poniedziałek, 28 listopada 2016

Od Belli cd. Mary

Obudziłam się. Była 6 rano. Idealnie. Wstałam z łóżka i ubrałam się w białe bryczesy i czarną bluzę dla odmiany. Do tego dobrałam czarne sztyblety i wyszłam z pokoju. Kierowałam się do stajni, miałam zamiar wyczyścić Księcia przed porannymi skokami. Weszłam w końcu do środka. Otworzyłam boks Księcia i przypięłam uwiąz do jego kantara. Wyprowadziłam go z boksu i przywiązałam do jednego z prętów w drzwiach. Z pojemnika wyjęłam zgrzebło, miękką szczotkę, szczotkę do grzywy i kopystkę. Zaczęłam dokładnie go czyśćić naprzemiennie zgrzebłem i miękką szczotką. Po 5 minutach sierść Księcia lśniła, a ja zabrałam się za jego grzywę i ogon. Nie miał kołtunów, ponieważ codziennie dokładnie go czyszczę przynajmniej 2 razy. Nie chciało mi się już pleść mu warkoczyków, więc przeszłam do kopyt. Delikatnie przemierzyłam wzdłuż nogi konia i podniosłam kopyto. Tak zrobiłam z pozostałymi trzema i odłożyłam wszystko spowrotem do pojemnika. Wprowadziłam Księcia do boksu i zdjęłam mu kantar, który razem z uwiązem powiesiłam na haczyku obok drzwi boksu. Poszłam do siodlarni po czaprak z siodłem i ogłowiem. Wróciłam do ogiera i "ubrałam" go w to wszystko. Po chwili wyprowadziłam go na ujeżdżalnię i zaczęłam rozgrzewkę. Jeszcze nikogo nie było bo była dopiero 6:20, więc ustwiłam przeszkody na 195 i zaczęłam stępować. Książe na razie nie pokazywał, że jest spięty, więc się nie martwiłam. Po kilku okrążeniach przeszłam do kłusa, a po następnych do stępa. Zaczęłam w końcu galopować, a spojrzawszy na telefon była 6:35. Jeszcze mam trochę czasu na skoki, więc pomyślałam, że jeszczę chwilkę rozgrzeję Księcia. W końcu zauważyłam, że na ujeżdżalnie wchodzi dziewczyna. Bodajrze była to Mara, ale nie jestem tego pewna. Prowadziła piękną klacz hanowera. Był ze mną pies, zauważyłam, że klacz kiedy go zobaczyła pokazała białki swoich oczu, więc zawołałam:
- Fix, do boksu! - i zauważyłam jak pies biegnie za drzwi do boksu Księcia. 
Kiedy koń minął się ze zwierzęciem próbował uciec swojej właścicielce, ale w końcu go uspokoiła. W końcu zaczęłam skakać, dobrze mi szło, a widownia była zaciekawiona. Z czasem doszła cała reszta, a Książe robił się coraz bardziej spięty. Wybiła nareszcie 7 i zaczął się prawdziwy trening. Nasza nauczycielka zmniejszyła przeszkidy o ponad metr i spojrzała się na mnie gniewnie bo widziała jak skaczę. Mnie i Księcia to zasmuciło, bo tamta wielkość nie była wcale aż taka wielka. Zaczęliśmy po kolei. Najpierw był Cole, a po nim ja. A chciałam być pierwsza! Udawałam sflustrowaną w myślach, aby rozbawić Księcia, ale to nie pomogło. Definitywnie wciąż był wystraszony, a wręcz przerażony! Pani trenerka podeszła do Księcia i pogłaskała go po chrapach, co go niemiłosiernie sprzoszyło. Próbował ją ugryźć, ale wiedziałam, że to zrobi, więc go pogoniłam. Na szczęście była moja kolej, na nieszczęście Książe stuknął w belkę i ją zrzucił przy okazji się płosząc, a ja w tym momencie spadłam. Musiałam akurat teraz?! Książe pobiegł na sam koniec ujeżdżalni, więc wstałam. 
- Nic ci nie jest Bello? - podeszła do mnie Pani Ruby. Ja tylko zaprzeczyłam głową i ruszyłam do konia. W tle słyszałam głos trenerki - Udało ci się ruszyć Maro. Widzę postępy. - Już chciałam zaklaskać, ale powstrzymałam się.
Za sobą usłyszałam kroki klaczy, a w końcu głos Mary:
- Na pewno nic ci się nie stało Bello? - odwróciłam się, a ta uniosła jedną brew do góry.
- Mi? - zapytałam z udawanym zdziwieniem - O mnie nie musisz się martwić, nie takie wypadki się przeżyło i nie na takich koniach. Były też mechaniczne, więc to jest pikuś - mrugnęłam z uśmiechem. - Ale to chyba ja tu powinnam się martwić. Coś się stało?
- Dziewczyny, porozmawiacie sobie po treningu - Przerwała mi Ruby Steward.

<Mara? Opowiadaj, czuję przyjaźń XD>

Od Cole'a CD Mary

Mara wręczyła mi do rąk plan. Świerze wydrukowany dzisiaj. Moja matka nie próżnuje. Haru miała mieć kilka razy basen.
Spojrzałem na dziewczynę. Wzruszyłem ramionami.
- Wiesz mam pomysł jak można pomóc w tym twojej klaczy- powiedziałem
Dziewczyna spojrzała na mnie z iskrą nadziei w oczach. Oddałem jej plan i wyszedłem w boksu swojego konia.
- Z wodą sam miałem kiedyś problem- wskazałem na Av'a
Koń cicho zarżał. Mara spojrzała z lekkim niedowierzeniem.
- No co? Nie patrz tak. Każdemu się zdarza- powiedziałem i uśmiechnąłem się
- Niedaleko jest płytki strumyk. Spokojnie można tam dojść na pieszo- odparłem i skinąłem na nogę dziewczyny
- Nie rób już ze mnie takiej kaleki- odparła i przewróciła oczami
- Dobra, dobra- odparłem- Oczywiście oswajanie konia z wodą będzie trochę trwało- oznajmiłem- Pójdę i powiem mojej matce, że Haru nie będzie dzisiaj na basenie. Nie będziemy narażali konia i innych, a poza tym można tylko jeszcze bardziej ją zniechęcić- wytłumaczyłem
Mara kiwnęła głową i się uśmiechnęła.
- Przygotuj Haru, zaraz wracam- powiedziałem na odchodne
Udałem się do biura. Akurat zastałem tam mojego ojca, ale to i tak w niczym nie przeszkadza. Wytłumaczyłem mu to i owo i wyszedłem z budynku. Idąc w stronę boksu Avenger'a wstąpiłem do siodlarni i wziąłem jego czerwony kantar.
Mara stała przy boksie z Haru, która miała na sobie niebieski kantar.
- Gotowa?- spytałem i założyłem koniowi kantar
- On idzie z nami?- spytała zaciekawiona dziewczyna
- Owszem. Wiesz psa nie brałem, bo Haru zapamiętałaby ten dzień do końca życia - psy i woda- zaśmiałem się

Mara?

