Zastanówcie się dobrze. Zwracam się teraz do tej części mojej publiczności, która nie ukończyła jeszcze edukacji. Czy nie podejrzanie często zdarza się sytuacja, że dziewczyna, którą akurat chcecie poznać, gdy już nadarzy się do tego okazja, przebywa w towarzystwie innej, która niekoniecznie was interesuje? Chciałbym dopowiedzieć, że ta blondynka nie nieinteresowała mnie dlatego, że rzeczywiście była nudna i nieinteresująca; prawdopodobnie znała tę brunetkę o wiele lepiej niż ja, z resztą fakt, że mam rozmawiać z dwoma nieznanymi mi osobami płci przeciwnej a do tego na raz sam w sobie był niezwykle stresujący.
- Dzięki za tamto - brunetka odezwała się do mnie i nagle zdałem sobie sprawę, że cholernie chciałbym znać jej imię. - Ale potrzebuję tych rzeczy w trybie natychmiastowym, bo czeka mnie jeszcze pięć kilometrów do przebiegnięcia. - domyśliłem się już wcześniej, że jest w trakcie biegania. Gdyby była sama, pewnie podwiózłbym ją z powrotem do Uniwersytetu, ale nie chciałem się z tym zdradzać. W ogóle nie rozumiałem powszechnie panującego trendu na bieganie, a szczególnie w dwójkę. Skoro każda z nich miała słuchawki na uszach, z pewnością nie odzywały się do siebie a dochodziła godzina trzynasta, więc po co wyszły we dwójkę?
- Wieczorem prawdopodobnie będę wracać do miasta, może spotkamy się gdzieś po drodze. - zasugerowałem - Ty po zawale, ja głodny. - spojrzałem się na nią, jednocześnie opierając się o maskę mojego samochodu. Blondynka lekko się uśmiechnęła, jednak najwidoczniej zaraz się za to skarciła, chcąc pozostać po stronie swojej znajomej. Szlachetnie.
- Wracamy lasem, więc pewnie byś się zakopał zanim byś w ogóle do mnie dotarł. - odgryzła się, mimowolnie spoglądając na plastikową torbę, którą nieprzerwanie trzymałem w rękach. Mam fanta, z którym przy tego typu rozmowie powinna się liczyć.
- Nie zapominaj, że nadal jestem w posiadaniu - rozchyliłem reklamówkę i sprawdziłem jej zawartość - opakowania gum do żucia, butelki wody i batona zbożowego; fuj, jakie one są nie dobre! - skrzywiłem się, patrząc jej prosto w oczy.
- Skoro i tak nie będziesz miał z tego pożytku, to oddaj. - najwyraźniej zaczynała się irytować moim zachowaniem. Ja od początku musiałem znosić fakt, że nie była sama. Nie widziałem jednak sensu prowadzenia dalszej rozmowy, więc zgodnie z jej prośbą wyjąłem jej produkty z siatki i wręczyłem dziewczynie. Zdziwiła się nieco, ale postanowiłem się szybko ulotnić, więc nie poświęciłem wiele czasu na przyglądanie się jej twarzy.
Trzeci dzień ferii zimowych na Uniwersytecie w Morgan. W mojej głowie nie miało się to równać trzeciemu dniu nic nierobienia dla mojego wałacha. Carsten zdążył się już przyzwyczaić do nowego otoczenia, byłem z nim już także na hali, tak więc nie powinien mieć problemu z treningiem. Okna z mojego pokoju wychodziły na dziedziniec przed akademikiem, tak więc nie był to widok, którego można było pozazdrościć, jednakże nawet gdybym miał przed szybą najbardziej zapierające dech w piersiach obrazy zapewne i tak nie spędzałbym wiele czasu na podziwianiu ich.
Przez to właśnie okno zobaczyłem brunetkę wracającą z biegania razem ze swoją znajomą. Dzisiaj wybrały się niezwykle wcześnie i zacząłem się zastanawiać, co mogło być ku temu powodem. Czy to, co robimy nie jest najbardziej efektywne gdy robimy to regularnie?
