Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cadlynn. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cadlynn. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 września 2018

wtorek, 10 lipca 2018

Od Cadlynn do Cassiopei i Siergieja

Sapnęłam z wyraźnym zaskoczeniem, kiedy moje ciało, zamiast wrócić do naturalnej, wyprostowanej pozycji, uderzyło w coś miękkiego, co zdecydowanie nie było ani ścianą, ani podłogą. Z postury tej rzeczy albo raczej osoby, wywnioskowałam, że nie mogła być nią Cassie, a dodatkową wskazówką co do tożsamości mojego wybawcy były wręcz chorobliwie blade, kościste ręce zakończone dłoniami ukrytymi pod materiałem rękawiczek.
Odchrząknęłam głośno, niemalże zionącym paniką ruchem odskakując od Siergieja, by chwilę później, zadzierać głowę ku górze, by łatwiej było mi zmrozić wzrokiem chłopaka. Co też zrobiłam, kiedy tylko moje stopy stanęły pewnie na ziemi.
- Nic ci nie jest? - zapytał, całkiem życzliwie, jak na odpowiedź na moje chłodne spojrzenie. Okej, może jednak Siergiej nie jest największym złem z jakim przyjdzie mi mieć tu styczność, ale przez kilka dni mam w planach poznęcać się nad nim i swoją kuzynką. W odwecie za to, że to głównie przez nią matka wysłała mnie do Europy. Samą by mnie nie puściła, bałaby się o innych uczniów. A tak to ma Cassiopeię i Siergieja, których towarzystwo łagodzi brak moich zdolności socjalnych.
Mojej uwadze nie umknęło spojrzenie blondynki, która uniosła swoje idealnie wyregulowane brwi ku górze, marszcząc tym samym czoło. Wyraźnie sugerowała, że powinnam podziękować Rosjaninowi za pomoc jaką mi okazał, zamiast tylko wpatrywać się w niego spode łba.
- Ughm, nie. Dzięki - burknęłam, niezbyt ciepło, ale to wystarczyło, by Cassie pokazała mi dwa uniesione kciuki zza pleców Siergieja, a na jej twarzy pojawił się ładny, nieznaczny uśmiech. W tamtej chwili przyznałam rację swojej matce. Dziewczyna rzeczywiście była śliczna. Z Weatherly i jej rodziną widywałam się bardzo, naprawdę bardzo rzadko. Reszta mojej familii robiła to zdecydowanie częściej, lubili wszelkie wspólne wyjazdy na partyjkę tenisa albo golfa, spotkania w naszej lub ich rezydencji albo odwiedziny u dziadków, gdzie wymieniali się nowinkami z rynku i rozmawiali, jakby chcąc udawać, że jesteśmy przeciętną rodziną. Mnie odgrywanie takich szopek zmęczyło bardzo szybko, więc na czas odwiedzin zmywałam się do znajomych - czytaj, Wyatta i jego kumpli. Niemniej jednak po tego typu schadzkach zasypywana byłam nowinkami ze świata nadętych bogaczy - a każda kolejna rzecz jaką słyszałam o Złotym Dziecku, wywoływała u mnie mdłości. 'Kochanie, wiedziałaś, że Cassie wzięła udział w pokazie - tu wymieniała jakieś nazwisko - kilka dni temu? Wyglądała niesamowicie. Marnujesz się w tym domu. Jestem pewna, że gdybyś wykazała choć trochę inicjatywy, ktoś z pewnością zaproponowałby ci współpracę. Ale nie, ty wolisz prychać na każdego, kto choć zasugeruje ci wystąpienie w pokazie'. Tak brzmiała jedna z wielu tyrad, jakie zgotowała mi matka po powrocie od Weatherly'ch. Nuuuda.
W takich chwilach zwykłam odpowiadać jej, że nie jestem klaczą na sprzedaż i nie mam zamiaru brać udziału w durnych przedstawieniach, bo znam swoją wartość i nie potrzebuję tłumu ludzi, by się co do niej upewnić.
Teraz uważam, że sformułowanie to mogłoby być dość krzywdzące w stosunku do mojej kuzynki.
Podczas spaceru w stronę stajni udało mi się lepiej przyjrzeć Siergiejowi, któremu dotychczas nie poświęcałam większej uwagi. Nie byliśmy ze sobą spokrewnieni, a czas wspólnie mieliśmy spędzać jedynie podczas posiłków, więc tym bardziej nie czułam potrzeby dowiedzenia się o nim czegoś więcej.
Przejechałam spojrzeniem po jego osobie, zaczynając od jasnej czupryny, przez widoczne kości policzkowe i mocno zarysowaną szczękę, szczupły tułów, kończąc na chudych jak patyki nogach. Tyle jeśli chodzi o jego wygląd. Natomiast określenie jego usposobienia było dla mnie rzeczą naprawdę trudną. Na razie jedynym, co mogłam powiedzieć bez cienia wątpliwości to to, że jemu ta cała sytuacja podoba się nie bardziej niż mnie. I z pewnością nie był głupi. Na szczęście. Inaczej już dawno przestałabym spędzać czas w jego towarzystwie. Irytowanie mnie to jedna sprawa, ale jeśli ktoś wykazuje brak ważnego organu, jakim jest mózg, wręcz panicznie trzymam się z daleka.
Fakt, że milczymy wydał mi się bardzo wygodny, jednak jeśli mamy spędzić tutaj co najmniej rok razem, musimy się czegokolwiek o sobie dowiedzieć. I, chcemy tego, czy nie, poznać się nawzajem.
- Chyba jestem wam winna przeprosiny za dzisiaj rano. No, wczoraj też. Po prostu nie przywykłam do spędzania czasu z innymi ludźmi. Nie trzymali mnie w piwnicy, ale zwykle unikam wyjść z domu. Także, sorki - wyrzuciłam z siebie na jednym wydechu, w międzyczasie wciskając dłonie do kieszeni dżinsów. Zanim choć jedno z nich zdążyło jakkolwiek zareagować na moje słowa, odwróciłam się z powrotem w stronę stajni, rzucając za ramię. - Nie przyzwyczajajcie się, to pierwszy i ostatni raz.

