Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maximilian. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maximilian. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 stycznia 2018

Od Maximiliana cd. Jayden


Marszcząc brwi i skupiając swoją uwagę niemalże do granic możliwości, raz jeszcze spróbowałem przewlec nić przez mikroskopijne oczko srebrzystej igły. Gdy kolejna próba skończyła się takim samym rezultatem, jak osiem poprzednich, ze złością rzuciłem przedmioty na stajenny stolik. Najwyraźniej złośliwość rzeczy martwych uznała, że ta pora nie będzie odpowiednia do zszywania rozerwanej derki Newtona. Wziąłem głęboki oddech, by zapomnieć na chwilę o swojej krawieckiej porażce i podreptałem w stronę boksu gniadosza. Zauważyłem przy nim postać, która czule drapała Newta po czole, na co ogier odpowiadał cichymi parsknięciami. Mimowolnie uśmiechnąłem się na ten rozczulający widok.
- Ale ty jesteś śliczny – dziewczyna, którą niezbyt kojarzyłem, cmoknęła go w chrapy i pogłaskała delikatnie po pysku. - I grzeczny.
Grzeczny? Zaśmiałem się w duchu. Tylko gdy ktoś patrzy. Jeśli jednak ten rozrabiaka dostanie zbyt dużo swobody wychodzi z niego prawdziwy diabeł. Doskonałym przykładem może być jego kupiona przedwczoraj derka, przypominająca teraz zabłoconą i podziurawioną szmatę.
- To drugie tylko czasami – odezwałem się, zaskakując tym nieznajomą i przy okazji samego siebie. Od wyjazdu Samanthy rozmowy z płcią przeciwną unikałem jak ognia. Na przerwach starałem się umykać w bezludne zakamarki korytarzy, a podczas posiłków dosiadałem się tylko do kumpli. Niziutka blondynka wydawała się tym bardziej zaskoczona, bo przy obrocie w moją stronę niemalże straciła równowagę. – Wybacz, nie chciałem cię przestraszyć.
Podrapałem się po karku lekko zakłopotany, posyłając w jej stronę coś co można by zakwalifikować jako półuśmiech. Dziewczyna zamrugała kilka razy, zagarniając niesforny kosmyk złocistych włosów za ucho.
- Spokojnie, nie przestraszyłeś mnie. – zaśmiała się, a ciepła barwa jej głosu spowodowała, że odrobinę się rozluźniłem. Dobry start, Max – pochwaliłem samego siebie. – To twój koń?
Odpowiedziałem skinięciem głowy i wyciągnąłem dłoń w stronę dziewczyny jak robiłem to już wiele razy z zamiarem przedstawienia się. Blondynka uścisnęła ją.
- Max – powiedzieliśmy jednocześnie. Roześmiałem się szczerze, co ostatnio naprawdę rzadko mi się zdarzało, a jasnooka speszyła się lekko. Uśmiechnęła się przy tym, co było dobrą oznaką.
- To ja – zaśmiałem się raz jeszcze, a po sekundzie dodałem – A panienka, to…?
- Jayden. W skrócie Jay. Nowa.
Czyli jednak. Już martwiłem się, że z moją pamięcią do twarzy jest coś nie tak.
- Śliczne imię. – powiedziałem z uznaniem, nie wiedząc co jeszcze mógłbym powiedzieć. Na szczęście, przed niezręczną ciszą, uratował mnie mój rumak, domagając się kontynuacji pieszczot.
Twarz Jayden rozświetlił uśmiech, kiedy Newt bezceremonialnie wsunął łeb pomiędzy nas i zaczął łasić się do nowopoznanej dziewczyny.
- Karmiłaś go? Oj, no to teraz się od ciebie nie odczepi do końca świata – zaśmiałem się, próbując złapać ogiera za niebieski kantar. – Opanuj się, żarłoku.


Jayden? ^^ Przepraszam za taką niską jakość xd

środa, 7 czerwca 2017

Od Maxa cd Loren

Ranek był szary i ponury. Ciemne, deszczowe chmury utrzymywały się aż do późnego popołudnia. Depresyjna pogoda niemal doskonale odzwierciedlała mój aktualny humor. Naprawdę nie miałem najmniejszej ochoty z nikim gadać i gdy tylko zauważałem znajome twarze na horyzoncie zmieniałem kierunek, obchodząc szerokim łukiem skupiska ludzi. Nie było to łatwe na szkolnym korytarzu pełnym ludzi, ale dawałem radę. Na którychś zajęciach przysiadł się do mnie Samuel.
- Coś ty taki niemrawy dzisiaj, co? - szturchnął mnie łokciem w żebra, szepcząc.
Przewróciłem tylko oczami i westchnąłem wymownie.
- Wydaje mi się, jakby dawny Max wyjechał razem z Sammy. - mruknął
Rzuciłem bezbarwne spojrzenie w stronę brata. Próbuje mnie sprowokować? Czy też może sprawia mu niezwykłą przyjemność wpędzanie  mnie w jeszcze większy dołek?
- Jak widać. I jakoś nie śpieszy u się na razie wracać. - odparłem i spuściłem wzrok, zakotwiczając go w podręczniku z chemii.

Kiedy po lekcjach, obiedzie i ostatnim treningu w końcu przyszedł czas wolny postanowiłem się przejść. Może trochę pobiegać. Kij z tym, że niebo w dalszym ciągu wylewało z siebie zimne krople. Wychodząc przed akademik dostrzegłem zmokniętą postać w towarzystwie konia. Przez myśl przebiegło mi, że musi to być jedna z nowych. Przystanąłem i stoczyłem sekundową walkę w duchu. Jedna strona mówiła: idź i jej pomóż. Chyba nie wie co ma ze sobą zrobić. Druga zaś szeptała: olej ją i poemosiuj sobie gdzieś daleko w ciemnym lesie. Czułem się prawie jak postać z kreskówki, której na ramieniu siedzą diabełek i aniołek i szepczą jej do ucha. Wygrała strona pierwsza i z cichym westchnieniem podszedłem do zagubionej nieznajomej.
- Cześć, pomóc w czymś? - starałem się by mój głos brzmiał hm, jakoś przyjaźnie, ale ostatnimi czasy naprawdę coraz trudniej mi to przychodziło.
Blondynka odwróciła się w moją stronę i nie odpowiadając wpatrywała się tylko we mnie szarymi jak pochmurne niebo oczami. Cisza. Słychać tylko szum deszczu.
- Yy... Jesteś nowa, tak? - przerwałem to milczenie.
 Nieznajoma otrząsnęła się.
- Jak widać. - jej głos był melodyjny i miał ładną barwę.
Resztki grzeczności pobudziły mnie do przedstawienia się.
- Max. - wystawiłem w jej stronę dłoń i posłałem jej lekki uśmiech.

