Pokazywanie postów oznaczonych etykietą June. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą June. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 maja 2017

Od June C.D. Alistaira - [...] Nie. Ja na pewno umarłam...

Chodziły plotki o balu... I tak nie mogłabym na niego pójść tańczyć, ale może chociaż posiedzieć, dotrzymać Alarowi towarzystwa. W końcu on zasługuje na oderwanie się od problemów. Stanęłam przed lustrem wciskając się w rurki. Cholera jasna, jakie to utrudnianie ludziom życia...  Z drugiej strony, ładnie w nich wyglądały moje nogi. Miałam nadzieję, że w tym stroju spodobam się... Kiedy to ja ostatni raz miałam takie myśli? A... w dzień wypadku... No tak. Dosyć logiczne. Włożyłam czarną bokserkę i trampki. Miałam wychodzić, kiedy usłyszałam krzyki na korytarzu.
- Niech się pani zatrzyma! Pani nie ma prawa! - nagle drzwi od mojego pokoju się otworzyły. Stanęła w nich dystyngowana, ładna kobieta, w czarnym garniturze...
- Mama? - byłam zszokowana.
- Pakujcie ją - w tym momencie do pomieszczenia wparowało dwóch mężczyzn, którzy zaczęli zabierać moje rzeczy.
- Ej! Zostawcie to! Co ty robisz?! Myślisz, że możesz tak po prostu mnie stąd zabrać?! - krzyczałam, zabierałam mężczyzną, rzeczy, moja matka jak niewzruszony posąg stała i kontrolowała pracę mężczyzn. W końcu upadłam na podłogę, oparłam się plecami o łóżko, a kolana przysunęłam do piersi. - Dlaczego?
- Maryse sprzątając twój pokój, po tym jak wyjechałaś znalazła leki.
- Boli mnie - odparłam.
- Dlatego miałaś u siebie zapas Vicodinu, morfiny i marihuany jak na dziesięć lat?! - krzyknęła, po chwili schowała twarz w dłonie.
- Ja stąd nie wyjdę.
- Kochanie - podeszła do mnie wolnym krokiem, jej obcasy słychać pewnie było na całym piętrze. Kucnęła, naprzeciw mnie i wzięła za ręce. - Poznałaś kogoś.
- Tak...
- On cię zostawi, albo prędzej ty, kiedy osiągniesz dna.
- Nieprawda! - do oczu zaczęły napływać mi łzy.
- Chcę ci tylko pomóc...
- To mnie tu zostaw - przerwałam jej.
- Znalazłam w Szwajcarii klinikę, pójdziesz na odwyk, pomogą ci z nogą.
- Nie dam jej sobie uciąć! Nie porzucę Fantome'a i Alara...
- Kogo? - zainteresowała się.
- Kogoś, kto jest dla mnie ważny...
- Wiesz, że to jedyna szansa dla was? - pogładziła moje włosy. - Odwyk nie trwa wiecznie, ale daje wieczne rezultaty - odwróciła się. Byłam już spakowana, pokój stał pusty. Byłyśmy w nim same. - Idziemy.
- Daj mi chociaż zostawić, dla niego wiadomość - poprosiłam. Westchnęła, ale pokiwała głową. Dokuśtykałam do stolika, z torebki wyjęłam zeszyt i długopis. Wyrwałam kartkę...

Pewnie będziesz wściekły, ale muszę wyjechać. Nie myśl, że Cię porzucam... ja po prostu nie mam wyboru. Chcą mnie zabrać na leczenie, ale wątpię, że ono coś pomoże. Jednak kiedy w moich rodzicach odzywa się instynkt, nie mogę protestować, bo mnie zmuszą, wolę zrobić to o co mnie proszą i jakoś to kontrolować. Chciałam zaprosić Cię na bal, żeby chociaż patrzeć jak tańczysz... mam nadzieję, że pójdziesz na niego beze mnie. Właściwie to musisz się nauczyć żyć beze mnie, ponieważ na odwyku nie będę miała możliwości zadzwonić. Wyjeżdżam do Szwajcarii, podobno wiedzą jak pomóc mojej nodze... Chcę, abyś wiedział, że Ci ani razu nie skłamałam. Jesteś dla mnie ważny i jeśli nie wrócę stamtąd, to przynajmniej zostanę tam z myślą, że ktoś mnie mógł pokochać. Dać szczęście... Pamiętasz jak mówiłam, że mogę umrzeć każdego dnia? Mam wrażenie, że w tym momencie moje serce przestaje bić i przestanie na pewno, kiedy opuszczę te mury... ale muszę spróbować.
Kocham Cię, Alar. Nie szukaj mnie. Tak będzie prościej, stary.
June

