sobota, 20 stycznia 2018

Od Andy'ego cd. Juliet

Pewnie jeszcze spędziłbym trochę czasu pod prysznicem, jednak zaniepokoiło mnie głośne szczekanie Aresa. Dopiero gdy wyszedłem, zauważyłem ogromną wichurę panującą za oknem.
- Aż tak cię to przeraziło? - Westchnąłem i zamknąłem okno. Ares nie był raczej strachliwym psem, chyba że chodziło o... burzę. Dokładnie w tym samym momencie, gdy pojawiła się w mojej głowie myśl o takiej pogodzie, na zewnątrz błysnęło, a zaraz potem rozległ się grzmot. - Okej, już rozumiem. Wyjątkowo pozwolę ci spać na moim łóżku.
Pies jak na zawołanie wskoczył na pościel i wygodnie się rozłożył. Zasłoniłem rolety, żeby bardziej go nie stresować błyskami i w tym momencie jakby coś mi się przypomniało. Jeszcze ktoś bał się burzy, ale... cholera, nie pamiętam. Wiem, że zawsze przychodziła ( bo na pewno była to ona ) do mnie, bo nie mogła sama zasnąć. Moje myśli uparcie krążyły wokół Mirandy, a ja miałem ochotę napisać do niej wiadomość i upewnić się, że chodziło o nią. Momentami potrzebuję potwierdzenia prostych informacji, czasem jestem czegoś prawie pewny, jednak i tak pytam, by mieć sto procent pewności, co teraz jest już nie możliwe, zwłaszcza gdy wszyscy na około mnie okłamują. 
Westchnąłem ciężko i zgasiłem światło z zamiarem położenia się do łóżka, co jednak nie było mi dane, bo zaraz usłyszałem pukanie do drzwi. Ares podniósł się i zaczął szczekać w stronę, z której dochodziło go stukanie, a ja szybko naciągnąłem na siebie jakieś spodnie dresowe. Zapaliłem światło i przekręciłem kluczyk w drzwiach. Gdy je otworzyłem poczułem się jakoś... znajomo. 
- Coś się stało? - Spytałem, zerkając na Juliet, która od razu spuściła wzrok. 
- Ta.. nie.. nie wiem w sumie dlaczego przyszłam - zaczęła się trochę mieszać.
- Ty boisz się burzy - szepnąłem bardziej do siebie niż do niej. Pamięć wraca, wolno, cholernie wolno, ale co jakiś czas mam przebłyski z mojego dawnego życia. Dziewczyna pokiwała niepewnie głową.
- Ja.. powinnam wrócić.. dobranoc - odezwała się i już miała odejść, gdy na korytarzu zgasło światło. Czy naprawdę w tym akademiku wystarczy byle burza, żeby zaraz nie było prądu? 
- Możesz zostać, jeśli chcesz - odpowiedziałem. - Nie mam nic przeciwko, mogę.. spać na fotelu, żaden problem. Już chyba kiedyś na nim spałem i jest całkiem wygodny.
- Spałeś na nim na początku naszej znajomości, wtedy też.. bałam się i.. 
- Wejdź, nie będziemy rozmawiać na korytarzu. - Otworzyłem szerzej drzwi, wpuszczając dziewczynę do środka. Odnalazłem po omacku swój telefon i włączyłem latarkę, chcąc jakoś oświetlić jej drogę, chociaż uprzedził mnie w tym błysk za oknem. Czy coś więcej sobie przypomniałem? Nie. To znaczy doskonale pamiętam już całą sytuacje, jednak.. nie widzę twarzy. Czy to możliwe, że tak bardzo namieszali mi w głowie? Wpajali mi, że wszystkie chwile z dziewczyną, które pamiętałem były z Mirandą, przy czym w większości z nich naprawdę była Juliet. 
- Przepraszam - odezwałem się, gdy dziewczyna usiadła na skraju łóżka. - Przepraszam, że cię nie pamiętam, chociaż bardzo bym chciał. Nie potrafię zrozumieć dlaczego zniknęłaś z moich wspomnień. 
- Może.. przestałeś mnie kochać i nie byłam już istotna.
- Pamiętam większość osób. Pamiętam mojego ulubionego kolegę z podstawówki i nauczycielkę, która zawsze wystawiała mi same jedynki. Pamiętam właściciela baru, w którym grałem kiedyś koncert. To są mało istotne osoby w moim życiu, a je pamiętam. Jezus Maria - westchnąłem - Ile razy powtórzyłem słowo pamiętam?
- Dużo.
- Mniejsza z tym. Pamiętam tych mało ważnych, a największą trudność miałem.. z przypomnieniem sobie mamy. Nie wiedziałem kim jest kobieta, która siedzi przy moim łóżku i ściska moją dłoń, powtarzając, że będzie dobrze. Zaraz za nią stał mężczyzna, myślałem, że jest lekarzem. Zdziwiłem się, gdy powiedział do mnie synu. Wyjaśnili mi wszystko, a ja udawałem, że ich znam, że wiem kim są, gdy tak naprawdę nie miałam zielonego pojęcia. Przypomniałem sobie ich dopiero po jakiś dwóch tygodniach, przez ten czas byli dla mnie jak obcy ludzie. 
Odetchnąłem z ulgą, wyrzucając to z siebie. Może zapomniałem o Juliet właśnie dlatego, że tak wiele dla mnie znaczyła? 
- To trochę.. - zaczęła, jednak jej przerwałem.
- Dziwne, wiem. Nawet ciężko mi się z tego wytłumaczyć, nie potrafię tego racjonalnie wyjaśnić.
- Nie musisz mi nic wyjaśniać. Czasu i tak się nie cofnie, więc może lepiej zostawmy przeszłość. Może powinieneś układać sobie życie na nowo.
- Ale ja muszę wrócić do przeszłości, chcę znów moje życie, to które było przed wypadkiem.



Juliet? 