Od Mary do Belli

Kolejny dzień. Dziś był poniedziałek a co za tym idzie za 30 minut był trening ze skoków. Szybko się ubrałam, uczesałam itd a potem pognałam do stajni żeby osiodłać Haru. Poszło mi dość szybko bo wczoraj wszystko sobie przygotowałam. Pierwszy jechał Cole. Potem Bella i Adeline. Ja natomiast miałam po prostu utrzymać się w siodle bo nadal miałam nogę w stanie... Krytycznym. Cole zakończył swój przejazd bezbłędnie. Bella ruszyła następna. Jednak coś poszło nie tak i Książę zawadził przednimi kopytami o belkę. Przestraszony zrzucił Bellę i odbiegł na drugi koniec parkuru. Dziewczyna podniosła się.
-Nic ci nie jest Bello? - podeszła do niej Ruby Stewart.
Ta tylko zaprzeczyła głową i złapała Księcia. Postanowiłam spróbować do niej podjechać. Lewą nogą zmusiłam Haru do ruszenia się z miejsca. Klacz posłusznie podreptała do Belli i Księcia.
-Udało ci się ruszyć Maro. Widzę postępy - uśmiechnęła się matka Cole'a.
Ja jednak powoli zsiadłam z Haru. Jak? Przecież mam złamaną prawą nogę a nie obie. Przytrzymując się mojej klaczy, zrobiłam dwa kroki w stronę dziewczyny.
-Na pewno nic się nie stało Bello? - uniosłam brew.

Bella? Takie na szybko

Od Jennifer cd Cole'a

Spojrzałam na Cole'a i popędziłam klacz.Nie byłam pewna tego pomysłu, ostatnio rzadko skakałyśmy, lecz nie mogę dać tego po sobie poznać, prawda? Klepnęłam La'Primę w szyję i dołożyłam łydki.Klacz posłusznie przyspieszyła do kłusa.Spojrzałam na parkur, nie wydawał się trudny choć zaniepokoiła mnie reakcja Primy. Cofnęła się i położyła uszy po sobie.Było to dla mnie ostrzeżenie.Po chwili klacz wierzgnęła dość mocno, przez co znalazłam się dosłownie na jej szyi.Próbowałam wrócić do siodła, lecz klacz miała inne plany.Pochyliła się a ja zjechałam po jej szyi wprost na ziemię.Pod koniec swego dzieła parsknęła radośnie i oczekiwała, aż wstanę.Podniosłam się z podłoża otrzepując kurz i brud p czym ponownie dosiadłam La'Primy.Tym razem stała spokojnie żując wędzidło.
-Sytuacja opanowana-Odparłam poprawiając kosmyk włosów spływający po moim czole.Pierwszy jechał Cole, cały przejazd był wzorowy. Teraz moja kolej. Stęp, kłus a po chwili galop i najazd na przeszkodę.Szło dobrze,do czasu.Pierwsza była stacjonata, Prima perfekcyjnie skoczyła.Koperta również nie była trudna.Okser również klacz pokonała bez najmniejszego trudu.Katem oka dostrzegłam to.Źrenice mi się powiększyły i skręciłam klacz na przeszkodę.Następny był triplebarre, mój koszmar na jawie.Wspomnienia wróciły, od razu przed oczami miałam te zawody.Skaczący Vigor i ten niebezpieczny upadek.Coś ukuło mnie serce.Ale było za późno.Raz, dwa, trzy, cztery HOP! Za wcześnie! Byłam pewna , że nam się nie uda.
-Dalejjj!-Krzyknęłam przeciągając.Prima skoczyła idealnie.Przerażenie wciąż malowało się w moich oczach, spojrzałam na Cole'a.Nie wyglądałam chyba na przerażoną, chłopak uśmiechnął się tylko.
-Wiesz, chyba odprowadzę Primę do boksu, jest zmęczona-Westchnęłam i popędziłam klacz zostawiając Cole'a samego.Rozsiodłałam La'Primę i odniosłam jej sprzęt do siodlarni, po czym skrupulatnie zaczęłam ją oglądać, by wykryć jakieś ranki czy inne urazy.Brak jakichkolwiek skaleczeń.Zimny wiatr wpadł do stajni podrywając resztki kurzu w powietrze.Właśnie wszedł Cole.Przez chwilę patrzyłam , co robi lecz po chwili odwróciłam się do klaczy, gdy poczułam na sobie jego wzrok.Postanowiłam jeszcze puścić klacz na basen.Nie dostrzegłam Megami, która spała przy boksie Primy i ta nastąpiła na jej ogon.W stajni rozległ się straszny pisk a Prima stanęła na tylnych kopytach.Uspokoiłam ją szybko i pogładziłam po chrapach.Kiedy spróbowałam się cofnąć , potknęłam się o suczkę a klacz ponownie zestresowana wyrwała się mi i korzystając z okazji uciekła przez uchylone drzwi.
-La'Prima!-Krzyknęłam zrywając się z ziemi.Cole również próbował pomóc, na próżno.Prima oddaliła się na tyle daleko, że nie mogłam jej dojrzeć.Bez namysłu wpadłam do boksu pierwszego , lepszego konia, który okazał się być kucem.Lekko zniesmaczona szybko osiodłałam Tini i ruszyłam galopem śladem Primy.Nigdzie jej nie było, w dodatku zaczął padać śnieg który po kilku minutach zakrył ślady mojej ukochanej klaczy.Zatrzymałam się, by zaplanować dalsze czyny
-Musi gdzieś być,przecież nie mogła uciec gdzieś daleko, prawda?-Zapytałam sama siebie klepiąc Tini po szyi.
-Prawda-Odpowiedział głos za mną.Cole wraz ze swoim koniem ruszyli za nami.Moją bladą twarz oblał ciepły uśmiech, przynajmniej nie będę sama.Kuc ruszył kłusem, a ja bacznie wypatrywałam Primy.
~~~~~~
Minęło kilka godzin i świat oblał mrok, uniemożliwiło nam to dalsze poszukiwania.Moje gardło od tych nawoływań zdążyło się już zedrzeć a ręce bolały mnie niemiłosiernie. Tini również nie w smak było iść dalej w las, więc zawróciliśmy.Czułam się okropnie, straciłam kogoś tak mi bliskiego,kogoś, na kim mogłam polegać.Bo tylko ona mnie rozumiała, mimo swej upartości była dla mnie niczym skarb. Wtem coś poruszyło się w gęstych zaroślach.Zacisnęłam mocniej wodze i popędziłam klacz, jednak ta stała nieruchomo.Cole również zatrzymał Avenger'a. Ku zdziwieniu nas obojga z krzaków wyszła nie kto inny, jak La'Prima.Zsiadłam i podbiegłam do niej, mocno obejmując jej szyję.Była brudna od błota a w jej grzywie tkwiło wiele liści.Wsiadłam na Tini i popędziłam ją do galopu.Prima posłusznie podążała za nami aż do stajni.Zaprowadziłam kuca do boksu i po rozsiodłaniu mogłam zająć się moim brudasem.
~~~~~~
Kolejne godziny mijały na dokładnym czyszczeniu Primy. Cole zniknął mi z pola widzenia i miałam chwilę tylko dla niej.Ziewnęłam przeciągle i spojrzałam na zegarek.Już 1 ? Szybko znalazłam się w swoim pokoju i miałam kilka godzin snu, przed zajęciami.Budzik zadzwonił.Czas iść na zajęcia.Szybko ubrałam się i mimo ogromnego zmęczenia udałam się do stajni.Nigdzie jednak nie mogłam znaleźć siodła westernowego.Gdzie ja je zostawiłam? Ah! Już wiem! Pomknęłam niczym błyskawica w sam kąt siodlarni , gdzie znalazłam zgubę.Osiodłałam Primę, wyraźnie była wielce nie zadowolona z lekcji westernu.Przeciągnęłam się i już miałam wychodzić, gdy zatrzymał mnie Cole.
-Gdzie się panienka wybiera?-Zapytał z uśmiechem
-Na trening-Mruknęłam
-O 6.00 w czwartek ?-Zaśmiał się znajomy.Robiąc wielkie oczy spojrzałam na kalendarz.Rzeczywiście , jest czwartek. Ahh, wszystko mi się miesza.Błyskawicznie rozsiodłałam Primę i usiadłam przy jej boksie wpatrując się w Cole'a. Widziałam ruch jego ust.
-Możesz powtórzyć? Nie słuchałam - Przyznałam uśmiechając się sarkastycznie

