Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Felicity. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Felicity. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 września 2018

piątek, 13 lipca 2018

Od Felicity do Zaina

Podciągnęłam nogi do siebie, siadając po turecku na szerokim siedzisku czerwonej kanapy tak charakterystycznej dla barów różnego rodzaju, że aż kultowej. Przyznam, że to chyba pierwszy raz, kiedy usiadłam w tym miejscu. Zwykle stoliki z sofami są najbardziej obleganymi miejscami, a kiedy po pracy urządzaliśmy sobie nocne karaoke dla pracowników, wybierałam miejsca znajdujące się jak najbliżej podestu, który nazywamy sceną. Chociaż nie ma on z nią żadnych wspólnych cech. Z wyjątkiem tego, że to tam właśnie występują ochotnicy do wzięcia udziału w naszych popisach wokalnych. Zwyczajnie są to ludzie na tyle pijani, że nie widzą różnicy pomiędzy zaimponowaniem ludziom, a zrobieniem z siebie pośmiewiska przed resztą sali. W każdym razie podwyższenie miało nie więcej niż piętnaście centymetrów wysokości, było zrobione ze starej drewnianej podłogi, która ze względu na swój ciemny, spowodowany wiekiem kolor wyraźne odcinała się od położonego w barze parkietu. W rogu stała gitara akustyczna, przy ścianie niewielkie pianino. Czasami goście, chcąc popisać się swoim talentem wokalnym dokładali jeszcze do występu część, gdzie sami tworzą dla siebie podkład muzyczny.
Na dźwięk głosu Zaina, odwróciłam się z powrotem twarzą w jego stronę, przestając wpatrywać się jak ostatnia kretynka w zniszczoną scenę. Przewróciłam w duchu oczami w reakcji na jego słowa, no jasne, że się niecierpliwił. Szczególnie po tym, kiedy tak uparcie się w niego wpatrywałam. Ktoś tu chyba dosyć wysoko ocenia swoją prezentację zewnętrzną.
- No nie wiem. Chyba muszę do toalety - oparłam łokieć na drewnianym blacie stolika, a na otwartej dłoni położyłam podbródek, więc w całości wyglądało to jakbym dość głęboko zastanawiała się nad tym, czy pójść do łazienki.
- Mogłabyś chociaż udawać, że trzymanie mnie w niepewności nie sprawia ci aż tak ogromnej przyjemności - rzucił oskarżycielsko, ale w żartobliwym tonie. Z jego ust nie schodził delikatny uśmiech, więc sama zdecydowałam się ułożyć swoje wargi w podobny wyraz. Tylko może trochę bardziej złośliwy.
- Dlaczego? To tylko zepsułoby cały urok - odepchnęłam się lekko od stolika, opadając plecami na miękkie oparcie kanapy. Skrzyżowałam ramiona na wysokości klatki piersiowej, uprzednio zagarniając niesforny kosmyk swoich jasnych włosów za ucho.
 - Odpowiedź na moje pytanie to...? - spytał, wyraźnie dając mi do zrozumienia, że bardzo zależy mu na poznaniu mojej opinii. Zabawne, kto by pomyślał?
Westchnęłam, jak ma w zwyczaju moja kuzynka - Cadlynn, kiedy musi zgodzić się na coś, co niekoniecznie jej się podoba, ale wie, że nie ma większego wyboru. Emerson stwierdziła kiedyś, że obie mamy przy tym geście minę naburmuszonego kocura.
Jeszcze przez kilka chwil wbijałam w jego twarz uparte spojrzenie, co jakiś czas mrużąc oczy i przegryzając dolną wargę. Pewnie wyglądałam naprawdę głupio, ale widok miny Zaina był tego zdecydowanie wart.
- Chilluj, nie zamierzam krytykować twojego wyglądu, Malik - rzuciłam, uśmiechając się półgębkiem. - Chociaż zapewne powinnam, masz zdecydowanie zbyt dobrą opinię o tym, jak się prezentujesz.
- Wiem, że robię to dobrze - wzruszył ramionami, jakby powiedział najbardziej naturalną na świecie rzecz. Ten facet naprawdę ma wysoką samoocenę. Aż dziwne, że kiedy przechodzi przez drzwi, jego ogromne ego nie utyka we framudze.
- Ale skromność to zdecydowanie zaleta, pyszałkowatość nie - skwitowałam. Pewnie kontynuowalibyśmy ten temat dalej, gdyby nie podszedł do nas kelner. Chłopak był nowy, wspólną zmianę mieliśmy dopiero przed sobą, ale dwa czy trzy razy minęliśmy się między naszymi godzinami. Wydawał się całkiem miły, chociaż poza powitaniami zamieniliśmy maksymalnie kilka słów. Mae wiedziała o nim zdecydowanie więcej. Biedaczyna został dokładnie przez nią prześwietlony, stąd też wiem, że przeprowadził się tutaj niedawno i ma młodszego brata. Dzięki Mae też dostałam więcej godzin z Delilah, bowiem szatynka wolała spędzać swoje w towarzystwie nowego - Brama.
- Cześć - rzucił w moim kierunku, uśmiechając się lekko, jakby podchodzenie do stolików ciągle go onieśmielało. Jeśli miał podobne spotkanie do tego, które ja kiedyś zaliczyłam, to nie mogłam mu się dziwić. Dlatego zwykle wolałam stać jedynie za barem i nalewać napoje.
- Hejka - odwzajemniłam uśmiech, sięgając po kartę dań i zerkając na stronę z nazwami pizz. Chciałam się upewnić, że niczego nie pomylę. - Poprosimy pizzę numer siedemnaście i dwie herbaty. Jedna z cytryną i miodem.
- Się robi - odwrócił się i zniknął równie szybko, jak się pojawił. Sekretna supermoc wszystkich kelnerów.
- Siedemnaście? Coś ty wybrała? - spytał towarzyszący mi chłopak, rzucając w moją stronę deczko podejrzliwe spojrzenie.
- Powinna ci smakować - powtórzyłam swoje poprzednie słowa, dopełniając je delikatnym uśmiechem.
- Na początku listy zawsze są te najbardziej typowe smaki. Margerita, capricciosa, prosciutto. A na końcu te najdziwniejsze. Na przykład hawajska. Albo farmerska z cebulą, bekonem, kukurydzą i Bóg wie czym jeszcze.
Westchnęłam ponownie. Okej, czy to jakiś rodzaj hawajsko-pizzo-fobii?
- Przecież powiedziałam, że nie hawajska. Chciałeś znać odpowiedź na swoje pytanie, ale chyba poznałeś już tą przed złożeniem zamówienia. Okropnie, wręcz chorobliwie denerwuje mnie ta twoja pewność siebie. Ugh, naprawdę nie wiem jak ktoś może z tobą wytrzymać przez dłuższy czas. Chyba, że z czasem twoje ego z ogromnego yeti zmienia się w maluczkiego, włochatego skrzata. W co, ze szczerym żalem, wątpię - zakończyłam lekko złośliwym akcentem, ale zwyczajnie nie potrafiłam się przed tym powstrzymać. Cóż, stare nawyki trudno wyplenić. Szczególnie bez pomocy nawet najmniejszych chęci, by to zrobić.
- Okej. Chyba mogłem się tego spodziewać.
- Musiałeś. To jedna z tych rzeczy, które odrzucają ludzi bardziej niż smród krowiego łajna. W Morgan znają cię chyba wszyscy, ale przyjaźnisz się tylko z Harrym i Isabelle. A przynajmniej na to wygląda. Och, i jeszcze Daisy. Ta nowa, nie? Emerson coś wspominała. Chyba muszę podejść i pogratulować jej, że mimo takiej ilości czasu, który wspólnie spędzacie jeszcze nie wyrzuciła cię przez okno - zaśmiałam się krótko pod nosem.
- Mogę się założyć, że sama prosiłaś ją, żeby mnie szpiegowała, kiedy ty leżysz chora w łóżku. To się nazywa obsesja. A ty masz ją na moim punkcie, City - gdyby nie coś na kształt chichotu, który wydobył się z ust Malika i który przekonał mnie, że chłopak nie mówi poważnie, powstrzymał mnie przed uduszeniem go na miejscu.
- Daj mi chwilę, muszę dołączyć do to listy pod tytułem 'Rzeczy, które utwierdzają mnie w przekonaniu, że Zain Malik to kretyn'.
- Auć. Ale skoro mowa o leżeniu w łóżku, chyba powinnaś dać sobie jeszcze jeden dzień, żeby dojść do siebie - okej, jakim cudem on tak szybko przechodzi od totalnego idioty, do troskliwego faceta? Myślałam, że to akurat umiejętność właściwa jedynie kobietom. A tu proszę, życie pełne jest niespodzianek.
- Byłam u pielęgniarki. Jutro i pojutrze mam jeszcze wolne od szkoły. Podobno nie chcą, żeby im się grypa rozniosła po szkole. Nie żebym tego potrzebowała, ale już zwolniła mnie z lekcji, więc tak jakby, nie mam wyboru.
- Następnym razem dwukrotnie przemyślisz sprawę, zanim wejdziesz na zamarzniętą wodę. Przestrzegają przed tym już w podstawówce, jakim cudem ominęłaś ten etap? - zażartował.
Parsknęłam.
- Byłam w fazie 'udowodnij Malikowi, że jest tchórzem'. Fakt, to było okropnie głupie, ale w tamtej chwili to wcale nie wydawało mi się być takie idiotyczne - na samo wspomnienie tej żenującej sceny moje i tak rozgrzane policzki oblały się jeszcze większym rumieńcem. Zain - 1, Felicity - 0.
Wtedy też postawiono przed nami parujące, ogromne kubki z herbatą, a po kilku minutach dołączyła do nich pizza. Równie pyszna i gorąca, jak ją zapamiętałam.
Będąc w pizzerii zawsze wybierałam albo cztery sery, albo di parmę. Na upieczone ciasto kładło się rukolę, całkiem sporo, na to szynkę prosciutto i pokrojone pomidorki koktajlowe. Czasami z odrobiną mozzarelli. Po prostu niebo w gębie.
- Mogłem się spodziewać, że to będzie coś zielonego - Malik spojrzał na pizzę takim wzrokiem, jakby zastanawiał się co podkusiło go, żeby pozwolić mi na decydowanie odnośnie jej typu.
- Nawet nie spróbowałeś! Obiecuję, że jest prze-py-szne. A nawet jeśli ci nie zasmakuje, możesz sobie domówić frytki czy coś. Przecież ci nie zabraniam - sięgnęłam po pierwszy kawałek ciasta, a kiedy do moich nozdrzy dotarł smakowity zapach sosu pomidorowego porzuciłam pierwszą decyzję o powolnym jedzeniu i wzięłam ogromnego gryza, by szybciej zaspokoić swój głód. Po połknięciu, spojrzałam na Zaina, który ostrożnie zbliżał do ust swoją porcje. - Nie ugryzie cię, przecież. Jeśli się nie pospieszysz sama właduję ci to do ust, a to, obiecuję, nie będzie przyjemne.
Jakby na przekór, chłopak odsunął kawałek od swojej twarzy.
Jeszcze chwila i naprawdę spełnię swoje groźby.
- Dlaczego tak ci zależy, żebym zjadł tą pizzę?
- Bo wiem, że ci zasmakuje. A skoro ci zasmakuje, to będziesz musiał przyznać mi rację - dobrze obstawiłam - sięgałam już po drugą porcję.
- Powiedziałbym, że kobiety są dziwne, ale to chyba tylko ty - powiedział, a kąciki jego ust uniosły się nieco wyżej niż zazwyczaj.
- Nie gadaj tylko jedz. Chyba po to tu głównie jesteśmy. Żeby cieszyć się pyszną, piękną pizzą - z uśmiechem obserwowałam, jak Zain bierze powoli kęs swojego kawałka. Musiało to wyglądać naprawdę niedorzecznie, ale w tamtej chwili bardziej obchodziło mnie to, co Malik sądzi na temat di parmy.
- Całkiem niezła. Ale mogłoby być tu trochę mniej rukoli. Jest trochę gorzka - skomentował krótko, pomiędzy jednym gryzem a drugim.
- Dlatego używa się do tego oliwy. Chcesz z czosnkiem czy papryką? - spytałam, zanim wstałam od stołu, by podejść do sąsiedniego stolika po jedną z buteleczek. Jednak zanim odpowiedział, sama podjęłam decyzję. - Czosnek chyba będzie lepszy.
Postawiłam przed nim naczynie z oliwą.
- Teraz moja kolej na pytanie. Opowiedz mi coś o swojej rodzinie.
- O mojej rodzinie?
- Lubię słuchać o innych rodzinach. Och, no dawaj - machnęłam nieznacznie dłonią, poganiając go.
- Daj mi najpierw zjeść. Chyba tego chciałaś jeszcze chwilę temu.
- Fakt. Ale się pośpiesz.