Łza spłynęła mi po policzku i spadła na kartkę... Wstałam. Podróż do pokoju nr 12 trochę mi zajęła. Tak jak myślałam, chłopak był na zajęciach, ale zostawił otwarte drzwi. Podeszłam do biurka, na którym położyłam kartkę... Będzie mi brakowało jego uśmiechu... jego całego.
Wychodząc z Akademii chciałam coś czuć. Ale w sercu miałam tylko ogromną pustkę, jakbym umarła. Nie. Ja na pewno umarłam...

poniedziałek, 8 maja 2017

Od June C.D. Alistaira

Okropnie się płoszył, jakby najmniejszy dotyk był zakazany, a później mnie wsadził mnie na tą półkę i pocałował. Nasze usta delikatnie się złączyły. Poczułam ich aksamit, miękkość, truskawkowy smak, ale także coś innego... nieśmiałe, niemalże zapomnienia skręcanie w brzuchu, ulgę, przyjemność, coś jeszcze... może pożądanie? Na chwilę zapomniałam o bólu, skupiając się tylko na chłopaku, którego znałam tak krótko, a którego teraz całowałam i nie chciałam przestać. Moje ręce powędrowały na jego szyję, tuż za linią szczęki, a jego krążyły po mojej talii. Przysunął się jeszcze bardziej do mnie, trącając moją nogę, na ułamek sekundy się skrzywiłam, nie przerywając pocałunku. Zrobił to natomiast Alar.
- Przepraszam - odparł cicho, spuszczając głowę.
- Ej, przystojniaku - jedną dłonią złapałam go za podbródek i zmusiłam, aby na mnie spojrzał. - Nie masz za co przepraszać.
- Ale... ja nie chcę sprawiać ci bólu.
- Alar... - moje ręce przesunęły się po jego szyi, a następnie po torsie, po czym wsunęłam je pod koszulkę chłopaka. Opuszkami palców muskałam jego mięśnie. To zdecydowanie było pożądanie. - Nie możesz bać się, że mnie skrzywdzisz. Już ktoś mnie skrzywdził, zostawiając mi kilka pamiątek, których nienawidzę. Bałam się wzroku ludzi, przez pewien czas samych ludzi. Jednak nie ciebie. Co z tego, że możesz sprawić mi ból, skoro o nim zapomnę? A  przyjemność, radość jaką możesz mi dać, będę pamiętać.
- Mącisz mi w głowie, po prostu chcesz mnie wykorzystać i zostawić - zaśmiał się.
- Jakbyś nie zauważył to ja z naszej dwójki mam problem z chodzeniem, o uciekaniu już nie wspomnę.
- A jaką mam gwarancję, że ty też mnie nie zostawisz dla jakiegoś idioty?
- Cóż... gwarancją może być moja inteligencja oraz naturalna skłonność do olewania tym bardziej mężczyzn im bardziej się starają. Przynajmniej dopóki delikwenta nie poznam bliżej.
- To na jakim poziomie jesteśmy?
- Ciężko określić. Znamy się tak krótko, a zachowujemy się, jakbyśmy się znali co najmniej kilka tygodni... to interesujące. Ty jesteś interesujący i uparty, bo nie zrezygnować.
- Lubię wyzwania - uśmiechnął się.
- Więc przełamanie strachu o skrzywdzeniu mnie, nie powinno stanowić dla ciebie większego problemu.
- To co innego - mruknął.
- To dokładnie to samo, Alar - tym razem to ja, go pocałowałam. Nie odwzajemnił go. Co za zmienny facet, no nie wytrzymam. Delikatnie ugryzłam go w wargę, a potem się odsunęłam. - Nie, to nie, ale zastanów się dobrze, co ty właśnie w tym momencie robisz.

