piękne czekoladowe oczy, pełne bólu i zawodu, zawodu, który powodował, że chciało mi wyć z tego cierpienia. Kiedy jednak poczułam, jak moje ręce zaczynając mnie piec z zimna, otarłam łzy. Podparłam dłonie na kolanach. Wzięłam kilka głębokich wdechów, a lodowate powietrze wypełniło moje płuca, mrożąc chyba wszystkie moje wnętrzności. "Jesteś silna" - powtarzałam sobie uparcie, chcąc w to uwierzyć, jednak za bardzo się dygotałam, aby móc się na tym skupić.

sobota, 3 marca 2018

Odejście

Z dniem dzisiejszym żegnamy Imanuelle Hale


Powód odejścia postaci, jak zresztą mój (Lewis) to brak czasu i zakończenie mojej przygody z blogami. Nie wiem, czy ktoś tutaj będzie mnie miło wspominał, czy w ogóle ktoś będzie mnie wspominał, jednak mimo wszystko cieszę się, że właśnie tutaj, w Waszym otoczeniu, to się zakończyło.
~ Lewis

sobota, 24 lutego 2018

Od Imanuelle C.D. Zaina

Zaśmiałam się cichutko przy jego słyszalnym niezadowoleniu, ponieważ głośno westchnął i mruknął coś pod nosem.
- No tak, przy twojej ruchliwości - wymruczałam - i  t e m p e r a m e n c i e - uśmiechnął się i oblizał usta - to musiało być dla ciebie okropne przeżycie...
- No miałem wtedy już jakieś osiemnaście lat... - zaczął, ale mu przegrało.
- O więc musiało to być wręcz drastyczne dla twoich koleżanek - odparła, a on się zaśmiał.
- Jakoś zadawałem sobie radę - pokręciłam głową i przyspieszyłam. - Ej no! Imany!
- Nie gadam z... - złapał mnie za ramię i odwrócił do siebie.
- No z kim? Z kim nie gadasz dziewczyneczko? - pochylił się do mnie.
- Z takimi dupkami jak ty - mruknęłam mu prosto w oczy.
- Lubię te oporne - na jego twarzy pojawił się chytry uśmieszek, a po chwili objął moje usta swoimi, językiem wymuszając, aby wpuściła go między moje wargi. Po długim pocałunku, odsunął się ode mnie na kilka milimetrów. - Dalej jestem dupkiem?
- Nadal. Jednak świetnie całującym dupkiem - uśmiechnęłam się.
- Przepraszam.
- Wybaczam - tym razem to ja go pocałowałam, obejmując jego policzki moimi małymi dłońmi. - Wracajmy do domu, dobrze? Wolę nas bez tony ubrań, które izolują nas od siebie - puściłam mu oczko. Ruszyliśmy więc dalej, trzymając się za ręce.
- Więc... ty potrafisz jeździć na łyżwach? - zapytał, jakby chcąc przełamać ciszę, która na chwilę zapadła między nami. Pokiwałam głową.
- Tak. Przez jakiś rok co najmniej, ćwiczyłam jazdę figurową i właśnie tam poznałam, moją przyjaciółkę, którą akurat moja rodzina nie za bardzo lubi, oprócz wujka rzecz jasna, czyli Anastasię. Wujek ją uwielbia za jej poczuje humoru i rezolutność. Reszta... cóż... Chodzi o to, że poznałam ją w zwykłej drużynie. Nie jest z naszej sfery. Zresztą nie chciałam ćwiczyć z ludźmi z tamtego otoczenia, ponieważ tam nie było życia, nie było uczucia, nie było zabawy i radości z tej jazdy, a tego w tym szukałam - opowiedziałam mu to w wielkim skrócie, delikatnie się uśmiechając na wspomnienie przyjaciółki.
- Czyli widzę u ciebie to wszystko prawie kończy się na braku akceptacji ze strony rodziny - mruknął.
- Tak, może to dlatego, ze ja zawsze chciałam być inna, chciałam być wolna i normalna, a przynajmniej próbować taką  być. A prawda jest taka, ze ty będąc sławnym jesteś normalniejszy ode mnie, bo mnie ograniczają jakieś durne zasady, które przestrzega zdecydowana mniejszość ludzi na tym świecie.
- Mocne słowa - uniósł brwi.
- Może nieprawdziwe?
- Chciałbym odpowiedzieć tak - westchnął.. - Ale nie martw się, zrobimy tak, że to będzie możliwe. Naszym celem będzie abyś ty była szczęśliwa, najszczytniejszy cel na świecie - powiedział i mnie pocałował.
Nie minęło pewnie nawet pięć minut, kiedy już znaleźliśmy się na posesji Zaina. Ucieszył mnie ten widok. Wreszcie będziemy mogli się wyciągnąć gdzieś na łóżku, w ciepełku. Ledwo zdjęłam kurtkę, a ten napalony dzieciak objął mnie w pasie i przyciągnął do siebie.
- A pływać pani potrafi? - zapytał, szepcząc mi do ucha. Nie powiem, skutecznie włączał tym moją wyobraźnię. Zastanowiłam się nad tym, co ten chłopak ze mną robi...
- Potrafi pani - odparłam chichocząc.
- To niech pani idzie się przebierze, a później, pójdzie o tam - wskazał ręką. - Za schodami są takie ładne, zdobione, szklane drzwi. Niech pani tam przyjdzie. Tylko proszę wybrać ładny strój.
- Lubi pan bikini?
- Kocham - pocałował moją szyję, a ja po chwili się wyrwałam i pobiegłam na górę. Wyciągnęłam z samego dna walizki czarne, troszkę okrojone bikini. Cieszyłam się w tym momencie, że jednak zdecydowałam się wziąć ten strój, pomimo że strasznie się wahałam uważając, że nie przyda mi się tutaj. Zwinęłam aksamitny szlafrok i cichutko zeszłam na dół, ponieważ byłam boso. Kiedy weszłam do wspomnianego przez niego pomieszczenia. Było ono zaciemnione, okna zostały szczelnie zasłonięte, panował półmrok rozpraszany przez żółtawe światełka wzdłuż barierki kamiennych schodów, po których schodziłam oraz wokół sofy w oddali, oraz kilku leżaków. Dopiero kiedy zeszłam na dół, w odbiciu wody zauważyłam, że do sufitu były podłączone światełka, które wyglądały dosłownie jak niebo. Uśmiechnęłam się. Jak mógł pokazać mi to miejsce dopiero teraz? Jednak kiedy zobaczyłam go wyłaniającego się z wody, jakieś dwa metry ode mnie, kiedy zobaczyłam jego mokre czarne włosy, tatuaże, po których spływała woda wiedziałam. Po prostu dobry, romantyczny moment wybrał spryciarz.