Zain?

niedziela, 24 czerwca 2018

Od Felicity do Zaina

W tamtej chwili mina Emerson mogłaby wygrać konkurs na najgłupszy wyraz twarzy na świecie. Jej idealnie wyregulowane brwi były wysoko uniesione, usta rozchylone, a zmarszczki na czole ułożyły się w coś na kształt fal sygnałowych sieci bezprzewodowej. Ubrana była w swój klasyczny strój do jazdy, na który składały się: pożyczony kiedyś ode mnie golf w kolorze butelkowej zieleni, czarne bryczesy i sztyblety tegoż koloru. Włosy zdążyła spiąć w luźny koński ogon, by nie niesforne kosmyki nie wymykały jej się spod toczka.
Przez długą, zdecydowanie za bardzo przedłużającą się chwilę skakała spojrzeniem między mną i Zainem, jakby nie do końca wierzyła, że potrafimy stać w tak niewielkiej odległości i jeszcze się nawzajem nie pozabijać.
- Cześć - rzuciłam tylko, kiedy znudziło mnie oczekiwanie na jakąkolwiek bardziej konkretną reakcję ze strony przyjaciółki. Wyminąwszy zgrabnie Zaina i Emerson, wślizgnęłam się do pokoju dziewczyny, by, olewając fakt, że szatynka nie zaprosiła nas do środka oraz ten, że za kilkanaście minut zaczyna trening, jak gdyby nigdy nic rozsiadłam się na jej ogromnym łóżku i zaczęłam rozkładać na nim swoje zeszyty.
- Co ona wyprawia? - nie musiałam się oglądać, by doskonale wiedzieć, że Emerson wpatrywała się całą tę scenę z wymalowaną na twarzy mieszanką rozdrażnienia i zaskoczenia, a Zain najpewniej wzdychał głośno w duchu, wznosząc oczy ku górze. Kątek oka udało mi się dostrzec, jak Malik wzrusza ramionami w odpowiedzi na pytanie Emerson i po pewnym czasie opiera się plecami o ścianę znajdującą się naprzeciw łóżka.
- Felicity Stufts, jeśli przez ten cały czas nie zauważyłaś, że w tej szkole odbywają się obowiązkowe treningi jeździeckie, to właśnie cię o tym uświadamiam. Mam zaraz zajęcia, na które zamierzam pójść - obeszła łóżko, by znaleźć się obok niedużego pomalowanego na biały kolor drewnianego biurka i podskoczyła lekko, by niezdarnie się na nie wdrapać. W ten sposób znalazła się naprzeciwko mnie i teraz znacznie trudniejszą sprawą stało się unikanie jej wzroku i udawanie, jakby jej gadanie zwyczajnie mnie nie obchodziło.
- Przecież cię tu nie trzymam. Chcę po prostu uzupełnić notatki, bo ktoś... - specjalnie położyłam większy nacisk na to słowo, wykonując nieznaczny ruch głową w stronę Zaina. Moja twarz wykrzywiła się wtedy też w wyraźnym grymasie, doskonale obrazującym moje odczucia względem Malika, przez którego musiałam spędzić praktycznie cały dzień w pokoju. Fakt, po długiej drzemce poczułam się znacznie lepiej, ale nadal irytowało mnie to, że chłopak zachowuje się tak, jakby wiedział wszystko najlepiej i kompletnie ignoruje to, co mam do powiedzenia. Chociaż nie, nie ignoruje. Robi z nimi to, co często piłkarze z wodą podczas krótkiej przerwy w meczu. Bierze jej trochę do ust i następnie wypluwa. - zgłosił moje domniemane złe samopoczucie nauczycielowi.
Zanim Zain zdążył dodać coś od siebie, odezwała się Emerson:
- Sama miałam zamiar to zgłosić. Wyglądałaś jakbyś zaraz miała wkroczyć do tunelu ze światełkiem na końcu - prychnęła na zakończenie, by dać upust swojej rosnącej irytacji i podkreślić kończące się w niej, dotąd niewyczerpalne, pokłady cierpliwości. Przewróciłam w duchu oczami. - Mogłabyś okazać Zainowi trochę wdzięczności za to, że przejął się twoim zdrowiem.
To zdanie momentalnie sprawiło, że prędzej niż zrobiłby to Flash, uniosłam spojrzenie znad pustych kartek swoich zeszytów i wbiłam podejrzliwe spojrzenie w twarz przyjaciółki.
- Wiedziałam, że się zmówiliście przeciwko mnie. Nienawidzę was - mruknęłam pod nosem, jednak tak, by oboje usłyszeli, co właśnie powiedziałam.
- Och, przestań, City - sapnęła, jednak po tym na jej twarz szybko wrócił delikatny, jak zwykle życzliwy uśmiech. Wiedziałam już, że odpuści i pozwoli mi na spędzenie czasu w swoim pokoju pod jej nieobecność. - Naprawdę muszę iść już na zajęcia, więc skoro już musisz, zostań tu i uzupełnij swoje braki. Tylko postaraj się nie narobić bałaganu.
Tym razem przewróciłam oczami, nawet nie próbując tego powstrzymywać.
Zanim Emerson wyszła na korytarz, zatrzymała się jeszcze na moment przy nadal pół stojącym, pół leżącym na ścianie Zainie, przekazując mu coś przyciszonym głosem. Moja mina zrzedła jeszcze bardziej, kiedy ten z lekkim uśmiechem skinął, jakby potwierdzał słowa Em albo się na coś zgadzał.
W tej szkole nie można już nikomu ufać.
Kiedy za dziewczyną zamknęły się drzwi, Malik nieśpiesznie ruszył w kierunku wolnego miejsca na łóżku Emerson i nim zdążyłam przesunąć na nie resztę swoich zeszytów, wygodnie się tam usadowił. A przynajmniej to mówiła jego zadowolona mina.
- Potrzebujesz pomocy? - uniosłam jedną brew ku górze w reakcji na pytanie Zaina i spojrzałam na niego z lekkim zaskoczeniem, jakbym nie do końca wierzyła, że z własnej woli zaoferował wsparcie.
- Nie, dzięki. Nie mam zamiaru ślęczeć później nad tym godzinami, żeby odczytać choć jedno zdanie.
- Moje pismo nie jest najgorsze - zaoponował, sięgając po mój zeszyt i zaczynając go niedbale przeglądać. Ledwo powstrzymałam się przed wyrwaniem mu go z rąk.
- Może i nie, ale i tak wolę zrobić to sama - posłałam mu krótki, wymuszony uśmiech i wróciłam do przepisywania notatek z dzisiejszej lekcji matematyki, w której początkowej części udało mi się jeszcze uczestniczyć. Bez większego zaskoczenia spoglądałam na praktycznie niemożliwe do zrozumienia zdania oraz kompletnie poprzekręcane ciągi liczb, z których znaczna część układała się w falowany szlaczek, uciekając z odpowiednich kratek. Westchnęłam pod nosem, zabierając się za zmazywanie tuszu długopisu i zniechęcona zaczęłam powoli oraz dokładnie przepisywać treść z zeszytu Emerson, który, na szczęście, dziewczyna prowadziła bardzo starannie, notując wskazówki nauczyciela na marginesie.
Kiedy udało mi się nadrobić zaległości z języka angielskiego, odezwałam się do - co wydało mi się praktycznie niemożliwe - milczącego dotąd Zaina.
- Zamówiłabym coś do jedzenia - oświadczyłam głośno, podciągając zgięte w kolanach nogi pod brodę i lekko trącając rękę chłopaka stopą. Jednak nim zdążył jakkolwiek na to zareagować, szybko przesunęłam się na skraj łóżka, by łatwiej mi było z niego wstać. Co zresztą zrobiłam dość niezgrabnie, zrzucając na podłogę kilka spośród swoich zeszytów. - Zresztą, co tam, zabieram cię na najlepszą pizzę w Anglii.
Malik poruszył się nieznacznie, podnosząc się do pozycji siedzącej i spojrzał na mnie sceptycznie, jakby nie do końca wierzył, że robię to bez ukrytego zamiaru - na przykład porzucenia go gdzieś w środku lasu na totalnym wypierdku.
- Jeszcze niedawno byłaś skłonna wyrzucić mnie przez okno, byleby się mnie pozbyć, a teraz zapraszasz mnie na pizzę? To się nazywa rozdwojenie jaźni.
Przewróciłam oczami.
- Prędzej niestabilność emocjonalna, panie ekspert - rzuciłam chwilę po tym, jak otworzyłam szafę Emerson i zajęłam się jej przeglądaniem w poszukiwaniu kurtki dżinsowej, chcąc zaoszczędzić trochę czasu. Szybkim ruchem ściągnęłam jedną z wieszaka i założywszy ją na siebie, obróciłam się twarzą do Zaina. - Jestem niemal stuprocentowo pewna, że nie masz nic ciekawszego do roboty. Poza tym, nie skusisz się na gorące ciasto, ciągnący się ser i pyszne dodatki?
Przez chwilę jedynie mierzyliśmy się spojrzeniami w totalnej ciszy, niezmąconej żadnym, nawet najcichszym dźwiękiem. Dopiero po pewnym czasie Malik westchnął ciężko, jakby chciał pokazać, że zgodą wyświadcza mi ogromną przysługę i zgrabnie zsunął się z łóżka Emerson.
- Okej, idźmy zanim zmienisz zdanie i jednak mnie gdzieś zostawisz.
Klasnęłam w dłonie, lekko podskakując na palcach, chcąc pokazać, że jestem zadowolona z jego decyzji, jednak w późniejszym rozrachunku uznałam, że reakcja ta wyszła mi trochę zbyt entuzjastycznie. Zacisnęłam usta w wąską kreskę. Szlag by to.
- Ja prowadzę - zaznaczyłam jeszcze zanim zamknęłam za nami drzwi pokoju Kincaid, zerkając ukradkiem na twarz Zaina w oczekiwaniu na jego reakcję. Spodziewałam się cichego prychnięcia albo westchnięcia, jednak chłopak jedynie krótko i niezbyt głośno się roześmiał.
- Sporty ekstremalne są w porządku, o ile się z nimi nie przesadza, City - odparł i nieznacznie przyspieszył, nie dając mi okazji do wykłócania się. Przewróciłam więc oczami i również ruszyłam szybciej.
Na zewnątrz było całkiem ciepło, zdecydowanie cieplej niż przypuszczałam. Co prawda wiejący od kilku dni wiatr nadal się utrzymywał, ale widocznie stracił na intensywności i z mocnego powiewu zmienił się w delikatną bryzę.
Ruszyłam za Zainem w stronę jego samochodu, chwilę później wsiadając do niego ostrożnie i rozglądając się po wnętrzu pojazdu, które okazało się zaskakująco czyste. W moim samochodzie walały się dziesiątki pudełek po płytach, opakowania z gumą do żucia, notatki i drobne pieniądze, które często wypadały mi z portfela. W Audi Malika panował perfekcyjny porządek, co sprawiało, że auto jeszcze bardziej wyglądało, jakby właśnie wyjechało z salonu.
- Mogę coś włączyć? - rzuciłam, jakby od niechcenia, kiedy wyjechaliśmy z terenów akademii, zostawiając za sobą budynki stajenne i ogromne tereny pastwisk.
- Pytasz o zgodę? - uniósł brwi ku górze w wyrazie zaskoczenia, ale kiedy odpowiedziało mu moje uparte milczenie, kiwnął głową. Szybko podłączyłam telefon do radia samochodu i włączyłam wybrany utwór. Jeszcze w tym samym momencie po samochodzie rozeszły się pierwsze dźwięki 'Valerie'. - Amy Winehouse?
Nie mogłam nic poradzić na fakt, że kąciki moich ust momentalnie uniosły się ku górze.
- Jestem pod wrażeniem. Emerson od razu kazała mi to wyłączyć, a sama wybrała Arianę Grande. Nie żebym miała coś przeciwko niej, ale sam rozumiesz - jeszcze chwila i moje tłumaczenia zaczęłyby się plątać jak makaron od spaghetti, ale na szczęście w porę ugryzłam się w język.
Po krótkiej chwili ciszy Malik odezwał się ponownie:
- Więc... dokąd jedziemy?
Utwór zmienił się na 'Halo' w wykonaniu Beyonce.
- Do mojego miejsca pracy - odpowiedziałam, a kiedy ten spojrzał na mnie sceptycznie, szybko dodałam. - Zapewniam cię, że nigdzie w Anglii nie zjesz lepszej pizzy niż tam.
- Dlaczego tam pracujesz? - spytał po jakimś czasie. - Dlaczego w ogóle pracujesz?
Wzruszyłam ramionami.
- Lubię myśl, że jestem niezależna od rodziców. Jestem pewna, że w razie potrzeby dostałabym od nich pieniądze, ale podoba mi się to, że nie muszę ich o nic prosić - uśmiechnęłam się nieznacznie, przechylając lekko głowę i spoglądając z nieukrywaną ciekawością na Zaina, kiedy pytanie cisnęło mi się na usta. - Przez sojusz z Emerson wiesz o mnie zdecydowanie więcej niż ja o tobie. Więc, panie Malik, co może mi pan o sobie opowiedzieć w ramach rekompensaty?