Alistair?

czwartek, 4 maja 2017

Od June C.D. Alistaira

- Czy ty mi coś właśnie w tym momencie proponujesz? - zapytałam odwzajemniając jego spojrzenie. Ciekawe to pierwszy pęknie i się odwróci. W głębi duszy, miałam nadzieję, że on.
- Może - odparł cicho. - Ale to nie odpowiedź na moje pytanie.
- Masz rację, jednak zasmucę cię, ponieważ brzmi ona: zależy.
- Czy ty na wszystko musisz tak odpowiadać? Owijać w bawełnę, kręcić i mieszać? - zapytał z uśmiechem.
- Powiedz mi jeszcze, że to wcale nie czyni ze mnie tajemniczej, nieosiągalnej, pociągającej...
- Nie wyglądasz, jakby ci zależało na pociąganiu wszystkich dookoła - zauważył.
- A kto mówi o wszystkich dookoła, Alar? Jak na razie jestem tutaj na tyle długo, żebym była uważana za ponurą lekomankę bez przyszłości. Więc moje cele, można powiedzieć, są realizowane.
- Jak to? - zdziwił się.
- Normalnie, ponieważ zawsze zauważałam, że najlepsi są ci, którzy sami zwracają na ciebie uwagę, których nie musisz namawiać lub jak wolisz... kusić.
- Czyżbyś miała kogoś na myśli?
- A takiego jednego przystojniaka, leżącego w moim łóżku - zaśmiałam się.
- To musi być niezwykły człowiek...
- Oj niezwykły - wtrąciłam się.
- Muszę go poznać.
- Niestety, mam do dzisiaj na wyłączność, a przynajmniej coś takiego brzęczał jak robił mi śniadanko.
- Robi ci śniadanie? To jakiś ideał!
- A nie wiem, musiała bym go sobie dokładnie obejrzeć, bo tak bez oględzin, to trochę słabo - zrobiłam zmartwioną minę. - Wracając do twoje pytania, to nie pogardziłabym fajną zabawą, jednak jak wiadomo, rozrywkę trzeba dokładnie dawkować, bo inaczej może nie wyjść...
- Co proponujesz? - zapytał pochylając się w moją stronę.
- Hmmm... trudny wybór - odparłam odgarniając kosmyki włosów, opadające mu na twarz. Miał takie piękne, niezwykłe oczy... to dziwne, że mi zawsze najbardziej podobają się oczy. Chociaż z drugiej strony, są one lustrem duszy, podobno. Pochyliłam się w jego stronę, stykaliśmy się głowami. Moje usta delikatnie muskały jego. - A jakbym zaproponowała zbiorową amnezję?

Alar?
Myślę, że ładnie się wybroniłam. Teraz Ty się męcz <3

wtorek, 2 maja 2017

Od June C.D. Alistaira

- Cóż... ciężkie pytanie - przyznałam. - Sądzę, że tak... właściwie to czasem się zastanawiam dlaczego jestem sama i...
- I? - dopytywał.
- I stwierdzam, że jestem żałosną dziewczyną, która nie potrafi powstać z upadku, bo uważa, że i tak nie da rady się podnieść. Nie chce się zakochać, bo ma wrażenie, że kogoś zdradza, a przecież wie, że on chciałby żeby była szczęśliwa.
- Skomplikowane.
- Chyba chore - zaśmiałam się. - Wszystko zależy od sytuacji i czy trafi mi się przystojny, wyjątkowy chłopak - puściłam mu oczko i zaczęłam się śmiać.
- Grozisz czy obiecujesz? - zaczęłam wręcz pokładać się ze śmiechu.
- To zależy.
- To nie odpowiedź - wyszczerzył się.
- Jakby jeszcze nie zauważył, jestem typem zamkniętej w sobie osoby, która nie odpowiada na pytania, a jeśli to łaskawie zrobi, to w taki sposób, aby nikt nie wiedział o co chodzi.
- Inteligentne.
- Zdradzę ci sekret - pochyliłam się w jego stronę i pokazałam, żeby się zbliżył, zrobił to, a ja szepnęłam. - Bo ja jestem zajebiście inteligentna.
Wróciłam do poprzedniej pozycji, kiwając głową.
- Nie - Alar udawał zdziwionego.
- Tak... a przynajmniej takie plotki chodzą.
- Myślę, że to jednak tylko plotki.
- Też tak sądzę - wybuchnął nagłym śmiechem. Miał przyjemny śmiech, to dość ważne biorąc pod uwagę, że denerwuje mnie śmiech większości ludzi. Właściwie to cały był przyjemny. Nie żebym szukała nagle chłopaka czy coś, ale z przerażeniem stwierdziłam, że chyba... podkreślmy chyba... polubiłam Alara. Co jednak było najdziwniejsze, wywoływał u mnie śmiech, byłam szczęśliwa... Boże, jak ja dawno, tego nie czułam. Nagle odszedł ode mnie ciężar śmierci mojego chłopaka, poczułam fizyczną ulgę.
- No co? - zapytał, wyrywając mnie z zamyślenia.
- Powiedziałabym ci coś, ale boję się, że znowu uciekniesz - zarumienił się i spuścił wzrok. - Obiecaj, że nie uciekniesz.
- Ja... no dobrze. Obiecuję.
- A więc Alistair, stary... - budowałam napięcie - lubię cię.
- Wow... niezłe wyznanie.
- Ej! To wielki krok dla miej zamkniętej w okowach bólu osoby - udałam oburzenie.
- Wybacz mi madame - zeskoczył z łóżka i klęknął przede mną.
- Wybaczam sir... ale ostatni raz.
- Cóż za wspaniałomyślność.
- Ej uważaj, nadal jesteś w moim pokoju.
- Czy ty, ledwo żywa, znowu mi grozisz? - zapytał wracając na łóżko.
- Tak - rzuciłam się na niego i zręcznie przygroździłam go do materaca, siadając na nim i łapiąc go za nadgarstki. - Najważniejsze to technika i szybkość.
- Kto cię tak nauczył?
- Cóż... tata, żebym się umiała obronić jak będę musiała. A jak już zadajemy sobie takie pytania...
- Czyli jakie?
- Intymne dzieciaku - przekręciłam oczami. - To powiedz na to samo pytanie. Czy byłbyś w stanie zapomnieć o Brook i się zakochać?
- Nie odpowiem.
- Ej, to ja się tutaj otwieram, dramatyzuję, robię z siebie płaczącą, skrzywdzoną przez los, zagubioną dziewczynkę, a ty mi w twarz mówisz, że mi nie odpowiesz? A przestawił ci ktoś kiedyś nos?
- Trzecia groźba? - zaczął się śmiać, a ja rzuciłam w niego poduszką.
- Gadaj! - krzyknęłam. - Bo cię uduszą tą poduszką.
- To...
- Tak, czwarta groźba. Mów!