- Zapraszam panią do siebie - odparł, siadając na krawędzi basenu. Zdjęłam szlafrok i rzuciłam go na sofę, po czym podeszłam do bruneta i usiadłam obok, zanurzając stopy w ciepłej wodzie. Spojrzał na mnie i szepnął tylko ciche "Woow". Moja dłoń powędrowała na jego policzek, jego dłoń na moją talię, przyciągając mnie do niego, do jego mokrego ciała. Dziwne uczucie zimna, w tym momencie mi nie przeszkadzało, po chwili siedziałam na jego udach. Nadal byliśmy połączeni w namiętnym pocałunku.
- Wystawiasz mnie na próbę - westchnął, łapiąc oddech. Uśmiechnęłam się.
- Myślę, że nie potrwa to długo - szepnęłam. - Widzisz... czasami my kobiety widzimy więcej, widzimy dalej... Ale dziś chcę cię całować, chcę cię czuć blisko i chcę wypić z tobą szampana - odparłam, a on mnie pocałował, tym razem krótko.
- Akurat wszystko to przewidziałem blondyneczko - zaśmiał się, a ja z nim.
 Woda okazała się naprawdę ciepła, tak, jak myślałam. Dawno nie pływałam, więc to była dla mnie chwila miłego rozluźnienia. Świetnie się bawiłam, kiedy zaczęliśmy nurkować, a później kiedy Zain zaczął mnie całować pod wodą. Później długo rozmawialiśmy, leżąc na dwóch leżakach, niedaleko wbudowanego w ścianę kominka, okręceniu ciepłymi, ogromnymi, białymi ręcznikami. Chciał widzieć o mnie dosłownie wszystko. Zadawał mi dużo pytań, a ja chętnie dzieliłam się z nim wspomnieniami i przeróżnymi wspomnieniami. Zauważyłam nawet, że w międzyczasie zdążyły mi wyschnąć włosy.
W końcu zdecydowaliśmy się pójść na górę i tam kontynuować, przy kolejnym kominku i tym razem winie, bo szampan jakoś w międzyczasie nam wyparował. Usadowiłam się naprzeciwko ognia, opierając się o fotel, a Zain pochylił się i cmoknął mnie w sam czubek głowy.
- Poczekaj tu na mnie słońce, pójdę po to wino i po jakieś suche koce, dobrze? - pokiwałam głową ku jemu uśmiechowi, po chwili zniknął. Siedziałam spokojnie patrząc w ogień i słuchając trzasku drewna, kiedy dało się słyszeć dźwięk mojego dzwoniącego telefonu. Nadal miałam go w kurtce, więc podreptałam, do przedpokoju. Nie zdążyłam odebrać, więc oddzwoniłam na nieznany numer.
~ To ja Imanuelle - po drugiej stronie odezwał się wujek Peter. Zdziwiło mnie, że dzwoni z innego numeru.
- Coś się stało? - zapytałam. - Coś wiesz, prawda?
~ Niestety to prawda. Zaistniała sytuacja zmusza nas do zmiany planów i to natychmiastowo. Ścigają cię. Ścigają nas, musisz zmienić numer i dzwoń tylko na ten, jasne?
- Tak - odparłam automatycznie. Nie pytałam. Kiedyś tata przed śmiercią powiedział mi, że może wystąpić kiedyś taka sytuacja i że mam ufać wujkowi, bo tylko wujek będzie przy mnie. Wtedy zaświtało mi coś w głowie. - Wujku?
~ O co chodzi?
- Myślisz, że to oni podpalili nasz dom? Moja babcia? - zapytałam, ale odpowiedziała mi cisza. Czyli tak myślał. - Nie odpowiadaj. Mów dalej.
~ Nie wyciekły żadne twoje zdjęcia z Zainem, więc nie widzą o nim, nie będą go szukać. Masz to skończyć i zniknąć - te słowa ścisnęły mnie za gardło. "Masz z tym skończyć" pokrywało się ze słowami ojca "Masz mu ufać i robić wszystko, co ci powie, tylko tak przeżyjesz". Ale ja nie chcę tak żyć. - Dziecko... wiem, że to boli. Widziałem jak na niego patrzysz, ale od tego zależy też jego życie. Wszystko się skończy i to odbudujesz, ale teraz nie możesz zostawić mu nawet skrawka nadziei, żeby cię nie szukał. Rozumiesz?
- Rozumiem - odparłam cicho. Co innego miałam zrobić? Walczyć? Walczyć z człowiekiem... kobietą, która mogła być w stanie spalić swojego syna i jego rodzinę? Jeśli mam to zrobić, jeśli mam walczyć, to wolę to zrobić sama z wujkiem, im mniej ofiar, tym lepiej.
~ Musisz dostać się na najbliższe lotnisko i w możliwie jak najmniejszą ilość lotów, znaleźć się w Szanghaju.
- Dlaczego tam?
~ Bo to trzydziesto-ośmio milionowe miasto i mamy tam człowieka, który nam pomoże - odparł, po chwili dalej kontynuując. - Najdalej za dwa dni masz tam być, pieniądze pobierz w Austrii i płać gotówką.
- Wiem, wiem. Idę się spakować i będę pisać, tak?
~ Idź. Kocham cię.
- Ja ciebie też wujku - odparłam i rozłączyłam się. Wytarłam łzę spływającą mi po policzku. Czy ja płaczę? Od kiedy? Ja nie potrafię... a mimo to wytarłam tę łzę. Podreptałam na górę do sypialni. Złapałam za ciepłe ubrania i od razu się przebrałam. Później zaczęłam się szybko pakować, składając ubrania i rzucając je do środka. Muszę skończyć. Muszę to zrobić z kamienną twarzą. Muszę go zranić, aby mnie nie szukał. Spojrzałam w odbiciu moich oczu, w lusterku na stoliku w rogu pokoju.Musisz Imanuelle.
- Miałaś na mnie czekać na dole słońce! - usłyszałam za sobą. O nie, nie, nie, nie! - Słońce? Co... c-co ty robisz?
- Wiesz... wtedy na basenie jak mówiłam, że to nie potrwa długo i widzimy dalej... - wyprostowałam się i powoli odwróciłam. Spojrzałam mu w oczu. - Nie możemy być razem. To nie ma przyszłości i teraz jasno to widzę.

