Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aithne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aithne. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 września 2017

czwartek, 3 sierpnia 2017

Od Aithne cd. Aherna + zadanie 6

Kiedy zbiegałam ze schodów, dopadła mnie refleksja – czy to przypadek, że tak często go spotykałam…? Jednak wzruszyłam ramionami; twierdziłam, że prawie całe życie to przypadek, że nie jest poukładane z góry i zawsze można coś zmienić.
Znaczy… w większości sytuacji. Czasami było po prostu za późno.
Na przykład: kupno Rhysa. Już było za późno i drugiego takiego bym nie spotkała, chociaż nie wiedziałam, jakbym chciała. I z drugiej strony – kupiłam go i zapewne nie miałabym serca, żeby odsprzedać. Oj nie.
W drodze do stajni założyłam kask, bo miałam plan wybrać się na miłą przejażdżkę. Na szczęście nie było bardzo gorąco, ale i tak czułam, jak przegrzewają mi się stopy w wysokich oficerkach – starałam się ignorować to uczucie, wsłuchując w chrzęst żwiru, po którym szłam.
Spojrzałam jeszcze na padok, sprawdzając, czy gdzieś tam wesoło nie hasał Rhys, jednak go nie zauważyłam. Pomyślałam, że pewnie jest w boksie, zapewne coś jedząc.
Miałam do przejścia jeszcze paręnaście metrów. Rozglądałam się wokół, wyłapując każdy, nawet najdrobniejszy hałas: szum liści albo cichy śpiew ptaków w oddali także nie uciekły mojej uwadze. Jednak kiedy rozległ się przede mną inny, niesłyszany dźwięk, drgnęłam w przestrachu i szybko podniosłam wzrok.
Uniosłam brwi, jednocześnie nieco się uśmiechając. Przed sobą zobaczyłam nikogo innego, jak Ahern – coś często ostatnio się spotykaliśmy. Nie zdążyłam wyłapać, co konkretnie zrobił, że wydał taki hałas, nie zastanowiłam się nawet zbytnio, bo nogi same poniosły mnie do przodu.
– Ahern, zaczekaj! – zawołałam, przyspieszając kroku.

No cóż, raz się żyje, pomyślałam.