Zain?

piątek, 8 czerwca 2018

Od Felicity do Zaina

Chciało mi się śmiać z samej siebie, kiedy Zain wychodził z pokoju, by zaparzyć kolejny kubek herbaty. Moja opinia o chłopaku zmieniała się szybciej niż trwa przejażdżka na najszybszym rollecoasterze. Kiedy już prawie potrafiłam przyznać, że Malik jest całkiem w porządku i jesteśmy na dobrej drodze do zostania dobrymi znajomymi, nagle wykonywał jakąś czynność, która w moich oczach znowu zmieniała go w kompletnego kretyna, a jego towarzystwo irytowało mnie w takim stopniu, że ledwo nad sobą panowałam. Niemniej jednak nie mogłam zaprzeczyć, że jego wizerunek znacznie ocieplił się w moich oczach od incydentu w barze, kiedy to zamieniliśmy ze sobą pierwsze słowa. A dokładniej, gdy chłopak na mnie naskoczył. Nie dosłownie oczywiście, fuj.
Korzystając z wolnej chwili, postanowiłam sprawdzić w jak dużym stopniu mój kiepski stan zdrowotny odbija się na prezentacji zewnętrznej. Miałam nadzieję, że mimo nieznacznie bledszej twarzy nie zauważę większej zmiany, jednak kiedy niezdarnie podniosłam się z łóżka i wszedłszy do łazienki, spojrzałam w duże lustro wiszące nad umywalką, musiałam na chwilę przystanąć, by przyswoić sobie kilka różnić, które zaszły w moim wyglądzie od czasu wpadnięcia do jeziora. Oczywiście, moja skóra nie przypominała mleka czy papieru, a ja nie wyglądałam jak chodząca śmierć, ale dotarło do mnie, że przez kilka dni czeka mnie trudna walka z przeziębieniem. Zbladłam na twarzy o jakiś ton albo dwa z wyjątkiem policzków, wąskiego pasa skóry pod oczami oraz nosa, które wyglądały jakbym przesadziła z różem albo rozsmarowała na nich cienką warstwę taniego keczupu. Mama zawsze żartowała, że podczas choroby albo w przypadku złego samopoczucia przypominam naburmuszonego, porzuconego przez właścicieli mopsa. W tamtej chwili byłam nieprawdopodobnie blisko do przyznania jej racji.
- Szlag by to - mruknęłam pod nosem, nawet nie trudząc się by spróbować uśmiechnąć się do swojego odbicia w lustrze. Zamiast tego wzięłam z półki krem CC i nałożyłam sobie jego niewielką ilość na twarz, nakładając nieco więcej na zaczerwienienia. Liczyłam na to, że następnego dnia koloryt mojej cery wróci do normy, jednak cichy głosik z tyłu głowy szeptał mi, że to tylko marzenie ściętej głowy i jutro będę wyglądać sto albo nawet sto pięćdziesiąt razy gorzej. Niemniej nie miałam zamiaru opuścić ani jednej lekcji, bowiem obecność była dosyć ważną pozycją, jeśli chodziło o kryteria oceniania dotyczące wybrania odpowiednich kandydatów do otrzymywania stypendium naukowego, o którego przedłużenie o kolejny semestr się starałam.
Przeczesawszy włosy szybkim ruchem szczotki, by nadać im puszystości, wróciłam do sypialnianej części swojego lokum i rozejrzałam się po pomieszczeniu w poszukiwaniu czegoś, czym moglibyśmy się zająć przez najbliższy czas. Większość z posiadanych przeze mnie gier planszowych była przeznaczona dla minimum czterech graczy - dało się grać w dwójkę, ale wtedy nie dawało to tak dużej frajdy. A szkoda, bo ostatnio bardzo polubiłam Cluedo przywiezione przez Cadlynn jako prezent powitalny i w które grałam kilkakrotnie z Archiem i Emerson, radząc sobie, chyba, całkiem nieźle. Ostatecznie mój wybór padł na kalambury. Zaczęłam ostrożnie przeszukiwać szuflady biurka, by odnaleźć kolorowe samoprzylepne karteczki i przynajmniej jeden z moich wielu długopisów, które nagle jakby zapadły się pod ziemię. W pewnej chwili nieco mocniej szarpnęłam za jedną z teczek, a moja ręka cofnęła się gwałtownie do tyłu, która z kolei pociągnęła za sobą tą okropną szufladę. Część mebla uderzyła z łoskotem o drewnianą podłogę tuż obok dywaniku i drzemiącego na nim spokojnie Gandalfa, który dosłownie w ułamku sekundy, kompletnie zapominając o swoim starczym lenistwie, czmychnął pod łóżko.
- Nie ma mnie kilka minut, a ty już niszczysz swoje otoczenie - odruchowo odskoczyłam od biurka z lekkim przestrachem, który chwilę później zamaskowałam zwykłą obojętnością. Zdziwiło mnie, że nie usłyszałam jak Zain wchodzi do środka, jednak zaraz po tym uznałam, że po prostu musi to robić bardzo, bardzo cicho. Cóż, po tylu wizytach w różnych pokojach musiał nauczyć się radzić sobie z ciszą nocną i pilnującymi akademik dyżurnymi.
Zauważyłam, że chłopak lustruje uważnym wzrokiem moją twarz. W przestrachu, że gdzieś źle rozsmarowałam krem odwróciłam się do niego tyłem, udając, że czegoś szukam - karteczki i coś do pisania znalazłam, kiedy szuflada wypadła z szyn i jej zawartość rozsypała się po podłodze - i dyskretnie obejrzałam się w stojącym na blacie lusterku z westchnieniem ulgi stwierdzając, że wyglądam w porządku i nie mam na twarzy żółto-pomarańczowej plamy. Uff.
- Zagramy w kalambury. Jak Watson i Sherlock na kawalerskim Johna - zignorowałam jego poprzednie zdanie, przywołując na twarz lekki, mogący sprawiać wrażenie wymuszonego uśmiech.
- Chodzi o 'Kto jest kim'?
- Tak, dokładnie o to. Mniejsza o nazwę, ważne, że wiesz o co chodzi - spróbowałam powstrzymać się przed prychnięciem, jednak próby te sprawiły, że ostatecznie zakończyłam swoje słowa dziwnym, może trochę śmiesznym sapnięciem. Podałam mu stosik karteczek i długopis, po czym klapnęłam na łóżko, sadzając się tuż przed poduszkami. Zainowi zostawiłam przestrzeń, którą zwykle zajmowały moje nogi.
Kiedy Malik zajął swoje miejsce, zabrał się za wymyślanie rzeczy, którą miałam zostać. Zajęło mu to dłuższą chwilę, podczas której i ja rozmyślałam nad osobą, którą na potrzeby gry miał się stać.
Pozwoliłam mu przyczepić żółtą karteczkę do swojego czoła.
- Zasłoń sobie oczy - rozkazałam, zanim napisałam cokolwiek na kawałku papieru. Brwi Zaina uniosły się ku górze w wyrazie zaskoczenia, a usta lekko rozchyliły się, jakby chciał zaprotestować, jednak jednocześnie wyczytał z zaciętego wyrazu mojej twarzy, że to nic nie da. Ostatecznie westchnął jedynie, jakby zgodą wyświadczał mi jakąś okropnie wielką przysługę, zacisnął oczy i je zakrył. Nabazgrałam na kartce 'Harry Potter' i przyłożyłam na moment jedną z swoich dłoni na jego, żeby przypadkiem nie próbował podglądać, drugą przyklejając mu do czoła, może odrobinę mocniej niż zazwyczaj się to robiło. - Możesz zacząć.
- Czy jestem kobietą?
- Skąd pomysł, że zrobiłabym cię babką? Nie zasługujesz na bycie przedstawicielem płci pięknej - Zain spojrzał na mnie jakby z lekkim znudzeniem, więc zacisnęłam usta w wąską kreskę i po chwili dodałam. - Nie, nie jesteś kobietą. A czy ja jestem?
- Podobno tak - odpowiedział powoli.
- Nie możesz powiedzieć, że podobno. Tak czy nie?
- Tak, jesteś kobietą - przewrócił oczami i na chwilę zamyślił się nad kolejnym pytaniem. - Czy jestem popularny?
- Tak, nawet bardzo - zanim się odezwałam, skinęłam nieznacznie głową. - A czy ja jestem postacią prawdziwą?
- Jak najbardziej. Czy jestem artystą? W sensie, muzykiem, wokalistą, aktorem.
Gra toczyła się dłużej niż zakładałam i była zdecydowanie trudniejsza niż mogłoby się wywnioskować ze scen znajdujących się w różnych filmach czy serialach. Nie miałam zielonego pojęcia kim mogłabym być, za to Zain był coraz bliżej odgadnięcia swojej postaci. Niezbyt mi się to podobało, ale nie byłam w stanie zrobić nic z wyjątkiem czekania na jego odpowiedź i kontynuowania prób zgadnięcia kim, do cholery, byłam.
- Harry Potter - wypalił z szerokim uśmiechem, czerpiąc widoczną satysfakcję z tego, że udało mu się wygrać. - Wiedziałem już wcześniej, ale liczyłem, że wpadniesz na trop swojej osoby.
- Przysięgam, Zainie Maliku, że jesteś największym kretynem jakiego spotkałam - powiedziałam z uśmiechem, który dodatkowo podkreślił żartobliwy ton mojej wypowiedzi.

Wszystkie, dosłownie wszystkie przypuszczenia dotyczące mojego samopoczucia się potwierdziły, brutalnie i gwałtownie gasząc ostatnie iskierki tlącej się we mnie nadziei. Najchętniej zostałabym w łóżku i poprosiła Emerson, żeby ta dostarczała mi kubki z gorącą herbatą, jednak jednocześnie zdawałam sobie sprawę z roli stypendium w mojej edukacji i po prawie piętnastominutowej walce samej ze sobą, niezdarnie wstałam z łóżka, kierując swoje ociężałe kroki ku łazience. Tylko ta czynność niemal zwaliła mnie z nóg, więc chwyciłam się jedną ręką umywalki. Grypa była dla mnie czymś naprawdę rzadkim, ostatnim razem przechodziłam przez nią chyba w wieku ośmiu lat, a chociaż kilkakrotnie bolało mnie gardło albo złapał mnie katar, dawno nie spędziłam dnia w łóżku z powodu choroby. Po pospiesznym doprowadzeniu się do porządku, sięgnęłam do schowanej w szafce apteczce i wyciągnęłam z niej pudełko tabletek przeciwbólowych i jakiś syrop, który mama wcisnęła mi przed wyjazdem, twierdząc, że może mi się przydać. Dzięki, mamo.
Połknęłam najpierw jedną, a tuż przed wyjściem jeszcze drugą, tak na wszelki wypadek.
Otworzywszy rano okno, uznałam, że w ciągu dnia powinno być dość ciepło, więc nie muszę wciskać się w grube, trzymające ciepło ubrania. Ostatecznie zdecydowałam się na miękki, śnieżnobiały sweter, wciskając jego końcówki pod dżinsową spódnicę typu a-line kończącą się przed kolanem. Nie zapomniałam oczywiście o cienkich rajstopach w cielistym kolorze, a stopy wcisnęłam w swoje adidasy w kolorze swetra. Świeżo umyte i wysuszone włosy dokładnie rozczesałam, zagarniając je w taki sposób, że opadały tylko na jedno ramię. Chwyciłam torbę, nie zawracając sobie głowy tym, żeby sprawdzić, czy mam wszystkie potrzebne na dzisiejszych zajęciach rzeczy i tchnącą z każdego mojego gestu niechęcią, ruszyłam ku stołówce. Włożyłam wszystkie swoje siły w uważanie na innych uczniów, starając się na nich nie wpaść, by nie zrobić się z siebie zdobywczyni tytułu Największej Niezdary Szkoły i po zrobieniu sobie ogromnego kubka gorącej herbaty z cytryną, miętą i ogromną ilością miodu oraz nałożeniu na talerz niewielkiej ilości jeszcze parującej jajecznicy z bekonem, ruszyłam ku stolikowi, przy którym siedzieli już Emerson i Archie. Oboje unieśli głowy na dźwięk odsuwanego krzesła, jednak zamiast, zwyczajowo, uśmiechnąć się na powitanie i włączyć mnie do rozmowy, zawiesili spojrzenie na mojej twarzy w ten irytujący sposób, w jaki robiła to moja matka albo babka. W międzyczasie wymienili jeszcze to charakterystyczne dla będącego blisko rodzeństwa porozumiewawcze spojrzenie.
- Na litość boską, robi się ciepło, a ty od razu chorujesz? - moja przyjaciółka spojrzała na mnie z wyraźną dezaprobatą, jakbym złapała grypę specjalnie. Niemal w tym samym momencie sięgnęła po swoją torbę i wyjęła z niej pudełko wilgotnych chusteczek do demakijażu - poznałam po opakowaniu, mamy takie same. Dyskretnie przyłożyła ją do skóry obok mojego lewego oka, wycierając ją delikatnie. - Miałaś tu trochę tuszu. Poza tym, jesteś rozpalona jak piec. Powinnaś wrócić do pokoju i się przespać, to zawsze pomaga.
Prychnęłam cicho w odpowiedzi.
- Może nie będę dzisiaj najlepszym towarzyszem, ale czuję się całkiem okej - skłamałam i spróbowałam się uśmiechnąć dla podkreślenia autentyczności swoich słów, ale chyba moja mina bardziej przypominała grymas, bo Archie westchnął pod nosem, co po chwili zrobiła również Emerson. Niemniej jednak porzucili temat mojego samopoczucia, zajmując swoje głowy nowym tematem, a mianowicie chłopakiem Emerson. Rudowłosy, jak przystało na kochającego starszego braciszka, wyglądał jakby szatynka torturowała go każdym wspomnieniem o chłopaku, z którym obecnie się spotykała i gdyby tylko mógł, zamknąłby dziewczynę w pokoju, by nie mogła pójść na żadną z tych 'schadzek', jak to wcześniej nazwał Archie. Emerson za to promieniała, radośnie paplając o tym, co razem robili i jakie miejsca odwiedzili poprzedniego wieczoru. Była totalnie oczarowana tym chłopakiem, co było widać w każdym jej słowie czy geście, kiedy o nim mówiła. Przysięgam, że uśmiech nie zszedł jej z twarzy nawet przez moment.
- Widzimy się klasie - uśmiechnęłam się na odchodne i skierowałam się z tacką z pustymi naczyniami do przeznaczonego na nie miejsca. Uśmiechnęłam się życzliwie do jednej z kucharek, która zabrała ode mnie rzeczy i skierowałam się ku wyjściu ze stołówki, w drzwiach prawie wpadając na Zaina. - Och, cześć.
Zmierzył mnie szybko spojrzeniem.
- Nie wyglądasz najlepiej. Powinnaś zostać w łóżku, w końcu to tylko kilka lekcji - pominął przywitanie, nawet się nim nie trudząc.
- Dzięki, wszyscy uwielbiają słyszeć od rana, jak źle się prezentują - burknęłam dość nieprzyjemnie, wciskając dłonie do kieszeni spódnicy. - Nie czuję się najgorzej, dziękuję za troskę. Powinieneś się pospieszyć, jeśli chcesz coś zjeść i zdążyć na lekcje.
- Fakt.
Uśmiechnęłam się słabo i wznowiłam swój marsz w kierunku sali lekcyjnej.