Zain?

sobota, 3 lutego 2018

Od Imanuelle C.D. Zaina

Obejrzałam się za chłopakiem, kiedy wychodził z kuchni. Starał się, był miły, zabawny, dobry dla mnie. Will też taki był... Tego chyba najbardziej się obawiałam - że Zainowi też to się znudzi, przestanie dbać o takie szczegóły, przestanie dbać o mnie... Naprawdę nie wymagałam wiele od niego wiele. Wydawało mi się przynajmniej, że przepuszczenie mnie w drzwiach, raz na jakiś czas zrobienie mi śniadania, obiadu czy kolacji, raz na ruski rok kupienie kwiatka, szczypta romantyczności i niezapominanie o ważnych dla mnie datach, to nie za dużo... Z drugiej strony już teraz mogłam z czystym sumieniem stwierdzić, że Zain był całkowicie inny niż pozostali moi mężczyzni. Może nie było ich wielu, tym bardziej tak blisko, ponieważ poza nim tylko dwóch, jednak nadal nie czułam się pewnie. W sensie bałam się, że im szybciej dojdzie do czegoś więcej, tym szybciej mnie zostawi. Tak było z tamtymi, a z Zainem... Nie bałam się tego. To nie było w stylu tego wspaniałego chłopaka, a mimo wszystko wolałam się upewnić, poznawać go. Jednak z drugiej strony chciałam mu to wynagrodzić, ponieważ nie dało się niezauważyć, jak pożera mnie wzrokiem, a ja nie chciałam, nie mogłam mu tego dać... Westchnęłam zatapiając widelec w jajku sadzonym i biorąc gryza kanapeczki z jogurtem i szczypiorkiem. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, jaka głodna byłam, a wszystko okazało się wyjątkowo smaczne. Czyżby kolejny ukryty talent pana Malika?
Drygnęłam, kiedy okrył moje ramiona swoją bluzą. Podkreślmy sobie słowo "swoją". Jego perfumy, pomieszane z płynem do płukania, otoczyły mnie, roztaczając całkiem ładny miks tych zapachów. Uśmiechnęłam się i zostawiając wszystko na talerzu, wsunęłam ręce w rękawy i okryłam się materiałem, zasłaniając moje prawie nagie ciało. Brunet ponownie stanął z boku, oparł się o szafki i po prostu patrzył, jak ja kończyłam moje śniadanie. Trochę mnie to peszyło, przez co opuściłam głowę, zatykając opadłe kosmyki za ucho. Nie byłam mimo wszystko przyzwyczajona, do tego, że ktoś patrzył na mnie w taki sposób. W końcu odłożyłam widelec na pusty talerz i dopiero teraz uniosłam głowę, a on nadal na mnie patrzył. Odsunęłam krzesło i podeszłam do Zaina, obejmując go w pasie i opierając podbródek o jego klatkę piersiową.
- Dziękuję - szepnęłam, wywołując uśmiech na jego twarzy. Objął mnie, przyciągając mnie bliżej na tyle, że ponownie uderzyłam swoimi biodrami o jego.
- Proszę bardzo - odparł. - Ale oczekiwałem trochę innej nagrody... Rozumiesz, bardzo ładnie się postarałem i do tego poświęciłem się wychodząc na zewnątrz, narażając swoją cudowną osobę na padający śnieg - przewróciłam niezauważalnie oczami.
- Dostaniesz swoją nagrodę, kiedy już wrócę z łazienki, dobrze? - potargałam ku jego niezadowoleniu, jego włosy. Zrobił smutną minkę, a ja tylko się zaśmiałam, puszczając go. Ruszyłam na górę, gdzie zgarnęłam jakieś luźne ubrania i poszłam pod prysznic. Postarałam się ogarnąć najszybciej jak potrafiłam, myjąc zęby odpisałam na kilkanaście wiadomości od Nastii oraz wujka Petera. Oni mają tak zawsze, gdzie bym nie wyjechała, zasypują mnie milionem wiadomości, czy wszystko w porządku i czy dobrze się bawię. Czasem czuję się przy nich jak dziecko, ale wiedziałam, że to z troski o mnie, więc tego nie komentowałam.
Ponownie znalazłam się w kuchni, jednak nikogo tutaj nie było. Cicho skierowałam się do salonu, gdzie zobaczyłam, jak siedział na sofie, z laptopem na kolanach, coś czytał. Podeszłam do niego od tyłu i zerknęłam. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy, to to, że był to portal plotkarski, co już mi się nie spodobało. Szybko przeleciałam wzrokiem po tekście. Pytania co się stało z niedawną towarzyszką Zaina, jakieś plotki, podejrzenia co do zniknięcia, jakieś tam zdjęcia i inne rzeczy, które w tamtym momencie wydawały mi się ohydne. Sięgnęłam do ekranu i zamknęłam laptopa.
- Widziałaś? - zapytał zmartwiony, nagle uświadomiony, że stałam za nim.
- Widziałam - odparłam, opierając podbródek o jego ramię. - Jednak widzisz... Poznałam cię i to jest zasadnicza różnica. Oni cię oceniają według wzorców, które sami sobie wyobrazili i stwierdzili, że tacy powinni być ludzi sławni, jak ty. Ja poznałam Zaina Malika z Bradford, a nie pana Zain Malika, obrzydliwie bogatego artystę. Ja widzę, że się starasz, jesteś prywatnie miły... jeśli chcesz... kochany i dobry. To nie twoja wina, że ci coś w życiu wyszło i nie wiem nawet jak można to nazwać winą. Więc cokolwiek by pisali, to jestem obok ciebie, wierzę w twoją szczerość i to ja znam prawdę, a nie oni.
- Jesteś niesamowita - pocałował mnie w policzek. Obeszłam sofę, podeszłam do niego, zabrałam laptopa z jego rąk i odłożyłam go na stolik. Siadłam mu na kolanach.
- Bardzo zimno jest na dworze? - zapytałam, patrząc za okno.
- Okropnie... i sypie śnieg do tego - odparł, przysuwając mnie do siebie. Poprawiłam się na jego udach. Moje ręce powędrowały na jego ramiona, skrzyżowałam je za jego szyją.
- Mam więc propozycję... nie wychodźmy dzisiaj na dwór - przytuliłam się do niego. - Tutaj jest mi cieplutko i dobrze... A tam jest zimno i źle i sypie...
- Taki leń kogoś tutaj złapał? - zaśmiał się chłopak, a ja pokiwałam głową. Nie miałam najmniejszej ochoty, żeby wychodzić na to zimno, to takim wieczorze jak wczoraj, po takim miłym obudzeniu i po takim śniadanku. - To co my będziemy cały dzień robić?
- Hmmm... możemy coś obejrzeć, zrobić sobie piknik w salonie, rozłożymy sobie poduszki, żeby było mięciutko, trochę pooglądamy, trochę porobimy co innego... - uśmiechnęłam się, a on zamruczał jak kot.
- A masz bliższe plany na co coś innego? - uniósł brew. Pochwyciłam jego wargi między swoje, łącząc nasze usta w namiętnym pocałunku.
- Może mam - zamruczałam.
- Ty mnie wystawiasz na próbę... - zmrużył oczy. - Przyznaj się, że sprawia ci przyjemność, jak mnie tak męczysz...
- Ale to chyba miłe tortury... Bo miałam nadzieję, że mój dotyk jest miły dla ciebie - mruknęłam cichutko, spuszczając głowę, którą niemal natychmiast uniósł. Ujął mój podbródek w dwa palce i mnie pocałował.
- Jest przyjemny... Aż zbyt przyjemny i sprawia mi to malutki problem, ponieważ muszę utrzymywać moje żądze na smyczy, a nie lubię się ograniczać... Szczególnie w tej sferze.
- Ale za to nagroda będzie lepiej smakować - próbowałam go pocieszyć.
- Jeśli w ogóle doczekam się tej nagrody - mruknął.
- Doczekasz, doczekasz... Po prostu... Postaraj się stanąć w mojej sytuacji. Kobiety nieco inaczej odczuwają takie rzeczy niż mężczyźni, a ja nie jestem przyzwyczajona do... - zakrył mi usta dłonią.
- Ale mi się to podoba. Nie musisz mi tego ponownie wyjaśniać, bo to rozumiem, akceptuję i nawet rozumiem twoje racje - zapewnił.
- No to skoro rozumiesz... To postaram się być delikatną dla twoich żądz - zachichotałam.
- Cóż za wspaniałomyślność - zaśmiał się. - A gdzie chcesz zrobić ten piknik?
- Tam w rogu - wskazałam głową. - Przed tym kawałkiem szklanej ściany. Masz tutaj jakiś materac?
- Coś powinno się znaleźć... ale taki dmuchany, czy taki piankowy?
- Piankowy, tylko gruby musi być - odparłam, zastanawiając się nad tym poważnie.
- Pójdę poszukać, a ty zbierz poduszki z całego domu - pokiwałam głową i zerwałam się z jego kolan, żeby zrobić to, co mówił. Podreptałam na górę, a Zain dosłownie zniknął. Przeszłam po kolei, przez wszystkie pokoje na górze, a później na dole, zbierając tak jak mówił brunet, wszystkie poduszki. Kiedy wróciłam do salonu, jego jeszcze nie było. Usiadłam więc na sofie, obok stosu poduszek i czekałam na niego. Z zamyślenia wyrwał mnie telefon. Dosłownie podskoczyłam, kiedy nagle zaczął dzwonić. Zerknęłam na wyświetlacz. Wujek Peter. Wstałam i odebrałam telefon, kiedy już podeszłam do szklanej ściany.
- Cześć wujku - odparłam radośnie, a on westchnął. - Coś się stało?
~ Tak. Posłuchaj mnie słońce, mamy problem - ponownie westchnął.
- O co chodzi?
~ Całkowicie przypadkowo dowiedziałem się, że prawdopodobnie jadą po ciebie. Oczywiście na razie nie wiedzą gdzie jesteś, ale to i tak nie wróży nic dobrego...
- No dobrze, ale czego oni ode mnie chcą? I kim są? Kto po mnie jedzie? - zaczynałam się porządnie martwić. - Co się dzieje? I dlaczego mówisz to w taki sposób, jakby coś mi groziło?
~ Kochanie... moja kochana bratanico...
- Wujku?
~ Widzisz nie jestem w stanie powiedzieć jaki będzie tego finał... A wszystko napędza twoja babka, a moja wyklęta przeze mnie matka. Twierdzi, że ty możesz otworzyć jakiś sejf, że byłaś oczkiem w głowie Williama, że przygotował ciebie, swoją jedyną córkę, żeby go otworzyć - odparł wściekły. - To jakaś kompletna bzdura jak dla mnie, ale nic nie mogłem jej wytłumaczyć.
- Co mam robić?
~ To, czego cię uczyłem. Zniknij. Nic o tobie właściwie nie widzą, więc nie powinno to być trudne, choć twój chłopak może ci to utrudnić, ale lepiej by było, abyś jednak miała kogoś przy sobie. Jak dowiem się czegoś więcej, będę ci mówił. W każdym razie nie mogą cię zabrać.
- Właściwie dlaczego? - odpowiedziała mi głucha cisza.
~ Bo nie jestem pewny... że oni nie mają racji... a ten sejf może zmienić cały wygląd naszej rodziny, może zmienić wszystko. Zrób to dla ojca, myśl jak Hale - rozłączył się.
- Wszystko w porządku? - usłyszałam za sobą głos Zaina. Powiedzieć mu? Nie powiedzieć? Kłamstwo jest obrzydliwe... Myśl jak Hale...
- W jak najlepszym - odwróciłam się do niego z uśmiechem. - W jak najlepszym.

