Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lydia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lydia. Pokaż wszystkie posty

środa, 15 sierpnia 2018

czwartek, 19 lipca 2018

Od Lydii do Louisa

Obudził mnie bardzo wyrazisty zapach kawy, który pomimo że był obecny w powietrzu już od dawna, dopiero teraz uderzył we mnie, pobudzając moje zmysły i zwiększając pracę moich ślinianek, które nagle jakby sobie przypomniały, że ten napój to jednak jest całkiem smaczny, a mój mózg przez ten impuls pomyślał, że warto byłoby się go ponownie napić. A wszystko zostało pewnie spowodowane przez jakiegoś silnie począcego się dzieciaka, który otworzył okno w obawie, że w przeciwnym razie się rozpłynie. Mój wzrok nieubłaganie błądził w stronę kartonowego kubka z automatu na korytarzu, który zajmował honorowe miejsce na parapecie, co teoretycznie było zabronione, a w praktyce to każdy rozumiał, że tam jest bezpieczniejszy i gorący napój nie rozleje się na notatki moje jak i osoby obok mnie. Obok mnie? Zerknęłam w swoją prawą stronę, siedział tam chłopak. Mogłabym dać sobie rękę uciąć, że ostatnim razem, kiedy patrzyłam w tę stronę, nie siedział tutaj. Pojawił się niczym jakiś ninja, albo po prostu byłam zbyt pogrążona we własnych myślach, szukając odpowiednich, brakujących mi słów, żeby zauważyć, jak podchodzi do ławki, przy której znalazłam miejsce i zajmuje wolne krzesło obok. Za to chłopak również wyglądał, jakby mnie nie zauważał. Jego wzrok wytrwale skierowany był przed siebie, a więc mogłam przyjrzeć się tylko jego profilowi. Całkiem dobrze wyglądający profil, jeśli już miałam być szczera. Delikatny zarost nie przeszkadzał w zauważeniu dosyć wydatnych kości policzkowych, do których miałam większą słabość niż tzw. kwadratowych szczęk. Miał małe oczy, albo to ja miałam duże i byłam do nich przyzwyczajona. W każdym razie kiedy wytężał wzrok, skupiając się nad tym, co widzi, przy kącikach jego oczu pojawiały się malutkie, słodko wyglądające zmarszczki. Mój wzrok spadł na kartkę przede mną. Kartka jak każda inna w moim skórzanym notesie. Mam go już dobre kilka lat i nigdy mnie nie zawiódł. Piosenki, rysunki, jakieś małe komiksy, żarty, wpisy osób, których już dawno nie widziałam. Teraz zajmowałam się tym pierwszym. Słowa pokreślone, napisane luźnym charakterem pisma, trochę zabazgrane, a jednak układające się w piękną historię. Obok znajdowały się małe rysunki. Można było się tam dopatrzeć ptaka, dokładnie dosyć podobnego do rzeczywistego koliberka, kilkanaście gwiazdek, które proste w rysowaniu, powstawały jakby samoistnie. Szkic kobiety z rozwianą sukienką, niczym Marilyn Monroe, na którą patrzył się z boku mężczyzna. Przy tej scenie oczywiście nie mogło zabraknąć serduszek. Jednak mimo to na połowie kartki znajdował się szkic drzewa, spychając resztę w małą, ciasną przestrzeń. To było drzewo cytrynowe… Dopiero teraz dotarło do mnie, że wystukuję długopisem melodię tej piosenki. Uwielbiam Lemon Tree. Piosenka na każdy humor. Tak dobrze znany rytm, pomagał mi się skupić, co bym nie robiła. Wtedy się rozejrzałam ze zmarszczonymi brwiami. Byłam w klasie, ale to już była lekcja. Interesujące… Nie pamiętałam początku lekcji, nie słyszałam dzwonka, a teraz nagle otaczała mnie spora liczba osób, które najwyraźniej były w mniejszym lub większym stopniu zainteresowane tym co mówił… Zerknęłam w stronę tablicy. Co mówiła, bo to była nauczycielka. Ja za to jak wyrwana z snu o bliżej nieokreślonej treści, próbowałam wrócić jakoś do siebie. Zastanawiało mnie czy długo już tak siedziałam. Spojrzałam na zegarek nad głową nauczycielki, który mówił mi, że minęło już jakieś pięć minut od dzwonka. Cicho zaśmiałam się pod nosem. Świr już zaczyna się ze mnie robić, jeśli przez 5 minut, te 300 sekund, nie zauważyłam, że przerwa minęła, a ja marnuję sobie życie po pierwsze nie słuchając prowadzącej, po drugie nie rysując lub nie tworząc nowych wzorów na super tatuaże, no i po trzecie nie pisząc kolejnej piosenki w ostateczności. Z ciężkim westchnieniem odrzuciłam głowę do tyłu. Co ja robię ze swoim życiem?! O właściwie to bardzo dobre pytanie, szkoda tylko, że zdążyłam tutaj poznać tylko tego idiotę Julesa, a rozmowa z nim na takie tematy nawet w moich myślach wyglądała komicznie. Zresztą on by mi tylko przerywał, a on by pewnie przerywał mi co minutę albo i częściej. Z braku chęci do powrotu jeszcze do tej lekcji, ponownie spojrzałam na chłopaka obok mnie. Rękaw jego bluzy podwinął się z lekka, odsłaniając tym samym jego tatuaże. Zastanawiało mnie jak duża powierzchnia jego skóry była pokryta tatuażami, jak wiele ich miał, kto mu je robił… Naprawdę mnie to kręciło i wszyscy moi znajomi zastanawiali się skąd wzięła się moja obsesja na ich punkcie. Cóż. Wzięła się z pewnej prostej obserwacji. Mianowicie byłam w szpitalu, gdzie krążąc wśród korytarzy spotkałam dziewczynę po chemii. Można sobie wyobrazić jak wyglądała, a mimo to miała na przedramieniu tatuaż “Life is good” i zrozumiałam, że to bardzo osobisty, dożywotni sposób na wyrażenie siebie i to właśnie pokochałam. Miałam nadzieję, że ten szatyn obok mnie też tak myślał i przynajmniej część z tych tatuaży nie jest wynikiem pijanej fantazji, czy błędu młodości. Moje takie nie były i nie rozumiałam ludzi wytatuowanych od stóp do głowy, gdzie żaden z tych tuszowych rysunków nie ma znaczenia. Po co sobie przysparzać bólu, jeśli to nie ma sensu? Życie jest wystarczająco bolesne czasami. Obserwacja życia! Ja Lydia Rashford wiem coś o życiu! Jak to możliwe, niektórzy myślą. Jak ja czasem nienawidzę ludzi. Oderwałam wzrok od mojego towarzysza tak bardzo sfrustrowana, że szybko, miarowo zaczęłam uderzać długopisem o ławkę. Nagle na mojej dłoni znalazłam się czyjaś dłoń, zatrzymując moją czynność. Otworzyłam szeroko oczy z przerażeniem. Co się stało, kto mnie dotyka?! Spojrzałam na wąską, nie za dużą dłoń, która przykrywała moją. Wzrokiem powędrowałam wzdłuż przedramienia, w górę ramienia tej ręki, aby w końcu napotkać jakby przestraszony wzrok chłopaka.- Hej - uśmiechnęłam się do niego przyjaźnie, delikatnie machając w jego stronę drugą, wolną ręką. Chłopak mi nie odpowiedział, tylko w kąciku jego ust czaił się nieśmiały półuśmiech. Spojrzałam na nasze dłonie. - Przeszkadzam ci z tym stukaniem? - zapytałam, jednak on po dłuższej chwili odpowiedział mi tylko skinieniem głowy, przy czym bardzo się zarumienił, jakby powiedział coś złego lub wstydliwego. - Jestem Lydia.
- Louis - odezwał się po raz pierwszy, ale bardzo, bardzo cicho.
- Jesteś Francuzem albo masz korzenie francuskie? - moje oczy pewnie zaświeciły się jak reflektory.
- Nie - przyznał, po czym szybko zabrał swoją rękę, jakby nagle po dłuższym zastanowieniu decydując, że to już czas, ponieważ zaraz zrobi się to zbyt niezręczne. Jednak mi to nie przeszkadzało. Dopiero teraz czułam nieprzyjemne zimno, bo jego ogrzewająca moją dłoń, zniknęła. Chciał się odwrócić do tablicy, jednak mu przerwałam.
- Długo się tutaj uczysz? - teraz mnie uderzyło to, że miał niebieskie oczy. O nie, tylko nie niebieskie oczy, w których może utonąć każda kobieta, bo zawsze są piękne i hipnotyzujące! Jednak na szczęście jestem już trochę doświadczona, nie jest mnie tak prosto złapać nawet na tak ładne oczka. Ja nie potrzebuję chłopaka, tylko towarzysza na samotne noce, który będzie mnie szanował. Zawsze tak myślałam. Tak wyglądał mój plan na życie. Zdobyć wykształcenie, pokazać je rodzinie, spakować się, wyjechać do Nowego Jorku, zadekować się w studio tatuażu, a później poszukać kogoś bliższego. Zawsze śmieszyły mnie te miłostki do skończenia szkoły, czy później studiów. Takie romantyczki budzą się w środku nocy i myślą, dlaczego były takie głupie, jak od zawsze uważałam i ja postanowiłam nie popełniać ich błędów, i poczekać na miłość jak znajdę pracę i się ustatkuję. Ale wracając do niebieskookiego szatyna…
- Już jakiś czas... względem większości nawet długo… - odparł, bawiąc się długopisem.
- A tak, nie przeszkadzam ci, w końcu nie każdy jest mną i każdy ma prawo się uczyć - pokiwałam głową jakby do siebie, zostawiając w spokoju i chłopaka i wystukiwanie czegokolwiek długopisem o ławkę.

Lekcja się skończyła o wiele za dużo później. Wszyscy zaczęli zbierać swoje rzeczy, również Louis, jak i mozolnie ja. Wtedy pojawił się obok nas on. Ten idiota, który rzucił jakimś nieciekawym komentarzem w stronę Louisa, na co jakoś naturalnie miałam ochotę zareagować, co nie było dla mnie codziennością. Wychyliłam się do przodu, łapiąc uwagę Julesa.- Cześć Jules - zaświergotałam. - Masz tutaj jakiś problem lub interes?
- A jeśli mam? - uniósł brew.
- To chciałabym wiedzieć o nim. A właśnie, zapomniałabym przedstawić, to jest Louis, mój nowy przyjaciel - uśmiechnęłam się szeroko, ujmując siedzącego obok mnie szatyna pod ramię.
- Przyjaciel? - zdziwił się. Zaśmiałam się głośno, prawdopodobnie zwracając na nas uwagę wszystkich w tym pomieszczeniu.
- A co? Julesik myślał, że on zostanie moim przyjacielem? No niestety mam nieco wyższe standardy i lepszy gust w wybieraniu mojego towarzystwa, ale nie bój się, znowu pojedziesz do Londynu i może znowu sobie kogoś znajdziesz, słońce.
- Ja… - zrobił się jakby czerwony ze złości. To właśnie stan, kiedy najbardziej go lubiłam. - Pieprz się!
- Na pewno nie z tobą - rzuciłam za nim, kiedy odchodził. Puściłam ramię Louisa i złapałam za długopis pisząc małą notatkę z moim numerem telefonu i pokoju, z tyłu kartki z piosenką, którą dzisiaj napisałam. Wyrwałam tę kartkę z mojego notesu i położyłam przed chłopakiem na ławce. - Będę czekać na ciebie w parku na ławce po lekcjach, jakbyś chciał jednak porządnie porozmawiać, przyjacielu - szepnęłam mu do ucha, po czym pocałowałam go w policzek i wstałam. Minęłam jego krzesło i zniknęłam z klasy, wychodząc na korytarz i kierując się ku kolejnej sali, gdzie powinnam mieć zajęcia. Bardzo mnie zastanawiało, co chłopak zrobi z tym, co mu dałam i powiedziałam.