Wyszedłem z akademika w ciemnozielonej bluzie, spod której wystawał rozpięty kołnierzyk koszuli, którą miałem na sobie wczoraj, szarych bryczesach, oraz czarnych czapsach i sztybletach. Kurtkę, w której jeżdżę zdążyłem już zostawić w stajni, co nie było najlepszym pomysłem, zważając na cztery kreski, które pokazywały termometry. Wchodząc do stajni udałem się najpierw do siodlarni, w której wisiała rozpiska jazd. Na dzień dzisiejszy była pusta, więc zadowolony, że wszystko idzie po mojej myśli wpisałem siebie i swojego wałacha na godzinę 11.30. Puściłem długopis przymocowany do tablicy cienkim sznurkiem w tym samym momencie słysząc zbliżające się kroki. Nie byłem wcale zdziwiony, gdy przed moimi oczyma ukazała się pamiętna brunetka, jednakże w stroju, który nie wskazywał na to, aby miała w najbliższym czasie wsiadać na koniu.
- Szukałam cię. - gdy to przyznała, na moją twarz wpłynął mimowolny uśmiech. Odpłynął jednak niewiele później.
- Proszę. - wyciągnęła do mnie rękę. Uczciwość zatryumfowała nad chęcią zysku. Co za porządna dziewczyna. Przyjąłem jej zapłatę, chowając drobne w kieszeń spodni.
- Nie miałaś paragonu. - zauważyłem nie spuszczając z niej wzroku. Ja nie pamiętam ile kosztują podstawowe produkty, które zdawało by się, że często nabywam. Ale wiem, że masło drożeje.
- Wysiliłam się i sprawdziłam ceny, jeżeli w akurat w tym sklepie jakoś się różniły, to nie miej do mnie pretensji. - wzruszyła ramionami i odwróciła się z zamiarem odejścia, jednak chwyciłem ją za rękę.
- Niektóre rzeczy można zrekompensować tylko ciężką fizyczną pracą. - uśmiechnąłem się, spuszczając wzrok. Zacząłem się intensywnie i poważnie zastanawiać nad tym, czy nie była to zbyt nachalna propozycja.
- Ale te takie nie są. - stwierdziła, ja jednak wrzuciłem szybko pieniądze z powrotem do kieszeni jej kurtki, nie dając za wygraną.
- Bądź na hali o 12, bez konia. - uśmiechnąłem się, mijając ją i kierując się w stronę boksu. Zdawałem sobie sprawę, że i tak będę musiał tam wrócić po ogłowie i siodło, które wygodniej byłoby wziąć ze sobą teraz, jednak nie chciałem, by brunetka miała w tej sprawie jeszcze cokolwiek do gadania. Nie odwracałem się za siebie, ale w duchu modliłem się o to, aby dziewczyna wyszła, przystając na moją propozycję. Dopiero będąc przy boksie Carstena zorientowałem się, że tak właśnie zrobiła. Bez niej prawdopodobnie byłbym skazany na elementy ujeżdżeniowe, a nie tylko ja, ale także Carsten się z nimi nie lubi.
Przywitałem się z patrzącym na mnie krzywo wałachem. Wyprowadziłem go z boksu, przywiązałem tak, aby nie mógł szarpać głową przy jakiejkolwiek próbie dotknięcia i rozpocząłem czyszczenie.
Brunetka weszła na halę, gdy Carsten wesoło hasał na lonży. Jeśli go mam, zawsze staram się wykorzystać czas przed treningiem na wylonżowanie kobyły, co najzwyczajniej ułatwia mi późniejszą pracę. Nie wiem, jakie wrażenie wywarło na niej zachowanie mojego konia, ale jako że była już obecna przy jego wybrykach zapewne nie była zdziwiona. Nie wchodziła na plac, czekała przy bandzie prawdopodobnie na to, aż się do niej odezwę. Ja jednak byłem zbyt skupiony na galopie Carstena, aby zwrócić uwagę na cokolwiek innego.
Skończyliśmy po niecałych piętnastu minutach. Koń uspokoił się na tyle, abym mógł na niego wsiąść. Wtedy za moimi plecami pojawiła się brunetka.
- Co mam robić? - zapytała, opierając dłonie na biodrach.
- Myślałem, że się domyśliłaś. - mruknąłem odbezpieczając wodze i opuszczając strzemiona. - Tam gdzie są stojaki, za chwilę będą przeszkody. Chciałbym, abyś zmieniała wysokości i poprawiała drągi po zrzutkach. - wsiadłem na konia, który zatańczył w miejscu strzygąc uszami. Skupiał się na wszystkim wokół, tylko nie na mnie.
- Czyli mówisz, że będą zrzutki? - uśmiechnęła się półgębkiem siadając na stołku, który pomógł mi przy wsiadaniu.