Cassie? C;

poniedziałek, 18 czerwca 2018

Od Cadlynn do Archiego

Przeważnie ludzie narzekają na to, że nie potrafią zapaść w sen podczas jazdy samochodem albo innym środkiem transportu - na przykład pociągiem, jednak ja zdecydowanie należałam do tego typu osób, które nie mają z tych najmniejszych problemów. Szczególnie jeśli podróż odbywała się w godzinach bardzo wczesnych albo bardzo późnych, już wieczorem. 
Nic dziwnego więc, że gdy Felicity wsiadła do auta rudowłosego, ja, nie czując potrzeby wtrącania się do konwersacji kuzynki z Archiem w celu dodania swoich zawsze wartościowych dwóch groszy, oparłam głowę o chłodną szybę i przymknęłam oczy, wyłączając się kompletnie z rozmowy. Co prawda jeszcze przez chwilę docierały do mnie ich słowa, część z nich wywołała u mnie nieznaczny uśmiech, ale w gruncie rzeczy nie było w nich nic, co zainteresowałoby mnie na tyle, bym spróbowała się na nich skupić.

Felicity's POV
- Czyń honory, Romeo - rzuciłam żartobliwym tonem, odsuwając się od samochodu na taką odległość, by Archiemu łatwiej było podnieść zwiniętą na przednim siedzeniu Cade. Zabawne, że bez tej skupionej i lekko buńczucznej miny wyglądała całkiem uroczo, jak wyrośnięta dziewczynka albo szczeniak. Gdyby tylko usłyszała moje myśli, pewnie by mnie zastrzeliła.
Uśmiechnęłam się szeroko, kiedy Andrews wyciągnął z pojazdu śpiącą Cadlynn, która, zupełnie nieświadomie, wtuliła się w jego koszulkę i oparła głowę na jego torsie,
- Nie próbuj nic powiedzieć, Stufts, bo jeszcze ją obudzisz - syknął do mnie, kiedy otworzyłam usta, chcąc dodać swój komentarz, jak przystało na pełnoprawną swatkę. Ale cóż, ta dwójka wyglądała razem tak cudownie, jakby zdjęto ich z okładki jakiegoś drogiego magazynu. Jednego z tych, jakie zawsze leżały na stoliku w domu rodziny Amell. Toteż nie było nic niezwykłego w tym, że próbowałam ich do siebie popchnąć. 
- Na razie to ty gadasz - zauważyłam trafnie. Zerknąwszy w stronę budynku akademika, naciągnęłam na głowę kaptur swojej butelkowozielonej bluzy i przeniosłam ponownie spojrzenie na Archiego. - Gotowy na zabawę w agentów?
- Postaraj się nadążyć - puścił mi oko i żwawym krokiem ruszył ku drzwiom wejściowym. Ja, by dotrzymać mu kroku, musiałam prawie biec. Kretyn.
Do pokoju mojej kuzynki udało nam się przesmyknąć bez większych problemów, najwyraźniej dozorcy mieli dzisiaj wolne. Archie powoli położył Cadlynn do łóżka, za to ja zajęłam się przeszukiwaniem szafek w łazience dziewczyny, by znaleźć płyn do demakijażu i jakieś waciki, by zmyć warstwę kosmetyków z jej twarzy.
- Co ty robisz? - mój towarzysz zmarszczył czoło, obserwując jak pochylam się z buteleczką nad śpiącą Cade i po chwili zaczynam delikatnie pocierać białymi płatkami kosmetycznymi jej skórę, która bez większych problemów poddawała się czyszczeniu. 
- Zabiłaby mnie, gdybym tego nie zrobiła. Wiesz, mogłaby dostać od tego wysypu trądziku, bo zatkałyby się pory albo wyglądałaby jutro jakby nie spała całą noc - zaczęłam cierpliwie tłumaczyć chłopakowi, jednak Archie nadal nie wyglądał na przekonanego. Skomentował to jedynie krótkim stwierdzeniem, że najlepiej byłoby, gdybyśmy w ogóle się nie malowały. On przecież nie dostrzega większej różnicy w wyglądzie Cade. 
Przewróciłam jedynie oczami na te słowa.