Louis?
Tak wiem, troszkę mi się zeszło z napisaniem, to już się nie powtórzy ha ha

wtorek, 10 lipca 2018

Od Lydii cd Julesa

To zaskakujące, że spotkałam tutaj tak bardzo mało osób, za to jego już po raz trzeci w tak krótkim odstępie czasu. Mój wzrok uniósł się z siedzącego obok chłopaka psa, do oczu jego właściciela jak mniemałam. Musiałam przyznać, że miał zaskakująco szmaragdowe tęczówki, coś nowego i oryginalnego w porównaniu do moich cholernie popularnych brązowych. Rzuciłam w jego stronę rozluźnionym uśmiechem.
- No nie wiem… - westchnęłam teatralnie, robiąc dziubek i uniosłam palec do ust. – Musiałabym mieć odpowiednią motywację, humor, zajęcie dla pieska, właściwie piesków…
- Jesteś skomplikowana – mruknął, patrząc na mnie spode łba. Jednak po chwili na jego ustach pojawił się wymowny uśmieszek. – Za to jeśli chodzi o tą motywację, to byłbym w stanie coś z tym zrobić.
- Pewny siebie i swoich umiejętności? Interesujące… - zbliżyłam się do niego powolnym krokiem, oparłam dłonie na jego torsie i przysunęłam ponownie, na tyle, że stykaliśmy się biodrami. – Może jak się wystarczająco postarasz, to też ci coś pokażę i nawet pozwolę krzyczeć moje imię nocą… - szepnęłam, a on zmarszczył brwi. Nieoczekiwane warknięcie jego psa, zmusiło mnie do odsunięcia się.
- Mówisz? – zapytał cicho, jako reakcja na moje świeżo wypowiedziane słowa. Przygryzłam wargę i powoli pokręciłam głową, nie przerywając jednak z nim kontaktu wzrokowego. Za ładne miał te oczka, żeby być zwykłym podrzędnym podrywaczek z milionem dziewczyn na zawołanie. – Dlaczego nie śliczna?
- Bo mogę robić jedną rzecz na raz – zrobiłam smutną minkę. – Widzisz pamiętałam, żeby nie wziąć okularów. Limit jednej rzeczy wyczerpany – wzruszyłam ramionami. – Ale muszę przyznać, że mam słabość do słodkich chłopaczków, a ty wydajesz mi się bardzo słodziutki – puściłam mu oczko. Ścisnęłam mocniej smycz i ruszyłam do wyjścia mówiąc „Chodź Jack”, a po chwili zagwizdałam i obejrzałam się. – No chodź ładny chłopaczku! Do nogi! – zaczęłam się serdecznie śmiać. O tak, to mi się bardzo udało.
- Nie jestem psem – usłyszałam ciche mruknięcie za sobą.
- Szkoda, ja jestem suką podobno – wzruszyłam ramieniem. – Ruszaj ten swój tyłeczek! Nie mamy całego dnia na twoje widzi mi się. Też chcę dzisiaj pobiegać.
Właściwie to przeszłam praktycznie do samego wyjścia sama, ponieważ dopiero tam chłopak zrównał się ze mną. Otworzył mi nawet drzwi, puszczając mnie pierwszą. Delikatnie się wzdrygnęłam, kiedy poczułam na mojej skórze chłodny powiew wieczornego powietrza, pomimo że mieliśmy już środek lata. Tylko wszędzie latające małe muszki i wciąż jeszcze przemykające pszczoły oraz inne ważne żyjątka zapewniały nas, że to naprawdę ta pora roku i nic nam się nie pomyliło. Powoli zaczynał się wieczór, tak więc kolor płynącego od słońca światła zaczynał się zmieniać z białego, na delikatnie żółto-pomarańczowe.
- Tak właściwie – przerwałam ciszę panującą między nami – to ty też nie zdradziłeś mi chyba swojego imienia.
-Tak? Oj to na pewno ty będziesz krzyczeć je głośniej niż ja twoje – odparł, a ja wybuchłam śmiechem. Pacnęłam go w ramię.
- Dobre, ładny chłopaczku, ale ja ci zepsuję zabawę. To imię, to Lydia – powiedziałam i zagwizdałam na Jacka, zaczynając początkowo stosunkowo powoli biec. Mój dalmatyńczyk spokojnie zrównał się ze mną i ustawił się do mojego rytmu. Koordynacja i współpraca level hard, trzy kroki i działa. Obejrzałam się za moim towarzyszem, którego teraz jakby oświeciło, co przed chwilą powiedziałam i zaczął biec za mną.
- Jestem Jules - odparł.
- Och! Ta informacja całkowicie odmieniła mojego życie, cały pogląd na nie! - krzyknęłam, jednak widząc jego minę westchnęłam. - No dobrze, zrobię to tylko dla ciebie ładny chłopaczku... Miło mi cię nareszcie poprawnie poznać.
- Zawsze jesteś taka? - mruknął.
- No tak, bo rozmawiam z kuleczką światełka, dobroci i słodyczy - prychnęłam śmiechem. - Nie obraź się, ale nie można tego powiedzieć po pierwszym wrażeniu, ani o mnie, ani o tobie. To widać, a skoro jestem taka sama jak ty, to zaufaj mi, ale potrafię to wyczuć. Jak to mówią czarownica, czarownicę pozna.
Tak sobie spokojnie już (w miarę naszych możliwości oczywiście) rozmawialiśmy, biegnąc przed siebie, chociaż ja starałam się rozglądać, żeby poznawać nowy teren, który miał mnie teraz otaczać przez dłuższy czas. Łąki, na których nadal spokojnie pasły się konie, zostały za nami, wraz z panującym tam zapachem świeżo ściętej trawy oraz polnych kwiatów i ziół. Nasze kroki teraz zaczęły nieść się delikatnym echem po lesie. Nie wbiegaliśmy jednak daleko w tę gęstwinę drzew, która wywoływała u mnie dziwne uczucie niepokoju. Właśnie z tego powodu najbardziej się cieszyłam, kiedy dostałam mojego dalmatyńczyka. To tak naprawdę miła, przywiązana do człowieka rasa, całkowicie niegroźna, a mimo to instynktownie ostrzeże mnie przed niebezpieczeństwem i przynajmniej teoretycznie postara się mnie obronić.
Nagle potknęłam się, zaczepiając stopą o wystający korzeń. Nie wiem, czy ktoś z was doświadczył w życiu uczucia zwolnione tempa. Wiesz, że zraz zaryjesz twarzą w ziemię i zamykasz oczy lecąc, a później czekasz na uderzenie. Za to lot do ziemi, a raczej upadek, wydaje się trwać wieczność. Tak było też tym razem. Jednak niemało się zdziwiłam, kiedy zamiast bólu na twarzy, poczułam ból w ramieniu, a za tym nastąpiło szarpnięcie. Mój kark nie zniesie tego dobrze. Powoli, bardzo, bardzo, bardzo powoli uchyliłam jedną powiekę, patrząc co się dzieje. Z małym skrzywieniem stwierdziłam, że znalazłam się właśnie w ramionach tego głupiego, wysokiego i okropnie, obezwładniająco przystojnego bruneta. Od razu przekręciłam oczami, widząc ten jego uśmieszek zadowolenia, który pełen był również jakby naturalnego flirtu, który w tamtym momencie wydał mi się straszliwie denerwujący. To ja zawsze byłam tą zaczynającą, drążącą sytuację i dominującą osobę. Jednak on miał w sobie ten sam pierwiastek podrywacza, który ja również miałam. Powodowało to, moje jeszcze większe zainteresowanie tym idiotą, ponieważ w momencie, kiedy nagle mogłabym z kimś walczyć o dominację, stawało się to wręcz niemożliwie pociągające. To pierwsze co owładnęło moim umysłem w tamtej sytuacji. Zrobiło mi się ciepło w środku na myśl pozostawania w podobnej pozycji tylko w innym miejscem i nieco później. Uśmiechnęłam się sama do siebie i oparłam dłonie na jego torsie.
- Kochanie, wiem jak mam samodzielnie stać – powiedziałam, tym razem już całkowicie otwierając oczy.
- Właśnie przed chwilą miałem pokaz tej umiejętności - zaczął się głośno śmiać. Byłam pewna, że zwierzęta na przestrzeni kilkunastu hektarów uciekły z przerażeniem, z powodu właśnie tak głośnego i nieoczekiwanego dla nich dźwięku. - Nie wygodnie pani?
- Biorąc pod uwagę, że moje plecy są wygięte w nieco dziwny i nienaturalny łuk? Owszem - ostatnie słowo wyszeptałam.
- Ja tam nie mam nic przeciwko - wzruszył nonszalancko ramionami. Jego ust nadal nie opuszczał ten sam uśmieszek co wcześniej.
- Z tego co sprawdzałam, to żeby legalnie znajdować się w takiej pozycji, trzeba zgody obu stron, ponieważ w przeciwnym razie można być taką sytuację uznać za co najmniej próbę molestowania, w tym przypadku mojej osoby przez twoją.
- Mam wrażenie, że przesadzasz księżniczko - puścił mi w tym momencie oczko, a ja teatralnie przewróciłam oczami, nie mogąc jednak powstrzymać uśmiechu na dźwięk słowa, jakim mnie określił. Księżniczka. Co za słodki chłopiec. Musiałam się przyznać, że miałam pewną niewytłumaczalną słabość do takich słodkich chłopaczków. Czasem nawet do nieśmiałych. Byli tacy delikatni, słodziutcy, opiekuńczy. Czasem dobrze było sobie znaleźć kogoś takiego. Zresztą bardzo prosto się na nich wpływało, kształciło. Potrafili nawet rozwinąć swój charakterem obok ciebie.
- To co, możesz iść? - jego wzrok powędrował do mojej kostki, po tym jak już pomógł mi prosto stanąć.
- Zaraz zobaczymy - wzruszyłam ramionami. Zrobiłam krok i syknęłam z bólu, za to dłonie chłopaka powędrowały do mojej talii w celu wsparcia mnie. - Czyli jednak nie bardzo mogę...
- Tutaj zaraz jest jezioro, pewnie jakaś ławka albo pomost, więc usiądziesz sobie i tyle powinno wystarczyć. W każdym razie jak na moje oko to nie wygląda na skręconą, ani obitą, może tylko naciągniętą, bo ona została z tyłu jak zaczepiłaś się - powiedział, a ja uniosłam brew.
- Znamy się na anatomii, co?
- Z tobą chętnie bym zgłębił swoją wiedzę - wymruczał jak kot, a ja zaśmiałam się.
- Mamy jezioro... wiesz jak jest... - zaczęłam, niby niepewnie czy nieśmiało, urywanie, zostawiając rzeczy do jego domyślenia się.
- Taka chętna do zobaczenia mnie nago? - tym razem on uniósł brew. Przygryzłam na chwilę dolną wargę.
- Nawet nie masz pojęcia jak. Nie wytrzymam do powrotu do akademika - odparłam. Po dłużej chwili patrzenia sobie w oczy, wybuchliśmy śmiechem. Wziął mnie pod ramię i powoli zaczęliśmy iść w stronę jeziora, o którym wcześniej mówił. - Tak poważnie, to serio bym popływała - wzruszyłam ramieniem, kiedy spojrzał na mnie z góry. Mimo mojego wysokiego wzrostu, nadal wydawałam się przy tym nawet dobrze zbudowanym olbrzymie małą kruszynką. - Jest ciepło, pomimo że coraz bardziej zapada wieczór, w nocy też pewnie będzie znośnie. Woda jest nagrzana przez cały dzień, a pływanie przy zachodzie słońca to sama przyjemność z tego co doświadczyłam w moim życiu. Za to przyznam się szczerze, że po chętnie zrobiłabym to po zmierzchu.
- Czyli to jednak poważna propozycja? Cóż, mimo twojego w miarę oczywistego charakteru i otwartości w pewnych sytuacjach, których ludzie unikają, nie spodziewałem się tego.
- Znaczy wiesz, nie mówię od razu, żeby pływać nago, chociaż tak też pływałam... - przyznałam się, jednak po chwili spuściłam głowę z małym, tak bardzo nienaturalnym dla mnie rumieńcem.
- I jak?
- Wręcz niewyobrażalnie fantastycznie - zamknęłam oczy z zadowolonym wyrazem twarzy.