Loren?  Wiem, słabe xd Wybacz

czwartek, 16 marca 2017

Od Maxa CD Ariel

Ze snu wyrwał mnie dźwięk budzika. Jęknąłem i wcisnąłem odrzuć na wyświetlaczu i odłożyłem telefon z powrotem na szafkę nocną. Z ogromną niechęcią wypełzłem spod kołdry i udałem się do łazienki. Po szybkiej toalecie i przebraniu się w końskie ciuchy niemal wybiegłem z pokoju, zatrzaskując za sobą drzwi. Fakt, trochę mi się zaspało, a minuty nieubłaganie gnały do przodu wskazując już 6.45. Chyba zdążę ogarnąć Newta przed siódmą?
Po wejściu do stajni potruchtałem prędko przez korytarz, wpadając wprost do siodlarni. Omiotłem pomieszczenie rozbieganym spojrzeniem i zdałem sobie sprawę z tego, że sprzęty osób będących ze mną w grupie już dawno zostały stąd zabrane. Porwałem siodło ogiera i inne pierdółka i podążyłem tą samą drogą do jego boksu. Gniadosz wpatrywał się we mnie intensywnie z postawionymi uszami jakby ganiąc mnie za brak pośpiechu. Koń cofnął się do tyłu gdy otwierałem bramkę i przywitał mnie głośnym rżeniem. Kiedy schyliłem się, żeby położyć osprzęt ogiera, ten zaczął mnie trącać w kieszenie, domagając się smakołyka.
- Nie mam nic dzisiaj dla ciebie, stary. - podrapałem gniadosza po czole - Musimy się pospieszyć, bo spóźnimy się na trening.
Wypowiedziawszy to otwarłem skrzynkę z przyborami do czyszczenia i wyciągnąłem z niej iglaka. Szybkimi ruchami wyszczotkowałem nią posklejaną i matową sierść gniadosza. Kilka razy przejechałem jeszcze ręką po jego grzbiecie i w miejscu gdzie ma być popręg żeby upewnić się czy aby na pewno nie została najmniejsza grudka. Następnie chwyciłem szczotkę o miękkim włosiu i wyczesałem nią kurz i inne drobinki spomiędzy sierści. Zakaszlałem kilka razy, bo wszystko latało w powietrzu. Dokończyłem dzieła czyszcząc kopystką kopyta ogiera, który o dziwo stał dziś nadzwyczaj spokojnie. Później przyszedł czas na siodłanie. Postanowiłem założyć Newtowi jego miętowy (Tak stwierdziła Sammy, bo dla mnie to był zielony zmieszany z niebieskim. Kobiety jednak znają się na kolorach.) czaprak i owijki, które dostał ode mnie na mikołaja. Kiedy na korytarzu rozległy się stukoty kopyt i otwieranych bramek zapinałem szybko podgardle ogłowia Newtona. Zrobiłem krok w tył oceniając swoje dzieło i sprawdzając czy aby na pewno o niczym nie zapomniałem. Następnie chwyciłem wodze i wyprowadziłem gniadosza na korytarz. Ten jakby ożył i zaczął przebierać nogami z podekscytowania. Uśmiechnąłem się do siebie na ten widok i zacmokałem na ogiera, który parsknął i przyspieszył kroku.
Będąc już na zewnątrz z ulgą stwierdziłem, że niebo zaczęło się rozpogadzać. Skierowaliśmy się całą grupą na halę, a gdy już byliśmy w środku przywitał nas pogodny głos Ruby Steward. Trening rozpoczęliśmy od krótkiej rozgrzewki. Wolty w kłusie, galopie, drążki, slalom. Potem przyszła kolej na niskie krzyżaki i cavaletti. Newt przeskakiwał każdą przeszkodę nawet się nie męcząc, a po pokonaniu jednej zaraz ciągnął na drugą. Na następną część treningu pani Ruby zaplanowała skoki przez większe przeszkody czyli oksery itp. Na widok krótkiego toru, który pojawił się na hali Newton znów zaczął dreptać w miejscu i strzyc uszami. Kiedy w końcu przyszła kolej na nas gniadosz ruszył pędem na pierwszą przeszkodę. Odliczyłem kroki konia i w momencie jego wybicia
się w powietrze wstrzymałem oddech. Newt płynnie pokonał krzyżaka i skierował się następnie na stacjonatę. Sprawiało mu to tyle radości. Pomyślałem sobie, że gdyby konie potrafiły się uśmiechać z pewnością na pysku gniadosza widniałby teraz uśmiech od ucha do ucha. Po stacjonacie zrobiliśmy szeroką woltę i skierowaliśmy się na tripplebarre. Po skończeniu toru zwolniłem Newtona do kłusa a potem do stępu i poklepałem go po szyi.
Po treningu wyczyściłem tak z grubsza gniadosza i wypuściłem go na pastwisko. Odpiąłem uwiąz zostawiając mu tylko kantar. Newt potrząsnął łbem i odkłusował do grupki koni pasących się nieco dalej. Ja natomiast ponownie skierowałem się do boksu ogiera i odniosłem z powrotem cały sprzęt do siodlarni. Następnym przystankiem była stołówka. Mój żołądek co chwilę wydawał coraz to głośniejsze odgłosy, domagając się śniadania. Przedtem jednak wstąpiłem do swojego pokoju w celu przebrania się i zabrania plecaka z książkami. Dopiero wtedy udałem się na stołówkę. Będąc już naprawdę blisko poczułem przyjemny zapach jajecznicy i tostów.
Po śniadaniu spędzonym w towarzystwie Samanthy, Cole'a i reszty naszej paczki wszyscy powędrowaliśmy na lekcje. Godziny dłużyły mi się niemiłosiernie, a przerwy spędzone na rozmowie za to mijały w mgnieniu oka. Kiedy wreszcie nadszedł koniec miałem chwilę dla siebie. Postanowiłem więc przytnąć sobie małego komara i zdrzemnąć się do obiadu. Nastawiłem sobie budzik i wpełzłem pod kocyk. Niemal od razu zapadłem w płytki sen.
Chwila spokoju minęła jak z bicza strzelił i denerwująca melodyjka rozbrzmiała w pokoju sygnalizując, że pora iść na obiad. Westchnąłem i podniosłem się na łokciach. Moją uwagę przykuł podręcznik do historii, który pożyczyłem od Cole'a. Wypadałoby mu go oddać zwłaszcza, że jutro mamy historię. Wstałem z łóżka, chwyciłem książkę i wyszedłem na korytarz. Zbiegłem po schodach i skierowałem się w stronę pokoju numer 11. Nagle otworzyły się inne drzwi i wychodząc z nich wpadła na mnie jakaś dziewczyna. Nie spodziewałem się tego i z lekkim zaskoczeniem spojrzałem na nieznajomą. Za nic nie potrafiłem połączyć jej twarzy ze znanymi mi osobami w Morgan. Czyżby nowa?
- Przepraszam. - wydusiłem pierwszy, a że moja ciekawość jest nienasycona musiałem zadać to pytanie - Jesteś nowa?
Dziewczyna zmierzyła mnie nieodgadnionym wzrokiem.

Ariel? :3

sobota, 18 lutego 2017

Od Maxa CD Samanthy

Po tym jak Sammy odkryła, że zjadłem wszystkie żelki (po prostu nie mogłem się powstrzymać) z powrotem objąłem ją ramieniem. Wtuliła się we mnie i nasza uwaga znów skupiła się na filmie.
Szczerze powiedziawszy początek filmu nie był dla mnie jakoś specjalnie emocjonujący. Zaczynał się jak typowy damski wyciskacz łez z szczęśliwym zakończeniem gdzie główni bohaterowie na koniec zostają parą, biorą ślub i mają gromadkę dzieciaków. Jednak kiedy fabuła zaczęła się rozkręcać film wciągnął mnie bardziej. Samo zakończenie, w którym o dziwo nie było żadnego ślubu (głównych bohaterów oczywiście) i płatków róż lecących z nieba, zaskoczyło mnie. Myślałem, że Lou w porę przekona Willa by jednak zmienił swoją decyzję, a tu proszę. Chciałem podyskutować sobie na temat tej zaskakującej końcówki filmu z Sammy, ale dziewczyna zasnęła oparta o moje ramię. Kiedy napisy końcowe wpełzły na ekran laptopa zamknąłem go z cichym kliknięciem. Nadal trzymałem go na kolanach, wpatrując się w uroczą twarz śpiącej Sam. Wyglądała na taką spokojną, a ciepłe światło świec ustawionych na parapecie podkreślało jej delikatne rysy. Za nic nie chciałem jej obudzić i najdelikatniej jak potrafiłem podłożyłem pod jej głowę swoją poduszkę. Następnie sięgnąłem po laptopa aby go odłożyć na biurko, ale w tym samym momencie dziewczyna podniosła się szybko i przeczesała dłonią włosy.
- Wybacz, nie chciałem cię budzić. Miałem zamiar odłożyć laptopa – szepnąłem, uśmiechając się lekko
- Nic się nie stało – odparła zaspanym głosem i przetarła oczy.
Sammy, prawie na wpół przytomna, zsunęła stopy z łóżka i włożyła je w miękkie, różowe papucie. Podniosła się, a gdy zamierzała wykonać pierwszy krok zachwiała się. Dobrze, że w porę zareagowałem, bo zaliczyłaby bolesne lądowanie twarzą na podłodze.
- Może ci pomóc? – zaśmiałem się cicho.
Nigdy nie widziałem jej takiej śpiącej, a w tych różowych kapciach, za dużej koszulce i rozczochranych włosach wyglądała naprawdę uroczo. Chciałem by spędziła u mnie tę noc, jednak nie miałem zamiaru być zbyt nachalnym. Powtarzałem sobie: Nie śpiesz się. Przyjdzie jeszcze na to czas. Nie martwiłem się regulaminem uniwerku.
Sam w odpowiedzi pokręciła przecząco głową. Nadal kucając, pocałowałem ją delikatnie w czubek głowy.
- W takim razie, dobranoc. – posłałem jej ostatni uśmiech, a ona wychodząc pomachała mi na do widzenia.
Kiedy zniknęła za drzwiami cichutko je zamykając podniosłem się i zgasiłem wszystkie świeczki. W pokoju zapanowała gęsta ciemność i do włącznika musiałem doczłapać po ciemku z rękami wystawionymi niczym lunatyk. Napotkałem wreszcie gładką ścianę a zaraz potem pod palcami poczułem włącznik. Szybko ogarnąłem swoje łóżko, nakarmiłem Shiręę i wpełzłem pod kołdrę, by po chwili zapaść w głęboki sen.