Od Zaina cd. Imanuelle

Przecież doskonale wiedziałem, że robi to specjalnie. Zdradzał go jedynie ten jego niewidoczny dla innych "uśmiech". Dla kogoś to nazywało się skrzywieniem, jak dla mnie to bezczelna prowokacja. Co za arogancki, kochany aniołek.
- Kochanie moje najdroższe... Przypominam ci, że to ty bezczelnie uciekłeś do Irlandii, skazując mnie na cierpienia z powodu tęsknoty - zrobiłem poważną minę.
- Nie zwalaj winy na mnie. Ja wiedziałem, że coś jest na rzeczy, zbyt długo siedziałeś cicho, a to do ciebie niepodobne - zmrużył oczy - Łatwo po tobie poznać, a ja znam cię zbyt długo by dać się tak tandetnie nabrać - on ją ewidentnie coraz bardziej straszył. Te słowa nie były skierowane tylko do mnie, ale również do Imany, która coraz bardziej się prostowała. Nikt mi jej nie będzie straszył, mój ukochany przyjacielu.
- Więc przedstawiam wam Imanuelle Hale. Przyjechałem z nią do Austrii, na ferie - objąłem ją ramieniem i przyciągnąłem do siebie, mierząc się z przenikliwym spojrzeniem Lewisa. Uniósł brew, na co przewróciłem oczami, a Hailey zachichotała, delikatnie kręcąc głową z dezaprobatą. Jak mi tego brakowało. Jak mi ich brakowało. Chłopak coś mruknął pod nosem - Jak tylko do ciebie wpadnę, to się ładnie odwdzięczę - puściłem mu oczko.
- Tak? A za co?
- O nie... znowu się zaczyna - jęknęła Hailey i odwróciła się aby wstać, ale Lewis powstrzymał ją.
- Obiecujesz? - odparł niskim tonem, a ja uśmiechnąłem się szeroko i pokiwałem głową.
- Jak mnie tylko zaprosisz...
- Ty nie potrzebujesz zaproszenia - wtrącił. Nie znoszę jak mi przerywa i był tego świadomy.
- Musisz wszystko zdradzać? - mruknąłem niezadowolony.
- Myślę, że powinna widzieć - tym razem się uśmiechnął. To był najbardziej dwuznaczny uśmiech jaki w życiu widziałem. No może nie tak bardzo, bo widywałem wiele takich, ale jeden z tych mocniejszych. Zaśmiałem się. Ładnie się będę musiał wyspowiadać Imanuelle. On to robi specjalnie!
- Znielubię cię...
- Wiem, że nie, Zain - pokręcił głową.
- No właśnie i w tym problem...
- A kochasz mnie?
- Ponad życie.
- Jakie szczęście, że moja poranne mdłości skończyły się kilka miesięcy temu, bo musiałabym rozmawiać z waszą dwójką najlepiej obok toalety - wybuchnąłem śmiechem.
- Dobra, nie będę demoralizował dzieci.
- Jakich dzieci? - spytała zainteresowana.
- Mojego przyszłego bratanka - podkreśliłem - A tak ogólnie to co u was słychać?
- W sumie nawet dobrze... Czuję się jakbym wlewała w siebie non stop wodę i nie była zdolna się jej pozbyć, jem to co w życiu bym nie zjadła, a właściwie to pójdę sobie coś wziąć, przygotować i nie potrzebuję pomocy w pokrojeniu chleba czy w przygotowaniu czegokolwiek innego - spojrzała na Lewisa, który wzruszył ramieniem, nie wiedząc o co jej może chodzić. Imanuelle też wyszła, nie wiem z jakiego powodu, ale zostaliśmy z Lewisem sami. Zmarszczyłem brwi, widząc jak wbija we mnie spojrzenie. Ten nawet po drugiej stronie ekranu potrafi.
- Co?
- No to ja się pytam co? Nie pamiętam abyś cokolwiek wspominał o tym, że Brooke zmienia wygląd - ten jak zwykle bezpośrednio, jak zwykle wspaniale. Przewróciłem oczami, tak jak miałem w zwyczaju robić, gdy miał rację. A zazwyczaj ją miał. Prawie zawsze miał. Chyba zawsze miał. I nie ukrywam, że mnie to irytowało. Nie znoszę jak ktoś mi udowadnia swoją rację, a on był jedną z tych osób, które to po prostu robiły, niemalże czysto odruchowo.
- To temat na prywatną rozmowę, w cztery oczy - nie zamierzałem się nad tym rozwodzić. Szczególnie teraz, dzisiaj, w tym momencie. Poplotkować mogę w innym terminie - I myślę, że masz obecnie większe zmartwienia.
- Wykręcasz się - o mało nie zakrztusiłem się winem. Energicznie pokręciłem głową, tym samym odpowiadając wyniosłym tonem.
- Nie. Przed tobą?
- I to mnie bardzo niepokoi.
- Lewiś...
- Dobra, dobra. Znam ja ten słodki ton głosu. Masz szczęście, że dzisiaj są twoje urodziny.
- Jak widzisz, wykorzystuję to najbardziej jak potrafię - posłałem mu szeroki, triumfalny uśmiech i wziąłem łyk wina - Chociaż nie... Mała korekta. Wykorzystuję je na tyle ile mogę.
- A na ile możesz? - ten złośliwy ton głosu zdradzał wszystko.
- Ja mogę wszystko - mruknąłem.
- Nadal kontynuujecie swoją prywatną, ale nie do końca prywatną rozmowę? - Hailey usiadła z powrotem i uniosła brew, przekonana, że jeszcze nie skończyliśmy.
- Ty kochana nie chcesz wiedzieć co my prywatnie ze sobą piszemy.
- Chyba będę musiała skonfiskować komuś telefon.
- Chyba tak... - dopowiedział chłopak.
- Ja bym go kontrolował bardziej...
- Siedź cicho, bo wbrew pozorom z Irlandii do Anglii nie jest aż tak daleko, biorąc pod uwagę fakt, że jestem zdolny się tam przedostać.
- Tylko, że ja obecnie nie jestem w Anglii.
- Kiedyś wrócisz. Musisz wrócić. Chociaż po co się fatygować, skoro sam tu przylecisz?
- Żebyś się przypadkiem mocno nie zdziwił - zmrużyłem oczy, cicho mrukając pod nosem. Chwilę jeszcze porozmawialiśmy, w końcu ostatnio nie było wcale okazji. Gdy wróciła Imany, Lewis znowu zaczął badać sprawę, jednak bardziej dyskretnie, totalnie mnie ignorując. Jedynie Hail mogła go lekko trzepnąć w ramię, albo wtrącić się w słowo, bo najważniejsza zasada, kobietom w ciąży się nie przerywa. A tym bardziej Hailey w ciąży.
Było już nieco późno, a z racji tego, że uwzględnili godzinę do przodu u nas, co okazało się prawdą, pożegnali się. Zamknąłem laptop, opierając się plecami wygodnie o kanapę.
- Właściwie to skąd wiedziałaś, że mam urodziny? - uniosłem brew do góry, obserwując uważnie twarz dziewczyny. Imanuelle odstawiła kieliszek na stolik i z delikatnym uśmiechem, spoglądała w moją stronę. Wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się słodko.
- W dobie internetu można wynaleźć wszystko - w dobie internetu? Czy w dobie, kiedy to niejaki Styles wpada na genialny pomysł? No bo kto inny ściągnąłby Lewisa i Hailey jak nie on? Więc mam prawo podejrzewać, że to wszystko jego sprawka.
Skinąłem głową, wlepiając z delikatnym uśmiechem wzrok w czerwoną zawartość kieliszka. Od dawna nie spędzałem urodzin w takim błogim spokoju, w zacisznym miejscu, z jedną jedyną osobą u boku. Nie ukrywam, że lubiłem wtedy organizować imprezę. To było dla mnie już coś normalnego. Przynajmniej pół świata wiedziało gdzie jestem. A teraz? Matko, wyobrażam sobie opisy nagłego zniknięcia. I to bezczelnie w swoje własne urodziny. A to nieładnie i niegrzecznie z mojej strony. Dlatego Austria, w dodatku taka górzysta Austria była najlepszą opcją jaką mogłem wybrać.

Imanuelle?

piątek, 19 stycznia 2018

Od Jayden do Maximiliana

Uśmiechnęłam się pod nosem i po raz ostatni przejechałam dłonią po aksamitnym końskim łbie. Chwilę później, nie wiedząc co zrobić z dłońmi, wsunęłam je do kieszeni swojego ciemnoszarego płaszcza i spojrzałam na głaskającego ogiera Maxa.
- Więęęc... śmiało zgaduję, że ty spędziłeś tutaj już całkiem sporo czasu.
Chłopak uniósł brwi w wyrazie zaskoczenia, dosłownie sekundę później marszcząc w zamyśleniu czoło.
- Skąd wiesz?
Wzruszyłam skromnie ramionami.
- Masz to spojrzenie - odpowiedziałam po prostu, jednak widząc, że nie za bardzo rozumie, co mam na myśli, wzięłam głęboki oddech i kontynuowałam. - Patrzysz na to wszystko z takim lekkim znudzeniem, jakbyś widział to już mnóstwo razy i próbował dostrzec coś, czego wcześniej nie zauważyłeś i co na nowo zaciekawiłoby cię, nawet na chwilę, tym miejscem. Znaczy... to moja interpretacja i nie zakładam od razu, że uważasz to życie za zbyt monotonne. Po prostu jesteś już tak obeznany z okolicą, że z zamkniętymi oczami potrafiłbyś powiedzieć co się gdzie znajduje.
- Okej, to całkiem ciekawy wniosek.
- Prawda? - ucieszyłam się, chociaż nie miałam pewności, czy jego opinia była komplementem, czy jednak pewnego rodzaju sugestią o negatywnym wydźwięku. - Ludzka psychologia jest naprawdę świetną sprawą i znajomość jej podstaw bardzo ułatwia życie - uśmiechnęłam się, jednak nie minęła nawet chwila, a zniknął on z mojej twarzy. - Ja... nie uważam, że jestem w tym ekspertem, po prostu trochę czytałam i...
Urwałam nagle, zaciskając mocno usta na widok uśmiechającego się z rozbawieniem Maximiliana.
- Paplam. Przepraszam. Na pewno masz lepsze rzeczy do roboty niż wysłuchiwanie moich bzdur.
Uniosłam niepewnie jeden kącik ust, próbując ukryć uczucie zakłopotania, które nagle mnie ogarnęło.
- Szczerze mówiąc, mówisz całkiem sensownie I jeśli dopuściłabyś mnie do słowa, dowiedziałabyś się, że wcale nie uważałem cię za przemądrzałą.
- Oh, okej.
Zabujałam się na piętach, strzepując z rękawa płaszcza drobinki kurzu, który nagromadził się na nim przez ten czas spędzony w stajni.
- Więc, wnioskując z twojego akcentu, jesteś Amerykanką... - zaczął, porzucając głaskanie swojego wierzchowca. Obserwowałam chłopaka, czekając na jego kolejny krok, a kiedy skierował się ku wyjściu ze stajni, podążyłam za nim.
- Vice versa, panie Nowy Jork.
- A ty? Boston?
- Dokładnie. Przyznam, że jestem mile zaskoczona.
- No cóż, nie tylko ty potrafisz rozpoznać skąd kto pochodzi.
- Szczerze mówiąc, strzelałam.
- Dlaczego wybrałaś więc szkołę w Anglii? To przecież inny kontynent, obcy kraj, ogromne odległości...
- Przynajmniej język ten sam - zauważyłam. Westchnęłam ciężko i zaczęłam mówić. - Chyba potrzebowałam odpocząć od rodziny. Nadal potrzebuję. Studia w Morgan są dla mnie pewnego rodzaju sprawdzianem. No wiesz, czy poradzę sobie sama i bez ingerencji rodziców w moje życie. Poza tym, ta szkoła ma całkiem niezły poziom. Plus studia w Europie są niepłatne.
- Jakieś problemy? - zapytał. I zanim udało mi się cokolwiek odpowiedzieć, chłopak przegryzł wargę i spojrzał na mnie lekko zdenerwowany. - Nie musisz odpowiadać, nie chciałem być wścibski.
Wzruszyłam ramionami. Zaczęłam pocierać zmarzniętymi dłońmi o siebie nawzajem, by rozgrzać je i ochronić przez zamianą w lodowe elementy. 
Oparłam się plecami o drewniane ogrodzenie pastwiska i wystawiłam twarz do chłodnych promieni zimowego słońca.
- Coś w tym stylu - uśmiechnęłam się blado w odpowiedzi. - A co z tobą? Dlaczego Anglia?