- Myślę, że maksymalnie dwie, bo stał dwa dni. - odpowiedziałem podciągając popręg.
Rozstępowałem konia. Rozkłusowałem na kołach po czym przeszedłem do pracy na drągach. Gdy Carsten był w miarę rozluźniony dałem mu sygnał do galopu. Chodził po pierwszym śladzie a ja starałem się, aby się przypadkiem zbytnio nie rozpędził. W nowych miejscach zawsze był gorący. Podczas gdy ja galopowałem, brunetka nadal siedziała na stołku, nie odzywając ani słowem. W istocie nie był to najlepszy czas, aby się odzywać. Zawsze skupiałem się na tym co robię, więc albo bym jej nie usłyszał, albo zwyczajnie zignorował, mając coś ważniejszego do roboty.
Dziewczyna ustawiła kopertę, dwie stacjonaty i okser; na początek o wysokości rozgrzewkowej 90 cm. Miałem zamiar skończyć dzisiaj na 120 cm. Pierwszy parkur poszedł - jak zwykle - z problemami na zakrętach. Choć wydawało mi się, że miałem wałacha na dobrym kontakcie, ledwo się wyrabialiśmy; w efekcie czego przegalopowałem kilka kół, po czym podjąłem się zadania jeszcze raz, tym razem z dwa razy lepszym efektem.
- O dwie dziurki! - krzyknąłem do dziewczyny przechodząc do kłusa. Wypełniła moje polecenie, a ja jeszcze raz mogłem przejechać parkur bez żadnej zrzutki. Carsten latał nad przeszkodami, niektóry wychodziły za daleko, ale wałach za każdym razem ratował mi dupę. Ostatni parkur stał na wysokości 120, przedostatnia przeszkoda 125, zgodnie z moimi przewidywaniami.
Pierwszą przeszkodę skoczyliśmy na spokojnie, problemy zaczęły się po drugiej. Chciałem zrobić skrót już w powietrzu, Carsten zaczął krzyżować, co wybiło mnie z rytmu. Nagle banda zrobiła się niezwykle blisko, koń - równie zdezorientowany, co ja - zrobił szybki zwrot. Wylądowałem na ziemi. Brunetka szybko podbiegła do mnie, lecz uprzedzając jej pytania sam podniosłem się z ziemi i otrzepałem z piasku. Carsten kłusował żwawo wokoło.
- Nic ci nie jest? - zapytała, lustrując mnie od góry do dołu. Pokręciłem głową, biorąc się za złapanie wałacha. Jeździłem na podwójnej wodzy więc martwiłem się, bo mógł łatwo się w nie zaplątać. Koń łatwo dał się złapać. Dziewczyna najwyraźniej zorientowała się, że nic mi się nie stało, więc zamiast się martwić zaczęła żartować.
- Podłoże wygodniejsze niż siodło? - zaśmiała się.
- Żebyś wiedziała. - prychnąłem udając obrażonego. Po chwili na powrót zacząłem kłusować. Skoczyłem po raz ostatni i przeszedłem do stępowania.
- Jaką lubisz czekoladę? - zacząłem, nawiązując do jeździeckiej tradycji.
- Najdroższą w sklepie mieszczuchu! - krzyknęła śmiejąc się. Najwyraźniej sama była przy kasie. Gdyby tak nie było, słowo mieszczuch brzmiało by dla niej obco i nieprzyjemnie, nie używała by go, a przynajmniej nie w stosunku do prawie obcej osoby. To tak samo jak w przypadkach, gdy geje nazywają siebie pedałami.
- Mieszczuchu? - byłem jednak niezwykle ciekawy, skąd ona posiada takie informacje.
- Wychowywałeś się w Londynie, prawda?
- Oh, tak prawda. - odparłem zmieszany, nadal nie poznałem interesujących mnie faktów.
- Wiesz, tutaj plotki się szybko roznoszą. - uśmiechnęła się, opierając brodę na nadgarstku. Poczułem się dziwnie nieswojo. Nie rozmawialiśmy już aż do momentu, w którym zsiadłem z konia.
- Już zdążyliśmy uregulować rachunki, a nie znamy swoich imion. Nie wiem jak ty, ale ja czuję się z tym niekomfortowo. - przyznałem zarzucając derkę polarową na grzbiet wałacha.
- Jesteś mi winny czekoladę. Emerson Kincaid. - kojarzyłem to nazwisko, ale to chyba rozmowa na później.