***
Dzisiejszy poranek zdecydowanie nie należał do tych przyjemnych. Nie dość, że na treningu spadłem chyba z dziesięć jak nie więcej razy w błoto, nie zdążyłem na śniadanie, to jeszcze spóźniłem się na pierwszą lekcję.
Wślizgnąłem się najciszej jak potrafiłem do klasy i niczym zawodowy ninja przemykałem między ławkami, pędząc do swojej. Myślałem, że jak zwykle na początku lekcji będzie zgiełk i harmider, a tym czasem zastała mnie cisza i spokój. Pomyślałem, że albo przeleciało już pół lekcji, albo był… Cholera, sprawdzian!
- O! Powitajmy gorąco pana Watsona! – pan Mark podniósł wzrok znad sterty papierów
Zamarłem w przygarbionej postawie jednak po chwili wyprostowałem się, głupio się uśmiechając. Kompletnie nie wiedziałem co zrobić lub powiedzieć, co zdarza mi się rzadko, więc dalej stałem jak słup soli. Pan Mark wstał zza biurka i podszedł do mnie. Jego mina wyrażała dość dziwne zadowolenie, a w jego oczach iskrzyło się rozbawienie. Przynajmniej miał dobry humor i może moje spóźnienie tym razem ujdzie mi płazem. Powiadają: nadzieja matką głupich, więc nie liczyłem na nic szczególnego. Nauczyciel sprawiał wrażenie czekającego na moje daremne próby usprawiedliwiania się, ale nie miałem zamiaru tego robić.
- Masz jakąś wymówkę? – odezwał się, podając mi złączone kartki testu
- Nie, proszę pana. – odparłem, uspokajając swój oddech po szaleńczym biegu - I przepraszam za spóźnienie.
Pan Mark uśmiechnął się i odwracając się na pięcie odszedł z powrotem na przód klasy.
- W takim razie, usiądź. – powiedział na odchodne i spojrzał na zegarek – Przypominam, że zostało ci pół godziny.
Po zajęciach przyszedł czas na obiad i kolejny trening. Mojej uwadze nie uszedł walentynkowy wystrój na stołówce i… No, wszędzie. Właściwie dzięki niemu uświadomiłem sobie, że to już dzisiaj. Pewnie myślicie: O, Max zapomniał o prezencie i będzie szykował coś na ostatnią chwilę. Jednak zaskoczę was, bo prezent przygotowałem ponad tydzień temu! Chciałem, żeby ten dzień, nasze pierwsze walentynki, Sammy zapamiętała na dłużej. Toteż cały ten czas moją głowę zaprzątał wybór odpowiedniego prezentu dla niej. Przejrzałem niezliczoną ilość internetowych poradników, pytałem inne dziewczyny co chciałyby dostać od swojego chłopaka i szczerze, to oprócz kwiatów nic innego nie pasowało mi na prezent dla Sam. Postanowiłem, że stworzę coś sam. Może wyjdzie to kijowo, ale miałem nadzieję, że Sammy to doceni.Poprosiłem nawet Samsa żeby pomógł mi z organizacją tego wszystkiego. Na moje szczęście zgodził się.
Szedłem właśnie korytarzem do mojego pokoju, by móc się przebrać z ‘’końskich ciuchów’’ na te czystsze, kiedy zauważyłem opartą o ścianę Sammy. Wyglądała jakby na kogoś czekała, a po tym jak co chwilę zerkała w moją stronę domyśliłem się, że tym kimś jestem ja.
- Hej. – przywitałem się, szczerząc się w swoim standardowym uśmiechu
- Wesołych walentynek! – Sammy przytuliła mnie mocno
Odwzajemniłem uścisk. Przytknąłem usta do jej pachnących włosów i szepnąłem na ucho cztery słowa: Zapomniałem, że to dzisiaj. Dziewczyna spojrzała na mnie marszcząc brwi, a ja próbowałem ukryć uśmiech, cisnący mi się na twarz.

- Zapomniałeś? – powtórzyła, patrząc na mnie z niedowierzaniem
- Nie no, żartuję. – roześmiałem się, całując ją w policzek – Prezencik czeka na ciebie już od tygodnia.
Sammy uderzyła mnie lekko zaciśniętą pięścią w ramię.
- Czemu zawsze musisz tak robić. – zaśmiała się. Było to bardziej stwierdzenie niż pytanie, ale i tak na nie odpowiedziałem
- Bo lubię cię denerwować.
Dziewczyna prychnęła i przewróciła oczami, uśmiechając się lekko. Następnie pomachała mi przed oczami jakimiś skrawkami papieru.
- Proszę.
Chwyciłem je i przyjrzałem się im bliżej. To były bilety na mecz siatkówki. Dwa kluby: Polonia London i London Docklands miały walczyć o wstęp na mistrzostwa kraju. Data wskazywała na 14.02., czyli dziś o godzinie 19.00. Spojrzałem na Sammy, która wpatrywała się we mnie w oczekiwaniu mojej reakcji. Uśmiechnąłem się szeroko i mocno przytuliłem dziewczynę.
- Dzięki! – podziękowałem entuzjastycznie
- To sio do pokoju się przebrać. Za pięć minut przy moim samochodzie. – zakomenderowała Sam, posyłając mi uśmiech
- Tak jest, kapitanie! – zasalutowałem jej, otwierając drzwi swojego pokoju
- A, no i weź też Sama. Mam trzy bilety. – dodała, będąc już przy schodach
W pokoju szybko podbiegłem do szafy. Przejrzałem jej zawartość i wyciągnąłem kraciastą koszulę oraz ciemne spodnie. Przebrałem się, wyszorowałem zęby i przeglądając się w lustrze łazienki przeczesałem palcami włosy. Gotowy zjawiłem się dokładnie pięć minut później na parkingu.
- A gdzie masz Sammy’ego? – usłyszałem pytanie i natychmiast złapałem się za głowę, przypominając sobie o bracie

- Kurde, zapomniałem o nim. Czekaj, lecę po niego – zawróciłem i pobiegłem z powrotem do akademika
Udało mi się przekonać brata żeby z nami jechał, a po drodze do samochodu Samanthy obgadaliśmy zmieniony plan. Sam skłamał, że Hopeful, jego klacz, nie najlepiej się czuje. Przekonał Sammy, żebyśmy jechali na dwa auta i w razie czego, będzie mógł szybko wrócić do Morgan.
Kiedy siedzieliśmy już na trybunach i czekaliśmy na rozpoczęcie rozgrywek wierciłem się na siedzeniu i rozglądałem dookoła. Przyznam, że na ostatnim meczu byłem z tatą wieki temu i to jeszcze był mecz koszykówki. Nigdy nie miałem okazji oglądać zawodowych siatkarzy w akcji, więc byłem mega podekscytowany. Hala była ogromna. Sklepienie wisiało jakieś dziesięć metrów nad naszymi głowami, a wokół boiska rozstawione były trybuny. Sammy udało się zaklepać nam miejsca w drugim rzędzie, skąd był świetny widok. Po kilku minutach na boisko weszli siatkarze i rozpoczął się mecz. 
Tak jak się spodziewałem, mecz przyniósł nam sporo emocji. Oba kluby szły łeb w łeb. W ich grze widać było profesjonalizm i nieme porozumienia między zawodnikami. Z każdym zdobytym punktem czy to Polonii London czy London Docklands kibice podnosili się z krzykiem ze swoich miejsc. Powiem, że choć było głośno, to uczucie towarzyszące temu wrzaskowi było niesamowite. Pod koniec meczu dałem znak Samowi. Chłopak kiwnął głową i pożegnał się z Sammy. Mówił, że napisał do niego Cole, bo Hope znowu zrobiła się niespokojna. Tak naprawdę obaj wiedzieliśmy, że to nie prawda.
Będąc już przy samochodzie Samanthy, czułem się jakbyśmy wracali nie z meczu siatkówki, ale z głośnego koncertu rockowego. Kiedy dziewczyna wyciągnęła z torebki kluczyki do swojego Minicoopera wyrwałem je z jej palców i uśmiechnąłem się chytrze. 
- Teraz czas na mój prezent. 
Podszedłem do drzwi od strony pasażera i otwarłem je, by Sam mogła wsiąść. Wsiadając, dziewczyna zmierzyła mnie wzrokiem, ale nie protestowała. Okrążyłem samochód i usiadłem za kierownicą. Zapiąłem pas, włożyłem klucz do stacyjki i spojrzałem na Sam. Następnie wyciągnąłem z kieszeni spodni czerwoną chustkę.
- Muszę zasłonić ci oczka. - uśmiechnąłem się

- Nie ma mowy. - zaprotestowała
- Ale wtedy to nie będzie niespodzianka! 
Dziewczyna westchnęła i zamknęła oczy, pozwalając zawiązać sobie chustkę. Starałem się to zrobić delikatnie. Chwilę potem byliśmy już w drodze. Podróż nie trwała długo, bo już po kilku minutach byliśmy na miejscu. Zaparkowałem w pobliżu naszego miejsca docelowego i pomogłem dziewczynie wysiąść z samochodu. 
- Mogę już to zdjąć? - zapytała odrobinę znużonym tonem
- Nie. - odparłem i ze śmiechem wziąłem Sammy na ręce
Sam krzyknęła i uczepiła się palcami mojej kurtki. 
- Max! Postaw mnie na ziemi! - rozkazała, ściągając z oczu opaskę
- Nigdy! - zaśmiałem się 
Postawiłem Sam na nogi dopiero po przejściu jeszcze kilku kroków. Na widok przygotowanego stolika i świeczek uśmiechnąłem się jeszcze szerzej. Czyli Samuel zdążył to wypakować i odjechać. Z tego miejsca by świetny widok na Tamizę, która pod osłoną nocy nie wyglądała na tak zanieczyszczoną, i oświetlone, powoli kręcące się London Eye