Zain?


niedziela, 13 maja 2018

Od Felicity do Zaina

- Aha, i żebyś nie wpadła na już totalnie głupi pomysł bycia na treningu, bo po pierwsze, to chyba nie uda nam się być na czas, a po drugie, nie zamierzam ci nosić ciepłych herbatek do pokoju, gdy będziesz leżeć chora w łóżku - przewróciłam w duchu oczami, w ostatniej chwili powstrzymując się od uzewnętrznienia tej reakcji. Zamiast tego pojawiła się pierwsza sugestia przeziębienia mojego organizmu. Nim Zain skończył swoją wypowiedź, psiknęłam, starając się to zrobić najciszej jak potrafię. Niemniej dźwięk ten dotarł do uszu chłopaka, który odwrócił się w moim kierunku ze znaczącym wyrazem twarzy, świadczącym, że nie ma zamiaru usłyszeć najmniejszego słowa sprzeciwu z mojej strony.
- Wcale nie kichnęłam - zaczęłam oponować dla samej zasady zaprzeczania wszystkiego, co przeszło Malikowi przez usta. - A przynajmniej nie przez wychłodzenie. Mam alergię. Na pyłki.
Reakcja Zaina wcale mnie nie zaskoczyła. Parsknął, jakby ledwo powstrzymując się przed głośnym śmiechem, a wnioskując z mimiki boku jego twarzy, kąciki jego ust uniosły się ku górze w całkiem szerokim, jak na niego, uśmiechu.
- Wiem, że zrobiło się ciepło, ale na ten moment nic jeszcze nie pyli - spostrzegł, jednak wbrew moim przeczuciom ograniczył on swoją wypowiedź do zaledwie jednego, nie-złośliwego zdania.
- Ekspert się znalazł - mruknęłam pod nosem, jednak tym razem odpowiednio cicho, by moje słowa nie dotarły do czujnych uszu chłopaka, a nawet jeśli Zain je wyłapał, co było dość mało prawdopodobne, to kompletnie je zignorował. Tym samym zakończyłam naszą konwersację, zapoczątkowując jednocześnie długą chwilę, którą wypełniała jedynie cisza uzupełniana odgłosami leśnej przyrody. A przynajmniej jej zimowymi ostatkami - szumem wiatru, szelestem liści pozostałych po jesieni i rzadkim, jednak wciąż obecnym cichuteńkim ptasim piskiem. Ten spokój, niemal martwy bezruch działał na mnie kojąco i to po części dzięki niemu w tak szybkim tempie udało mi się doprowadzić do względnego porządku psychicznego. Teoretycznie Zain też miał w tym swój udział, jednak na tę chwilę nie zamierzałam się nad tym rozczulać. A przynajmniej taki był plan, bowiem moje w tamtej chwili myśli nie potrafiły ukierunkować się inaczej niż w stronę tematu jakim był Malik - gdyby to był post na facebooku, moja reakcja byłaby chyba oczywista 'przykro mi'.
Okej, całkiem możliwe, że mogłam ocenić go zbyt szybko i zbyt pochopnie po całej tej sytuacji w barze, a postrzeganie chłopaka przez pryzmat tamtego wydarzenia mogło być sporym błędem, do którego przyznania nie potrafiłam się zdobyć w gronie szerszym niż tym składających się jedynie z mojej skromnej osoby, ale - tak, zawsze musi być jakieś 'ale' - to nadal nie usprawiedliwia złośliwości Zaina podczas naszego pierwszego spotkania. Fakt faktem, że przeprosił, jednak moja urażona duma leczy się naprawdę wolno i chociaż powolnymi wspólnymi krokami topiliśmy lód pomiędzy nami - celowe porównanie - to do chwili aż będziemy mogli nazwać się przyjaciółmi nadal zostało wiele czasu i pracy przed nami. Jakaś część mnie nadal była okropnie wrażliwa na każde słowo chłopaka,
Po upływie dobrej pół godziny, kiedy byłam prawie pewna, że za kilka chwil zza gęstej ściany drzew uda nam się dostrzec fragmenty ścian akademickich budynków oraz gdy poczułam się znacznie lepiej, lekko niezdarnie zsunęłam się z grzbietu idącej Lady Makbet stawiając stopy na ziemi dość nieporadnie, co spowodowane było zmarzniętymi i lekko ścierpniętymi mięśniami nóg. Potrzebowałam kilku chwil, by dojść do siebie, a zaraz po tym przyspieszyłam kroku, aby zrównać się z niezmiennie idącym naprzód Zainem. Rozciągnęłam rękaw jego bluzy, w zdradzającym moje lekkie zakłopotanie - połączone z oczywistą nerwowością - geście, miętoląc w dłoni końcówki miękkiego materiału. Gdyby bluza nie należała do akurat do Malika, zapewne bym ją zatrzymała nawet nie pytając o zgodę. W tym wypadku wolałam ją mu oddać, nawet porozciąganą.
Kiedy zrównałam się z chłopakiem z mojej głowy nagle pouciekały wszystkie starannie ułożone wcześniej kwestie, w których to uprzejmie przepraszałam za całą tę dziwną sytuację oraz dziękowałam z wyraźną, uzewnętrznioną wdzięcznością, która miała podkreślić moją skruchę. To chyba pierwszy raz, kiedy żałowałam, że zignorowałam gadanie Zaina i postanowiłam działać według własnego pomysłu, który, jak już wiadomo, zakończył się fatalnie.
- Z tego co pamiętam, nie zdążyłam cię przeprosić - zaczęłam bardzo ostrożnie i powoli, odwracając twarz w stronę chłopaka, by lepiej zobaczyć jego reakcję. Jednak niemal od razu pożałowałam tej decyzji, bowiem przedzierające się przez drzewa światło słoneczne padło prosto na moje oczy w dość oczywisty sposób mnie na moment oślepiając. Szybko spojrzałam więc w drugą stronę, licząc, że Zain nie weźmie tego za oznakę zakłopotania albo, ja wiem, zawstydzenia. - Nie tylko za to, że wyciągnąłeś mnie z tego głupiego jeziora, ale też za to, że byłam wobec ciebie nie fair. Masz rację, nie powinnam była oceniać cię tak szybko i później zachowywać się jak obrażona królewna, ale... - z automatu miałam zacząć się usprawiedliwiać, ale szybko uznałam to za niezbyt dobry pomysł, który w efekcie mógł doprowadzić do zaprzepaszczenia całej istoty przeprosin. Szybko wzięłam więc własne słowa na poprawkę. - Dobra, nie ma żadnego 'ale'. Po prostu chcę, żebyś wiedział, że mi przykro. I że dziękuję za wyciągnięcie mnie z jeziora. Oraz za bluzę. Nawet gdybyś mi jej nie dał, nie mogłabym ci mieć tego za złe, bo w końcu to ja z reguły wyskakiwałam z pierwszą złośliwością.
Urwałam nagle, zdając sobie sprawę, że każde moje zdanie brzmi jak coraz większa bzdura i ujawnia, z jakim trudem przychodziło mi przyznanie się do pomyłki, szczególnie jeśli w grę wchodziło potwierdzenie, że z naszej dwójki, to Zain miał rację w stwierdzeniu, że oceniłam go zbyt pochopnie.
- Prawie cały prawy policzek masz umazany mułem.
Momentalnie przyłożyłam rękę do boku twarzy, energicznymi ruchami ścierając już prawie wysuszony brud ze skóry, którym musiałam się ubrudzić, kiedy znalazłam się już na brzegu. Z nim, czy bez niego wyglądałam jak siedem - albo nawet osiem - nieszczęść z pobladłą skórą, posklejanymi, mokrymi włosami oraz będąc ubrana w lekko przydużą bluzę i całkowicie przesiąknięte wodą spodnie. Modliłam się tylko, żeby udało mi się przemknąć niezauważenie do pokoju, bo być widzianą w takim stanie było ostatnią rzeczą, jaką chciałam na ten moment. Zadanie ułatwiał fakt, że większość uczniów zapewne będzie na treningach.
- Tylko tyle masz do powiedzenia? - odezwałam się lekko zdziwiona, gdy już poradziłam sobie ze starciem mułu, który na szczęście zszedł dość szybko. Wsunęłam zmarznięte dłonie do kieszeni bluzy w oczekiwaniu na odpowiedź chłopaka.
- Zapomniałaś przeprosić za to, że przez ciebie spóźnię się na trening.
Przez chwilę wpatrywałam się tylko w jego twarz, jakbym z trudem przetwarzała właśnie odebraną informację i kiedy w końcu dotarło do mnie, że Zain wypowiedział te słowa w żartobliwym tonie, uśmiechnęłam się krzywo.
- Zawsze to robisz, nawet bez pomocy mojej skromnej osoby - zauważyłam.
W odpowiedzi Zain wzruszył jedynie ramionami, po chwili dodając:
- Akurat dzisiaj zamierzałem być na czas.
Na chwilę obrócił twarz w moim kierunku, unosząc kąciki ust ku górze w całkiem ładnym i przede wszystkim pozbawionym cienia złośliwości uśmiechu. Westchnęłam w duchu, by zaraz go odwzajemnić.
Marsz zajął nam jeszcze niecałe czterdzieści minut, czyli troszkę więcej niż zakładałam, ale to dało mi przynajmniej więcej czasu na wysuszenie się - niemniej jednak nadal czułam wilgotny materiał bryczesów, przylegający do ciała i dający wrażenie, jakbym wciąż znajdowała się we wodzie. Włosy spięłam w koński ogon, jeszcze zanim przekroczyliśmy próg stajni i założyłam na głowę toczek. Przejęłam też od chłopaka wodze Lady Makbet, odprowadzając ją do boksu oraz dając Zainowi szansę na rozejrzenie się za Morrigan, która, jak podejrzewałam, powinna spacerować sobie gdzieś w okolicach stajni i czekać na powrót swojego właściciela, który jednocześnie był jej przepustką do boksu i żłobu z paszą. Zamiast bezczynnie czekać na powrót chłopaka, zajęłam się ściąganiem uprzęży z Lady Makbet i doprowadzeniem jej do porządku, co akurat nie należało do rzeczy trudnych, bowiem klacz nie zdążyła ubrudzić się zbytnio podczas przejażdżki. Uporawszy się z wyszczotkowaniem rudawej sierści swojego wierzchowca, wrzuciłam przybory do skrzynki i upewniwszy się, że dobrze zamknęłam boks, ruszyłam w kierunku miejsca Morrigan, mając nadzieję, że zastanę tam jeszcze krzątającego się przy niej Zaina.
Ku mojemu zadowoleniu, udało mi się go złapać zanim skończył oporządzać klacz i skierował się ku wyjściu ze stajni. Oparłam więc dłonie na górnej krawędzi drzwi od boksu i zwróciłam się do chłopaka, jakby od niechcenia rzucając:
- Podejrzewam, że nie masz nic ciekawego do roboty aż do powrotu Harry'ego z treningu, więc chciałam ci zaproponować rozrywkę.
Malik poklepał na odchodne szyję Morrigan, dając mi głową znak, żebym odsunęła się od drzwi i tym samym pozwoliła mu wyjść. Przewróciłam oczami, jakby irytował mnie fakt, że nie chce mu się wdrapywać na nie i przechodzić przez nie górą, jednak stanęłam obok, czekając na jego odpowiedź.
- Mam dużo ciekawych rzeczy do roboty, City. Inteligentni ludzie się nie nudzą.
- No właśnie. Więc ty pewnie będziesz mopsował na kanapie i narzekał na rutynę - uśmiechnęłam się lekko, podążając za nim, kiedy ruszył ku drzwiom siodlarni, by odłożyć sprzęt. - Mam Cluedo. Rozwiążemy sprawę morderstwa, będzie fajnie. Ewentualnie obejrzymy coś na Netflixie, jeśli nie chce ci się przegrzewać mózgu. Oczywiście wersji Kids, Psi Patrol pewnie wpasowuje się w twoje klimaty.
Zain uśmiechnął się lekko kpiąco, dopiero po chwili odwracając się w moją stronę.
- Nie miałem pojęcia, że orientujesz się w takich świetnych produkcjach. Myślałem, że zatrzymałaś się na przygodach Biedronki i Czarnego Kota.
- Uznaję to za potwierdzenie przyjścia, a nawet jeśli się nie pojawisz, nie będę tęsknić. Jednak gdybyś raczył to zrobić, potrzebuję piętnaście minut na ogarnięcie się. Nie waż się pukać do drzwi wcześniej.
- Dobry pomysł z tym ogarnięciem, bez urazy, ale czuć od ciebie rybami i błotem - mruknął pod nosem, jednak na tyle głośno, żebym go usłyszała. Przypuszczałam, że taki zabieg był celowy.
- Ty też troszkę cuchniesz, jeśli mamy być ze sobą szczerzy, Zain. O, i gdybyś był tak miły i zrobił po drodze dwie herbaty z cytryną, byłabym bardzo zobowiązana. - odparłam z uśmiechem i nie czekając na odpowiedź chłopaka, pognałam w stronę akademika.

