Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lewis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lewis. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 stycznia 2018

Hailey & Lewis - zakończenie historii

Grudniowy, pełny śniegu wieczór. Patrzyłem na migocący w kominku ogień, przechylając kieliszek z odrobiną wina na dnie. Gałązki trzaskały w kominku, a po salonie roznosił się zamach drewna i choinki, która stała w rogu pomieszczenia, przy oknie na drogę. Siedziałem na fotelu, który stał najbliżej tego wspaniałego ciepła. Przytłumione światło, które płynęło od ognia i kuchni powoli zaczynało mnie usypiać, kiedy na oparciu fotela, na którym akurat nie miałem położonej ręki, usiadła Hailey. Spojrzałem w górę na nią, a ona zaczęła bawić się moimi włosami. Nigdy z tego nie wyrosła.
- Chyba skończyłam na dziś - odparła przyciszonym głosem. Pokiwałem głową. Dobrze, że Wigilia, na którą przyjeżdża pół rodziny, jest tylko raz na rok. Kochałem moją rodzinę, czyli dziadków, kuzynów i oczywiście Aleksandra, który znalazł sobie całkiem miłą żonę Grace, którą poznał jak ja na studiach, jednak nie pospieszyli się tak jak my. Ma dwie córeczki, bliźniaczki Sally i Sophie. To takie dwa małe cherubinki. Dziadkowie już mają swoje lata, ale również nie omieszkali przyjechać, podobnie jak rodzice Hailey, oni z kolei przez znaczną odległość od nas. To właśnie oni oraz Aleksander zostali na noc, reszta nie miała daleko to się porozjeżdżali. Sam odwiozłem dziadków.
- To dobrze - objąłem ją ramieniem w pasie. - Oni śpią?
- Nie wiem - westchnęła. - Ale przynajmniej przestali mi się kręcić po kuchni, więc miałam jak ogarnąć to wszystko.
- No to teraz należyty odpoczynek - zaśmiałem się. - Jednak z drugiej strony, dobrze jest jak jest...
- Cóż... - zaczęła, ale nagle usłyszeliśmy tupanie na schodach, co ją powstrzymało. W salonie pojawił się Dylan i opadł na sofę. Dylan to nasz syn. Straszy syn. Wysoki, szczupły, właściwie mojej postawy w jego wieku osiemnastolatek, o ciemniejszej karnacji Hailly, jednak z moimi błękitnymi oczami. Miał naburmuszoną minę i od razu zatopił się w telefonie. Spojrzeliśmy po sobie porozumiewawczo. - Co się stało?
- Nic - mruknął.
- Boże... on jest jak ty w jego wieku. Zero kontaktu ze światem zewnętrznym - jęknęła, a ja cicho się zaśmiałem.
- Ja przynajmniej miałem powód, on... właściwie to chyba nie - wzruszyłem ramionami. - Więc co się stało.
- Zajęły mój pokój - mruknął.
- Kto? - zdziwiłem się.
- Sally i Sophie, a przecież są małe, więc ich nie wyrzucę - dalej mówił złym tonem.
- Oj Dylan... - zaczęła Hailey.
- Nie oj Dylan, on ma racje, a z drugiej strony no to córki mojego młodszego brata i to jedna noc. Prześpij się w gościnnym - odparłem.
- Ja z wami... - mruknęła Hailey.
- Nie wytrzymasz, tak wiemy - odparł, tylko tym razem już się do nas uśmiechając. Hailey coś mruknęła pod nosem, a ja mrugnąłem do niego porozumiewawczo. Chwilę później pojawiła się Rose.
- Też nie możecie spać? - zapytała. Moja kochana córeczka. Owszem, po urodzeniu się Dylana przeszła moja panika i później nie miałem problemu z opieką nad nią.
- Ty powinnaś - odparłem.
- Tato mam dwanaście lat i nie jest jeszcze tak późno - odparła, przewracając oczami jak Hailey.
- Czysta mamusia - szepnąłem, a Dylan tylko pokiwał głową. - Co tam masz?
- Nie powiem - mruknęła.
- Do własnego kochanego taty tak? - zacząłem się śmiać, aż dostałem w ramię od Hailey. - Zawsze musisz mnie bić?
- Nie mów przy mnie o biciu cię - pogładziła moje włosy. Chwilę mi zajęło, zanim domyśliłem się, o co jej chodzi. Minęło tyle czasu. Tylko lat bardziej lub mniej spokojnego życia lub całkiem niespokojnego, kiedy zabieraliśmy im prawa rodzicielskie nad Alexandrem. Są momenty, takie jak te, że zapominam o tym, jak bił mnie ojciec i jak bardzo cierpiałem w dzieciństwie. Moje dzieci nigdy tego nie zaznały. Może potrafiłem i w większości byłem twardym i surowym ojcem, jednak nigdy żadnego z nich nawet ścierą nie zdzieliłem. Oczywiście krzyk to nie przemoc... Krzyk to krzyk. A ja miałem taką magiczną zdolność, że jak krzyknąłem to nawet moi dziadkowie milkli. Doniosły głos i postawa robiły ze mnie wrażenie groźnego. Tylko Hailey nigdy nie milkła... No chyba, że się ze mną zgadzała, a jeśli chodzi o wychowanie naszych dzieci, to zawsze się ze mną zgadzała.

Odejście!

Żegnamy Hailey O'brien i Lewisa Draxlera


Powód: Wyjechali spokojnie (no dobra niespokojnie) do Irlandii, gdzie Hailey urodziła ich syna Dylana. Wzięli ślub i sobie żyli szczęśliwie nękani przez milion ulubionych wujków ich dzieci, z Zainem na czele.

A tak serio, to delikatny brak czasu i moja (Lewis) wina...

wtorek, 7 listopada 2017

Od Lewisa C.D. Hailey

Mocniej ścisnąłem bryloczek przy kluczach od motocyklu. Stałem już dobre pięć minut i patrzyłem się na śpiącą Hailey. Interesujące. Może śpi tak twardo dlatego, że jest aż zbyt wcześnie jak na ciebie i ty również powinieneś leżeć obok niej, przytulając do siebie, jakbyś chciał ją ochronić przed całym światem? To tylko taka luźna sugestia. Obiecałem jej, że się z nimi nie zobaczę... ale kiedy będziemy u jej rodziców. To zatem znaczy, że mój szlaban minął jakiś tydzień temu, ponieważ od tygodnia jesteśmy w akademii i załatwiamy wszystko co potrzebne, żebyśmy mogli wyjechać. Ta myśl trochę uspokoiła moje sumienie. W takim razie mogę jechać. Mogę prawda? Lewis popatrz na to z innej strony - jeśli tego nie zrobisz, nigdy nie przestaniesz się bać. To może być jedyne wyjście, więc dlaczego by nie spróbować? Od jakiegoś czasu jesteś odpowiedzialny, za dwa dodatkowe życia, oprócz twojego, więc nie powinieneś się bać. Jeszcze mocniej ścisnąłem breloczek. Połamiesz go, albo co gorsza zrobić sobie coś z dłonią, więc przestań. Musisz być silny, a to twoja słabość. Słabości trzeba eliminować. Tak było z klaustrofobią, tak było ze strachem przed ciemnością, tak było ze strachem przed otwarciem się i pokochaniem kogoś. Oni to co innego. To nadal tylko ludzie. Ludzie, którzy odebrali mi sen, spokój, miłość, dzieciństwo, niewinność. Zakończ więc ten rozdział i zacznij żyć, zanim będzie za późno. To całkiem trafny argument. Tak? Ja myślę, że i tak najtrafniejszym jest ten piękny brzuszek Hail, który powoli zacznie rosnąć. W brzuszku będzie dzieciątko, które będzie zasługiwało na najlepszego ojca na świecie. Musisz więc się dowiedzieć. Teraz jestem nawet przekonany.
Otrząsnąłem się z tego pół snu i obróciłem tyłem do łóżka, sięgając klamki. Uderzyło we mnie jej chłód, ocucając jeszcze bardziej.  To dobra decyzja. Moja dłoń delikatnie napierała na przedmiot, a ja czułem jak we wnętrzu zamka napina się sprężyna. Nie wejdziesz do środka, może nawet go będziesz musiał tam wchodzić. Sprężyna zwinęła się maksymalnie, subtelnie pociągnięte drzwi, otworzyły się bez najcichszego skrzypnięcia. Zerknąłem przez ramię za siebie. To dobra decyzja. Wyszedłem na korytarz i zamykając drzwi, jeszcze raz zerknąłem na śpiąca Hailey. Jeśli miłość jest slepa, to ja nigdy nie chcę odzyskać wzroku. Tylko niewyraźne kliknięcie zamka przerwało panującą wszędzie ciszę. Chwilę postałem przed wejściem do pokoju. Po co? Kiedy ostatecznie ruszyłem do wyjścia z części mieszkalnej Akademii, nie miałem pojęcia, po co. Moje kroki, odbijały się echem od ścian, a ja miałem nieśmiałą nadzieję, że nikogo nie obudzą. No przynajmniej nie obudzą ludzi, którzy mogliby mnie w tym momencie zatrzymać. Dokładniej myślałem o naszej królowej wszechświata, którą zostawiłem smacznie śpiącą, z karteczką na stoliku, która tajemniczo informowała ją, że "zaraz" wrócę, a także o już niedługo chyba oficjalnego Apollina Wielkiej Brytanii pana Malika i jego prywatną wściekłą hybrydę. Choć właściwie to nie byłem pewny, czy w końcu wrócili wczoraj czy nie. Wolałem nie narażać się, na śmiertelną dawkę radości Javadda i tego nie sprawdzałem.
Zatrzymałem się przed samymi, oszklonymi drzwiami. Za nimi nie będzie wyboru... Właściwie to po co mi ten patos? Zawsze będę mógł uciec, nawet sprzed domu. Tylko czy o to właśnie chodzi? Miałem nadzieję, że nie. Zapiąłem skórzę. Nigdy nie miałem problemów z przebywaniem w niskich temperaturach, więc to pewnie znowu tylko pretekst, żeby dłużej pozostać w pomieszczeniu. Taka prawda. Jak można być dla kogoś bohaterem, będąc równocześnie takim tchórzem? Paradoks życia Lewisa Draxlera, punkt pierwszy. Popchnąłem drzwi. Pogoda jak zwykle postanowiła mi utrudnić życie - czułem deszcz. Może padał, może będzie padać, ale było go czuć. To oznaczało tylko jedno... Podszedłem do motocyklu. Wcisnąłem na głowę kask i wsiadłem na maszynę. Bawiłem się bryloczkiem, zamiast włożyć kluczyk do stacyjki. Do Londynu mam jakieś dwie godziny drogi, więc jeśli szybko się z tym uporam, to może Hailey nie będzie miała za dużo czasu, żeby się zastanawiać, gdzie jestem. Prawdopodobieństwo, że moja karteczka zapobiegnie jej domysłom było nikłe, ale przynajmniej będzie wiedziała, że wszystko jest ze mną w porządku. Dziś nie uciekam do Niemiec, czy gdziekolwiek indziej. Dziś nie uciekam.
Tłumnik jak zwykle nie pomagał. Ryk silnika za każdym razem działał na mnie inaczej. Tym razem uspokajał. Nie muszę się śpieszyć. Właściwie to powinienem żeby ratować skórę przed Hail, ale myślę, że mi wybaczy. Kiedy tylko znalazłem się za bramą Akademii, uderzyła we mnie mgła. Praktycznie dosłownie. Była na tyle gęsta, że można by kroić ją nożem. To będzie męcząca podróż. Przynajmniej w lesie będzie trochę lepiej. Jechałem na tyle szybko, żeby jazda nie trwała wieki, jednak na tyle wolno, żebym zdążył zareagować, kiedy na mojej drodze pojawi się przeszkoda. Dwa wypadki czegoś uczą. Zresztą teraz mam dla kogo żyć, bo mam swoją własną rodzinę. Tworzę ją i chcę być tutaj dla nich. Nigdy nawet przez myśl mi nie przeszło, że mógłbym chcieć żyć dla moich rodziców. No przynajmniej tego nie pamiętam, bo jeśli taka fantazja wystąpiła, to musiała mieć miejsce, gdy byłem małym, uczącym się chodzić, gówniarzem. W lesie, tak jak myślałem, widoczność była nieco lepsza. Natomiast kiedy wyjechałem z tego gąszczu okazało się, że ogólnie zaczęła ona ustępować odsłaniając moim oczom drogę do domu. Byłego domu. Kiedy przestał być przeze mnie uważany, nie tylko za dom rodzinny, ale ogólnie rzeczy ujmując mój dom? To bliżej nieokreślony okres między trzynastym, a osiemnastym rokiem mojego życia. Nigdy się nad tą przemianą głębiej nie zastanawiałem.
Życie zaczęło się pojawiać w miarę jak zbliżałem się do metropolii, jednak moja ukochana dzielnica, jak zwykle, emanowała spokojem. Mógłbym mieć tutaj dom i wychowywać dzieci. To piękne miejsce i przyjazne dla ludzi. Zawsze nie mogłem się napatrzeć na tw wspaniałe, kolorowe kamienice, domy. Inni mieszkańcy Londynu nie rozumieją, o co nam chodzi z tym malowaniem ścian na jaskrawe, pełne życia kolory. Ja czułem tak samo jak ci, który pomalowali swoje domy, że pogoda w Londynie to najgorsze co możemy znaleźć w Anglii. Dlaczego by więc nie zbuntować się przeciwko temu? To właśnie jest wyraz naszego buntu, co zresztą podziwiam.
Puste spokojne ulice, liście spadające z drzew, które ciągną się długimi alejami, wraz z kamieniczkami. Kolorowe lub śnieżnobiałe domy, mające kilka pięter i wydawające się niemal identyczne. Niemal, ponieważ każdy z nich ma inną historię. Pewien, niczym nie wyróżniający się, całkiem tragiczną... Zatrzymałem się na środku bocznej ulicy. Tutaj i tak nikt nie jeździ o tej porze. Co właściwie powinienem teraz zrobić? Podejść i zapukać? Zadzwonić? Problem rozwiązał się sam, ponieważ kiedy ja walczyłem sam ze sobą, w gabinecie ojca odchyliła się firanka. Kilka minut później w drzwiach pojawiła się moja matka z paltem zarzuconym na ramiona. Była jakaś szczuplejsza, właściwie wychudzona i pobladła. Patrzyła na mnie jakby nie wiedząc, co ma zrobić. Witam w klubie.
- Lewis - odparła w końcu i podeszła do mnie. Od razu się wyprostowałem.
- Nie podchódź do mnie - warknąłem.
- Synu, ja rozumiem twoje emocje, ale...
- Nie obchodzi mnie to - przerwałem jej. - Jestem tutaj w konkretnym celu i zaraz po tej rozmowie odjadę stąd. To też rozumiesz?
- Nie możesz.
- Odkąd mam osiemnaście lat, to owszem mogę - prychnąłem.
- Dlaczego taki jesteś? - nagle zadrżała, a we mnie się wręcz zagotowało. Ona się mnie pyta? Po tym wszystkim? - Dziecko...
- Nie zwracaj się tak do mnie. Oddałbym życie, żeby nie być twoim dzieckiem.
- Życie?
- Nie jesten tutaj po to, żeby się nad tym rozwodzić - rzuciłem nagle.
- To po co tutaj jesteś? - skrzyżowała ręce.
- Żeby się czegoś dowiedzieć i nigdy nie popełnić tego błędu - odparłem spokojnie.
- Jakiego błędu?
- Za jakieś trochę ponad osiem miesięcy zostanę ojcem - jej usta otworzyły się, ale nie dałem jej dojść do głosu. - Muszę wiedzieć. Muszę widzieć co ci się stało, że na to pozwoliłaś i gdzie popełniliście błąd, że ojciec stał się despotą.
- On nie...
- Nie waż się! - krzyknąłem, jednak po chwili się opanowałem. - Nie waż się go bronić. Dziadek mi o tobie opowiadał, mówił o tobie, kiedy byłaś młoda i nie mogę uwierzyć, że ta sama osoba zostawiła dziecko na pastwę tyrana. Bo dla mnie, to on był tyranem.
- To nie takie proste... - potarła dłonią czoło.
- Dla mnie to bardzo proste. Bałaś się czy stwierdziłaś, że właściwie katowanie dziecka, to całkiem dobry sposób na wychowanie?
- Lewis...
- Powiedz mi.
- Co?! - krzyknęła w końcu w akcie desperacji. - Co mam ci powiedzieć?!
- Dlaczego zaczął mnie bić... a później Aleksandra. Tylko tyle od ciebie chcę.
- A jeśli ci powiem, to wejdziesz do domu?
- Nie - odparłem chłodno. - To zamknięty rozdział. Nie wrócę do was.
- Ojciec miał firmę z twoim ojcem chrzestnym, jego kolegą z klasy.
- Wiem, ale co to ma wspólnego?
- Wujek go oszukał, ty byłeś jego ulubieńcem, ojciec czasem miał problemy z nerwami. Zbieg okoliczności - wzruszyła ramionami.
- Nie wierzę. Jak możesz spokojnie mi powiedzieć w oczy, że to był po prostu, najnaturalniejszy zbieg okoliczności? - byłem przerażony jej spokojem. Czy naprawdę ją to nie boli? Jej mąż katował jej dziecko, syna.
- Życie nie jest proste Lewis.
- Ale przemoc tak. Bardzo prosta i jasna. Szczególnie jeśli doświadczało się jej przez dosyć długi okres swojego życia i to akurat w tym momencie, kiedy potrzebowałem najwięcej wsparcia.
- Więc uważasz nas za potworów? - przygryzła wargę. Może i się tym przejmuje, ale ja już chyba nie.
- Jego. Ty jesteś co najwyżej uczennicą potwora, ale całkiem dobrze idzie ci ta nauka... - po chwili ciszy prychnąłem głośno.
- Co cię tak bawi? - uniosła brew. Chyba zauważyła, że postawa zranionej matki na mnie nie działa.
- Nie bawi, tylko po prostu nie mogę uwierzyć, że to pieniądze były ode mnie ważniejsze i one były powodem - odwróciłem się do niej tyłem i sięgnąłem po kask.
- Dam ci jedną radę. Kochaj ich mocniej niż cokolwiek innego i będzie dobrze - zerknąłem na nią przez ramię. - Kim jest matka?
- Ty wiesz - odparłem. Widziała nas, więc pewnie się domyśliła, tylko czekała na potwierdzenie.
- A mi nie masz nic do powiedzenia? - odwróciłem się. W drzwiach stał ojciec. Ohydnie doskonale podobny do mnie ojciec.
- Właściwe to mam - uśmiechnąłem się. - Za maksymalnie kilka miesięcy dostaniesz wezwanie na rozprawę o zakaz zbliżania się do mojej rodziny, a wniosek o odebranie wam praw rodzicielskich do Aleksandra, państwo Loss już skończyli i zebrali wystarczające materiały, żeby bez problemu z wami wygrać. To tyle - założyłem kask i wsiadłem na motocykl. Mężczyzna stał z miną pełną zdziwienia, nawet nie drgnął. - A jeszcze jedno! - uschyliłem szybkę kasku. - Nie zobaczycie moich dzieci. Nie pozwolę na to. Do widzenia państwu w sądzie - moja ręka machinalnie opuściła szybkę, włączyłem silnik i odjechałem. Pełen żalu, bólu, ale jakby z ulgą. Wolny. Z opróżnionym miejscem na miłość, która na mnie czekała.