<Cole? Wenaaaa *o* >

Od Nicolas'a C.D. Carmelisy

Właśnie przyjechałem do Morgan University. Wyprowadziłem Silence z przyczepy i dałem jej pełną swobodę. Po zakwaterowaniu się i wypakowaniu swoich rzeczy, osiodłałam klacz i zaprowadziłem na parkur gdzie skakała jakaś inna dziewczyna.
***
Po chwili spadła z konia, a sam wierzchowiec uciekł.
-Nic ci się nie stało? - podałem brunetce rękę.
Ta jednak nie przyjęła pomocy. Szybko wstała i ztrzepała z siebie pył. Potem zmierzyła mnie krytycznym spojrzeniem i po krótkiej analizie sprawdziła gdzie jest jej koń. Okazało się że czarny rumak nie odbiegł aż tak daleko. Night Silence, niczym niewzruszona stała i skubała nieco trawy.
-Nic - odparła dziewczyna.
-Jestem Nicolas Fleming. A ty panienko? - powiedziałem.
Wydawała się być zdziwiona moimi słowami. Obok moich nóg Julian zamerdał plamistym ogonem.
-Carmelisa. Myślę że samo imię ci wystarczy, Nicolasie - stwierdziła.
***
Carmelisa zabrała swojego konia i odeszła w stronę stajni. Ja natomiast skoczyłem dwa razy po 4 stacjonaty, jeden okser i na koniec mur. Zdyszaną Silence okryłam kocem i zaprowadziłem do jej przestronnego boksu. Parsknęła cicho i dała się pogłaskać.
-No już madamé. Może być jakiś smakołyk? Jutro poćwiczymy tropienie - szepnąłem do klaczy.
Ta lekko potrząsnęła łbem. Chyba się zgodziła. Z kieszeni wydobyłem kawałek jabłka i podałem go mojej kochanej Night. Zamknąłem ją w boksie i cmoknąłem na Jules'a. Pies zamerdał ogonem po czym radośnie za mną pobiegł. Zdążyłem zapomnieć o tajemniczej Carmelisie i o jej "drobnym" wypadku. Teraz moje myśli zaprzątała kwestia tego jacy są tu inni uczniowie oraz jak sobie radzą na treningach. Jednak musiałem poczekać z tym do jutra. Wiedziałem, że wszyscy poszli na obiad przygotowany przez panią Marię i Vandę. Na obiedzie wypatrzyłem tą samą dziewczynę, która dziś spadła ze swojego wałacha.
<Carmel? Może być?>