Cadlynn's POV
Rano ledwo kontaktowałam z otaczającym mnie światem. Tym bardziej, że ostry dźwięk budzika tak okropnie wżynał mi się w głowę, że miałam ochotę rzucić telefonem o ścianę albo pozbyć się go, wyrzucając go za okno. 
Niechętnie zwlokłam się z łóżka, kierując się w stronę łazienki, by wziąć przez zajęciami szybki prysznic i odświeżyć się. Zazwyczaj robiłam to poprzedniego dnia wieczorem, jednak przez moje zaśnięcie nie miałam na to szansy. 
Spojrzawszy przelotnie w lustro, zauważyłam ledwo widoczne pozostałości po wczorajszym makijaży, którym, jak podejrzewałam, zajęła się wczoraj City. Jakiś czas temu, kiedy odwiedziłam ją w Australii, wspólnie rozpoczęłyśmy koreańską metodę dbania o cerę, dlatego też nie zdziwiło mnie to, że czułam na twarzy cieniutką warstwę kremu nawilżającego. Byłam jej wdzięczna za to, że nie zostawiła mnie śpiącej z tym wszystkim na twarzy i nie poszła sobie spać, chociaż pewnie była bardziej zmęczona ode mnie.
Po szybkim prysznicu i błyskawicznym wysuszeniu włosów, zabrałam się za przekopywanie swojej szafy w poszukiwaniu odpowiedniego stroju na dziś. Od zawsze lubiłam wybierać, co założę i niezmiennie sprawiało mi to ogromną frajdę. Koniec końców wcisnęłam się w szerokie, jasne jeansy w stylu 'mom' i czarną, niezbyt szeroką czarną bluzę z czterokolorowym paskiem ciągnącym się przez klatkę piersiową od jednej pachy do drugiej. Każdą z barw - żółty, pomarańczowy, czerwony i niebieski - oddzielał cienki biały pasek. Stopy natomiast wcisnęłam w swoje białe adidasy z Fila, a na nos założyłam okrągłe okulary w wąziutkich oprawkach. Na koniec zostawiłam sobie zrobienie subtelnego makijażu.
Zarzuciwszy na ramię bawełnianą torbę z wykonanym przeze mnie malunkiem przedstawiającym słoneczniki, wyszłam z pokoju, kierując swoje kroki ku stołówce, która już od kilkunastu minut tętniła życiem. Rozejrzałam się w poszukiwaniu Siergieja i Cassie, jednak nie dostrzegłszy ich, postanowiłam przysiąść się do stolika, przy którym klapnęli już City, Archie i Emerson. Kuzynka pomachała nieznacznie w moją stronę, ruchem głowy zachęcając mnie, do dołączenia do nich. 
- Czy Śpiąca Królewna się wyspała? - rzuciła w moim kierunku blondynka, a jej uśmiech sięgał prawie uszu. Odsunęła mi krzesło znajdujące się między nią, a rudowłosym, posyłając mi znaczące spojrzenie. Spojrzałam ukradkiem na Andrewsa, który wydawał się mieć o zachowaniu Felicity to samo zdanie co ja, jednak ostatecznie wzruszyłam ramionami i usiadłam na wybranym przez kuzynkę siedzisku.
- Ta, dzięki - mruknęłam w odpowiedzi, zagarniając luźno wiszące pasemko włosów za ucho. 
- Dzisiaj masz pierwszą jazdę, nie? - spytała, a kiedy potwierdziłam szybkim skinieniem głowy, dodała szybko. - Tak właśnie myślałam, inaczej byłabyś na porannym treningu. Ale nie masz się czym stresować, jesteś w grupie ze mną i Archiem, więc się tobą zaopiekujemy. Andrews, może zabierzesz po śniadaniu Cade na wycieczkę po stajni? Jestem pewna, że nie zdążyła jeszcze wszystkiego obejrzeć - zakończyła swoją wypowiedź uśmiechem.
Otworzyłam usta, by zaprzeczyć, jednak City miała rację, nie wiedziałam gdzie co się znajduje, a moim największym osiągnięciem było dotarcie do bosku Falcona, nie gubiąc się w labiryncie stajennych korytarzy. 
- Właściwie, chyba poradzę sobie sama - spróbowałam, jednak zaraz po tym Felicity zganiła mnie takim spojrzeniem, jakbym właśnie strzeliła do jej starego kocura.
- Nie ma takiej potrzeby, Archie ci pomoże. Prawda? - zwróciła się do chłopaka, który po chwili milczenia, uśmiechnął się lekko i skinął głową w odpowiedzi. - Świetnie. Postanowione! - i z szerokim bananem na twarzy wstała od stołu, kierując się w stronę wyjścia. 

Archie?

poniedziałek, 11 czerwca 2018

Od Cadlynn do Archiego

Emerson miała w sobie coś takiego, co zachęca człowieka do mówienia i po chwilowym zakłopotaniu albo zmieszaniu, nie ma się zahamowań przed rozmową z szatynką, a jej może trochę ciekawskie pytania nie drażnią człowieka, jak byłoby to w innym przypadku. Nawet ja, zazwyczaj niechętna do rozmowy z ludźmi i zazwyczaj deczko złośliwa, nie czułam najmniejszego oporu przed wdaniem się w życzliwą rozmowę z dziewczyną. Tym bardziej, że to właśnie ona pełniła rolę mówcy, pozostawiając mnie możliwość słuchania.
Akurat pytała mnie o powód przyjazdu i zmiany szkoły, kiedy dosiadł się do nas Archie, więc uśmiechnęłam się mu lekko na powitanie, nie przerywając rozmowy z Emerson. Zaraz jednak odezwał się telefon dziewczyny, co której, jak wywnioskowałam z głosu, zadzwoniła Felicity. Z ich konwersacji udało mi się wychwycić takie słowa jak 'mechanik', 'przyjechać' i 'Archie', dlatego też wiedziałam o prośbie swojej kuzynki jeszcze zanim Emerson podzieliła się informacjami z bratem.
- Pojedziesz po City, bo musi zostawić samochód w warsztacie - uśmiechnęła się do brata z taką słodyczą, że byłam niemal pewna, że sama zaraz będzie próbowała jakoś wykręcić się od przejażdżki z bratem. Zapewne przez swoje romantyczne plany.
Archie wzruszył lekko ramionami, zgadzając się bez większych problemów. Uśmiechnęłam się dyskretnie pod nosem, nie odrywając spojrzenia od ekranu komórki.
- Okej, ale ty jedziesz ze mną.
- Nie mogę, mam jutro zawody i nie odpuszczę dzisiejszego treningu - to, że moje przypuszczenia się potwierdziły połechtało mile moje ego, będąc jednocześnie rzeczą dosyć oczywistą. Na moment uniosłam wzrok i spojrzałam na Archiego, sprawdzając, czy zrozumie o co tak naprawdę chodzi jego młodszej siostrze i czy, według słów City i Emerson, jego mina zrzednie tak, jakby zjadł coś niesmacznego.
- Masz szczęście. Gdyby to nie była City, sama byś właśnie pakowała się do samochodu - westchnął jedynie, rzucając w Em liściem sałaty. Ta pisnęła cicho w odpowiedzi, piorunując brata spojrzeniem. No dalej chłopie, domyśl się, pomyślałam, czekając aż go olśni. Niemal w tej samej w chwili, w której dokończyłam swoją myśl, dotąd uniesione wysoko kąciki ust rudowłosego opadły lekko w dół.  - Czekaj, czekaj, ale twój dzisiejszy trening miał być przecież przełożony na jutro.
- Nie - odpowiedziała Emerson błyskawicznie, czym momentalnie się zdradziła. Ich wymiana zdań zaczęła przypominać bardzo emocjonujący mecz tenisa stołowego, a ja spoglądałam to na jednego, to na drugiego z nich, jakby wodząc oczami za piłeczką.
- Spotykasz się z nim dzisiaj, tak? - proste pytanie, a tak potrafi zbić z tropu.
- Archie, daj spokój. Jak tak bardzo nie chcesz jechać sam to... Cadlynn z tobą pojedzie - spojrzała na mnie błagalnie, a ja zamrugałam zaskoczona, że wciągnęli mnie do swojej wymiany zdań. Mój zawsze ostry jak brzytwa umysł i przygotowane odpowiedzi gdzieś zniknęły, a mózg zaliczył totalną usterkę, więc tylko wpatrywała się w szatynkę z głupią miną.
- Pojedziesz z Archiem po Felicity do miasta, prawda? - zmarszczyłam czoło, nie będąc do końca przekonaną co do tej przejażdżki, jednak maślane oczy Emerson - naprawdę, mogłaby zagrać Kota w Butach w przedstawieniu, gdzie postacie ze Shreka byłyby ludźmi.
Westchnęłam w duchu.
- Jasne, nie ma problemu - zmusiłam się do lekkiego uśmiechu, który, jak zauważyłam po reakcji Archiego i Emerson wyszedł mi bardzo przekonująco. Dosłownie sekundę później dziewczyna poderwała się od stołu i pożegnawszy się z nami pospiesznie, żwawym krokiem ruszyła ku wyjściu ze stołówki. W międzyczasie ktoś do niej zadzwonił, więc większość drogi pokonała radośnie paplając do słuchawki. Kiedy zniknęła nam z oczu, zwróciłam się do rudowłosego. - Tak bardzo nie lubisz jej chłopaka?
Archie udał, że się wzdryga. Chociaż ta reakcja może nie była do końca udawana.
- Nienawidzę go - przyznał, nie bawiąc się w żadne uprzejmości i ozdobniki, jakich użyłaby większość zapytanych osób. Skinąwszy lekko głową, zachęciłam go by mówił dalej. - Znam takich typów jak on i wiem, że ją zrani, ale oczywiście ona nigdy się mnie nie słucha. Zresztą.. mniejsza z tym, Felicity na nas czeka. Idę po kluczyki od samochodu i spotkamy się gdzieś przy wyjściu.
Byłam trochę zawiedziona, że tak skrócił i spłycił swoją opinię, jednak kiedy uśmiechnął się do mnie na pożegnanie, odwzajemniłam to bez większych problemów.