Po zmyciu z siebie nieprzyjemnego zapachu brudnej wody i zmianie ubrań na czyste, zarzuciłam na siebie granatową bluzę Yale, którą kiedyś brat przywiózł mi ze swojego uniwerku i czarne, smukłe materiałowe spodnie, dopełniając swój ubiór długimi do połowy łydki puchatymi skarpetkami. Bluzę Zaina zostawiłam na koszu na pranie, obiecując sobie jak najszybciej zanieść ją do pralni, by równie prędko móc ją mu oddać. Według zasady, którą od zawsze wpajała mi matka, zamierzałam kupić mu później czekoladę jako formę podziękowania za uprzejmość.
W oczekiwaniu na możliwe przyjście chłopaka, klapnęłam na łóżko i odpaliłam laptopa, włączając stronę Netflixa i kontynuując oglądanie zaczętego wczoraj odcinka Sherlocka.

Zain? C;

środa, 18 kwietnia 2018

Od Felicity do Zaina

Raz po raz przeczesywałam miękką szczotką zabrudzoną sierść Lady Makbet, usiłując jak najlepiej pozbyć się kurzu, który na niej osiadł. Mimo że stajnia była utrzymywana w prawie idealnym porządku, niemożliwym było całkowite pozbycie się w niej tego pyłu, który przyczepiał się do ciała koni bez względu jak często były czyszczone. Klacz najwyraźniej zdawała sobie sprawę, że szykuję ją do przejażdżki, bowiem od samego początku - co do niej niepodobne - stała spokojne w miejscu, pozwalając czesać się bez większych problemów i oszczędzając mi zwyczajowego wyrywania kopyt z rąk, kiedy to próbowałam je oczyścić.
Z każdą chwilą nachodziło mnie też coraz więcej wątpliwości, jeśli chodzi o przejażdżkę z Zainem. W momencie, w którym to proponowałam, pomysł wydawał mi się świetny. Miał być przyjemnym dla nas obojga sposobem na sprawdzenie, czy możemy żyć w tym samym miejscu, nie rzucając ku sobie nawzajem różnych złośliwości. Jednak teraz czułam narastającą obawę przed tym, że koniec końców któreś z nas palnie coś nieodpowiedniego i resztę jazdy spędzimy w niezręcznej ciszy, a moje życie do końca szkoły będzie - częściowo - polegało na unikaniu Malika. Denerwował mnie również fakt, że rozmawiając z nim, okropnie trudnym było dla mnie powstrzymanie się przed mówieniem tego, co myślę. Staram się, to prawda, ale to nie wystarczy, bym kompletnie pozbyła się uszczypliwych uwag z mojego zasobu słów 'rozmowa z Zainem Malikiem'.
- Shh - poklepałam Lady Makbet po szyi w uspokajającym geście, kiedy ta drgnęła wystraszona trzaśnięciem drzwi od siodlarni. Zgrabnym ruchem założyłam jej ogłowie, a zaraz później siodło, nerwowo poprawiając popręg, który wciąż wydawał mi się źle zapięty.
- Powinnaś już wychodzić - zza pleców usłyszałam głos Emerson, która definitywnie nie potrafiła powstrzymać rozbawienia całą tą sytuacją, a przede wszystkim moim obecnym nastrojem. Szatynka opadła się na drzwiach od boksu, wwiercając we mnie uważne, jednak wciąż iskrzące radością spojrzenie. - Chyba nie próbujesz się wywinąć?
Uśmiechnęłam się pod nosem, równocześnie kręcąc głową w geście odmowy.
- Nie, to byłby ogromny nietakt z mojej strony.
Dziewczyna parsknęła cicho i nim zdążyłam ją zatrzymać, wybiegła ze stajni, w biegu rzucając coś o jakimś spotkaniu na które nie może się spóźnić.
Odwróciłam się z powrotem do Lady Makbet, chwytając ją za wodze i lekkim, ale zdecydowanym pociągnięciem zmuszając do podążania tuż przy moim boku. Zatrzymałam ją dopiero po wyjściu z budynku stajennego tuż przy podwyższeniu, mającym pomóc niższym osobom w łatwiejszym wsiadaniu na konia. Zgrabnym ruchem wsunęłam lewą nogę w strzemię, wybijając się z prawej i przekładając ją przez grzbiet klaczy, która lekko przestraszona zrobiła dwa kroki do tyłu. Gdybym nie miała dobrego refleksu i nie zdążyła chwycić się przedniego łęku siodła, pewnie skończyłabym na ziemi. I znając swoje szczęście właśnie wtedy przyszedłby Zain, który uśmiałby się, widząc mnie leżącą na piachu.
Jakby na potwierdzenie moich myśli, kątem oka zobaczyłam sylwetkę chłopaka, a tuż za nim jego klacz. Po chwili do moich uszu dotarły też jego słowa.
- A już myślałem, że naprawdę mnie zrobiłaś w konia - zadarł głowę ku górze, zapewne usiłując odgadnąć w jakim jestem nastroju. Czy zamierzam go zabrać do lasu, zabić i porzucić pod sosną czy rzeczywiście zależy mi na pokoju. Osobiście sama nie byłam tego pewna.
- Przecież obiecałam - wzruszyłam ramionami, podczas gdy Zain wdrapał się na grzbiet Morrigan. Klacz położyła po sobie uszy, ale nie wykonała żadnego ruchu, pozwalając chłopakowi na wygodne ułożenie się w siodle. Po chwili wahania odezwałam się ponownie: - Zresztą czy z tobą, czy bez, pojechałabym w teren, gdyż Lady Makbet potrzebne jest trochę ruchu.
Malik mruknął coś, zapewne niezbyt miłego, pod nosem. Przez moment zastanawiałam się, czy nie rzucić czegoś odnośnie tego pomruku, ale to zapewne byłby krok przeciwny końcowemu i przede wszystkim pozytywnego efektowi przejażdżki.
- Mam do ciebie pytanie... - zaczął, nim ruszyliśmy w stronę lasu. Podniosłam wzrok znad uszu Lady Makbet, wbijając go w twarz Zaina. - ...mogę wołać na ciebie City?
Wciągnęłam głośno powietrze jeszcze zanim zdążyłam uświadomić sobie, co zamierzam zrobić. A kiedy z niewiadomego powodu moje policzki pokrył lekki rumieniec, szybko odwróciłam głowę, wbijając wzrok jakiś punkt daleko od nas.
- Rób jak chcesz, nie zastrzelę cię za to. Wiatrówkę zostawiłam w domu - palnęłam bezmyślnie, dosłownie po sekundzie szybko zamykając usta i zasłaniając je dodatkowo dłonią, gdy zdałam sobie sprawę z sensu właśnie wypowiedzianych przez siebie słów. - O Jezu, przepraszam. Ja... kurczę...
Jednak nim zdążyłam dokończyć albo ułożyć jakieś w miarę sensowne wyjaśnienie, chłopak zaśmiał się pod nosem. Liczyłam na coś zupełnie innego, jednak on po prostu uśmiechnął się szeroko bez cienia kpiny czy złośliwości, tak dla niego charakterystycznej i przekrzywił lekko głowę, jakby to miało ułatwić mu przejrzenie mnie na wylot. 
- Będę o tym pamiętał, kiedy mnie do siebie zaprosisz - rzucił podobnym tonem do mojego, kiedy wspominałam o posiadaniu broni. Odpowiedziałam parsknięciem, które pierwotnie miało przypominać cichy śmiech, a nie kichnięcie grubego kota.
- Nie sądzę, żeby nastąpiło to w najbliższej przyszłości. Nawet w tej najdalszej - poprawiłam się szybko. W międzyczasie cmoknęłam na Lady Makbet, a ta ruszyła posłusznie stępem tuż obok idącej Morrigan, którą dosiadał Zain. Co jakiś czas kątem oka widziałam jak klacz Malika kładła po sobie uszy w nerwowym odruchu, zaś moja parła naprzód usiłując wykorzystać każdy głośniejszy dźwięk jako pretekst do przyspieszenia. Przypuszczałam, że kiedy oba konie zwiększą tempo, nie damy rady ich już zatrzymać, dlatego też na razie wstrzymywałam swojego wierzchowca przed galopem.
Z ciekawością rozglądałam się dookoła,szukając pierwszych oznak wiosny. Co prawda zima się jeszcze nie skończyła, ale w przeciągu tych kilku dni można było odczuć ogromną różnicę jeśli chodzi o temperaturę i ilość słońca, które zresztą dzisiaj grzało wyjątkowo przyjemnie. Kiedy miałam pewność, że uwaga mojego towarzysza była skupiona na czymś innym, wyciągałam twarz do słońca, by poczuć na niej przyjemne ciepło złocistych promieni słonecznych.
- Mam pomysł - odezwałam się nagle, kiedy coś przyszło mi do głowy. Co prawda nie byłam pewna co do swojego pomysłu, bo w razie złego obrotu sprawy mógłby doprowadzić do jeszcze większego napięcia niż wcześniej. Jednak gdyby wszystko poszło po mojej myśli, mnie i Zainowi byłoby dużo łatwiej się porozumieć. A przynajmniej na tyle, by znosić swoje towarzystwo. 
Malik oderwał wzrok od uszu swojej klaczy, przenosząc go na mnie w oczekiwaniu na ciąg dalszy mojej wypowiedzi.
- Od tego momentu nie próbujemy udawać ani kontrolować tego, co mówimy albo robimy - uśmiechnęłam się lekko, chociaż mina Zaina powinna sprawić, że moja mina zrzednie. Przez chwilę wpatrywał się we mnie jakbym była po prostu głupia, a moment później z wahaniem wymalowanym na twarzy.
- Nie wiedziałem, że mieliśmy udawać i się kontrolować. Poza tym, chyba chcesz mieć pretekst, żeby mnie uderzyć - rzucił żartobliwym tonem, na co ja przewróciłam oczami. - Wiedziałem, że to zrobisz.
Uśmiechnęłam się w odpowiedzi. 
- Nie będę cię bić, obiecuję. Chodzi mi bardziej o to, że nie będziemy na to uważać do końca szkoły. I jeśli teraz nie damy upustu naszym opiniom o sobie nawzajem, to wkrótce ponownie będziemy na siebie parskać. A to nie wyjdzie na dobre żadnemu z nas - przełożyłam wodze do jednej ręki, drugą wyciągając w kierunku Zaina. - Umowa stoi?
Przed dobre kilkanaście sekund po prostu jechałam z wyciągniętą w kierunku chłopaka ręką, z każdą chwilą czując narastające zażenowanie całą tą sytuacją. Aczkolwiek jeśli cofnęłabym ją, dałabym mu wyraźny znak, że łatwo mnie zawstydzić lub zmusić do ustąpienia.
- Stoi - uścisnął moją dłoń, przypieczętowując tym naszą umowę. Sądziłam też, że Zain szybko skorzysta z 'przywileju szczerości' jak żartobliwie zaczęłam go nazywać, jednak on kontynuował spokojną jazdę. I chociaż zazwyczaj nie miałam nic przeciwko ciszy, w tamtym momencie byłam dziwnie złakniona rozmowy. Bo milcząca przejażdżka nie liczy się, jeśli chodzi o wypełnienie umowy.
- Więc, Zain, obiło mi się o uszy, że lubisz muzykę - spróbowałam zacząć jakiś neutralny i przyjemny dla nas obojga temat.
- Obiło ci się o uszy, hm? - zauważył lekko sarkastycznie, jednak nie potrafił ukryć delikatnego uśmiechu, w jaki ułożyły się jego usta po usłyszeniu moich słów. To dało mi niewielki obraz tego, jakim człowiekiem jest Zain. Chłopak definitywnie lubił słyszeć, że ktoś się nim interesował.
- Przebywanie z Emerson to jak ciągłe czytanie wiadomości z życia Morgan - wytłumaczyłam szybko, by nie myślał, że sama próbowałam się czegokolwiek o nim dowiedzieć. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że tym sformułowaniem mogłam obrazić przyjaciółkę. - Nie chodzi mi o to, że plotkuje. Po prostu zadaje się z dużą ilością ludzi i czasami rzuca jakimiś informacjami. Ale nigdy nikogo nie obraża. Jest naprawdę miła i ani razu...
- Dość - Zain przerwał mi w pół zdania, instynktownie wyczuwając, jak bardzo potrzebuję ratunku. Dosłownie zaplątałam się we własnym poprawianiu i najpewniej moje ostatnie słowa musiały brzmieć jak niezrozumiały bełkot. - Rozumiem, o co ci chodzi.
Spuściłam głowę po części zawstydzona, po części żeby ukryć rumieńce, jednak dla utrzymania pozorów udałam, że schylam się, by sprawdzić popręg.
- Ale tak, śpiewam - odpowiedział po krótkim milczeniu.
- Po to, żeby wyrwać dziewczyny, czy dlatego, że to twoja pasja?
Chociaż pytanie było całkowicie poważne, Zain parsknął krótkim śmiechem. Morrigan zastrzygła na to uszami, a ja wyprostowałam się w siodle skonfundowana.
- Pytasz serio?
- Nie, pół żartem - mruknęłam, biorąc głęboki oddech i przygotowując się do kontynuowania swojej wypowiedzi. - Kiedy chodziłam do liceum w Canberze większość chłopców będących w zespołach, czy udzielających się muzycznie robiła to, żeby jakaś uczennica zwróciła na nich uwagę. A na ciebie definitywnie zwraca uwagę spora grupa dziewczyn.
- Więc jaka jest diagnoza, pani doktor? - odwróciłam głowę w jego stronę i zmrużyłam oczy, jakbym głęboko zastanawiała się nad odpowiedzią na jego pytanie.
- Myślę, że robisz to, żeby połechtać swoje ego.
- Więc tak mnie widzisz?
- To ty dzisiaj powiedziałeś mi, że jestem pyskata. To tylko forma rewanżu za rano - uniosłam kącik ust ku górze, a Zain po chwili odpowiedział tym samym. Ściągnęłam wodze, skracając ich długość i poprawiając się w siodle. - Niedaleko powinno być jezioro. Jest dość ciepło, ale zważywszy na niedawne mrozy lód powinien być wystarczająco gruby, żeby się nie zapadł, kiedy będziemy się ślizgać. Co ty na to?