Nicolas Fleming i Night Silent

from google
Motto: "Przegranych może być wiele. Zwycięzca jest tylko jeden, dlatego tak trudno jest nim zostać. I tak trudno pogodzić się z tym, że się przegrało."
Imię: Nicolas. Jak się pewnie domyślacie... Mówią mu Nico lub Nick. 
Nazwisko: Fleming
Płeć: Mężczyzna bez dwóch zdań.
Wiek: 6 grudnia 1991 rok (23 lata) jesteś Happy Cole?
Pochodzenie: Stany Zjednoczone, Floryda
Pokój: 22
Grupa: II
Poziom: Średnio zaawansowany
Koń: Night Silent
Głos: John Newman
Partner: ---
Rodzina:
Matka - Roxana Fleming - Zapracowana lekarka. Dokładniej to chirurg plastyczny.
Ojciec - Tiberius Fleming [*] - Podobno był złym ojcem. W młodości zaciągnął się do U.S.A Army i zginął podczas 
misji zagranicą. No i rzecz jasna Nico już go nie poznał. 
Starsza siostra - Amber Fleming - Od niedawna studjuję weterynarię. Zawsze starała się pomóc młodszemu bratu. 
Ciotka - Melissa Carter-Cruz - Zaopiekowała się dzieciakami gdy osiągnęły po 13 i 15 lat. Uczciwa, charyzmatyczna kobieta o ogromnej miłości do koni.
Aparycja: Dość niski, mało wyróżniający się z tłumu chłopak. Ma brązowe włosy i szare oczy które zaczną ci się 
wydawać zbyt stalowe i zimne. Na rękach posiada liczne blizny, o których lepiej z nim nie gadać. Ubiera się raczej w idealnie dopasowane ubrania. Jego rysy twarzy są delikatne, jakby namalowane lekkim pędzelkiem lub gęsim piórem. Nie ma wady wzroku, a co się się z tym wiąże? Nie nosi okularów. Wierz mi że nie dostrzeżesz na jego ubraniach i butach rzadnej skazy. Cóż poradzić? Taki już jest Nico.
Charakter: Nicolas... Już jego imię zawiadamia o tym że jest on... Dziwny na swój sposób. To szarmancki, uczciwy i pełen inteligencji mężczyzna. Faktem jest to że zachowuje się jak książę sprzed 200 lat no ale co na to można poradzić? Nigdy nie robi niestosownych rzeczy. Nie bawi się. Nie ma takiego poczucia humoru jak inni i na ogół rzadko ujrzysz na jego twarzy uśmiech mówiący, że wszystko jest okej. Oszczędny w słowa i nieco zamknięty w sobie. Trudno mu uświadomić, że tak naprawdę jest inni niż wszyscy i nie do końca normalny. To samotnik. Woli usuwać się w cień i nie mieć towarzystwa. Jest charyzmatyczny i zawsze dotrzymuje danego słowa. Jeśli powie, że coś zrobi to na pewno tak właśnie będzie. Jednak jest także ostrożny jak chodzi o dobór towarzyszy. Najpierw przeprowadzi na tobie próbę zaufania i lojalności. Dopiero potem mianuje na przyjaciela no i podzieli się z tobą swoim brzemieniem, a ty z nim. Pomocny i uparty jak osioł. Między innymi właśnie dlatego 
nadal uważa, że niczym się od innych nie wyróżnia. Nicolas'a cechuje odwaga. Zresztą... Jej brak byłby nie do zniesienia. Jeśli masz wątpliwości co do niego to prędko je rozwiej bo właśnie przedstawiłam ci najbardziej altruistycznego człowieka. Warto wspomnieć, że Nick jest realistą. Nie ma marzeń. Nie potrafi kłamać i głęboko opłakuje bliskich. Nie jest jednak aż taki idealny. Bo potrafi zdobyć się na sarkazm i nieco grobowego poczucia humoru. Gdy się bliżej poznacie to ujrzysz w nim troskę i wiele miłości. Kryje on ją jednak głęboko w sobie i nie pozwala jej sobą kierować. 
"Forever alone"...
To idealne określenie na Nico. Jego trzeba naprawdę dobrze poznać żeby móc cokolwiek więcej o nim powiedzieć. A poznawanie go będzie niczym wspinaczka na Mount Everest. Długa, ciężka. Z każdym dniem zwątpisz w siebie i w niego. Jednak nie wątp. Nie wolno się poddawać bo to najgorsza z możliwych opcji. Weź się w garść, a pewnego dnia wreszcie dotrzesz na sam szczyt. Czy wiesz jaki to piękny widok oglądać świat z góry? Nie? A tak samo jest z Nicolas'em. Poznasz świat w zupełnie innej odsłonie i zyskasz nowego sojusznika. Nie skiepść tego co już masz. Nie będzie drugiej szansy.
Zainteresowania: Od 2 roku życia całe dnie przesiadywał w stajni, u boku koni wojskowych. Trenuje grę na skrzypcach oraz pianinie. Uprawia sporty wodne oraz zimowe no i uczy się strzelać z łuku. Interesuje się kynologią oraz pisarstwem. Kiedyś trenował judo, a obecnie uczy się Street Dance'u. Lubi fotografować ciekawe zabytki. 
Inne
~ jest wegetarianinem
~ uwielbia Władcę Pierścieni oraz Hobbita
~ słucha muzyki, ale bez rock'u i disco polo
~ książkoholik, w swoim domu ma wiele książek
~ od czasu do czasu trenuje psy i konie do wojska lub policji
~ kiedyś chciał zostać dziennikarzem, ale plan nie wypalił
~ nie lubi słodyczy
~ pije kawę ale tylko z miodem
~ nie lubi tatuaży, oraz brzydzi się tym że można się tak okaleczać
~ mówi po rosyjsku, hiszpańsku, norwesku, francusku, niemiecku oraz portugalsku z czego ma francuski akcent
~ komiksy typu Marvel to nie jego bajka
Kontakt: Komunia03
Inne Pupile
Julian

~*~*~*~

from tumbrl
Imię: Night Silent (ang. Nocna Cisza)
Płeć: Klacz
Rasa: KWPN (niegdyś była klaczą wojskową) 
Data urodzenia: 17 listopad 2010 rok (6 lat)
Charakter: Silent to bardzo utalentowana klacz. Ona zdaje sobię z tego sprawę i zawsze chodzi z dumą i gracją. W jej oczach dostrzeżesz inteligencję oraz zrozumienie. Przy siodłaniu kręci się, prycha, kopie i gryzie. Woli jeździć na oklep niż z siodłem. Nie jest łakoma. Na parkurze to ona prowadzi i liczy kroki do skoku. Jednak zdążają się momenty że musi dać właścicielowi nad sobą zapanować. Nie polecam jej dla ambitnych i tych którzy nadużywają bata bo ona się go boi. Dla początkujących skoczków? W sam raz. Ona uwielbia dzieci oraz gdy może się jakoś popisać. Na tyle zaufała Nicolas'owi, że nie potrzebuje być uwiązana. I tak nie zostawi go samego i bezbronnego. Będzie go bronić. 
Specjalizacja: Skoki i cross
Umiejętności: Jak wiadomo - Night Silent kocha skoki. Z ujeżdżeniem też nie ma problemów. Przed westernem stara się uciekać, a co do wyścigów... Jest szybka tylko czy to wystarczy by wygrać? Raczej nie. Silent nie boi się tłumu. Jej zaletą jest to, że umie wykonać liczne sztuczki. Nie tylko te dla kucyków... Lecz także te dla psów. 
Właściciel: Nicolas Fleming