Zain?

sobota, 20 stycznia 2018

Od Imanuelle C.D. Zaina

Ujęłam kieliszek w obie dłonie, opierając się o oparcie kanapy i przyciągając kolana do piersi. Bawiłam się szkłem, obserwując jak czerwony, aromatyczny płyn powoli się przelewa. Sukienka zsunęła mi się po udach, jednak ten jeden, jedyny raz w życiu mi to nie przeszkadzało, Zain i tak nie skomentuje tego w taki sposób, jaki osoby z wyższych sfer. Boże... jak ja nienawidziłam tego sformułowania. A może po prostu nienawidziłam arystokracji. Bo jej nienawidziłam. Kiedyś, jak byłam mała, myślałam, że pasuję tam, że wpasowanie się i trzymanie tych zasad nie sprawi mi problemu, bo do tego się urodziłam. Dopóki nie wyrwałam się z tego kokonu, myślałam, że to normalne, zasady, cały ten świat...  Dłoń Zaina delikatnie spoczęła na moim kolanie, gładziła moje udo. Dlaczego obaj moi byli tego nie potrafili? Dlaczego nie potrafili wywołać u mnie dreszczy? Dlaczego przy nich nie czułam się tak swobodnie? Przecież... przecież Zain nie jest moim chłopakiem. Nie wiem kim jest... Nie jest mój... A może jest mój... Spojrzałam na niego po dłuższej chwili.
- Harry ci powiedział? - zgarnął kosmyk moich włosów za ucho.
- Tak... - westchnęłam. Z drugiej stronie nie było się trudno domyślić. - To wspaniałe mieć takich przyjaciół...
- Nawet takich jak ten niemiecki idiota? - mruknął, przewracając oczami, a ja cicho zachichotałam. Za takie coś chyba by mi głowę urwali...
- Słodki, przystojny i ma genialne oczy - odparłam, a on zmrużył oczy.
- Słucham?
- No przecież ciebie opisuję - szepnęłam.
- Jasne - mruknął. Przysunęłam się do niego. - To moje urodziny...
- Dlatego prawię ci te słabe i kulawe komplementy - odparłam cicho, a on objął mnie ramieniem, zadrżałam. Po chwili pojawił się na jego ustach ten uśmiech triumfu. - Co? Pan Malik zdobywa ofiarę po raz milionowy?
- Nie mów tak... - nagle posmutniał. - To nie tak... ja...
- Przepraszam - przerwałam mu. - I przepraszam, że ci przerywam - pocałowałam go. - Nie chciałam... Po prostu... Nawet nie wiem jak ci się wytłumaczyć...
- Więc się nie tłumacz... Wiem co o mnie piszą - westchnął, a ja pokręciłam głową.
- Nie wierzę w to co piszą o tobie, bo już się przekonałam, że większość to stek bzdur - pogładziłam go po policzku. - A poza tym, to uważam, że to miło ze strony Harry'ego, że powiedział mi co mam zrobić, bo sama po pierwsze nie wiedziałabym, że masz urodziny, a po drugie nie miałabym pojęcia co ci kupić na ten prezent...
- Po pierwsze to nie potrzebuję takich drogich prezentów, a po drugie nie musiałaś mi nic kupować - odparł.
- Po pierwsze to Lewis powiedział Harry'emu coś zupełnie innego, czyli, że jęczałeś o ten zegarek już dobry rok, a po drugie to co innego miałabym zrobić? - uniosłam brew.
- Być... tutaj ze mną. W ciszy i spokoju pić ze mną czerwone wino, w tej sukience... której chętnie bym się pozbył...
- W twoich snach - szepnąłem mu do ucha, a on westchnął.
- Nawet jeśli, to chociaż w snach się jej pozbędę... Widzisz, miałem w zwyczaju hucznie obchodzić moje urodziny... Bardzo hucznie... Jednak... tak mi się może nawet odrobinkę bardziej podoba... Może to dlatego, że od dawna nie musiałem skupiać się na ciągłej ochronie prywatności. To czasem okropnie męczące. Czasem dobrze być tylko Zainem, chłopakiem z Branfordu, bez dopisku, nawet drobnym maczkiem "Gwiazda światowego rynku muzycznego".
- Zdecydowanie wolę tego chłopaka z Branfordu - odparłam cicho. - Ale gwiazdeczką nie pogardzę.
- Ja panną hrabianką z krwiożerczym opiekunem też nie - uśmiechnął się, po chwili dolał nam wina.
- Czy ty nie zamierzasz mnie przypadkiem upić? - mruknęłam.
- Tylko troszeczkę - przyznał.
- Wiesz, że to niewiele zmieni? - zapytałam.
- A co to ma zmienić?
- Zasady. Bo musimy mieć jakieś zasady Zain - siadłam zakładając nogę na nogę, przodem do niego.
- Zasady są po to, aby je łamać - wzruszył ramionami. - Nienawidzę zasad. One ograniczają moją wolność.
- Rozumiem, ale te zasady są naprawdę ważne i bardzo mi na nich zależy - odparłam, dopiero teraz bardziej go ten temat zainteresował. Kiwnął, żebym dalej mówiła. - Lubię cię. Jesteś... inny... w pozytywnym sensie chyba... w sensie... - wypuściłam powietrze, chwilę się zastanawiają, co mam powiedzieć i jak powiedzieć. - Dzięki tobie zaczynam poznawać trochę inne życie, bardziej normalne mimo twojej sławy, bez rygorystycznych zasad i podoba mi się to, chodź zawsze będę twierdzić, że te zasady czasem mają sens i są nawet pomocne i nawet niektórych zamierzam cię nauczyć.
- Nie potrzebuję - mruknął, jak małe dziecko.
- To się okaże i nie przerywaj mi, bo mówię coś ważnego - odparłam, a on pokiwał skruszony głową. - Ale po pierwsze, chciałabym kiedyś, w najbliższej przyszłości, ale nie dziś wyjaśnić, co mniej więcej między nami jest, bo... No nie chciałabym brnąć w to po omacku. Po drugie to może i jesteś niewiarygodnie przystojny oraz pociągający, - tutaj się uśmiechnął, a ja splotłam palce naszych dłoni - ale nie chcę, żeby to za szybko zaszło za daleko. Nie zwykłam sypiać z praktycznie obcymi mężczyznami, nie jestem... panną lekkich obyczajów.
- Co za cudowny eufemizm - zachichotał.
- Bardzo ładnie przemyślany - odparłam. - Więc... zero seksu.
- Zero?
- Zero! - krzyknęłam. - Zboczeniec.
- Tylko trochę i tylko przy takich ślicznotkach - poruszył brwiami, a ja prychnęłam tylko.
- Jednak, z drugiej strony patrząc, nie chcąc popełniać błędów innych pewnych kobiet, które zdążyłam poznać...
- Masz na myśli jedną konkretną...
- Tak, mam na myśli jedną konkretną - odparłam. - Więc... Skoro to ma być wyrwanie z kokonu zasad...
- Do innych zasad - mruknął.
- Oj Zain... To nie chodzi o ograniczenia, przynajmniej nie w złym sensie. Chcę mieć czas, chcę cię poznać, żeby za miesiąc nie obudzić się obok ciebie i nie pomyśleć, że jestem tylko obiektem pożądania, przedmiotem.
- Nigdy bym tak o tobie nie pomyślał! - odparł od razu. - Ale dobrze. Rozumiem... w końcu to twoje ciało, twoje decyzje.
- Ale to nie oznacza, że nie możemy... no wiesz - szepnęłam mu do ucha.
- O proszę, czyli panienka nie taka święta? - zaśmiał się.
- Ale kiedyś ci się za to dostanie - mruknęłam. Zerknęłam na butelkę. - Naprawdę wypiliśmy już drugą?
- Wychodzi na to, że tak - wzruszył ramionami. Był rozluźniony, za to moja głowa nie była przyzwyczajona ogólnie rzecz biorąc do alkoholu, więc mój świat zaczynał wirować.
- Zain... - szepnęłam. A on coś mruknął. - Zaniesiesz mnie do łóżka?
- Do którego? - zapytał, uśmiechając się pod nosem.
- A ile ich tutaj masz? - zmarszczyłam brwi.
- Jakieś.... pięć chyba - odparł, oparłam się o jego ramię.
- Chcę to, w którym ty będziesz - powiedziałam cicho, cmoknął mnie w czoło, a ja się uśmiechnęłam. - Tylko nie zahacz mną nigdzie.
- Będę uważał - zapewnił, biorąc mnie na ręce. Objęłam go za szyję. Na szczęście do tego ogromnego i pewnie niesamowicie wygodnego łóżka z widokiem na góry, ponieważ jedną ścianę stanowiło szkło, pomimo, że za samym łóżkiem również znajdowało się okno. Wszystko widać... Tyle dobrego, że nie spodziewałam się tutaj milionów obserwatorów, a poza tym, nie było tutaj też co oglądać... Położył mnie na materacu, samemu zawisając nade mną.
- A Jelly?! - zerwałam się nagle, ale on z powrotem mnie położył.
- Przecież zostawiliśmy go Isabelle i Harry'emu - westchnął.
- A tak... a on potrafi się zajmować pieskami?
- Jeśli zajmuje się nim tak samo, jak wszystkimi dziećmi, które spotyka, to potrafi się nim zająć - zapewnił.
- To dobrze... Teraz mogę się zrelaksować - pogładziłam jego policzek.
- Czy pani mnie podrywa? - zmarszczył brwi.
- Nie muszę - odparłam.
- Nie musi pani?
- A pana oczach to widzę, że nie muszę, bo pan chętnie pomoże mi się zrelaksować - wzruszyłam ramionami. - Ale najpierw chcę wziąć kąpiel.
- A ja prysznic - pokiwał głową.
- Tam też mnie zaniesiesz? - uśmiechnęłam się prosząco, a on westchnął, kręcąc głową, ale w końcu mnie zaniósł, zostawiając mnie po chwili samą. Puściłam wodę, a w międzyczasie się rozebrałam i umyłam zęby. Weszłam do gorącej wody dopiero, kiedy związałam włosy i poczułam się tak wspaniale... Błogo... Jednak trochę zmarzłam. Woda z płynem pachniała mieszanką cytryny i wanilii, zaskakujące połączenie, ale przyjemne. Jednak kiedy już stałam wytarta i gotowa do ubrania... okazało się, że nie mam ubrania... Owinęłam się w ręcznik i wyjrzałam na korytarz. Z głębi domu usłyszałam płynącą wodę. Wtedy szybko wyszłam z łazienki i podreptałam do sypialni. Podeszłam do walizki, z której wygrzebałam z niej coś do ubrania. Tak właściwie to koronkową, bordową bieliznę i czarny jedwabny szlafrok, taki do połowy ud. Ledwo zdążyłam się przebrać i usiąść na łóżku, kiedy do sypialni wszedł Zain, z ręcznikiem owiniętym wokół bioder.
- Ktoś tutaj zapomniał ubrania? - uniosłam brew. Przesunął po mnie powoli wzrokiem.
- Pani chyba też zapomniała... - odparł, dalej krążąc wzrokiem. Ruszył do mnie wolnym krokiem.
- Pani niczego nie zapomniała - odparłam, odchylając delikatnie materiał i pokazując, skrawek biustonosza. Nawet nie wiem kiedy znalazłam się leżąca na plecach na łóżku, z Zainem nade mną. Chociaż tym razem nie bawił się w zachowanie jakichś odległości.
- I jak ja mam zachować czy tobie celibat? To taka próba, tak? - palcami musnęłam jego plecy.
- Nie mam piżamy.... - westchnęłam. - Chciałam wziąć króciutką bluzkę i ten sam dół, ale są twoje urodziny, więc stwierdziłam, że mała atrakcja nie zaszkodzi.
- Mała? Atrakcja? To chyba jakaś kara, a nie atrakcja! - jęknął.
- To zależy od punktu widzenia. Tak przynajmniej popatrzysz, trochę sobie po dotykać... A mogłam założyć legginsy i golf - wzruszyłam ramionami. - Właściwie mogę to nadal zrobić, jak ci się nie podoba to, co masz...
- Ty chyba jesteś już pijana - zaśmiał się.
- Nie... może nie całkiem... Widzisz rzadko piję alkohol... ale gdybym była całkiem trzeźwa, to założyłabym tą koszulkę, więc nie wiem co jest lepsze... Przynajmniej dla ciebie...

Zain?