- Więc, ty i moja kuzynka, hm? - zagadałam Archiego, kiedy wyjechaliśmy już z terenów akademii Morgan. Rudowłosy rzucił mi pełne zdziwienia spojrzenie, jakby nie do końca wierzył, że taki absurdalny pomysł mógłby przyjść mi do głowy. Jego usta zastygły w delikatnym rozchyleniu, a jego wzrok skierowany był to na drogę, to na mnie. Korzystając z jego chwilowego zawieszenia, wyciągnęłam nogi na znajdującej się przede mną masce rozdzielczej i uśmiechnęłam się, nie kryjąc samozadowolenia. - Spokojnie, tylko żartuję. Ale twoja mina była bezcenna.
Rudowłosy spojrzał na mnie z lekkim uśmiechem, który pozbawiony był poprzedniego zaskoczenia.
- Na moim miejscu też byś była. Wy, kobiety, bierzecie 'nie' jako 'tak', i 'tak' jako 'tak', więc tak czy inaczej to ja miałbym problem i potem przez cały semestr Emerson nuciłaby mi nad uchem jakieś głupie piosenki.
- Mówisz to takim tonem, jakby kobiety były zupełnie obcym gatunkiem - zauważyłam lekko żartobliwie. - Ale skoro mówimy o romantyczności i Emerson, to pewnie nie wiesz dużo o jej facecie, nie?
Archie wzniósł oczy ku górze, wzdychając głośno, jakbym sprawiła mu tymi słowami jakąś okropną krzywdę.
- Tak myślałam. Sama nie wiem zbyt wiele, ale żeby cokolwiek wyczytać miałam bardzo mało czasu. Więc... jest dosyć wysoki, na pewno wyższy od Emerson. Może twojego wzrostu. Ma jasne włosy i chyba uprawia sport. A twoja siostra zaczyna mieć problemy ze wzrokiem.
- Hm? Widziałaś ich razem? - zerknął na mnie szybko, skupiając się ponownie na drodze.
- Nie. Ale czułam rano jego wodę kolońską, ale tylko kiedy poruszyła włosami, więc musi być od niej wyższy. Ostatnio zaczęła też częściej biegać, ale to akurat wiem od Felicity. No i za każdym razem, kiedy otwierały się drzwi od stołówki, przyglądała się jasnowłosym chłopakom, mrużąc oczy. Czyli oprócz koloru włosów mamy też początkową krótkowzroczność.
- Jesteś tego pewna?
- Na jakieś dziewięćdziesiąt procent. Ale to zawsze coś, nieprawdaż? - uśmiechnęłam się z wyraźną satysfakcją. Nagle poderwałam się z siedzenia, ściągając nogi z maski rozdzielczej i wskazując na coś za szybą. - Widzę Felicity!