piątek, 3 listopada 2017

Od Lewisa C.D. Hailey

Bardzo rzadko mi się zdarza, że grzebanie widelcem w jedzeniu stanowi dla mnie najbardziej interesującą czynność, jaką mógłbym w danym momencie wykonywać. Kiedy Hailey, a za nią jej matka wyszły, właśnie nadeszła taka chwila. Czułem jak wzrok pana O'briena niemal wywierca dziurę w mojej głowie. Panowała między nami cisza. Co ja miałem powiedzieć? Chyba jednak nadal za dużo się zastanawiam i staram się przewidywać.
- Jeśli oczekuje pan jakiejś skruchy, przeprosin czy czegoś podobnego... - westchnąłem unosząc wzrok. - To się pan nie doczeka. Nie żałuję.
- Cieszy mnie to - odparł spokojnie biorąc kolejny kęs potrawy, której nie zdążył skończyć przed wiadomością o ciąży Hailey.
- A tak mniej więcej co? - zdziwiłem się.
- Że nie żałujesz. To chyba byłby najgorszy scenariusz, jaki mógłbym sobie teraz wyobrazić, a skoro nie żałujesz i ją kochasz... Bo kochasz?
- Tak - odparłem niemal automatycznie, a właściwie naturalnie. Po prostu to czułem, jak nic nigdy wcześniej.
- Właśnie, kochasz ją, więc tragedii nie ma. Tylko... wiesz, że to wymaga jakiegoś... jakby to powiedzieć...
- Zobowiązania? - uniosłem brew. - Widzi pan jeszcze nie miałem okazji jej się oświadczyć - zaśmialiśmy się oboje. - Imponuje mi pan.
- Moim spokojem? - zapytał, a ja potwierdziłem skinięciem głowy. - No tak, w domu to się tego nie naoglądałeś... Widzisz... Hailey była ruchliwym dzieckiem, które mniej więcej od gimnazjum kochało się w chłopcu, który mieszkał naprzeciwko nas i był istnym wulkanem kłopotów. Problemy te mnożyły się, kiedy wpadali do niego jego koledzy. Im większe dziecko, tym więcej ruchu, tarapatów, zmartwień. Z czasem idzie się przyzwyczaić.
- Jak będę nad granicą wytrzymałości, to będę się do pana zwracał o pomoc - odłożyłem wreszcie widelec i przestałem maltretować to biedne danie, leżące przede mną na talerzu.
- Zawsze chętnie was wysłucham. A już mówiąc o słuchaniu, to nie miałbym nic przeciwko, jakbyście nieco częściej do nas dzwonili.
- Tak, tak... wiem. Rozumie pan, po prostu... Czasem wszystko dzieje się zbyt szybko, a człowiek próbując nadążyć, zapomina nawet o tak ważnych rzeczach. Choć właściwie... - zamyśliłem się na chwilę. - To ważnych tylko dla Hail, ponieważ ja nie miałem kiedy wykształcić takich nawyków. Do rodziców nie zamierzam się odzywać, dziadkowie zawsze zajęci, zawsze pracujący. To takie nowe.
- Obawiam się, że nigdy nowe rzeczy nie skończą się pojawiać w twoim życiu. Mówię z doświadczenia - zaśmiał się.
- Niestety... - westchnąłem.
- Macie jakieś plany? - zapytał nagle mężczyzna.
- Tak. Może trochę mgliste, jednak myślę, że są całkiem przemyślane i z czasem nabiorą bardziej ostrych kształtów... - od razu wyjaśniłem wszystko w miarę możliwości. Ojciec Hailey uważnie mnie słuchał, przy okazji dawał rady i co jakiś czas kiwał głową, jakby potwierdzając, że rozumie.
- Zawsze czułem, że jesteś bardzo inteligentny i mądry życiowo - odparł, kiedy skończyłem moje skomplikowane tłumaczenie.
- To chyba ja powinienem słodzić przyszłemu teściowi - zaczęliśmy się śmiać. Rozmowa z tym człowiekiem wychodziła mi teraz bardzo naturalnie i swobodnie, pomimo że różnie między nami bywało. - Wie pan... chyba pójdę do Hailly. Sprawdzę co się tam dzieje...
- Martwisz się - stwierdził. To prawda. Zawsze chyba taki byłem... choć nie jestem do końca pewny. - Chodźmy. Ty pójdziesz do małej, a ja spróbuję zabrać żonę z powrotem na dół, co nie będzie proste.
- Coś o tym wiem - westchnąłem. - W końcu niedaleko pada jabłko od jabłoni.
- Oj zdecydowanie - potwierdził. Skierowaliśmy się na korytarz i powoli weszliśmy po schodach na piętro. Drewno skrzypiało pod nami, prawie jak w domu moich dziadków. Myśl o nich nie dawała mi spokoju. Zazwyczaj też dowiadywali się dopiero co jakiś czas, co działo się w moim życiu przez dłuższy okres, jednak zatajenie takiej informacji nie było w moim stylu. To tak jakbym kłamał, a nienawidziłem okłamywać dziadków i w rezultacie robiłem to tylko, kiedy zależało to od ich dobra.
Nagle znaleźliśmy się przed drzwiami. To było jak raptowne obudzenie się ze snu. Mniejsza z tym. Chwilę z panem O'brienem patrzyliśmy na siebie, dopiero po chwili zdecydowaliśmy się zapukać. Ostrożnie zajrzałem do środka, ale to mężczyzna wszedł pierwszy. Pani Samantha siedziała na łóżku przytulając córkę. Trochę jej mąż musiał się namęczyć i naszeptać się do niej, aby w końcu zdecydowała się puścić Hail i wyjść z pokoju. Praktycznie wybiec. Mężczyzna wzdychając ciężko, ruszył za nią, zostawiając nas samych.
Podszedłem do łóżka i usiadłem w tym samym miejscu, gdzie przed chwilą znajdowała się matka dziewczyny.
- Hej śliczna - odgarnąłem jej włosy za ucho. - Wszystko będzie dobrze.
- Zmęczyło mnie to... - jęknęła. - To wszystko... to... tłumaczenie się...
- Wiem, - objąłem ją - ale to dla twojego dobra. Martwią się, chcą zrozumieć, ale jak już twoja matka uspokoi się, bo wszystko się unormuje.
- Lewis - szepnęła.
- Cicho - położyłem się na łóżku i przytuliłem ją do siebie, opierając podbródek tuż za jej ramieniem. - Kocham cię. Właściwie... kocham was.
- Mój romantyk - zachichotała.
- Tak, tak... już cichutko - mruknąłem jej do ucha.
- Zamierzasz iść spać? Teraz? - zdziwiła się i spróbowała odwrócić, co jej uniemożliwiłem przytrzymując ją w objęciu.
- Tak. Masz coś przeciwko spaniu ze mną?
- Nie, ale...
- Wolałbym bez tego "ale" - jęknąłem. - Lubię spać, szczególnie po wybitnie stresujących sytuacjach, a zostawienie mnie sam na sam z twoim tatą, czyli dorosłym mężczyzną, było taką sytuacją. Mógł różnie zareagować, a ja się nie znam na rozmawianiu z ludźmi mimo wszystko podobnymi do mojego ojca.
- No już spokojnie - zachichotała. - Przecież przeżyłeś.
- Tylko dzięki niebywałemu spokojowi twojego taty, którego coraz bardziej podziwiam... Fajną masz rodzinkę.
- Będę miała jeszcze fajniejszą - odparła.
- Bardzo się o to postaram - wymruczałem.