Było ciemno, a porozstawiane losowo świeczki nie były zapalone, więc wyciągnąłem z kieszeni zapalniczkę i podchodząc po kolei do każdej podpalałem knot. Po chwili wszystko wokół oświetlało blade światło świec i odległych latarni.
Sammy nadal stała w miejscu i przyglądała się temu wszystkiemu. Na jej twarzy dostrzegłem zaskoczenie. Korzystając z okazji wyciągnąłem bukiet kolorowych róż z prowizorycznego wazonu zrobionego ze słoika i podszedłem do dziewczyny. 
W kwiaciarni długo zastanawiałem się nad kolorem kwiatów. Nie potrafiłem się zdecydować, więc wziąłem po trochu z każdego rodzaju. 
- Proszę, panno Garcia. - ukłoniłem się po raz wtóry naśladując gentelmana z przesadnym angielskim akcentem - Żółty kolor oznacza radość. Zielony to życie i nadzieja, różowy... No cóż, nie pamiętam do końca co znaczył, ale też coś pozytywnego. W każdym razie, fioletowy oznacza szlachetność, biały dobro, a czerwień uczucie. Chciałbym ci tego wszystkiego życzyć, Sammy. Wesołych walentynek.


Sammy? ^^ Końcówka do dupy, wiem
1772 słów jak rok I rozbioru Polski xdd

czwartek, 9 lutego 2017

Od Maxa CD Cole'a

Byliśmy już dość głęboko w lesie i mroźne powietrze szczypało mnie w nos i policzki. Mimo że byłem dość ciepło ubrany czułem przenikliwe zimno przedzierające się przez materiał narciarskiej kurtki. Jechaliśmy już jakiś czas rozmawiając i podziwiając zimowe krajobrazy. Avenger oraz Newton szli obok siebie stępem i co chwilę strzygli uszami i parskali w swoją stronę, wydychając kłęby pary. Wydawało się, że oni również prowadzą swoją rozmowę. Szczerze, na początku obawiałem się nieco o nich, bo w końcu nie wiadomo jak zareagują na siebie dwa ogiery. Cały czas starałem się kontrolować ogiera by tak czasem nie zachciało mu się urządzać pokazu siły. Kilka razy już coś podobnego odwalał i wszystkie te razy nie kończyły się zbyt przyjemnie. Przynajmniej dla mnie, bo to zwykle ja lądowałem na tyłku, a gniadosz gwiazdorzył dalej. Jednak, gdy widziałem, że nie mam się czego obawiać i Newton grzecznie szedł stępem poluzowałem odrobinę wodzy. Gniadosz jakby tylko na to czekał i niespodziewanie zarzucił łbem do przodu, wyrywając mi przy tym wodze z obu rąk. Poczułem jak przyspiesza kroku i momentalnie zareagowałem, schylając i kładąc się na szyi Newta, który postanowił utrudnić mi zadanie i trzymał łeb nisko. Mimo to zdołałem chwycić wodze i ściągnąłem je do siebie. On jednak nie zamierzał zwalniać. Cole dogonił nas, a sekundę później popędził swojego kasztana do wolnego galopu. Poczułem jak w Newton szarpie łbem dobitnie mówiąc mi, że nie ma najmniejszej ochoty zostawać w tyle. Uśmiechnąłem się, rozumiejąc o co mu chodziło. Rozluźniłem wodze i dotknąłem boki gniadosza lekko łydkami. Ten natychmiast ruszył z kopyta przechodząc do galopu i zrównując się ze swoim nowym towarzyszem. Przez chwilę galopowaliśmy swobodnie obok siebie. Ścieżka była na tyle szeroka, że mogliśmy sobie na to pozwolić. Wciąż musiałem zwalniać Newta, bo parł do przodu i aż kipiał chęcią rywalizacji. Nagle ni stąd ni zowąd drogę przeciął ciemny kształt leśnego zwierzęcia. Sarna? A może młody jeleń? Nawet nie zdążyłem dokładnie się przyjrzeć tajemniczemu stworzeniu, bo raz, sekundę później zniknął w plątaninie bezlistnych krzaków, a dwa, oby dwa konie się spłoszyły. Newt poderwał łeb i przednie kopyta do góry przez kilka sekund stając niskiego dęba. Nie zdołał się jednak całkiem zatrzymać po galopie i prawa fizyki kazały mu biec dalej, więc wykonał krzywego baranka i strzelił kopytami z zada. Ja w międzyczasie zdołałem chwycić się jego czarnej grzywy i ścisnąć jego boki kolanami. Dzięki tej szybkiej reakcji uniknąłem twardego lądowania. Kiedy wszystkie cztery kopyta gniadosza były już na ziemi i stukały głucho o zamarznięty grunt, puściłem się jego grzywy i rozluźniłem nieco. Z wymalowanym zaskoczeniem na twarzy po niespodziewanym rodeo nawet nie zauważyłem, że wstrzymałem oddech.
- Spokojnie, to tylko sarna. – przemawiałem do ogiera spokojnym głosem, starając pozbyć się wszelkiego drżenia – Newt, już po wszystkim.
Pogładziłem go po szyi i wyczułem jak powoli mięśnie pod skórą konia się rozluźniają. Nadal jednak strzygł uszami i rozglądał się bacznie dookoła. Podniosłem wzrok i patrząc ponad ramieniem zobaczyłem jak kawałek za nami Cole uspokaja swojego kasztana. Ogier stał i tylko bacznie obserwował otoczenie. Nie wydawał się być jakoś specjalnie przejęty, tak jak Newton.
Odczekałem jeszcze chwilę i zawróciłem gniadosza, podjeżdżając bliżej Cole’a.
- Ale jazda – zaśmiałem się.

Cole? :3 Trochę słabe, wiem xdd

niedziela, 5 lutego 2017

Od Maxa CD Samanthy

- A skoro przed nami sobota, co powiesz na maraton filmowy? "Obecność", "Anabelle"... – zacząłem wymieniać tytuły horrorów, rozciągając ustaw w uśmiechu