Maximilian? 

Od Milesa C.D. Julesa

Pokiwałem powoli głową, a później rzuciłem się na pierwsze pudełko, chcąc je jak najszybciej. Ta pizza była takie cieplutka, zapach powodował, że ślina napływała mi do ust i zacząłem się bać, że zaraz dostanę niepohamowanego ślinotoku. Mimo, że ciasto nadal paliło mnie w opuszki palców, nie czekałem na nóż, tylko rozerwałem kawałki pizzy i jak najszybciej chlapiąc sosem po jednym, roztopiłem w nim zęby. Boże... jakie to było dobre... Nie mogłem uwierzyć, że mogłem tak długo obok niej wytrzymać. Aż dziwne i nienaturalne.
- Piękny widok - zaczął się śmiać Jules, który nadal nie zaczął jeść. Pacnąłem go w ramię.
- Uważaj bo zjem wszystko sam - zagroziłem z pełnymi ustami. Pokręcił głową i wziął się za jedzenie. Kiedy w pół minuty pochłonąłem pierwszy kawałek, zająłem się włączeniem filmu.
- Co to za część? - zapytał.
- Czwarta, resztę oglądaliśmy po pięć razy i mam ich dosyć - mruknąłem. - Tutaj jest dodatkowy plus... Penelope Cruz - poruszyłem brwiami, a on się zaczął śmiać, mało nie krztusząc się przy okazji, ponieważ zdążył napchać sobie usta pizzą.
- To zdecydowanie duży plus - powiedział, kiedy już złapał oddech.
Film okazał się równie zabawny, co poprzednie części, choć nie obyło się bez kłótni, której podmiot stanowiły tam razem syreny. No bo kto słyszał, że ona usychają na słońcu niczym jakieś cholerne wampiry? No i zaczęła się dyskusja, w której nie obyło się bez rękoczynów. Właściwie to na nich kończyła się nasza co druga sprzeczka, więc byliśmy do tego przyzwyczajeni. Z drugiej jednak strony stwierdziliśmy, że dwie bójki jednego wieczora, to za dużo nawet jak na nas. Tak więc do końca filmu tylko się rechotaliśmy ze wszystkiego co możliwe.
W końcu się skończył. Pizza też jakoś nagle wyparowała. Przekręciłem się na brzuch, oparłem głowę o przedramiona, które skrzyżowałem przed sobą i patrzyłem na Julesa, który zaczął czegoś szukać w odmętach Internetu.
- Co byś zrobił, gdybyś znalazł taką wodę młodości? - zapytał nagle, wyrywając mnie z czarnej dziury bezmyślności. Nie pamiętałem, o czym myślałem wtedy.
- Co? - zmarszczyłem brwi. Westchnął, kręcąc głową.
- Co byś zrobił, gdybyś znalazł taką wodę młodości? - powtórzył.
- Oddałbym mamie - odpowiedziałem bez zastanowienia. Skupiłem się. Ale to Adrien nie żyje, a mama jest w mniej więcej stabilnej sytuacji. Może powinienem pomyśleć o Adrienie? Dlaczego tego nie zrobiłem? Zapomniałem? Nie.
- Czy ty w tym momencie roztrząsasz wyrzuty sumienia, ponieważ pomyślałeś o żyjącej matce, która dwa razy, co najmniej, dała ci życie, a nie pomyślałeś, o swoim zmarłym chłopaku? - uniósł brew, spoglądając ponownie na mnie.
- O swojej zmarłem miłości, a nie chłopaku - odparłem, głosem pełnym smutku i niejako melancholii.
- O Adrienie w każdym razie - odłożył laptopa na bok i przekręcił się na bok.
- Wiesz co? - szepnąłem cicho.
- Co? - potargał mi włosy, a ja się uśmiechnąłem.
- Nigdy nie rozumiałem, dlaczego się do mnie wtedy odezwałeś. Mieliśmy sześć lat, ty już miałeś chmarę fanów, a ja nikogo. Nie wiedziałem i nie rozumiałem. W sumie to nadal nie rozumiem, bo to wszystko jest bez sensu, ale...
- To nie jest bez sensu - odparł. - Byłeś inny, a ja nie chciałem mieć chmary przyjaciół, tylko takiego jednego, na zawsze. Jak się okazało, wbiłeś się doskonale w moje realia, a już kiedy byliśmy nieco starsi, rozumiałem, że tylko ty będziesz na tyle uparty, żeby zmusić mnie do pokazania siebie.
- Kocham cię... i przestań mówić takie łzawe rzeczy, bo się rozbeczę i będziesz miał płaczącego Milesa w łóżku - puściłem mu oczko.
- Okropieństwo - oparł się nagle o moje plecy.
- Ej! Też tak raz chcę! - mruknąłem.
- Nie ma szans....
- Ale Jules!
- Nie - mruknął.
- Jully, miłości ty moja najdroższa, to tylko ja, Milesik, twój najlepszy przyjaciel! - spróbowałem przekręcić się na plecy, ale złapał mnie w pasie i uniemożliwił zmianę pozycji leżenia.
- To nie zmienia faktu, że nie dam ci nawet dotknąć moich blizn - odparł stanowczo.
- A może mały układzik? - zaproponowałem, a on puścił mnie i usiadł obok. Również się podniosłem. Patrzył na mnie wyczekująco. - Ja oddam rozmowę o... O mój Boże... O moich uczuciach, a ty masz mi pozwolisz przytulić się do twoich nagich pleców, z podkreśleniem tej nagości - poruszyłem brwiami.
- Czasami zastanawiam się czy ty sobie żartujesz, czy to podtekst, bo wiem, że z twoją orientacją, to mogłoby być możliwe - wzdycha.
- Oczywiście, że żartuję ty głupku, to tak jakbym podtekstami do Iana rzucał - przewróciłem oczami, a on się na mnie rzucił, tym razem układając się na moim brzuchu.
- Zaczynaj - odparł.
- Ale co?
- No mówić o uczuciach - machał rękami, mówiąc to. Popatrzyłem na niego jak na wariata, jednak później wzruszyłem ramionami. Chyba włączył mu się tryb "Prawdziwy Jules".
- Ale nie wiem od czego zacząć - mruknąłem.
- Ło Boże Miles! Najlepiej by było od początku, jak myślę.
- Więc.... zakochałem się - wydusiłem z siebie.
- W kim? - zerwał się z mojego brzucha, siadając i gapiąc się na mnie.
- W myszce Micky kurwa! Chyba wiesz w kim! - zacząłem krzyczeć, a on zakrył mi usta dłonią.
- No dobrze, ale nie krzycz kluseczko...
- Nie jestem kurwa kluseczką! - oderwałem jego dłoń od ust, a po chwili znowu miałem ją na nich.
- No dobrze, mój mięśniaczku, ale nie krzycz i nie mów tak brzydko, bo ci Bozia język upierdoli - cmoknął mnie w czółko, po chwili mnie puścił.
- Tylko bez ślinienia, bo twoja głupota może być zaraźliwa - wyszczerzył się tylko do mnie. - Więc... zakochałem się w nim chyba... Znaczy... nie. Ja nie wiem.... - jęknąłem.
- Uspokój się - pogładził mnie po włosach. - Powiedz mi wszystko, przeżyliśmy gorsze rzeczy.
- Więc... bo... bo ja się boję chyba - przyznałem. - Chcę mu powiedzieć, że tęsknię jak go nie widzę i że zwyczajnie lubię z nim rozmawiać. Kiedy otwieram usta, nagle boję się, że on zrozumie to. W sensie zobaczy, że otwieram moje serce i... i poczuje coś do mnie. Nie chcę, żeby coś do mnie czuł... ale chcę go mieć przy sobie.  W sensie... Nie... Trochę widzisz... gubię się w tym. Okazuje się, że emocje nie są takie proste jakie wydawały mi się te kilka lat temu. Wszystko jest pokręcona, bo ja chcę, ale nie chcę, bo... - pociągnąłem nosem. - Bo ja chyba się boję, że on też mnie zostawi...
- Miles, ale przecież Joshua to nie Adrien, to nie musi się skończyć tak, jak wtedy - pogładził mnie po ramieniu.
- Ale ja się tego boję. Rozumiesz? Boję się, że jakimś cholernym trafem, jeśli na nic nie zachoruje, to wpadnie pod jakiś jebany pociąg. Boję się, że zostanę sam, że się zaangażuje, a życie znowu da mi kopa, tylko tym razem tego nie przeżyję - poczułem jak powoli z moich oczu płyną łzy. - Nie chcę znowu tak cierpieć, a jeśli... Jeśli jedynym wyjściem jest trzymanie go na dystans, to wolę to, jednak wiem, że to go w końcu zrani, że go przez to stracę, a nie chcę go stracić, bo... bo chyba naprawdę się z nim zakochałem, choć tego nie chcę... Myślałem, że sobie poradzę... Tak... tak jak wcześniej... - dłonią starł łzy z moich policzków. - Ale... ale okazało się, że nie potrafię, że jakakolwiek relacja z nim, powoduje zaangażowanie, jednak myślałem, że to oddzielę, tak jak z tymi wszystkimi dziewczynami... że lubię go, ale dotyk czy seks, to całkiem inna strefa, która nie może dla mnie znaczyć nic więcej, ale... nie potrafię... po raz pierwszy nie potrafię...
- Boże... i znowu mam Milesika zakochanego po uszy - westchnął, obejmując mnie ramieniem.
- Nienawidzę cię - próbowałem go odepchnąć, ale kiedy chciał, potrafił mnie uścisk jak ze stali.
- Kochasz mnie - wymruczał mi do ucha.
- Spadaj! - znowu go walnąłem, po żebrach, ale tylko syknął.
- No nie bij mnie kocie - wymruczał.
- Puść mnie zboczeńcu, bo zacznę krzyczeć - warknąłem, kiedy wsuwał mi wolną dłoń pod koszulkę.
- I co powiesz Joshowi, kiedy nas zobaczy - zaczął się śmiać, ale teraz to naprawdę się na niego rzuciłem. Sturlaliśmy się z łóżka, ja się darłem, on się śmiał. Czyli jak zawsze. W końcu jednak się uspokoiłem.
- Nienawidzę cię - mruknąłem.
- Już to dzisiaj słyszałem - puścił mi oczko, a ja nie potrafiłem powstrzymać się od uśmiechu. - Od razu lepiej wyglądasz.
- Teraz twoja kolej - odparłem.
- Nieprawda. Nie powiedziałeś wszystkiego! - rzucił oskarżycielsko.
- Niby czego nie powiedziałem?!
- No najważniejszego, nie? Czyli co zamierzasz zrobić...
- Na razie, to zamierzam zostać na noc - mruknąłem. Zmarszczył brwi i przysunął się do mnie.
- Nie nocowaliśmy u siebie poza akademikiem od podstawówki - odparł, a ja spuściłem głowę. - Więc co się dzieje?
- Nic... Po prostu... ostatnio bardzo źle sypiam. Często śni mi się Adrien, ogólnie mam koszmary... No nie za ciekawie w każdym razie - mruknąłem.
- A ja jestem takim twoim własnych, unikalnym lekarstwem? - zerknąłem na niego, uniósł brew. Pokiwałem głową. - Czy ty musisz być taki słodki?
- Nie jestem słodki! - krzyknąłem od razu.
- Moja kulka słodkości i nieporadności - potargał mi włosy.
- No nie rusz! Wiesz jak ciężko mi to ułożyć, żeby coś widzieć?!