Archie?

poniedziałek, 28 maja 2018

Od Cadlynn do Archiego

- Zwlekanie na czternaście liter - mruknęłam pod nosem bardziej do siebie niż do siedzących przy stoliku Siergieja i Cassie, jednak moją kuzynkę najwidoczniej zainteresowała okazja, w której mogłaby się popisać. Chociaż to złe słowo, jeśli chodzi o Weatherly. Każdy wprawiony obserwator zauważyłby po chwili rozmowy z dziewczyną, że wbrew wielu dowcipom i anegdotom wcale nie jest głupia. Wręcz przeciwnie, czasami nawet byłam skłonna przyznać, że nadajemy na tych samych falach. Jednak szybko cofałam swoje poprzednie stwierdzenia, kiedy Cassie, jak przystało na właścicielkę tytułu Złotego Dziecka Rodziny - nigdy nie nazwałam jej tak głośno, godność ta była raczej przeznaczona tylko do moich własnych przemyśleń - ganiła mnie za zbyt, jak to określała, lekceważący stosunek do nauki i edukacji, która miała zaważyć na mojej przyszłości, która blah blah blah...
W tamtej chwili Cassie chyba bardziej zależało na tym, żeby być docenioną, bo, przyznaję się bez bicia, być może czasami byłam dość szorstka i protekcjonalna w stosunku nie tylko do niej, ale i Siergieja. Jakoś nie potrafiłam pozbyć się wrażenia, że gdyby dziewczyna nie zgodziła się na uczęszczanie do Morgan, matka nie miałaby serca wysłać mnie do Anglii. Jednak nie mogłam też nie stwierdzić, że nie dość, że towarzystwo tej nietypowej dwójki przestało mi przeszkadzać, to nawet je polubiłam. Oczywiście do czasu aż wezmą się za organizowanie tych swoich spotkań integracyjnych, a raczej Cassie zacznie.
- Powściągliwość? - spróbowała, wpatrując się we mnie, podczas kiedy sprawdzałam, czy podane przez nią hasło pasuje do kratek.
- Nope, brakuje litery 'n' - stwierdziłam z wyraźnym niezadowoleniem, próbując znaleźć hasła, których treść mogłaby mi pomóc w odnalezieniu odpowiedniego określenia do 'zwlekania'. Problem jednak tkwił w tym, że odpowiedź była bardzo niefortunnie usytuowana, bowiem nawet po znalezieniu wszystkich okolicznych haseł, pozostawało mi do odgadnięcia aż siedem liter.
Nad zagadką siedziałam jeszcze dobre kilka minut, próbując wymyślić cokolwiek w sprawie dziwnego słowa, jednak kiedy i spora ilość czasu mi nie pomogła, zamknęłam niewielką gazetkę i wrzuciłam ją do plecaka. Odsunąwszy krzesło z dość głośnym piskiem, złapałam za pasek torby i przewiesiłam ją sobie przez ramię, zwracając się na odchodne do towarzyszy;
- Widzimy się na treningu - pomachałam im pospiesznie, po czym lawirując pomiędzy ustawionymi, w moim guście trochę za blisko siebie stolikami, wyszłam z wypełnionej ludźmi stołówki. Było to chyba moje trzecie ulubione, zaraz za własnym pokojem i biblioteką miejsce w akademii. Wyglądem bardzo przypominała moją licealną kantynę, była jasna, przestronna i zazwyczaj ludzie byli zbyt zajęci jedzeniem, żeby plotkować o innych. Zazwyczaj. 
Kierując się ku szkolnemu parkingowi, wyjęłam jeszcze na chwilę krzyżówkę, by spróbować jeszcze raz z tajemniczym hasłem. Ale jak można się było spodziewać, te kilka minut wcale nie okazało się pomocne.
Zatrzymałam się nagle, kiedy do moich uszu dotarł głos Felicity, która pomachała ręką w moim kierunku, zapraszając mnie do podejścia. Niedaleko niej stał rudowłosy chłopak, majstrujący coś przy przednim świetle samochodu dziewczyny.
- Cadlynn, co tam? - podeszła do mnie szybko, cmokając powietrze tuż obok mojego policzka. Zaśmiałam się w duchu, bowiem ten gest był tak mocno naznaczony naszą rodziną i jej często wymuszoną uprzejmością, że aż wydało mi się zabawne, że City go używa. W sensie, hej, Felicity należała do jednej z niewielu moich znajomych, którzy naprawdę potrafili być życzliwi w stosunku do innych i nie zachowywali się fałszywie miło, żeby zaraz wbić komuś nóż w plecy. A przynajmniej na tyle, na ile mi wiadomo.
- Pytasz mnie o to codziennie, jest okej - odparłam, jednak zdawszy sobie sprawę jak szorstko mogło to zabrzmieć, dodałam po chwili. - Dzięki za troskę.
Blondynka uśmiechnęła się lekko, zagarniając kosmyk włosów za ucho i klepiąc mnie lekko w ramię.
- Zakładam, że jeszcze się nie poznaliście - zwróciła się zarówno do mnie, jak i chłopaka, który jej pomagał. Ten podniósł się w momencie, kiedy zaczęła nas sobie przedstawiać. - Archie, to moja kuzynka Cadlynn Amell, Cade przed tobą stoi najbardziej pozytywna i życzliwa osoba chodząca po korytarzach Morgan University. Jedyną jego wadą jest to, że nie potrafi opowiadać dowcipów - zakończyła żartobliwym tonem.
- Cześć - uścisnęłam jego wyciągniętą dłoń, uśmiechając się jednym kącikiem ust i mierząc go spojrzeniem niczym skaner. Nieznacznie dłużej zatrzymałam się na jego płomiennej czuprynie. - To naturalne czy farbowane?
Chłopak uśmiechnął się dość szeroko.
- Naturalne.
- Tak myślałam. W sensie, kto by chciał farbować się na rudo? Tobie to pasuje, ale większość rudowłosych jest chorobliwie blada i ma mnóstwo piegów, a to nie wygląda zbyt dobrze. Przeważnie - wzięłam głęboki oddech, żeby uspokoić myśli i oparłam dłoń na masce samochodu, kładąc na niej też otwartą krzyżówkę. - Co się popsuło?
- Przestała mi świecić przednia lampa i miałam jechać do serwisu, ale to dosyć daleko. A podobno Archie potrafi to wymienić - uprzedziła chłopaka Felicity, stając tuż obok mnie. Zerknęła ukradkiem na moją łamigłówkę i zmrużyła oczy, skupiając się na jedynym pustym rządku kratek. - Zwlekanie na czternaście liter?
Wzruszyłam ramionami, za to po chwili milczenia odezwał się Archie:
- Prokrastynacja.
Chyba jeszcze nigdy tak szybko nie sięgnęłam po długopis, by wpisać problematyczne hasło w puste miejsca i kiedy okazało się, że idealnie pasuje, podbiegłam do Archie'go i wspinając się na palce, zarzuciłam mu ramiona na szyję.
- Cade! - wyrwało się Felicity, jednak wbrew jej obawom chłopak jedynie zaśmiał się z mojej przesadnej reakcji.
- Dziękuję, uratowałeś mi dzień! - odskoczyłam od rudowłosego jeszcze szybciej niż się przy nim znalazłam i zgarnąwszy szybko swoją krzyżówkę i torbę, ruszyłam w drogę do swojego pokoju.
W międzyczasie do moich uszu dotarły przeprosiny Felicity, które dziewczyna skierowała do chłopaka w moim imieniu.