Od Carmelisy

Jesienne słońce mocno dawało się we znaki, kiedy parkowałam na parkingu. Pasztet nie omieszkał całą drogę w swym kocim języku komentować gorąc bijący od szyb, mimo że jego transporter wcale nie był narażony na zbyt wysokie temperatury. Trudno, pomyślałam, wysiadając ze swojego samochodu. Całe szczęście, Fly był niezgorszym kompanem jeśli chodzi o podróże przyczepą. Wcześniejsze potwierdzenie przybycia także okazało się być wcale dobrym pomysłem, albowiem telefoniczne instrukcje wydane przez panią z recepcji okazały się być niezwykle pomocne. Teoretycznie znałam położenie większości budynków, co mogło pomóc w ograniczeniu kontaktu z ludźmi. 
  Wyprowadziwszy konia, skierowałam się do od razu widocznej z mojej perspektywy stajni. Stukot podkutych kopyt Dancera akompaniował się z widokiem ekskluzywnych miejsc akademii. Wyczuwałam naprawdę niezłą przygodę- widząc parkur i czworobok w mojej głowie już zaczęły świtać pomysły na trening. 
  Weszłam do budynku stajni- przyznam, że zrobił na mnie ogromne wrażenie. Z resztą, na moim rumaku również- z tego podniecenia aż stanął jak wryty, odmawiając wejścia wgłąb, gdzie już teraz znajdowały się inne wierzchowce. Cmoknięcie wybudziło go z transu na tyle, by popatrzył na mnie cielęcym wzrokiem. Westchnęłam cicho. Czasem jednak wolałam go jako dzikusa. 
  Wprowadziwszy konia do boksu, ponownie ruszyłam do samochodu. Chwyciłam transporter z Pasztetem i wyciągnęłam resztę mojego bagażu. Po drodze zerknęłam jeszcze na pakę zawierającą cały sprzęt dla konia, wzdychając cicho. Obiecałam sobie że zaraz po niego wrócę. Ruszyłam powolnym krokiem obserwując wszystko to, co od dziś mogłam nazywać swoim domem. 
   ***
  Siedząc w pokoju, przyglądałam się beżowym ścianom. Rejestracja i wypełnienie tych wszystkich cholernych druczków przebiegła bezproblemowo. Do tej pory zauważyłam tylko jakąś dwójkę, rozpoznając w chłopaku syna właścicieli. Miałam nadzieję, że grupy nie będą zbyt liczne. Dancer nigdy nie lubił dużej ilość koni na treningu, ja też wolałam klasyczne trio koń-jeździec-trener.
   Wstałam z miękkiego łóżka. Podeszłam do biurka, na którym leżała wypisana kartka z podziałem godzin. Przebiegłam wzrokiem po literach, zatrzymując się na pięciu z nich. Cross. Nie to, żebym martwiła się o siebie, lecz... Cóż, Dancer niezbyt go lubi. Właściwie to nawet bardzo go nie lubi. Wzdrygnęłam się na wspomnienie urwanego uwiązu i konia biegającego sobie luzem po całym terenie ośrodka- kilka zgrabnych dębów i lewad niczym z Hiszpańskiej Szkoły Jazdy wystarczyły by zniszczyć linę, i moje rękawiczki. 
  Spojrzałam na zegarek, który miałam na prawej ręce. Zbliżała się pora o której zwykle trenujemy, także zamknąwszy pokój na klucz, wybyłam, zostawiając zaciekawionego nowym otoczeniem Paszteta samego. Cały sprzęt łącznie z rzędem konia i moimi pierdołami został w samochodzie. Zbiegłam po schodach i spacerowym krokiem podążyłam w kierunku samochodu. Kluczyki brzęczały ocierając się o siebie w kieszeni bryczesów, które ubrałam tuż po zakwaterowaniu się w akademiku. 
   Otworzyłam drzwi i wyciągnęłam sporej wielkości pakę. O zgrozo, jeszcze jedno siodło musiałam zostawić w domu, albowiem nie wiedziałam jak będzie z miejscem w siodlarni. Tam tez pierwsze skierowałam swoje kroki, taszcząc ogromną skrzynię, całe szczęście z kółkami. No cóż, przynajmniej była pojemna. Kątem oka zarejestrowałam jeszcze obraz wyjeżdżającego w kierunku lasu Cole'a i wystrzeliwującego za nim jak torpeda psiaka. 
   Położywszy większość rzeczy na swoim miejscu, zabrałam jedną w miliona niepotrzebnych podróbek MagicBrusha, kopystkę i podstawowy rząd. Niosąc czaprak na siodle, na czapraku podkładkę przykrytą popręgiem, na który rzuciłam ochraniacze, obok których leżały wyżej wymienione szczotki, z ogłowiem na ramieniu, naprawdę zazdrościłam tym wszystkim którzy mogą wsiadać na oklep na cordeo. 
   Weszłam do boksu, wcześniej zostawiając cały sprzęt na miejscu do tego przeznaczonym. Pogłaskałam Dancera po chrapach, po czym zabrałam się za czyszczenie rumaka. Ciemna sierść lśniła pod światłem popołudniowego słońca, a średnio długa grzywa widać miała dziś dobry dzień.  Po kolei nałożyłam wszystko to, co przytachałam z siodlarni, co koń skwitował obojętnym machnięciem ogonem. Odkąd na treningach przestaliśmy robić zbyt wiele, traktował przygodę z chodzeniem pod siodłem jako relaks. Naprawdę chciałabym już wrócić do tych godzin, kiedy ćwiczyliśmy ciągi czy inne ustępowania. Gdyby nie ten cholerny cross, najprawdopodobniej nie byłoby mnie tutaj, lecz na zawodach. Z nostalgią przypomniałam sobie coroczną rywalizację na rozpoczęcie roku szkolnego. 
   Zostawiając osiodłanego konia, ruszyłam do siodlarni po sprzęt dla siebie. Przetarte sztylpy do ciorania, rękawiczki które miały na sobie resztki siana. Porysowany kask, właściwie dzięki któremu jeszcze żyję. Dopóki nie zaczniemy jeździć wyższych klas, nie ma sensu zakładać ostróg czy brać bat- skwitowałam, patrząc na smętnie niewypastowane paski od wyżej wymienionych i skokowy palcat.
   Wyprowadziłam wierzchowca z boksu i podążyłam w kierunku betonowych schodków. Wsiadłam,  jednocześnie kilka sekund później ruszając leniwym stępem na luźnej wodzy w kierunku parkuru. Minęłam kilka osób, uważnie się im przyglądając. Dancer, niby na przywitanie, prychnął w tylko sobie znanym kierunku. Rytmiczny stukot kopyt po betonie zgrywał się w harmoniczny interwał będący dwudźwiękiem z szumem wiatru.  
***
 Rytm, równowaga, tempo.
  Powtarzałam sobie znaną mantrę wyjeżdżając zgrabną woltę pomiędzy przeszkodami. Skrócony galop Dancera przypominał nieco konika na biegunach- ten, od którego zaczęła się moja przygoda. Aktualnie minęło około czterdzieści minut treningu- zdążyliśmy w sumie tylko rozruszać mięśnie w każdym z trzech chodów. Nie chciałam go przeciążać, zwłaszcza że pobyt w nowym miejscu mógł być dla niego stresujący. Mimo wszystko, czując że Fly jest wypoczęty, odszukałam wzrokiem jedną z niższych przeszkód znajdujących się na parkurze. Stacjonata na oko 60 cm wyglądała dość zachęcająco. 
   Najeżdżając na przeszkodę, zaczęłam tęsknić za zastrzykiem adrenaliny, który zawsze dostawałam przed ponad metrowymi przeszkodami. Raz, dwa, trzy- płynny skok i pasujący odskok to zdecydowanie było coś, co lubię. 
   Ponownie wyjechałam na ścieżkę, z zamiarem znalezienia czegoś nieco wyższego. Seria baranów wyrzuconych z kosmos i nagła teleportacja zaskoczyła mnie na tyle, że nawet nie zdążyłam zobaczyć powodu płochu rumaka- strzemiona, które nagle znalazły się wszędzie tylko nie pod moją stopą, zdecydowanie utrudniły mi to działanie. Próbując wykręcić woltę, niesamowity zwrot na zadzie spowodował całkowitą utratę równowagi. Efektowne salto zakończyłam niezbyt efektownym upadkiem na kość ogonową. Zdążyłam jeszcze zauważyć to tylne kopyta wierzchowca tuż przed moją twarzą.
   Zaklęłam szpetnie, otrząsając się z tumanów wzbitego w powietrze piasku. Zobaczyłam nad sobą dłoń.
  - Nic ci nie jest? 
<ktoś, coś? :3>