Hailey?
Dziś troszeczkę krótsze... niestety...

niedziela, 15 października 2017

Od Lewisa C.D. Hailey

Kiedy drzwi się zamknęły mama Hailey, wstała, aby zerknąć przed okno, że wsiadają do auta i odwróciła się do mnie z tajemniczym uśmiechem. Właściwie to nie tajemniczym. On po prostu mówił "Zaraz mi wszystko wyśpiewasz". Jednak ja, jako dorosły mężczyzna... no przynajmniej wyrośnięty młodzieniec, nie zamierzałem się poddać bez walki. Miałem doświadczenie z Hail, więc jej matka nie powinna być dużo gorszym przeciwnikiem od niej samej. Jedynym plusem tej sytuacji było to,  że pani O'brien nie miała takich asów w rękawie, co jej córka. Na szczęście.
- A więc Lewis... - zaczęła, siadając naprzeciwko mnie i przyglądając mi się uważnie - wszystko z wami dobrze tak?
- Owszem proszę pani - odparłem nieśmiało. Bałem się takich rozmów. Czasem ogólnie bałem się rozmów z dorosłymi, ponieważ przypominały mi te z ojcem.
- Skoro tak, to nie będzie problemu w tym, abyś opowiedział mi parę szczegółów z życia mojej córki.
- Nie chcę być niegrzeczny...
- Więc nie bądź - ucięła.
- Po prostu wydaje mi się, że powinna pani swoją córkę pytać o jej życie. Jestem osobą trzecią, pośrednią i nie należącą jeszcze do rodziny...
- Jeszcze? - przerwała mi. Cholera. Zaraz znowu coś palniesz.
- Rozumie pani, to nie jest dla mnie i dla Hailey głupia, letnia miłostka, która skończy się z dnia na dzień. Kocham pani córkę i chcę dla niej jak najlepiej - zapewniłem.
- Zawsze się tak mówi - odparła z delikatnym uśmiechem.
- Czy ja panią kiedykolwiek okłamałem? - uniosłem wzrok.
- Nie... Jestem pamiętaj, że mam was na oku i...
- Co? Wyrzuci mnie pani stąd? Mam dokąd iść - wskazałem głową w stronę mojego domu.
- Wysoko widzę grasz.
- Nie wyżej niż pani, ale to tylko dlatego, że stawką jaką jest Hail jest dla nas najwyższą i najcenniejszą - odparłem jednym tchem.
- A jeśli jej się to odmieni? - ciąża jej się odmieni? No chyba nie. Przewróciłem oczami i spuściłem lekko głowę, zaczynając się bawić palcami dłoni.
- Nie odmieni. Widziała mnie w najbardziej upokarzających sytuacjach w moim życiu. Gorzej nie będzie - wyznałem. Zapadła między nami krępująca cisza. Właściwie nie do końca, ponieważ po całym pomieszczeniu roznosił się odgłos palców uderzających o blat oddzielającego nas stołu. - Nie chcę, żebyśmy walczyli, rozumie pani?
- Rozumiem - odparła beznamiętnie.
- Jesteście z Hailey identyczne.
- Czyli jakie? - zainteresowała się.
- Nie zamierzam się aż tak narażać - skrzyżowałem ręce.
- Posłuchaj. Umówmy się tak, będziemy szczerzy do bólu, możemy zatajać pewne fakty, ale nie podczas odpowiedzi na pytania.
- Ale to niesprawiedliwe, bo to gra w jedną stronę - uniosła brew. - A... czyli to ma takie być?
- Bystrzak - uśmiechnęła się, a ja się skrzywiłem. - Opowiadaj.
- I wtedy pani mi powie, czy się nadaję dla pani córki i czy pani to akceptuje?
- Dokładnie.
- Dobrze, ale jeśli pani obieca, że pomoże w tym też mężowi - zmrużyłem oczy, przyglądając się kobiecie. Trochę się zdziwiła, jednak pokiwała w końcu głową.
- Obiecuję.
- Więc kiedy Hailey przyjechała do akademii, uciekłem przed nią, bo widziałem u niej sceny zazdrości i to nie było nic miłego. Zaczęła się era, który następowała w każdym moim związku, czyli walka kocic, której Hail raczej nie przegrywała. Odbierały mi sobie, ja się szamotałem, ale właściwie to nie wiedziałem co robić...
- Miałam inne mniemanie o tobie - mruknęła kobieta.
- Zdziwię panią, ale ja o sobie też - warknąłem. - Później był bal, na którym po wielu wewnętrznych kłótniach zdecydowałem się porozmawiać w miarę możliwości poważnie z pani córką, lecz zrządzenie losu zadecydowało o tym, że się zwyzywaliśmy, na krzyczałem na nią za całe życie, ona nazwała mnie potworem, a ja... jak pewnie się jej wydawało uciekłem. Właściwie to...
- Pojechałeś po brata - pokiwała smutno głową.
- Tak. Miałem wypadek. Drugi. Nigdy nie czułem tak blisko śmierci. Mniejsza z tym. Zabraliśmy Alexandra i kilku znajomych i odwieźliśmy go do moich dziadków w Irlandii, gdzie miałem czas trochę zregenerować się i nie tylko.
- Nie tylko? - to zaniepokojenie w głosie mnie wystraszyło, ale tylko na chwilę.
- No wie pani, rozmawialiśmy, dostałem w twarz, po raz drugi. Zresztą ona ma strasznie cięte te łapki. Później stwierdziliśmy, że to nie jest głupi pomysł, spróbować. Dokładnie wiedziałem, że to ona odstraszała te wszystkie potencjalne kandydatki na moje dziewczyny, ale myślałem, że to z przyjaźni. Tak, tak, mężczyźni są ślepi.
- Dokładnie - westchnęła.
- Więc jak już zobaczyłem - przewróciłem oczami - to staliśmy się parą, na czas pobytu w Irlandii, bo...
- Bo? - przerwała mi.
- Niech mi pani nie przerywa to się dowie.
- Czepiasz się.
- Jakbym Hailey słyszał - pokręciłem głową. - Bo moje wyniki okazały się okropne... Pamięta pani? Miałem kiedyś problem z płucami, on powrócił, pojechałem do Niemiec, żeby coś z tym zrobić, dowiedziałem się, że nie mam raka, ale za to mam na głowie wściekłą kobietę, która jest w stanie rozszarpać mnie na strzępy za to, że próbowałem zaoszczędzić jej nerwów...
- Co dalej? - chyba wciągnęła ją moją opowieść. Niepokojące...
- Dalej to pojechaliśmy na wakacje, bo jeszcze były. Do mojej cioci, do Kalifornii. A później wróciliśmy i stwierdziliśmy, że to dobry pomysł, żeby wpaść tutaj przed rozpoczęciem roku.
- Tylko tyle? - pokręciłem głową.
- Ale tyle pani powiem. Resztę ma ona powiedzieć.
- Dlaczego?
- Bo jestem chłopakiem, który nie nadaje się do tego typu rozmów? - podsunąłem.
- Wydaje mi się, że jest wręcz przeciwnie, ale skoro ona powie, to nie będę naciskać.
- Obiecała mi.
- I ślepo jej wierzysz? - zapytała, a ja pokiwałem głową wlepiając w nią spojrzenie.
- Miłość jest ślepa - odparłem cicho.
- Mam pytanie.
- Boję się dowiedzieć jakie...
- Spałeś z nią - przełknąłem ślinę.
- Pani O'brien - szepnąłem, czując jak moje oczy szerzej się otwierają.
- Lewis - zaświergotała łagodnym tonem.
- Ale... - jęknąłem.
- Nie jęcz tylko mów - uderzyła ręką w stół, a ja aż podskoczyłem. - Ja przepraszam... Lewis...
- Tak - powiedziałem przerażony. To tylko matka Hailey, a jednak nadal wspomnienia potrafią się szybko we mnie obudzić.
- Co?
- Tak spałem z nią, ale niech pani przestanie - odparłem szybko.
- Przepraszam... - wstała od stołu i podeszła do mnie, gładziła po chwili moje włosy. - Nie chciałam, tego obudzić.
- N... nic... nic się nie stało - wyjąkałem.
- Wiesz. Jesteś idealnym chłopakiem dla Hail - podniosłem głowę.
- Naprawdę?
- Tak, choć mam ochotę cię udusić, za to, że przespaliście się.
- Nie byłem pierwszy - zauważyłem.
- Lewis!
- No co?! Taka prawda, to nie moja wina - spuściłem głowę. - Przepraszam?
- Nie jestem pewna, czy to dobre słowo.
- Ja też - na chwilę zapadła cisza. - Dlaczego ona mnie pokochała?
- Chciałabym wiedzieć, ale w tych sprawach Hailly zawsze była skryta. Może to dlatego, że byliście blisko, a ty dałeś jej namiastkę męskości powodując, że zaczęła się interesować chłopcami.
- W sensie?
- Pewnie byłeś pierwszym chłopakiem, którego widziała bez koszulki, w które ubraniach chodziła, którego perfumy uwielbiała, który jej bronił, uczył jak chodzić po drzewach, opowiadał straszne historie, a później uspokajał i zostawał na noc, bo ona się bała, do którego się przytulała, który nosił ją na barana, który oddawał jej bluzę kiedy było jej zimno i chował pod kurtkę, kiedy padało. Jej życie było ciebie pełne i te małe pierwsze razy, należały do ciebie.
- Oprócz tego najważniejszego.
- Oj nie oburzaj się tak - zachichotała, a w tym samym czasie słychać było, jak otwierają się drzwi. - A teraz cichutko.
- I tak zauważy.
- Czyżby? - uniosła brew.
- Owszem - odparłem pewnie.
- A o co chodzi? - zapytała Hailey wchodząc do kuchni.
- O nic - rzuciłem automatycznie.

Hailey?
Przepraszam, że takie nijakie...

niedziela, 1 października 2017

Od Lewisa C.D. Hailey

Przed lotniskiem czekał na nas Gabriel z samochodem pożyczonym od rodziców. Powiedziałem mu tylko, że wracamy, bo jest rozpoczęcie roku szkolnego. Nie chciałem na razie wszystkiego rozgłaszać. To było za świeże, zbyt szalone i trudne do opanowania, więc musieliśmy z Hail działać stopniowo. Najpierw rodzice, później ewentualnie wybrane osoby, dzięki którym znając przykładowo umiejętności Zaina, dowie się cała reszta. Brunet przywitał nas jak zwykle serdecznie, ponieważ w promieniu kilkuset tysięcy kilometrów nie było Malika. Czasem Gab się zachowuje jakby miał na niego alergię czy coś.
- Ale się opaliłaś mała - odparł ściskając Hailey. Skrzywiłem się.
- Tylko mi jej nie połam i... najlepiej to mi ją oddaj - powiedziałem, a po chwili obejmowałem ją, chichoczącą ramieniem z wyraźną ulgą na sercu.
- A jemu co odbiło? - uniósł brew patrząc to na mnie to na nią.
- Hmmm... może miłość? Ale ja tam się nie znam - dalej się śmiała.
- Zawsze taki byłem, tylko ty jak zwykle robisz problemy - mruknąłem do niego. - To zawieziesz nas czy nie?
- Do akademii?
- Nie, do Hailey. Przecież mówiłem ci jak dzwoniłem - zmarszczyłem brwi, a on wlepił we mnie zdziwiony wzrok.
- Myślałem, że to słaby żart czy coś. No wiesz... bliskość twojego ojca...
- Niech spier... - urwałem. - Nie zobaczy mnie nawet.
- Obiecujesz? - zapytał z prawdziwym przejęciem. Oni oboje są nie do zniesienia. Halo, przecież jestem dorosły!
- Weź ty się zamknij, nie będę drugi raz tego samego obiecywał - fuknąłem, a Hailly pogładziła mnie po boku.
- Zawsze wiedziałem, że to ty jesteś najbardziej odpowiednia dla niego - puścił do niej oczko, a ja przewróciłem oczami. To już spisek.
Jedyny plus tej całej sytuacji był taki, że właściwie nie zobaczył w naszym nagłym powrocie niczego podejrzanego. To się równało brakiem niewygodnych pytań, a to z kolei spokojną podróżą do domu. Tak do mojego domu. To zaskakujące, ale właśnie z budynku naprzeciwko, gdzie mieszkała moja najlepsza przyjaciółka, a aktualnie dziewczyna i matka mojego dziecka, pochodzą najlepsze wspomnienia z mojego, a raczej naszego dzieciństwa. Okresu dojrzewania w sumie też. Tak optumalnie do mojego wyjazdu na studia.
Kiedy Gabriel zaparkował samochód, automatycznie spojrzałem w stronę mojego domu. Obrzydlistwo. Może i wyglądał jak każdy inny na tej ulicy, ale budził we mnie odrazę. Dokładnie jej począteku nie mogłem określić, jednak zdałem sobie z niej sprawę w Irlandii. Poczułem ciepło okalające moją dłoń, wiedziałam, że to Hailey chce mnie odciągnąć od tych wspomnień, lecz nie mogłem się odwrócić. W pewnej chwili zza firanki, w jednym z okien wyłoniła się kobieta. Spojrzała na samochód. Spojrzała na mnie. Gdyby tylko nie te przyciemniane szyby... zobaczyłaby syna. Co wtedy by zrobiła? Zobaczyłaby syna, który odebrał jej drugie dziecko i który jej nienawidzi. Nikomu czegoś takiego nie życzę. Ale to TYLKO jej wina... bo to jej zadaniem było dać mi ochronę i zabrać od ojca sadysty, bez względu na swoją wygodę. Jej wina. Zniknęła. Odwróciłem się do Hailey, która patrzyła na mnie zmartwiona.
- Była tam - odparłem cicho.
- Widziałam...
- Chodźmy już - mruknąłem, łapiąc za klamkę samochodu. Wysiadłem na zewnątrz i od razu podszedłem do bagażnika, z którego wyciągnęliśmy z Gabrielem nasze bagaże. Hail podeszła do drzwi i zadzwoniła. Zawsze podziwiałem jej matkę. Zawsze chciałem mieć taką matkę. Zawsze... Padły sobie w objęcia. Później dziewczyna wskazała na mnie. Pani O'brien wygląda jakby czegoś nie rozumiała. Miałem tylko nadzieję, że zrozumie. Tym razem też. Pożegnałem się z przyjacielem i wziąwszy swoją torbę oraz walizkę Hailey podszedłem do schodów, prowadzących do drzwi jej domu, w których obie stały z matką.
- Dzień dobry - odparłem niepewnie. Co miałem zrobić? Powiedzieć przepraszam, że zabrałem wam córkę? Przecież ja ją kocham... Ale kobieta tylko się rozpromieniła.
- Cześć Lewis. Chodźcie - zaprosiła nas do środka. - Będziemy musieli trochę ze sobą porozmawiać.
- Wiemy mamo - odparła cicho Hailey.
- I to bardzo poważnie.
- Wiemy pani O'brien - mruknąłem.
- Teraz to już chyba mamo, co? - zachichotała kobieta.
- Mamo! - krzyknęła Hail.
- To nie było do ciebie - odparła, a ja zacząłem się śmiać widząc minę.dziewczyny.
- No i co się śmiejesz? - mruknęła.
- Bo to taki paradoks, bo zawsze chciałem mieć taką mamę - wzruszyłem ramionami. - To gdzie mam to zanieść?
- Zaraz znajdę ci jakieś miejsce.
- Mamo! - krzyknęła znowu.
- Nie będziecie spać razem pod moim dachem, bo...
- Za późno - odparła. Terapia szokowa, czy jak?! Cofnąłem się za nią, żeby nie stać w zasięgu kobiety.
- Co? - zdziwiła się.
- Mamo później... Proszę - uśmiechnęła się jakby ostatkiem sił. - Jestem trochę zmęczona. Zanieść do mnie. Ja się położę, a ty mamo będziesz pilnować czy nie zdradzi obietnicy i nie polezie naprzeciwko.
- To by była skrajna głupota - zauważyła kobieta.
- Czyli coś idealnie pasującego do niego.
- Ej! - mruknąłem. - Nieprawda. Ktoś inny jest tutaj skrajnie głupi.
- Tylko bez takich - zagroziła mi palcem.
- Taka prawda i to ty będziesz się tłumaczyć - minąłem ją i ruszyłem po schodach na górę, zostawiając ją z zasypującą ja pytaniami matką.
Mieszkała centralnie naprzeciwko mojego pokoju, co zawsze mnie śmieszyło. Wszedłem do pokoju i uderzył mnie jego widok. Dosłownie wyglądał jakby czas się w nim zatrzymał. Nic się nie zmieniło. Choć do skrzypiące łóżko należałoby zmienić. To może stanowić małe utrudnienia w nocy... Chociaż z drugiej strony to co mieliśmy zrobić to zrobiliśmy, więc nie sądzę, że mama Hail zmieni się w jakąś przyzwoitkę czy coś w tym rodzaju. Położyłam bagaże i usiadłem na łóżku, zastanawiając się, czy właściwie jest sens, żeby je rozpakowywać. W takim oto właśnie pozycji, czyli rozwalonym na środku łóżka, zastał mnie tajfun, który wpadł do tego pokoju. Walnęła drzwiami tak mocno, że aż podskoczyłem na materacu. Powoli, ostrożnie podniosłem się do siadu.
- Przestawiła ci się jakaś klepka na widok Londynu, czy jak? - odparła patrząc na mnie wściekła.
- Nie - odparłem całkowicie spokojnie. - Po prostu jestem skrajnie głupi - po tych słowach ponownie opadłem na materac.
- Oj przepraszam - powiedziała, a ja tylko coś mruknąłem pod nosem. Podreptała szybko do mnie, zatrzymała się przy samym skraju łóżka i przez chwilę popatrzyła na mnie. Ponieważ zrozumiała, że dalej nie mam zamiaru się odezwać, zeszła na łóżko i usiadła mi na biodrach. - Nie gniewaj się Lewis...
- Za późno - odparłem poważnie. Położyła się na mnie.
- Jak będziesz się gniewał, to będzie mi smutno i naszemu dzieciątku też będzie smutno - zrobiła minkę zbitego psa.
- Podobno jest za ma... - zakryła mi usta dłonią.
- Jesteś irytujący - zabrała rękę, ale ponownie zamknęła mi usta. Tym razem pocałunkiem.
- Nawzajem kotku - wyszczerzyłem się, kiedy oderwała się ode mnie. Przewróciła oczami. No jasne. - Kiedy im mówimy?
- Nie wiem... a kiedy chcesz?
- Hailey to twoi rodzice - zauważyłem. - Ty znasz ich lepiej i to ty powinnaś wiedzieć, kiedy najlepiej z nimi porozmawiać. Tak?