Zain?

wtorek, 3 kwietnia 2018

Od Felicity do Zaina

- Dlaczego w ogóle z nim rozmawiałaś? - naskoczyłam na Emerson, kiedy po wyjściu z klasy od języka angielskiego dostatecznie oddaliłyśmy się od reszty uczniów. Przez całą lekcję kręciłam się nerwowo i nie potrafiłam się na niczym skupić, czując wyraźny dyskomfort spowodowany tym, że Malik posadził swój zarozumiały tyłek w ławce tuż za nami. Ilekroć do mojego ucha docierał dźwięk świadczący o jego ruchu albo głośniejsze westchnięcie, miałam ochotę albo odwrócić się i walnąć go opasłym podręcznikiem od angielskiego w głowę, albo po prostu wyjść z klasy, trzaskając za sobą drzwiami, byleby znaleźć się od tego radioaktywnego źródła jak najdalej. Przed zrobieniem obu tych świadczących o kiepskiej samokontroli rzeczy powstrzymywała mnie Em, a później i Archie, którzy uparcie i dosyć skutecznie rozpraszali moją uwagę. Do tego stopnia, że kiedy pani Larson przyuważyła ich zachowanie i zwróciła się do mnie z pytaniem dotyczącym przeprowadzanej przez nią lekcji, nie wiedziałam absolutnie niczego o zadanym temacie. W efekcie zostałam dość szybko przywołana przez kobietę do porządku.
Szatynka złapała mnie za ramię, lekko je szarpiąc.
- Rozmawiałam z nim, ponieważ od swojej ostatniej zmiany zachowujesz się okropnie, mrucząc pod nosem złośliwe epitety za każdym razem, kiedy tylko Zain znajdzie się w zasięgu twojego wzroku. Potrafię myśleć logicznie, więc dodałam dwa do dwóch i...
- Wyszło ci cztery? - przerwałam jej w połowie zdania, na co Emerson zareagowała westchnięciem, nawet nie kryjąc poirytowania i zmęczenia, jakie się w nim czaiło.
- Wszyscy w szkole wiedzą, że potrafi być... - zatrzymała się na chwilę, jakby nie chcąc wypalić nic co mogłoby być uznane za nieodpowiednie. Cała Kincaid, nie byłaby złośliwa nawet, gdyby ktoś jawnie ją obraził. Osobiście uważam, że cecha ta nie jest zbyt potrzebna do życia, ale nie mogę też nie przyznać, że Emerson łagodzi nią mój raczej chłodny charakter. - ...trudny, ale powinnaś docenić to, że zdecydował się cię przeprosić.
- A ty powinnaś stać po mojej stronie - zauważyłam. Przystanęłam na chwilę, opierając plecy o jedną z dłuższych korytarzowych ścian. - I możesz mi nie wierzyć, ale gdyby nie Harry, Zainowi nawet nie przeszłoby przez myśl mnie przeprosić. To typ człowieka, który jest dupkiem z własnego wyboru i dobrze mu z tym, że działa innym na nerwy. Pewnie nawet gdyby oblał kogoś swoim napojem, wzruszyłby ramionami i poszedłby po dolewkę.
- Okej. Nawet jeśli, to pewnie ma kilka zalet, które... - spróbowała ponownie, jednak po raz kolejny popsułam jej plany.
- Skończ, dobra? - poprosiłam szorstko, a Emerson wyczuwając, że mam już serdecznie dość tematu Malika, skinęła głową. Z pewnością niedługo do niego wróci, w końcu jest tak uparta, jak ja, jednak przez najbliższą godzinę powinnam mieć go z głowy. Westchnęłam z wyraźną ulgą i zmusiłam się do lekkiego uśmiechu. - Okej, muszę wypuścić Gandalfa zanim rozniesie cały pokój w drobny mak. Idziesz ze mną?
Dziewczyna zawahała się przez chwilę, jednak ostatecznie skinęła głową na znak zgody. Zanim jednak ruszyłyśmy w budynku z sypialniami, zastrzegła:
- Byle szybko, mam jeszcze coś do zrobienia.
Uniosłam brew w wyrazie zaskoczenia i geście zachęcającym ją do rozwinięcia tej dość oszczędnej w słowa i szczegóły wypowiedzi.
- Och, no umówiłam się z kimś - rzuciła takim tonem, jakby tłumaczyła coś niezbyt rozgarniętemu dzieciakowi, a powtarzanie tego samego strasznie ją zmęczyło.
- Ojejku! Musisz mi wszystko opowiedzieć. Nie pomijaj szczegółów! - złapałam ją pod ramię, na co Emerson zareagowała cichym śmiechem.

~~~
- Mogę cię prosić na słówko? - zacisnęłam palce na przerzuconym przez ramię pasku od plecaka, stając między rozmawiającymi Harrym a Zainem i jednocześnie przerywając ich konwersację. W jednej chwili dwie pary oczu skierowały się w moim kierunku, jedna z wyraźnym zaskoczeniem, druga z ledwie ukrywaną szelmowską wesołością. Z ledwo ukrytym zakłopotaniem czekałam na jakąkolwiek reakcję, jednak Malik musiał czerpać ogromną satysfakcję przez stawianie mnie w niekomfortowej sytuacji. W końcu po chwili - która wydała mi się wiecznością - skinął głową w stronę Harry'ego, który uśmiechnąwszy się, ruszył w kierunku sali, gdzie miała się odbyć kolejna lekcja.
- Więc?
Z trudem powstrzymałam się przed przewróceniem oczami lub wykonaniem innej czynności, która zdradziłaby moje zirytowanie. Zamiast tego przymknęłam oczami i wzięłam głęboki oddech, by odzyskać spokój. Kiedy podniosłam powieki, Zain wpatrywał się we mnie już z lekkim zniecierpliwieniem.
- Więc, czy rzecz, która mogła mnie zainteresować nie jest przypadkiem niewielka i nie służy do otwierania drzwi? Drzwi od mojego pokoju na przykład?
Kąciki ust Malika zaczęły powoli unosić się ku górze, nadając jego twarzy wesoły, może trochę psotny wyraz. Przez chwilę przypominał dziecko, które cieszy się z udanego psikusa. Chciałam to skomentować, jednak w porę zdałam sobie sprawę, że zmniejszyłoby to moje szanse na Skrzyżował ręce na wysokości klatki piersiowej, opierając się plecami o ścianę i nie przestając się we mnie wpatrywać.
- Nie mówię tak, nie mówię nie.
Spróbowałam odwzajemnić uśmiech, który, jak mogłam się domyślać, wyszedł w moim wykonaniu dość marnie.
- Okej, więc mam dla ciebie hipotetyczną propozycję. Ja pójdę powiedzieć Harry'emu, że mnie przeprosiłeś i będę starała się robić wszystko, żeby uwierzył, że nie irytujesz mnie swoją osobą, a ty oddasz mi hipotetycznie posiadane teraz klucze - zaczęłam skubać rękaw swojej białej bluzy, oczyszczając ją z włosów Gandalfa, które musiały się przyczepić rano, kiedy kocur chodził wściekły po pokoju po tym, jak zrzuciłam go z łóżka.
- Nie.
- Nie? Jak to, cholera, nie? - spojrzałam na niego z niedowierzaniem.
- Po prostu: nie.
Prychnęłam pod nosem. Jeszcze przed chwilą byłam niemal pewna, że Zain chętnie przystanie na moją propozycję. Byłam tym bardziej zaskoczona, że na całą moją wypowiedź zareagował tylko krótkim zaprzeczeniem, nie potrafiąc tego wytłumaczyć. W tamtej chwili z trudem powstrzymywałam się przed obróceniem na pięcie i zostawieniem go stojącego samotnie w korytarzu. On pewnie zareagowałby na to tylko śmiechem albo wzruszeniem ramion, jednak dla mnie byłby to bezpieczny sposób na pozbycie się negatywnych emocji.
- Czyli będziesz trzymał moje klucze do czasu aż znudzi ci się działanie komuś na nerwy? - starałam cię mówić jak najspokojniej, powoli cedząc słowa, by nie dodać jakiejś obelgi. Widząc, jak Zain nadal wpatruje się we mnie niewzruszony, dodałam półgłosem: - Co za dupek.
- Właśnie o to mi chodzi, Felicity. Plus nie mam zamiaru okłamywać Harry'ego - Wow, cóż za szlachetność. Sto punktów dla Gryffindoru. - Ale, jeśli pozwolisz udowodnić sobie, że nie jestem tylko dupkiem, który czerpie szczęście z irytowania innych, z przyjemnością oddam ci hipotetycznie posiadane przez siebie klucze.
- Tylko tyle? - chłopak zaskoczył mnie po raz kolejny w ciągu tej krótkiej rozmowy, jednak tym razem raczej pozytywnie. Przyznam, że taka inicjatywa ze strony Malika do tej pory wydała mi się niemożliwa, bowiem w moich oczach - wciąż - był pretensjonalnym idiotą, dla którego liczyło się tylko, że w oczach innych był świecącą jaśniej od reszty gwiazdeczką. Jednak po jego słowach zaczęłam się zastanawiać, czy nie oceniłam go zbyt pochopnie, a na dotąd wykreowanym w mojej głowie wizerunku Zaina pojawiła się długa, podłużna rysa.
- Tylko tyle - uniósł ręce ku górze w geście, że nie ma nic do ukrycia.
Westchnęłam w duchu, obawiając się trochę, że chłopak próbuje mnie w jakiś sposób wykiwać albo zakpić sobie ze mnie, wykorzystując, że mam dość jego irytujących wypowiedzi i zachowania. Obiecałam sobie, że będę stawiała kroki powoli, obserwując go bardzo uważnie, by nie umknęło mi uwadze, gdyby coś zdradziło, że jego zamiary są odmienne od tych, które mi przedstawił.
- Okej. Między lekcjami a treningiem mamy dwie i pół godziny przerwy, możemy wybrać się na przejażdżkę. Lady Makbet potrzebuje się trochę rozgrzać i zmęczyć przed treningiem, a i pewnie twojej klaczy przyda się pobiegać - zaproponowałam po krótkim namyśle - O, i obiecuję, że nie się nie spóźnimy. Pasuje ci to?
Zawahał się przez chwilę, jakby testując rozmiar mojej cierpliwości, kiwając głową dopiero po upływie pewnego czasu.
- O drugiej przed stajnią? - upewnił się, unosząc lewą brew ku górze.
- O drugiej gotowy przed stajnią - poprawiłam go i jednocześnie potwierdziłam spotkanie. - Ale potrzebuję kluczy już teraz, bo mój kot zaraz rozniesie mi pokój, a później muszę się przebrać w strój do jazdy, bo trenerka Blue nie dopuści mnie do zajęć.
Zain wsadził rękę do kieszeni i przez chwilę trzymał ją tam, kręcąc kluczami.
- Brzmi jakbyś próbowała mnie wykiwać.
Przewróciłam oczami, na powrót czując lekką irytacją osobą Malika. Zaskakujące jest to, jak moje odczucia co do chłopaka potrafią zmieniać się w tak zawrotnym tempie. W jednej chwili mam ochotę strzelić go w twarz, w drugiej wydaje mi się, że jest całkiem w porządku, a później po raz kolejny gra mi na nerwach. Taka karuzela nastrojów zdecydowanie nie mogła pozytywnie działać na moje samopoczucie, dlatego po wypełnieniu umowy zamierzałam spędzić miły wieczór z Emerson i Archie'm, oglądając z nimi coś na Netflixie.
- Obiecuję, że nie mam zamiaru cię oszukać - spróbowałam go przekonać, a swoje słowa podkreśliłam najżyczliwszym tonem, na jaki potrafiłam się zdobyć. - Na honor harcerza?
- Nie byłaś nigdy harcerzem, prawda? - uniósł w górę lewy kącik ust, wyciągając w moim kierunku rękę, trzymając w dłoni moje klucze.
- Nah - przytaknęłam i chwyciwszy swoją rzecz, zabrałam mu ją. Uśmiechnęłam się lekko i wcisnęłam je jak najszybciej do kieszeni dżinsów. Ruszyłam, kolejny raz tego dnia, w stronę skrzydła z sypialniami, ale zatrzymałam się w pół kroku, odwracając jeszcze na moment w jego stronę. - I tym razem klapnij sobie obok Harry'ego, bo nie mam zamiaru spędzić kolejnej lekcji w twoim bliskim towarzystwie.

Zain?

czwartek, 22 marca 2018

Od Felicity do Zaina