Julek, słońce moje?

czwartek, 18 stycznia 2018

Od Rose

Wyjęłam słuchawki z uszu widząc jak jakaś kobieta otwiera w moim kierunku usta.
-Nie można mieć psa na pokładzie samolotu! Kto to widział?!- Była zdenerwowana. Głupia pipa. Uniosłam dłoń do ust i poklepałam się po nich.
-I jeszcze mi pyskujesz? Odpowiedz mi gówniaro ! -Podniosła głos. Bezgłośnie westchnęłam. Jak jej pokażę środkowy palec to zrozumie? Poklepałam dłonią naszywkę na szelkach Kota. Wielkimi literami było napisane "Pies wspomagający".
-Och każdy może kupić taką w sklepie !- Znowu zaczęła coś do siebie pierdzieć. W takich chwilach żałowałam ,że jednak słyszę. Może bycie głuchą a nie niemą obroniło by mnie od takich zjebanych ludzi? Nagle pojawiła się obok nas stewardessa.
-W czym jest problem ? -Jej sztuczny uśmiech aż mnie bolał. Ale taka praca.. Zniżyłam brwi i sięgnęłam do kieszeni, miałam w niej standardową kartkę z napisanym " Jestem niema, pies jest wspomagający, mam prawo tu być. Tak słyszę co mówisz. Nie. Tak . Nie wiem" Wskazałam palcem na pierwsze pozycje i pokazałam kobiecie. Babsko miało jednak inny plan, boże czemu.. Ten lot miał trwać jeszcze 4 godziny a ona postanowiła mieć miejsce akurat tu?
-To dziewuszysko ma psa na pokładzie ! Ona pchły i zaraz mnie ugryzie ! Warczał na mnie ! -Podniosła panikę. Mój pies? Kot miał mniej insektów na sobie niż ty.. Zacisnęłam warki i przekręciłam oczyma. Czemu ludzie są tacy zacofani?
-Przepraszam ale pies jest towarzyszący ta pani ma prawo..
-ALE JA MAM PRAWO -Podskoczyłam na wysokie dźwięki. Jak można mieć aż tak nie atrakcyjny głos? Czy jako dziecko wsadzili jej do nosa stopę? Brzmiała jak by cały czas chciała odkaszlnąć.
-Dobrze.. Porozmawiam z kapitanem -Westchnęła równie zmęczona tym co ja kobieta. Odeszła. Kot podniósł głowę i położył na mojej stopie. Dobry piesek. Nie słuchaj jej jest głupia.
-Nadal milczysz smarkulo? -Warknęła w moim kierunku. Uniosłam ręce i szybko zaczęłam migać.
'" Jak byś kurwa uważała to wiedziała byś ,że nie mówię, ja pierdole ile można? I tak mnie nie rozumiesz więc mogę ci wygarnąć, jesteś gruba i pewnie nikt cię nie kocha " Opuściłam dłonie i uśmiechnęłam się.
-Co? Nie rozumiem !-Warknęła i sięgnęła do torebki po coś. Całe szczęście pojawiła się moja siostra w niedoli stewardessa i jeszcze jakaś babka.
-Przepraszamy za niedogodność, przesadzimy panią -Uśmiechnęła się i ... Jezu ona mówi do mnie? Yesssssss. Podniosłam się szybko i zabrałam Kota ze sobą, kochana psina nie opuszczała mnie na krok. Zostałam posadzona obok jakiegoś starszego pana. Kiwnęłam głową  lekko uśmiechnęłam się w jego kierunku. O dziwo?
-Nie martw się, ja lubię psy-Puścił mi oczko i schylił się aby poklepać Kota po głowie.
-Jak ma na imię? -Zapytał. Dobra.. Ciekawe czy zrozumie. Mig na kota to było proste przeciągniecie dłońmi w okolicy ust tak jak by głaskało się po swoich kocich wąsach.