Archie? C;

piątek, 25 maja 2018

Od Cadlynn do Cassiopei i Siergieja

Dwa lata wcześniej
Święta Bożego Narodzenia zawsze kojarzyły mi się przede wszystkim z kiczem, udawaniem oraz, co jest naturalną rzeczą w większości domów, przyjazdem krewnych lub przyjaciół rodziców, którzy spędzali te 'magiczne' dni w naszej głównej rezydencji. Już jako dziecko nienawidziłam, kiedy nasze grono przekraczało liczbę członków rodziny, ale kiedy pewnego razu ojciec zaprosił do nas klan Sowardsów prawie dostałam szału - nie dość, że wszyscy wyglądali jak kopia Kardashianów, to jeszcze ich najstarszy syn Wyatt był takim zarozumiałym dupkiem, że ledwo powstrzymywałam się przed ciśnięciem w niego uroczystą wazą, która, podobno, była nienaturalnie wytrzymała. Przynajmniej tak twierdził nasz majordom, Anders.
Dlatego też, kiedy podsłuchałam rozmowę rodziców i dowiedziałam się, że w tym roku miałabym przeżyć powtórkę z wątpliwie przyjemnej rozrywki, ogłosiłam uroczyście, że na czas świąt wyjeżdżam do Los Angeles, do swojego przyjaciela, który obiecał przenocować mnie do czasu aż pieprzeni Sowardsowie wrócą do swojej wspaniałej rezydencji. Zdążyłam się nawet spakować i zamówić samolot, jednak jeszcze zanim wsiadłam do samochodu i nakazałam szoferowi zawieść mnie na lotnisko, zatrzymał mnie ojciec, który praktycznie wyciągnął mnie z pojazdu i nakazał wrócić do środka i zacząć szykować się na kolację pod groźbą odcięcia mnie od źródła nakładów finansowych.
W ten właśnie sposób pięć minut później znajdowałam się swoim pokoju i błądziłam między stojakami rozstawionymi po całej sypialni, próbując wybrać odpowiedni strój na wigilijną kolację. Przede wszystkim miał on być subtelny, nie miałam zamiaru brać udział w wyścigu o damę wieczoru, po części z powodu, że zazwyczaj wygrywała go albo moja matka, albo Tiera - na której to skupiała się uwaga praktycznie wszystkich siedzących przy stole. Nic dziwnego, bowiem ja sama często się dziwiłam jakim cudem jestem spokrewniona z taką śliczną, a przede wszystkim życzliwą i ciepłą osoba jaką była moja starsza siostra - a po części dlatego, że nie miałam ochoty kolejny raz ignorować oraz znosić uporczywych spojrzeń Wyatta wlepianych w moją osobę. Mogłabym mu wybaczyć ten brak taktu, jeśli wykazałby choć odrobinę skruchy albo robiłby to nieumyślnie. Jednak kiedy robił to w tak oczywisty sposób, był po prostu irytujący.
Kilkanaście minut przed wybiciem dziewiętnastej w moim pokoju zjawiła się Tiera, która - jak przypuszczałam - wyglądała olśniewająco w granatowej sukni z jaśniejszym, szerokim tiulowym dołem i naszytych na nim ręcznie błękitno-pudrowych ptakach, które nadawały kreacji charakteru. Włosy, jak zwykle zresztą, miała rozpuszczone i delikatnie pofalowane, a na twarzy subtelny makijaż, który podkreślał jej pełne usta i jasne oczy. Ta jej pozorna niedbałość o wygląd, prezentowanie jakby zawsze wyglądała tak świetnie zawsze budziła u mnie zazdrość. Nigdy nie należałam do osób brzydkich, przeciwnie, uważałam się za całkiem urodziwą, ale nie miałam szans w starciu z urodą Tiery, która nie dość, że odziedziczyła urodę po matce, to jeszcze miała rękę do interesów jak ojciec. Drugiej takiej ze świeczką szukać, albo nawet z latarką, a i tak nie dałoby rady znaleźć podobnej.
- Sowardsowie zaraz będą, a ty nadal nie jesteś gotowa - zaczęła, gdy tylko weszła do środka i z wyraźną dezaprobatą przyjrzała się mojemu wyborowi, jeśli chodzi o strój. Ostatecznie wybrałam czarną, ładnie podkreślającą moją figurę sukienkę nad kolano z zielono-czerwonym motywem gwiazdy o długich ramionach przy dekolcie i tiulowych krótkich rękawach na których naszyto podobny wzór co na przodzie. Różniły się jednak kolorami, tutaj był to złoty i jasny róż. Do tego dobrałam czarne sandały na grubym słupku, które nieznacznie mnie 'wyciągnęły'.
- Jestem - uśmiechnęłam się nieznacznie, opierając lewą dłoń na biodrze i obracając się wokół własnej osi, by lepiej zaprezentować się siostrze.
Odpowiedziało mi głośne westchnienie.
- Dlaczego nie mogłaś choć raz zachować się dojrzale i ubrać coś eleganckiego?
- To jest eleganckie, szyte na zamówienie i tak dalej. Ty za to mogłabyś dla odmiany przestać się mnie czepiać - odbiłam piłeczkę, wyciągając z niskiego końskiego ogona dwa pasma włosów, jedno z lewej, drugie z prawej strony, by okoliły mi twarz. Niemalże w tym samym momencie zza okna dobiegł nas odgłos jadącego samochodu, który w oczywisty sposób zakończył naszą wymianę zdań.