Jules?
Pływamy?

wtorek, 19 czerwca 2018

Od Lydii do Julesa

Sławny, cudowny Londyn zaskoczył mnie wszechobecnymi korkami. Samochody poruszały się tak wolno, jakby jechały po polnej drodze, a nie świeżo wyremontowanej ulicy w stolicy kraju. Westchnęłam opierając czoło na kierownicy, kiedy zatrzymałam się przed kolejnymi z rzędu światłami. To była moja piąta godzina jazdy, z tego już godzinę spędziłam w tym cholernym mieście. Musiałam odpocząć. Wyjechałam trochę za późno z domu ze względu na ojca, a teraz zastał mnie wieczór w obcym mieście. Zjechałam w boczną uliczkę, gdzie zaparkowałam od razu na pierwszym wolnym miejscu. Sięgnęłam po telefon z siedzenia kierowcy, a z pomiędzy foteli głowę wystawił Jack.
- Poszukam nam miejsca do spania koleżko - mruknęłam do niego. Szybko przeszukałam kilkanaście stron hotelów, szukając takiego, gdzie mogłabym zabrać psa. Spojrzałam na adres pierwszego, który spełniał te warunki i wpisałam go do map, żeby jak najszybciej tam dojechać i mieć już spokój. Cofnęłam samochód, po czym ruszyłam zgodnie ze wskazówkami nawigacji, która na szczęście prowadziła mnie nieco mniej pełnymi drogami, niż jechałam wcześniej. Hotel okazał się być całkiem blisko, za co dziękowałam mojemu szczęściu. Wolne pokoje, które tam znalazłam spowodowały u mnie niemal euforię.
Niecałe piętnaście minut od przekroczenia progu frontowych drzwi, weszłam do przestrzennego pokoju z oknami na południowy zachód, co powodowało, że balkon, który też się tam znajdował, był oblany promieniami zachodzącego słońca. Cały pokój nie był powalający, jednak wystarczający jak na jedną noc i padniętą mnie. Po chwili usłyszałam pukanie do drzwi, które jak się okazało było spowodowane przyniesieniem mi szampana na koszt hotelu. Taka promocja dzisiaj czy coś. Nie chciało mi się słuchaj faceta, który to przyniósł. Zerknęłam na dwa kieliszki na stoliku przy barku. Wzięłam jeden z nich i tak z butelką i kieliszkiem wyszłam na balkon, które wygodnie usadowiłam się w jednym z wiklinowych foteli, które na nim stały.Westchnęłam biorąc łyk napoju, którego bąbelki zawsze mnie rozluźniały. Lubiłam bąbelki i tyle. Postanowiłam trochę się po delektować zawartością kieliszka, ponieważ nie chciałam wypić więcej niż dwóch. Jutro musiałam spokojnie dojechać do akademii, do której zmierzałam i wolałam moją podróż zakończyć z prawem jazdy w kieszeni, niż bez niego za jazdę pod wpływem alkoholu. Moją cichą kontemplację widoku, jaki przed sobą miałam, z kieliszkiem w dłoni i Jackiem ułożonym u moich stóp przezwał najpierw dźwięk ekscesji łóżkowych w pokoju obok, a kilkanaście minut po ponownym zapadnięciu ciszy później dźwięk odsuwanych drzwi, prawdopodobnie na balkon obok. Jednak nie miałam ochoty, aby spojrzeć się w tamtą stronę.
- Bonsoir! - usłyszałam z mojej lewej strony, spojrzałam w tamtą stronę niebywale skrzywiona. Stojący na balkonie obok młody mężczyzna był idealnie oświetlony przez zachodzące słońce. Z niezadowoleniem stwierdziłam, że nie może w takim razie widzieć mojej miny, ponieważ moja twarz znajduje się w cieniu. Co dziwne, wyglądał na Brytyjczyka, co potwierdzał jego dosyć angielski francuski. Akcentu za grosz.
- Bonsoir - odparłam. - Vous avez oublié l'anglais?
- Słucham? - zapytał już po angielsku. Prychnęłam ze śmiechu. - Pytałam, czy zapomniało się angielskiego, jednak już sama widzę, że nie.
- Punkt dla pani widzę - odpowiedział puszczając mi oczko, na co ja przewróciłam oczami.
- Nie wydaje mi się, że jestem na tyle stara, żeby mnie jeszcze postarzać mówieniem per pani - mruknęłam.
- Cóż jakbym znał twoje imię, to uniknąłbym tego nieodpowiedniego do naszego wieku zwrotu.
- Cóż co za nieszczęście, że nie poznasz mojego imienia - wzruszyłam ramionami.
- A to dlaczego?
- A twoja towarzyszka już zdążyła wyjść z pokoju, czy się jeszcze ubiera? - zapytałam, a on przygryzł wargę i spuścił wzrok.
- Zazdrosna, że jestem tak daleko i nie mogę sprawić, że też będziesz tak krzyczeć? - odpowiedział po chwili.
- Krzyczeć, to ja mogę już. Ze śmiechu - po minie jego twarzy widziałam, że już to wygrałam. Teraz musiałam się wycofać z gracją z tej sytuacji. - To miłego wieczoru, może ugrasz drugą rundę ze swoją towarzyszką, jak się pospieszysz, ładny chłopaczku - po tych słowach zniknęłam wraz z Jackiem w moim pokoju i zamknęłam drzwi na balkon. Spać. Zdecydowanie, zanim naprawdę pójdzie za mają radą. Szybciutko rozebrałam się i wskoczyłam pod prysznic, który rozluźnił wszystkie moje mięśnie strumieniami ciepłej wody. To był naprawdę męczący dzień, a jutro nie będzie lepiej. Kiedy wróciłam do głównego pomieszczenia, mój kochany dalmatyńczyk był już wygodnie ułożony w rogu łóżka, sama wsunęłam się pod przykrycia, a po chwili odpłynęłam.
Poranek to chyba najgorsza pora dnia. Z niczym dobrym mi się nie kojarzy... Niewyspanie, ból głowy na kacu, szczekanie psa, że chce na dwór, alarm budzący mnie na trening, ktoś wymykający się z mojego pokoju, albo to ja uciekająca, krzyk matki, że marnuję swoje życie... Nic ciekawego. Zdecydowanie wolałam wieczory. Jednak po nich i po nocy następował poranek. Głupie toczące się koło historii i życia. Zwlokłam się z łóżka, żeby pójść wziąć zimny prysznic dla obudzenia się, po czym wybrałam całkiem dobrze wyglądający strój i związałam włosy w luźnego koczka. Szybko zwinęliśmy się z Jackiem do samochodu, aby wreszcie dotrzeć na ten uniwersytet. Właściwie to nadal się zastanawiałam, czy dobrze robię idąc tam... Z drugiej strony to zamknie usta matce, ponieważ będę miała poparcie babci, a mojej karierze tatuażystki to nie zaszkodzi.
Z tego co pokazała mi nawigacja czekało mnie jeszcze blisko pięćdziesiąt osiem kilometrów drogi do posiadłości, jaką posiadała akademia. Jęknęłam patrząc na tą liczbę, a Jack zastrzygł uszami, po czym przechylił łeb patrząc na mnie.
- Nie patrz się tak - mruknęłam. - Czeka nas jeszcze kawał drogi. Tyłek mi odpadnie już dzisiaj na pewno - pies prychnął jakby rozumiejąc co mówię. - Nie śmiej się głupku, bo cię w lesie wysadzę i zostawię... - zerknęłam na niego, ułożył się na łapach. - No żartuję przecież... Na żartach się mój Jacky nie zna? Nie dobrze. Myślałam, że zdążyłeś się przyzwyczaić do mojego specyficznego humoru o tej znienawidzonej przeze mnie porze dnia.
Gadałam z psem. Westchnęłam. Przecież i tak on mnie odpowie, to po co ja się mu tłumaczę? Dam mu kość, podrapię po brzuszku i będzie znowu szczęśliwy jak mały szczeniaczek, który ze schroniska trafia do nowej rodziny. Tak było z Jackiem. Znaleźliśmy go z moim najlepszym przyjacielem, też Jackiem (co za bieg okoliczności... ) w schronisku, jednym z wielu w okolicy Leeds. Było to prawie dwa i pół roku temu. Był wtedy małym słodkim szczeniaczkiem, taką kuleczką szczęścia, która niekontrolowanie zaczęła machać swoim ogonkiem, kiedy tylko podeszłam do jego klatki. Już wtedy pani oprowadzająca nas uprzedziła, że to dalmatyńczyk i nieco wyrośnie, ale jakoś nie powstrzymało mnie przed przygarnięciem go. Za to przyjaciel nie powstrzymał mnie przez nazwaniem go Jack. Uwielbiałam się z nim droczyć z tego powodu, a kiedy chciałam go już bardzo zdenerwować, to na niego gwizdałam, jak na mojego dalmatyńczyka.
Wracając jednak do rzeczywistości, wreszcie wyjechałam z parkingu za hotelem, aby ponownie znaleźć się już na zakorkowanych ulicach Londynu. Tym razem nawigacja nie była dla mnie tak hojna jak wieczorem. Musiałam znowu się nastać w szeregu samochodów, które wiozły równie zmęczone, niewyspane i złe osoby jak ja. To nieco poprawiło mój humor. Ustabilizował się za to na całkiem dobrym poziomie dopiero, kiedy wyjechałam z otaczających mnie budynków, na przestrzeń - poza Londyn. Mogłam rozwinąć prędkość, mogłam włączyć spokojnie radio i nawet cicho zaczęłam śpiewać wraz z artystami, których piosenki znalazły się na audycji. Wprawiło mnie to nawet w zadowolenia z tej podróży, ponieważ miałam słabość do nucenia, kiedy kierowałam, szczególnie w długich trasach. Za to kiedy po nieco ponad półtorej godziny jazdy, znalazłam się przed bramą wjazdową Morgan University, stwierdziłam, że to może być nawet dobry dzień. Powoli zjechałam przez bramę i usłyszałam za sobą ryk silnika motocyklu. Nie chciałam jednak przyspieszyć, nie wiedziałam co mnie czeka, więc większa prędkość nie miała sensu. Jednak ustawiłam samochód na wolnym miejscu parkingowym, wysiadłam wypuszczając Jacka z tylnego siedzenia, wyjęłam papierosy i przeszukałam całą torbę w poszukiwaniu zapalniczki, a motocykl ustawił się na miejscu obok mnie dopiero, kiedy sfrustrowana miałam ochotę przekląć cały świat, bo nie mogłam znaleźć tej cholernej zapalniczki. Osoba na motocyklu zdjęła kask, był to chłopak. Tym lepiej.
- Przepraszam, nie masz przy sobie zapalniczki, zapałek, czegokolwiek? - zapytałam, a on bez zastanowienia sięgnął do kieszeni i podał mi zapalniczkę, zsiadając z motocyklu. Złapałam ją bez zastanowienia i zapaliłam papierosa, dopiero przyglądając mu się, kiedy oddawałam mu pożyczoną rzecz. Wtedy coś mnie uderzyło... zaczęłam się śmiać jak histeryczka.
- Z czego się śmiejesz? - uniósł brew, patrząc się na mnie jak na wariatkę.
- Śmieję się z pięknego zbiegu okoliczności, chociaż teoretycznie w nie nie wierzę, ładny chłopaczku z hotelu - odparłam z uśmieszkiem, czekając po tych słowach na jego reakcję.