-Kot? Pies który jest kotem? -Wyprostował się i odkręcił lekko w moim kierunku.
"rozumiesz co mówię?" Mignęłam szybko.
-Tak, moja wnuczka jest głucha .. Uczę się -Przyznał dumny z siebie. Zaklaskałam bezgłośnie.
-A dziękuję , wiec co cię niesie w świat?
***********************
Na lotnisku pożegnałam się z Drew(bo tak miał na imię starszy pan) i poszłam po swoje bagaże . Czekał na mnie ktoś wysłany z Akademii aby mnie odebrać. Czemu? Bo ucznia ze specjalnymi potrzebami trzeba odebrać. Widząc swoje imię na białej kartce przyspieszyłam.
"dzień dobry " Mignęłam i uśmiechnęłam się. Kobieta popatrzyła na mnie i szybko schowała kartkę pod pachę .
"witaj, jestem Alana, będą twoją interpretorką w czasie zajęć "
" Jestem Rose. Miło poznać, Możemy iść? Pies ma potrzeby " Wskazała na Kota który aktualnie siedział obok mnie i spokojnie czekał.
-Oczywiście. Choć -Skierowała mnie do wyjścia. Na dworze Kot załatwił co musiał i wsiedliśmy do taksówki. Ta zabrała nas do akademii.
-Twój koń już u nas jest, Dewiant prawda?
"Tak " Wyjrzałam przez okno. Było biało. Jak cudownie ! Kocham zimę ! Wszędzie śnieg! W ottawie bywa szaro a nie biało. Kiedy dojechaliśmy Alana pokazała mi mój pokój i wyjaśniła kiedy są godziny policyjne gdzie mogę a gdzie nie mogę być oraz dała mi mój plan lekcji.
-Zaczynasz od nowego roku bo teraz jest przerwa, poznaj kogoś.. W razie czego mogę cię tłumaczyć -Poklepała mnie po ramieniu i zostawiła w pokoju. Odetchnęłam i usiadłam na świeżo pościelonym łóżku. To było moje. "mój jest ten kawałek podłogi , nie mówcie mi więc co mam robić '' mignęłam sama do siebie i puściłam tę piosenkę. No co? Trzeba się nastawić ! Kręciłam głową i szybko rozpakowałam się w rytm muzyki która aktualnie została wybrana przez mój Spotify. No to trzeba wyjść i poznać to miejsce. Zabrałam telefon, słuchawki, psa, i batonika Musle na wolną głodną chwilę i ruszyłam. Pierwszy cel? Stajnia! Była olbrzymia ! I jaki luksus!! Dziwiłam się sama z sobą i zaglądałam do wszystkich boksów. Jezu ile koni. Po drodze udało mi się trafić a boks Dewianta. Aktualnie zajadał się sianem. Delikatnie uderzyłam dłonią o deskę od boksu. Koń podniósł głowę i ruszył w moim kierunku. Pogłaskałam jego siwiznę i uśmiechnęłam się. Był idealny. Przysunęłam nos do jego chrap i wypuściłam powietrze, odpowiedział tym samym, ciepły koński oddech otulił moją twarz. Kochany grubasek. Głośny śmiech wybił mnie z sielanki, na horyzoncie pojawiła się grupa nastolatków. Szybko znaleźli się na mojej wysokości.
-O nowa. Jak masz na imię? -Zatrzymała się jedna z dziewczyn. Dobra.. Em... Jak im mignę to zrozumieją? Wątpię. Sięgnęłam po telefon unosząc jeden palec w geście "czekajcie" wystukałam szybko " Rose , nie mówię :)" i podsunęłam dziewczynie pod nos.
-Rose? Ładnie.. A to? -Pokazała na Kota . " Kot" Wystukałam i podałam jej ponownie wiadomość.
-A spierdalaj! -Warknęła i odeszła. Jaki był sens w dowcipie jak go nie mogłam wytłumaczyć? Kot to pies no.. Wykrzywiłam wargi i schowałam telefon. Nagle na mojej drodze stanęła kolejna osoba. Zacznijmy tę zabawę od nowa !
<hej?>

od Oliego cd Anastasi.

Mogłem przywyknąć do takiej pobudki, jedynym problemem mógł być  poranny oddech którym została aktualnie pobłogosławiona nasza dwójka. Odsunąłem się od dziewczyny która aktualnie lekko się uśmiechała.
-Śmierdzi mi z ust.. zero całusów do pierwszego mycia zębów -Uśmiechnąłem się po tych słowach ale zgodnie z jej żądaniem, wstałem. A raczej wykopałem się z pod kołdry i sturlałem na podłogę z której podniosłem się z głuchym jękiem.
-Żyjesz ?-Brunetka wywiesiła głowę przez materac i patrzyła na mnie zmartwiona.
-Nic mnie nie zabije.. Chyba -Dodałem pod nosem i wszedłem do łazienki. Umyłem twarz pod zimną wodą , może jednak prysznic? To bardzo dobry pomysł.. Odkręciłem wodę i wsunąłem się pod ciepłą ścianę wody. Kiedy czysty płyn zmywał ze mnie pozostałości wczorajszego dnia w głowie zrodziła mi się myśl : Dziewczyna mnie ustatkowała... I nie mam z tym problemu .. Odpowiednia dziewczyna? Nie jestem z nią tak długo, nadal kręcą mnie inne dziewczyny ale ona kręci mnie bardziej?
-Oli utopiłeś się ?-Do drzwi zapukał obiekt moich rozmyślań.
-tak.. Potrzebuję usta usta ! -Odkrzyknąłem i zakręciłem wodę. Niepewna głowa wyłoniła się zza drzwi i.. Szybko odwróciła wzrok robiąc się czerwona.
-Penisa w życiu nie widziałaś?-Wyszedłem z pod prysznica i wycierałem się powoli ręcznikiem.
-Zakryj się -Mruknęła cicho. Wybuchłem śmiechem.
-oj skarbie, naprawdę? To tylko kawałek skóry.. który może dać wiele przyjemności -Zrobiłem krok w jej kierunku i z twarzy nie schodził mi uśmiech.
-Oli spadaj ! Ubierz się już ! -Pisnęła i szybko zniknęła z łazienki. Pokręciłem głową do samego siebie. Ale tak brzydki? Ubrałem bokserki i wyszedłem do niej.
-Chyba nie mam brzydkiego penisa co? -Zaczepiłem podchodząc do szafy.
-Nie widziałam nie wiem..
-Mogę ci pokazać -Ponowna zaczepka.
-Już żałuję tego związku -Jęknęła cicho.
-Kochasz  to -Posłałem jej uśmiech i szybko ubrałem się w czarne spodnie , niebieski sweter . Dziewczyna o dziwo była już ubrana.
-Miałaś tu ubrania?-Zapytałem ciekaw tego w jaki magiczny sposób udało jej się znaleźć ciuchy, miała na sobie wielki biały sweter i leginsy.
-Poszłam do siebie jak się topiłeś pod prysznicem -Mruknęła i podniosła się z materacu.
-Ah.. to ma sens, lubię moje prysznice tak jak pocałunki.. Długie i ciepłe -Uśmiechnąłem się i złapałem delikatnie biodro dziewczyny , pochyliłem się i złączyłem nasze usta. Dopiero po długiej wymianie przyjemności usłyszeliśmy dzwonek telefonu.
-To mój -Jęknąłem i nie ruszyłem w jego kierunku.
-Odbierz.. to coś ważnego pewnie -Mruknęła i pchnęła mnie w kierunku dzwoniącej komórki. Sięgnąłem i nie patrząc na wyświetlacz przyłożyłem go do ucha.
-Halo?
-Oli, skoro zaczęły ci się ferie... Przyjeżdżamy do ciebie w odwiedziny.
-Ty i kto?
-Ja i Delila.. Twoja nowa macocha..
-Nie przypominam sobie że was zapraszałem -Warknąłem do słuchawki.
-A ja nie przypominam sobie ,że  się na coś nie zgadzasz.. Dziadek mówił że masz dziewczynę, ją też chcę poznać.. Nie ma słowa nie.. Pamiętaj..
-Nie.. o proszę jaka magia
-W takim razie koniec z mieszkania w akademiku, wracasz do nas..-Wiedział gdzie uderzyć, wiedział jak bardzo ich kochałem i jak bardzo chciałem wrócić do domu.
-Kiedy?
-Dziś wylatujemy, będziemy u ciebie jakoś jutro.. kolacja i spacer.. Potem nasz spokój, ale zachowaj się jak na mojego syna przystało.
-Czyli mam przyjść z swoją dziewczyną i w połowie wieczoru zacząć pieprzyc inną laskę?
-Do zobaczenia Oli .-I się rozłączył. Miałem ochotę pierdolnąć telefonem przez pokój.
-Oli? -Niepewny głos zza moich pleców trochę mnie uspokoił.
-Przytul mnie i na razie cicho.. Powiem ci potem muszę się uspokoić -Westchnąłem i wtuliłem twarz w włosy dziewczyny. Niestety nie działało jak w filmach romantycznych , nie uspokoiłem się za bardzo. Miałem w głowie jeszcze więcej wkurwu niż wcześniej. Czy ja skończę jak on? Kurwa jebię.. Wyszliśmy na śniadanie ale jakoś nie umiałem się zebrać na otworzenie ust. Dopiero kiedy usiedliśmy przy stole na stołówce i jedliśmy umiałem powiedzieć cokolwiek.
-Mój ojciec jest chujem, zdradzał moją matkę i odwiedza mnie z macochą.. Chce cię poznać bo dziadek się wygadał jak mu o tobie opowiedziałem..
-Oh... Okay
-Okay?
-To tylko kolacja tak? Najwyżej potem sobie poprzeklinamy na niego.. Dasz radę oli -Uśmiechnęła się i pogłaskała mnie po zaciśniętej na stole pięści. Podniosłem głowę, stołówka była prawie pusta.. No tak, duża ilość powyjeżdżała z  okazji wolnego. Może dwa stoliki były zajęte a przy innych siedzieli pojedynczy uczniowie . Westchnąłem i przeniosłem wzrok na dziewczynę która aktualnie drugą ręką jadła owsiankę.
<anastasia?>