Hailey?
Tak wiem, nie zachwyca...

niedziela, 24 września 2017

Od Lewisa C.D. Hailey

Lewdo chodzę do domu i od razu słyszę niewygodne pytania. To cholerne fatum jakieś, bo wyczucie czasu powinno dotyczyć rzeczy miłych, a nie denerwujących oraz wymagających wyjaśnień, a to właśnie takie było.
- Właściwie... - wszedłem do kuchni - to jutro, a maksymalnie za dwa dni.
- Szybka reakcja? - Rossi uniosła brew. Czyli usłyszały jak wchodziłem do domu.
- Powiedziałeś jej? - zapytała Hailey. Skąd ten pomysł? Chociaż z drugiej strony to logiczny pomysł...
- Po kolei... Zawsze musicie mi zadawać pytania na raz? - westchnąłem. - Tak, bardzo szybka reakcja i nie, tylko domyśla się, że to coś co jest w stanie ściąć mnie z nóg i to okraja zasięg możliwości, że tak powiem.
- Ale powiesz mi? - kobieta wykrzywiła usta we wrednym uśmieszku.
- Nie - mruknąłem i podszedłem do siedzącej przy stole Hailey.
- I tak się dowiem - prychnęła, po czym odwróciła się do nas plecami. Typowe zachowanie tej denerwującej osoby... Z drugiej strony jest kochana i doświadczona... Usiadłem obok Hail i sięgnąłem po jej dłoń. Kciukiem delikatnie rysowałem koła po jej zewnętrznej stronie. Dziewczyna niepewnie się uśmiechnęła.
- Gdzie byłeś? - zainteresowała się. - Miałeś wrócić...
- Musiałem w spokoju zadzwonić - odparłem łagodnie.
- I dlatego wyszedłeś aż na zewnątrz i zniknąłeś na tak długo? - zapytała Rossy.
- Owszem - westchnąłem.
- Co ustaliłeś? - zapytała Hail opierając głowę o rękę położoną na stole.
- A miałem coś ustalić?
- Nie oszukujmy się, to ty tutaj jesteś od logicznego myślenia oraz planowania. Zrobimy to, co powiesz - zapewniła mnie.
- Co się dzieje? - zapytała nagle Rossy, odwracając się i mierząc nas podejrzliwymi spojrzeniami. Popatrzyliśmy na siebie.
- Jestem w ciąży - odparła dziewczyna, mocniej ściskając moją dłoń.
- Jesteś... - nie skończyła. Spojrzała po nas, jakby usilnie się nad czymś zastanawiała. - To mów co zamierzacie - podeszła do stołu i usiadła z nami, bawiąc się ścierką w dłoniach.
- Nagły tryb "pomóc dzieciom bo zjebały sobie życie"? - prychnąłem. - Nic takiego nie jest nam potrzebne.
- Lewis - jęknęła Hail.
- To nie tak, Lewis - odparła Rossy.
- Ale tak myślisz... wszyscy tak myślą - mruknąłem. - Bo co? Bo młodzi jesteśmy? To nie znaczy, że zniszczyliśmy sobie życie i nigdy nie będę tego odbierał w ten sposób.
- Uspokój się - kobieta ucięła mój zawiązujący się dłuższy wywód. - Nie myślę tak. Moją najstarszą córkę urodziłam mając dziewiętnaście lat. Co prawda byłam po ślubie, ale mimo to byłam młoda. A moje życie bardzo mi się podoba.
- Nie kłam. Wiem, że chciałabyś mniej pracować - zachichotałem, a ona pokręciła głową.
- To kobieta w ciąży może mnie huśtawki nastrojów, a ty się zachowujesz jakbyś sam był w ciąży albo co najmniej okres miał - odparła, a ja puściłem głowę.
- Bo się cieszę - niepewnie na nią spojrzałem.
- To jest najważniejsze, bo na jej miejscu byłabym przerażona czekając na twoją reakcję.
- Ale... ale... - zacząłem. - To nieprawda! Jestem taki straszny i taki okropny? - spojrzałem na Hailey.
- Cóż... bałam się twojej rekacji. Nadal się boję, że nagle uzmysłowisz sobie, że będziesz ojcem, odpowiedzialnym na przykład za syna i znowu wpadniesz w jakąś paranoję... - przerwała. Chyba zrobiłem się blady jak papier. Cholera. Bo ona miała rację. Myślałem, że zaraz wpadnę w panikę i gdzieś ucieknę, schowam się w kącie, żeby nikt mnie nie znalazł.
- O mój Boże...
- Lewis... ale głupia jestem, spokój - chciałem wstać, ale pociągnęła mnie w dół.
- Ja wcale nie jestem przerażony - pokręciłem głową.
- Nie. Skądże - przewróciła oczami. Jak ona bardzo tego nie rozumie. - Przecież ty to nie twój ojciec.
- I znowu ta dyskusja bez sensu - puściłem jej dłoń i schowałem twarz w dłonie. - Ja to wiem, ale to nic nie zmienia. Będę przerażony, dopóki się i upewnię się w czymś.
- A tak jaśniej? - zapytała.
- Plan jest taki - przetarłem dłońmi twarz i spojrzałem na nie. - Ciocia nie odbiera, ale jutro, pojutrze ma wrócić. Muszę z nią porozmawiać. Rozmawiałem z wujkiem i dziadkami.
- Lewis... - zaczęła.
- Wiem, miałem być cicho, ale to było ważne, a oni nie rozgłoszą tego połowie świata - przerwałem jej. - Jak porozmawiam z ciocią, to wrócimy do Anglii. Najpierw pojedziemy do twoich rodziców, tam zostaniemy na chwilę... I... nieważne. Później pójdziemy do Morgan i odejdziemy z uniwersytetu. Możesz się przenieść na inny, nie zabronię ci tego.
- A ty?
- Właśnie po to dzwoniłem do wujka. Na razie on da mi pracę. Znam trochę języków, więc problemem nie będzie dla mnie znalezienie pracy szczególnie po pracy u niego, a że mamy różne nazwiska, to nikt nie domyśli się, że to firma mojego wujka. Przydałyby się studia, ale mogę je zrobić za ocznie. Będziemy ustatkowani. Tylko jest problem...
- Jaki?
- Firma jest w Dublinie. Więc musielibyśmy wyjechać z Anglii do Irlandii.
- I wtedy moglibyśmy mieszkać u twoich dziadków i po to do nich dzwoniłeś - pokiwałem głową. Wszystkiego się domyśliła. - Kiedy to wymyśliłeś?
- Na poczekaniu... a dokładniej kiedy czekałem na wyniki testu - przyznałem. - Miałem wrażenie, że o niczym nie myślałem, a w podświadomości układał mi się ten plan. Myślę, że nie jest on jakoś bardzo beznadziejny.
- Ja natomiast myślę, - odezwała się wreszcie, bo długiej jak na nią chwili milczenia, Rossy - że to jest całkiem dobry pomysł. Będziesz mógł część pracy wziąć do domu i pomóc. Twoi dziadkowie, to doświadczeni ludzie, którzy też wam pomogą.
- I będę miał blisko Aleksandra - uśmiechnąłem się.
- Właśnie. Jednak mam dziwne wrażenie,  - zmrużyła oczy - że chcesz popełnić jedno znaczące głupstwo.
- Jakie głupstwo? - zdziwiła się Hailey i zmarszczyła brwi.
- Powiedział, że zatrzymacie się u twoich rodziców na chwilę i chciał coś dodać, jednak urwał - będę kiedyś musiał zabić tą kobietę. Kolejna zbyt inteligentna, która tylko sprawia problemy. - A co on może dodać w pobliżu twojego dony?
- Ty chcesz do nich iść?! - krzyknęła Hailey.
- Nie... znaczy... tak... znaczy... - zacząłem się jąkać.
- Masz mi natychmiast obiecać, że tego nie zrobić, że nie pójdziesz do nich, kiedy tylko nadarzy się okazja, bo ja gdzieś wyjdę, albo pójdę spać. Jasne?!
- Jasne... Tylko nie krzycz - odparłem cicho.
- Dlaczego? - zdziwiła się ponownie.
- Bo nam się dziecko stresuje - mruknąłem.
- Kochanie... ono jest za małe - zaczęła się śmiać.
- Tak, tak... ale się już stresuje. Więc nie krzycz - spuściłem głowę, a ona potargała moje włosy.
- No dobrze, nie będę. Teraz twoja kolej.
- Obiecuję, że do nich nie pójdę - odparłem, do podłogi.
- Proszę ładnie to powtórzyć, patrząc mi w oczy - powiedziała, a Rossy zachichotała. To się dobrały. Chcąc nie chcąc uniosłem głowę, spojrzałem w te śliczne oczęta i powtórzyłem moje wcześniejsze słowa. Zaraz potem jednak zaświtała mi myśl... kusząca myśl. Mianowicie musieliśmy choć na jedną noc zostać w Morgan. Jeśli wystarczająco wcześnie wstanę, a z tym problemów nie mam, to niezauważenie pojadę do Londynu. Nie pójdę do nich. Tylko pojadę... a co się tyczy tej liczby mnogiej "ich" to się jeszcze poważnie zastanowię...

Hailey?
Wracamy kociaku <3

niedziela, 17 września 2017

Od Lewisa C.D. Hailey

Zachichotała wyraźnie zadowolona. Przynajmniej to mi dzisiaj wyszło. Brawa dla Lewisa Draxlera, który dziś przeżyje z tym chodzących huraganem, obok. Objąłem ją ramieniem. Lubiłem to robić, lubiłem dawać jej poczucie bezpieczeństwa. Po to się to robi prawda? Mały paradoks, jak na moje wybuchy złości i agresji oraz delikatnie dużą niestabilność emocjonalną. Jednak każdy może się zmienić prawda? Że niby ludzie się nie zmieniają? No to ja na złość wszystkim, będę tym pierwszym.