- Spokojnie, pamiętam. Kang Kino. - przedstawiłem się.
- Tak więc, Kang...
- Ugh, mam na imię Kino. W Korei najpierw podaje się nazwisko, a potem imię. - spuściłem wzrok i denerwując się zacisnąłem pięści a wolną rękę schowałem do kieszeni. Nie lubiłem tłumaczyć tego ludziom.
Emerson?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kino. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kino. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 13 lutego 2018
sobota, 10 lutego 2018
Od Kino
Lubię mieć pod nogami twardy grunt. Kłóci się to z "carpe diem", choć całkiem lubię okres odrodzenia. A jeśli twardy grunt to zbyt wiele i akurat nie mogę oczekiwać tego od sytuacji, w której się znajduję, lubię przyjeżdżać do nowej szkoły podczas ferii, aby mieć dwa tygodnie na rozeznanie się z otoczeniem, co prawdopodobnie pozwoli mi uniknąć ewentualnie wpadki już po rozpoczęciu regularnej nauki. Lubię też organizować sobie czas, jednak kiedy przez całe życie wstajesz o godzinie szóstej rano, właśnie z powodu placówek edukacyjnych, w dni wolne, takie jak dzień dzisiejszy lubisz sobie pospać. Dźwięki dobywające się z telefonu usłyszałem w punkt o godzinie dziewiątej rano. Po wyłączeniu ich podjąłem jednak decyzje, aby zostać w łóżku. Przewracałem się jeszcze przez siedem minut. Gdy tylko wstałem, kartony z moimi rzeczami, które zajmowały niemalże całą przestrzeń pomiędzy łóżkiem, biurkiem, a szafą, prawie uniemożliwiając mi wyjście z pokoju dobitnie przypomniały mi o sobie. Jedyne, co zdążyłem zrobić wczoraj to założenie czarnych poszewek na pościel. Istotnie zaraz po tym postanowiłem je przetestować. W przypływie dobroci serca i uzasadnionych obaw stwierdziłem jednak, że Carsten przez noc zdążył umrzeć ze strachu, dlatego też wyjście z nim gdzieś na kantarze wydało się być odpowiednim pomysłem. Spałem w bluzce z długim rękawem i bokserkach, jednak mając z tyłu głowy fakt, że trwają ferie i zapewne większość stałych mieszkańców akademika wyjechała, w takim stroju wybrałem się do łazienki z całą kosmetyczką i ręcznikiem w ręce. Dotarłem tam bez ekscesów, nie musząc zamieniać z nikim słowa. W samym pomieszczeniu również było pusto. Umyłem twarz, następnie nakładając na nią kilka produktów pielęgnacyjnych, z makijażem dałem sobie spokój stwierdzając, że moja skóra jest obecnie w całkiem dobrej kondycji. Cały rytuał zwieńczyłem wyszorowaniem zębów. Wracając do pokoju, ku mojej uldze, również nie zastałem nikogo na swojej drodze. Gdy tylko wszedłem, rzuciłem to, co miałem w rękach na łóżko, tylko dlatego, że przeznaczenie mu temu konkretnego miejsca odłożyłem na nieco później. Lubię, gdy rzeczy mają swoje miejsce. Mimo, że jest ich dużo, to całkiem łatwo odróżnić bałagan od dużej ilości przeróżnych rzeczy zostawionej na swoim miejscu. Nawet, jeżeli tym miejscem będzie środek biurka. Mój krótki pobyt na korytarzy odznaczył się na moim ciele gęsią skórką. Dopiero gdy wróciłem do pokoju, mój telefon uświadomił mnie, że na zewnątrz panuje nienajprzyjniemniejsze pięć stopni. Bez zastanowienia wybrałem więc dość dużo części garderoby, tworząc warstwowy ubiór. Oczywiście wyrzuciłem przy tym kilka innych rzeczy, które niezłożone po chwili na powrót wylądowały w kartonach. Z pokoju wychodziłem o godzinie 9.46, ubrany w czerwony półgolf, czarną bluzę z kapturem, puchową kurtkę typu bomber o takiej samej barwie oraz bryczesy, podkolanówki i sztyblety również w kolorze czarnym.