środa, 17 stycznia 2018

od Toddiego cd Zamiry

Z uśmiechem patrzyłem jak jej pośladki podrygują z każdym krokiem który stawia. Była dziwna, kochała konie.. Kto normalny kocha konie? To aż głupie. Westchnałem i ruszyłem za nią, trochę by było głupio jak bym został sam w boksie z jej koniem.. Który mówiąc szczerze nie należał do urokliwych, zwykły koń, nic specjalnego. Wystające oczy jak u żaby i zgarbiony "nos". Do tego siwy kolor jej nie pasował, miała nie atrakcyjne różowe powieki.. Brzydki koń to nie był ale ładna też jakoś specjalnie nie była. No co poradzę? Dziewczyna aktualnie deptała powoli w kierunku mojego boksu.
-Zobacz, on cie kocha -Wystawiła dłoń w kierunku Zotiego ale ten ruszył głową w moim kierunku.
-Przywykł ,ze mam smaczki i tyle.. Koń  to zwierzę, nie odczuwa uczuć wyższych -Wzruszyłem ramionami i  pstryknąłem lekko ciekawski nos. Wałach cicho chrumknął i cofnął się gwałtownie.
-Oj nie udawaj, nic ci nie jest -Westchnąłem i poklepałem się po udzie, koń momentalnie znalazł się ponownie obok mnie. Zamira patrzyła na mnie z zmarszczonymi brwiami.
-Co?
-Uderzyłeś go..
-Pstryknąłem ledwo a ty panikujesz, typowa baba, mój koń, moje zasady
-Znęcasz się nad nim!
-Ta.. a świnie latają, jemu nie jest źle.. Czasem trzeba konia walnąć bo inaczej nie będzie działał.. Prosta zasada..
-Jak nie chce "działać" -Zrobiła cudzysłów palcami, o ho szykuję się na batalię..
-Dokładnie, to tyolko wierzę które czasem głupieje, nie czuje ludzkich emocjiii i tyle -Wzruszyłem ramionami.
-Jesteś zjebany, czemu masz konia w takim razie? Czemu jeździsz konno skoro to tylko głupie zwierzę ?-Nastroszyła się cała.
-Bo to sport, nie kocham konia, lubię sport, no i rodzice mi za to płacili, i mogłem się wynieść z domu .. No i to sport bogatych ludzi co oni uważali za cos dobrego dla mnie ..
-TYLKO SPORT? - Wydawała się zszokowana.
-Tylko, to nic więcej, to tylko narzędzie do sportu- Znów wzruszyłem ramionami.
<Zamira? Perzepraszam oki:P>

wtorek, 16 stycznia 2018

Od Julesa cd. Milesa

- Wal śmiało - powiedziałem, rozkładając ręce. Chłopak spojrzał na mnie i zmarszczył brwi.
- Nie rób cyrku, lepiej już chodźmy, mam dość na dzisiaj - westchnął i chciał skierować się do wyjścia, jednak w porę złapałem go za rękę, uniemożliwiając oddalenie się. Rzucił w moją stronę rozzłoszczone spojrzenie i wiedziałem, że długo już nie wytrzyma.
- Śmiało, uderz mnie, zrobi ci się lepiej.
- Nie będę cię bił, niby w jaki sposób ma mi to pomóc?! - Irytacja w jego głosie gwałtownie wzrastała z każdym słowem, które opuszczało jego usta.
- Powiedziałeś, że chcesz mnie przytulić, a jednocześnie, cytuję masz ochotę naprostować mi ten nos, który zresztą sam złamałeś więc proszę bardzo. Najpierw się wyżyjesz, a potem przytulimy się jak za dawnych czasów. To będzie dobra lekcja przyjaźni i dla ciebie i dla mnie.
- Przestań pierdolić głupoty, chodźmy już - burknął pod nosem i chciał odejść, jednak znowu pociągnąłem go do tyłu.
- Nie pójdziemy stąd dopóki mi nie przywalisz! - Widziałem w oczach Milesa, że poziom jego irytacji osiągnął właśnie maksimum. Wiedziałem, że w końcu to zrobi, ale nie sądziłem, że zrobi to tak mocno i na dodatek wpadnie w jakiś szał. - Dobra! Już wystarczy, dostałem za swoje!
Złapałem go za nadgarstki i spojrzałem mu w oczy, czekając aż się uspokoi. Kiedy zaprzestał już prób zabicia mnie wzrokiem, przyciągnąłem go do siebie i przytuliłem.
- Już ci lepiej? - Spytałem.
- Trochę, ale przywaliłbym ci jeszcze raz - mruknął pod nosem, jednak zaraz zaczął się śmiać.
- Jeżeli spróbujesz znowu to zrobić, tym razem będę się bronił - odpowiedziałem, przytulając go mocniej. - Bierzemy pizzę na wynos i wracamy?
- Potrafisz poprawić człowiekowi humor. - Poklepał mnie po plecach i w podskokach pobiegł wzdłuż korytarza, szukając jakiejś dobrej pizzerii.
~~*~~*~~
- Jules, ja.. ja już dłużej nie dam rady - jęknął Miles i mogę przysiąc, że niewiele brakowało do tego, by się popłakał.
- Już blisko, dasz radę - odpowiedziałem, zakręcając w drogę prowadzącą prosto do Morgan University.
- Nie mogę, Jules ja.. nie poradzę sobie - załkał, opierając głowę o szybę. - To jest zbyt trudne, nie wiem jak ludzie potrafią dać sobie radę z czymś takim.
- Miles... rozumiem, że jesteś głodny, a tą pizzę czuć w całym samochodzie, ale nie musisz popadać w depresję.
- Ale czy ty czujesz ten niebiański zapach?! - Jęknął odwracając się i przyglądając dwóm opakowaniom pizzy leżącym na tylnym siedzeniu. - Tatuś zaraz się wami zajmie.
Pokręciłem głową, uśmiechając się pod nosem. Tylko Miles potrafił rozmawiać z jedzeniem i popłakać się, gdy nie mógł go zjeść, a dostał całkowity i niepodważalny zakaz spożywania czegokolwiek w samochodzie Camilli.
Chłopak nie potrafił normalnie usiedzieć, gdy wjeżdżałem już na teren parkingu.
- Twój, czy mój pokój? - Spytał, odpinając pasy.
- Mój - odpowiedziałem.
- Okej, ale za to ja wybieram film. - Puścił mi buziaka w powietrzu i wręcz wyskoczył z samochodu. Pierwsze co zabrał pudełka z pizzą z tylnego siedzenia i pobiegł do akademika o mało nie przewracając się na śliskich schodach.
Odpiąłem pas i wysiadłem, mając nadzieję, że nie będzie tutaj tak ślisko, jak to wygląda. Powoli doczłapałem do schodów i nie mam zielonego pojęcia, jakim cudem Miles dał radę biec po takim lodzie. Wszedłem na górę i dopiero teraz zacząłem się zastanawiać, kiedy chłopak zdążył zabrać mi klucze od pokoju. W całym korytarzu unosił się zapach pizzy, więc nie zdziwię się, jak w moim pokoju pojawi się kilka osób. Na szczęście nikogo nie zdążył jeszcze przywieść zapach tego niebiańskiego posiłku, a Miles siedział już na łóżku z laptopem na kolanach.
- Wiem, że kochasz Piratów z Karaibów, więc czuj ten zaszczyt i nie przyzwyczajaj się, że podczas wybierania filmu biorę pod uwagę to, co lubisz.
- Okej - odpowiedziałem i odwiesiłem kurtkę na krześle, a buty rzuciłem gdzieś pod biurko. Matko boska, jak my daliśmy radę przejechać taki kawał drogi, bez zjedzenia tej pizzy! Jej zapach unosił się w całym pokoju, a Miles jak gdyby nigdy nic siedział obok zamkniętych pudełek.
Rozłożyłem się wygodnie na łóżku, a chłopak ustawił laptopa pomiędzy nami.
- Myślisz, że to odpowiednia chwila? - Spytał poważnym tonem.
- Najlepsza, żeby otworzyć pizzę.




Miles?