- W życiu się na to nie zgodzę - odparła i szybkim ruchem zatknęła mi usta dłonią - Obejrzymy "Zanim się pojawiłeś", czytałam książkę, a film jest nowy. Chyba, że wolisz "Gwiazd naszych wina"?
Obie propozycje Sam z brzmienia samych tytułów wydawały mi się romansami. Niespecjalnie przepadam za takimi filmami, ale perspektywa spędzenia tego wieczoru z Sammy była kusząca. Nie oglądałem żadnego z tych dwóch, ani nie czytałem żadnej z książek, więc nie robiło mi to zbytniej różnicy, który film będziemy oglądać. Z tonu i sposobu jakim Sammy podała drugą propozycję wywnioskowałem, że bardziej chce obejrzeć ten pierwszy. A niech jej będzie.
- Dobra, wybieram to pierwsze. Brzmi lepiej. – powiedziałem, uwalniając się od jej ręki
 Zanim dziewczyna wyrzuciła mnie za drzwi ustaliliśmy jeszcze u kogo i kiedy mamy się spotkać, czyli u mnie, za dwadzieścia minut. Kiedy tylko drzwi zamknęły się z głośnym kliknięciem zamka skierowałem się do mojego pokoju. Omiotłem pomieszczenie wzrokiem. Heh, u mnie bałagan nie był wcale mniejszy. Czym prędzej zabrałem się za sprzątanie. Ciuchy albo odwieszałem z powrotem do szafy, albo wkładałem do kosza na pranie, pościeliłem łóżko, odłożyłem wszystkie książki na swoje miejsce, pozbierałem każdy papierek walający się po podłodze. Kiedy pokój był ogarnięty, a przynajmniej ja tak uznałem, wyciągnąłem z szafy luźny T-shirt oraz dresy. Zerknąłem na zegarek i uświadomiłem sobie, że zostało mi 10 minut. Chyba zdążę wziąć prysznic, nie?
Zaraz po wyjściu z brodzika i chyba najszybszym prysznicu w życiu usłyszałem pukanie do drzwi.
 Ubrałem się prędko, zapominając o koszulce, która spadła za szafkę (naprawdę nie wiem jak) i z ręcznikiem na wilgotnych włosach pobiegłem otworzyć Sam. Spojrzałem na dziewczynę. Ubrana była w szare dresy, jak ja, i luźną koszulkę w tym samym kolorze. Moje spojrzenie zatrzymało się na wypchanej lnianej torbie.
- Jesteś przygotowana lepiej niż niektórzy na wojnę – zaśmiałem się i zaprosiłem ją do środka, szerzej otwierając drzwi.
W drodze do łazienki po zapomnianą koszulkę zobaczyłem jak Sammy wyciąga wszystkie skarby z torby. Widziałem tam chyba z cztery paczki żelków, a potem dostrzegłem obrazek tęczy. Będąc już w łazience rozglądałem się za koszulką. Byłem pewien, że ją tu ze sobą przyniosłem. Położyłem się na ziemi i wtedy dostrzegłem ją leżącą za szafką. Wyciągnąłem rękę żeby ją stamtąd wyciągnąć i w tym samym momencie Sammy przyszła do łazienki.
- Co ty robisz? – usłyszałem rozbawiony głos dziewczyny
- Próbuję wydobyć moją koszulkę – stęknąłem, dosięgając i zaciskając palce na materiale – Weź już mojego laptopa i poszukaj film. Jest na biurku, a hasło to: W Egipcie święty Mikołaj przyjeżdża na wielbłądzie.
Podniosłem się, a Sammy wybuchnęła śmiechem. Ja też mimowolnie się uśmiechnąłem.
- Serio? To twoje hasło? – zaśmiała się, podchodząc do biurka i otwierając mojego laptopa
- Nigdy byś na nie nie wpadła, nie? O to przecież chodzi. – wyszczerzyłem się i spojrzałem w jej oczy
Sam pokręciła głową, uśmiechając się lekko. Na biurku zauważyłem przygotowane żelki, chipsy oraz kubeczki w zebry, w których znajdował się ciemny napój. Następnie otrzepałem nieco koszulkę i założyłem ją. Usłyszałem jak Sammy stuka w klawiaturę. Podszedłem do szafy i wyciągnąłem z niej ciepły koc, który rzuciłem na łóżko. Sekundę później Sam siedziała już na nim opatulona kocykiem i z laptopem na kolanach. Wziąłem jeszcze paczkę żelków-literek i usiadłem blisko niej. Dziewczyna oparła głowę o moje ramię, a ja kliknąłem ‘play’.
W połowie filmu trochę mi się nudziło i grzebałem sobie w żelkach, szukając i układając wyrazy z literek. Niestety opakowanie szeleściło z każdym ruchem mojej ręki, co przeszkadzało Sam. Dźgnęła mnie palcem w żebra.
- Nic przez ciebie nie słyszę. – szepnęła z lekkim oburzeniem
- Patrz. – szepnąłem i wskazałem na laptopa.
Ułożyłem nasze imiona z żelkowych literek pod klawiaturą. W półcieniu zobaczyłem jak Sammy przewraca oczami i uśmiecha się przy tym.

Sammy? c: Wybacz, nie mam weny na nic więcej xdd

wtorek, 31 stycznia 2017

Od Maxa CD Samanthy

Wraz z powrotem do Morgan musieliśmy się liczyć z tym, że wszystko wróci do normy. No, prawie wszystko. 
Wracałem akurat ze stajni i zobaczyłem Sammy, wychodzącą ze swojego czarnego Mini Coopera. Pomachała mi na dzień dobry, a ja podszedłem do niej. Okazało się, że wróciła akurat z miasta. W ręku trzymała dużą białą kopertę, co zwróciło moją uwagę. Wyglądała na wypełnioną po brzegi. Sam powiedziała, że są w niej wywołane zdjęcia z naszego wyjazdu. Zdęcia… Pamiętam, że robiliśmy kilka fotek, ale nie spodziewałem się, że będzie tego aż tyle! Dowiedziałem się też, że to są tylko te najlepsze. Moja ciekawość rosła z każdym pokonanym stopniem w drodze do pokoju Sam. Chciałem koniecznie je obejrzeć.
Będąc już w pokoju, ja dorwałem się do koperty, a Sammy wyciągnęła prezent mikołajkowy, który dostała ode mnie. Była to ogromna ramka na zdjęcia. Ucieszyłem się, że w końcu ją wykorzysta. Dziewczyna wkładała tam fotografie, a ja sobie je wszystkie przeglądałem, uśmiechając się pod nosem. Jednak jedno zdjęcie… Skąd one się tam wzięło?! Spałem na nim oparty o ramię jakiegoś pasażera. Naprawdę nie przypominałem sobie tej sytuacji, a Sammy miała najwyraźniej ubaw z mojej skonfundowanej miny. Po kilku minutach uznaliśmy, że wygodniej będzie nam segregować fotki na łóżku niż na stojąco. Dlatego usiedliśmy na nim i porozkładaliśmy zdjęcia na kocyku, którym łóżko było przykryte.
-Um… Max? – w pewnym momencie Sammy podniosła wzrok znad zdjęć, jej głos wydał mi się niepewny – Pamiętasz naszą rozmowę z balu?
Również podniosłem wzrok i spojrzałem Sam w oczy. Czy ona właśnie wspomniała coś o balu i naszej… rozmowie? Czemu porusza ten temat właśnie teraz?
- I chciałam się zapytać czy myślałeś nad tym wszystkim? – kontynuowała. Teraz byłem niemal pewny, że jej głos zaczyna odrobinę drżeć - Czuję, że jestem w tobie zakochana. Z każdą chwilą coraz bardziej, a wspólny wyjazd jeszcze bardziej mnie w tym utwierdził. I mam nadzieję, że czujesz to samo. *przerwa na głęboki oddech* Jeśli jednak nie, nie zamierzam cię zostawiać. Możemy zostać przyjaciółmi.
Wow. Gapiłem się na nią przez kilka sekund bez reakcji. Nawet nie mrugnąłem, ale w środku czułem jak coś się we mnie roztapia i rozpływa po całym ciele. Miałem wielką ochotę przytulić ją z całej siły i pocałować. O tak. Przyjaciółmi byliśmy kilka tygodni temu. Teraz, po wyznaniu Sam, miałem pewność, że na przyjaźni się nie skończy.
Zsunąłem się powoli z łóżka, wciąż milcząc.
- Wstań, proszę. – starałem się żeby te słowa zawierały jak najmniej emocji. Czułem, że lada moment wyjdą na jaw.
Chyba udało mi się ją zmieszać, bo na twarzy Sammy pojawiła się niepewność. Wstała jednak i teraz znajdowała się zaledwie kilkanaście centymetrów ode mnie. Czułem jej słodki oddech na twarzy.
Nadal nie powiedziałem ani słowa, chciałem trzymać ją jak najdłużej w niepewności. Jednak sam nie wytrzymałem. Ująłem twarz Sam w obie dłonie i przybliżyłem się do niej, patrząc w jej złociste oczy. Miałem wrażenie, że ta chwila trwała wieczność i jak dla mnie mogłaby trwać jeszcze dłużej. Stykaliśmy się niemal czołami, stojąc w milczeniu. Mój wzrok zsunął się na jej pełne usta. Kurczę, jeszcze nigdy w życiu nie pragnąłem tak kogoś pocałować. Sammy, jakby czytając mi w myślach, musnęła delikatnie swoimi ustami moje. Poczułem jak ciarki rozchodzą się po całym moim ciele. W następnej sekundzie pocałowałem ją. Długo i namiętnie.

Sammy? <3 Wybacz, że takie krótkie.

czwartek, 19 stycznia 2017

Od Maxa CD Samanthy

Przyznam się. W samochodzie Micah’a byłem jednym wielkim kłębkiem nerwów. Starałem oczywiście nie dać nic po sobie poznać. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, a brat Sammy zaparkował przed ich pięknym domem, poprzysiągłem sobie w duchu nie robić z siebie idioty i zachowywać się nienagannie. Otworzyłem drzwiczki samochodu i wypełzłem z pojazdu. Kiedy moje stopy stanęły na wykostkowany podjazd podniosłem wzrok na dom. Był mniejszy niż się spodziewałem, ale jego urok od razu mnie zachwycił. Wybudowany w włoskim stylu połączony z jakimś jeszcze, ale szczerze, nie potrafiłem rozpoznać jakim. Nie jestem w tym dobry i chyba nigdy w życiu nie zostanę architektem.
- Taty jeszcze nie ma – od podziwiania domu oderwał mnie głos Micah’a, który wyciągał z bagażnika nasze walizki
Zrobiło mi się głupio, że to on musiał się tym zająć, więc czym prędzej podbiegłem w jego stronę i chwyciłem swój bagaż. Blondyn natomiast zabrał walizkę Sam. Nie uszło jego uwadze jej ciężar.
Nonna, babcia Sammy oraz Micah’a, powitała nas tak ciepło, że niemal od razu poczułem się tam dobrze. Tak bardzo przypominała moją babcię, że nie mogłem się po prostu źle przy niej czuć. Zaskoczyło mnie, że Nonna potrafiła tak świetnie mówić zarówno po włosku jak i angielsku. A mój podziw dla niej wzrósł gdy zobaczyłem stół. Niemal uginał się pod ciężarem parującego jedzenia! Na sam jego widok oraz nieziemski zapach, mój żołądek ścisnął się, domagając się spróbowania każdej jednej potrawy.
- Siadajcie skarby, widzę, że w akademii was nie karmią – zacmokała i pokręciła głową
Zdążyłem odłożyć torby i ściągnąć buty, a Nonna już zaganiała nas do stolika. Usiadłem między Sam a jej babcią, tuż naprzeciwko Micah’a, który obserwował mnie bacznie całą kolację. Po kilku minutach się do tego przyzwyczaiłem, a atmosfera przy stole była niesamowicie ciepła i rodzinna. W połowie kolacji dołączył jeszcze tata Sammy. Niemal od razu przypadliśmy sobie do gustu.