Korzystając z uroków sobotniego poranka, usiadłam sobie przy basenie i ze słuchawkami w uszach zabrałam się za oglądanie Sherlocka - chyba po raz dziesiąty. Rozkoszowałam się słońcem, które po późnozimowych dniach wyszło zza chmur i rozgoniło charakterystyczną dla Vancouver mgłę. Na nogi zarzuciłam lekki koc, a na stojącym obok leżaka stoliku położyłam ciepłą herbatę.
- Cadlynn - na dźwięk głosu matki niechętnie odłożyłam tablet na bok i z wyraźnym ociąganiem podniosłam się do pozycji siedzącej, by, tak jak wymagała, podczas rozmowy patrzeć jej w oczy.
- Mamo.
- Nie miałaś przypadkiem dzisiaj wyjść z Wyattem na obiad? Wydawało mi się, że wspominał o tym w czwartek podczas kolacji - zapytała od razu, jak to miała w zwyczaju.
Przewróciłam w duchu oczami, wkładając mnóstwo wysiłku, by nie uzewnętrznić tej reakcji i przywoławszy na usta uśmiech, odpowiedziałam powoli:
- Odwołałam go. Tak jakby. Nie mam na to ochoty, mamo.
Wiedziałam, że te słowa ją zirytują. Zresztą zirytowałyby również ojca, który podobnie do niej uważał, że za bardzo izoluję się od ludzi i powinnam dużo więcej czasu spędzać z rówieśnikami. Kiedy to mówili zawsze wspominali Tierę, która przez posiadanie ogromnej ilości dobrych znajomych, większość wolnych chwil spędzała poza domem. Z Bryce'm było podobnie, był duszą towarzystwa, co bardzo podobało się rodzicom. Nawet bliźniaki, choć jeszcze za młode, żeby gdziekolwiek wychodzić bez rodziców nie wyglądały na rosnących odludków.
- To się musi skończyć, Cadlynn. Nie możesz siedzieć w domu przez cały weekend, ruszając się dopiero, kiedy cię do tego zmusimy. Informuję cię o tym, że zmieniasz szkołę.
Prychnęłam, tym razem faktycznie i dosyć głośno.
- Skąd pewność, że w innej szkole będę bardziej towarzyska?
- Bo załatwiłam ci już towarzystwo, Cassie również tam jedzie.
- Tam, to znaczy?
- Anglia, Morgan University.

Od dziecka wyobrażałam sobie Londyn jako bardziej realistyczną i zdecydowanie większą wersję Disneylandu, gdzie król i królowa wybierają się na codzienne przejażdżki złotą - ewentualnie śnieżnobiałą - karocą ciągniętą przez smukłe araby i powożoną przez woźnicę w gustownym fraku tudzież kapeluszem magika na głowie. Mieszkańcy wychodzili przed swoje zadbane domy, których okna zdobiły skrzynki z kolorowymi kwiatami, by pomachać swoim władcom maleńkimi brytyjskimi flagami. O, oraz najważniejsze. W mojej głowie angielska stolica tonęła w złocistych promieniach słońca. Każdy, nawet najbardziej podejrzany zaułek metropolii był jaśniejszy niż przeciętne uliczki ukrytego za gęstymi chmurami Vancouver, którego szarość, choć bardzo uspokajająca, była najbardziej nużącą cechą. Nawet bez sprawdzania pogody potrafiłam przewidzieć pogodę na dzień następny, a żeby określić ją prawidłowo wystarczało powiedzieć jedno słowo - mgła.
Dlatego też, kiedy wychodząc z budynku lotniska lunęły na mnie tysiące grubych jak ziarna grochu krople wody, a podczas jazdy przez śródmieście moje spojrzenie nie wychwyciło bieli królewskiego pojazdu, poczułam się w pewnym sensie oszukana. Z całkiem znośnego miejsca, jakim było moje rodzinne miasto znalazłam się w ulubionej knajpce deszczowych chmur, które bawiły się w najlepsze, pogrążając cały Londyn w półmroku. 'Zamienił stryjek siekierkę na kijek', niemalże słyszałam w głowie natonowany przemądrzale głos Wyatta i na samo wspomnienie chłopaka, przewróciłam oczami. Przewidywałam, że młody Sowards zadzwoni do mnie w ciągu najbliższej godziny. No chyba, że uzna, iż nie mogłabym się spóźnić więcej niż kwadrans, wtedy wyświetlacz mojej komórki powinien rozświetlić się już za jakieś pięć, ewentualnie dziesięć minut.
- Proszę się tutaj na chwilę zatrzymać - zwróciłam się do kierowcy wiozącej mnie taksówki, kiedy do moich uszu dotarł dźwięk, trzeciego już, przychodzącego smsa. Wiedziałam, że czwartej wiadomości nie będzie i mój telefon za kilkanaście sekund rozdzwoni się w najlepsze. A że nie przepadałam za prowadzeniem prywatnych rozmów w obecności osób trzecich, wyszłam z samochodu zanim jeszcze stanął w miejscu. Zanim odeszłam na pewną odległość od auta, skinęłam taksówkarzowi głową na znak, że zaraz będę z powrotem.
W międzyczasie odebrałam przychodzące połączenie, które, mimo że nie wyświetliła mi się nazwa, wiedziałam, że było od Wyatta.
- CIA, w czym mogę służyć? - przyłożyłam komórkę do ucha, przeczuwając co zaraz nastąpi.
- Gdzie ty, do cholery, jesteś Cadeen? - irytacja, irytacja i jeszcze raz irytacja, jaki ten człowiek jest nudny i przewidywalny. Mimo wszystko za każdym razem dziwiłam się, jaki Wyatt potrafił być bezbarwny, nieciekawy. Szarość w tłumie szarości.
- Stoję przed biblioteką miejską - odparłam prosto, jakby to, że znajduję się po drugiej stronie oceanu, na zupełnie innym kontynencie nie stanowiło dla mnie żadnej różnicy.
- Przecież to po drugiej stronie miasta - usłyszałam jak klnie pod nosem, mimo że odsunął wtedy od siebie słuchawkę. Zawsze tak robił. Mogłam się założyć, że właśnie wyciąga z kieszeni papierosa, by uspokoić się po rozmowie z 'totalnie nieodpowiedzialną laską', czytaj - mną. - Zamierzasz w ogóle przyjść? W końcu, no wiesz, powiedziałem chyba wszystkim swoim kumplom, że przyjdziemy razem.
- Chyba nie dam rady się wyrobić, Ocean Atlantycki jest całkiem szeroki. Poza tym, jakoś nie jestem w nastroju na imprezę - naciągnęłam daszek czapki bardziej na czoło, by lepiej uchronić twarz przed wodą.
- Zaraz, co?
- Zapomniałam ci wspomnieć? W takim razie strasznie mi przykro. W ramach przeprosin wolisz kubek z królową Elżbietą czy One Direction?
- Cadlynn! - warknął do słuchawki, będąc najwyraźniej na granicy pomiędzy zdenerwowaniem, a prawdziwym wkurzeniem, kiedy to emocje zaczynają brać nad nim górę. Typowy człowiek.
- Dobra, wybiorę sama. Przekaż wszystkim pozdrowienia z Londynu!