Jules?

niedziela, 1 stycznia 2017

Od Lydii C.D. Agnes

Puściłam klamkę, odskakując w bok, tym samym cudem unikając rozbicia jajka, rzuconego przez Szkotkę, tuż na mojej twarzy. Zamiast mnie, ofiarą została pani Stewart, właścicielka całej akademii. Obrzuciła brudne pomieszczenie wzgardliwym spojrzeniem zimnych oczu, skrzywiła się okropnie, przez co jej twarz jeszcze bardziej zbrzydła, wyrażając ogromną odrazę. Ruchem dłoni odgarnęła żółtko i białko z czoła, po czym, potrząsnąwszy dłonią, zrzuciła je na, już i tak brudną, podłogę.
- Panno MacKenzie – zwróciła się do Agnes, a za chwilę spojrzała na mnie, krzywiąc się jeszcze bardziej – Tyrell – dodała złowrogo, odwracając wzrok w stronę Szkotki, która przysłoniła usta dłonią – Co tu się wydarzyło?
- Przepraszamy panią – powiedziała dziewczyna z aż nadto udawaną skruchą – Już nie będziemy. – Westchnęła, odsłaniając twarz. Na moment zagościł na niej delikatny, prawie niewidoczny uśmiech. Splotła dłonie przed sobą, zerkając nieznacznie w moją stronę. W odpowiedzi wzruszyłam ramionami, a po chwili skupiłam się na trenerce. Starsza kobieta, wypuściwszy ze świstem powietrze i mruknąwszy coś o naszym okropnym wychowaniu, wyszła z akademickiej kuchni, głośno trzaskając za sobą drzwiami. Parsknęłam śmiechem, gdy tylko właścicielka wyszła, jednak po chwili podniosłam się, opanowując nieodpowiednie zachowanie.
- Mam pomysł – odezwałam się, przerywając chwilę ciszy – Ale jest niegrzeczny, więc muszę powiedzieć ci go na ucho. Zgoda?
- Zgoda – odpowiedziała, uśmiechając się. Powoli podeszłam do niej, a gdy stanęłam tuż obok, ta nieznacznie uniosła brew – Mam się bać?
- Nie – uśmiechnęłam się, stając na palcach, by móc szepnąć jej do ucha kilka słów. Widząc to, schyliła się nieco – Spotkajmy się w moim pokoju… Ale za pół godziny, bo na razie obie wyglądamy jak niewymieszana masa do ciasta. W szafie, na samym dnie, mam trzy butelki szkockiej whisky, to chyba Grant’s. Dostałam je od babci… Musimy je wypróbować, koniecznie razem, sama pić nie będę.
- No nie wiem – mruknęła niechętnie, prostując się i odsuwając kilka kroków. Zmarszczyła brwi, błądząc wzrokiem po kuchni – A poza tym, kac to zło.
- No proszę, bo jeszcze będę smutna – powiedziałam twardo, próbując ją przekonać do zgodzenia się na moją świetną propozycję – Nikt nas nie złapie, a kaca da się zwalczyć.
- Mam słabą głowę, a chcę żyć.
- Proszę cię, będzie świetnie.
- Nie, zdechnę rano. – Westchnęła, chociaż zdecydowanie Szkotki zniknęło prawie całkowicie. Coraz bliżej celu. Podeszłam do niej i, po chwili zastanowienia, chwyciłam jej dłonie, ściskając je lekko. Musnęłam opuszkami palców jej knykcie.
- Przecież pół, czy nawet jedna butelka whisky ci nie zaszkodzi… - szepnęłam, patrząc błagalnie w jej piękne, jasne oczy. Znowu uciekła wzrokiem, nie chcąc spojrzeć prosto na mnie.
- No dobrze – odparła, oplatając palcami moje ręce. Dopiero teraz na mnie spojrzała, chociaż niechętnie – Ale ostrzegam, pijana zachowuję się dziwnie.
- Jak każdy – wzruszyłam ramionami, wyrywając dłonie z delikatnego uchwytu. Odwróciwszy się, podeszłam do drzwi i otworzyłam je. Zerknęłam na Szkotkę, stojącą pośrodku całego bałaganu – To za pół godziny w pięćdziesiątce szóstce. – Dodałam, wychodząc z brudnego pomieszczenia i zamknęłam drzwi zaraz za sobą. Schyliwszy głowę, ruszyłam przez korytarz do swojego pokoju.
Przeszukawszy kieszenie, ale nie odnalazłszy w nich klucza, nacisnęłam klamkę i, gdy tylko drzwi ustąpiły, weszłam do pokoju. Szybko rozpięłam guziki koszuli, zrzuciłam ją z ramion i, zwiniętą w kulkę, cisnęłam na niepościelone łóżko. Zerknęłam na nią przelotnie i, przeszedłszy nad stertą ubrań, weszłam do łazienki. Zaklęłam w duchu, klękając przy szafce, by znaleźć w niej butelkę szamponu. Dopiero po dłuższej chwili ją znalazłam, postawiłam ją przy kranie i zajęłam się poszukiwaniem suszarki do włosów, która, jak się później, okazało leżała pod ręcznikiem. Ręcznik rzuciłam na sam róg umywalki, suszarkę obok szafki. Pochyliłam się i włożyłam głowę pod kran. Po chwili, czując ciepłą wodę, spływającą po karku, zaciskając powieki, wolną ręką sięgnęłam po butelkę, otworzyłam ją. Wycisnęłam resztki płynu na dłoń i, odrzuciwszy opakowanie, zaczęłam myć włosy. Spłukałam pianę i, uprzednio sięgnąwszy po ręcznik i wyjąwszy głowę spod kranu, naprędce ją wytarłam, a po chwili po prostu wysuszyłam. Coraz bardziej brakowało mi czasu. Po wyjściu z łazienki, przeszukałam większość ubrań, by znaleźć te czyste. Stosunkowo szybko się przebrałam i zaraz po tym zajęłam się próbą odnalezienia trzech butelek Grants. Jednak tym razem nie zdążyłam – drzwi szybko się otworzyło, a do pokoju wparowała Agnes, która, niemal natychmiast, potknęła się o coś.
- Powinnaś tu posprzątać – fuknęła, powoli podnosząc się z podłogi. Stanąwszy, podeszła do mnie – To bolało.
- Tragedia – mruknęłam, odgrzebując jedną z butelek. Ściskając ją, wyciągnęłam rękę, dając znak Szkotce, by chwyciła alkohol – Trzymaj, muszę znaleźć jeszcze dwie.
- Poczekaj chwilę – powiedziała, stawiając coś na ziemi. Pies, jak się później okazało, podbiegł bliżej mnie, wystawił jęzor i zamachał krótkim ogonem. Machinalnie odskoczyłam i, potknąwszy się o własne nogi, upadłam na podłogę. Przycisnęłam butelkę do piersi, obserwując radosne zwierzę.
– Co to, do jasnej cholery, jest?
- Pies – wzruszyła ramionami, kucając. Białe stworzenie podbiegło do niej, szczekając kilkakrotnie – Nie mogłam go zostawić – spojrzała na mnie, uśmiechając się nieznacznie – Błąkał się przy stajni, nie mogłam go tak zostawić.
- No niby tak… - westchnęłam niechętnie, podnosząc się. Zerkając to na czworonoga, to na dziewczynę, postawiłam Grants na szafce, a po chwili powróciłam do poszukiwań – Mam nadzieję, że załatwiłaś jakieś szklanki. – Dodałam, odnajdując ostatnie butelki. Westchnęłam ciężko, gdy tylko postawiłam je obok poprzedniej i zobaczyłam, że białe stworzonko leży na łóżku, tuż obok siedzącej Agnes.
- Tak – odparła, głaszcząc psa, który położył pysk na jej nogach – Postawiłam je… Tam. – Wskazała ruchem dłoni biurko. Gwałtownie obróciłam się i zaklęłam nad własną głupotą, gdy tylko ujrzałam dwa kubki, postawione na kartkach. Szybko wzięłam szklanki i, odkręciwszy pierwszą z butelek, nalałam do każdej trochę trunku, zapełniając naczynia do połowy. Podałam jeden kubek Agnes i usiadłam na łóżku, uprzednio postawiwszy jedną z butelek obok.
- Ty pijesz pierwsza – odezwałam się, mocno zaciskając palce na szkle – Muszę mieć pewność, że cokolwiek wypijesz.
Agnes spojrzała na mnie niepewnie, po chwili niezdecydowania w końcu napiła się, biorąc zaledwie łyk, by już po chwili, zapewne czując palący smak w gardle, zaczęła kaszleć. Przyprowadzony pies odskoczył nagle, po czym ułożył się przy kołdrze. Dopiero po chwili Szkotka uspokoiła oddech.
- Amatorka – uśmiechnęłam się, także zaczynając pić. Wzięłam gwałtowny haust powietrza, gdy tylko poczułam charakterystyczne palenie w przełyku, mimo to, nie przerwałam picia, aż do momentu, gdy płynu zabrakło w szklance – No, dalej!
- Lydia… Proszę cię… - westchnęła ciężko, próbując nie wypić resztki alkoholu.
- Tyrell, nie Lydia – poprawiłam ją, sięgając po butelkę i, odkręciwszy korek, nalałam szkocką do szklanki, tym razem jednak trochę więcej. Wypiłam tyle, na ile pozwalał mi piekący ból w gardle – Tylko to dopiję i zaraz zajmę się tobą. – Dodałam, po chwili biorąc kolejny, już większy łyk. Jedynie kilka razy przerwałam picie, a i tak zajęło mi to stosunkowo mało czasu. Czując pierwsze skutki spożycia takiej ilości alkoholu w tak krótkim czasie, podniosłam się nieco niezdarnie i wyrwałam szklankę Agnes z jej dłoni. Ścisnęłam jej policzki, ale dziewczyna, niemal natychmiast zaczęła się szarpać, próbując wyrwać, jednak, po chwili ustąpiła i posłusznie połknęła palący trunek, który wlałam jej do gardła, a po tym skrzywiła się niesamowicie, czując jego smak.
- Jebany alkoholik… - wymruczała, mrużąc oczy i wzdychając ciężko. Wcisnęłam szklankę w jej dłonie i, klnąc niewyraźnie, bardzo cicho, nalałam resztki alkoholu. Tym razem, nieco chętniejsza, wypiła całość sama. Uśmiechnęłam się tryumfalnie i, sięgnąwszy uprzednio po dwie pełne butelki, jedną z nich podałam towarzyszce.
Agnes zdołała jeszcze wypić tę jedną butelkę, choć ręce zaczęły jej drżeć tuż po połowie, dlatego, z picia ze szklanki przestawiła się na picie bezpośrednio z butelki, jednak ostatecznie zrezygnowała, twierdząc, że to za dużo, jak dla niej. Oczywistym było, że to ja dokończę resztę – i tak się stało. Westchnęłam ciężko, gdy tylko zrzuciłam pustą butelkę z łóżka i znowu spojrzałam na pijaną Agnes, która właśnie zajęła się głaskaniem białego zwierzątka.
- Patrz, owcę przyprowadziłam. – Wymamrotała, gdy usiadłam obok niej. Przyjrzałam się zwierzęciu, które rzeczywiście przypominało owcę, a nie psa, jakim było naprawdę.
- Nazwijmy ją Sweterek. – Odpowiedziałam równie niewyraźnie, bowiem sweterek nie brzmiał tak, jak brzmieć powinien.
- Nie! – krzyknęła, niezdarnie i tylko na chwilę, podrywając się z miejsca – To Maja. – Dodała, ponownie opierając się o ścianę.
- Nie znasz się – mruknęłam – Weź to to odłóż, chcę się tobą zająć.
- A jak? – zapytała, posłusznie puszczając owieczkę, która niemal od razu zeskoczyła z łóżka i położyła się na stercie ubrań.
- Specjalnie. – Odszepnęłam, splatając dłonie na jej karku i przybliżając twarz. Pocałowałam ją długo, niesamowicie namiętnie. Przez moment błądziła dłońmi po moich plecach, by za chwilę wpleść palce we włosy. Poczułam przyjemne dreszcze, gdy Agnes przejęła inicjatywę i, po przerwaniu pocałunku, zajęła się rozpinaniem guzików koszuli, co zajęło jej dłuższą chwilę. Jednak, zaraz po tym, przerwała i, siłą, położyła mnie na łóżku, a następnie ułożyła się obok, obejmując w pasie. Słyszałam jej spokojny, głęboki oddech, ale po chwili przyjemnej ciszy podniosła się, opierając na rękach i zdjęła ze mnie rozpiętą już koszulę i rzuciła ją za siebie. Po chwili ponownie się położyła, ułożywszy dłonie na moich biodrach. Mimowolnie uśmiechnęłam się, gdy pijana Szkotka zajęła się próbą rozpięcia guzika spodni, z czego, po dłuższej chwili męczarni, zrezygnowała i, objąwszy mnie w pasie, zaprzestała jakichkolwiek ruchów. Westchnąwszy, będąc niezadowoloną z jej rezygnacji, przymknęłam powieki.