***

Podczas mojego pobytu we Włoszech nie obyło się również od wycieczek po mieście i okolicach. Tutaj było po prostu przepięknie. Ulice tętniły życiem zarówno w nocy jak i w dzień. Nie rozumiałem jak Sammy może chcieć stąd wyjechać. Choć po dłuższym namyśle oraz rozmowie z dziewczyną (tak, nie omieszkałem jej o to ponownie zapytać) zrozumiałem. Sam czuła się przytłoczona tą ogólną radością i życiem. W sumie, gdyby porównać miejsca gdzie mieszkamy, ja miałbym podobne zdanie na temat Nowego Jorku.
Wracając do Włoch i darmowej wycieczki z wspaniałym przewodnikiem jakim była Sammy, siedząc wieczorem przy fontannie o dość wdzięcznej nazwie (oczywiście, że słuchałem kiedy Sam wypowiadała tę nazwę i wcale nie zachwycałem się wtedy tym jak pięknie wyglądała w świetle wieczornych lamp), miałem okazję poznać jedną ze znajomych dziewczyny. O ile można ją nazwać znajomą, bo z tego, czego byłem świadkiem, wnioskuję, że toczyły ze sobą słowną walkę. Mimo, że nie rozumiałem włoskiego, to i tak wyczułem w ich słowach sarkazm i wzajemne dogryzanie. Zresztą, było to widać nawet na twarzach obu dziewczyn. Nieznajoma przedstawiła mi się jako Federica. Podając jej dłoń musiałem uważać, by nie nadziać się przypadkiem na jednego z jej jaskrawych tipsów. Zrobiłem to w zasadzie z grzeczności.

***

Ostatniego dnia Sammy zaproponowała mi grę. Nigdy w nią nie grałem (tym wyznaniem rozpocząłem swoją pierwszą kolejkę xd) i po szybkim wytłumaczeniu zasad zagraliśmy. Sammy przyniosła również kilka butelek włoskiego wina, które jest zaliczane do słabszych alkoholi, i zaczęła się zabawa. Nim się spostrzegliśmy wypiliśmy cztery butelki. Gdzieś koło północy postanowiliśmy iść spać, by być wypoczętym na jutro. Bowiem właśnie jutro mieliśmy lecieć do mnie. Pamiętam, że na dobranoc dostałem jeszcze buziaka w policzek, a potem zasnąłem kamiennym snem.

***

Z jękiem obudziłem się i przeciągnąłem. Rozejrzałem się pospiesznie i dopiero po kilku sekundach dotarło do mnie, że wciąż jestem u Sammy. Wygrzebałem się spod kołdry i z zaskoczeniem spostrzegłem, że spałem w samych bokserkach i koszulce. Przetarłem oczy i uśmiechając się pod nosem przypomniałem sobie wczorajszy wieczór. Wstałem i skierowałem się do torby, wyciągnąłem portki, bluzę i kilka innych pierdółek i powędrowałem do łazienki. Po około dziesięciu minutach byłem gotów. Przed wyjściem omiotłem pokój uważnym spojrzeniem. Łóżko starannie pościelone, dywanik na miejscu. Chwyciłem torbę i wyszedłem z pokoju, cicho zamykając za sobą drzwi. 
- Hej, już spakowany? - usłyszałem głos Sammy, chyba wyszliśmy z pokoi w tym samym momencie
- Tak, później będę mógł ci pomóc z twoją walizką. Wiesz, jeżeli masz zamiar zapakować znów pół pokoju to musimy się pospieszyć. - wyszczerzyłem się w szerokim uśmiechu
- Pff. - prychnęła, a mijając mnie w korytarzu klepnęła mnie w ramię - Lepiej zejdź na śniadanie, bo Nonna nie da ci opuścić tego domu bez pełnego brzucha.
- Okay - zaśmiałem się i posłusznie podążyłem za dziewczyną
W połowie schodów poczuliśmy zapach jajecznicy i świeżych bułeczek. Oh, ile ja bym teraz dał żeby dostać pełny talerz... Bagaż położyłem pod schodami i skierowałem się do jadalni, gdzie zwykle jadaliśmy posiłki. Naszym oczom ukazał się nakryty już stół, dzbanek z parującą herbatą oraz kakao w garnuszku. 
- Buon giorno, dzieci. Siadajcie sobie, a ja już niosę jajecznicę. - Nonna powitała nas z kuchni ciepłym uśmiechem

***

Machaliśmy właśnie na pożegnanie Micah'owi, który podrzucił nas znów na lotnisko. Zanim wsiedliśmy do auta Nonna wyściskała nas porządnie i wcisnęła ukradkiem kilka smakołyków do naszych toreb. Z bratem Sammy pożegnaliśmy się na lotnisku. Kiedy całkowicie zniknął w tłumie skierowaliśmy się w stronę odprawy. Podczas gdy przedzieraliśmy się przez tłuszczę, złapałem Sammy za rękę. Ostatnie czego dzisiaj było nam trzeba, to to żebyśmy się nawzajem zgubili. Oddaliśmy swoje bagaże i przebrnęliśmy przez bramki oraz wykrywacze metalu. Tym razem kontrola przeszła gładko i sprawnie.
Po kilkunastu minutach siedzieliśmy w samolocie. Mieliśmy przed sobą trzy i pół godziny lotu, więc postanowiliśmy się zdrzemnąć. Nie miałem nic przeciw. Pozwoliłem Sam oprzeć się o mnie, a sam oparłem policzek o czubek jej głowy. 
Obudziliśmy się po jakiejś godzinie. Z braku zajęcia zaczęliśmy cicho rozmawiać, ale potem każdy zagłębił się w swojej lekturze. W trakcie czytania zamówiliśmy sobie po ciepłym cappuccino. 

***

Wylądowaliśmy na lotnisku, na którym byłem już tyle razy, że znałem je prawie jak własną kieszeń. Pewnie poprowadziłem dziewczynę przez  jeszcze większy tłum niż we Włoszech do miejsca, w którym umówiłem się z tatą. Specjalnie wziął wolne w pracy żeby móc nas odebrać (po tym jak Sam rozbił mój samochód byliśmy uzależnieni od ojca) i przyszykować posiłek. Uparł się, że to koniecznie on chce przygotować jedzenie. Kiedy wylądowaliśmy w Nowym Jorku była pora obiadowa. 
Pospiesznie przerzucałem wzrok od jednej twarzy do drugiej, szukając tej znajomej. Po kilku minutach siedzenia przy kasie biletowej w końcu go dostrzegłem. Machał w naszą stronę i uśmiechał się przyjaźnie. Kiedy do nas podszedł, rzucił mi się na szyję i mocno wyściskał.
- Tato, starczy. Zaraz mnie udusisz. - wystękałem, odwzajemniając uścisk
Ojciec w końcu mnie puścił i przeniósł wzrok na Sammy. 
- Scott Watson - wyciągnął dłoń w stronę dziewczyny, Sam odwzajemniła uścisk i również się przedstawiła
Jego twarz rozbłysła w szerokim uśmiechu i uściskał dziewczynę. Jeśliby porównać go do mnie można by zobaczyć podobieństwo. Ten sam uśmiech, ciemne potargane włosy. Nawet z charakteru jesteśmy prawie identyczni. Jedyne co nas różni to oczy. Moje są ciemne, a jego szaroniebieskie.
- Witamy w Ameryce - powiedział uroczyście z wyraźnym amerykańskim akcentem i poprowadził nas do samochodu. 