~ * ~

Godzina ósma czterdzieści trzy. Chyba wystarczy. Od jakiś mniej więcej dwóch tygodni Hailey próbowała mnie zmusić, do dłuższego spania. Średnio to jej wychodzi, ale zgrabnie oszczędzam jej uświadamiania tego. Po co mam ją zasmucać? Nie lubię tego robić. Zwiesiłem nogi z łóżka, jednak chwilę jeszcze tak posiedziałem. Patrzyłem na nią przez ramię. Słodko wyglądała śpiąc. Była wtedy jaka cichutka, aż nienaturalnie, jednak równie piękna, jak wtedy gdy jest w pełnym krasy swoim żywiole. Pomyślałem, że niedługo będziemy musieli wracać do Morgan. Nie podobało mi się to, jednak nie mogliśmy zostać na wieki na plaży w Malibu. W dodatku kiedy wróci ciocia, też musi gdzieś funkcjonować. Nasz związek, na tą dosyć kruchą i wręcz porcelanową kobietkę, to trochę za dużo. Dlatego jeśli przyjeżdżałem z kimś, to tylko wtedy, kiedy jej nie było. Cicho podreptałem do wyjścia z sypialni i skierowałem się w stronę schodów, z których się zwlokłem. Wszedłem od razu do kuchni, gdzie zająłem się robieniem herbaty. Lubiłem jej smak, chyba nawet bardziej niż kawy. Oparłem dłonie o blat obok płyty indukcyjnej i zwyczajnie patrzyłem przez okno. Różne myśli kłębiły się ostatnio w mojej głowie. Było tyle spraw do zrobienie, a właściwie do dokończenia, że właściwie to nie wiedziałem, za co się zabrać najpierw.
Wzdrygnąłem się, kiedy poczułem na moich obu bokach, czyjeś ręce. Wiedziałem, że były to dłonie Hailey, jednak ten dotyk był aż zbyt niespodziewany. Powoli się odwróciłem, splątałem palce za jej plecami. Przyglądała mi się z zadartą głową.
- Coś się stało? - zapytała dosyć niepewnie. Podejrzane.
- Nie... czemu pytasz? - uniosłem brew.
- Wcześniej wstałeś i stoisz gapiąc się bez ruchu w krajobraz za oknem? - skrzywiła się.
- Myślę. Uprzedzając twoje pytanie, o wielu sprawach. Chyba aż za wielu - westchnąłem.
- Nie rób tego, to mnie delikatnie przeraża - zachichotała.
- Od pewnych rzeczy nie uciekniemy, Hailey - schyliłem się i pocałowałem ją, wygięła się do tyłu.
- Jak już mówimy o nieuciekaniu... to musimy porozmawiać - odparła.
- Teraz? - jęknąłem i pochyliłem się jeszcze bardziej, by sięgnąć jej szyi.
- Teraz - odparła poirytowana. Zdziwiłem się i przestraszyłem zarazem.
- No dobrze - puściłem ją. - Usiądź, zaraz zrobię nam herbatę, to porozmawiamy - tylko kiwnęła głową, po czym usadowiła się na jednym z krzeseł. Po chwili zrobiłem to samo, stawiając na blacie dwa kubki z dymiącym płynem. - O co chodzi?
- Najpierw ty - odparła cicho. Zaczynałem już wewnętrznie trząść się ze strachu, ale mówiłem spokojnie.
- Dobrze. Myślałem na tym, kiedy powinniśmy wrócić do Morgan i o tym, że powinienem pomóc dziadkom z Aleksandrem, no i zrobić coś z rodzicami...
- A musisz właściwie?
- Czuję, że tak. Mam wrażenie, że inaczej się od nich nie uwolnię - wytłumaczyłem, a ona uparła łokcie o blat, biorąc kubek w ręce. Pokiwała głową i powoli wzięła łyk herbaty. - Hailey... bo ja się zaczynam bać... i tak na poważnie, więc może już powiedz o co chodzi...
- A musi o coś chodzić? - zapytała wpatrując się w ciemną ciecz, która wypełniała jej błękitny kubek.
- Wiesz raczej nasze rozmowy wychodzą spontaniczne, nie mówisz mi "Musimy porozmawiać". Nie jestem do tego przyzwyczajony, więc się stresuję, przeczuwając coś złego.
- Nie wiem czy to coś złego - odparła cicho.
- Po prostu powiedz i wtedy zdecydujemy, jaka ta wiadomość jest, dobrze? - zapytałem łagodnie, a ona pokiwała głową. Była smutna. To napawało mnie jeszcze większym strachem.
- Dobrze... więc... - przerwała.
- Prosto z mostu - odparłem.
- Okres mi się spóźnia - szepnęła. O nie... Czerwona lampka, milion myśli, panika, histeria, furia że mogłem być tak głupi i nagle cisza.
- Przecież brałaś tabletki - odparłem marszcząc brwi.
- No... niby tak... ale później były z nimi problemy... i... i... - przygryzła wargę. Wstałem i postawiłem moje krzesło obok jej. Ponownie na nim usiadłem i spojrzałem na nią.
- Dużo?
- Jakieś dwa tygodnie... Wtedy na zakupach latałam cały czas do łazienki, bo się bałam, że się zacznie... ale on się nie zaczął - odparła.
- Test?
- Nie robiłam... ale kupiłam... Leży wśród moich ubrań - szepnęła.
- No, więc idziemy po niego, robisz test i tyle - odparłem pewnie. Zerknęła na mnie.
- Dobrze.
Plan był prosty. Konsekwencje mogły być wręcz przerażające. Byłem zły, że nie powiedziała o tabletkach, ale nie mogłem jej obwiniać. Mogłem sam pomyśleć o zabezpieczeniu, a z drugiej strony, czy można nazwać to obwinianiem? Tak nie powinno być. To nie wina, tylko szansa na coś nowego. Na zmianę, na życie, na rodzinę... Chyba za szybko się zapalam do tego. Hailly wygrzebała z szafy małe pudełeczko i powędrowaliśmy do toalety.
- Wejść z tobą? - zapytałem stojąc w drzwiach.
- Nie wiem... chyba nie... wolę nie - odparła.
- Dobrze... nie śpiesz się - uśmiechnąłem się delikatnie i cofnąłem. Zamknęła drzwi. Usiadłem na podłodze opierając się o ścianę. I tak siedziałem. Nic innego nie mogłem zrobić... Tylko czekać. Czekanie zawsze było dla mnie najgorsze. Czekanie aż mam wróci, czekanie czy ojciec przyjdzie, czekanie kiedy zejdą sińce, czekanie aż Aleksander spokojnie zaśnie, czekanie aż będę mógł pójść na studia, czekanie aż zobaczę przyjaciół. Ciągłe czekanie. Nie potrafiłem znaleźć sobie miejsca w takich chwilach. Zazwyczaj chodziłem z kąta w kąt. Teraz nie mogłem się ruszyć. Wyszła. Wyszła i usiadła obok. Nie spojrzałem na nią. Wzrok nadal miałem wbity w nieokreślony punkt przede mną.
- Co my teraz zrobimy? - zapytała cicho.
- Wiesz... co mieliśmy zrobić to już zrobiliśmy, jak sądzę - odparłem. Spojrzałem na jej dłonie z zabrałem z jednej z nich test. Pozytywny. - Mówiłem.
- Ale... - jej głos się załamał.
- Cichutko, spokojnie - objąłem ją ramieniem. Oparła się o mnie i po chwili wtuliła we mnie. - Przecież nic się nie stało.
- Lewis, ale to wszystko zniszczy, rozumiesz?! Zniszczy nam życie, przyszłość, studia - zaczęła płakać.
- Przestań - odparłem twardo, zamarła. - To ja powinienem chyba panikować. Przecież nie nadaję się do dzieci i... To wszystko... Mnie przerasta. Przyznaję to, ale przyznaję też, że cię kocham. Słyszysz? Nie spodziewaliśmy się tego, ale to nie koniec świata.
- Koniec! - krzyknęła.
- Nie. I przestań się drzeć - mruknąłem. - To tylko mała zmiana planów, które możemy skorygować do nowej sytuacji.
- Od kiedy ty nagle jesteś taki pozytywnie nastawiony do życia? - pociągnęła nosem.
- Od kiedy idąc po schodach po test pomyślałem, że mogę stworzyć lepszą rodzinę, niż sam miałem jako dziecko. Rozumiesz?
- Rodzice mnie zabiją - mruknęła.
- Nie zabiją. Na początku zachwyceni nie będą, ale pogodzą się z tym. Niemożliwy był dla ciebie związek ze mną, a teraz nosisz moje dziecko - uśmiechnąłem się. - Czy jest cokolwiek czego nie pokonamy?
- Pieniądze? Praca? Przyszłość? - zapytała.
- Powoli. Najpierw twoi rodzice i moi dziadkowie. Później reszta. Mam wujka, mamy Irlandię. Zawsze jakieś wyjście się znajdzie - pocałowałem ją w skroń.
- Twój spokój jest przerażający...
- Spokojnie, przeraża nie tylko ciebie - zaśmiałem się nerwowo. - Nie tak to sobie wyobrażałem... ale tak nie jest źle.
- Nie jesteś zły? - zapytała niepewnie.
- Zły? Mogę być zły tylko na Zaina, że go nie ma przy mnie w takiej chwili i na to uczucie, że zaraz zemdleję. A tak poza to wszystko jest w porządku - zachichotałem.


Hailey?
Teraz będzie ją nosił na rękach <3

poniedziałek, 4 września 2017

Od Lewisa C.D. Hailey

Naprawdę? Już miałem taką cichutką nadzieję, że nie będę musiał chodzić z nią na zakupy. Oczywiście rozumiem, że ma potrzebę pójścia na nie. Lubię nawet jej doradzać, szczególnie teraz, kiedy będę mógł legalnie stać z nią w przymierzalni i patrzeć jak przebiera. Czasem jednak myśl spędzenia w galerii kilku godzin jest dosyć męcząca, a właściwie na tyle męcząca, że wszystkiego mi się odechciewa... Z drugiej strony odmówienie jej byłoby podłością z mojej strony.
- Dobrze - wydusiłem z siebie w końcu. - Pójdziemy na zakupy, ale nie dziś. Dziś wracamy prościutko do domku.
- Lewis! - wyglądała jakby nagle ją olśniło, a zarazem przeraziło. - Nie dam ci wsiąść za kierownicę, nawet jeśli stwierdzisz, że mało wypiłeś i masz mocną głowę.
- O to się już zatroszczyłem, załatwiając kogoś, kto nas odwiezie - uśmiechnąłem się, obejmując ją ramieniem. To słodkie, że się martwi i zdecydowanie podobało mi się to. Zresztą już po moim pierwszym wypadku zapowiedziała mi, że moja jazda będę pod jej szczególnym nadzorem. Teraz po drugim wypadku, pewnie będzie bała się puszczać mnie samego na motocykl.
- Proszę, proszę co za przewidzenie sytuacji, co za odpowiedzialność. Duma mnie wręcz rozpiera panie Draxler - zachichotała, przytulając się do mnie.
- To wszystko udziela mi się od pani, pani Draxler - wzdrygnęła się, kiedy powiedziałem to nazwisko z niemieckim akcentem. Niemiecki nie jest ślicznym językiem, dlatego sporo ludzi właśnie w taki sposób na niego reaguje.
- Ten twój akcent mrozi krew w żyłach - mruknęła.
- I tak nie wyjedziemy do Niemiec, więc tej wersji nazwiska nie będziemy słyszeć, ale zawsze warto wiedzieć, jak ono naprawdę brzmi - pochyliłem się delikatnie i pocałowałem ją w skroń.
- A może... przeszlibyśmy się? - zapytała w pewnym momencie, kiedy właściwie dochodziliśmy już do samochodu.
- Chciałabyś? - uniosłem brew, zatrzymując się. - Spędziliśmy cały dzień chodząc, jesteś na obcasach...
- Sądzisz, że nie dam rady? - oburzyła się.
- Tego nie powiedziałem - potarłem dłonią kark.
- Bo ci przeszkodziłam i nie zdążyłeś tego powiedzieć - rzuciła oskarżycielsko.
- Hailey, naprawdę w ciebie wierzę, ale ty rzadko chodzisz w takich butach, a do domu ciotki jest kawałek drogi - odparłem spokojnie.
- Dam radę. A jak nie - wyszczerzyła się - to będziesz mnie niósł.
- Czy ja wyglądam na tragaża? - prychnąłem.
- Lewis... - mruknęła.
- Dobrze - przewróciłem oczami, po chwili przyciągając ją do siebie i przytulając. - Będę cię niósł.
- Dziękuję - szepnęła, na mojej twarzy zagościł uśmiech triumfu, ale na szczęście ona go nie widziała.
- Pójdę tylko powiedzieć Diego, że ma jechać sam i możemy iść - odparłem, a ona odsunęła się.
- A kto to ten Diego? - zaciekawiła się.
- To syn Rossy. Nikomu obcemu nie dałbym wsiąść za kierownicę samochodu cioci, bo prawdę mówiąc, - zniżyłem głos - jest on tak drogi, że sam bałem się nim jechać.
- Ja mogłam prowadzić - prychnęła.
- A myślisz, że przepuściłbym dobrowolnie taką okazję? - zaśmiałem się i podreptałem do samochodu. Kiedy podszedłem, szyba była już uchylona.
- Dzień dobry - odparł młody chłopak, mniej więcej w moim wieku.
- Cześć Diego - podałem mu rękę, którą uścisnął. - Przepraszam, że cię tak ciągam, ale nie przewidziałem, że będę pił alkohol, a wiesz jak to jest, jazda nawet po niewielkiej ilości to nie to samo.
- Jasne, zresztą to dla mnie żaden problem - odparł uśmiechając się.
- To fajnie. Słuchaj, bo Hailey chce się przejść, to pojedź sam, kluczyki połóż w przedpokoju przy lustrze. Rossy jeszcze powinna być, a jak nie to rzuć do skrzynki pocztowej.
- Dobrze - odparł kiwając głową, jakby na potwierdzenie. - To do zobaczenia.
- Cześć - uśmiechnąłem się do niego i wróciłem do Hail. Chwilę później chłopak objechał, a ja wziąłem ją za rękę i pociągnąłem w inną stronę.
- To nie idziemy tam? - wskazała palcem drogę, jaką jechał samochód.
- Nie - odparłem spokojnie. - Widzisz, auta muszą jeździć ulicami, więc jadą czasem okrężną drogą. My pójdziemy skrótami.
- Ale wiesz, dokąd idziemy, tak? - upewniła się.
- Hailey, to nie las. Tutaj mam się kogo zapytać o drogę, jeśli się zgubimy.
- Czyli przyznajesz się, że wtedy się zgubiłeś? - zobaczyłem jak jej usta wykrzywiając się we wrednym uśmieszku.
- Może trochę... Ale to wszystko przez to, że wszystkie drzewa są do siebie podobne, a ja dawno nie byłem w Irlandii. Tak poza tym razem, to mam doskonały zmysł orientacji - odparłem w miarę możliwości łagodnie.
- Oczywiście...
- Słyszę ten sarkazm - mruknąłem.
- Tak? No dobrze... To pokaż mi, że naprawdę masz doskonałą orientację w terenie - rzuciła.
- To wyzwanie? - podchwyciłem.
- Myślę, że całe nasze życie, będzie jednym, wielkim wyzwaniem - zaśmiała się. Może to i racja. Za często się sprzeczamy, nie zgadzamy, zakładamy i rzucamy sobie wzajemnie wyzwania oraz podnosimy za wysoko poprzeczkę.
- Przynajmniej nie wpadniemy w zgubną rutynę - odparłem i naprawdę szczerze tak myślałem. Wszystko mogłoby być nudne i monotonne, ale nie z tą idącą obok mnie w tamtym momencie kobietą. Kobietą moich snów, a zarazem koszmarów. Ona jedyna potrafiła mnie całować, wbijając w tym samym czasie szpilę w serce.
- Już się obawiasz, że znajdę sobie kochanka? - zapytała chichocząc pod nosem.
- A mam czego się obawiać? - zapytałem bardzo niepewnym tonem, przez co mocniej ścisnęła moją dłoń.
- Ty chyba naprawdę chcesz, żeby puściły mi nerwy, nie? - odparła uśmiechając się. W tym uśmiechu było coś, co budziło grozę...
- Ja? Co? Nigdy, przecież! Oj Hailey kochanie, co ty sobie znowu ubzdurałaś w tej ślicznej główce? - zaśmiałem się, jednak mimo wszystko wyszło mi to nieco nerwowo.
- Mów sobie co tam chcesz i tak nie uśpisz mojej czujności - zadarła głowę i przymrużyła oczy patrząc na mnie.
- Wiem. Zdałem sobie z tego sprawę dokładnie w twoje siedemnaste urodziny, kiedy próbowałem zabrać ci papierosy z bluzy.
- Przecież i tak nie paliłeś! - krzyknęła.
- Ale nie chciałem też, żebyś ty paliła - pochyliłem się i pocałowałem ją. - Odkąd się znamy martwiłem się o ciebie, tylko teraz w nieco innym sensie, ponieważ już nie jestem dla mnie jak siostra... tylko jak dziewczyna. Moja dziewczyna.