Bogu dzięki, że stajnia,w której stał Carsten była nie do przeoczenia, a także znajdowała się w takiej odległości do akademika, że widać ją było zaraz po wyjściu z niego. W stronę tego obiektu zacząłem się więc kierować. Gdy tylko przekroczyłem próg stajni, kopytne ożywiły się słysząc moje kroki. Nie wchodziłem wcześniej do siodlarni wiedząc, że wszystkie rzeczy których użyję znajdują się w torbie na boksie konia. Bo nie wiem czy wiecie, ale rozpakowywanie dobytku tej kobyły sprawiło mi o wiele więcej przyjemności, i straciłem na tym o wiele mniej czasu, niżli bym miał zajmować się swoimi własnym. Carsten zaciekawiony wystawił łeb przez kratę boksu, który znajdował się mniej więcej na środku, po lewej stronie od wejścia. Jednak gdy tylko mnie zauważył, stulił uszy.
- Elo! - krzyknąłem do niego natychmiast. Zawsze mu uświadamiałem, że zdążyłem się już poznać na jego sztuczkach. Podejrzewam, że gdyby ten koń był człowiekiem, uważałbym go za całkiem fajnego gościa. W końcu to musi być bardzo przydatne w życiu, gdy jednym tupnięciem czy wrednym uśmieszkiem potrafisz sprawić, że ludzie się ciebie boją, co jednocześnie wzbudza u nich jakiś rodzaj szacunku.
Wszedłem do boksu. Wałach dał osobie znać słyszalnym zgrzytnięciem zębów, jednak ja w odpowiedzi tylko podrapałem go po kłąbie. Jak w większości moich kurtek, również w tej walały się cukierki dla koni, więc na dzień dobry dałem ich kilka Carstenowi. Do jasnoniebieskiego kantara, który miał na sobie przypiąłem uwiąz, uprzednio sprawdzając, czy derka w której stał po całej nocy nadal była odpowiednio pozapinana. Wyprowadziłem wałacha na korytarz, przywiązując go do kółka znajdującego się na boksie. Cały czas patrzył się na mnie spod byka, raz nawet machnął głową. Nie robiąc sobie z tego nic, rozpiąłem derkę i odkryłem przednią część jego ciała, przechodząc do czyszczenia jej. Po niespełna piętnastu minutach wałach był gotowy do wyjścia.
Znając zachowania Carstena w nowych miejscach przewidywałem, co może się wydarzyć w ciągu najbliższej pół godziny i obawiałem się tego; w końcu nie chciałem, aby ktoś, kto miałby mnie ewentualnie zobaczyć pomyślałby sobie, że przyjechałem tutaj z niewychowanym, młodym ogieraskiem. W ogóle nie chciałem się niczym wyróżniać.
Wyszliśmy ze stajni, jak na razie wszystko szło dobrze. Wałach aż tańczył z podekscytowania, jednak była to najlepsza (najmniej niebezpieczna) ze wszystkich możliwych opcji. Śmieszny był ten koń. Gdy go widziałem w takich sytuacjach, to się zastanawiałem, czy nadal bym go uważał za fajnego gościa. Bo w gruncie rzeczy on tylko zgrywał twardziela, zapominał, że paradując jak uradowane dziecko w każdym nowo poznanym miejscu trochę się zdradza. Ależ on był inteligentny.
Problemy zaczęły się w najgorszym miejscu, w jakim mogłyby się zacząć. Cholera jasna. Przed głównym budynkiem. Nad wejściem umocowane były bowiem flagi Anglii, Wielkiej Brytanii oraz z godłem uniwersytetu. Powiewały dumnie, robiąc przy tym szum. Carsten momentalnie uskoczył w bok, pociągając za sobą moją ręką. Nie byłem zdziwiony jego zachowaniem, mimo wszystko prawie mi się wyśliznął. Trzymałem go teraz obiema rękoma, które jednak po chwili zdawały się być równie bezużyteczne co wszystkie inne możliwe do zastosowania próby powstrzymania konia. Ten bowiem poderwał z ziemi przednie kopyta, próbując dębować.
- Mogłem cię wcześniej wykastrować ty cholero! - zwróciłem się do konia. Modląc się, aby nie przerodziło się to w coś bardziej niebezpiecznego, niż już było odsunąłem się nieco w tył, trzymając uwiąz napięty. Wykonując tę czynność nieszczęśliwie poczułem, że moje plecy się z czymś stykają. Carsten stał czterema kopytami na ziemi, więc wykorzystałem tę chwilę, aby sprawdzić, na co wpadłem. Na kogo. Za sobą ujrzałem nie tylko drobną dziewczynę, ale też przynajmniej dziesięć kolorowych karteczek.