*** 

Droga nie ciągnęła się nam długo, choć staliśmy przez piętnaście minut w korku. Tata zadbał o to by w samochodzie leciała cicha muzyka, a rozmowa kręciła się głównie wokół Morgan, podróży i tak dalej. Od razu dostrzegłem, że między Sammy a tatą zawiązała się nić porozumienia, co bardzo mnie usatysfakcjonowało.
Chwilę później tata wysadził nas pod same drzwi naszego ''małego wieżowca'', a sam pojechał zaparkować samochód w podziemnym garażu kilka metrów dalej. Nie mieszkaliśmy w jakimś wypasionym drapaczu chmur na najwyższym piętrze, więc nie było się czym za specjalnie chwalić. Uśmiechnąłem się do dziewczyny i otworzyłem drzwi. Następnie poprowadziłem Sam do starej towarowej windy, która przerobiona została dla użytku mieszkańców. 
- Od zawsze były tu mieszkania? - ciszę przerwała Sam
Uśmiechnąłem się, naciskając czerwony guzik. Była spostrzegawcza.
- Nie, kiedyś tu był magazyn. Składali tu głównie jakieś materiały budowlane, ale po tym jak firma splajtowała, przebudowali to. - weszliśmy do windy, wcisnąłem guzik z cyferką 4 i od razu pojechaliśmy w górę - Winda towarowa działa o wiele sprawniej niż zwykła - wyszczerzyłem się
Kiedy znaleźliśmy się już na odpowiednim piętrze metalowe drzwi rozsunęły się z trzaskiem. Dawno nie słyszałem tego odgłosu. 
- Tędy, madam. - ukłoniłem się i przepuściłem Sam w przejściu
Dziewczyna zaśmiała się, mijając mnie. Poprowadziłem następnie wzdłuż szerokiego korytarza i stanąłem pod drzwiami oznaczonymi numerem 12. Sammy na pewno siedzi w środku i gra na konsoli, więc zapukałem głośno trzy razy. Zero odpowiedzi. Przewróciłem oczami i sięgnąłem do klamki. Na szczęście była otwarta. Mrugnąłem porozumiewawczo do Sam, przykładając palec do ust. W oczach Sammy zobaczyłem błysk, kiedy kiwała głową i bezgłośnie policzyłem do trzech. Na trzy otworzyłem drzwi na oścież i z krzykiem wparowaliśmy do środka. Zatrzymaliśmy się jednak gwałtownie.
Wpatrywałem się chwilę w bałagan, panujący na podłodze. Poszarpane strzępy gazet i opakowań, których nie byłem w stanie rozpoznać, walały się wszędzie na podłodze. Wśród nich siedział zadowolony pies. Tobi merdał wesoło ogonkiem i poszczekiwał cicho. W ogóle nie zrobiliśmy na nim wrażenia.
- Coś ty zrobił? - zapytałem psa, ten skulił się u moich stóp jakby doskonale zdawał sobie sprawę z czekającej go kary - Masz szlaban na ciasteczka.
Kucnąłem i palcem pokazywałem na zniszczenia. Młody beagle zwiesił łeb i zaskomlał przepraszająco. Sammy zaśmiał się cicho za moimi plecami, po chwili również się zniżyła i oparła o nie.
- Nie krzycz już na niego. - Sam przemówiła w imieniu Tobiego, który zamerdał ogonkiem na dźwięk jej głosu
- I tak dostaniesz karę. - zapewniłem szczeniaka, grożąc mu palcem
Szczeniak nic sobie z tego nie zrobił. Skoczył ku Sam i zaczął się z nią bawić. Dziewczyna zaśmiała się i pogłaskała szczeniaka.
Ja podniosłem się i zamknąłem drzwi. Następnie wziąłem bagaż Sammy i zaniosłem go do góry. Tak, mieliśmy też drugie piętro. 
- Zaniosę torby do mojego pokoju i zaraz cię oprowadzę - rzuciłem przez ramię 
Po pokonaniu schodów skierowałem się do ostatnich drzwi, które były otwarte. Lekkim kopniakiem otworzyłem je na oścież. Zostawiłem tam walizkę Sam, a swoją zaniosłem do sypialni taty. Później się nią zajmę. Zapukałem jeszcze do pokoju Sama i zerknąłem przez szparę drzwi. Dostrzegłem go siedzącego na swoim łóżku z laptopem na kolanach. Oczywiście miał założone słuchawki i nic nie słyszał.
Zbiegłem szybko po schodach. Nigdzie nie zauważyłem Sammy ani Tobiego. Zerknąłem do pokoju gościnnego i tam zastałem ich podczas wspólnej zabawy. Uśmiechnąłem się na ten widok i wróciłem do przedpokoju, by posprzątać cały ten syf zanim przyjdzie tata. Zgarnąłem wszystkie poślinione papierki do worka i wyrzuciłem do kosza pod zlewem. W oczy rzucił mi się niecodzienny widok blatu zawalonego mnóstwem składników. Było wszystko czego potrzeba do robienia hamburgerów. 
Sammy pojawiła się w wejściu kuchni, a za nią przybiegł Tobi.
- Choć, miałem cię oprowadzić. - podszedłem do niej i złapałem ją pod rękę, znów wcielając się w rolę dżentelmena
Przeszliśmy z powrotem do salonu i stanęliśmy przed półkami, na których stało pełno ramek ze zdjęciami oraz szklanych figurek mamy. Sammy wzięła jedną z ramek do rąk i zaśmiała się głośno. 
- To ty? - odwróciła zdjęcie (klik)
- Nie, to jest Sams. Z naszą kuzynką Sarą. - sięgnąłem do zdjęcia na najwyższej półce i podałem je dziewczynie - To jestem ja. (klik)


***

Na kolację faktycznie były domowe hamburgery. Jak ja ich dawno nie jadłem! Podzieliliśmy się obowiązkami: tata smażył kotlety, Sams rozkładał talerze, a my z Sammy układaliśmy kanapki w całość. Jeżeli jakiś kawałek nam spadł na ziemię był zaraz sprzątnięty przez, kręcącego się pod naszymi nogami Tobiego. 
Posiłek przebiegł w miłej atmosferze. Tata zaczął opowiadać nasze najbardziej żenujące sytuacje z dzieciństwa. Jak na przykład to, że tak słodko wyglądaliśmy, kiedy kąpaliśmy się z Samem w jednej wannie. Miałem wtedy pięć lat! Dzieci nie wiedzą jeszcze w tym wieku co to wstyd, a ja teraz z pewnością go odczuwałem. 
- Tato, przestań - jęknąłem, ukrywając twarz w dłoniach
- Niech pan jeszcze opowie kilka historii - Sam zaśmiała się, biorąc następnego kęsa, najwyraźniej spodobało jej się słuchanie moich upokarzających przygód z dzieciństwa
- Cicho - zaśmiałem się i spojrzałem w stronę dziewczyny
- Tato, opowiedz o tym jak Max lubił tańczyć na stole - Sams chyba po raz pierwszy się odezwał 
Przerzuciłem spojrzenie z twarzy Sama na ojca, który, jakby to było jeszcze możliwe, bardziej się ożywił. 
- O nie, koniec na dziś - zarządziłem, jednak nikt mnie nie słuchał
- Pamiętam, jak miałeś trzy lata i podczas którychś z urodzin, wlazłeś na stół. Nawet nie wiem jak ci się to udało. Stanąłeś na środku i będąc w samej pieluszce, zacząłeś tańczyć do muzyki. - ojciec opowiadał to z takim entuzjazmem, że mnie zrobiło się jeszcze głupiej
Dobrze, że akurat nikt na mnie nie patrzył, bo puściłem niezłego buraka na twarzy. Kiedy tata skończył opowiadać wszyscy wybuchnęli śmiechem.


