Grudniowy, pełny śniegu wieczór. Patrzyłem na migocący w kominku ogień, przechylając kieliszek z odrobiną wina na dnie. Gałązki trzaskały w kominku, a po salonie roznosił się zamach drewna i choinki, która stała w rogu pomieszczenia, przy oknie na drogę. Siedziałem na fotelu, który stał najbliżej tego wspaniałego ciepła. Przytłumione światło, które płynęło od ognia i kuchni powoli zaczynało mnie usypiać, kiedy na oparciu fotela, na którym akurat nie miałem położonej ręki, usiadła Hailey. Spojrzałem w górę na nią, a ona zaczęła bawić się moimi włosami. Nigdy z tego nie wyrosła.
- Chyba skończyłam na dziś - odparła przyciszonym głosem. Pokiwałem głową. Dobrze, że Wigilia, na którą przyjeżdża pół rodziny, jest tylko raz na rok. Kochałem moją rodzinę, czyli dziadków, kuzynów i oczywiście Aleksandra, który znalazł sobie całkiem miłą żonę Grace, którą poznał jak ja na studiach, jednak nie pospieszyli się tak jak my. Ma dwie córeczki, bliźniaczki Sally i Sophie. To takie dwa małe cherubinki. Dziadkowie już mają swoje lata, ale również nie omieszkali przyjechać, podobnie jak rodzice Hailey, oni z kolei przez znaczną odległość od nas. To właśnie oni oraz Aleksander zostali na noc, reszta nie miała daleko to się porozjeżdżali. Sam odwiozłem dziadków.
- To dobrze - objąłem ją ramieniem w pasie. - Oni śpią?
- Nie wiem - westchnęła. - Ale przynajmniej przestali mi się kręcić po kuchni, więc miałam jak ogarnąć to wszystko.
- No to teraz należyty odpoczynek - zaśmiałem się. - Jednak z drugiej strony, dobrze jest jak jest...
- Cóż... - zaczęła, ale nagle usłyszeliśmy tupanie na schodach, co ją powstrzymało. W salonie pojawił się Dylan i opadł na sofę. Dylan to nasz syn. Straszy syn. Wysoki, szczupły, właściwie mojej postawy w jego wieku osiemnastolatek, o ciemniejszej karnacji Hailly, jednak z moimi błękitnymi oczami. Miał naburmuszoną minę i od razu zatopił się w telefonie. Spojrzeliśmy po sobie porozumiewawczo. - Co się stało?
- Nic - mruknął.
- Boże... on jest jak ty w jego wieku. Zero kontaktu ze światem zewnętrznym - jęknęła, a ja cicho się zaśmiałem.
- Ja przynajmniej miałem powód, on... właściwie to chyba nie - wzruszyłem ramionami. - Więc co się stało.
- Zajęły mój pokój - mruknął.
- Kto? - zdziwiłem się.
- Sally i Sophie, a przecież są małe, więc ich nie wyrzucę - dalej mówił złym tonem.
- Oj Dylan... - zaczęła Hailey.
- Nie oj Dylan, on ma racje, a z drugiej strony no to córki mojego młodszego brata i to jedna noc. Prześpij się w gościnnym - odparłem.
- Ja z wami... - mruknęła Hailey.
- Nie wytrzymasz, tak wiemy - odparł, tylko tym razem już się do nas uśmiechając. Hailey coś mruknęła pod nosem, a ja mrugnąłem do niego porozumiewawczo. Chwilę później pojawiła się Rose.
- Też nie możecie spać? - zapytała. Moja kochana córeczka. Owszem, po urodzeniu się Dylana przeszła moja panika i później nie miałem problemu z opieką nad nią.
- Ty powinnaś - odparłem.
- Tato mam dwanaście lat i nie jest jeszcze tak późno - odparła, przewracając oczami jak Hailey.
- Czysta mamusia - szepnąłem, a Dylan tylko pokiwał głową. - Co tam masz?
- Nie powiem - mruknęła.
- Do własnego kochanego taty tak? - zacząłem się śmiać, aż dostałem w ramię od Hailey. - Zawsze musisz mnie bić?
- Nie mów przy mnie o biciu cię - pogładziła moje włosy. Chwilę mi zajęło, zanim domyśliłem się, o co jej chodzi. Minęło tyle czasu. Tylko lat bardziej lub mniej spokojnego życia lub całkiem niespokojnego, kiedy zabieraliśmy im prawa rodzicielskie nad Alexandrem. Są momenty, takie jak te, że zapominam o tym, jak bił mnie ojciec i jak bardzo cierpiałem w dzieciństwie. Moje dzieci nigdy tego nie zaznały. Może potrafiłem i w większości byłem twardym i surowym ojcem, jednak nigdy żadnego z nich nawet ścierą nie zdzieliłem. Oczywiście krzyk to nie przemoc... Krzyk to krzyk. A ja miałem taką magiczną zdolność, że jak krzyknąłem to nawet moi dziadkowie milkli. Doniosły głos i postawa robiły ze mnie wrażenie groźnego. Tylko Hailey nigdy nie milkła... No chyba, że się ze mną zgadzała, a jeśli chodzi o wychowanie naszych dzieci, to zawsze się ze mną zgadzała.