- Przepraszam? - w żadnym wypadku nie chciałem, żeby moje przeprosiny brzmiały w ten sposób. Niezwykle snobistycznie, sam bym się poirytował, gdyby ktoś odpowiedział mi takim tonem, zwłaszcza, że ten incydent był spowodowany tylko z mojej winy. Ja na jej miejscu nie rozmawiałbym ze mną.
- Nic się nie stało. - mruknęła pod nosem. Ku mojemu zdziwieniu, gdy już pozbierała swojej zguby nawet się do mnie uśmiechnęła. Nie był to uśmiech szczerzy. Był ładny, mógłbym się nawet pokusić o stwierdzenie, że był urokliwy, w żadnym razie nie był on szczery. Fajnie, że dziewczyna wiedziała chociaż, na czym może dobrze wyjść.
- Jesteś pewna, że niczego nie zgubiłaś? - nie martwiłem się o jej dobytek, ale nie chciałem, aby miała jakikolwiek pretekst do zaczęcia rozmowy kiedyś w przyszłości.
- Nie jestem pewna, ale życie to improwizacja. Śpieszę się. - to już w ogóle nie było sztuczne. Nawet jeśli fakty wskazywały na coś innego, momentalnie przyjąłem do wiadomości, że ona rzeczywiście musi się na coś śpieszyć i właśnie z tego powodu nie możemy dłużej rozmawiać.
- Ah tak, przepraszam. - moje drugie przeprosiny brzmiały lepiej, ale z ludźmi, którzy przepraszają więcej niż raz też bym na jej miejscu nie rozmawiał. To wkurzające.
Padłem swobodnie na łóżko, wieszając na wieszak jeansową kurtkę - ostatnią z rzeczy, które zostały mi do rozpakowania. Co dłuższy czas łapałem się także na myśleniu o tej dziewczynie z wczoraj - wydawała się być inteligentniejsza, niż myślałem, że jest. Przez chwilę nawet żałowałem, że nie dałem jej jakiegoś pretekstu do ewentualnego późniejszego spotkania. Odpędziłem jednak te myśli, przechodząc do mniej skomplikowanej rzeczy - jedzenia. Oczywiście, nie kwestionowałem tutaj jakości podawanego w barze uniwersyteckim, aczkolwiek, posiadanie własnych zapasów w życiu studenckim było wręcz wskazane. Na podziurawioną białą bluzę narzuciłem więc koszulę w kratkę, której rękawy były czerwone, reszta zaś kremowo-granatowa oraz podszywaną sztucznym "barankiem" sztruksową, czarną kurtkę. Stopy wsunąłem w sztyblety, w których jeżdżę konno i udałem się prosto w stronę parkingu akademickiego, gdzie stało od dwóch dni nie używane volvo. Wyjeżdżając z akademii skierowałem się w stronę Londynu. Co prawda moim początkowym celem był jakiś większy supermarket, aczkolwiek pierwszy przy drodze pojawił się mniejszy sklepik, więc właśnie tam postanowiłem uzupełnić swoje zapasy. Wchodząc usłyszałem dźwięk dzwonka. Uśmiechnąłem się do sprzedawczyni stającej za ladą, dużo starszej ode mnie. Drugą osobą, którą zauważyłem była ta dziewczyna z wczoraj. Widząc ją mimowolnie się podekscytowałem. The fuck? Ona też mnie zauważyła. Nasz wzrok co prawda spotkał się na chwilę, jednak momentalnie wbiłem spojrzenie w ziemie, kalkulując, na ile wystarczy mi to, co już miałem w rękach. Chyba jednak nie chciałem z nią rozmawiać.
Mężczyzna zmiennym jest.
Gdy ja kierowałem się do kasy, ona już tam była. Przyśpieszyłem kroku, kładąc moje produkty na razie zaraz obok jej rzeczy.
- Proszę policzyć razem, i doliczyć siatkę. - uśmiechnąłem się do sprzedawczyni, zaczynając pakować wszystko do rekalmówki, którą mi wcześniej podała. Dziewczyna uśmiechała się jedynie, najwyraźniej nie chcąc wszczynać kłótni. Boże, co ja robię.
Emerson?