sobota, 13 stycznia 2018

Od Imanuelle C.D. Zaina

Westchnęłam delikatnie się krzywiąc. Objęłam go w pasie, wtulając twarz w jego szyję, od której biło niebywałe ciepło. Zaczął gładzić mnie po włosach.
- I muszę nieść tę ciężką torbę? - mruknęłam.
- Właściwie to walizka - odparł.
- Walizki nie jeżdżą po śniegu - jeszcze mocniej wbiłam twarz w jego szyję.
- Mówiłem, żebyś nie brała zbyt wielu niepotrzebnych rzeczy - że jak? Że niepotrzebne? O nieeee... Odsunęłam się od niego raptownie, a on posłał mi zdezorientowane spojrzenie.
- Twierdzisz, że jakakolwiek rzecz, którą wzięłam jest niepotrzebna? - skrzyżowałam ręce. Przez długą chwilę zastanawiał się nad w miarę najbardziej dyplomatyczną odpowiedzią.
- Może nie niepotrzebne... ale po prostu jest spore prawdopodobieństwo, że nie przydadzą ci się w tak zimnym otoczeniu - odparł. Uniosłam brew, prychając.
- Przecież w domku będzie mi cieplutko, a oczekuję co najmniej co drugi dzień romantycznej kolacji, pięknie sfinalizowanej - puściłam mu oczko, a na jego ustach pojawił się uśmiech, który z sekundy na sekundę stawał się coraz większy. - Tylko się nie zapędzaj w tych swoich fantazjach.
- Ja? Nieee....
- Jasne. Demoralizujesz mnie - zmrużyłam oczy, po czym złapałam za walizkę. - To którędy mam iść?
- Proszę za mną - odparł wyprzedzając mnie.
Kiedy znaleźliśmy się niedaleko miasteczka, szło mi się już lepiej. Tutaj śnieg był trochę zgarnięty, jednak przede wszystkim ubity. Widok kolorowych kamieniczek, lampeczek i ciepłego światła bijącego z okien, które wychodziły na ulicę, był niesamowity. Już wiedziałam, że to będzie jeden z najbardziej przekonywujących powodów, żeby polubić zimę. Zain poprowadził do jednej z małych kawiarenek, która była urządzona w przytulnym, górskim stylu. Postawiliśmy z boku bagaże, a ja wybrałam stolik przy samej szybie, żebym mogła podziwiać widok na ulicę.
- Przy szybie? - skrzywił się Zain. Zerknęłam na niego i niepewnie pokiwałam głową.
- Chcę popatrzeć... Palą się tylko świece, więc może nagle nie pojawi się tutaj rój reporterów... Ale jeśli nie chcesz, to możemy się przesiąść - zapewniłam, wstając. Jednak ubiegł mnie siadając naprzeciwko i ujmując mojego dłonie w swoje.
- Nie trzeba - uśmiechnął się. Po chwili zamówił dla nas kawę z cynamonem. Pachniała tak niesamowicie... a smak... Cóż to była za ambrozja dla mojego przemarzniętego gardła. Za to jedna z moich dłoni nadal spoczywała na niego, objęta placami Zaina. Uśmiechnęłam się, patrząc na ulicę. Chciałabym mieszkać w takim miejscu, gdzie nikt by nas nie zauważał, ponieważ po jakimś czasie przestaliby zwracać na nas uwagę, przyzwyczailiby się.
Kuzyn Zaina odebrał nas prosto z kawiarni, lamentując wniebogłosy, jak to ta jego teściowa denerwuje i stresuje, że już są rok po ślubie, a ona nadal sprawdza go jakby był tylko potencjalnym, a może nawet niepotencjalnym kandydatem, na męża jej córki. Później wdał się w żywą dyskusję z Zainem, z której tak naprawdę mało zrozumiałam, ponieważ byłam całkowicie nie w temacie, więc po prostu zajęłam się oglądaniem widoków. W końcu po dobrych dwudziestu minutach od wyjścia z kawiarni, stanęliśmy przed dosyć pokaźnym domem Zaina. Cały drewniany, w ładnym górskim stylu, do tego z widokiem na jezioro, jak się okazało nieco później.
Chłopcy wyrwali do przodu, ja szłam nieco z tyłu, kiedy dostałam telefon. Zerknęłam na wyświetlacz, numer był nieznany.
- Słucham? - zapytałam niepewnie.
- Imanuelle, moja droga! - ktoś krzyknął do słuchawki, dopiero po chwili w tym krzyku rozpoznałam Harry'ego.
- Harry?
- No a kto inny?! - prychnął. - Posłuchaj mnie bardzo uważnie. Jutro Zain ma urodziny, jasne?
- Raczej tak, to niezbyt trudne gramatycznie zdanie - mruknęłam. - Ale mówisz mi to tylko po to, żeby mnie oświecić?
- Oczywiście, że nie! - krzyknął, a w tle usłyszałam Isabelle, która krzyczała, żeby na mnie nie krzyczał.
- Więc?
- Plan jest taki. Urządź mu jakieś miłe urodzinki - tu zaczął się śmiać, a później dostał pewnie po głowie od Issy, ponieważ jęknął. - Ale, dam ci numer do takie jednego pana Lewisa Draxlera, który jest jego najlepszym przyjacielem. Powie ci jaki zegarek ma Zain dostać na urodziny, ponieważ to jego obserwacje z całego ostatniego roku. Kwotą podzielimy się na trzy. Jednak najważniejsze...
- Coś jeszcze? - westchnęłam, a słysząc tę ciszę, zaczęłam chichotać.
- Ale mnie przestraszyłaś - mruknął. - Najważniejsze, to rozmowa. Ponieważ my jesteśmy w Anglii, Lewis i Hailey w Irlandii, a wy.... w bliżej nieokreślonym miejscu, jak podejrzewam, więc musi się ona odbyć przed Skype'a. To jego najbliżsi przyjaciele, a to jedne z rzadkich okazji, kiedy nie jesteśmy razem na jego, czy czyjeś inne urodziny...
- To przeze mnie... - szepnęłam.
- Nie. Nie mów tak! To nie o to chodzi! To przede wszystkim przed Lewisa, który zmajstrował Hailey dziecko - tutaj znowu zaczął się śmiać i znowu oberwał. Zachichotałam. - Więc, my utworzymy grupę, wszystko wyjdzie, a twoim zadaniem później będzie tylko włączenie Skype'a.
- Później, czyli tak mniej więcej kiedy? - zapytałam, a odpowiedziała mi cisza.
- Napiszę ci - zapewnił.
- Tylko nie zapomnij... - westchnęłam.
Zaina znalazłam... w sypialni, gdzie znajdowało się dosyć spore łoże... Tak właściwie to ogromne łoże małżeńskie. Leżał na nim i kiedy weszłam uniósł się, żeby na mnie spojrzeć i się uśmiechnąć. Przewróciłam oczami, gdy zaczął poruszać brwiami, a on po chwili wybuchnął śmiechem. Co za zbereźnik. Z kim ja tutaj przyjechałam? Wyjdzie na to, że będę uciekać do łazienki, ponieważ przynajmniej tam mogłam się przed nim zamknąć. Po chwili zmarszczyłam brwi.
- Właściwie, to korci mnie, żeby zapytać, czy będę twoją pierwszą kobietą, śpiącą w nim... - odparłam, ku jego niezadowoleniu i skrzywieniu. - Ale... Nie zrobię tego. Nie chcę wiedzieć. Ja też miałam chłopaków, może nie powalającą liczbę, ponieważ dwóch, jednak również wolałabym, abyś nie pytał o takie szczegóły, więc... udam, że wcale mi to nie chodzi po głowie i teraz rzucę się na ciebie, dobrze?
- Będę łapać - wysunął przed siebie ręce, a ja przebiegłam cały pokój i skoczyłam.

 ~~~**~~*~~**~~

- Powiesz mi gdzie idziemy? - westchnął zasuwając suwak mojej sukienki. Objął mnie w talii i położył podbródek na ramieniu, czekając na odpowiedź.
- Przecież mówiłam, że na obiad - odparłam, sięgając po czarny żakiet.
- To dlaczego jesteś tak elegancko ubrana? - uniósł brew.
- Jestem normalnie ubrana, ale nie mam nic poza żakietem, ponieważ nie dałeś mi zabrać niczego innego - mruknęłam. - A zresztą twój sweterek raczej nie jest szalenie elegancki. Tylko taki normalny. Jak na dobry obiad, w dobrej restauracji.
- Skąd wiesz, że tutaj są dobre restauracje? - zmrużył oczy, a ja westchnęłam.
- Bo zapytałam wczoraj o to Simona?
- Jasne - mruknął, puszczając mnie. Krzyknął jeszcze tylko, że idzie odpalić samochód i zapadła cisza. Założyłam spokojnie żakiet, poprawiłam ostatni raz włosy, po czym ubrałam kozaki i zimowy płaszcz, po czym również wyszłam, zamykając za nami drzwi.
Restauracja Lois Stern, znajdowała się mniej więcej w centrum, jednak musiałam włączyć mapy, żeby móc dokładnie pokierować Zaina, nie mówiąc mu, dokąd jedziemy. Kiedy stanęliśmy niedaleko miejsca "naszego przeznaczenia", on nagle zaczął się śmiać.
- Coś mi to przypomina - odparł, a ja się uśmiechnęłam na wspomnienie tamtego wieczoru.
- Może to nie Clos Maggorie, ale też nie jest źle - powiedziałam, po chwili wyciągając się ku niemu, żeby go pocałować. Po kilka minutach weszliśmy do niewielkiego, lecz przestronnego pomieszczenia, które było gustownie i przemyślanie urządzone. Ogromne okna wpuszczały do środka dużo światła. Całkiem ładnie i smacznie, co stwierdziłam już po drobnej przekąsce.
Kiedy ponownie znaleźliśmy się na zewnątrz, uderzył w nas mały powiew wiatru, wzdrygnęłam się, a Zain od razu objął mnie ramieniem.
- Może się przejdziemy trochę? Jeśli chcesz i jeśli to nie problem... - odparłam cicho, a on uśmiechnął się.
- Żadna twoja prośba nie jest problemem, co najwyżej rozkazem, który ja powinienem spełnić.
- Jako mój sługa? - zachichotałam.
- Jako twój rycerz - mruknął, nachmurzając się.
- Książę z bajki? - uniosłam brew, a on od razu się rozchmurzył. - Nie! Taki Alladyn...