Agnes?

sobota, 24 grudnia 2016

Od Lydii C.D. Agnes

Oparłam się o drewniane ogrodzenie, podążając wzrokiem za Agnes, siedzącą na Sherlocku. Westchnąwszy ciężko, przycisnęłam do ciała płaszcz, chociaż wiedziałam, że na niewiele się to zda. Zrezygnowana, zacisnęłam dłonie na oszronionej desce. Szkotka nie mogła mnie zauważyć, jak obserwuję jej każdy ruch – jedynie na część parkouru padało światło lamp - ja zaś ukryłam się w mroku. Drgnęłam, gdy zimne powietrze przeciął donośny głos pani Stewart.
- Przed skokiem mocno uderz go palcatem, ma wiedzieć, że musi skoczyć! – wrzasnęła, odwracając się za jadącą dziewczyną. Szkotka nie posłuchała kobiety, jedynie pospieszyła swego konia, który był niesamowicie zmęczony, zmuszając go do galopu. Wierzchowiec spróbował się zatrzymać tuż przed niewielką przeszkodą, jednak właścicielka nie pozwoliła mu na to – Sherlock skoczył niezgrabnie, a po chwili już był na ziemi. Chwilę spokojnej ciszy przeciął kolejny krzyk, tym razem Agnes, która poderwała się do góry, stając w strzemionach. Mimowolnie uśmiechnęłam się, przylegając do ogrodzenia i próbując usłyszeć słowa trenerki. Kobieta najwyraźniej gratulowała Szkotce, która zeskoczyła ze swojego konia i powoli prowadziła go w stronę stajni. Podążyłam wzrokiem za całą trójką i, dopóty nie zniknęli mi z pola widzenia, nawet nie drgnęłam, w obawie przed tym, że mnie zauważą. Niepewnie ruszyłam się z miejsca, dopiero, gdy nawet w świetle lamp nie mogłam znaleźć wzrokiem rudych włosów Agnes, skierowałam się do stajni.
Szybko zamknęłam za sobą duże, drewniane drzwi. Zdecydowanie pewniej niż wcześniej, odszukałam Szkotkę i powoli podeszłam do niej, starając się opanować drżenie rąk i własne myśli, które kierowały się w stronę Agnes, podeszłam do dziewczyny. Ta, słysząc moje kroki, odwróciła się szybko, nieznacznie skrzywiła i powróciła do obserwowania jedzącego Sherlocka. Zaklęłam w myślach, tym samym karcąc własną głupotę.
- Agnes… - zaczęłam niepewnie, wbijając paznokcie w zaciśniętą dłoń i obserwując brudną podłogę – Ja chci--Nieważne. Wesołych świąt. – zakończyłam, mrucząc niewyraźnie ostatnie słowa. Reakcja dziewczyny skutecznie mnie zniechęciła. Odwróciłam się na pięcie i zbliżyłam do boksu Eleventh Doctora. Uśmiechnęłam się nieznacznie, muskając kciukiem jego krótką grzywę. Po chwili, westchnąwszy i zerknąwszy na obojętną Agnes, obróciłam się i skierowałam ku wyjściu ze stajni. Naparłam na nie, otwierając, a zaraz po swoim wyjściu, zamykając. Szczelniej otuliłam się ciemnym płaszczem, czując nieprzyjemny powiew zimnego wiatru. Rozejrzawszy się dookoła i nie ujrzawszy nikogo, niechętnie poruszyłam się, stawiając kolejne szybkie kroki i tym samym zbliżając się do ciepłego wnętrza akademika.
***
Zaklęłam cicho, gdy po raz kolejny, podczas wycinania skórek na prawej dłoni, krew lekko pokryła część paznokcia. Sięgnąwszy po chusteczkę, przycisnęłam ją do palca, tamując niewielki wyciek szkarłatnej posoki. Wzięłam kilka buteleczek lakieru do paznokci w odpowiednich kolorach – bladym czerwonym, czarnym, białym i srebrnym brokatowym. Wśród wszystkich przyborów odnalazłam pędzelek do zdobienia paznokci, z jednej strony zakończony niewielkim pędzelkiem, z drugiej zaś kuleczką. Na biurko rzuciłam pilnik i buteleczkę sprayu przyspieszającego wysychanie. Tak przygotowana, zaczęłam piłowanie paznokci, próbując doprowadzić je do kształtu migdałka. Westchnęłam ciężko, gdy tylko, po kilkunastu minutach pracy, udało mi się ją pomyślnie zakończyć na obu dłoniach. Zajęłam się kolejną, najważniejszą czynnością – malowaniem. Powoli, starając się, by każde pociągnięcie niewielkim pędzelkiem było jak najbardziej precyzyjne, malowałam każdy z paznokci u prawej, jak i lewej dłoni. Kciuk i środkowy palec zostały pomalowane bladoczerwonym lakierem, wskazujący i mały na czarno, serdeczny zaś, jako jedyny, pomalowałam srebrnym brokatowym lakierem. Odczekawszy chwilę, aż całość wyschnie, poprawiłam pierwszą warstwę.
Odczekałam dłuższą chwilę, chcąc mieć pewność, że lakier całkowicie zaschnie i, mieszając go z kolejnymi kolorami, nie utworzy mieszanki. Upewniwszy się w tym, odkręciłam buteleczkę z białym lakierem i, zamoczywszy w nim pędzelek, zajęłam się zdobieniem płytki paznokcia. Na kciukach i środkowych palcach po kilku minutach malowania, pojawiły się śnieżynki otoczone kilkoma białymi kropeczkami. Na środku każdego z płatków znalazł się brokat. Zerknąwszy na zegarek, zajęłam się palcami wskazującymi. Miejsce białego lakieru zajął brokatowy, którym pokryłam tylko część paznokcia, tworząc tym samym efekt przejścia między czernią, a srebrem. Po kolejnej chwili oczekiwania, uprzednio pokrywszy całość przeźroczystym lakierem, spryskałam palce sprayem. Po trzech godzinach malowania paznokci, wreszcie to zakończyłam. Podniosłam się z krzesła i, odsunąwszy je, zajęłam się makijażem, który skończyłam w zaledwie kilka minut – nigdy nie lubiłam nakładać wielu kosmetyków na twarz, męczyło mnie to. Szybko przebrałam się, bordową koszulę i czarne jeansy, zastępując je sukienką. Przez krótki moment zamierzałam zmienić czarne sztyblety Cambridge na jakieś szpilki, jednak ostatecznie zrezygnowałam, wybiegając z pokoju. Właśnie zaczął się bal, na którym muszę pogodzić się z Agnes.

***
Na miejscu pojawiłam się w momencie, gdy puszczano „Baby it’s cold outside” w wykonaniu Dodie Clark i Lewisa Watsona. Oparłam się o ścianę, błądząc wzrokiem po sali pełnej uczniów. Dopiero, gdy światło błysnęło na ścianach, udało mi się odnaleźć Agnes, stojącą po przeciwnej stronie pomieszczenia. Zacisnęłam pięści, westchnęłam i odsunęłam się od ściany i, przepychając się przez tańczący tłum, podeszłam do Szkotki, stając przy niej dopiero po słowach „My sister will be suspicious”. Teraz.
- Szk--Agnes, posłuchaj mnie – powiedziałam szybko, chwytając jej dłoń, by odwróciła się w moją stronę. Zrobiła to, chociaż bardzo niechętnie. Spojrzała w moje oczy, a ze mnie, niemal natychmiast, uciekła cała pewność siebie – Ja… Ja… Ja chciałam… Cię przeprosić… Za… To… To… Wszystko. Za ten pocałunek… I głupią kurwę… I… I… Bo wiesz… Ja chyba jestem… Lesbijką… I cię… Kocham? Tak… Chyba… Tak, na pewno…
Agnes milczała, by już za chwilę puścić dłoń i objąć mnie w pasie. Przycisnęła moje ciało do jej i pocałowała nieśmiało. Wplotłam dłonie w jej włosy, także ją całując. Na chwilę odsunęła się ode mnie, ruchem głowy wskazując coś ponad nami.
- Jemioła… - szepnęła, przytulając mnie. Oparłam głowę o jej pierś i zerknęłam w górę. Mimowolnie uśmiechnęłam się, widząc niepozorną roślinę. Rudowłosa spojrzała na mnie niepewnie, przygryzając wargę.
- To urocze… - odpowiedziałam, również szeptem, ściskając dziewczynę. Po chwili odsunęłam się od niej, chwytając jej dłonie – Chodźmy… - dodałam, ciągnąc ją za sobą. Tym razem nie stawiała oporu, podążała za mną ufnie, jak za opiekunem. Trzymając się ścian, przeszłyśmy przez zatłoczoną salę, następnie przeciągnęłam ją przez ciemne, opustoszałe korytarze i wyprowadziłam na zewnątrz. Z cichym westchnięciem spojrzałam na ciemne niebo. Agnes ruszyła dalej, nadal ściskając moją dłoń. Po chwili ciągnięcia mnie po lodzie, zrównałam z nią krok. Nagle, dziewczyna potknęła się i, próbując utrzymać równowagę, chwyciła mnie za rękę, przez co, gdy ta leżała na śniegu, ja wylądowałam na niej. Nasze twarze znalazły się blisko siebie, ale ja zwiększyłam tę odległość, opierając dłonie na ośnieżonej ziemi. Spojrzałam na twarz Agnes, która nagle pobladła i zaczęła drżeć.
- Będziesz musiała zdjąć tę sukienkę… - odezwałam się, zupełnie nie myśląc nad własnymi słowami. Dopiero po chwili zorientowałam się o okropnym podtekście – Nie chodziło mi o…
- Rozumiem – odparła szybko, znowu przygryzając wargę. Wzięła głębszy haust powietrza – Tak, rozumiem, naprawdę.

Agnes?