Chłopak podniósł na mnie wzrok. Teraz zauważyłam, że miał w dłoni wiadro i najwyraźniej to ono mu spadło – miałam wielką ochotę zapytać, na jakiego grzyba mu potrzebne wiadro, skoro paszarnia jest po drugiej stroni stajni, ale postanowiłam zostawić ten temat bez pytań i odpowiedzi. Zanim stanęłam w miejscu, wypaliłam:
– Jesteś zajęty?
Spojrzał na mnie zaskoczony. Zdałam sobie sprawę, co powiedziałam – czy raczej o co zapytałam – westchnęłam, zastanawiając się nad własną głupotą. O, i nad tym, czy kiedykolwiek poprawię któreś tam wrażenie.
– Jeeju, sorry, nie w tym znaczeniu. Pierwotnie miałam zapytać o to, czy masz coś teraz do roboty… Znaczy… czy masz jakieś zajęcie? Teraz, za chwilę i na jakieś… właściwie to nie wiem na ile – mówiłam, żywo gestykulując.
Zastanowiłam się chwilę, czy w ogóle zrozumiał coś z mojej paplaniny i już otwierałam usta, żeby coś powiedzieć, jednak je zamknęłam słysząc kolejne słowa:
– Teraz? Raczej nic – wzruszył ramionami – a o co chodzi?
Właśnie, właściwie o co chodziło?
– Hmm… Teoretycznie chciałam wybrać się na przejażdżkę, a samemu to tak trochę smutno – odparłam. – Więc widząc cię, pomyślałam, że miło by było trochę się oderwać od tych szarych gmachów akademii i popodziwiać dzikie przestrzenie lasów… – urwałam. – Za dużo mówię, prawda?
Ahern się uśmiechnął.
– Wcale – zaśmiał się. – A praktycznie co chciałaś?
Zmarszczyłam brwi, zbita z tropu. Sarkastycznie uniosłam kąciki ust.
– Praktycznie? Pewnie to samo – odparłam. – To jak… poświęcisz chwilę czasu na spacer po lesie?
Chłopak skinął głową i powiedział, że musi jeszcze coś zrobić. W czasie czekania na niego postanowiłam osiodłać Rhysa, więc ruszyłam w stronę jego boksu; zauważyłam, że i tam go nie było, więc widząc jednego ze stajennych, zapytałam:
– Gdzie jest Rhys?
Mężczyzna podniósł na mnie wzrok, podrapał się po głowie i odparł:
– Weterynarz. Jeśli chcesz gdzieś jechać, to tylko na koniach akademickich. – Po czym wrócił do pracy, nie czekając na moją odpowiedź.
Zamknęłam oczy, głęboko wzdychając.
– Serio? – mruknęłam na tyle cicho, żeby stajenny nie miał możliwości usłyszenia. – TYLKO Rhys? Akurat dzisiaj?
No nic. Przeszłam wśród boksów koni, by wybrać tego, na którym miałam jechać – kasztan, obok którego przechodziłam, przyjaźnie prychnął, więc cofnęłam się i przeczytałam jego imię.
– Forest – wyszeptałam, wchodząc do jego boksu. Spojrzałam ogierowi w oczy i pogłaskałam po czole, jednocześnie zastanawiając się, czy będzie dobrym koniem do wyjścia w teren.
Wychyliłam się, by ściągnąć z wieszaka ogłowie z imieniem konia. Założyłam mu je, ale nie obyło się bez potrząsania łbem, więc próbowałam być cierpliwa. W porę odchyliłam głowę, kiedy ogier zarzucił łbem prosto w moją stronę. Westchnęłam.
– Ktoś tu potrzebuje egzorcysty – zauważyłam, uśmiechając się.
Po czasie, który wydał mi się wiecznością, wyprowadziłam Foresta z boksu i ruszyłam z nim do siodlarni. Upięłam go, po czym wzięłam się za szczotkowanie – paręnaście minut potem skończyłam, a ogier stał z założonym na siebie siodłem i czaprakiem. Znaczy, oczywiście w odwrotnej kolejności.
Kiedy w końcu stanęłam na trawie w oczekiwaniu na pojawienie się Aherna, zobaczyłam, że jeden ze stajennych prowadził do stajni Rhysa – wałach, jak tylko mnie zauważył, zarżał głośno, najwyraźniej myśląc, że dopuściłam się zdrady. Uśmiechnęłam się, czując gorący oddech Foresta na karku. Rhys zniknął za drzwiami, a chwilę później usłyszałam dźwięk zamykanych drzwi boksu.
Teraz było za późno, by zmienić konia. Przykro mi, Rhys, pomyślałam ironicznie.
W końcu zobaczyłam wychodzącego ze stajni Aherna razem z Fireproofem. Widziałam, jak ten pierwszy spojrzał z zaskoczeniem na Foresta, więc szybko wyjaśniłam:
– Rhys miał wizytę z wetem, musiałam zatem wziąć konia ze stajni – padło na czteroletniego Foresta, jak widać – powiedziałam, głaszcząc konia.
Ahern skinął głową, o nic więcej nie pytając. Westchnęłam cicho.
Nim się obejrzałam, już stępowaliśmy po lesie, prowadząc luźną pogawędkę na wszelkie tematy, jakie się napatoczyły. Ahern rzucał całkiem zabawne żarciki, od których nieraz oboje wybuchaliśmy śmiechem – po pewnym czasie rozmowy zaschło mi w gardle i musiałam mówić jakoś dziwnie, chrapliwie, ale trudno.
Nagle zobaczyłam, że na wysokości głowy Aherna pojawiła się sporych rozmiarów gałąź. Zanim do niej dojechał, szybko powiedziałam:
– Schyl się.
Ten spojrzał przed siebie, niestety, za późno. Głową uderzył w gałąź, czy raczej na odwrót, mrużąc oczy – wciąż nie mogłam się nie uśmiechnąć, widząc jego minę przez parę następnych kroków. Po chwili spoważniałam i zapytałam:
– Nic ci się nie stało?
Jednak nie odpowiedział, zajmując się wypluwaniem liści z ust. Zaśmiałam się.
– To tylko liście.
Ahern posłał mi posępne spojrzenie. Przybrał normalny wyraz twarzy.
– To nie ciebie zaatakowały liście…
Uniosłam brwi w udawanym zdziwieniu. Zaatakowały go liście. Ciekawe.
– Liście nigdy nikogo nie atakują same z siebie, ktoś musi zacząć, inaczej nie zaatakują – odparłam filozoficznym tonem. – A poza tym, too… – urwałam.
Forest postawił uszy. Podniosłam wzrok – przed sobą ujrzałam lisa szczerzącego na nas zęby. Poczułam, jak zaczęło szybciej mi bić serce. Lis się zbliżał, próbowałam sobie przypomnieć, co robić w takich sytuacjach…
No, przede wszystkim nie przestraszyć się lisa. Ale było za późno.
Forest stanął dęba, zrzucając mnie na ziemię. Na nieszczęście but zaklinował mi się w strzemieniu – myślałam, że serce mi stanęło, czując, jak ogier ciągnie mnie parę metrów po ziemi. Poczułam ogromną ulgę, kiedy but po ostatnim szarpnięciu w końcu się uwolnił, ale Forest pogalopował dalej. Zastanawiało mnie tylko, gdzie zmył się ten przeklęty lis, sprawca całego zamieszania.
Pomyślałam, że musiałam wyglądać przekomicznie, tak ciągnięta po ziemi – ale trudno. Jeszcze chwilę leżałam w głębokim szoku, aż nagle oparłam się ręką o podłoże, drugą przecierając sobie pobieżnie twarz. Usłyszałam kroki, więc odwróciłam delikatnie głowę, czując nieprzyjemny ból w szyi.
– Nic ci nie jest? – zapytał Ahern z troską. Podbiegł do mnie i przykucnął.
– Bywało gorzej – mruknęłam, po czym szarpnęłam się i wstałam.
Oprócz bólu w szyi nie poczułam żadnych większych problemów, więc odetchnęłam z ulgą. Mogło mi się stać coś o wiele gorszego, jednak me sławne szczęście jak zwykle dopisało. Oparłam się plecami o drzewo.
– Na pewno nic ci nie jest? – upewniał się Ahern.
Posłałam mu poirytowane spojrzenie.
– Nic, naprawdę – powiedziałam z naciskiem. – Widziałeś, w którą stronę pobiegł Forest? Jak się zgubi, będzie na mnie…
– Poszukam go. Ty idź.
Machnęłam lekceważąco ręką. Miałam ochotę wypowiedzieć jakąś kąśliwą uwagę, jednak się powstrzymałam. Spojrzałam na leśną ściółkę – zobaczyłam ślady podków, byłam pewna, że świeże, więc ruszyłam za nimi.
– Jak chcesz, możesz mi pomóc. – Nawet nie odwróciłam się, uważnie śledząc odciski.
Nagle ślady się urwały – stanęłam w miejscu, kręcąc się w kółko jak jakiś przygłup i wypatrując konia. Nie mógł uciec daleko, tego mogłam być pewna. Wytężyłam słuch, próbując wykryć chociaż najcichszy szelest, jednak jedynym, co słyszałam, były kroki Aherna na Fireproofie – wiedziałam, że dźwięk wydawany przez Foresta będzie się różnił.
Ściągnęłam kask i przeczesałam włosy, w których znalazłam mnóstwo drobinek ziemi. Nie chcąc dalej myśleć o stanie warkocza, założyłam kask z powrotem i znów wysłuchiwałam. Nie słyszałam ani nie słyszałam niczego – wiedziałam, że jeśli zgubię tego konia, będę musiała zapłacić.
Zastanawiałam się tylko, czym. Może woda wystarczy…
– Tutaj jest! – usłyszałam głos Aherna i od razu poderwałam się, by pobiec w stronę głosu.
Odetchnęłam z ulgą, kiedy zobaczyłam Foresta trzymanego przez Aherna – posłałam mu pełne wdzięczności spojrzenie, po czym przejęłam wodze. Pogłaskałam konia po łbie, widząc, że jeszcze jest trochę przestraszony.
– Cii… Już dobrze – szepnęłam mu prosto do ucha, po czym się odwróciłam. – Dzięki, gdyby nie ty, to… nawet nie chcę sobie wyobrażać, co by się stało – powiedziałam cicho do Aherna, delikatnie się uśmiechając. – I przepraszam za zmarnowany czas. Nie wiedziałam, że będzie tutaj ten lis, równie dobrze tobie mogło się coś stać – dokończyłam, ściągając usta.
– E tam, nie ma sprawy – odpowiedział Ahern. – Wracamy?
Skinęłam głową, usadzając się w siodle Foresta. Miałam szczerą nadzieję, że do wjazdu do akademii nic się nie wydarzy – na całe szczęście tak też było. Kiedy w końcu dojechaliśmy i rozsiodłałam Foresta, po czym odprowadziłam go do boksu, rozglądnęłam się, szukając zegarka – była pora podwieczorku. Odwróciłam się do Aherna i powiedziałam:
– Nie wiem, jak ty, ale ja po tym wszystkim zgłodniałam.