- Zawsze musisz mnie denerwować?
- Trochę muszę - pocałowałam go, a jakieś dwie dziewczyny się ze nami obejrzały. - To jak przyprawa w daniu... Chodźmy może.
- Też tak myślę... w sensie chodźmy - pociągnął mnie w stronę placu, który majaczył przed nami. Te kolorowe budynki nadawały miastu niesamowitego uroku. Przed kościołem wydzielony był kawałek placu, na którym znajdowało się lodowisko. Kocham lodowiska. Kocham łyżwy!
- Lodowisko - pisnęłam ucieszona, ale zrzedła mi mina, kiedy zobaczyłam skrzywienie na twarzy Zaina. - O co chodzi?
- Nie lubię łyżw... - mruknął. - Mam... złe.... nie. Mam okropne wspomnienia, związane z nimi.
- Naprawdę? - odparłam smutno.
- Cóż... możemy...
- Nie. Nie pójdziemy na lodowisko - powiedziałam twardo. - Nie chcę nawet, żebyś na nie patrzył, skoro masz okropne wspomnienia związane z nim - pociągnęłam go z powrotem.
- Ale...
- Nie ma ale!

~~**~~

Zain od razu po zdjęciu płaszcza skierował się do kuchni. Zrobiłam to samo i zniknęłam na chwilkę w salonie, aby później również skierowałam się w tamtą stronę. W środku brunet czekał już na mnie z dwoma kieliszkami z winem. Uśmiechnęłam się, powoli podchodząc bliżej i wyciągając dłoń po kieliszek. Jedną ręką Zain przyciągnął mnie do siebie.
- To co teraz robimy? - wymruczał mi do ucha, przygryzłam dolną wargę.
- Może najpierw... się napijmy - odparłam po chwili i uśmiechnęłam się. Stuknęliśmy się kieliszkami, a kiedy on uniósł swój do ust, dodałam: - Twoje zdrowie Zain - również upiłam łyka.
- Co? - zmarszczył brwi, a ja nic nie mówiąc pociągnęłam do w stronę salonu i usiedliśmy na kanapie.
- A teraz.... mała niespodzianka - włączyłam Skype'a i nagle oblała nas fala głosów, które po chwili, kiedy jakiś chłopak krzyknął, a wywnioskowałam, że to był Lewis, zaczęły śpiewać Zainowi sto lat, a ja dołączyłam się do nich.
- Nie wierzę - skrzył twarz w dłoniach, a oni znowu zaczęli mówić na raz, że nie można było nic zrozumieć.
- Nie uwierzysz, jak otworzysz - odparłam podsuwając mu czarne pudełko, a u nich zapadła cisza.
- A ja przepraszam bardzo, ale kto tam jest? - zapytał chłopak... Lewis.
- Lewis - jęknęła jego dziewczyna.
- Jako miłość jego życia, najlepszy przyjaciel i przyszywany brat mam prawo wiedzieć! - bronił się. Zerknęłam na Zaina, mając nadzieję, że on mnie z tego jakoś wyciągnie....

Zain?
Prawie zdążyłam do północy XD

środa, 10 stycznia 2018

Od Imanuelle C.D. Zaina

- Więc mówisz, że mam wyjechać z tobą samotnie w nieznane przestworza Austrii, podkreślając ponownie całkowicie sama? - uniosłam brew, a on chwilę wpatrywał się we mnie skupiony, a później pokiwał głową.
- Dokładnie tak. Nie jestem seryjnym mordercą, więc nie powinnaś się obawiać wyjazdu ze mną samej - mruknął.
- No tak... jednak nadal jesteś uchodźcą - zaśmiałam się, jednak zanim zdążył wybuchnąć, pocałowałam go.
- Proszę mnie tak nie uciszać - odparł oburzony, a ja dalej się śmiałam.
- O nie, to okropne z mojej strony w taki sposób cię uciszać, prawda?
- Dokładnie - poparł wodząc wzrokiem za moimi ustami.
- Więc... - przysunęłam się do niego, jakby w zamierze pocałowania go. - Powinnam... - odsunęłam się raptownie. - Chyba przestać.
- Zdecydowanie to powinnaś przestać bawić się moimi uczuciami oraz zmysłami - mruknął, robiąc smutną minkę, a ja potargałam mu włosy.
- I intrygantka! Co za niegrzeczne dziecko - coraz bardziej się burmuszył. Wstał, wzdychając przeciągle. - Będę więc musiał żyć w tej nieświadomości do rana tak?
- Nie... - pokręciłam głową. Uniósł brew przyglądając mi się. Sięgnęłam czubkami może trzech palców do jego dłoni. - Zostań ze mną... - poprosiłam, wziął mnie za rękę.
- Ale twój wujek...
- Nie chcę być sama w tym domu, szczególnie kiedy ty jesteś pokój od mojego - mruknęłam. Usiadł na skraju łóżka, moją dłoń trzymał między swoimi.
- I mam zostać z taką intrygantką? - zapytał a ja pokiwałam głową i podniosłam się do siadu, aby po chwili przytulić się do jego pleców. - To już szantaż emocjonalny!
- Przerażające - westchnęłam. Odchylił głowę, ale nie mógł mnie zobaczyć.
- Coś nie tak? - zapytał, jego ton głosu wydawał się zmartwiony.
- Nie wiem. Po prostu zostań. Choć chwilkę - poprosiłam, puszczając go i kładąc się na łóżku. Po chwili leżał już obok mnie. Wtuliłam się w niego. Był taki ciepły, pachnący żelem pod prysznic, a obejmując mnie, wywoływał u mnie dreszcze. Zaczął delikatnie gładzić moje plecy, a po chwili przymknął oczy. Ja natomiast ułożyłam się tak, że po zadarciu lekko głowy, widziałam dokładnie jego twarz. Co za piękna istota... Ta Brooke musiała być idiotką, że nie skorzystała. Nie mówię, że od razu miała z nim spać po jednym spotkaniu, ale jak można kogoś takiego puścić, albo na tyle być chłodną względem niego, żeby był w stanie po prostu od niej odejść. Jego monotonne, kojące ruchy powodowały, że powoli zamykały mi się oczy. Walczyłam z tym uczuciem, ale byłam w stanie sięgnąć tylko po zawinięty róg kołdry, aby nas okryć. Zain poruszył się jakby niespokojnie, ale po chwili ponownie zatopił się w bezruchu. Może po prostu okrywał się kołdrą...
- Chyba zaczynam być tobą zauroczona - szepnęłam, a jego oczy się otworzyły, pokazując mi swój cudowny, gorący brąz. Patrzył na mnie nieruchomym wzrokiem. Po dłuższym czasie uśmiechnął się i pochylił, pocałował mnie w czoło.
- Moja Imanuelle - szepnął.
- Dobranoc Zain.
- Dobranoc - odszepnął jeszcze. Później zapadła cisza, a ja niezwykle szybko zasnęłam.
Dwa kolejne dni minęły dosyć podobnie. Pobudka na kilka minut przed wujkiem, żeby Zain zdążył wybiec z mojego pokoju i wpaść do siebie... Następnie śniadanko, przy którym poinformowałam ich, że jadę, uszczęśliwiłam Zaina, pokłóciłam się z wujkiem, pogodziłam się, znowu pokłóciłam, obroniłam Zaina od próby uduszenia przez wujka, a następnie postawiłam ultimatum, że albo zapanuje spokój, albo wyjadę z tego domu na zawsze. Zadziałało. Zawsze działa. Spacery po świeżym powietrzu umilały nam czas... No prawie, ponieważ było na tyle zimno, że w dwie minuty przemarzałam, gdyż moje najcieplejsze kurtki znajdowały się w akademii. Cóż za ironia losu. Jelly już całkiem się zadomowił i zaczynał reagować, jak się go wołało. Cieszyłam się ogromnie w duszy, że go dostałam, jednak starałam się hamować moje buzujące w środku uczucia. Podziękowałam Zainowi, na razie tyle wystarczy... Na razie, ponieważ nie byłam w stanie pokazać mu więcej moich emocji. Miałam jasne wyznaczone zasady i granice, a ponieważ nie byłam panną lekkich obyczajów, to na pewne rodzaje bliskości wolałam zostawić nietknięte przez rączkę tego przystojnego pana, który zawsze co bym praktycznie nie robiła, cudem znajdował się obok mnie. Ogólnie to całkiem się wynudziliśmy przez te dwa dni. Doszło nawet do tego, że zaczęłam pokazywać mu zdjęcia... właściwie tylko pojedyncze, ponieważ reszta spłonęła. Zachowały się nieliczne, które wzięłam niejako ze sobą, zostawiając spisownik z nimi, w szkolnej szafce. Brunet z ogromnym zainteresowaniem porwał w swoje dłonie zdjęcie mojego taty i zaczął się kłócić, że to po prostu młodsza wersja wujka Petera. Owszem byli podobni, ale że uderzająco, to nie powiedziałabym. Może to dlatego, że ja znałam tatę, pamiętałam nadal jego głos i nawyki, a one kompletnie zaprzeczały tezie Zaina, że to albo bliźniaki, albo jedna osoba. Później znajdował podobieństwa między mną, a osobami ze zdjęć, co go do głębi pochłonęło. Miło było ponownie usłyszeć, jak to bardzo jestem podoba do taty...
Największym problemem w dniu wyjazdu okazało się dla mnie spakowanie. Nie, żebym była jakaś wybitnie niezdecydowana, po prostu Zain nie powiedział mi, ale tam będziemy, a co gorsza nie powiedział mi jakie rzeczy wziąć. Ciepłe, czy nie, eleganckich trochę czy nie, a może same wygodne? On oczywiście chcąc zrobić mi niespodziankę idealną, powiedział tylko miejscowość gdzie jedziemy, więc niespodzianki nie ma możliwości być, jednak on się upiera przy swoim. Zaczynam się powoli się do tego przyzwyczajać. Nie mogę po prostu zaczynać tematu, który podważa jego świętą rację, albowiem to JEGO ŚWIĘTA RACJA. A ja nie lubię przegrywać, więc mogę unikać okazji do tego.