niedziela, 18 grudnia 2016

Od Lydii C.D. Agnes

Używając całej swojej siły, trzasnęłam drzwiami pokoju numer siedemnaście, który zajmowała Agnes MacKenzie. Popatrzyłam wściekle na drewno, zaciskając dłonie w pięści. Prychnąwszy i odwróciwszy się na pięcie, ruszyłam w stronę własnego lokum.
- Pierdol się, jebana Szkotko – klęłam paskudnie, szybko przemierzając, na pierwszy rzut oka opustoszały, korytarz – Próbuję okazać ci uczucia, a ty jeszcze drwisz ze mnie, pierdol się, Agnes, pierdol się, pierdol się, pierdol się.
- Panno Tyrell, proszę opanować swój język, jesteśmy w miejscu publicznym. – powiedziała surowym tonem kobieta, znajdująca się za mną. Gwałtownie odwróciłam się i, ujrzawszy panią Stewart, mimowolnie odskoczyłam. Postać, widząc moją zapłakaną twarz, zaprzestała kolejnej próby upomnienia i skarcenia mojego zachowania.
- Przepraszam – mruknęłam niewyraźnie, odwracając się szybko – To z nerwów, już nie będę tak robić, przysięgam. – westchnęłam i, nie czekając na odpowiedź kobiety, wznowiłam podróż do pokoju. Zerknęłam za siebie i, nie widząc właścicielki akademii, dodałam zdecydowanie ciszej, mrucząc pod nosem:
- Ty też się pierdol, stara kurwo.
***
Wsadziłam dłoń do kieszeni jeansów i wyjęłam z niej klucze do pokoju. Włożyłam je w zamek, pospiesznie przekręciłam i nacisnęłam klamkę, tym samym otwierając drzwi. Zabrawszy klucze, weszłam do pokoju i zamknęłam drzwi tuż za sobą, byle szybciej znaleźć się wewnątrz bałaganu. Rzuciłam kluczyki na zawalone papierami biurko. Zrzuciłam z ramion zdecydowanie za dużą, szarą bluzę, czując nagły przypływ ciepłego powietrza i, zwiniętą, cisnęłam w kąt pokoju. Podeszłam do szafki i, podwinąwszy rękawy jasnej, jeszcze czystej, koszuli, odgarnęłam trzy ostatnie części „Pieśni Lodu i Ognia”, za którymi ukryłam najsilniejsze leki przeciwbólowe. Nie siląc się na poprawienie dzieł George’a R.R. Martina, usiadłam na niepościelonym łóżku – w tym pomieszczeniu zawsze panował bałagan, jedna książka w tą, druga w tamtą – nikt się nie zorientuje, że nastąpiła jakakolwiek zmiana. Sięgnęłam po butelkę wody, wydostając ją spod łóżka i rzuciłam obok siebie. Otworzyłam niewielkie prostokątne pudełko i wyjęłam ostatni listek, na którym pozostały jedynie trzy tabletki. Wycisnęłam je na dłoń, ścisnęłam, by z niej nie spadły i wzięłam butelkę. Szybko zażyłam leki, popijając je wodą. Westchnęłam ciężko, opierając się o ścianę. Po kilku chwilach, podniosłam się i podeszłam do biurka, na które odłożyłam puste pudełko i plastikową butelkę, prawie pustą, a na ich miejsce wzięłam kilkuletni, wysłużony, a jednak nadal sprawny, laptop. Ponownie usiadłam na łóżku i, opierając się plecami o ścianę, uruchomiłam urządzenie. Gdy komputer wreszcie się włączył, odnalazłam wśród mnóstwa plików folder z trzecim sezonem „Gry o Tron”. Włączyłam pierwszy odcinek – „Valar Dohaeris”, będący kontynuacją finału poprzedniego sezonu – „Valar Morghulis” i starałam się skupić na oglądaniu.
Mimowolnie zasnęłam na dziewiątym odcinku - „The Rains of Castamere”, w którym zginęło wiele cudownych postaci. Pogrążyłam się we śnie dopiero po śmierci Catelyn Stark, której, tuż po zabiciu Lady Joyeuse, żony spiskowca – Waldera Freya – gardło poderżnął jego potomek – Czarny Walder. Tuż przed nią zmarł jej pierworodny syn – Robb Stark, Młody Wilk, który utracił Północ. Sztylet w serce wbił mu Roose Bolton, mówiąc iż „Lannisterowie przesyłają swe pozdrowienia”. Nie widziałam już jak Arya dociera do Bliźniaków, jak obserwuje śmierć wilkora, należącego do jej brata, jak Ogar ją ogłusza, jak, siedząc na Nieznajomym wraz z Sandorem Clegane’m, widzi Robba z głową zwierzęcia na koniu, otoczonym przez ludzi spiskowców – wojska Freyów, Boltonów i Lannisterów – wrzeszczących „Król Północy”.
***
Słysząc dźwięk budzika, poderwałam się szybko, zaczynając okropnie kaszleć. Uspokoiwszy oddech, zerknęłam na wyświetlacz telefonu. Drugi alarm zabrzmiał przed chwilą, pierwszy przegapiłam. Zaklęłam, niezdarnie podrywając się z łóżka. Niemal potykając się o ubrania, leżące w nieładzie na podłodze, wpadłam do równie zagraconej łazienki i ogarnęłam się w niej w zaledwie kilka minut. Wybiegłam z pomieszczenia i naprędce, znalazłszy w miarę czystą, bluzkę, zrzuciłam brudną koszulę i założyłam nowe ubranie. Szybko związałam nieco przetłuszczone włosy w niski kucyk i, nie szukając kluczy pod licznymi kartkami, wybiegłam z pokoju, trzaskając drzwiami.
Wpadłam do stajni i od razu popędziłam do siodlarni, by wziąć sprzęt, po czym, dzierżąc potrzebny ekwipunek, wbiegłam do boksu spokojnego Eleventh Doctora. Zajęłam się nim zdecydowanie zbyt szybko, przygotowałam do treningu skoków i wyprowadziłam ze stajni. Na ćwiczeniach, z naszej pary, prowadził zdecydowanie Jedenasty, ja zaś próbowałam nie zasypiać w siodle i co rusz wybudzałam się z półsnu, który, mimo niesprzyjających warunków, był bardzo przyjemny.
Kolejne zajęcia również były beznadziejne. Francuski i portugalski były dla mnie udręką, kompletnie ich nie rozumiałam, nie potrafiłam wymówić, napisać poprawnie żadnego słowa, a ułożenie nawet najprostszego zdania było niemożliwe. Na biologii i historii przysypiałam, w ogóle nie słuchając słów profesorów i nie skupiając się na zajęciach. Lekcja żywienia i opieki nad końmi minęła na przepisywaniu notatek z biologii, na retoryce zajęłam się historią. Jedynie na fizyce byłam wystarczająco skupiona, by rozumieć cokolwiek z kolejnych słów, jednak z sali wybiegłam pierwsza, mając dość zawszonej nauki.
Już spokojniejsza szłam korytarzem, gdy wpadła na mnie Szkotka, z którą się pokłóciłam i którą tak paskudnie zwyzywałam. Popatrzyłam zaskoczona na zapłakaną twarz Agnes. Zdziwiona, ale i smutna dziewczyna przystanęła na moment, by już za chwilę czmychnąć z powrotem do swojego pokoju. Szybko rozejrzałam się po opustoszałym korytarzu i zdecydowanie nacisnęłam klamkę. Delikatnie popchnęłam drzwi, by wejść do pomieszczenia i zamknąć je zaraz za sobą.
- Wyjdź. – warknęła nieprzyjemnie rudowłosa, stojąc odwrócona i patrząc przed siebie, na ścianę.
- Nie. – odparłam szybko, pewnie, zbliżając się do dziewczyny.
- Powiedziałam ci, żebyś stąd wyszła. – powiedziała twardo, odwracając się nagle. Powoli podeszłą do mnie.
- Nie słucham rozkazów. – odpowiedziałam, unosząc głowę, by móc spojrzeć w jej piękne, jasne oczy.
- Robisz to często. – stwierdziła, świetnie panując nad targającymi nią emocjami.
- Dlatego mnie lubisz.
- Kto powiedział, że w ogóle cię lubię?
Niewiele myśląc, pod wpływem jakiegoś nieopisanego impulsu, splotłam dłonie na karku Agnes i pociągnęłam jej głowę w dół. Szybko pocałowałam dziewczynę. Ta zadrżała, zacisnęła usta, próbowała się wyrwać, jednak nie ustąpiłam tak łatwo, dopiero ja przerwałam, na swój specyficzny sposób, czuły pocałunek.
- Myślę, że po prostu tak jest. – uśmiechnęłam się, uspokajając oddech.
- Pocałowałaś mnie. – westchnęła, muskając palcami wargi, by wytrzeć z nich ślady mojej szminki.
- Zarumieniłaś się.
- I my… Właśnie… Och, zamknij się! – warknęła złowrogo, wyrywając się z mojego uścisku. Odsunęła się kilka kroków, wzdychając ciężko.
- Agnes, co się stało? – zapytałam, marszcząc brwi. Nie otrzymawszy odpowiedzi, podeszłam bliżej – Agnes…
- Co? – mruknęła, odwracając się – A, nie, to nic takiego, naprawdę, nic.
- Powiedz mi.
- Ale nic się nie stało.
- Właśnie widzę. I płakałaś sobie, bo tak, bo możesz, bo jesteś kobietą.
- Dokładnie.
- Nie kłam.
- Nie kłamię.
- Dlaczego nie możesz mi tego powiedzieć? Ja ci powiedziałam o wszystkim! O próbie samobójczej, o tym, że matka traktuje mnie jak psa, a ty co?! Dlaczego zawsze musisz być głupią kurwą?!
Agnes pobladła, zacisnęła usta. Rozumiejąc sens swych słów, przerażona cofnęłam się o krok. To jej nie powstrzymało. Zamachnęła się i, prawdopodobnie używając całej siły, uderzyła mnie otwartą dłonią w policzek. Krzyknęłam, chwytając się za świeżą opuchliznę na twarzy i uderzając plecami o drewniane drzwi. Zacisnęłam powieki, czując piekące łzy bólu, porażki.
- Za co?!
- Za głupią kurwę.
- Bo nią jesteś!
- Coś ty powiedziała?!
- To co słyszałaś, głupia!
Otworzyłam oczy i zobaczyłam, że dziewczyna znalazła się niebezpiecznie blisko. Drgnęłam, błądząc dłonią po drzwiach, a po chwili chwyciłam zimną klamkę.
- Jak ja cię nienawidzę – powiedziała twardo Szkotka, zaciskając pięści. Już zdążyła ochłonąć, a jej twarz była niesamowicie spokojna – Wynoś się z mojego pokoju. – dodała spokojnym głosem, pogardliwie patrząc w moje ciemne oczy. Posłusznie wykonałam rozkaz, aż za szybko.
- Więc to koniec, prawda? – zapytałam, napierając drzwi. Tym czynem sama sobie odpowiedziałam.
- Koniec, powiadasz? Rozumiem, szanuję twoją decyzję – powiedziała obojętnie Agnes – Twój wybór, twoje życie. A teraz, bądź tak miła i wyjdź. – dziewczyna odwróciła się do mnie tyłem, bez słowa czekając, aż wykonam polecenie. Prychnęłam wzgardliwie, otworzyłam drzwi, wyszłam z pomieszczenia, zamykając je zaraz za sobą. Tym razem nie bluźniąc, w obawie przed niepotrzebnymi upomnieniami, powolnym krokiem przemierzyłam korytarz, który tym razem był pełny uczniów, wracających z zajęć.
Mimowolnie westchnęłam ciężko, gdy tylko usiadłam na łóżku w swoim pokoju. Rozpuściłam włosy i znowu westchnęłam, czując przyjemne, chwilowe łaskotanie na karku. Po chwili nagłego otępienia spowodowanego bólem, fizycznym i psychicznym, oparłam się o ścianę. Wpatrując się w nią tępo, obojętnie, zaczęłam analizować kłótnię z Agnes. Przesadziłam zarówno ja, jak i ona. Gdyby nie mój wybuch, zapewne wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej – nasza przyjaźń trwałaby dalej, tocząc się swoim dziwnym biegiem. Ale przecież musiałam zwyzywać Szkotkę od głupich kurw, bo po co być spokojną i nie wybuchać. To nie jest do niczego potrzebne.
Nagle, zaczynając dusić się okropnym kaszlem, poderwałam się z miejsca i, znalazłszy klucze i bluzę, wybiegłam z pokoju. Założywszy na siebie za duże ubranie i zamknąwszy na klucz drzwi, ruszyłam pędem do stajni, by przygotować Doctora na kolejny zupełnie nieważny, niepotrzebny trening.
Zapinając popręg czarnego siodła, machinalne, choć nieznacznie, zerknęłam za siebie, szukając w boksie obok Agnes i jej przepięknego konia o imieniu Sherlock. Gwałtownie, nerwowo, poderwałam i odwróciłam się, gdy nie ujrzałam tej uroczej pary. Jeszcze gwałtowniej odwróciłam się do swojego wierzchowca, gdy moim oczom ukazała się rudowłosa dziewczyna, przygotowująca swego rumaka. Zmuszając się do kolejnego ruchu, chwyciłam uwiąż i wyprowadziłam Jedenastego z jego boksu, a następnie ze stajni.