Od Belli cd. Jacoba

Uf, na szczęście się zgodził. Nie wiem co bym zrobiła, gdyby ktoś poskarżył się na mnie bo mój koń całkowicie przypadkiem kogoś kopnął, albo ugryzł. Wróciłam do mojego zajebistego lamborgini i wyjęłam dwie walizki z bagarznika i skierowałam się do akademika. Tak nazywam każdy budynek, w którym mieszkam i podlega on jakiejkolwiek szkole. Skierowałam się do recepcji. Kobieta tam pracująca dała mi kluczyk do pokoju numer 37, kiedy się przedstawiłam. Ruszyłam do mojego nowego mieszkania. Kiedy tam dotarłam, otworzyłam drzwi i dokładnie się rozejrzałam. Nawet mi się podobała kolorystyka i wielkość. Pokój był na prawdę spory. Na biórku zauważyłam plan lekcji i treningów. Położyłam walizki na ziemi i wróciłam na podwórze. Postanowiłam przestawić gdzieś moje auto, bo trochę się rozgościłam parkując go na trawniku. Wsiadłam do środka i odpaliłam silnik. Pojechałam na duży parking i zatrzymałam się w cieniu. Z tylnego siedzenia zabrałam sprzęt Księcia i wróciłam do stajni, a zastałam tam bardzo ciekawy widok. Zaczęłam się śmiać, a w końcu wydusiłam z siebie:
- Jest świetna! - podeszłam do Księcia i postanowiłam się nim zająć. Założyłam mu kantar i już chciałam sięgnąć po jego czerwony uwiąz, kiedy Jacob się do mnie odezwał. 
- Bella, idę z Apollem na padok, dużo dziś przeżył. Będziesz tutaj? - spytał.
- Tak - odpowiedziałam mu.
~*~
Książe był już czysty, więc odprowadziłam go do boksu. Usiadłam mu na grzbiecie i mocno się do niego wtuliłam. Zaczęłam kreślić kułka na jego szyi i czułam, że powoli się odpręża. Kiedy Jacob wrócił przyjrzał się mi i spytał:
- Może chcesz gdzieś wyjść ze mną? - spytał.
- Jasne, bardzo chętnie, tylko znajdę mojego psa, niewiadomo gdzie się teraz szwęda - zaśmiałam się.
- O wilku mowa - powiedział Jacob, więc wyprostowałam się.
Zauważyłam bardzo ładną dziewczynę, no prawie bardzo ładną. Gdyby nie ta rozmazana tapeta, rozczochrane włosy i wściekły wyraz twarzy, byłaby śliczna.
- To twój pies? - zwróciła się do chłopaka. Jacob otworzył usta, ale przeszkodziłam mu. 
- Nie - zsiadłam z konia i wyszłam z boksu - on jest mój. Masz jakiś problem?
- Owszem. Może następnym razem go pilnuj zanim kogoś zgwałci. 
Puściła go i wyszła ze stajni. Zrobiłam zdziwioną minę, a jak znikła już całkiem, zaczęliśmy się śmiać z Jacobem, a Książe postanowił do nas dołączyć, co nas jeszcze bardziej rozbawiło.

<Jacob? Możesz być następny xd>

Adeline Campbelle i Ozyrys

from pinterest
Motto: "Wymagajcie od siebie choćby inni od was nie wymagali"
Imię: Adeline, przyjaciele mają ten przywilej zwracania się do niej Del, Deli. Inne przezwiska nie są z jej strony mile widziane.
Nazwisko: Campbelle 
Płeć: Kobieta

Wiek: 7 stycznia 1998 rok (19 lat)
Pochodzenie: Nowy Orlean, Luizjana, Stany Zjednoczone. Dorastała przez całe życie na obrzeżach miasta w 
jednorodzinnym domu z ogromnym ogrodem, jej mama hobbistycznie zajmowała się florystyką.
Pojazd: BMW serii 2 Coupé. Nieco zmęczony życiem, jednak nadal niezastąpiony pojazd, nazywany przez Adeline Williamem. 
Pokój: 26
Grupa: I
Poziom: Średnio zaawansowany, jednak bardziej pod względem teorii. Adeline nadal kocha jazdę konno, jednak nie może zebrać się w sobie, by znów wsiąść na konia i doskonalić swe umiejętności. Spowodowane jest to przez traumę, jak spoktało ją po śmierci jej dziadka.
Koń: Ozyrys
Głos: Alesso
Partner: ---
Rodzina:
Elisabeth Campbelle - cudowna kobieta i niemniej cudowna matka. Zawsze miała świetny kontakt z Adeline, stanowiła dla niej oparcie, przyjaciółkę, autorytet. Obecnie czas poświęca nowo założonej firmie, zajmującej się organizacją ślubów i wesel.
Patrick Campbelle - Adeline jest dla niego prawdziwą córeczką tatusia. To on nauczył jeździć ją na rowerze, 

odwoził na treningi i pilnował, by zawsze była uśmiechnięta.
Edward Campbelle - straszy brat i najlepszy przyjaciel (no, obok Ozyrysa i Neptuna oczywiście). Dzielą ich jedynie dwa lata, przez co od niepamiętnych czasów trzymają ze się sobą razem jak Flip i Flap. Tego roku zaczął przykładać ogromną wagę do swej kariery, jest początkującym zawodnikiem WKKW z ogromnym potencjałem.
Ruth Campbelle - babcia Adeline. Wyjątkowo silna i mądra kobieta, po śmierci męża przejęła stajnie i radzi sobie doskonale.
Steve Campbelle - ukochany dziadek. Jako pierwszy dbał o umiejętności jeździeckie Adeline, miał do tego doskonałe warunki, był bowiem właścicielem dobrze prosperującego klubu jeździeckiego, ponadto w młodości trenował konie wyścigowe i wiódł życie osławionego dżokeja. Z czasem porzucił karierę, zamknął klub i zajmował się końmi prywatnie. Zmarł rok temu w tragicznym wypadku, którego sprawcą był narowisty koń.  
Aparycja: Wśród tłumu dzisiejszej młodzieży ciężko znaleźć niepowtarzalną osobę; wszyscy podążają ślepo za obecnymi trendami mody, trzymają w ręku telefon, na siłę próbują się upiększyć makijażem, czy wymyślnymi fryzurami. Jednak nie Adeline. Ona należy do niewielkiej grupki ludzi, na których nie sposób nie zwrócić wzrok na chociażby ułamek sekundy. Wysoka, szczupła dziewczyna. Jej twarz nie posiada żadnych skaz, przywodzi na myśl portrety wielkich władczyń sprzed kilkuset lat. Dumna, jednak delikatna, posiadająca łagodne rysy, zawsze zdobi ją znikomy cień uśmiechu. Otaczają ją miękkie fale czekoladowych włosów. Zazwyczaj Adeline pozostawia je rozpuszczone, pozwalając, aby kaskadami spływały po jej ramionach. Oczy dziewczyny to głębia, w której 