Rozłożył się wygodnie na łóżku, kiedy ja siedziałam przed walizką, na podłodze, obok szafy i rozpaczałam, że mam za dużo ubrań i za mało informacji. Posadził sobie Jelly'ego na brzuchu, po czym najzwyczajniej w świecie, śmiał się, że prawdziwa kobieta rozpacza, że ma za małp ubrań. Trochę mi to uwłaczało, ale niech już będzie moja krzywda. Rozmowę przerwało nam pukanie do drzwi, w których pojawił się wujek. Spojrzał na Zaina, po czym powoli przeniósł wzrok na mnie.
- Jadę do Liverpoolu, będę za dwie godziny - oznajmił, a ja przekrzywiłam głowę.
- Po co jedziesz? - zapytałam od razu, wiecznie ciekawa jego spraw.
- Mam spotkanie z klientem, jakieś przekazanie dokumentów, więc nie zejdzie mi się długo - odparł, a kiedy pokiwałam głową, zniknął za drzwiami. Odwróciłam się w stronę Zaina.
- Będziemy sami - powiedziałam. Podniósł się do siadu, nadal trzymając psa, tylko teraz na udach.
- A w związku z tym? - uniósł brew. Westchnęłam.
- Będziemy sami Zain... - podniosłam się i podeszłam do łóżka, odstawiłam Jelly'ego na podłogę. Po chwili usiadłam Zainowi na kolanach, oplatając jego tułów nogami. - Pomyślałam właśnie sobie... nawiązując do pewnego wieczoru, w tym domu... że dawno nie czułam smaku twoich ust.
- To karygodne zaniedbanie - pokręcił głową.
- Myślę, że winowajca powinien zostać skrócony o głowę - pokiwałam głową.
- O nie, nie, nie... - przekręcił się kładąc mnie na plecach i zawisając nade mną. Splątałam palce na jego karku. - Moja głowa zostaje zdecydowanie na swoim miejscu.
- Dlaczego?
- Żeby mogła robić to... - pocałował mnie w obojczyk - i to... - pocałował też w drugi - i to zdecydowanie też... - tym razem złożył pocałunek na mojej szyi - warto również wspomnieć o tym - złączył nasze usta. Uniosłam się trochę, aby pogłębić ten pocałunek. Najjaśniejsza myśl jaka przemknęła mi wtedy przez umysł to: "Boże jak on świetnie całuje". Inne mają czego żałować. Później przyszło mi do głowy, że musiał z wieloma dochodzić do tej perfekcji w pocałunku... Wszystko odrzuciłam to od siebie. Nie będę go za to oceniać i tyle. Trochę tolerancji... szczególnie czy jego trybie życia, czyli życia gwiazdy.
- Tylko uwiń się z niwelowaniem tego zagrożenia do przyjazdu wujka... wolę nie patrzeć na to, jak zakopuje cię w ogrodzie - zaśmiałam się, a on zmarszczył brwi.
- Czyli to jest możliwe?!
- Nie wiem... - wzruszyłam ramionami. - Na Willa nie patrzył wzrokiem żądnym krwi...
- Wiem, że się tylko droczysz, ale to i tak przyprawia mnie o dreszcz...
- Nic nie poradzę, że w takich sytuacjach wydajesz mi się najbardziej słodziutki.
- Słodziutki i grzeczniutki - wyszczerzył się do mnie, a ja przewróciłam oczami.
- Wszystkie laski lecą na bad boy z Brandford... - westchnęłam.
- Naprawdę? - uniósł brew. - To masz niezłą konkurencję... A ty?
- Co ja? Przecież ja mam niezłą konkurencję - wzruszyłam ponownie ramionami. Westchnął poirytowany.
- Ale mnie nie obchodzi ta konkurencja. Rozumiesz? - zapytał twardo.
- Wiem - pogładziłam go uspokajająco po policzku. - Ja zawsze wolałam tych buntowniczych... A ciebie tym bardziej...
- Zawsze?
- No może poza dwoma czy trzema pierwszymi dniami naszej znajomości - zaśmiałam się. A on tylko coś fuknął. - Oj przestań... Proszę - przeciągnęłam to słowo, na którego dźwięk się uśmiechnął.
- Ładnie to brzmi w twoich ustach, mów mi to częściej...
- Jesteś okropny! - skrzywił się. - Ale i tak dalej cię lubię... To nieco masochistyczne podejście...
- Czemu masochistyczne?
- Ponieważ słyszałam, że jesteś kłębkiem kłopotów, a twoją specjalnością jest pakowanie wszystkich na około w tarapaty - przyznałam uśmiechając się.
- Tak? A może wolisz, żebym pokazał ci coś, czego Harry nigdy ci nie zdradzi? - uśmiechnął się tym pewnym siebie uśmieszkiem.
- No to pokaż - zaśmiałam się.
Pokazał... w sumie to dawno nikt mnie tak nie całował. Jakbym była jakąś boginią, którą wielbić może tylko w ten sposób. Pokazał tak dobrze, że nagle obudził nas głos wujka, który był już w domu, a my byliśmy na górze, kilka metrów od niego i byliśmy praktycznie bez ubrań.
- Zabije mnie? - zapytał chłopak, łapiąc oddech.
- Mnie chyba też - odparłam, a chwilę później ubieraliśmy się w ekspresowym tempie. Poprawiałam włosy, kiedy wujek wszedł do środka. Spojrzał na nas, mrużąc oczy.
- Wujku myślisz, że powinnam wziąć tą czarną sukienkę bez pleców?
- Nie - mruknął i zniknął, a my zaczęliśmy się śmiać.

~ * ~

Brandford okazało się całkiem sporym miastem. Takie raczej zwykłe, nie wiele różniące się od tysięcy innych w całym Zjednoczonym Królestwie. Jednak wypiasane w każdym geście i słowie Zaina wspomnienia, nadawały mu całkowicie innego charakteru. To było porównywalne do mojego powrotu do domu. Kiedy brunet zatrzymał samochód, byłam nieźle zaskoczona, ponieważ dopiero co byliśmy w centrum. Spojrzał na mnie uśmiechnięty.
- Masz małą tremę? - zapytał się. Wzruszyłam ramionami.
- Malutką, bo ich nie znam. A chyba nie mam co być stremowaną...
- No chyba nie... Postaram się i tak nie zostawiać cię samej - wysiadł z samochodu, a po chwili otworzył mi drzwi.
- Dlaczego? To znaczy, że powinnam czuć się zagrożona? - zaśmiałam się.
- Mam same siostry... ciężko więc powiedzieć.
- Siostry? Jak uroczo - zaśmiałam się nieco nerwowo, kiedy chłopak zadzwonił do drzwi. Otworzyła nam dorosła kobieta... taaak... Spojrzałam na chłopaka obok mnie. Matka, zdecydowanie matka.
- Cześć mamo - wyszczerzył się.
- Pojadę na chwilę, tak? - uniosła brew.
- Oj mamo... - jęknął.
- Zawsze się kończy na oj mamo, a ja twoja biedna matka muszę to wszystko znosić - mruknęła.
- Ale... to nas nie wpuścić? - teraz dopiero kobieta przeniosła wzrok na mnie.
- Dzień dobry - odparłam uśmiechając się delikatnie.
- Dzień dobry - powiedziała powoli. - Zapraszam - wskazała ruchem dłoni. Niepewnie postawiłam pierwszy krok na przód, a później poszło mi całkiem dobrze. Zain powiesił moją kurtkę, przeszliśmy do salonu gdzie... czekały na mnie już trzy jego siostry... Trzy i jedna mama, to daje cztery przeciwko mnie... Czuję lekki dyskomfort. Zain bezceremonialnie wziął mnie za rękę i poprowadził na kanapę, gdzie usiedliśmy, a ja czułam się coraz bardziej nieswojo. Mimo wszystko rozmowa zaczęła się dosyć łagodnie. Standardowe pytania o to jak qsię poznaliśmy, gdzie się zbieramy, ponieważ Zain się wypaplał. Później brunet zwyczajnie wstał... i wyszedł. Spuściłam głowę.
- Więc... - zaczęła najstarsza z sióstr. - Kim dla ciebie jest Zain?
- Oprócz tego, że aktualnie najbliższym mniej więcej rówieśnikiem? - wzruszyłam ramionami. - Szczerze to nie mam pojęcia.
- Ale wiesz o Brooke?
- Mhm - pokiwałam głową. - Poznałam ją, widziałam ich razem, chyba poszli razem na bal, a później... to on mnie pocałował.
- On? - zapytała druga. Właściwie to mi się przedstawiły, ale chyba byłam zbyt zestresowana w ostatecznym rozrachunku, ponieważ nie zapamiętałam ich imion.
- No... tak... - przyznałam.
- Mój syn całujący dziewczynę, będąc jeszcze w związku z całkiem inną? To dokładnie Zain... - odparła jego matka. - Tylko myślałam, że mu przeszło.
- Bo mu przeszło - broniła go najstarsza. - Musi być po prostu coś wyjątkowego, że tak nagle zmienił zdanie.
- Tak? Cóż... ja się za wybitnie wyjątkową nie uważam - przyznałam, spuszczając głowę.

Zain?

poniedziałek, 1 stycznia 2018

Od Imanuelle C.D. Zaina

Spojrzałam na Zaina, który od dobrych kilku minut wpatrywał się we mnie. Spuściłam spojrzenie, aby później z uśmiechem zawstydzenia ponownie je unieść.
- O co chodzi? - zapytałam w końcu, a on się tylko uśmiechnął podchodząc do mnie i wierzchem dłoni otarł mój policzek.
- Miałaś na nim mąkę - wyjaśnił, a ja uniosłam brew i powoli pokiwałam głową. - Naprawdę!
- Zain? - zapytałam chłodno, powstrzymując uśmiech.
- Naprawdę... Przecież jest bardzo miłym i grzecznym chłopcem - odparł, ja delikatnie przyciągnęłam go do siebie za skrawek koszulki i pocałowałam.
- Jasne, panie Malik - zmrużyłam oczy, przyglądając mu się.
- A czy ja panią kiedykolwiek okłamałem?
- Tego jeszcze nie wiem, ponieważ jak doskonale wiemy, znamy się na tyle króciutko, że nawet, jeśli mnie okłamałeś, to to kłamstwo jeszcze nie wyszło na jaw - wyjaśniłam wzruszając ramionami.
- O nie! To kłamstwo i okropne oszczerstwo, względem mojej osoby! - krzyczał.