Agnes?

niedziela, 11 grudnia 2016

Od Lydii C.D. Agnes

Zacisnęłam palce na spuchniętym ramieniu, łudząc się, że ten ruch sprawi, iż ból po kopnięciu przez wierzchowca po prostu przeminie, ale, jakby na złość, z każdą chwilą stawał się coraz silniejszy. Przymknęłam powieki, coraz mocniej naciskając plecami na drewnianą, zimną ścianę. Usłyszawszy dźwięk lekkich kroków i stukot kopyt o bruk, mimowolnie wzięłam głębszy haust powietrza, obawiając się kolejnego ataku rozwścieczonego konia. Pomimo moich obaw, nic takiego się nie stało, bowiem najwyraźniej spokojny ogier został wprowadzony do swojego boksu.
- Żyjesz? – usłyszałam pytanie zadane przez właścicielkę wierzchowca. Westchnąwszy ciężko, żałośnie, nieco boleśnie, otworzyłam oczy i spojrzałam na rudowłosą dziewczynę, opierającą się o ścianę zagrody.
- Nie, kurwa – warknęłam, wbijając paznokcie w spuchnięcie – Umieram. – dodałam szybko, siląc się na złośliwość, która jednak nie wyszła tak, jakbym tego pragnęła.
- Och… - westchnęła ciężko, aż przesadnie teatralnie – Szykować ci trumnę?
- Chyba nie będzie potrzebna – odpowiedziałam, zaciskając palce wolnej dłoni w pięść i odsuwając się od ściany – Może jestem jak Jedenasty Doktor, będący inkarnacją Dziesiątego… Jednak na razie jestem jeszcze Pierwszą Lydią, ale za moment, być może, pojawi się Druga Lydia. Może będę wyglądać jak Natalie Dormer? Albo Maisie Williams?
- Być może – wzruszyła ramionami, zbliżając się do mnie – Ale na razie przydałaby się pomoc zawodowców. – stwierdziła, patrząc mi w oczy. Jęknęłam cicho, częściowo z bólu, częściowo z ogromnej niechęci.
- Nie! Naprawdę nic mi nie jest. To nic takiego. Patrz! Wcale mnie nie boli! – puściłam ramię i poruszyłam nim, tym samym wywołując kolejną falę nieznośnego bólu, która przelała się przez moje ciało. Zaklęłam głośno, paskudnie, znowu chwytając się za opuchliznę.
- Jedziemy do szpitala – powiedziała, twardo, ściskając materiał mojej koszuli na zdrowym ramieniu - Teraz – pociągnęła mnie za sobą, wyprowadzając ze stajni. Prowadząc, ruszyła w mrok, prawdopodobnie w stronę swojego pojazdu. Mimowolnie drgnęłam, gdy ujrzałam czarnego, mającego charakterystyczny, srebrzysty, metalowy połysk, Harleya-Davidsona. Uwielbiałam takie motocykle, były jednymi z piękniejszych, jak nie najpiękniejszymi z maszyn ich pokroju – Siadaj.
- Co? – wyrwałam się z uścisku, odwracając w jej stronę – Chyba zwariowałaś. Nigdzie nie jadę.
- Naprawdę? – zapytała, siłą usadzając mnie na skórzanym siedzeniu – Spójrz, jednak pojedziesz – odparła, siadając przede mną i odpalając silnik – Obejmij mnie w pasie.
- Gdyby nie twój wzrost, nigdy nie zmusiłabyś mnie do siedzenia z tobą! – krzyknęłam na tyle głośno, by przekrzyczeć pracującą maszynę – Jesteś za wysoka!
- A ty za niska! – odpowiedziała, ruszając. Wtuliłam twarz w jej plecy, okryte ciemną, miękką bluzą, chroniąc się przed mokrym śniegiem i lodowatym wiatrem.
- Jesteśmy jak Tyrion Lannister i Jorah Mormont! – zachichotałam, odwracając twarz tak, by tylko jej prawą stroną dotykać ubrania rudowłosej.
- Nie wydaje mi się, karle! – rzuciła, gwałtownie skręcając. Spojrzałam zza jej ramienia na drogę. Już wyjechałyśmy poza tereny akademii.
- Wywozisz mnie w las, elfie?
***
Westchnąwszy ciężko, oparłam głowę na ramieniu Agnes. Skupiła się na oglądaniu jednego ze świątecznych odcinków Doctora Who, o tytule Last Christmas. Zamknęłam oczy, bezgłośnie powtarzając kolejne kwestie bohaterów. Ten odcinek także znałam na pamięć, podobnie jak poprzednie i kolejne z tego brytyjskiego klasyka. Nagle rudowłosa drgnęła nerwowo, tym samym wybudzając mnie z półsnu.
- Nie trzęś się tak – mruknęłam niewyraźnie, oplatając dłońmi jej przedramię – Śpi się na tobie naprawdę przyjemnie.
- Ale dlaczego oni znowu się wybudzili? – zapytała, wyrywając rękę z mojego uścisku. Niechętnie otworzyłam oczy i wyprostowałam się, opierając plecami o ścianę. Spojrzałam na laptop – Przecież zrobili to już wcześniej.
- Nie spostrzegłaś tego, że Clara była stara? Że słowa się nie zgadzały? Myślałam, że jesteś mądrzejsza ode mnie – westchnęłam teatralnie, zerkając na rudowłosą. Dziewczyna delikatnie uderzyła mnie w tył głowy otwartą dłonią – Nie bij mnie! Jeszcze przez ciebie amputują mi rękę, zobaczysz!
- Oczywiście – odparła, biorąc laptop na kolana. Szybko wyłączyła film, nawet nie skupiając się na jego świetnym zakończeniu – Już tego nie oglądamy, koniec z Doctorem.
- Mówiłam żebyśmy obejrzały Grę o Tron, najlepiej Winds of Winter.
- Nie.
- Dlaczego?
- Bo znowu będziesz płakać, a ja będę cię pocieszać przez trzy godziny.
- Kiedy niby płakałam, co?
- Na tym odcinku, kiedy zabili postać, którą grała Dormer.
- No, bo ona zasługiwała żeby żyć! – jęknęłam żałośnie, wpatrując się w piękną twarz Szkotki – A co z Elementary? Natalie też tam grała, a obie ją uwielbiamy.
- Ja ją uwielbiam, ale ty masz obsesję – wzruszyła ramionami, odkładając laptop na bok – Nie pomyślałam o tym serialu.
- A co z Sheriarty? Joaniarty?
- No dobra, to jest urocze.
- Sansaery?
- Oczywiście, zawsze i wszędzie.
- Jestem z ciebie dumna – uśmiechnęłam się do rudowłosej – A właśnie! Słyszałaś o tym, że ma odbyć się bożonarodzeniowy bal?
- Już jakiś tydzień temu – westchnęła, wstając z łóżka. Zerknąwszy na mnie, podeszła do szafy i otworzyła ją – Już nawet kupiłam sukienkę.
- Jest piękna – odparłam, patrząc jak dziewczyna przykłada czarną odzież do ciała. Mimowolnie westchnęłam z zachwytem. Podniosłam się i zbliżyłam się do rudowłosej. Spojrzałam nieco w górę, by skupić się na jej pięknych oczach – Jeśli byłabyś moim Jedenastym Doktorem, ja mogłabym być twoją Clarą… Czy… Czy uczyniłabyś mi ten zaszczyt i pozwoliła towarzyszyć sobie na tym balu?


Agnes?

czwartek, 8 grudnia 2016

Od Lydii C.D. Agnes

Jedenasty wylądował miękko, tym samym podrywając biały puch z zamarzniętej ziemi. Usłyszawszy głuchy dźwięk upadku jednej z poprzeczek, zaklęłam głośno, ale i niezwykle paskudnie, tak niepodobnie do zwykłego klęcia, tak przeze mnie nadużywanego podczas treningów. Doctor, mimo tego, że był jednym z lepszych, jak nie najlepszym wierzchowcem, jakiego przyszło mi ujeżdżać, czasami miał dni, w których po prostu nie dawał sobie rady nawet z najprostszymi przeszkodami – zrzucał poprzeczki, nie wyskakiwał, zatrzymywał się tuż przed momentem skoku. Ścisnęłam wodze i pociągnęłam nimi ostro, dając znak koniowi, by ten zatrzymał się. Po kilku gwałtowniejszych szarpnięciach, ustąpił i stanął spokojnie. Całodzienny trening najwyraźniej zaczął wywierać na nim efekty – nie potrafił się zmobilizować, skupić na kolejnych czynnościach, jakby dopiero zaczynał szkolenie. Niezgrabnie zeskoczyłam z siodła, jednak wylądowawszy na ziemi, nie ustałam na niej długo. Zdrętwiałe nogi nie zdołały utrzymać ciężaru mojego ciała, toteż niemal natychmiast po puszczeniu wodzy, opadłam ciężko na kolana, podrywając kolejne płatki zimnego śniegu. Jęknęłam głośno, bardzo żałośnie i, oparłszy dłonie na piersi wierzchowca, powoli podniosłam się. Rozpięłam zapięcie niezwykle niewygodnego toczka i zdjęłam go, tym samym rozpuszczając związane już od kilku godzin włosy. W jednej dłoni ściskając ciemny kask, w drugiej zaś trzymając wodze Doctora, powolnym krokiem, próbując panować nad nadal zdrętwiałymi nogami, ruszyłam w stronę stajni.
Drżąc z zimna, uprzednio otworzywszy ciężkie drzwi, weszłam i wprowadziłam Jedenastego do ciepłego wnętrza stajni. Westchnęłam cicho, gdy poczułam przyjemne ciepło. Powoli, klnąc pod nosem z efektów dzisiejszego całodziennego treningu, wprowadziłam wierzchowca do przestronnego boksu. Mimowolnie rozejrzałam się dookoła i, widząc, że większość koni jest w swych boksach, zaklęłam okropnie – znowu przesadziłam z treningiem i w stajni pojawiłam się jako ostatnia. Szybko odwróciłam się i powróciłam do zajmowania się koniem. Odpięłam popręg siodła, zrzuciłam czaprak i zdjęłam uzdę. Zaniosłam sprzęt utrzymany w ciemnych barwach do odpowiedniego pomieszczenia, po czym wróciłam do swojego konia, by zająć się opieką nad nim. Doctor, jak zwykle spokojny, nie rżał, nie ruszał się nadto, gdy zimnymi dłońmi dotykałam jego spoconego, rozgrzanego ciała.
Skończywszy, oparłam się o drewnianą ścianę boksu, patrząc jak koń zatapia pysk w sianie. Machinalnie drgnęłam, gdy usłyszałam głośne skrzypnięcie drzwi, a chwilę później odgłos szybkich, ale lekkich kroków. Kolejny moment ciszy przerwało otwarcie kolejnych wrót, tym razem tuż obok mnie. Odsunęłam się od ściany, tym samym zbliżając do konia. Pogładziłam go po krótkiej, równo przyciętej grzywie, chcąc sprawiać pozory zajmowania się koniem, ale tak naprawdę zerkałam za siebie, starając się obserwować postać, znajdującą się w boksie obok. Gdy rudowłosa dziewczyna zniknęła za niską, drewnianą ścianą, pozostawiłam Doctora, który i tak kompletnie się mną nie interesował. Podeszłam do pionowych prętów oddzielających zagrody i zacisnęłam dłoń na jednym z nich. Przyjrzałam się nieznajomej. Długie, rude włosy opadały na jej ciemną bluzę, której część pokrywał równie ciemny szalik, jasne, piękne oczy wpatrywały się w przedmiot przed sobą. Spokojnie czytała książkę, jednak trzymała ją w taki sposób, bym nie mogła określić jak brzmi jej tytuł.
- Co czytasz? – zapytałam radośnie, tym samym przerywając ciszę. Zaskoczona dziewczyna szybko zamknęła lekturę i spojrzała na mnie, a na jej twarzy pojawił się dziwny grymas. Uśmiechnęłam się pokrzepiająco, przygryzając wargę, w nadziei, że jednak mi odpowie.
- „Studium w szkarłacie”. – odpowiedziała, ściskając w dłoni tom i podnosząc się. Musnąwszy opuszkami palców pysk swego konia, zbliżyła się do kraty. Zaklęłam najciszej jak tylko mogłam, widząc, że sięgam jej zaledwie do ramienia.
- Też lubisz Sherlocka? – spojrzałam w górę, skupiając się na jej oczach – Ale Moriarty jest chyba najlepszy, zwłaszcza w wersji serialowej. W jednej z nich grała go kobieta. To genialne, prawda?

Agnes?

środa, 7 grudnia 2016

Lydia Tyrell i Eleventh Doctor

???