Alar?
Cóż... wet za wet.

poniedziałek, 1 maja 2017

Od June C.D. Alistaira

Sekundę, chwileczkę, sekundeczkę... co tu się przed chwilą zadziało? Czy ktoś tu chciał mnie pocałować i się przestraszył swojego zamiaru? Przyznam, że aż mnie zamurowało. A z drugiej strony... przecież ja nie jestem ładna. Po dłuższym czasie wstałam i pokuśtykałam do łazienki, aby spojrzeć w lustro. Szlachetne rysy, pełne bordowe usta, czysto zielone oczy... no dobra, może twarz jest boska, ale czy on jest ślepy? Przecież utykam, mam przed sobą tylko kilka lat życia... co akurat może być wygodne, dla ciekawego życia. Nie myśl o tym June. To zbyteczne marzenia. Usłyszałam dźwięk wiadomości. No doba, teraz tylko trzeba było wrócić. Przy drzwiach z łazienki, osunęłam się na podłogę. Do oczu naleciały mi łzy, ciało sparaliżował ból, nie do zniesienia. Najważniejsze to nie tracić świadomości, bo nikt by mi wtedy nie pomógł.
Władza w ciele powróciła do mnie po pół godziny, może dłużej. Zaczęłam się czołgać do łóżka. Co również zajęło mi sporo czasu. Kiedy wreszcie położyłam się na materacu, odczytałam wiadomość od Alara.
Rano nie miałam na nic siły. Było gorzej niż dotychczas w Anglii. To był jeden z tych dni, kiedy chciałam śmierci. Tak po prostu, aby oderwać się od bólu. Leżałam sobie, czekając aż ktoś mi pomoże. Gdybym była w domu, rodzice już dawno sprawdziliby czy żyję. Zawsze tak robili, kiedy miałam chociaż minutę opóźnienia i na czas nie zeszłam na dół. Tutaj nie miałam nikogo. Miałam wrażenie, że moja ręka waży tonę, kiedy podniosłam ją, by sięgnąć po telefon. Wyszukanie w nim Messengera zajęło mi tak dużo czasu, że to było aż śmieszne. Dałam radę wysłać tylko "Alar". Nigdy pisanie mnie tak nie męczyło. Nawet myślenie mnie bolało. Czekałam, "umierając" z bólu. Dlaczego on nie może jak każdy normalny człowiek odebrać wiadomości i jej przeczytać?! Cholera jasna... niech ktoś coś zrobi. Zamknęłam oczy, a mój zmysł słuchu się wyostrzył. Na korytarzu niosło echo kroków, które zatrzymały się pod moimi drzwiami. Tak. Teraz tylko wejdź. Wszedł, a kiedy zobaczył mnie leżącą bez życia, podbiegł do mnie.
- June, jak ci pomóc? - zapytał, jakbym mogła odpowiedzieć.
- Pudełko - szepnęłam. Rozejrzał się i na szczęście znalazł czarne pudełko ze strzykawkami.
- Gdzie?
- Szyja - szepnęłam. Wyszukał żyły, wbił igłę, wstrzyknął. Jaka to była ulga... ciężko powiedzieć. Chłopak usiadł na skraju łóżka i wpatrywał się we mnie.
- Lepiej? - zapytał, a ja byłam już w stanie pokiwać głową. - To dobrze.
- Dobrze, że wczoraj się wygłupiłeś pisząc do mnie - odparłam, a on spuścił głowę. Zaczęłam bawić się jego włosami, ból w rękach szybko puszczał. - Co przystojniaku, zbliżyłeś się, przyjrzałeś się i widząc jaka brzydka jestem, uciekłeś?
- To nie jest śmieszne - jego policzki płonęły. Jakie to słodkie.
- Jednak jesteś wyjątkowy... no i rycerski.
- Naśmiewaj się, proszę bardzo.
- Naśmiewaj? Aż tak nisko mnie oceniasz? To ja tutaj jestem od krytyki.
- Przep... - zakryłam mu dłonią usta.
- Przecież nie masz za co - uśmiechnęłam się.
- To było głupie - wyrwał mi się.
- Szkoda... a już myślałam, że mogę się komuś podobać.
- Bo możesz - przyznał zapalczywie i ponownie spuścił wzrok.
- Coś czuję, że kręcisz - zaśmiałam się. - A gdzie twoja bezcenna pewność siebie?
- Chyba gdzieś mi się zgubiła - uśmiechnął się nieśmiało. Podniosłam się do siadu, zbliżyłam do niego na tyle, że złączyłam nasze czoła.
- A widzisz, mi się jakoś ta moja pewność siebie odnalazła na chwilkę.
- Tylko na chwilę? - zapytał.
- Tak. Dlatego masz bardzo mało czasu, na decyzję. Idziesz czy zostajesz ze mną? Bo widzisz w moim przypadku, chodzenie dziś odpada.