- Niemożliwe... i co się ze mną stanie za dokonanie takiego przestępstwa? - zapytałam, tym razem lekko się śmiejąc.
- Kara będzie dotkliwa i straszliwa... - odparł, odchodząc ode mnie i stając przy oknie.
- Ale ja jestem zbyt delikatna na takie straszliwe kary... - zauważyłam, odwrócił się tyłem do okna i oparł o parapet.
- Było o tym myśleć wcześniej - wzruszył ramionami podobnie, jak ja wcześniej. Wstałam od stołu, stanęłam pod nim i wsunęłam dłonie pod jego koszulkę, sunąc nimi w górę, po jego brzuchu.
- Naprawdę nic nie da się zrobić? - zapytałam z trwogą w głosie.
- Ja nie widzę innego wyjścia poza karą... - twarda sztuka, chociaż nie dało się nie zauważyć tych kącików ust, które powoli unosiły się ku górze.
- A... jakbym jakimś pięknym cudem... może... zapomniała o tym, co powiedziałeś wtedy na siłowni? - zmrużył oczy.
- Nieee... - skrzywił się w niepewności. - Nie wierzę w to... Nie... To do ciebie zbyt niepodobne...
- Widać nie doceniasz siły mojej woli - zachichotałam. - Widzisz ona działa cuda. Dosłownie, wszystko mogę dzięki niej zrobić... Na przykład zmusić jednego przystojnego pana, żeby przestał marudzić i straszyć mnie karą... Bo ja się nie boję...
- Nie? - zmarszczył brwi. - Tak wcale?
- To ja jestem u siebie i to ja mam wujka Petera jako ochroniarza - uśmiechnęłam się najbardziej słodko, jak tylko potrafiłam, a on od razu się naburmuszył.
- Nie musisz mi o tym przypominać... Może nie powinienem zostawać... - zaczął się niby poważnie zastanawiać.
- Aż tak się go boisz? - zapytałam. Oczywiście miało to na celu wjechanie mu na ambicję i przyznaję się do tego. Nabrał powietrza do ust, wydął policzki i spojrzał na mnie chyba najbardziej morderczym wzrokiem, jaki mógł tylko z siebie wykrzesać.
- Ja się go nie boję - oświadczył pewny siebie.
- Tak, a to mi trzęsą się nóżki i nie mogę wykrztusić z siebie całego słowa...
- Nie boję się go!
- Jeśli tak - poprawiłam mu włosy i uśmiechnęłam się. - To mieszkam dwa pokoje od ciebie...
Nie było dane mu odpowiedzieć, ponieważ do domu weszła niania. Od razu odsunęłam się od chłopaka i ponownie siadłam przy stole. Weszła do kuchni z miną, która wyrażała podejrzewanie mnie o właściwie wszystko. Zabójstwo, ludobójstwo, seks na jej stole, zburzenie połowy jej kuchni... Przekręciłam głowę, patrząc na nią ze zdziwieniem.
- To robiliście przez ten czas? - zapytała podejrzliwie.
- Gotowaliśmy... właściwie to piekliśmy - odparłam.
- Co piekliście?
- Ciasto cytrynowe z makiem - powiedział pewnie Zain, stając za mną i opierając dłonie o oparcie krzesła, na którym siedziałam. - Podobno pani lubi...
- To prawda, lubię - powoli na jej twarzy pojawiał się coraz większy uśmiech. - Naprawdę coś upiekliście?
- To taki prezent... ode mnie - odparłam. - Za wszystko...
- Moja dziewczynka kochana! - krzyknęła i ze łzami w oczach, które po chwili zaczęły spływać jej po policzkach, porwała mnie z krzesła i mocno przytuliła mnie do siebie. - Jesteś moim największym działem - odparła. - Moim największym i najbardziej perfekcyjnym dziełem. Kwintesencją arystokracji i człowieczeństwa...
- Nianiu - odparłam, delikatnie gładząc jej plecy.
- Nikt nigdy mi się nie odwdzięczył w ten sposób, a zawsze tylko o to prosiłam cichutko. Nie potrzeba mi pieniędzy... Mam je, wystarczy mi, a zawsze chciałam tylko chwili waszej uwagi. Uwagi moich drugich dzieci - powiedziała i wreszcie mnie puściła. - No dobrze... Trochę się rozkleiłam. Teraz za to musicie usiąść ze mną i opowiedzieć mi wszystko.
- Wszystko? - zapytał Zain.
- Tak. Znaczy Imanuelle o tym co się u niej działo, a ty o sobie. Oczywiście to, czym będziesz chciał się podzielić. Widzisz jestem bardzo ciebie ciekawa, ponieważ jesteś pierwszym chłopakiem, którego przedstawiła mi oficjalnie ta ślicznotka - przyznała.
- Nianiu! - jęknęłam, zerkając niepewnie na Zaina.

~ * ~

- To było naprawdę miłe z jej strony - odparł Zain, kiedy dotarliśmy do rzeki. Płynęła ona niedaleko mojego domu i to jej brzegiem mieliśmy do niego dojść.
- To było miłe może dla ciebie, ale ja się poczułam lekko zażenowana - odparłam. Kłóciliśmy się od samego wyjścia z domu niani, a końca nie było widać.
- Byłaś zażenowana tym, że byłem pierwszym, który dostąpił zaszczytu poznania pani Kate Armstrong? - zaśmiał się lekko, chyba nie rozumiejąc o co mi chodzi.
- To nie o to chodzi... Tylko... - przerwałam, bo właściwie sama nie byłam pewna, co chcę powiedzieć.
- Tylko... - objął mnie ramieniem i wyszeptał mi to do ucha.
- Cóż... żaden z moich poprzednich, dokładnie dwóch chłopaków, nawet nie pomyślał, żeby zainteresować się tą sferą mojego życia.... - odparłam.
- Więc byłem pierwszy? - zapytał, łapiąc mnie w pasie i przewracając się na śnieg, puściłam Jelly'ego, który radośnie zaczął biegać wokół nas.
- A pierwszy... - przyznałam, odgarniając jego włosy, które opadły mu na twarz. Uśmiechnął się szarmancko.
- Szczerze powiedziawszy, to kocham być pierwszy... we wszystkim - odparł przybliżając swoją twarz do mojej.
- W reszcie związkowych kategorii... Raczej pierwszy nie będziesz pierwszy - odparłam, a on sekundę później mnie pocałował, a właściwie tylko słodko cmoknął w usta.
- Trzeci? - uśmiechnął się, a je go odepchnęłam i szybko poderwałam się na nogi. Zaczęłam uciekać, a kątem oka zobaczyłam, że Jelly biegnie zaraz obok mnie. Jak się okazało, nie tylko on, ponieważ zaraz zostałam złapana w pasie i powalona na ziemię. Zain, odwrócił mnie tak, że leżałam na plecach i usiadł na wysokości moich bioder. - Teraz mu nie uciekniesz...
- Grzeczny chłopiec tak? - zapytałam lekko ironicznym tonem.
- Dokładnie. Przystojny, miły, grzeczny...
- Mmmmm inteligentny i zawsze można na tobie polegać... Kobieta twojego życia padnie na kolana - odparłam.
- Jak na razie... To leży - uśmiechnął się.
- Boże... i jeszcze podrywacz mi się trafił - westchnęłam, przymykając oczy i się uśmiechając.
- Ja podrywacz? Nie... Nie muszę już nikogo podrywać - kiedy otworzyłam oczy, puścił mi oczko i po chwili pocałował, tylko tam razem porządnie, a nie tak niewinnie.
- Cieszę się, że znalazłeś sobie kogoś - zaśmiałam się, po chwili ponownie przybrałam poważną minę.
- Też się cieszę...
- Ładna chociaż? - zagadnęłam.
- Najładniejsza - odparł.
- Ale wiesz, że jak będę chora, to wujek wszystko zrzuci na ciebie i zakopie cię żywcem w ogródku?
- Żywcem? - odparł przerażony, a ja po chwili zaczęłam się głośno śmiać, nie mogąc się powstrzymać, widząc minę chłopaka. - To nie zabawne.
- Jak patrzę ja twoją przerażoną minę to owszem, strasznie zabawne. Aż śmiertelnie - śmiałam się w najlepsze. Chciał się zerwać na równe nogi, ale złapałam go na nadgarstek, więc pomógł mi wstać razem z sobą.
- To nie jest zabawne - odparł poważnie.
- To przepraszam - powiedziałam cichutko i oplotłam jego szyję ramionami i mocno przytuliłam się do niego, delikatnie mnie podniósł, ponieważ jednak byłam nieco niższa. - No przepraszam Javadd.
- Javadd, jak to wypowiadasz... przechodzą mnie ciarki - wyszeptał mi do ucha.
- W takim razie zatrzymam to, na specjalne okazje - odparłam. - Wracajmy...
- No nareszcie! Myślałem, że nigdy tego nie powiesz - powiedział i postawił mnie na ziemi.
- Oj nie przesadzaj - złapałam smycz Jelly'ego, a drugą dłoń splątałam z dłonią Zaina.
- Zamarzam tutaj!
- Kwestia genów widać - zachichotałam i pociągnęłam go w stronę domu, który wbrew pozorom był już bardzo blisko. Po kilku minutach staliśmy po drzwiami, gdzie otrzepaliśmy się ze śniegu i weszliśmy do środka. Uderzyło we mnie przyjemne ciepło i zapach pierników płynący z salonu. Śmiejąc się z Jelly'ego, który nagle zaczął gonić swój ogon, zdjęliśmy kurtki.
- Dzień dobry - aż podskoczyłam, słysząc nieoczekiwanie głos wujka Petera.
- Wujku - uśmiechnęłam się do niego. - Zain u nas zostanie na kilka dni, to postanowione.
- Skoro... postanowione, - wycedził to przez zęby - to nie mam nic do powiedzenia?
- Zastanówmy się... mój dom, moja młodość, moje życie, mój szczeniak jak prezent, mój znajomy, a właściwie mój przystojny i miły znajomy.... Tak. Nie ma nic wujek do powiedzenia - podeszłam i cmoknęłam go w policzek. - Chodź Zain - odparłam kierując się w stronę salonu. - Mam jeszcze sporo prezentów do rozpakowania i nie obraziłabym się, gdybyś mi pomógł.

Zain?