Motto: Rescue me, chin boy, and show me the stars.
Imię: Lydia, choć zwykła od lat przedstawiać się nazwiskiem, wręcz nienawidząc, w swym mniemaniu paskudnego, imienia.
Nazwisko: Tyrell
Płeć: Kobieta
Wiek: 28 stycznia 1993 roku (24 lata)
Pochodzenie: Reading, Wielka Brytania
Pojazd: Zdecydowanie prowadzenie pojazdów nie należy do jej umiejętności. Kilkukrotnie podejmowane próby zawsze kończyły się porażką, a ostatecznie Lydia zrezygnowała z prowadzenia jakichkolwiek pojazdów mechanicznych.
Pokój: 56
Grupa: III
Poziom: Średnio zaawansowany
Koń: Eleventh Doctor
Partner: Nie szuka kogoś, z kim mogłaby się związać, wmawiając sobie, że nigdy nie pokocha już nikogo.
Rodzina:
Constance Tyrell-Williams – matka.
Isaac Tyrell – ojciec.
Alfie Tyrell – starszy brat.
Clementine Hannister-Tyrell – starsza siostra.Aparycja: Lydię wyróżnia przede wszystkim bardzo niski wzrost, bowiem wynosi on zaledwie 154 centymetry. Posiada smukłą, nieco kobiecą, jednak nie przesadnie, sylwetkę, a przejaw skrajnej chudości, spowodowany wrodzonymi tendencjami, można zauważyć w płytkiej piersi oraz delikatnej linii żeber. Bladość skóry kontrastuje z ciemnym brązem włosów, sięgających nieco poza ramiona. Co zaś tyczy się głowy Tyrell, jej twarz ma sercowaty kształt, jest z pozoru łagodna, tchnąca godnością oraz delikatnością, ozdabiana jest zwykle lekkim, igrającym uśmiechem na półpełnych ustach, których różana barwa często zostaje podkreślana mocną szminką. Lekko zadarty, drobny nosek. Magnetyczne, niezwykłe oczy o kolorze ciemnego brązu – całkiem ładne, czasem gniewne i złośliwe, ciekawskie i roześmiane, odważne, bywały także zamyślone, czymś jakby zatroskane, smutne lub błyszczące z niemej ekscytacji.
Charakter: Pierwszym, co rzuci się w oczy podczas rozmowy z Lydią, jest zdecydowanie jej nadmierna zadziorność. Dziewczyna jest aż nadto skora do wszelkich, często bezsensownych kłótni. Zaczepna, zdecydowanie zbyt często zachowuje się prowokacyjnie, szukając kolejnych potyczek słownych. Należy do osób nieustępliwych, wręcz opornych – będzie bronić własnego zdania, wyborów, jak gdyby od tego zależało jej życie. Bezkompromisowa, nie potrafi zrezygnować ze swych żądań, nie uznaje sprzeciwu ze strony innych ludzi, przez co czasami bywa wobec nich bezwzględna. Kolejną cechą, wybijającą się wśród innych, jest zdecydowanie inteligencja. Lydia posiada rozległą wiedzę, którą potrafi w odpowiedni sposób wykorzystać. Należy do osób bystrych – szybko orientuje się w nowych sytuacjach, jest spostrzegawcza, dzięki czemu szybko i łatwo dostrzega wiele szczegółów. Dziewczyna zalicza się do osób bardzo dociekliwych, pragnących dowiedzieć się jak najwięcej o wszystkim, co ich otacza. Tyrell jest zaradna – radzi sobie w przeróżnych, nawet najgorszych sytuacjach, potrafi się do niej dostosować. Jest jak kot – zawsze spada na cztery łapy, gotowa jest znaleźć rozwiązanie każdego trudnego położenia. Wie, co powinna powiedzieć, aby zjednoczyć sobie czyjąś przychylność, czy zdobyć czyjeś zaufanie. Pomysłowa, niebywale sprytna.
Charakteryzuje ją niebywała odwaga – jest bardzo śmiała i zdecydowana, jeśli przyjdzie jej się zmierzyć z niebezpieczeństwem. Zdolna do wypowiadania się zgodnie z własnymi przekonaniami, bez względu na późniejsze konsekwencje. Nie zmieni swych poglądów pod presją otoczenia, odznacza się honorem, dba o własne dobre imię. Wzgardzi podstępnymi próbami zwycięstwa, zdobycia dóbr, czy przywilejów. Gardzi kłamcami, manipulatorami, nie mogąc znieść ich dwulicowości. Tyrell jest lojalna. Rzetelna – należycie wypełnia wszystkie swe obowiązki, odpowiada wymaganiom. Uczciwa, szanuje przyjęte zasady i prawa, nie potrafi, nienawidzi, kłamać, mącić, manipulować, szanuje cudze własności, nie śmiąc ich dotykać. W swym postępowaniu kieruje się dobrem innych, jest gotowa na poświęcenia, nie oczekując niczego w zamian i nie szukając dla siebie korzyści. Potrafi cieszyć się szczęściem innych. Troskliwa, stara się sprawować opiekę nad przyjaciółmi, chcąc chronić ich przed niebezpieczeństwami. Lydia jest bardzo serdeczna. Stara się być miła, przyjemna i uprzejma, jednak zadziorność chwilami znacznie to utrudnia. Życzliwa, przyjaźnie nastawiona do wszystkich wokół. Szczera - nie ukrywa swoich myśli i uczuć, chociaż słowa krytyki wobec zachowania, czy wyglądu innych osób stara się przemilczeć, nie chcąc zrazić do siebie rozmówcy, chociaż nie zawsze wychodzi to tak, jakby tego pragnęła.
Lydia jest niesamowicie łatwowierna. Nadmiernie ufa każdemu człowiekowi, nie uwzględniając jego charakteru, zachowania, popełnionych czynów, czy intencji. Nawet po złamaniu jej zaufania, odżywa ono na nowo, wraz z najmniejszym promieniem nadziei, pomimo wszystkich porażek. Bardzo naiwna – nie potrafi odrzucić człowieka, nawet, jeśli ten zdradził ją dziesiątki razy. Okropnie wrażliwa. Na słowa krytyki, obrazy, reaguje zbyt emocjonalnie, najczęściej po prostu płacząc w samotności. Zapamiętuje każde z takich słów na długie tygodnie, zadręcza się nimi, nie potrafiąc opanować własnych problemów. Ma bardzo niską samoocenę. Ciągle niezadowolona z siebie, nadmiernie krytykuje własną osobę. Brakuje jej wiary we własną osobę, przywiązuje uwagę do cudzych opinii, czuje się bezwartościowa.
Zainteresowania: Od wczesnego dzieciństwa Lydia kochała zwierzęta. Dosłownie wszystkie. Zaczęło się od tego, gdy miała około pięciu lat i ze spaceru przyprowadziła ze sobą zbłąkanego kundelka. Jak się szybko okazało, psiak wcale nie był bezpański i zabiedzony, bowiem należał do rodziny z drugiego końca Reading, ale nie przeszkadzało to Tyrell w zrobieniu afery, w której domagała się żeby Sir Łapka został z nią. Od tamtej pory przyprowadzała do domu mniej lub bardziej zbłąkane futrzaki, a kiedy matka zrobiła jej awanturę, na złość rodzicielce zaczęła zbierać owady. Dopiero Pan Puszek, okazały pająk mieszkający w słoiku na szafce, sprawił, że rodzice przestali wtrącać się w pasję Lydii – „Uratuję każde zwierzątko”.
Rozkochana w serialach – wiele z tych brytyjskich zna na pamięć, a mimo to, nadal je ogląda, nie mogąc się powstrzymać przed ponownym zobaczeniem znanych bohaterów. Szczególnie ukochała sobie serie klasyczne, jednak nowsze także są jej bliskie. To przez nie zainteresowała się grą aktorską, przez co zajął ją także teatr. Uwielbia grać na scenie – czy to zwykłych zbójów, czy lordowskie żony – dla niej nie ma to znaczenia, byleby tylko wcielić się w kolejną postać.
Zapalona czytelniczka – przeczytała w swoim życiu bardzo dużo, wiele tytułów uwielbia, niektóre wręcz kocha. Najbliższa jej jest zdecydowanie fantastyka, jednak zaraz za nią znajdzie się miejsce dla Christie, Doyle’a, czy Martina.
Inne:
x Powiedzenie przy niej „Nędznicy” jest samobójstwem. To fanatyczka, jeśli chodzi o musicale (widziała ich tryliony), a szczególną miłością obdarzyła właśnie ten jeden. Ma miliony teorii spiskowych, dotyczących wątków i nie zawaha się o nich opowiadać przez bite kilka godzin. No i oczywiście zna wszystkie piosenki, które śpiewa razem z aktorami, czy to przed monitorem komputera, czy to w teatrze. Niestety matka natura nie obdarzyła jej zjawiskowym głosem a szkoda, bo obecnie wiele niewinnych par uszu cierpi.
Kontakt: Ashirous
Inne Pupile: -


IMG_0370.jpg
Imię: Jego pełne imię brzmi Eleventh Doctor, choć zazwyczaj skracane jest do Doctora. Jedynie przez właścicielkę, do tego bardzo rzadko, nazywany jest Jedenastym.
Płeć: Wałach
Rasa: Koń czystej krwi arabskiej
Data urodzenia: 28 lipca 2006 roku (11 lat)
Charakter: Od Doctora bije spokój, którego nikt nie potrafi zaburzyć – nie doznaje, ale i nie pokazuje silnych, zupełnie niepotrzebnych mu uczuć, nie reaguje impulsywnie, zna umiar. Jego dnie przemijają bez większych emocji. Zachowuje się, jakby zupełnie pozbawiono go jakichkolwiek uczuć. Cichy, nie okazuje uczuć żadnymi dźwiękami, po prostu milczy. Jest skłonny do ugody, w większości przypadków po prostu ustępuje. Jedenasty jest posłuszny – podporządkowuje się wyraźnym wskazówkom, poleceniom właścicielki, poddaje się jej woli. Wykonuje każdy rozkaz, każde polecenie, bez względu na jego znaczenie. Jest całkowicie poświęcony i uległy Lydii. Bije od niego elegancja – nie znosi bliższego kontaktu z innymi końmi, gardzi wszelkimi formami zabaw – woli obserwować inne wierzchowce z daleka.
Nie należy do złośliwych, nie ugryzie z własnej woli, chcąc się zemścić. Odważny, nie płoszy się, widząc obcych. Należy do wierzchowców bardzo inteligentnych, jest chętny do nauki i pracy. Szybko przyswaja kolejne umiejętności, opanowuje je do perfekcji, by potem pokazywać je jak najczęściej, pragnąc pokazać, jaki jest wspaniały. Uwielbia być podziwiany, oczekuje pochwał, chociaż wie, że jest wiele warty. Podejrzliwy, nie ma zaufania do nikogo, poza właścicielką, którą zdążył poznać przez lata. Wiedziony czymkolwiek, nawet nie ruszy z miejsca, oczekując wyraźnego polecenia lub aprobaty. Oddany, nie pójdzie za tym, kogo nigdy nie spotkał. Odważny, bowiem nie przerazi się najstraszniejszych przeszkód, największych niebezpieczeństw, pragnąc tylko wykonać kolejny, być może bezsensowny, rozkaz.
Specjalizacja: Wszechstronny, jednak zdecydowanie najlepiej idzie mu w crossie.
Umiejętności: Eleventh Doctor zdecydowanie przoduje w crossie, a co za tym idzie – doskonale opanował również ujeżdżanie, jazdę terenową i skoki. Dobrze i szybko reaguje na polecenia, ukazując swe naturalne zdolności jako koń zrównoważony, bardzo posłuszny swej właścicielce. Pokazuje swą naturalną równowagę, zachowuje elastyczność i elegancję w ruchach, bije chęcią współpracy z jeźdźcem, z którym reprezentuje harmonię, niezwykłą płynność ruchów, spokój i porozumienie. Dokładność i wytrenowanie widoczną są w niemal każdej figurze, chodzie, czy zwykłym skoku przez przeszkodę. Wyuczony chodów i płynnych przejść między nimi, figury wykonuje z gracją, świetnie zmienia tempo. Wybija w odpowiednim momencie, świetnie ocenia wysokość, ląduje z gracją godną niejednego mistrza. Jak przystało na konia czystej krwi arabskiej, jest bardzo wytrzymały, niewymagający w hodowli, bardzo szybki w galopie, długie dystanse nie stanowią dla niego problemu. Wyśmienity w wyścigach, zawsze dąży do wygranej, pragnie jej.
Zdecydowanie najgorzej idzie mu western, wszelkie jego konkurencje – techniczne, szybkościowe, z bydłem – są dla niego zbyt trudne do perfekcyjnego opanowania. W tej specjalizacji jest mu ciężko zaprezentować techniczne możliwości oraz dokładność wykonywania zadań, nie potrafi zmieścić się w określonym czasie, drażni go bydło domowe.
Właściciel: Lydia Tyrell