Alar?
Hahahahaha, wygrałam. Wybieraj.

Od June C.D. Alistaira

Jak ja nienawidzę się wzruszać... a nie przepraszam, ja się nie wzruszam. Chociaż smutno mi się zrobiło, słuchając Alistaira. Podeszłam... no dobra, pokuśtykałam do niego i zaczęłam delikatnie krążyć ręką po jego plecach.
- Wiem co czujesz - odparłam.
- Czyżby? - mruknął. - Czy ty utykasz?
- Cóż, ludzie z martwicą czy innym gównem w nodze tak mają - odparłam, pokuśtykałam do łóżka i usiadłam na jego skraju. - Tylko w moim przypadku to nie dotyczyło zwierzęcia, jak bardzo okrutnie to by nie brzmiało.
- A kogo? - poklepałam miejsce obok mnie, a chłopak jak trochę nieposłuszny pies, poopierał się, ale w końcu podszedł u usiadł.
- Opowiem ci jedną z najbardziej przerażających historii, jaką poznałam w życiu.
- Proszę...
- Cicho bądź - przerwałam mu. - Była sobie raz jedna dziewczyna, która chciała zostać baletnicą. Miała przystojnego chłopaka, który miał zostać prawnikiem i zapewnić jej byt, po skończonej karierze. I wiesz co?
- Co? - mruknął.
- Kiedy raz jechali motocyklem, uderzył w nich pijany kierowca - po chwili zdał sobie sprawę, że mówię o sobie. - Chłopak zginął na miejscu, dziewczyna przeszła masę operacji i została ze sztuczną kością oraz bólem codziennie rozrywającym jej ciało. A najlepsze jest to, co usłyszała od lekarza, zaraz po obudzeniu się ze śpiączki. Miała pani szczęście, pani przeżyła, jednak wystąpiły komplikacje. Jeśli sprawdzi się najgorszy scenariusz, to przeżyje pani maksymalnie pięć lat.
- A ile minęło?
- Trzy - odparłam spokojnie. - Lekarze twierdzą, że nie mam martwicy, lecz raka. Raka kości. Zaproponowali mi łaskawie amputację nogi. To tak jakby weterynarz zaproponował ci uśpienie twojego konia.
- Ile ci zostało?
- W sumie ciężko określić, mogę zacząć pluć krwią, tak jak wspominałam i się nią zakrztusić, i udusić. Tyle - uśmiechnęłam się.
- Boże...
- Bóg ma z tym niewiele wspólnego - odparłam. - Mam dla ciebie propozycję.
- Jaką?
- Nie mogę praktycznie jeździć. Możesz ćwiczyć na Fantome'ie. Jest cudowny, perfekcyjny, szybko się uczy, a ja nie jestem w stanie wykorzystać jego umiejętności.
- Nie mogę...
- Możesz - przerwałam mu i delikatnie walnęłam w ramię. - Pomogę ci z Mitro. Damy radę, stary.
- Dzięki stara. A przepraszam. Dziękuję madame.
- Cała przyjemność po mojej stronie sir - zaśmiałam się. - To dziwne, ale przez ciebie cały czas się śmieję.
- To chyba dobrze - odparł.
- Nie wiem - delikatnie oparłam się o jego ramię. - Dawno się nie śmiałam.
- Dlaczego?
- Bo jak się śmieję, to przypomina mi się mój chłopak, jego imię, uśmiech i chce mi się ryczeć... ale nie przy tobie, stary.