przez nieuwagę można zatonąć. Krótka chwila, a intensywny brąz, często wyglądający jak nieskazitelna czerń 
zupełnie cię pochłonie.
Dziewczyna posiada pełne usta, które zdobi matowymi szminkami w pastelowych odcieniach różu, czerwieni i fioletu.
Zamiast telefonu podczas miejskich spacerów w dłoni niesie książkę. Nie ma określonego stylu ubioru. Raz przywdzieje na siebie T-shirt z odkrytym brzuchem, szorty, wyglądające jakby jakiś wyjątkowo zdenerwowany kot obrał je na ofiarę, na której wyżyje swoją złość oraz zwyczajne trampki. Innego dnia będziesz mógł ja spotkać w subtelnej białej koszuli z bufiastymi rękawami, eleganckiej, dopasowanej spódnicy w stonowanej czerni, sięgającej kolan . Dobierze do tego równie czarne, sznurowane botki.
Jej chód jest przepełniony wdziękiem, mylnie kreując ją na o wiele starszą kobietę, niż w rzeczywistości jest. Głos natomiast znacznie ją odmładza. Słodki jak melodia wygrywana przez metalowe dzwoneczki, poruszane wiatrem, delikatny jak szum gałązek wierzby.

 Charakter : Adeline od zawsze lubiła się wyróżniać. Gdy tylko mogła, stawała przed szeregiem monotonii z uniesioną głową, świadomie ściągając na siebie nieprzychylne spojrzenia innych. Otwarcie mówi o swych 
poglądach i zainteresowaniach. Szczerość? W przypadku Del występuję niemalże w każdej jej wypowiedzi. 
Gardzi ona kłamstwem, jednak jak dobrze wiemy, nieraz musimy się nim posłużyć.
Cechą dominującą tejże dziewczyny jest wewnętrzny spokój i empatia. Mimo swojego młodego wieku zdaje sobie 
sprawę z okrucieństwa świata, dlatego na wszelkie sposoby próbuje je zniwelować, chociażby małymi gestami pomocy. Nie narzeka na coraz częstsze akty bestialstwa ze strony ludzi, bez zbędnych słów przechodzi do działania. To świadczy o stanowczości, jaka charakteryzuje Adeline. 
To zdecydowanie typ ambiwertyka. Nie zamyka się na innych, jednak o wiele lepiej czuje się w gronie przyjaciół, niż zupełnie obcych ludzi. Niektórym zawieranie nowych znajomości przychodzi ot tak, są gadatliwi i otwarci. Adeline woli natomiast zachować dystans i jeżeli to tylko możliwe, usunąć się w cień, dając pole do popisu innym. 
Niekiedy działa zbyt porywczo, nie zastanawiając się nad skutkami podjętych decyzji. Zaledwie kilka razy zdarzyło się, by poświęcała czas na rozważanie wszelkich możliwych opcji. Mimo to, dzięki trzeźwemu myśleniu potrafi wybrnąć z kłopotów bez większego szwanku. Tak, bez przeszkód można przypisać jej złotą cechę, jaką jest inteligencja.
Nie jest osobą, która dopuszcza otrzymywanie pomocy od innych. Nie pozwala jej na to duma, odziedziczona po 

ojcu. Jest za to wyjątkowo chętna do ofiarowania jej ze swojej strony. Gdy nawet nieznajoma osoba przeżywa 
trudny czas w swoim życiu, bez zahamowań stara się ją pocieszyć. Boli ją widok cierpiących ludzi. Gdy ktoś roni 
łzy, skłonna jest nawet zbłaźnić się przed takową osóbką. Można określać ją na wiele sposobów, wykorzystując 
przy tym różne słowa, jednak nie bez powodu zasłużyła na tytuł znakomitego pocieszyciela oraz słuchacza. Jest doskonałą materiałem na wielogodzinnego rozmówcę. Nieważne, czy tematem będą dręczące blizny z przeszłości, czy dzisiejsza pogoda, zaangażuje się w konwersacje, analizując i zważając na punkt widzenia drugiej osoby.
To, czym wyróżnia się spośród innych jest bezsprzecznie umiejętność skupienia się oraz cierpliwość. Niewiele rzeczy na tym świecie jest w stanie wyprowadzić ją z równowagi, jednak gdy już to nastąpi, nie ma co zbierać po nieszczęśniku, który do tego doprowadził.
Bez dwóch zdań przyjaciółką jest znakomitą! Szczęście drogich jej osób stawia wysoko ponad swoim. Bez zastanowienia byłaby gotowa oddać życie w imię jej bliskich. Na szczęście jest takich niewielu, więc nie musi zbyt często kusić losu.
Zawsze walczy do końca o wszystko, nawet o najmniejszą drobnostkę. W każdej sytuacji potrafi dostrzec plusy, nawet, gdy jest w najbardziej beznadziejnym położeniu, nie traci nadziei. Nie można jej jednak od razu nazywać optymistką, skłoniłabym się bardziej ku miana realistki o niezłomnej wierze. O, to nawet pasuje. 