- Chyba skończyłam na dziś - odparła przyciszonym głosem. Pokiwałem głową. Dobrze, że Wigilia, na którą przyjeżdża pół rodziny, jest tylko raz na rok. Kochałem moją rodzinę, czyli dziadków, kuzynów i oczywiście Aleksandra, który znalazł sobie całkiem miłą żonę Grace, którą poznał jak ja na studiach, jednak nie pospieszyli się tak jak my. Ma dwie córeczki, bliźniaczki Sally i Sophie. To takie dwa małe cherubinki. Dziadkowie już mają swoje lata, ale również nie omieszkali przyjechać, podobnie jak rodzice Hailey, oni z kolei przez znaczną odległość od nas. To właśnie oni oraz Aleksander zostali na noc, reszta nie miała daleko to się porozjeżdżali. Sam odwiozłem dziadków.
- To dobrze - objąłem ją ramieniem w pasie. - Oni śpią?
- Nie wiem - westchnęła. - Ale przynajmniej przestali mi się kręcić po kuchni, więc miałam jak ogarnąć to wszystko.
- No to teraz należyty odpoczynek - zaśmiałem się. - Jednak z drugiej strony, dobrze jest jak jest...
- Cóż... - zaczęła, ale nagle usłyszeliśmy tupanie na schodach, co ją powstrzymało. W salonie pojawił się Dylan i opadł na sofę. Dylan to nasz syn. Straszy syn. Wysoki, szczupły, właściwie mojej postawy w jego wieku osiemnastolatek, o ciemniejszej karnacji Hailly, jednak z moimi błękitnymi oczami. Miał naburmuszoną minę i od razu zatopił się w telefonie. Spojrzeliśmy po sobie porozumiewawczo. - Co się stało?
- Nic - mruknął.
- Boże... on jest jak ty w jego wieku. Zero kontaktu ze światem zewnętrznym - jęknęła, a ja cicho się zaśmiałem.
- Ja przynajmniej miałem powód, on... właściwie to chyba nie - wzruszyłem ramionami. - Więc co się stało.
- Zajęły mój pokój - mruknął.
- Kto? - zdziwiłem się.
- Sally i Sophie, a przecież są małe, więc ich nie wyrzucę - dalej mówił złym tonem.
- Oj Dylan... - zaczęła Hailey.
- Nie oj Dylan, on ma racje, a z drugiej strony no to córki mojego młodszego brata i to jedna noc. Prześpij się w gościnnym - odparłem.
- Ja z wami... - mruknęła Hailey.
- Nie wytrzymasz, tak wiemy - odparł, tylko tym razem już się do nas uśmiechając. Hailey coś mruknęła pod nosem, a ja mrugnąłem do niego porozumiewawczo. Chwilę później pojawiła się Rose.
- Też nie możecie spać? - zapytała. Moja kochana córeczka. Owszem, po urodzeniu się Dylana przeszła moja panika i później nie miałem problemu z opieką nad nią.
- Ty powinnaś - odparłem.
- Tato mam dwanaście lat i nie jest jeszcze tak późno - odparła, przewracając oczami jak Hailey.
- Czysta mamusia - szepnąłem, a Dylan tylko pokiwał głową. - Co tam masz?
- Nie powiem - mruknęła.
- Do własnego kochanego taty tak? - zacząłem się śmiać, aż dostałem w ramię od Hailey. - Zawsze musisz mnie bić?
- Nie mów przy mnie o biciu cię - pogładziła moje włosy. Chwilę mi zajęło, zanim domyśliłem się, o co jej chodzi. Minęło tyle czasu. Tylko lat bardziej lub mniej spokojnego życia lub całkiem niespokojnego, kiedy zabieraliśmy im prawa rodzicielskie nad Alexandrem. Są momenty, takie jak te, że zapominam o tym, jak bił mnie ojciec i jak bardzo cierpiałem w dzieciństwie. Moje dzieci nigdy tego nie zaznały. Może potrafiłem i w większości byłem twardym i surowym ojcem, jednak nigdy żadnego z nich nawet ścierą nie zdzieliłem. Oczywiście krzyk to nie przemoc... Krzyk to krzyk. A ja miałem taką magiczną zdolność, że jak krzyknąłem to nawet moi dziadkowie milkli. Doniosły głos i postawa robiły ze mnie wrażenie groźnego. Tylko Hailey nigdy nie milkła... No chyba, że się ze mną zgadzała, a jeśli chodzi o wychowanie naszych dzieci, to zawsze się ze mną zgadzała.