Hailey?

wtorek, 29 sierpnia 2017

Od Lewisa C.D. Hailey

Westchnąłem, jeszcze chwilę rozglądając się wokół. Ona miała rodziców, z którymi mogła porozmawiać. Trzeba to zapamiętać i dawać jej czas na rozmowę, w końcu jej życie nie kręci się tylko wokół mnie. Po chwili podążyłem jej śladami, a kiedy się zrównaliśmy, objąłem ją ramieniem, delikatnie przyciągając do siebie. Zadarła główkę, posyłając mi jeden ze swoich cudownych uśmiechów. Podobno kiedy ktoś jest zakochany, wyolbrzymia piękna obiektu swoich uczuć... Może to prawda, ale zawsze uważałam Hailey za ładną. Zresztą interesowało się nią wielu chłopaków, których wtedy obserwowałem i restrykcyjnie selekcjonowałem, a teraz na myśl o nich zalewała mnie fala złości i żółci. Naprawdę mogłem nie zauważyć, że jesteś dla niej ważniejszy niż pozostali? Musiałem się zgubić w gęstej mgle bólu, niepewności i braku poczucia własnej wartości. Westchnąłem. To na szczęście minęło. Na szczęście, ponieważ teraz byłem szczęśliwy, spokojny i mogłem przespać chociaż te pięć godzin, a coraz częściej spałem nawet dłużej.
Po dojściu do głównego deptaka kręciliśmy w lewo, gdzie prowadziły nas oznaczenia. W samym środku ogrodu, znaleźliśmy dzięki pomocy jednej z pracownic białe, kręte schody, które miały nas zaprowadzić do restauracji. Zaczęliśmy wchodzić po nich na górę, jednak były na tyle wąskie, że Hailey musiała iść przede mną. Dopiero kiedy wyszliśmy ponad otaczające ścieżkę krzewy, mogliśmy zobaczyć, jak wysoko sięgają te schody.
Restauracja znajdowała się na poziomie co najmniej trzeciego piętra. Cała platforma została przyczepiona do szklanego dachu ogrodu, przez również białe pręty, które dobrze komponowały się ze szklaną podłogą oraz barierą wokół. Bluszcz rósł na wcześniej wspomnianych prętach, a także linkach umocowanych do konstrukcji sufitu oraz na półokrągłym łuku nad wejściem, a zwisając dawał magiczne wrażenie. Restauracja te nie miała więcej niż cztery metry wysokości. Okrągłe stoliki były ustawione na środku sali, zaś prostokątne przy bokach platformy, wszystkie były z białego drewna, okryte białymi obrusami, a przy nich stały krzesła tego samego koloru. Niezwykłego klimatu dodawało oświetlenie. Stanowiły je szklane kule, przywiązane w pewien sposób na białych, cienkich linkach do dachu. Wewnątrz nich znajdowały się już zapalone świeczki. Warto również wspomnieć, że przeszklony dach ukazywał niebo.
Zostaliśmy zaprowadzeni, do stolika dla dwojga, więc mogliśmy podziwiać widok roztaczający się w tej wysokości. Zamówiliśmy lekkie dania i butelkę białego wina, a kiedy kelnerka odeszła, Hailey pochyliła się do mnie.
- Pięknie tutaj - szepnęła zachwycona.
- Cieszę się, że ci się podoba - odparłem uśmiechnięty.
- A co, panu Draxlerowi się nie podoba? - zapytała unosząc brew, rozejrzałem się po restauracji krytycznym okiem.
- Są ładniejsze widoki - przyznałem, wracając do niej spojrzeniem.
- Na przykład? - zapytała już chyba lekko poirytowana.
- Na przykład ty, jeszcze śpiąca o poranku - uśmiechnąłem się jeszcze szerzej mówiąc to, a ona przygryzła wargę i spuściła wzrok na malutki bukiecik niezapominajek, który znajdował się na stoliku. - Mam nadzieję, że odpowiedź była miłym zaskoczeniem.
- Owszem, nawet bardzo miłym... A co to się stało, że pewien przystojny mężczyzna mi tak słodzi?
- Właściwie to nic... oprócz tego, że cię kocham - uniosła wzrok i spojrzała mi w oczy.
- I jeszcze powiedz, że chcesz się ze mną zestarzeć...
- Tak. Chcę się z tobą zestarzeć. Jednak będziemy starzeć się powoli i w takich oto miejscach - odparłem śmiertelnie poważnie.
- Proszę, proszę - oparła łokcie na stole, a podbródek ułożyła w koszyczku, splecionym ze swoich palców. - To mrzonka czy raczej obietnica?
- Myślę, że raczej obietnica. Gdybyś nie była najważniejszą osobą w moim życiu, to pewnie bym się zawahał, ale w tej sytuacji... - westchnąłem, uciekając głową i wzrokiem w bok, do widoku ogrodu, jednak po chwili Hailey odwróciła do mnie moją głowę, całując mnie.
- Podoba mi się ta otwartość, choć jest nowa - zachichotała.
- Przygotuj się, bo coraz więcej będzie otwartości i pewności.
- I twierdzisz, że jesteś gotowy na życie ze mną, dzielenie każdego lepszego lub gorszego dnia? - uniosła brew.
- Tyle wytrzymałem, to wytrzymam do końca moich dni. Przynajmniej nasze życie, nie będzie nudne - wyszczerzyłem się, a ona posłała mi gniewne, jeśli nie wściekłe, spojrzenie.
- A... dzieci? - tego pytania się bałem. Skrzywiłem się.
- Boję się... - przyznałem. - Zresztą wiesz dlatego, ale myślę, że jeśli zajdziesz w ciążę, to nie będę z tym walczył.
- I nie będziesz panikował, biegał wokół stołu wrzeszcząc, że nie poradzisz sobie? - zaśmiała się, a ja się nachmurzyłem.
- Wyobrażasz sobie mnie w takiej sytuacji? - zapytałem, a ona zamyśliła się na chwilę.
- Tak i wydaje mi się to być całkiem realnym, Lewis.
- Na pewno nie biegałbym wokół stołu - mruknąłem, a ona wybuchnęła śmiechem, starając się, aby nie był on za głośny.
- No dobrze, ty byś siedział jak wryty na kanapie, a wokół niej biegałby Zain, na początku krzycząc, że nie poradzisz sobie bez niego, a później, że zostanie wujkiem - zachichotaliśmy.
- Nic nie poradzę, że trafił mi się taki ekscentryczny przyjaciel - wzruszyłem ramionami. - Zawsze mogło być gorzej. Mógłbym mieć wokół tylko samych Dominiców. To by było przerażające... a moje życie albo niebezpieczne, albo nudne.
- A z Zainem, jest bezpieczne? - uniosła brew.
- Tak... jeśli odpowiednio zabezpieczy się go przez zrobieniem krzywdy sobie oraz innym. On ma naprawdę jakiś szósty zmysł, który wpycha go w ramionami kłopotów.
- Chyba ramiona Brooke - poruszyła wymownie brwiami.
- Przecież mówię, że kłopotów - mruknąłem, a ona zachichotała.
- A jeśli Zain tak myśli o mnie i naszym związku?
- To ja mu bardzo ładnie i delikatnie wytłumaczę, że jak nie zajmie się sobą oraz swoim związkiem, to go może spotkać pewna nieprzyjemność z mojej strony.
- A jak to nie zadziała?
- To zagrożę, że naślę na niego Dominica, to zawsze działa - odparłem pewnie.

Hailey?
Przepraszam, że tak krótko...