Alistair?
Zgadzasz się na podmiankę?

Od June C.D. Alistaira

- To nie powinno być trudne - szepnęłam do mojego wspaniałego wierzchowca. Poprawiłam się w siodle i ruszyliśmy. Na początku szło nam całkiem dobrze, choć i tak musiałam porządnie się namęczyć, aby utrzymać Fantome'a w ryzach. Byłam już pewna wygranej, kiedy zaczęło się robić coraz gorzej. W ostatecznym rozrachunku, wyszło mi 12 punktów karnych. Podjechałam do Alistaira.
- Zrobiłaś to specjalnie - pokiwał głową.
- Kto normalny przegrywa specjalnie? Ja się muszę dowartościowywać, a nie przegrywać specjalnie! - oburzyłam się.
- No już, spokojnie, stara - pogłaskałam mojego konia po szyi. - To co...
- Druga runda? - zapytaliśmy na raz i wybuchnęliśmy śmiechem.
- Tylko teraz, musi to być pojedynek właścicieli - wyszczerzył się.
- Pojedynek w samo południe - uniosłam brew.
- Otóż to. Nawet dam ci fory i pozwolę wybrać dyscyplinę, bo nie wiem, na ile możesz sobie pozwolić.
- Na tyle, aby nie zacząć pluć krwią.
- Plujesz krwią?! - wydarł się.
- Cóż... jeszcze mi się nie zdarzyło, ale podobno byłabym w stanie.
- Jesteś przerażająca - szepnął.
- Ktoś musi - odparłam szeptem. - Potrafisz pływać?
- Tak... czy ty? Naprawdę? - jego wzrok dokładnie zlustrował moje ciało, przekręciłam oczami.
- To jedyne co mi pomaga, zamiast szkodzić.
- Niech będzie. To na ile?
- Optymalnie na sto metrów - odparłam całkiem spokojnie. - To jak sir?
- To będzie dla mnie zaszczyt, wygrać z tobą, madame - ukłonił się. - A co z karą?
- Wykonanie wszystkich figur ujeżdżeniowych, wymyślonych przez wygranego.
- Proste - prychnął.
- Mały haczyk - uśmiechnęłam się. - Będziesz musiał jechać w tym, w czym pływałeś.
- Mam nadzieję, że pływasz w bikini - wyszczerzył się.