Zaciskając dłonie w pięści i naprzemiennie je rozprostowując, dotarłam z powrotem do swojego stanowiska za barem. Jednak nawet kiedy tam stanęłam, nie potrafiłam pozbyć się dopiero rozpalającego się w moim wnętrzu płomienia złości, który był efektem zabaw Zaina Malika w cholernego piromana emocjonalnego. Byłam niemal stuprocentowo pewna, że gdyby nie odbiło się to negatywnie na mojej pracy, oblałabym go piwem z sokiem wiśniowym, które zaraz po złożeniu przez tę dwójkę zamówienia musiałam zanieść do sąsiedniego stolika. Czemu sok wiśniowy? Otóż zazwyczaj jest on dość problematyczny do usunięcia. Nie wystarczyłaby więc wizyta w toalecie, by pozbyć się ciemnoczerwonej plamy na materiale, a ja do momentu wyjścia Harry'ego i jego towarzysza mogłabym napawać się tym satysfakcjonującym widokiem.
- Wyglądałam podobnie, kiedy wyobrażałam sobie jak potraktuję tego wieszaka, dla którego zostawił mnie mój były - Delilah trąciła mnie lekko łokciem, zwracając na siebie całą moją uwagę. Szkoda, że zrobiła to dopiero po skończeniu swojej wypowiedzi, bowiem byłam tak zamyślona, że zrozumiałam może piąte przez dziesiąte z jej słów.
- Huh?
- Mówiłam, że kie... - urwała w pół słowa i machnęła niedbale ręką, jakby nagle stwierdziła, że nie ma zamiaru marnować swojego cennego czasu na powtarzanie swoich słów, bo nie zdążyłam poświęcić jej chwili uwagi poprzednim razem. Jej wyraz twarzy zdradzał, że długa praca dała jej się już we znaki, a znużenie wymieszało się z rozbawieniem spowodowanym moim niedawnym zamyśleniem się.- Zresztą nieważne. Chodzi o to, żebyś po prostu zmieniła ten diabelski uśmieszek na taki, jaki chcą widzieć klienci. Miły. Bo na tę chwilę sprawiasz wrażenie, jakbyś chciała zamordować każdego, kto tylko wejdzie ci w drogę.
Westchnęłam cicho pod nosem, z trudem powstrzymawszy się przed parsknięciem lub chociażby ostentacyjnym przewróceniem oczami.
- Wiem, wiem. Staram się, Delilah - odpowiedziałam ku jej widocznemu zadowoleniu. Z lekkim uśmiechem wróciła do swojej poprzedniej czynności, to znaczy radosnego paplania z niewiele starszym od nas klientem płci męskiej. Ja za to dalej stałam odwrócona tyłem do baru i gdyby nie mnogość odbić w kryształowo czystej powierzchni kieliszków, które wyglądały tak tylko dlatego, że ostatnią godzinę spędziłam na dokładnym ich wycieraniu, nie zauważyłabym, że w ciągu mojej rozmowy z rudowłosą ktoś klapnął na jeden z barowych stołków.
- Słucham? - starałam się, by zabrzmiało to w miarę uprzejmie, jednak faktycznie skutek wcale nie był tak pozytywny. W efekcie brzmiałam, jakbym ledwo powstrzymywała się od ciśnięcia w Zaina jednej z butelek z tanim alkoholem, którym przez moment się przypatrywał.
- Mój przyjaciel wmawia mi, że jesteś zła i kazał cię przeprosić - wciągnęłam głośno powietrze, nie mogąc uwierzyć w tupet chłopaka, który przez nieodpowiedni i niewprawny dobór słów zamiast mnie uspokoić, jeszcze bardziej mnie zdenerwował.
- Danie będzie za chwilę - rzuciłam podobnym do wcześniejszego tonem, nie przerywając wycierania świeżo umytego kufla po piwie.
Zacisnęłam zęby na dźwięk jego cichego śmiechu, który wbrew pozorom wcale nie był taki dyskretny.
- Nie jesteś zbytnio rozmowna - kto by pomyślał, że tak krótki komentarz, tak bardzo potrafi zirytować. Ale najwyraźniej ukrytym talentem chłopaka była świetnie rozwinięta umiejętność szybkiego doprowadzania innych do szału.
Obróciłam się szybko w stronę Zaina, przywołując firmowy uśmiech.
- Ty za to rozmownością nadrabiasz za nas oboje - skrzyżowałam ramiona na wysokości klatki piersiowej, odgradzając się od niego dodatkową 'barierą'. Liczyłam, że to nada mojej niechęci do chłopaka dodatkowej wyrazistości i po prostu wróci on na swoje miejsce, by ze względną grzecznością poczekać na jedzenie.
Na krótką chwilę zapadła bardzo ciesząca mnie cisza, która spowodowała wykiełkowanie u mnie niewielkiej nadziei na to, że chłopak postąpi według mojej chęci i odejdzie od baru. Jak można się było spodziewać, szybko została zdeptana ogromnym buciorem rzeczywistości.
- Więc, Felicity... - zaczął powoli, jakby z trudem udawało mu się powstrzymać od kolejnego złośliwego komentarza.
- Więc, Zain - przerwałam mu, jednocześnie go przedrzeźniając. - Nie jesteś zbyt dobry w składaniu przeprosin, hm? No bo wiesz, niektórzy chociaż się starają. Ale najwyraźniej pięciolatki mają od ciebie więcej karności - nie mogłam nie przyznać, że takie słowa sprawiły mi ogromną satysfakcję. Można było to zauważyć po moim uśmiechu, który był najbliższy szczerości od momentu spotkania Malika i który nie był pozbawiony lekko drwiącego akcentu.- Danie zaraz będzie gotowe.
Po tych słowach skierowałam swoje kroki ku wejściu do kuchni, gdzie na szczęście czekało już zamówienie dwójki uczniów z Morgan.
- Terrence? - zatrzymałam się na chwilę, by zapytać o coś pracującego tutaj kucharza. W wolnych chwilach czasami zamienialiśmy kilka słów, ale były to raczej niezobowiązujące pogawędki, których tematy kręciły się wokół pracy. - Co groziłoby mi za naplucie do zamówienia klienta, który jest totalnym dupkiem?
- Oprócz więzienia, gdyby wyszło to na jaw? - błysnął zębami, kiedy kąciki jego ust uniosły się ku górze. - Chyba poza tym niewielkim faktem nic szczególnego.
Skrzywiłam się brzydko, nie potrafiąc ukryć rozczarowania.
- Cóż, czyli pozostaje mi bycie przykładną pracownicą i grzeczne podanie zamówienia? - spytałam, siląc się na lekki i żartobliwy ton.
- Ewentualnie możesz pobawić się w zagranie roli niezdarnej kelnerki, która w wyniku działania sił wyższych i czystego przypadku oblewa irytującego klienta zamówionym napojem.
- Zbyt oczywiste - puściłam mu oczko i nałożywszy jedzenie oraz picie na tackę, skierowałam swoje kroki ku przejściu łączącym kuchnię z salą. Jednak zanim zebrałam się, by podejść do stolika przy którym siedział Harry i Zain, musiałam na chwilę przystanąć i wziąć kilka głębszych oddechów, które miały dodać mi nie tylko trochę odwagi, ale i uzupełnić wyczerpane pokłady cierpliwości i wyrozumiałości dla chodzących po świecie idiotów.
- Proszę bardzo - zwróciłam się do siedzącej dwójki, tym samym przerywając ich rozmowę. Ostrożnie postawiłam talerz oraz naczynie z napojem i przyciągnęłam tacę do piersi, zatrzymując się jeszcze na dosłownie momencik. Stojąc przodem do stolika, nieznacznie obróciłam się w kierunku Zaina, cedząc przez zęby pseudo-uprzejmym głosem. - Całkiem szybko prawda?
I nim chłopakowi udało się rzucić kolejną złośliwością, odeszłam od zajmowanego przez nich miejsca. Zerknąwszy na zegar, westchnęłam w duszy z ulgą, bowiem uświadomiłam sobie, że do końca mojej zmiany została jakaś godzina. Lubiłam swoją pracę i to, jak smakowało nie bycie całkowicie zależnym od rodziców, jednak czasami wolałabym spędzić sobotni wieczór gdzieś indziej niż w barze, pracując. Mogłabym zamiast tego spędzić leniwy wieczór pod kołdrą i włączonym na notebooku Netflixie, na którym oglądałabym seriale przez całą noc, przegryzając od czasu do czasu popcorn lub jakieś okropnie kaloryczne i niezdrowe chrupki. Nie uważałam się nigdy za osobę szczególnie leniwą, ale kto nie uznałby wizji spędzenia tak miłego wieczoru za świetną?

Poniedziałki nie należały do dni, które darzę szczególnym uczuciem. Częściowo przez fakt, że oznaczał koniec zbawiennego weekendu, a po części przez to, że w każdy ranek pierwszego dnia tygodnia nie było w stołówce dżemu. Nie miałam pojęcia dlaczego, ale nie potrafiłam ugasić płomyka nadziei na pojawienie się marmolady zawsze, kiedy podchodziłam do wyłożonych w naczyniach produktów.
Jednak jeśli chodzi o poranną jazdę, nie miałam na co narzekać. Nie dość, że trafiłam do tej samej grupy, co Archie, to western jako pierwszy trening był spełnieniem marzeń. Gdybym wylądowała w pierwszej grupie, to co poniedziałek z samego rana miałabym zapewniony szybki powrót do rzeczywistości, bowiem współpraca z Lady Makbet na lekcji ujeżdżania nie malowała się kolorowo. Klacz była dzisiaj wyjątkowo posłuszna i poza jednym baranem, który zrobiła na początku treningu, ładnie chodziła w zastępie, nie wyrywając się do przodu. Cieszyłam się, że przed nami kłusowała sobie Twilight z Archiem na grzbiecie. Lady Makbet zdążyła już całkiem nieźle poznać się z klaczą Andrewsa, dlatego też zachowywała się dużo grzeczniej, kiedy to właśnie Twilight się przed nią znajdowała.
Nigdy nie zwracałam na to szczególnie uwagi, dopiero dzisiaj skupiłam się na sprawdzeniu, kto jeszcze należy do grupy drugiej. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy podczas przeczesywania spojrzeniem trenujących wraz ze mną uczniów, napotkałam wzrokiem nikogo innego, jak wczoraj poznanego - z wątpliwą przyjemnością - Zaina Malika.
Zacisnęłam jedynie wargi w cienką kreskę i zacmokałam na Lady Makbet, by ta trzymała tempo.

Po nałożeniu odpowiedniej porcji jedzenia na swój talerz klapnęłam na krzesło przystawione do stolika, przy którym siedzieli już Archie i Emerson. Po wciąż lekko wilgotnych rudych włosach Andrewsa było widać, że niedawno wyszedł spod prysznica. Em - w przeciwieństwie do mnie - również zdawała się tryskać energią. W lewej dłoni trzymała komórkę, przeglądając Instagram, jednak cała jej uwaga skupiała się na przepychance słownej z bratem.
Nie chcąc przerywać im tej pełnej namiętności rozmowy, założyłam na uszy słuchawki i włączyłam jedną z piosenek z Hamiltona.
W pewnej chwili podniosłam głowę znad ekranu komórki, spostrzegając, że Archie wstaje od stołu. Rudowłosy ruszył w kierunku chłopaka, w którym rozpoznałam Harry'ego i wdał się ze Stylesem w rozmowę. Po jakimś czasie przy tej dwójce stanął Zain. W pewnym momencie zaczął on przejeżdżać spojrzeniem po ludziach siedzących w stołówce, pewnie z powodu nieposiadania niczego ciekawszego do roboty. Kiedy jego wzrok zatrzymał się na moment na mojej twarzy, uniosłam brwi w wyrazie lekkiego zaskoczenia.
- Będę już lecieć, zostawiłam u siebie torbę - rzuciłam do siedzącej obok mnie szatynki, jednocześnie wstając od stołu. - Widzimy się w klasie.
Dotarcie i powrót z pokoju zajął mi stosunkowo niewiele czasu, jednak ten pozytywny akcent dnia został szybko przyćmiony pechowym wypadkiem - który spowodowany był momentem mojej nieuwagi. Zagapiwszy się na ekran komórki, wpadłam na Malika. On z tego zderzenia wyszedł bez szwanku, ja prawie wylądowałam tyłkiem na podłodze.