Ahern?

Notka dla administracji: 1512 słów

poniedziałek, 31 lipca 2017

Od Aithne CD Aherna

Trzeba przyznać, że cały teren Morgan University sprawiał wrażenie; można powiedzieć, że byłam zachwycona. Jednakże poszukiwałam stajni, żeby odwiedzić mojego ciemnogniadego wałacha, Rhysa. Już z daleka usłyszałam rżenie koni, więc ruszyłam w tamtym kierunku.
Weszłam do ogromnej stajni. Rhys, najwyraźniej mnie rozpoznając, wychylił łeb zza drzwi boksu i cicho zarżał. Od razu zlokalizowałam ten dźwięk i podeszłam do wałacha, po czym weszłam do niego i przywitałam. Mimo, że nasza rozłąka była krótka, już zdążyłam zatęsknić – może dlatego, że był to mój pierwszy własny koń i byłam z nim bardzo związana. Taak, pewnie dlatego.
Postanowiłam, że potem pojadę z nim na jakąś przejażdżkę – wcześniej, zapytawszy, czy można, wyprowadziłam Rhysa na pastwisko spokojnym krokiem. Stanęłam przy płocie obserwując, jak galopuje po padoku – co tu dużo mówić, w końcu mógł się rozruszać. Zauważyłam jednak, że zaczęło się chmurzyć, więc prawdopodobnie nici z planów.
Chociaż…
Kiedy poczułam na skórze pierwsze krople deszczu, westchnęłam i rzuciłam ostatnie spojrzenie na Rhysa, który nie przejmował się spadającą na niego wodą. Sama nie lubiłam, żeby nie powiedzieć nie cierpiałam, deszczu; przyzwyczaiłam się jeszcze bardzo dawno temu, że podczas deszczu należy siedzieć w domu i rozglądać się co najwyżej przez okno, ale… Nawet parę razy chciałam wyjść na zewnątrz, jednak zwyczaj przezwyciężył.
Chociaż trzeba przyznać – rzadko chorowałam. Nawet bez tego hartowania przez prawie całe życie byłam zdrowa jak ryba, więc nie miałam powodów do narzekania. Jeśli już zdarzyło mi się przeziębić, to latem.
Na wakacjach. Zawsze. Ale co miałam poradzić – życie jest ciężkie, jak to mówią.
Odwróciłam się i wypatrzyłam budynek kampusu. Jako iż zaczęłam odczuwać głód, postanowiłam poszukać stołówki – zanim tam doszłam, zdążyło rozpadać się na dobre. Przyspieszyłam więc kroku prawie do biegu i wreszcie stanęłam pod dachem. Miałam szczęście, że nie zmokłam cała, ale towarzyszyło mi nieprzyjemne uczucie wody chluszczącej w butach.
Po chwili odnalazłam stołówkę – najwyraźniej trafiłam na porę lunchu. Praktycznie wszystkie stoliki były zajęte; tylko przy jednym siedział jeden chłopak, pewnie przez brak miejsc. Nie wypatrzyłam pustych stolików, więc, uprzednio biorąc zielone jabłko i kawę, podeszłam do tego stołu i zapytałam:
– Można się dosiąść?
Kiedy spojrzałam na jego twarz, wydała mi się znajoma. Zmarszczyłam brwi, pomyślałam, że po drodze spotkałam tylko jedną osobę…
– Jasne. – Skinął głową chłopak, zaskoczony podnosząc na mnie wzrok. Ujrzałam błysk w jego oczach.
Uśmiechnęłam się delikatnie i usiadłam, podrzucając wcześniej jabłko. Chcąc wyjaśnić wszystko i nie mieć wyrzutów sumienia, zapytałam szybko:
– To na ciebie wpadłam, prawda? Jeeju, przepraszam. Skupiłam się… właściwie to na niczym. Dobrze mówili w szkole, że trzeba uważać, jak się chodzi do tyłu – zauważyłam, czekając na odpowiedź.
– Taak, sam mogłem uważać – zaśmiał się. – Nie ma za co, zdarza się. To twoje? – dodał, wyciągając z kieszeni klucz.
Osłupiałam. Sięgnęłam ręką do jeansów w poszukiwaniu zawieszki – nie znalazłam jej, więc z pewnością musiał być to mój klucz.
Obstawiając, że nikt w akademii nie miał takiego samego, w co wątpiłam. Posłałam chłopaki pełne wdzięczności spojrzenie.
– Wygląda na to, że mój, ech… Wypadł? – Chłopak skinął głową. – Te kieszenie są chyba za płytkie – mruknęłam. – A tak nawiasem mówiąc, jestem Aithne Llewelyn – przedstawiłam się, znowu podrzucając jabłko w dłoni, po czym upiłam łyk gorzkiej kawy.
– Ahern – odparł chłopak, uśmiechając się. – Brooks.