* * *

Wpadłam do pokoju... tak... wpadłam... chyba delikatnie weszłam, bo przecież mi nie wolno biegać. Podeszłam do szafy, z którego wyciągnęłam strój do pływania, aby było ciekawiej zdecydowałam się na dwuczęściowy. Wcisnęłam się w niego i założyłam na to leginsy oraz luźną bluzkę. W końcu nie zamierzam paradować w tym, przez pół Uniwersytetu. Złapałam za biały ręcznik, który dawniej brałam na zawody pływackie, czepek i ruszyłam w stronę basenu. Cały czas męczyło mnie to, że ten chłopak wydawał się taki pewny siebie. Jednak nawet jeśli pływał, to nie znaczy, że poradzi sobie ze mną. Tylko ten ból... Wróciłam się do pokoju i wzięłam kilka tabletek przeciwbólowych. Tak dla pewności.
Kiedy weszłam na banes, czekał tam już Alistair, siedział na krawędzi basenu, w samych kąpielówkach i moczył sobie nogi. O jak słodko, przekręciłam oczami. Podeszłam do ławki, zdjęłam buty, leginsy i na końcu bluzkę. Odwróciłam się do chłopaka. Gapił się na mnie z otwartymi ustami.
- Wow - odparł krążąc po mnie wzrokiem.
- Aż tak się moje blizny rzucają w oczy? - zapytałam. Znalazł je wreszcie. Zatrzymał się na tej gorszej... na tej od biodra...
- Przy takiej całości, nie rzucają się w oczy.
- Jasne, mówisz tak, żeby nie sprawić mi przykrości - podeszłam i usiadłam obok niego, zaczęłam związywać włosy w kok.
- Oj nie...
- Jedno słowo i masz w twarz, i uważaj, bo ci ślina cieknie.
- Ej! Może troszeczkę milej? - zapytał.
- Przepraszam... po prostu...
- Masz obsesję na punkcie swojego ciała i swoich blizn - dokończył.
- Owszem i nie przeszkadza mi to - wstałam. - W dwie strony po jeden raz.
- Doskonale. Przygotuj się na porażkę - założyłam czepek. - Serio?
- No co, nie zamierzam suszyć tych włosów - prychnęłam. - Okey, odliczaj.
Cztery, trzy, dwa, jeden... wpadłam pod wodę, aby po chwili zaczerpnąć powietrza. Pływanie to taka magiczna czynność, podczas której myślisz tylko o oddechu. Nic innego się nie liczy, czujesz muskającą twoją skórę wodę, słyszysz bicie własnego serca, odbijasz się z całych sił i wracasz. Całe sto metrów wolności... wolności, bo wiesz, że wszystko zależy od ciebie. A cel jest jeden. Wygrana.
Przetarłam dłonią twarz.
- Wygrałam - zaczęłam się śmiać w niebogłosy. Zrzuciłam czepek i położyłam się na wodzie.
- To co ja miałem zrobić?
- Odpuszczę ci tą jazdę w samych kąpielówkach, ale masz u mnie dług.
- Nie wiem, co gorsze.
- Decyduj - uśmiechnęłam się.

Alistair?
Hahahahaha xD

niedziela, 30 kwietnia 2017

Od June C.D. Alistaira

- Boże nie...
- Wystarczy Alar, a nie od razu Boże... - wyszczerzył się, a ja przekręciłam oczami. - Ciebie to nie da się zadowolić.
- Spróbuj po prostu zrobić to... jakby to ująć... mniej inwazyjnie? - delikatnie się uśmiechnęłam, ale to raczej wyglądało jakbym się skrzywiła.
- Czyli jak?
- Proszę nie rzucaj mi żartami na poziomie gimnazjum, bo nie łapie się na taki lep. Nie jestem pustą laską.
- Właśnie widzę. Zwykłe laski się cieszą jak przystojny facet je gdzieś zabiera - udawał oburzonego moim zachowaniem.
- Cóż za wrodzona pokora i niska samoocena - wybuchnęłam śmiechem.
- Uznam to za komplement, a nawet jeśli to był okropny sarkazm, to warto było tego posłuchać dla tego śmiechu.
- Czy ty mnie cały czas podrywasz?
- Może - przyznał.
- No dobra chodź do tego wesołego miasteczka - ruszyłam w tamtą stronę, a po chwili chłopak mnie dogonił, co zresztą nie było jakoś wybitnie trudne.
Po minięciu kilki skrzyżowań wyszliśmy na peryferie miasteczka, a raczej na ogromną równinę za nim, na którym były ustawione przeróżne atrakcje. Pierwsza rzuciła mi się w oczy kolejna górska, ale jednak bardziej ciągnęło mnie do strzelnicy. Załapałam towarzysza za rękaw i poprowadziłam w tamta stronę.
- Strzelnica? - zdziwił się.
- Tak... potrafisz strzelać?
- A ty?
- Zobaczymy - odparłam podchodząc do blatu, zza którego jakiś miły, młody pan podał mi wiatrówkę.
- Powodzenia - puścił mi oczko. Przekręciłam oczami, a Alistair wybuchnął śmiechem. Poprawiłam się, ustaliłam tak, aby nie obciążać chorej nogi i... ta mina wszystkich mężczyzn, kiedy jakaś dziewczyna zbija 60 kaczek na 60 i bije rekord wesołego miasteczka... bezcenne.
- Cóż... chyba wygrałam - odparłam patrząc na chłopaka.
- Kto cię tego nauczył?
- Mój chłopak.
- Masz chłopaka - zainteresował się. Spuściłam głowę.
- Miałam.
- Co za idiota, zostawia taką dziewczynę?
- Nie zostawił...
- Znudził ci się?
- Zginął - odparłam i spojrzałam mu prosto w oczy.
- Ooo...
- Oooo? - przekręciłam oczami. - Miałam nadzieję, że chociaż ty nie będziesz ze mnie ofiary losu robić. Nie dość że kaleka, to chłopak jej zginął. Nienawidzę współczucia.
- To widać na pierwszy rzut oka - chyba się otrząsnął z tej wiadomości. - Skoro wygrałaś i dopiero co zjedliśmy, to może pójdziemy na młot?
- Wiesz dlaczego jedzenie sałatek jest lepsze od jedzenia mięsa?
- Dlaczego?
- Bo to nie ja zwymiotuję, gdy będziemy wisieć głowami w dół - wyszczerzyłam się.
- Ja też nie zamierzam - odparł.
- Zobaczymy.
- Zobaczymy jak zaczniesz wrzeszczeć, stara.
- Kto będzie wrz... krzyczeć, - poprawiłam się - ten będzie.
- Co za imponująca samodyscyplina.
- Też byś się pouczył, przydałoby się - syknęłam.
- Od kiedy jesteś złośliwa? - mruknął. - Wcześniej tego nie zauważyłem.
- Nie jestem złośliwa, ale czasem nie mogę się powtrzymać, żeby nie wykorzystać takiej sytuacji. Co to, młot, czy jednak za bardzo się boisz, żeby spróbować.
- Bać to ja się mogę tylko o ciebie, madame - uśmiechnął się czarująco.
- Zbyteczny wysiłek sir, potrafię zadbać o siebie - odpowiedziałam równie czarującym uśmiechem.
- Mówisz jakbyś była angielską arystokratką.
- Tak... szczególnie, że pochodzę z Holandii - zaśmiałam się.