Od Maximiliana cd. Jayden


Marszcząc brwi i skupiając swoją uwagę niemalże do granic możliwości, raz jeszcze spróbowałem przewlec nić przez mikroskopijne oczko srebrzystej igły. Gdy kolejna próba skończyła się takim samym rezultatem, jak osiem poprzednich, ze złością rzuciłem przedmioty na stajenny stolik. Najwyraźniej złośliwość rzeczy martwych uznała, że ta pora nie będzie odpowiednia do zszywania rozerwanej derki Newtona. Wziąłem głęboki oddech, by zapomnieć na chwilę o swojej krawieckiej porażce i podreptałem w stronę boksu gniadosza. Zauważyłem przy nim postać, która czule drapała Newta po czole, na co ogier odpowiadał cichymi parsknięciami. Mimowolnie uśmiechnąłem się na ten rozczulający widok.
- Ale ty jesteś śliczny – dziewczyna, którą niezbyt kojarzyłem, cmoknęła go w chrapy i pogłaskała delikatnie po pysku. - I grzeczny.
Grzeczny? Zaśmiałem się w duchu. Tylko gdy ktoś patrzy. Jeśli jednak ten rozrabiaka dostanie zbyt dużo swobody wychodzi z niego prawdziwy diabeł. Doskonałym przykładem może być jego kupiona przedwczoraj derka, przypominająca teraz zabłoconą i podziurawioną szmatę.
- To drugie tylko czasami – odezwałem się, zaskakując tym nieznajomą i przy okazji samego siebie. Od wyjazdu Samanthy rozmowy z płcią przeciwną unikałem jak ognia. Na przerwach starałem się umykać w bezludne zakamarki korytarzy, a podczas posiłków dosiadałem się tylko do kumpli. Niziutka blondynka wydawała się tym bardziej zaskoczona, bo przy obrocie w moją stronę niemalże straciła równowagę. – Wybacz, nie chciałem cię przestraszyć.
Podrapałem się po karku lekko zakłopotany, posyłając w jej stronę coś co można by zakwalifikować jako półuśmiech. Dziewczyna zamrugała kilka razy, zagarniając niesforny kosmyk złocistych włosów za ucho.
- Spokojnie, nie przestraszyłeś mnie. – zaśmiała się, a ciepła barwa jej głosu spowodowała, że odrobinę się rozluźniłem. Dobry start, Max – pochwaliłem samego siebie. – To twój koń?
Odpowiedziałem skinięciem głowy i wyciągnąłem dłoń w stronę dziewczyny jak robiłem to już wiele razy z zamiarem przedstawienia się. Blondynka uścisnęła ją.
- Max – powiedzieliśmy jednocześnie. Roześmiałem się szczerze, co ostatnio naprawdę rzadko mi się zdarzało, a jasnooka speszyła się lekko. Uśmiechnęła się przy tym, co było dobrą oznaką.
- To ja – zaśmiałem się raz jeszcze, a po sekundzie dodałem – A panienka, to…?
- Jayden. W skrócie Jay. Nowa.
Czyli jednak. Już martwiłem się, że z moją pamięcią do twarzy jest coś nie tak.
- Śliczne imię. – powiedziałem z uznaniem, nie wiedząc co jeszcze mógłbym powiedzieć. Na szczęście, przed niezręczną ciszą, uratował mnie mój rumak, domagając się kontynuacji pieszczot.
Twarz Jayden rozświetlił uśmiech, kiedy Newt bezceremonialnie wsunął łeb pomiędzy nas i zaczął łasić się do nowopoznanej dziewczyny.
- Karmiłaś go? Oj, no to teraz się od ciebie nie odczepi do końca świata – zaśmiałem się, próbując złapać ogiera za niebieski kantar. – Opanuj się, żarłoku.


Jayden? ^^ Przepraszam za taką niską jakość xd

Od Juliet cd. Andy

Po odejściu od Andy'ego włóczyłam się bez sensu wokół Akademii. Nie wiedziałam za bardzo co ze sobą zrobić. Nie chciałam wracać do pokoju, bo bałam się, że mogę go spotkać. W sumie….. Muszę przyzwyczaić się do świadomości, że tu jest i śpi za ścianą. Wypuściwszy powietrze z płuc od razu poczułam się lepiej. Szybkim krokiem ruszyłam do budynku. Starałam się być cicho, bo….. no cóż według regulaminu powinnam być już dawno w łóżko. Nie chciałam już pierwszego dnia iść na dywanik i czekać na przyjazd ojca, żeby posłuchał wypowiedzi dyrektorki, że jestem nie odpowiedzialna i blaa,blaa, blaa. On to wszystko wiedział, więc po co tracić czas?
Wdrapałam się po schodach, omijając najmniejsze przeszkody, które mogły dać znać, że tu jestem. Już w drodze wyciągnęłam klucze i trzymałam za ten odpowiedni. Włożyłam go do zamka i przekręciłam, a kiedy zobaczyłam światło od latarki, szybko weszłam do środka. Czując znajomy zapach poczułam się dużo lżej i nie tracąc czasu wzięłam czyste ubrania i rozbierając się w drodze wkroczyłam do łazienki. Włosy spięłam w wysokiego koka, co i tak wiele nie dało, ponieważ większość kosmyków opadła na ramiona. Odkręciłam zawór z ciepłą wodą i pozwoliłam, aby swobodnie spływała po moim ciele, które dalej drżało od zimna panującego na zewnątrz. Namydliłam każdy centymetr skóry, moim ulubionym żelem i po spłukaniu go, owinęłam się ręcznikiem i stanęłam na kafelkach. 
Spojrzałam w lustro. Moje odbicie nie wyglądało zbyt ciekawie. Z resztą chyba już się przyzwyczaiłam, że nie wyglądam tak jak kiedyś. Inne włosy, dużo jaśniejsza cera i zdecydowanie przygaszone oczy. Ostatni raz spojrzałam przed siebie i odeszłam do półki, na której leżała moja piżama. O ile tak mogę ją nazwać. Składała się z bielizny i o wile za dużej koszulki. Należącej do…. Andy'ego. Powinnam ją oddać? Przecież i tak nie pamięta, że kiedykolwiek takową miał. A martwić się nie muszę, że ją zobaczy. Więc odpowiedź jest jedna. Jest moja i tyle.
Z ulgą położyłam się pod ciepłą kołdrą, obawiałam się, że będę miała problem z zaśnięciem, ale na szczęście zasnęłam szybko.