Jak mogliście się już przekonać, Adeline nie ma nic przeciwko dzieleniu się z innymi swoimi przemyśleniami, 
jednak nie wiąże się to z emocjami, nie okazuje ich żywnie. To, co dzieje się w środku Del, tam też zostaje. Woli 
stawiać czoło swoim problemom samotnie, próbując być niezależną i samodzielną. 
Zainteresowania: Adeline w ciągu swoich całych osiemnastu lat sprawdzała swe siły na wielu płaszczyznach. Jako mała dziewczynka uparła się, by ćwiczyć balet, jednak nie trwało to zbyt długo, jakieś dwa miesiące. Później nadszedł czas gry na instrumentach, przeróżnych - flet, skrzypce, fortepian, gitara, akordeon, perkusja, a nawet puzon, co również okazało się nie mieć przyszłości. Następnie zetknęła się z rysownictwem, trzecia klasa, lekcja plastyki. Spodobało jej się, początkowo jej prace skupiały się na niekształtnych psach w otoczeniu licznych kresek i kropek, imitujących tło, jednak z czasem nabierała w tym wprawy. Szkoła otworzyła przed nią również drogę aktorską. Przedstawienia nie mogły obyć się bez uczestnictwa Del. Wcielania się w różne role sprawiało jej dużo frajdy, co zostało do dziś. Czas gimnazjum pozwolił jej odkryć jeszcze więcej zainteresowań. Zaczęła pisać wiersze, które przerodziły się w teksty piosenek dla zespołu jej wiernego przyjaciela, Jace'a. Tworzyła również opowiadania oraz bajki, które zyskały duże zainteresowanie wśród dzieciaków z pobliskiego przedszkola. Na przełomie gimnazjum i liceum została dostrzeżona przez kilku szkolnych trenerów, tym samym zasilając szeregi 
drużyn piłkarskich- siatka, noga i ręczna, poza tym dobrze sprawowała się jako biegaczka lekkoatletyczna, jako indywidualistka radziła sobie całkiem nieźle.  
Nie tak dawno z kolei zetknęła się z fotografią, która szybko zaskarbiła sobie jej sympatię. Mimo, że zajmuje się 
nią hobbistycznie, uwielbia wykonywać zdjęcia, czy to przyrody, czy zwykłe portrety.
Inne: 
-praca nie jest jej obca. Chcąc udowodnić swą samodzielność podejmowała się różnych zajęć, np. oporządzała konie, udzielała korepetycji, roznosiła ulotki, zbierała nawet owoce, by je potem sprzedać
-to prawdziwy mol książkowy, czyta każdy gatunek z zapałem śledząc losy bohaterów książek
-lubi rysować i nie najgorzej jej to wychodzi. Jednak swoje prace zachowuje dla siebie, uważa je za mało interesujące
-uwielbia muzykę graną na żywo, słucha niemalże każdego gatunku, jednak największą sympatią darzy rock i pop
-znajomi uważają ją za perfekcjonistkę, i pedantkę podczas gdy jej biurko to istna stajnia Augiasza
-uwielbia czekoladę
-jest wolontariuszką w schoronisku już od kilku lat
-panicznie boi się węży 

-nie lubi (jako posiłku) grzybów i ryb, wszystkich. Nawet w Wigilię zniesmaczona spogląda na karpia. 
-w przyszłości marzy, by zostać weterynarzem
-uwielbia produkcje Tim'a Butrona oraz aktora, który stanowi niemal ich nieodłączny element - Johny'ego Deppa 

-przepada za zapachem lawendy oraz cynamonu 
-nigdy nie piła, ani nie paliła, używki nie robią na niej większego wrażenia 
-od zawsze była dobrą uczennicą, nauka nie sprawiała jej problemów
-do dziś darzy ogromną sympatią bajki Disney'a i z chęcią siada z kubełkiem lodów, aby je ponownie obejrzeć
-posiada niewielki tatuaż na boku małego palca. Widnieje na nim malutkie pióro i napis "Forever". Taki sam tatuaż posiada jej przyjaciółka, Ellie
Kontakt:: ~Nessie 
Inne Pupile:

Daisy  

782904814773d8228b00949edc5b95ea.jpg
Imię: Ozyrys
Płeć: Wałach
Rasa: SP
Data urodzenia: 1 lipca 2008 (9 lat)
Charakter : Ozyrys to temperamentny koń. Na obcych łypie spode łba, strzyże uchami, a gdy nieszczęśnik zechce go osiodłać, zacznie się wiercić i tupać ostrzegawczo nogami. Możliwość ugryzienia jest mała, jednak Ozyrys i bez tego potrafi uprzykrzyć życie. Zachowanie ogiera zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni, gdy w pobliżu jest bliska mu osoba. Staje się wtedy potulny jak baranek, cierpliwym słychaczem, niezastąpionym pomocnikiem. Często zdarzało się, że to Ozyrys przejmował rolę nauczyciela, zamiast Adeline. 
Specjalizacja : Niegdyś skoki, dziś ze względu na Adeline wykorzystywany jest głównie do rekreacji.
Umiejętności: Reaguje na wszystkie komendy, jest bardzo w tym aspekcie wyczulony. Ma bardzo dobrą technikę skoku. Jest odważny i dzielnie idzie na przeszkodę. Chętnie i szybko się uczy. Jest wyjątkowo szybki, nie raz mówiono, że Ozyrys ściga się z wiatrem. 
Właściciel: Adeline Campbelle

Od Jacoba CD Belli

- Ja? - zaśmiałem się. - No pewnie, że przyjmuje. Też mam narowistego konia.
Dziewczyna parsknęła tłumiąc śmiech.
- Powodzenia. Wrócę za około pół godziny.
Zobaczyłem tego jej konia. Całkiem ładny, ale był zabrudzony na szyi. Nie zamierzałem go czyścić, wiem jak to jest z takimi końmi. Trzeba uważać. "Książe" - przeczytałem w myślach. Było w jakiejś książce... A tak! Moja siostra czytała kiedyś "Akademię Canterwood". Tam jakaś dziewczyna miała konia o takim imieniu. Okazało się, że Apollo stoi zaraz obok takowego "Księcia", więc podszedłem do mojego rumaka. Zastrzygnął uszami na mój widok. Nagle zauważyłem jakąś dziewczynę idącą w kierunku Księcia.
- Uważaj! - stanąłem przed nią, zasłaniając Księcia. - Gryzie.
- A ten? - ruszyła w kierunku Apolla. - Jest śliczny.
- Ten też. I dzięki. - uśmiechnąłem się. Dziewczyna poszła, słysząc moje słowa. Musiałem pomyśleć, co tu wykombinować, by nikt nie dotykał Księcia i Apolla. Nagle przypomniało mi się, że w mojej szafie dla Apolla mam kartki i markery. Wyciągnąłem je i na stoliku zacząłem pisać:
UWAGA! Gryzę! Jeśli nie chcesz zostać 'pożarty', czym prędzej odejdź! :)
Na drugiej napisałem tak samo i przykleiłem do boksu Księcia i Apolla. Zacząłem czyścić mojego konia i wtedy pojawiła się Bella. Gdy zobaczyła kartkę , zaczęła się zwijac ze śmiechu.
- Jest świetna! - krzyknęła i podeszła do swojego konia. Zajęła się nim, a ja swoim.
Wyszyściłem całe ciało mego konia, a potem sporządziłem listę, co jeszcze muszę dzisiaj zrobić.

  • Wyprowadź Apolla na padok.
  • Pójdź gdzieś z Bellą.
  • Skończyć nową piosenkę.
  • Obejrzeć jakiś film.
  • Porządnie się wyspać.

- Bella, idę z Apollem na padok, dużo dziś przeżył. Będziesz tutaj? - powiedziałem
Dziewczyna przez chwile się zastanowiła.
- Tak. - odparła i zajęła sięj Księciem.

~W stajni~
- Może chcesz gdzieś wyjść ze mną? - zapytałem Belli.



Bella? Zostawiam wyjście tobie. :)