Bogu dzięki, że stajnia,w której stał Carsten była nie do przeoczenia, a także znajdowała się w takiej odległości do akademika, że widać ją było zaraz po wyjściu z niego. W stronę tego obiektu zacząłem się więc kierować. Gdy tylko przekroczyłem próg stajni, kopytne ożywiły się słysząc moje kroki. Nie wchodziłem wcześniej do siodlarni wiedząc, że wszystkie rzeczy których użyję znajdują się w torbie na boksie konia. Bo nie wiem czy wiecie, ale rozpakowywanie dobytku tej kobyły sprawiło mi o wiele więcej przyjemności, i straciłem na tym o wiele mniej czasu, niżli bym miał zajmować się swoimi własnym. Carsten zaciekawiony wystawił łeb przez kratę boksu, który znajdował się mniej więcej na środku, po lewej stronie od wejścia. Jednak gdy tylko mnie zauważył, stulił uszy.
- Elo! - krzyknąłem do niego natychmiast. Zawsze mu uświadamiałem, że zdążyłem się już poznać na jego sztuczkach. Podejrzewam, że gdyby ten koń był człowiekiem, uważałbym go za całkiem fajnego gościa. W końcu to musi być bardzo przydatne w życiu, gdy jednym tupnięciem czy wrednym uśmieszkiem potrafisz sprawić, że ludzie się ciebie boją, co jednocześnie wzbudza u nich jakiś rodzaj szacunku.
Wszedłem do boksu. Wałach dał osobie znać słyszalnym zgrzytnięciem zębów, jednak ja w odpowiedzi tylko podrapałem go po kłąbie. Jak w większości moich kurtek, również w tej walały się cukierki dla koni, więc na dzień dobry dałem ich kilka Carstenowi. Do jasnoniebieskiego kantara, który miał na sobie przypiąłem uwiąz, uprzednio sprawdzając, czy derka w której stał po całej nocy nadal była odpowiednio pozapinana. Wyprowadziłem wałacha na korytarz, przywiązując go do kółka znajdującego się na boksie. Cały czas patrzył się na mnie spod byka, raz nawet machnął głową. Nie robiąc sobie z tego nic, rozpiąłem derkę i odkryłem przednią część jego ciała, przechodząc do czyszczenia jej. Po niespełna piętnastu minutach wałach był gotowy do wyjścia.
Znając zachowania Carstena w nowych miejscach przewidywałem, co może się wydarzyć w ciągu najbliższej pół godziny i obawiałem się tego; w końcu nie chciałem, aby ktoś, kto miałby mnie ewentualnie zobaczyć pomyślałby sobie, że przyjechałem tutaj z niewychowanym, młodym ogieraskiem. W ogóle nie chciałem się niczym wyróżniać.
Wyszliśmy ze stajni, jak na razie wszystko szło dobrze. Wałach aż tańczył z podekscytowania, jednak była to najlepsza (najmniej niebezpieczna) ze wszystkich możliwych opcji. Śmieszny był ten koń. Gdy go widziałem w takich sytuacjach, to się zastanawiałem, czy nadal bym go uważał za fajnego gościa. Bo w gruncie rzeczy on tylko zgrywał twardziela, zapominał, że paradując jak uradowane dziecko w każdym nowo poznanym miejscu trochę się zdradza. Ależ on był inteligentny.
Problemy zaczęły się w najgorszym miejscu, w jakim mogłyby się zacząć. Cholera jasna. Przed głównym budynkiem. Nad wejściem umocowane były bowiem flagi Anglii, Wielkiej Brytanii oraz z godłem uniwersytetu. Powiewały dumnie, robiąc przy tym szum. Carsten momentalnie uskoczył w bok, pociągając za sobą moją ręką. Nie byłem zdziwiony jego zachowaniem, mimo wszystko prawie mi się wyśliznął. Trzymałem go teraz obiema rękoma, które jednak po chwili zdawały się być równie bezużyteczne co wszystkie inne możliwe do zastosowania próby powstrzymania konia. Ten bowiem poderwał z ziemi przednie kopyta, próbując dębować.
- Mogłem cię wcześniej wykastrować ty cholero! - zwróciłem się do konia. Modląc się, aby nie przerodziło się to w coś bardziej niebezpiecznego, niż już było odsunąłem się nieco w tył, trzymając uwiąz napięty. Wykonując tę czynność nieszczęśliwie poczułem, że moje plecy się z czymś stykają. Carsten stał czterema kopytami na ziemi, więc wykorzystałem tę chwilę, aby sprawdzić, na co wpadłem. Na kogo. Za sobą ujrzałem nie tylko drobną dziewczynę, ale też przynajmniej dziesięć kolorowych karteczek.