Ładne imię, pomyślałam. Takie niespotykane.


Ahern? Przepraszam, że tak krótko, będę się starać :<

piątek, 7 lipca 2017

Od Aithne

Powolnym krokiem przechadzałam się po parku. Był to ostatni dzień pobytu w moim rodzinnym mieście Cardiff – za parę godzin miałam już był w Morgan University. Tylko po co jechałam tam już na wakacjach? Żeby się szybciej zaaklimatyzować.
Prawie całe miasto znałam na pamięć. Wróciły wszystkie wspomnienia z przyjaciółmi, z którymi uciekałam krętymi uliczkami przed wymyślonym złem. Odepchnęłam to jednak od siebie – już dawno nie utrzymywałam z nimi kontaktów. A szkoda.
Chciałam po prostu zacząć nowe życie, poznać nowych ludzi. Miałam jedyną w swoim rodzaju szansę. Pytanie tylko brzmiało, czy się z kimś zaprzyjaźnię…?
Włączyłam muzykę. Kolejne metry pokonywałam na mojej deskorolce, już w drodze do domu. Za niecałe pół godziny miałam wyjeżdżać. Za jakieś trzy godziny miałam być na miejscu.
Mama z Rhysem miała wyjechać wcześniej – pewnie spotkamy się już w uniwersytecie, wymieniając ostatnie pożegnania i rozdzielając się. Jednak wiedziałam, że kiedyś miałam wrócić.
Tak łatwo się mnie nie pozbędą.
*
– Nawet tu ładnie – mruknęłam, kiedy przejeżdżaliśmy z ojcem przez bramę.
Jak zwykle uważnie się rozglądałam – chciałam zapamiętać jak najwięcej szczegółów. Chociaż później miałam i tak przechadzać się tędy miliony razy, wolałam wcześniej zapoznać się ze wszystkim – chociażby zaraz po rozłączeniu się.
Ach, internat.
Kiedy pożegnałam się już z rodzicami i odniosłam walizki do pokoju, postanowiłam chwilę się przejść. Normalny człowiek chciałby mieć chwilę spokoju w swoim zaciszu. Wyszło na to, że nie jestem normalna. Zdecydowanie nie.
Po dziesięciu minutach zauważyłam padok z pasącymi się końmi, nie zauważyłam tam jednak Rhysa – przecież do niego jeszcze nie poszłam! Odwróciłam się i niedbale przeszłam kilka kroków do tyłu, nie zastanawiając się nawet, czy może tam ktoś szedł.
A jednak szedł.
Wpadłam na kogoś, kto nie miał pojęcia o bożym świecie. Wpatrywał się w wierzchowce, a ja omal tej osoby nie przewróciłam.
No, niezłe zapoznanie.
– Przepraszam – mruknęłam i nie podnosząc nawet wzroku, ruszyłam w dalszą drogę w poszukiwaniu stajni.