- Znowu ty - mruknęłam pod nosem, niekoniecznie chcąc, by mnie usłyszał.

Zain?

sobota, 10 marca 2018

Od Felicity do Zaina

Po raz kolejny w przeciągu jednej minuty spoglądałam na swoje odbicie w lusterku samochodowym, nieudolnie próbując poradzić sobie z narastającym stresem. Za każdym razem, gdy na krótki moment kierowałam swój wzrok na jego szklaną powierzchnię, widziałam te same ciemne oczy, próbujące ukryć czający się w nich strach. Zacisnęłam tak mocno, że wyglądały jedynie jak wąska malinowo-różowa kreska i spróbowałam skupić całą swoją uwagę na drodze oraz na prowadzeniu samochodu, który przez fakt, iż wybrałam drogę na skróty, która prowadziła przez niezasfaltowaną drogę, podskakiwał co kilka chwil. Według nawigacji do Morgan zostało mi około pięćdziesięciu kilometrów, ale na szczęście ta piaszczysta ścieżka kończyła się już za trzy. A przez fakt, że zamierzałam jechać najwyższą dozwoloną prędkością liczba ta będzie dość szybko się zmniejszała.
Chociaż jazda wyboistą drogą nie należała do najprzyjemniejszych, jazdę umilały mi ładne widoki typowe dla niewielkich wiejskich miejscowości. Po ogromnym pastwisku sąsiadującym z niewielkim gospodarstwem spacerowały odziane w kolorowe derki z nadrukiem w renifery niewielkie kucyki oraz jeden ogromny, będący zapewne przedstawicielem shire. Ten natomiast paradował z zielonym nakryciem z ogromnym elfem w pasiastej czapce. Oczywiście musiałam zwolnić, by bez przeszkody w postaci prędkości móc przez chwilę podziwiać te małe dzieła sztuki, ale uznałam, że warto poświęcić dwie lub trzy minuty bycia wcześniej w nowej szkole dla pogapienia się na przeurocze kucyki.
Na miejsce dojechałam po przeszło pół godzinie, co i tak było bardzo satysfakcjonującym wynikiem. Zanim jednak zmusiłam się, by wyjść z samochodu oparłam czoło o kierownicę w taki sposób, że moją twarz została całkowicie zasłonięta przez włosy, które rozsypały się dookoła niej i tak jak poradził mi kiedyś lekarz zaczęłam głęboko, rytmicznie oddychać. Dla moich znajomych z Canberry przeprowadzka do Londynu, pierwsza a później i druga zmiana szkoły wydawała się czymś ekscytującym. Uważali to za coś świetnego, nowy początek, katharsis, towarzyską reinkarnację czy jakieś inne bezsensowne gówno, a mnie bardziej zależało na totalnym przeciwieństwie - spokoju i poczucia stabilności. Jednocześnie zdawałam sobie sprawę, że to właśnie na naukę w Morgan harowałam przez ostatnie dwa lata i przyjazd do akademii powinien być dla mnie nagrodą, a nie problemem. Po przeprowadzce do Anglii rodzice nie byli zbyt dobrze rozeznani w szkołach, dlatego posłali mnie do tej znajdującej się najbliżej naszego mieszkania. Dopiero później zdali sobie sprawę ze swojego błędu, gdyż liceum to nie należało do tych cieszących się dobrą sławą i wysokim poziomem nauczania. Niemniej jednak poznałam w nim całkiem sporą grupę świetnych osób. Ale wracając, przez dwa lata starałam się zdobywać jak najwyższe oceny, by przenieść się do lepszej placówki i kiedy dostałam list informujący o tym, że przyjęto mnie do Morgan byłam wniebowzięta i miałam ochotę skakać z radości. I jestem pewna, że z czasem zacznę zauważać coraz więcej pozytywów, ale na razie byłam rozstrojona po wyjeździe z domu i zaczynała dopadać mnie tęsknota za rodziną.
Z natłoku myśli wyrwało mnie ciche pukanie w szybę, na które poderwałam się gwałtownie, uderzając potylicą o zagłówek fotela. Złapałam za klamkę i szybko otworzyłam drzwi, prawie uderzając nimi wysokiego rudzielca, spoglądającego na mnie z nieukrywanym rozbawieniem. Jednak była to jego bardzo życzliwa odmiana, bowiem wzrok ten pozbawiony był jakiejkolwiek kpiny, był po prostu pełen wesołości, wywołanej moim niecodziennym zachowaniem.
- Wybacz, sprawdzałem, czy nic ci się nie stało - chłopak uniósł lewy kącik ust jeszcze wyżej, mimo że wydawało mi się, że zwyczajnie nie da się już tego zrobić.
Przegryzłam lekko dolną wargę, zakładając jednocześnie kosmyk włosów za lewe ucho. Pierwsze minuty w nowej szkole i już ktoś widział, jak robię z siebie wariatkę.
- Nie ma problemu - odpowiedziałam gładko, odpowiadając uśmiechem, który w porównaniu z jego przypominał jedynie mętne odbicie. Po tych słowach zapadła dość niezręczna cisza. Najwyraźniej nie tylko ja czułam się niezręcznie z tą sytuacją, jednak rudzielec wyglądał na całkiem sympatycznego. A z takimi ludźmi wypadałby się zadawać. - Jestem City.
Chłopak uniósł brwi ku górze.
- Archie. Andrews - uścisnął lekko moją wyciągniętą w jego kierunku dłoń. - City to skrót, czy pełne imię? Jak Chicago od Kardashianów?
Popatrzyłam na niego z jeszcze większym zaskoczeniem niż on spoglądał na mnie przed momentem.
- Od Felicity, ale mniejsza z tym. Nie sądziłam, że jakikolwiek przedstawiciel płci męskiej interesuje się rodem Kardashianów - spróbowałam zmusić go do rozwinięcia tematu, będąc pełną ciekawości. - Nie żebym widziała cokolwiek nieodpowiedniego w czytaniu magazynów plotkarskich przez facetów.
Zaśmiał się krótko i dźwięcznie, a ja nie potrafiłam nie odwzajemnić uśmiechu, który dosłownie wpełzł na moje usta.
- Nie jestem więc wyjątkiem. Po prostu Emerson, moja siostra, zaczęła ostatnio paplać o tym przy obiedzie i tak jakoś zapamiętałem - przyznał ze wzruszeniem ramion.
- Po pierwsze, 'tak jakoś zapamiętałeś', a po drugie Emerson Kincaid to twoja siostra? - spytałam dla całkowitej pewności, a gdy przytaknął w geście potwierdzenia, szybko dodałam. - Pewnie ci o mnie nie wspominała, ale poznałyśmy się jakiś czas temu na jakimś forum. Ale to, że będę chodzić do tej szkoły co ona, to dzieło czystego i stuprocentowego przypadku. Przysięgam, że nie jestem stalkerem - uniosłam ręce do góry, naśladując zachowanie gangstera poddającego się funkcjonariuszowi.
- No wiesz, to brzmi całkiem podejrzanie - rzucił. Moją jedyną reakcją na te słowa było przegryzienie wargi. Po prostu stałam tam zakłopotana, wpatrując się w czubki swoich adidasów. - To był żart.
- Och - mruknęłam, wstydząc się trochę, że nie wyłapałam, iż był to kawał. Zdecydowałam się na sprawną zmianę tematu. - Może byłbyś tak uprzejmy i pomógł mi z bagażem? Dzięki temu nie będę musiała schodzić kilkakrotnie na dół.
- Nie ma sprawy.
Zabrałam część swoich toreb, a Archie zajął się resztą. Wyglądał na silnego, ale początkowo uważałam, że to tylko pozory. Jednak kiedy z łatwością podniósł moje dwie najcięższe walizki i zabrał dodatkowo kilka mniejszych rzeczy, nie mogłam ukryć podziwu. Miałam szczęście, że zgodził się mi pomóc, bowiem w przeciwnym razie musiałabym kursować wielokrotnie pomiędzy pokojem a samochodem, by zabrać się ze wszystkim. A w ten sposób wszystko znalazło się w mojej nowej sypialni bardzo sprawnie.

Westchnęłam z lekkim zniecierpliwieniem ścierając drewnianą powierzchnię lady barowej, która przez ciapowatego klienta pokryta była keczupem i niewielką ilością piwa korzennego. Brud nie mówił dobrze o restauracji - albo jak kto woli po prostu pubie, a że byłam najświeższą z kelnerek, to mnie przypadł zaszczyt czyszczenia zabrudzonego blatu. Zazwyczaj dzieliłam zmianę z Mae - jedną z dwóch pozostałych pracujących tu dziewczyn - w ciągu tych dwóch tygodniu zdążyłyśmy całkiem dobrze się poznać, w czym pomógł dodatkowo fakt, że dziewczyna również uczyła się w Morgan. Była całkiem sympatyczna i to właśnie dzięki jej wsparciu tak szybko zaaklimatyzowałam się w nowym miejscu.
Rodzice nigdy nie wywierali na mnie presji odnośnie znalezienia sobie miejsca pracy. Wielokrotnie powtarzali mi, że powinnam skupić się na nauce, a nie zdobywaniu pieniędzy, ponieważ nie mieli nic przeciwko utrzymywaniu mnie w czasie, kiedy ja chodziłam do szkoły. Nadal twierdzą, że im to nie przeszkadza, ale mimo to zdecydowałam znaleźć sobie coś do roboty, by choć w niewielkim stopniu ich odciążyć. Po tylu latach zarabiania nie tylko na swoje, ale i życie trójki dzieci należało im się choć trochę odpoczynku.
Mae dzisiaj nie przyszła do pracy, podobno musiała zająć się dzieckiem sąsiadki, która wyjechała nagle w sprawach służbowych. Z początku przyjęłam tę wiadomość z lekkim niepokojem, bowiem oznaczało to, że w tym samym czasie co ja będzie pracowała Delilah, a od mojego pierwszego dnia, kiedy to przypadkiem wylałam na nią kufel piwa, zdawała się mnie nie znosić. Najwyraźniej jednak miała dzisiaj dobry humor, bowiem zdawało mi się, że nawet się do mnie uśmiechnęła.
- Stufts, rusz tyłek i idź obsłuż stolik dziewiąty? Nie dam rady się nim teraz zająć, a czekają już dobre dziesięć minut - rudowłosa machnęła dłonią w moim kierunku, dodatkowo mnie poganiając. Przewróciłam oczami, wkładając notatnik do kieszonki w białym fartuszku, którego kolor wyraźnie odznaczał się na tle czerwieni, której barwę miała reszta uniformu. Był on raczej prosty, dolna część sięgała do połowy ud, a stójka uniemożliwiała występowanie dekoltu. Rękawy były krótkie, nie zasłaniały nawet ramion. Do tego każda z nas nosiła identyczne białe conversy, dlatego nic dziwnego, że wyglądem przypominałyśmy trochę licealne cheerleaderki.
Stanęłam przy stoliku, początkowo nie zwracając nawet zbytnio uwagi na siedzące przy nim osoby. Chciałam szybko przyjąć zamówienie, by przekazać je ludziom w kuchni i mieć swoją część pracy z głowy. Czy można nazwać to lenistwem? Oczywiście, że tak.
- Dobry wieczór, zdecydowali się już na coś państwo? - przywołałam na usta firmowy, życzliwy uśmiech i podniosłam wzrok znad notatnika, by spojrzeć na klientów. I nie mogłam nie przyznać, że zaskoczył mnie widok dwójki chłopaków, których bez problemu rozpoznałam jako uczniów z Morgan. Szkolne mury są idealną okazją do zabłyśnięcia, a bycie popularnym sprawia, że każdy wie o tobie wszystko. Harry'ego Stylesa nie dałoby się pomylić z nikim innym, dlatego z przypasowaniem odpowiedniego imienia do jego twarzy nie miałam problemu. Niemniej jednak przypomnienie sobie tożsamości drugiego z klientów zajęło mi trochę więcej czasu - Zain Malik.
Pozostało mi tylko modlić się w myślach, by żaden z nich mnie nie rozpoznał. Niektórzy podchodzili niezbyt pozytywnie do pracujących studentów, a ja nie zamierzałam być w ten sposób postrzegana. Nie żeby jakoś specjalnie obchodziło mnie czyjeś zdanie na mój temat.

Zain?