sobota, 26 sierpnia 2017

Od Lewisa C.D. Hailey

Po prostu czysta bezczelność. Jak tak można uciekać? I to w momencie, kiedy zaczynam mój cudowny wywód na temat jej upartości i nieporadności życiowej oraz mojej bezwzględnej racji. Taka prawda. Powinna się słychać mnie, jako mądrzejszego, a ona jak zwykle walczy z wiatrakami. No ile można ja się pytam? Kiedy zatrzasnęła mi drzwi przed nosem, przygryzłem policzek od wewnętrznej strony i pokręciłem głową. Podreptałem do kuchni, gdzie podszedłem do Rossy i przytuliłem ją od tyłu. Była o wiele ode mnie niższa, więc bez problemu patrzyłem nad nią co robi. Właśnie wiązała kokardkę na jakimś ładnym, kremowym pudełku.
- No co tam kochasiu? - zadarła głowę do góry i spojrzała na mnie.
- Właściwie... to nie wiem - przyznałem jaj krzywiąc się. - Nie mam pomysłu, co ciekawego możemy dzisiaj robić... wakacje nad brzegiem oceanu utrudnia to, że Hailey boi się wody...
- To ją do niej przekonaj - wzruszyła ramionami.
- To nie takie proste, bo ja nie chcę jej zmuszać - zacząłem tłumaczyć.
- Aż tak bardzo się opiera, że nawet ty nie działasz jako doskonała przynęta? - zachichotała.
- Cóż... Może spróbujemy kiedyś na basenie, a teraz zadowoli mnie, jak swobodnie wejdzie do wody po kolana chociaż.
- Mam być zazdrosna? - usłyszeliśmy z tyłu. Nie puszczając Rossy odwróciłem głowę i kątem oka zobaczyłem stojącą w drzwiach Hailey.
- Możesz - odparłem i zaśmialiśmy się z obejmowaną przeze mnie kobietą. - Co chcesz na śniadanie?
- A co mi zaproponujesz? - puściłem Rossy i oparłem się o blat obok niej. Hailey za to rozsiadła się na jednym z krzeseł przy stole, podciągając do klatki piersiowej jedno z kolan.
- Nie mam pojęcia? - uśmiechnąłem się przepraszająco.
- Staraj się Lewis, staraj - westchnęła Rossy.
- Mówiłem ci już, że nie jestem mistrzem śniadań, ponieważ ich praktycznie nie jadam... - mruknąłem do niej,
- Trzeba to zmienić - odezwała się nagle Hailey, marszcząc brwi. - Od dziś jesz śniadania codziennie, ze mną, żebym miała pewność, że to zrobiłeś.
- Hailey - jęknąłem.
- Nie ma Hailey - to chyba było zakończenie tej rozmowy.
- Lubisz tosty, kochanie? - uśmiechnąłem się. Dziewczyna zrobiła zdziwioną minę i otworzyła oczy, nawet Rossy odwróciła się w moją stronę. - No co?
- Kochanie? - zapytała stojąca obok kobieta.
- To... tak się nie mówi? - zapytałem niepewnie, nie rozumiejąc o co im chodzi.
- Nie no, mówi się, ale... w twoich ustach to takie... niespodziewane? - tłumaczyła.
- Ale przecież mówiłem do ciebie zdrobniale! - zwróciłem się do Hailey.
- No już, wszystko dobrze - dziewczyna uśmiechnęła się szeroko i szybciutkim krokiem podeszła do mnie. Objęła mnie w pasie, po czym przytuliła policzek do mojego torsu i zadarła swoją główkę, szukając spojrzeniem moich oczu. Nie musiała długo czekać, ponieważ odwzajemniłem jej spojrzenie, uśmiechając się do niej. - Podoba mi się, jak tak do mnie mówisz.
- Dobrze, dobrze... Tylko bez komplementów, bo się zarumienię - mruknąłem, przewracając oczami, jednak mimo to, uśmiech nie schodził z moich ust.
- Słodziutko wyglądasz, jak się rumienisz - szepnęła do mnie.
- Ja nie jestem słodziutki. Zapamiętaj to sobie - powiedziałem do Hailey, która najpierw zmarszczyła brwi, a później przewróciła oczami. Jakby chcąc dać mi do zrozumienia, że nawet nie chce wiedzieć, o co chodzi.
- Lubię tosty - odparła w końcu.
- To zrobię tosty z serkiem, takim pysznym, stopionym... o z mozarellą i pomidorkiem. Pyszne - przymknąłem oczy.
- Nie będę kwestionować smaku szefa kuchni - puściła mi oczko. Odstawiłem ją na krzesełko i wziąłem się do robienia kanapek, które wylądowały na kilka minutek w piekarniku, a następnie na naszych talerzach.
- To naprawdę jest pyszne! - zawołała Hailey, połykając kanapeczką za kanapeczką. I to niby ja jestem głodomorem? Bo co? Bo jak facet to mam to zapisane w genach, czy jak? To taka osobliwość mojego gatunku? Nigdy nie jadłem dużo... to dlatego wszyscy zawsze uważali, że jestem za szczupły. Nie mam parcia na jedzenie, spokojnie mógłbym przeżyć kilka dni na samych napojach.
- Mówiłem... - westchnąłem.
- No wiem, ale nie sądziłam, że to będzie aż tak dobre m! - niemalże krzyczała. - W końcu to zwykły pokrojony paluch, mozarella, pomidor i najbardziej podstawowe przyprawy!
- Prostota czasem jest najlepsza - odparła Rossy odwracając się do nas przodem. - Co chcecie na obiad dzieci? Idę do sklepu niedługo, więc chcę wiedzieć co kupić.
- Ja chcę rybę - odparłem, po czym spojrzałem na Hailey.
- Ale do tego, to muszą być frytki - dodała.
- To ja je zrobię - przewróciłem oczami. - Akurat to nie stanowi to dla mnie większego problemu...
- A co stanowi ten problem? - zainteresowała się.
- Nie wiem, co ciekawego możemy dziś robić - spuściłem głowę.
- Wiem! - ucieszyła się Rossy. - Ja mam pomysł!
- Podzielisz się nim? - zapytałem unosząc na nią wzrok.
- A poproś ładnie.
- Proszę - uśmiechnąłem się najładniej jak potrafiłem, a ona się zaśmiała.
- Za miastem otworzyli niedawno piękny ogród botaniczny, możecie pojechać tam - zaproponowała.
- Ogród botaniczny? - zainteresowała się Hailey. - Cudownie! Nigdy w takim nie byłam!
- A ja tak...  i było pięknie - puściłem jej oczko.
- To ja lecę się ubrać - zawołała dziewczyna i pobiegła na górę.
- Czuję, że jest w tym pomyśle drugie dno - zwróciłem się do Rossy.
- Powiedzmy, że chcę ci trochę pomóc.
- W czym? - zdziwiłem się.
- W byciu romantycznym - podeszła do mnie i postawiła na stole to samo kremowe pudełeczko, które zauważyłem wcześniej.
- Co jest w środku? - zapytałem, zerkając na nią.
- A jak myślisz?
- Paczka gumek? - dostałem w potylicę tak mocno, że mało nie przywaliłem twarzą w to pudełko.
- Lewis!
- Teraz to ja się boję strzelać i nie wiem co jest w środku, więc mi po prostu powiedz, dobrze?
- Czarna, jedwabna, prosta sukienka na ramiączka - wyjaśniła.
- Tak pani gra? - uniosłem brew.
- Tak i ucz się, póki masz okazję. Rozmiar sprawdziłam, kiedy sprzątałam waszą sypialnię.
- No dobrze, ale co to ma wspólnego z ogrodem botanicznym? - zapytałem, nie rozumiejąc... po raz kolejny tego poranka.
- Świadomie zataiłam przed naszą gołąbeczką jeden mały szczegół, odnośnie tego ogrodu. Znajduje się tam restauracja, do której wchodzi się po schodach. A ona praktycznie wisi przy suficie, ponieważ wszystko to jest oszklone, mój drogi - wyjaśniła.
- Przyznaj, że miałaś to od dawna zaplanowane - uśmiechnęła się na moje słowa.
- Owszem... praktycznie od drugiego dnia waszego pobytu. A teraz leć jej to dać, tylko to ma być niespodzianka - podkreśliła ostatnie słowo, a ja pokiwałem głową na znak, że rozumiem. Szybko wstałem i udałem się na górę, gdzie od razu wpadłem do naszej sypialni. Była pusta, czyli Hail musiała być w łazience. Położyłem pudełeczko na środku łóżka, dzięki czemu rzucało się w oczy na tle granatowej narzuty. Wyszedłem do pomieszczenia naprzeciwko, którym było biuro cioci. Znalazłem tam małe karteczki, na jednej z nich zapisałem: "Załóż ją dla mnie" i wróciwszy do sypialni, zostawiłem ją ma podełku. Upewniając się, że nie ma możliwości aby Hailey nie zauważyła tego prezentu, zszedłem na dół i udałem się na plażę, w celu sprzątnięcia po nas. Zostawała tylko kwestia wynegocjowania z dziewczyną jakiś ubrań dla mnie.

Hailey?
Tak trochę bez pomysłu było, jednak chyba ostatecznie nie wyszło źle...

czwartek, 24 sierpnia 2017

Od Lewisa C.D. Hailey

Spojrzałem na moje spodenki... musiała zabrać akurat te. Rozejrzałem się po pokoju i zwinąłem inne z szafy. Mała wredna prowokatorka, która zabiera moje najwygodniejsze spodenki. Jednak ja się nie dam tak prosto sprowokować. Jestem opanowanym mężczyzną i panuję nad własnymi emocjami... Dobre sobie...
Westchnąłem wychodząc z pokoju. Szybko zszedłem ze schodów, a moje kroki pewnie niosły się po całym domu. W moim przyszłym mieszkaniu schody będą musiały być czymś przykryte, żeby nie było słychać jak krążę po nich w nocy. Wyszedłem z domu, zasuwając szklane drzwi salonu i skierowałem się do namiotu. Kucnąłem i już otworzyłem usta, żeby coś powiedzieć, kiedy okazało się, że w środku nie ma Hailey. Zmarszczyłem brwi. Jak mogłem jej nie zauważyć. Wróciłem się dosyć zły do domu i od razu powędrowałem do kuchni, gdzie już zacząłem ochrzaniać Hail... Jednak na próżno, ponieważ jej nie było. Pobiegłem na piętro.
- Hailey? - zapytałem głośno, lecz nadal otaczała mnie głucha cisza. Miałem wrażenie, że mógłbym ją aż kroić nożem.
Mój oddech przyspieszył.
Czułem, że zaczynam tracić głowę.
Uspokój się Lewis!
Właściwie to mogła przykładowo zemdleć, więc po prostu musiałem sprawdzić każde dostępne pomieszczenie w domu i tyle. Jeśli gdzie tutaj jest, co ją znajdę. Tak więc zacząłem wchodzić do wszystkich pokoi, palić światło, przeszukiwać wszystkie zakątki. W miarę szukania i nie znalezienia Hailey, wzrastała we mnie fala paniki. Pierwotnego strachu, jaki może czuć tylko osoba, która powoli zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, że można jej zabrać wszystko. A Hailey jest jak wszystko - jak śmierć i narodziny na raz, jednocześnie. Najgorszy ból i rozkosz, które połączyły się aby mieszać moje zmysły w otchłani miłości. W pewnym momencie zebrało mi się na mdłości, oparłem się plecami o ścianę i głęboko oddychałem. Moje płuca wręcz płonęły. Chyba bieganie w połączeniu ze stresem, to nie najlepsza mieszanka dla mojego zdrowia. Po dłużej chwili, kiedy już skończyłem sprawdzać piętro, zszedłem na dół. Kuchnia była wcześniej pusta, jednak ponownie ją sprawdziłem, podobnie jak inne pomieszczenia. Na koniec zostawiłem salon. Był on obszerny i znajdowało się tam wiele mebli, które zasłaniały spory kawałek podłogi, więc zanim to wszystko sprawdziłem, długo mi się zeszło. Okazało się, że nie było jej w domu. Moje uporczywe powtarzanie jej imienia też nic nie dało. Wyszedłem przed dom od strony podjazdu, zapaliłem światło nad wejściem. Pusto... Nikogo... Zaczynałem już cały drżeć. Przetarłem dłońmi twarz. Została tylko plaża. Musi tam być. Musiała pójść w stronę brzegu, a ja w tej ciemności jej zwyczajnie nie zauważyłem i tyle. Zaszedłem jeszcze tylko do kuchni i drżącymi dłońmi wyciągnąłem z jednej z szuflad latarkę. Na szczęście działała. W sumie to miałem zabrać kilka lampionów, jednak w tamtej chwili myślałem tylko o tym, aby jak najszybciej tam pójść i aby rzucane światło miało daleki zasięg. Wstałem, jednak nie ruszyłem się. Złapałem mocno za blat, aż zbielały mi kłykcie. Dlaczego aż tak panikuję? To do mnie wcale nie jest podobne. Walić to wszystko! Wybiegłem z kuchni i po chwili odsunąłem szklane drzwi, ponownie znalazłem się na plaży. Piasek pod moimi stopami nadal był ciepły. Nagrzał się w czasie dnia i teraz oddawał to ciepło. Ciepło, które teraz jakby mnie parzyło. One mnie po prostu obrzydzało, chciałem stamtąd uciec, jednak musiałem znaleźć Hailey. Spojrzałem w niebo i pokręciłem głową. Jestem idiotą. Jak mogłem ją zgubić?! No jakim cholernym cudem?! Ruszyłem przed siebie i zacząłem świecić naokoło latarką. Pomimo że snob światła sięgał dobrych kilku metrów, nigdzie nie widziałem Hailey.
- Hailey?! - krzyknąłem. Nie wiedziałem czy to uczucie, które rozsadzało mi głowę, to już początki obłędu. To było tak bardzo dziwne. Nigdy wcześniej nic takiego mi się nie zdarzyło. Nawet Zain znikał za dnia, a nie w nocy.
W pewnym momencie ktoś doknął moich pleców. Przeszedł przeze mnie dreszcz. Raptownie się odwróciłem, a światło latarki oświetliło Hailey.
- No gdzie ty byłeś? - nie odpowiedziałem, łzy popłynęły mi z oczu. Oddech drżał, odetchnąłem z ulgą. Nie mogłem tego powstrzymać i chyba nie chciałem tego powstrzymać. Upuściłem latarkę.
Złapałem ją mocno za nadgarstek, aż jęknęła z bólu i przyciągnąłem do siebie. Zachłannie całowałem jej usta. Delikatnie się skrzywiła. Całowałem brutalnie, zapczywie, nie mogąc przestać, czy chociażby zmniejszyć nacisku. Drugą dłoń ułożyłem z tyłu jej głowy, aby nie mogła się cofnąć. Mój język wtargnął do jej ust, pieszcząc jej język. Chciałem mieć ją jak najbliżej, czuć jak najmocniej i trzymać jak najmocniej. Jakby była mgłą, która może ponownie zniknąć. W końcu się od niej odebrałem.
- Nie rób tak - odparłem drżącym głosem.
- Lewis? - uniosła dłoń, aby gładzić nią mój policzek.
- Zacząłem już tutaj odchodzić od zmysłów - przyznałem. Ponownie zapczywie połączyłem nasze usta w pocałunku. - Nigdzie cię nie było.
- Musieliśmy się minąć... nie chciałam, ale wyszła z tego niezła zemsta za to nurkowanie - uśmiechnęła się przepraszająco. Znowu zacząłem ją całować, przechodząc po jakimś czasie do jej szyi. - Lewis?
- Co? - oderwałem się od niej.
- A co z zakładem? - uniosła brew.
- Jebać ten głupi zakład! - podniosłem ją i przerzuciłem sobie przez ramię. Znajdowaliśmy się blisko namiotu, który oświatlała latarka, dalej leżąca w piasku. Niemal rzuciłem dziewczynę na ułożony wcześniej koc i masę poduszek. Znowu cicho jęknęła. W jednej chwili znalazłem się nad nią, podtrzymując się tułów w górze na jednej ręce.
- Od kiedy ty jesteś taki brutalny? - uniosła brew.
- Od chwili, kiedy zrozumiałem, jak prosto mogę znowu zostać sam - wypowiedziałem to jednym tchem. Spuściłem nieznacznie głowę, aby po chwili ponownie ją unieść i spojrzeć w oczy dziewczyny. - Byłem przerażony.
- Bo mnie nie było?
- Bo nigdzie ciebie nie było! - krzyknąłem wreszcie, nie mogąc powstrzymać emocji.
- Tak bardzo się martwiłeś? - uśmiechnęła się, a ja pokiwałem głową, robiąc smutną minkę. Palcami zaczesała do tyłu opadające mi na twarz włosy. - To słodkie.
- To okropne. Czułem... Czułem jakbym moje serce nagle postanowiło się zatrzymać.
- Tak?
- Tak - potwierdziłem już całkiem łagodnie. - Bo to ty jesteś moim sercem. Kiedy ciebie nie ma, nic nie ma.
- Włączył ci się tryb romantyka - zauważyła, szczerząc się.
- Tylko trochę.
- Trochę bardzo - cmoknęła mnie.
- Wcale, że nie - mruknąłem.
- Tak! - zaczęła się przekomarzeć.
- Oj cicho bądź - doszło do tego, że musiałem jej zamknąć usta pocałunkiem. Moja dłoń powoli przesuwała się w dół jej talii, aby po jakimś czasie zawrócić i wsunąć się pod jej koszulkę.
- Wygrałam! - krzyknęła, kiedy już jakimś cudem odepchnęła mnie od siebie. Skrzywiłem się po pierwsze dlatego, że jej usteczka znajdowały się za blisko mojego ucha, a po drugie dlatego, że w taki oto sposób zepsuła mój humor i chcęć na nią. Wszystko nie do końca przyzwoite myśli, poszły się utopić w oceanie, który znajdował się kilkanaście metrów od nas.
- No naprawdę? - zapytałem nadal ze skrzywioną miną.
- Ale... o co ci właściwie w tym momencie chodzi. Chyba coś mnie ominęło, bo kompletnie nie wiem co się dzieje - zmarszczyła brwi, widocznie zdziwiona.
- Chodzi o to, że przerwałaś w najbardziej romantycznym momencie tej sceny. W związku z tym czuję się delikatnie mówiąc urażony, ponieważ to chyba oznacza, że już tak bardzo ci się nie podoba, a wiesz co to z kolei oznacza?
- To stek bzdur, ale niech będzie, że chcę usłyszeć co to oznacza - odparła lekko poirytowanym tonem.
- Udam, że nie słyszałem tego tonu i nie wiem, co on oznacza. Oznacza to, że przez najbliższy czas, pomimo zakończenia tego zakładu i tak będziesz miała celibat, bo nie będę miał ochoty.
- Czyżby? - prychnęła, kiedy już ze skupieniem wysłuchała mojego krótkiego wywodu.
- Owszem. Niestety moja droga, ale mężczyzna to takie dziwne urządzenie, na które najlepiej działa właśnie urażona duma, co udało ci się przed chwilą osiągnąć wręcz śpiewająco.
- Więc... - przeciągnęła to słowo, w międzyczasie delikatnie się krzywiąc - nie będzie teraz nawet miziania, tak?
- Niestety... chyba że - uśmiechnąłem się wrednie. - Jeśli już koniecznie, ale to koniecznie musisz kogoś... lub coś miziać, to zawsze zostaje nam trzecie wyjście awaryjne, o które ostatnio w wybitnie słodku sposób się dopominałaś.
- Cóż, Lewis - zaśmiała się. - Wydaje mi się, co oczywiście stwierdzam z wielkim żalem, że chyba już za późno na desery lodowe - mimo tych słów jej dłoń powędrowała po moim torsie, do krocze, które ścisnęła. - Ale jak chcesz, to mogę się nim pobawić...
- Bez ust nie ma zabawy - wyszeptałem i zabrałem jej rękę stamtąd. Przewróciła oczami.
- To było... nawet nie wiem jak to nazwać! - bruknęła krzyżując ręce.
- Powiedziałbym, że najprędzej to było seksistowskie, choć właściwie... Nie no dobra, aluzja chyba była wystarczająca - wyszczerzyłem się.
- Jeb się z tą swoją aluzją! - rzuciła już wyraźnie zła i zdenerwowana.
- Jebać to ja się mogę ewentualnie tylko z tobą - szepnąłem, a to chwili wstałem. - Chodź, ładnie za rączkę pójdziemy do domu po jakieś lampiony czy inne lampy naftowego, bo latarka długo nie wytrzyma.
- Za rączkę? - zdziwiła się.
- No tak... żebyś mi się drugi raz nie zgubiła... Nie? - wzruszyłem ramionami i wyciągnąłem do niej rękę.