Aczkolwiek złożyło się tak cudownie, że już po niecałym dniu miałam dość swojego świetnego towarzystwa. Cassie była... inna niż się spodziewałam. Nie potrafię do końca określić czy w pozytywnym tego sformułowania znaczeniu, czy raczej nie. Mogłam jednak powiedzieć, że kompletnie rozbroiła mnie faktem, iż myślała o poważnym traktowaniu nauki. Z jej twarzy potrafiłam wyczytać niemalże wszystko, co pomyślała o moich słowach i w tamtej chwili byłam naprawdę bliska parsknięcia śmiechem. Nie mogłam uwierzyć, że utknęłam tu, po drugiej stronie oceanu, z taką osobą i Rosjaninem-albinosem, do których towarzystwa jestem zmuszona przywyknąć. Jedynym pocieszeniem był fakt, że miałam tu spotkać również Felicity. Nasze rodziny nigdy nie były szczególnie blisko jak na tak bliskie więzy, ale wiedziałyśmy o swoim istnieniu i całkiem w porządku się dogadywałyśmy. Zazwyczaj.
Wieczorem, kiedy Weatherly zaciągnęła mnie prawie siłą do pokoju Siergieja, czujnie wypatrywałam sytuacji, kiedy mogłabym się bezpiecznie i niezauważalnie zmyć do siebie. Jednak rosyjskość chłopaka niemal zmusiła mnie do spróbowania alkoholu - znienawidzonego przeze mnie składnika napojów, którego nie ruszałam bez takowej konieczności. Później, przez dający o sobie znać trunek i trochę dzięki swojej umiejętności udawania, udało mi się zbyć Siergieja i Cassie, którzy zajęli się wspólną rozmową.
Zmyć udało mi się po trzeciej, kiedy zmęczenie zaczęło brać nad nami wszystkimi górę. Ostatkiem sił powstrzymywałam się przed pobiegnięciem do swojej sypialni, idąc jedynie bardzo żwawym krokiem. Od razu wskoczyłam pod prysznic, by zmyć z siebie zapach podróży i odświeżyć się przed jutrzejszym dniem, a przed położeniem się spać zażyłam tabletkę przeciwbólową, która, miałam nadzieję, złagodzi porannego kaca.
Odpowiadając na pytania, nie pomogła, cholera, ani trochę. Wstałam rano z głową ciężką niczym gliniany dzban, a lekkie wiosenne słońce wdzierające się do środka przez zasłony doprowadziło moje oczy na skraj ślepoty, po to by po chwili wrócić do normalnego, bolesnego stanu. Czułam się fatalnie, nie byłam przyzwyczajona do picia, toteż jestem pewna, że kiedy Cassie i Siergiej będą wyglądać prawie normalnie, ja będę ledwie żywa.
Włosy spięłam w bardzo wysoki koński ogon, a dzięki temu, że na noc splątałam je w warkocz ładnie się pofalowały. Z walizki wyciągnęłam swoją kosmetyczkę i wysypując całą jej zawartość na dywan. Szybko odnalazłam swoje pudełko z kolorowymi bazami, które uratowały mi życie, podkład i korektor, które ostrożnie i dokładnie rozprowadziłam po twarzy, by zamaskować sińce i czerwone policzki kontrastujące z bladą resztą skóry. Usta i oczy podkreśliłam z dużym pośpiechem, by zająć się doborem części garderoby. Górę stanowił sweter na krótki rękaw o brudnoróżowym odcieniu, a dół składał się z klasycznych lekko przetartych, smukłych jeansów o ciemnogranatowym kolorze. Stopy wcisnęłam w białe adidasy, a przez ramię przewiesiłam czarny plecak do którego wrzuciłam prawie wszystkie zeszyty i podręczniki, nie siląc się nawet na sprawdzenie planu zajęć. Tak 'przygotowana' ruszyłam w stronę akademickiej stołówki, gdzie, jak miałam nadzieję, spotkałam już siedzących Cassie i Siergieja.
Nałożywszy sobie po niewielkiej porcji różnych produktów, klapnęłam na jedno z krzeseł przystawionych do ich stolika, próbując nie rzucać w ich stronę pełnych złości spojrzeń co, jak dostrzegłam, niezbyt mi się udawało, bo zarówno kuzynka jak i Rosjanin wydawali się lekko zaskoczeni moim nastrojem.
- Nigdy więcej nie biorę udziału w tych twoich spotkaniach integracyjnych - zwróciłam się do Cassie, krzywiąc się nieznacznie, kiedy ktoś głośniej odsunął krzesło.

Cassie?