***

Po kolacji chcieliśmy wyjść na miasto, ale zaczęło padać i dość mocno wiać, więc tata nas nie puścił. Mimo tego, że byliśmy już dorośli nadal traktował nas jak piętnastolatków, których trzeba cały czas mieć na oku. Nie miałem mu tego za złe, ale czasem przesadzał z tą opiekuńczością. 
Tak więc, tata zaoferował się, że zmyje wszystkie naczynia, a my mamy sobie iść do pokoju. Sams zaraz po posiłku zaszył się w swoim pokoju. Kiedy zapytałem go czemu nie che z nami posiedzieć, odparł, że umówił się z Peterem, jego kumplem, na granie. Tak więc zostaliśmy we dwójkę. Resztę wieczoru spędziliśmy oglądając film, który zaproponowała Sam. Wybrała jeden z filmów Marvela: Kapitan Ameryka Wojna Bohaterów. Trafiła w jeden z moich ulubionych. 
Po filmie wdaliśmy się w żywą dyskusję na temat każdego z bohaterów. Dowiedziałem się, że jej ulubioną postacią jest Spiderman i ulżyło mi, że nie Kapitan, choć w sumie on też nie jest jakoś najgorszy. Osobiście wolałem Starka. Ubóstwiam jego sarkazm. 
Nim się zorientowaliśmy wichura za oknem rozszalała się bardziej. Schody przeciwpożarowe umieszczone za zewnątrz budynku skrzypiały i trzeszczały złowieszczo. 
- Oddam ci swój pokój, ok? - zaproponowałem dziewczynie, podchodząc do okna.
Zmrużyłem oczy, próbując zobaczyć cokolwiek dalej niż dziesięć metrów od okna. Tam gdzie kończył się blady zasięg lamp, swoje brzegi miała rzeka East River. Ciemna, lekko wzburzona masa wydawała się oddzielać na dobre Brooklyn od Upper New York Bay. Oderwałem wzrok od okna i spojrzałem na Sam. Z lekkim niepokojem spoglądała w moją stronę. Czyżby bała się burzy? 
- Spokojnie, na pewno zaraz odpuści. Zwykle o tej porze roku nie są zbyt gwałtowne. - podszedłem do niej i położyłem ręce na jej ramionach. Spróbowałem jakoś podnieść na duchu, wydawała się na prawdę wystraszona.
- Mhm - kiwnęła głową, siląc się na uśmiech, który niemal od razu rozświetlił jej twarz.
Nie widząc już śladu niepokoju w jej oczach, poczułem ulgę. Nie chciałbym, żeby czuła się u nas źle. 
- Dobranoc - szepnąłem i posłałem jej uśmiech
Pokazałem jeszcze Sam gdzie jest łazienka i wyszedłem z pokoju, dając jej chwilę prywatności. Sam poszedłem do sypialni taty i ogarnąłem swoją walizkę.
Po około pół godzinie zabrałem swoją pościel i zawlokłem ją w dół schodów do pokoju gościnnego. Oddałem swoje łóżko Sam, więc mnie pozostała kanapa. W sumie miałem jeszcze jeden wybór: spać z tatą, ale znając go nie potrafiłbym zasnąć przy jego głośnym chrapaniu.
Chwilę później leżałem już pod kołdrą. Zamknąłem oczy. W tym samym momencie usłyszałem ciche skomlenie tuż przy mojej głowie. Tobi pragnął spać ze mną, a ja nie miałem nic przeciw, więc pozwoliłem mu wskoczyć na kanapę. Szczeniak odszukał w ciemności moją twarz i polizał mnie w usta.
- Ble, Tobi. - ofuknąłem go szeptem.
Mały beagle znalazł skrawek kołdry i wślizgnął się pod nią. Zwinął się w kłębek przy mojej ręce. 

W środku nocy obudziłem się z potrzebą pójścia do łazienki. Cholera, ile ja musiałem wypić podczas kolacji? Wypełzłem spod kołdry, starając się nie obudzić Tobiego i na wpół śpiący poczłapałem w górę po schodach do toalety. Kiedy skończyłem poszedłem prosto do swojego pokoju. Popchnąłem drzwi, które zwykle zostawiam uchylone, ale one za nic nie chciały się ruszyć. pewnie przez przypadek musiałem je zatrzasnąć. Nacisnąłem więc klamkę i po cichy wszedłem do środka. Sekundę później leżałem już w łóżku. Naciągnąłem na siebie kołdrę, słysząc gdzieś w oddali jęk metalowych schodów przeciwpożarowych. Kiedy już odpływałem w objęcia Morfeusza, ktoś jednym szarpnięciem zabrał mi kołdrę. Otworzyłem oczy w końcu uświadamiając sobie, że właśnie wlazłem do łóżka Sam. Przewróciłem się na drugi bok. Przez chwilę biłem się z myślami. Wstać i wrócić na swoją niewygodną kanapę, czy zostać z Sammy? Kiedy jednak zauważyłem w ciemnościach skuloną postać dziewczyny wybrałem drugą opcję. Przysunąłem się bliżej niej i wyczułem, że lekko drży. Ani chwili dłużej się nie zastanawiałem. Wsunąłem prawą rękę pod Sam, a drugą objąłem i przyciągnąłem do siebie. Wtuliłem się w jej szyję, wciągając jej słodki zapach. Usłyszałem jak wstrzymuje oddech, a chwilę później rozluźnia się nieco i wypuszcza wstrzymywane powietrze. Chwilę później wzięła moją rękę i przytuliła ja do siebie jak pluszowego misia. Uśmiechnąłem się sam do siebie i zamknąłem oczy. Czułem, że gdy byliśmy razem wichura nie mogła nam już nic zrobić. Jakiś czas później obaj zapadliśmy w sen.

Rano, zaraz gdy tylko otworzyłem oczy odwróciłem się z nadzieją, że ujrzę śpiącą Sam. Nie zastałem jej jednak w łóżku. Pewnie zeszła już na dół. 
Wstałem z łóżka, wyciągnąłem ciuchy z szafki i poszedłem do łazienki się ogarnąć. Po przebraniu się i wyszorowaniu zębów zszedłem na dół i zastałem wszystkich przy stole, jedzących śniadanie. 
- O, królewicz już wstał? - usłyszałem głos Sama
 - Mhm - zmierzyłem brata wzrokiem
- Najwyraźniej moja królewna nie dała rady mnie dobudzić. - uśmiechnąłem się i korzystając z nieobecności taty, który wyszedł już do pracy, pocałowałem Sammy w czubek głowy
Sams spoglądał to na mnie to na Sammy z wielkim bananem na twarzy. 
- Co się tak szczerzysz? Płatki kukurydziane takie śmieszne? - rzuciłem przez ramię, szykując sobie śniadanie
Całe szczęście, że byłem odwrócony plecami do reszty, bo bratu na pewno nie uszedłby uwadze mój rumieniec. No i nie dałby mi już spokoju chyba do końca życia. 

Po śniadaniu zabrałem Sam na wycieczkę po Nowym Jorku. Tym razem to ja robiłem za przewodnika, a naszym transportem były znane wszystkim żółte taksówki. Pierwszym celem był szczyt budynku zwanego Top Of The Rock. Z jego dachu rozciągał się widok na Central Park, do którego poszliśmy zaraz potem. Po przespacerowaniu połowy parku ponownie wezwaliśmy taksówkę i pojechaliśmy przez Wall Street, nadkładając drogi, by zobaczyć Broadway oraz odbudowany kilka kilometrów dalej na zachód One World Trade Center. Następnie kazaliśmy się zawieść do jakiejś dobrej meksykańskiej restauracji. Okazało się, że nasz kierowca jest Meksykaninem i ma jedną swoją ulubioną knajpkę przy Murray Street. Rosa Mexicano, bo tak zwała się ta restauracja okazała się strzałem w dziesiątkę. Po wyczerpującym zwiedzaniu byliśmy potwornie głodni, a jedzenie tam podawane było bardzo dobre. 
Po napełnieniu brzuchów odwiedziliśmy jeszcze zatłoczone tysiącami turystów Time Square, gdzie poznaliśmy Nagiego Cowboy'a. Mówię poważnie! Występował w samej bieliźnie i kapeluszu, grając na gitarze piosenki country. No dobra, miał jeszcze ubrane kowbojki, ale po za tym nie miał nic. 
Odwiedziliśmy jeszcze kilka sklepów, a potem poszliśmy do małego kasyna. Znajdowało się ono niedaleko mojego mieszkania, więc mogliśmy zostać tam trochę dłużej. Kiedy podeszliśmy do jednej z maszyn do gier usłyszałem jak ktoś krzyczy.
- Watson! - głos dobiegał gdzieś ze środka sali, czyli za moimi plecami - Max!
Tym razem byłem pewien, że chodzi o mnie. Odwróciłem się zainteresowany, kto mnie woła. Dojrzałem przeciskającego się przez tłum Jake'a. Był moim starym znajomym ze szkoły średniej. Kurczę, jak ja go dawno nie widziałem. Sammy również spojrzała w stronę chłopaka.
- Hej! - zawołałem, przekrzykując hałas i pomachałem w jego stronę
- Cześć, noobie. Znudziło ci się rzucanie gnoju? - Jake klepnął mnie dwa razy w plecy, uśmiechając się szeroko
- Jeszcze nie. - zaśmiałem się i przedstawiłem, stojącą obok nas Sammy - Poznaj moją przyjaciółkę, Sam. Sam, poznaj Jake'a.
Jake zagwizdał i zgiął się wpół, posyłając w stronę dziewczyny perlisty uśmiech. Podał jej następnie rękę.
- Miło poznać. 
- Mnie również. - odpowiedziała a następnie posłała mi wyczekujące spojrzenie - Zagramy w końcu?

Resztę wieczoru spędziliśmy w towarzystwie Jake'a, grając na tylu maszynach, na ilu było tylko to możliwe. Wypiliśmy również kilka drinków. Możliwości skończyły się wraz z pustkami świecącymi w moim w portfelu. Wtedy pożegnaliśmy się z Jake'iem i wróciliśmy piechotą do domu. 
Postanowiłem poprowadzić nas skrótem przez malutki park. Było już ciemno, więc drogę oświetlały nam tylko latarnie, oblewając żółtym światłem żwirową ścieżkę. Trzymaliśmy się za ręce. O dziwo w ogóle się tym nie denerwowałem. Kiedy poczułem, że Sam ma zimne dłonie zdjąłem swoją kurtkę i okryłem nią Sammy. Dziewczyna zaprotestowała, ale chwilę później uległa. 


Sammy? 
.:3426 słówek:.
Wena się wyczerpała, więc wyjazd do Morgan możesz opisać ty. xD