Hailey?

1503 słowa

wtorek, 22 sierpnia 2017

Od Lewisa C.D. Hailey

Stała tak głęboko w wodzie i do tego sama tutaj weszła... Kiedy zgarnęła włosy do tyłu, zauważyłem malutkie kryształki łez w dołeczkach jej oczu. Po chwili jeden z nich wyrwawszy się, spłynął po policzku Hailey, która niemalże automatycznie, uniosła dłoń, by ją wytrzeć.
Płakała przeze mnie.
To moja głupota, znowu.
Delikatnie oplątałem palcami jej nadgarstek, aby odciągnąć go od morkego szlaku, na skórze policzka dziewczyny. Kiedy na chwilę oddychając przez na wpół otwarte, drąże usta przymknęła oczy, na jej rzęsach osiadła łza, która zamieniła się w kroplę. Delikatnie rozciągała się, jakby miała szczery zamiar zaraz spaść i utonąc w bezkresie wody tego oceanu.
Chwilę trwaliśmy w tej pozycji.
- Przepraszam Hailey - odparłem tonem pełnym troski i trochę łamiącym się. - Ja... nie zdawałem sobie sprawy z tego, że to tak długo trwa...
- Po prostu tego nie rób więcej - dłonią kilkakrotnie uderzyła w moją pierś. - Nie rób...
- Przepraszam - siłą przyciągnąłem ją do siebie, ponieważ bardzo się przed tym opierała. Objąłem ją ramionami i pochyliłem się całując miejsce, po którym spłynęła wcześniej łza. - Nie chcę, żebyś przeze mnie płakała, Hailey.
- Wiem... to głupie - odparła pociągając nosem.
- To wcale nie jest głupie, to zrozumiałe, ponieważ się wystraszyłaś o mnie i dodatkowo wody. Jak mogę ci to wynagrodzić? - zapytałem cicho, ponieważ żal i poczucie winy ścisnęły moje gardło.
- Nie mów tym tonem, dobrze? - zapytała patrząc mi w oczy. - Nie chcę, abyś się obwiniał. Po prostu... tak się bałam.
- Wiem - przyznałem, biorąc ją na ręce.
- Co robisz? - mocno objęła moją szyję, splatając palce na moim karku.
- Zabieram cię z tej otchłani - uśmiechnąłem się delikatnie, próbując wywołać podobny efekt na jej twarzy.
- A dokąd?
- Na cieplutki piasek, gdzie usiądziesz na ręczniku, a ja się zajmę zrobieniem pięknego namiotu na noc. Podoba się pani ten pomysł? - zapytałem, a wtedy kąciki jej ust się uniosły. Odetchnąłem z ulgą.
Przynajmniej się uśmiechnęła, a to znaczy, że nie jest aż tak wściekła, żeby porzucić nasze plany.
- Tylko szybciutko się z tym uwiń, bo strasznie wieje na tej plaży - zauważyła mocniej wtulając się we mnie, czym wywołała szeroki uśmiech na mojej twarzy.
Postawiłem ją już na suchym piasku i schyliłem się do kupki rzeczy, pozostawionych przez nas wcześniej. Podałem jej biały ręcznik, którym się owinęła i usiadła na kremowym podłożu. Poszedłem w stronę drzew, które rosły na jeszcze piaszczystym zboczu, które kilkanaście metrów dalej zamieniło się w klif. Znalazłem tam połamane, pewnie przez wiatr, dosyć szczupłe gałęzie, z którymi wróciłem do dziewczyny. Spośród rzeczy wygrzebałem dosyć długi biały sznurek. Kiedy miałem zabrać się do robienia konstrukcji, przypomniałem sobie, że zapomniałem o materiale do okrycia. Uśmiechnąłem się więc do Hailey i pobiegłem po dwa płaty białego materiału do domu. Przyjrzała mi się dokładnie, a ja zabrałem się do wbijania gałęzi w piasek. Związałem ich górne części ze sobą sznurkiem i przerzuciłem przez niego materiał. Krańce białej tkaniny zasypałem piaskiem, aby wiatr jej nie podrywał do góry. Wnętrze wyłożyłem kocami oraz poduszkami tak, aby wyszło coś na kształt półokrągłego oparcia.
- Zapraszam panią bardzo - odparłem szczerząc się do niej jak wariat.
- Gotowe? A ten drugi materiał?
- Nim zasłonimy jedną ze stron, w nocy - wyjaśniłem. - Żeby nie było przeciągu, wieczorem wiatr może być chłodny.
- To całkiem rozsądne rozwiązanie - wstała dalej opatulona w ręcznik i podeszła do prowizorycznego namiotu, aby dokładnie mu się przyjrzeć. Widziałem jej wzrok krążący po konstrukcji i rzeczach, które ułożyłem. Co jakiś czas zerkała na mnie, jej wzrok wyrażał pewne powątpiewanie. - I jesteś pewien, że to wytrzyma i będzie nam ciepło?
- Owszem - nadal stałem szeroko uśmiechnięty, próbując się nie irytować, że wątpi w moje umiejętności architektoniczne. To niemal mi uwłaczało, jednak przez te wiele lat naszej znajomości przyzwyczaiłem się, że Hailey po prostu najbardziej ufa sobie samej. - Naprawdę, wszystko sprawdzone i wypróbowane.
- Z kim? Zapraszałeś już do takich namiocikow, jakieś kobiety? - uniosła brew, krzyżując ręce na piersi.
- Nie... Tylko Zaina - uniosłem dłonie w geście obronnym.
- Czyżby?
- A czy ja ci wyglądam na kobieciarza? - zdziwiłem się. Moim zdaniem nie. Właściwie to może i na pierwszy rzut oka, ale jestem tak naprawdę zbyt aspołeczny. - No to chcesz... czy nie?
- A co ty taki szybki? Od razu nie - prychnęła.
- No bo zrzędzisz jak staruszka, co nie zrobię, to źle, a ja nie chcę, żeby było ci ze mną źle...
- Cicho - przerwała mi i podeszła do mnie. Jej ciepła, dłoń o brązowawej aksamitnej skórze, znalazła się na moich ustach. Miałem wrażenie, jakby każdy jej dotyk wypalał na nich znamię. Znamię naszej miłości. - Jest mi z tobą dobrze.
- Ale...
- Cicho - znowu mi przerwała kręcę z dezaprobatą głową. - Widzisz to kwestia charakteru. Ty masz za niskie poczucie własnej wartości, a ja jestem upierdliwa.
- I to strasznie - dodałem, ale po chwili szybko cmoknąłem ja w usta.
- Co ty tam wcześniej mówiłeś?
- Nic godnego uwagi - odparłem przez śmiech, pociągnęła mnie do "namiotu".
Położyliśmy się tylko na chwilkę, ponieważ zaraz potem dałem pomysł, że pójdę po jakieś owoce, na co Hail bardzo chętnie przystała. Tak więc ponownie ruszyłem do domu. W kuchni znalazłem tackę, na której ułożyłem wszelkie rodzaje owoców, jak miałem dostępne: winogrona, które uwielbiałem, pomarańcze, które oboje uwielbialiśmy, jabłka, brzoskwinie, truskawki... Kiedy układałem te ostatnie, przyszło mi do głowy, że najlepiej pasowałby do nich szampan, który Rossy miała dziś rano kupić. Ostatnio ją o to poprosiłem. Zajrzałem do lodówki, z której wyjąłem butelkę, a następnie pochyliłem się do zamrażalki. Wyjąłem z niej lód, który wsypałem do wiaderka na lód. Luksusy i życzenia mojej ciotki, co jakiś czas mnie zaskakiwały. Pomyślałem także o tym, co możemy robić, ponieważ przy energii mojej dziewczyny, to długo w ciszy i spokoju sobie nie poleżymy. Hailey kocha kryminały, więc zgarnąłem pierwszy lepszy z biblioteczki w salonie, jednak szybko go wymieniłem, na książkę niemieckiej autorki. Taka mała sentymentalność z mojej strony. 
Ułożyłem się wygodnie opierając o poduszki, a Hailey oparła się o mnie, przytulając głowę do mojego torsu. Zaskakująca była w tamtym momencie moja myśl, że tak naprawdę to pierwszy raz spędzimy tak po prostu ze sobą wieczór, na końcu którego nie skończymy razem w łóżku... Nigdy nad tym dłużej się nie zastanawiałem, ponieważ Hailly to pociągająca kobieta i taki obrót rzeczy, jakoś mi nie przeszkadzał. Jednak kiedy zacząłem czytać na głos Charlotte Link - "Przerwane milczenie", a moja ślicznotka, cichutko słuchała moich słów, wpatrując się we mnie, poczułem, że to piękne. Takie normalne i codzienne... Właściwie to chciałem, aby to stało się elementem każdego naszego wspólnego dnia.
- Przerwałeś - zauważyła zadzierając tą swoją główkę do góry.
- Tak... Zamyśliłem się - przyznałem, a moje policzku zaczęły... płonąć? O nie, czy ja się właśnie rumienie? Hailey usiadła i spojrzała na mnie, przechylając głowę.
- Ty się rumienisz! - odparła, rozchylając ze zdziwienia usta.
- Wiem... to takie....
- Tylko nie mów, że żenujące! To jest takie słodkie - uśmiechnęła się, gładząc mnie po policzku. - To o czym myślałeś, co?
- O nas... że chciałbym ci tak czytać codziennie, do końca naszych dni, jeśli na to mi wzrok pozwoli... - przeniosłem wzrok z książki na nią. - Kocham cię.
- Wiem - odparła uśmiechając się szerzej.
- Lubię to mówić.
- Ja też... lubię mówić, że cię kocham Lewis - oparła czoło o mój policzek i objęła ramionami szyję. - Co będzie później?
- Później? Zależy... skończymy Morgan, jeśli dobrze pójdzie, a kiedy to się stanie znajdę pracę, ty też, dorobimy się gromadki dzieci i będziemy mieszkać w ogromnym mieszkaniu gdzieś w centrum miasta, które nam się spodoba.
- Mieszkanie? - zastanowiła się.
- Koniecznie dwupoziomowe - pokiwałem głową. - Na wakacje będziemy wyjeżdżać za granicę, żeby nasze dzieci poznawały inne kultury i języki.
- A będzie nas na to stać?
- Jeśli przejmę firmę po moim ojcu chrzestnym to tak.
- A ojciec?
- Ojciec... nic od niego nie chcę. Natomiast wujek zawsze traktował mnie jak syna, bo nie mogą mieć z ciocią dzieci. Jednak, kiedy to się nie uda - zastanowiłem się chwilę. - To możemy wyjechać do Irlandii. Nie będzie luksusów, ale będzie rodzina, miłość, wspaniali ludzie... A przede wszystkim my. Wszędzie będę najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, póki będziesz obok mnie.
- Ja się nigdzie nie wybieram Lewis. Zawsze będę obok... ewentualnie pod, na, w... - zaczęła się śmiać, a ja przewróciłem oczami.
- To tylko kwestia szczegółów, jednak cieszy mnie, że chcesz to powtarzać, pomimo że jest też możliwość, że to czysta prowokacja.
- Prowokacja, ale szczera - uśmiechnęła się pokazując te swoje ząbki.
- Mam propozycję.
- Już pękasz? - uniosła brew.
- Głodnemu chleb na myśli - westchnąłem. - Chciałem zaproponować, żebyśmy poszli się umyć i ogarnąć, ponieważ zaraz będzie zachód, a nie zamierzam cię w nocy szukać po całej plaży.
- Aha... więc jeszcze nie wygrałam?
- Nie - odparłem twardo. - I jak na razie, przynajmniej ja, nie zamierzam przegrywać.
- Jak na razie? - uniosła brew.
- Jak zbierze mi się ochota na danie ci forów, to może zmienię zdanie. A teraz chodź, z brudaskiem nie zamierzam spać.

Hailey?
Tak wiem, opko nie na twoim poziomie...