<Ktoś, ktokolwiek? Nie umiem w pierwszej osobie, ostrzegam od razu!>

czwartek, 6 lipca 2017

Aithne Llewelyn i Rhys

[buźki użyczyła Ana de Armas]
Motto: "Przychodzi taki moment w życiu kiedy należy przestać przemierzać oceany dla ludzi, którzy nie przeskoczyliby dla nas nawet kałuży."
Imię: Aithne
Nazwisko: Llewelyn
Płeć: Kobieta
Wiek: 20.07.1995 (19 lat)
Pochodzenie: Cardiff, Walia
Pojazd: Fishboard
Pokój: 4
Grupa: II
Poziom: Średnio zaawansowany
Koń: Rhys
Głos: Bebe Rexhta
Rodzina: Rodzice – Ariana i Sebastian Llewelyn
Aparycja: Ubiera się dosyć luźno, gdyż nigdy nie lubiła obcisłych ciuchów. Najbardziej lubi nosić nieco za duże bluzy z przeróżnymi napisami. Jednakże, kiedy trzeba, potrafi także założyć coś bardziej przylegającego do ciała. Zwykle nosi ubrania w ciemnych barwach; nastrój, który wiecznie jej dopisuje, jest kompletnym przeciwieństwem jej „gustu modowego”. Nigdy nie założyła, nie zakłada i nie założy butów na koturnach, szpilkach i tym podobne. Woli buty, które mają płaską podeszwę.
Zwykle humor towarzyszy jej i otacza wesołą, figlarną mgiełką. Świadczą o tym błyski w brązowych oczach oraz ironiczne pół-uśmieszki, które rzuca pod każdym możliwym pretekstem. Kiedy ktoś mówi niejasno bądź coś, co jej się niezbyt podoba, unosi jedną, lewą brew w górę. Nieraz ma teksty, które zwalają innych z nóg.
Swoje ciemnoczekoladowe włosy zaplata zwykle w luźny warkocz, co tylko dodaje jej uroku. Zarzuca je wtedy na lewe ramię. Ma delikatne rysy twarzy, pełne usta prawie zawsze pomalowane ciemną szminką oraz duże, brązowe oczy.
Charakter: Przede wszystkim – sarkastyczna. Jeśli ktoś kiedykolwiek zada jej jakieś przygłupie pytania, bez cienia wahania rzuca jakąś ironiczną uwagą. Posiada cięty język i wszystko, co wyda jej się nieciekawe, skomentuje. Wszystko. Nie boi się wyrażać swojego zdania.
W kontaktach z płcią przeciwną jest jednak nieśmiała. Nie odezwie się pierwsza, chyba że znajdzie ciekawy temat do rozmowy. Wobec ludzi, których nie zna, jest kulturalna, chociaż nieraz w głębi jej duszy ma ochotę powiedzieć rozmówcy parę – nie zawsze miłych – słów. Ale warto sprawiać dobre pierwsze wrażenie, czyż nie?
Zainteresowania: Pisanie powieści, jazda na swojej deskorolce, fotografia komórką samej siebie, słuchanie muzyki, taniec, piłka nożna
Inne:  - kiedy peszy się przed innymi ludźmi, drapie się palcem wskazującym po nosie, niekiedy nawet niejednokrotnie
- kiedy jeździ na deskorolce, woli być sama – nie lubi, kiedy ktoś jej się przygląda. Chyba że sama tę osobę zawoła.
- kiedyś przefarbuje sobie włosy na niebiesko i będzie jeździć po USA harleyem
- kiedy się niecierpliwi, chodzi tam i z powrotem
Kontakt: Cas Sandra

Imię: Rhys
Płeć: Wałach
Rasa: Koń hanowerski
Data urodzenia: 13.04.2012 [5 lat]
Charakter:  Wałach jest oazą spokoju. Ma niezwykle przyjemne usposobienie – cierpliwy i łagodny. Dębuje czy barankuje bardzo rzadko. Jest wałachem świetnie wyszkolonym. Toleruje wszystkich ludzi, ale do jego boksu może wchodzić jedynie właścicielka, Aithne. Przez opiekunkę traktowany jest jak książkę – wałachowi nie brak jest niczego, co potrzebuje. Przepada za smakołykami, które w tajemnicy dostaje od właścicielki po każdej lekcji. Według ludzi, którzy widzą wałacha, ma on bardzo duży potencjał. Zdecydowanie woli jednak skoki – do których, według rasy, idealnie się nadaje.
Specjalizacja: skoki
Umiejętności: Nadzwyczaj spokojny, bardzo rzadko dębuje. Na padoku jednak wstępuje w niego istny diabeł, a mówi to samo za siebie – wyładowuje tam całą swoją energię. Jego słabą stroną jest ujeżdżenie – bardzo źle wykonuje różnego rodzaju figury, przez co niekiedy Aithne nie daje rady opanować go i nie wykonuje ćwiczenia. Dodatkowo wałach boi się wody.
Właściciel: Aithne Llewelyn