- Przepraszam? - w żadnym wypadku nie chciałem, żeby moje przeprosiny brzmiały w ten sposób. Niezwykle snobistycznie, sam bym się poirytował, gdyby ktoś odpowiedział mi takim tonem, zwłaszcza, że ten incydent był spowodowany tylko z mojej winy. Ja na jej miejscu nie rozmawiałbym ze mną.
- Nic się nie stało. - mruknęła pod nosem. Ku mojemu zdziwieniu, gdy już pozbierała swojej zguby nawet się do mnie uśmiechnęła. Nie był to uśmiech szczerzy. Był ładny, mógłbym się nawet pokusić o stwierdzenie, że był urokliwy, w żadnym razie nie był on szczery. Fajnie, że dziewczyna wiedziała chociaż, na czym może dobrze wyjść.
- Jesteś pewna, że niczego nie zgubiłaś? - nie martwiłem się o jej dobytek, ale nie chciałem, aby miała jakikolwiek pretekst do zaczęcia rozmowy kiedyś w przyszłości.
- Nie jestem pewna, ale życie to improwizacja. Śpieszę się. - to już w ogóle nie było sztuczne. Nawet jeśli fakty wskazywały na coś innego, momentalnie przyjąłem do wiadomości, że ona rzeczywiście musi się na coś śpieszyć i właśnie z tego powodu nie możemy dłużej rozmawiać.
- Ah tak, przepraszam. - moje drugie przeprosiny brzmiały lepiej, ale z ludźmi, którzy przepraszają więcej niż raz też bym na jej miejscu nie rozmawiał. To wkurzające.
Padłem swobodnie na łóżko, wieszając na wieszak jeansową kurtkę - ostatnią z rzeczy, które zostały mi do rozpakowania. Co dłuższy czas łapałem się także na myśleniu o tej dziewczynie z wczoraj - wydawała się być inteligentniejsza, niż myślałem, że jest. Przez chwilę nawet żałowałem, że nie dałem jej jakiegoś pretekstu do ewentualnego późniejszego spotkania. Odpędziłem jednak te myśli, przechodząc do mniej skomplikowanej rzeczy - jedzenia. Oczywiście, nie kwestionowałem tutaj jakości podawanego w barze uniwersyteckim, aczkolwiek, posiadanie własnych zapasów w życiu studenckim było wręcz wskazane. Na podziurawioną białą bluzę narzuciłem więc koszulę w kratkę, której rękawy były czerwone, reszta zaś kremowo-granatowa oraz podszywaną sztucznym "barankiem" sztruksową, czarną kurtkę. Stopy wsunąłem w sztyblety, w których jeżdżę konno i udałem się prosto w stronę parkingu akademickiego, gdzie stało od dwóch dni nie używane volvo. Wyjeżdżając z akademii skierowałem się w stronę Londynu. Co prawda moim początkowym celem był jakiś większy supermarket, aczkolwiek pierwszy przy drodze pojawił się mniejszy sklepik, więc właśnie tam postanowiłem uzupełnić swoje zapasy. Wchodząc usłyszałem dźwięk dzwonka. Uśmiechnąłem się do sprzedawczyni stającej za ladą, dużo starszej ode mnie. Drugą osobą, którą zauważyłem była ta dziewczyna z wczoraj. Widząc ją mimowolnie się podekscytowałem. The fuck? Ona też mnie zauważyła. Nasz wzrok co prawda spotkał się na chwilę, jednak momentalnie wbiłem spojrzenie w ziemie, kalkulując, na ile wystarczy mi to, co już miałem w rękach. Chyba jednak nie chciałem z nią rozmawiać.
Mężczyzna zmiennym jest.
Gdy ja kierowałem się do kasy, ona już tam była. Przyśpieszyłem kroku, kładąc moje produkty na razie zaraz obok jej rzeczy.
- Proszę policzyć razem, i doliczyć siatkę. - uśmiechnąłem się do sprzedawczyni, zaczynając pakować wszystko do rekalmówki, którą mi wcześniej podała. Dziewczyna uśmiechała się jedynie, najwyraźniej nie chcąc wszczynać kłótni. Boże, co ja robię.
Emerson?
Subskrybuj:
Posty (Atom)