~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~


 Przekręciłam się na drugo bok, przeklinając pod nosem rażące światło. A mogłam zasłonić żaluzję, ale naprawdę byłam już zmęczona i nie przeszło mi przez myśl ta czynność. O Andy'm pomyślałaś. Jęknęłam. Przestań zawracać sobie nim głowę. On nie wróci. Przynajmniej nie mów Andy.
Wyjęłam telefon spod poduszki i kiedy zobaczyłam, że dochodzi pierwsza szybko zerwałam się na nogi. Jak mogłam nie usłyszeć budzika? Przy dobrych wiatrach zdążę się przyzwoicie ogarnąć i zjeść przynajmniej obiad. A jak nie pojadę do miasta. Jednak należy być dobrej myśli i wyobrażać sobie najgorszego. Najpierw załatwiłam wszystkie poranne czynności, które należy wykonać w łazience, a później zaczęłam szukać w miarę fajnych ciuchów. Co nie było łatwe, biorąc pod uwagę fakty, że prawie wcale się nie rozpakowałam. Co chwilę patrzyłam na zegarek, mając coraz mniej czasu. Dobra niech stracę. Wyjęłam pierwszą lepszą rzecz, która okazała się sukienką, ale naprawdę już nie chciałam szukać czegoś nowego.  Zapięłam zamek na plecach, po czym założyłam botki i zatrzaskując drzwi ruszyłam do stołówki.
Na całe szczęście większość ławek była pusta. Pewnie wszyscy stali punktualnie, więc darowali sobie obiad i udali się nie miasto czy do koni. Ja tymczasem musiałam zjeść chodź odrobinę, czując jak zaczyna mi burczeć w brzuchu. Wzięłam tacę i patrząc na jedzenie przede mną zaczęłam żałować, że jednak nie obudziłam się wcześniej. Po mimo to nałożyłam sobie odrobinę ryżu i coś co względnie przypominało sos, ale nie jestem pewna czy to na pewno to. Usiadłam przy pierwszym lepszym stoliku, zaczynając jeść. Co i tak nie trwało zbyt długo, bo mój telefon pochłoną mnie całkowicie. Nie zauważyłam nawet szatyna, który stanął przede mną. Dopiero jego głos spowodował, że zdałam sobie sprawę, że nie jestem sama.
- Mogę?- spytał, wskazując krzesło naprzeciwko.
- Jeśli musisz- wzruszyłam ramionami.
Naprawdę było mi obojętnie czy usiądzie czy pójdzie. Jego obecność nie działała tak jak wcześniej. Może przyzwyczaiłam się do nowej rzeczywistości? Sama nie wiem w każdym razie usiadł i ani przez sekundę nie spuszczał ze mnie wzroku. Jakby chciał zapytać o coś, ale nie umiał zebrać odwagi. Zaczynałam powoli się zbierać, bo ile można czekać, aż wydusi coś z siebie. Zresztą znalazłbym sobie coś do roboty.
- Pojedziesz ze mną do miasta, na kawę?-  powiedział nagle.
Stanęłam w miejscu, jakby myśląc, że się przesłyszałam Czy on….
- Słucham?- zmarszczyłam brwi, licząc, że naprawdę powiedział zupełnie co innego.
- Proszę, może to…. w jakiś sposób pomoże mim coś sobie przypomnieć.
Również stanął obok mnie, nie przerywając kontaktu wzrokowego.
- To nie ja powinnam Ci pomagać, masz od tego swoich przyjaciół, menażera i ….. dziewczynę. - chłopak wypuścił powietrze.
- Ale chcę żebyś to była Ty.
Nie ma mowy, że się zgodzę. Chodź muszę przyznać, że zrobiło mi się miło, kiedy to powiedział. Ale nie! Miałam zapomnieć o tym wszystkim i o nim.
- Zgoda, ale…  - podniosłam wskazujący palec-  tylko dlatego, że chcę być miła.
Andy jakby odżył. Odłożyliśmy tacę na swoje miejsce i wyszyliśmy głównymi drzwiami, kierując na parking dla uczniów. Na szczęście na zewnątrz nie było zimno jak wczoraj, więc nie musiałam się martwić brakiem kurki. Z resztą będziemy w pomieszczeniu, pełnym ludzi. Dlaczego wcześniej o tym nie pomyślałam. Jeżeli ktoś nas zobaczy… pojawią się plotki, nie wiem czy jestem na to gotowa. Cholera! Czemu to wszystko jest takie trudne.
- Mój samochód jest tam - kiwną w stronę czarnego volvo, od razu przewróciłam oczami.
- Wiem czym jeździsz. Jesteś do niego zbyt przyzwyczajony, żeby go zmienić.
Od razu pożałowałam sowich słów, niemal natychmiast na moje policzki stały się czerwone. Na kogoś kto, nie chcę pokazać mu ile dla mnie znaczy/ł  idziemy mi kiepsko. I nie mówię samym sposobie w jaki to wypowiedziałam. To nic nowego, a dla niego wręcz odwrotnie. Andy na szczęście nic nie odpowiedział tylko otworzył samochód, do którego od razu wsiedliśmy.
Nie wiedziałam co miałam zrobić ze swoimi rękoma. W tym aucie czułam się zbyt swobodnie i już po kilku minutach otworzyłam schowek i wyjęłam płytę jego zespołu i włączyłam na Ine The End.
- Jak dużo o mnie wiesz?- spytał z uśmiechem, patrząc jak przeglądam resztę płyt.
Jeżeli nic się nie zmieniło, przez te miesiące to…… w oparciu masz standardowo wodę, pod radiem w małym schowku zapasowa paczka papierosów i zapalniczka. A z tyłu……  - odwróciłam się, aby się upewnić czy naprawdę tam leży- coś słodkiego.
W całym samochodzie rozniosło się echo jego śmiechu, jak dobrze było je znowu słyszeć. Bo było spowodowane przeze mnie.
- Ile byliśmy razem?- spytał nagle.
- Rok i kilka miesięcy.
- Znacz mnie lepie niż "moja wieloletnia przyjaciółka i dziewczyna"- spojrzał na mnie wymownie na co wzruszyłam ramionami.
- Zwracam uwagę na szczegóły.
- Nie kwestionuję tego, tylko…..  Nie lubię tego, że nie wiem, że Cię nie znam i nie mogę powiedzieć nic o Tobie. Nie pamiętam żadnych wspólnych chwil- atmosfera zaczynała robić się coraz bardziej napięta. Chociaż może to tylko moje zdanie.
- Wspólne chwile? Powiedziałeś komuś, że wychodzimy?- podniosłam brew, patrząc na reakcje chłopaka.
- A powinienem? - zaparkował samochód i odwrócił się w moją stronę.
- Ostatnim razem było to samo…..  Nie pamię…….przepraszam. Zapominam się- zrobiło mi się głupio, dopiero o tym rozmawialiśmy.
- Nic się nie stało- uśmiechnął się lekko.- Chętnie posłucham.
- Ostatnio jak zaprosiłeś mnie na pizze też nikogo nie uprzedziłeś. I zanim znowu zapytasz, tak powinniśmy to robić. Więc… po powrocie musieliśmy zakradać się do pokoi. Zapodziałam gdzieś swój klucz i ktoś by nas w sumie mnie złapał. Ale wciągnąłeś  mnie do siebie i spaliśmy razem- zaśmiałam się, przypominając sobie tamtą sytuacje.
Kto by pomyślał, że z takiego czegoś wyniknie to wszystko.
Dziwnie było opowiadać Andy'emu o naszych spotkaniach i o związku. Czułam jakbym siedziała przed zupełnie obcą osobą, ale dziwnie to przyznać podobało mi się to. To tak jakby los dał nam drugą szansę, abyśmy poznali się od nowa. Kurczę, naprawdę mi się to podoba.
Siedzieliśmy przy kawie, ignorując ludzi obok nas. Co z mojej strony było naprawdę trudne, bo słyszałam nasze imiona, co oznacza, że nas rozpoznali. Czy być może już przeczytam jakiś interesujący artykuł o nas. Typu "Wielki powrót" czy "Zagranie ze strony menażerów"
I o dziwo Andy, który tak ceni sobie prywatność, wydała się nie wzruszony tym wszystkim. Nawet nie reagował na lampy od aparatów. Był całkowicie pochłonięty tym co mu mówiłam. A dalej byliśmy na temacie naszego byłego już związku.
- Chcesz mi powiedzieć, że Miranda wmówiła Ci, że Far Away było dla nie?- kolejny raz zadałam to pytanie, nie wierząc, że byłaby do tego zdolna.
- Tak. Nie miałem jak tego podważyć, więc…. sama rozumiesz. Dopiero Niall powiedział mi prawdę - wzruszył ramionami, upijając łyk kawy, która z pewnością była już zimna.
- Jestem ciekawa w czym jeszcze Cię okłamała
- Też chcę to wiedzieć - uśmiechnął się, patrząc mi w oczy.
- Powinniśmy się zbierać- mruknęłam odwracając wzrok na okna, za którymi panowała już ciemność. Ile tu siedzimy?
- Masz rację- pokiwał głową i wstał od stołu.
Otworzył drzwi i poczekał, aż wyjdę pierwsza i dopiero wyszliśmy z kawiarni. Stanęłam przy samochodzie czekając, aż go otworzy czego nie robił. Chciałam się odwrócić kiedy poczułam jego smukłe ręce na plecach. Chodź bardzo się starałam, moje ciało zareagowało natychmiast.  Przeszedł przez nie dreszcz. Nie wiedziałam, że tak tęskniłam za jego dotykiem.
- Widziałem go już.- przejechał  palcem po prawej stronie pleców. Piórko.
-  Wiele osób ma podobne - starałam się szukać jakiegoś wytłumaczenia.
- Śniła mi się dziewczyna, leżała tuż obok mnie. Miała taki sam, w tym samym miejscu. Myślałem, że to zwykły sen, a to było wspomnienie- odwróciłam się do niego.
- To nie….- przerwał mi.
- Nie wiem skąd, ale mogę wskazać, gdzie masz inne…. Na żebrach masz różę z napisem, a przy piersi… pistolet "happiness is a warm gun"
Przełknęłam ślinę nie wiedząc co mam powiedzieć. Mam się śmiać, płakać? Uśmiechnęłam się słabo, pokiwałam głową, bo nic innego mi nie pozostaje. Usiadłam do samochodu, mając wrażenie, że zaraz zemdleje. Nie wiem czemu, oswoiłam się z myślą, że mnie nie pamięta. A teraz  okazuje się wszystkiego nie zapomniał.
 ~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*

Droga powrotna minęła nam w ciszy. On na siłę nie zagadywał mnie, przez co byłam mu naprawdę wdzięczna. Cieszę się, że za chwile wejdę do swojego pokoju i rzucę się na łóżko, mając chodź przez chwilę wszystko gdzieś. Andy zaparkował, a ja wyskoczyłam najszybciej jak mogłam. Podziękowałam i pożegnałam się, po czym odeszłam zanim zdążył powiedzieć cokolwiek. Wparowałam do pokoju, nie wiedząc co mam zrobić. Czułam się jak w jakimś amoku.
- Ogarnij się!- krzyknęłam, zaciskając ręce w pięści. Wzięłam kilka głębszych wdechów, przebierając się w coś wygodnego i siadając na łózko.
Nie wiem ile minęło czasu, ale na zewnątrz rozpoczęła się wichura i po mimo moich modłów zaczęło błyskać i grzmieć.
Czy wszystko działa przeciwko mnie? Przecież nie zasnę. Miałam już dość tego dnia, chciałam po prostu się położyć i odpocząć. Ale nie, bo przecież sen nie jest mi potrzebny. Chyba, że…. Nie, nie mogę, ale nie mam wyjścia. Jeśli mam zmrużyć oczy, musze…
Stanęłam przed drzwiami szatyna i zanim zapukałam musiałam kilka wziąć głęboki wdech. Wszystko działo się tak szybko. Najpierw szczekanie Ares'a, potem głos Andy'ego i przekręcanie klucza  w drzwiach. 




Andy? Nie wierzę, że siedziałam do 3 i to pisałam XD