Alistair?
Następne będzie lepsze, obiecuję.

Od June do Alistaira

Moment kiedy budzisz się z uczuciem, jakby wbijano w twoje ciało tysiące gwoździ... piękne i przerażające. Samotna łza spłynęła po moim policzku. Zawsze działo się to samoczynnie, jakby mój organizm chciał, żebym płakała, ale ja nie płaczę. Ostatni raz zrobiłam to na wiadomość o śmierci mojego chłopaka... dlaczego nie powiem po imieniu? Bo jego imię, nie przejdzie mi przez gardło, sama myśl o nim boli i obrzydza mi siebie. Chyba z godzinę unosiłam się, by wreszcie usiąść. Sięgnęłam po pudełko stojące na stoliku nocnym. Wyciągnęłam z niego strzykawkę wypełnioną złotym płynem i wstrzyknęłam sobie w żyłę. Kolejną godzinę ból powoli puszczał, aby powrócić do normalnego poziomu. Trzeba iść coś zjeść, a później na lekcje. Nie chciałam iść na lekcje... nic nie chciałam. Z trudem przedostałam się do łazienki, oparłam się o umywalkę i spojrzałam w lusterko. Wyglądałam, jakbym wcale nie spała. Nie, że jakieś wory czy cienie, ale byłam zmęczona. Tak... ból męczy. Rok ma 365 dni. To o 365 dni za dużo. Mogłabym się zabić, ale to tchórzostwo. Teraz to wiem...
Złożyłam jakieś spodnie, koszulę, tenisówki, związałam włosy w luźny kok i wyszłam z pokoju. Cel był prosty, znaleźć kawę. Znalazłam ją na stołówce pełnej ludzi, którzy się przepychali, dotykali mnie i przestawiali. Krótko mówiąc, sprawiali ból. Po co oni tu są? Nie rozumiem, po co. Cholerni egoiści. Zwinęłam kubek pełen gorącego, jasnobrązowego napoju i polazłam na koniec pomieszczenia, żeby tylko mnie tam nikt nie znalazł. Rozsiadłam się na krzesełku i podciągnęłam kolana do klatki piersiowej. Powoli delektowałam się napojem. Najlepsze w byciu kaleką jest to, że nikt mnie się nie czepia, jeśli się gdzieś spóźnię. Powiem, że noga mnie bolała o jeszcze będą mi współczuć. To ohydne. Wymiotować mi się chce, kiedy nachodzą mnie takie myśli...
Do mojego stolika podszedł jakiś bardzo wysoki chłopak. Podniosła głowę, aby na niego spojrzeć, kiedy nasze spojrzenia się spotkały uśmiechnął się. Spłynęło to po mnie, jak po kaczce... może byłam nią w którymś wcieleniu.
- Cześć, mogę się dosiąść?
- Proszę - przekręciłam oczami.
- A czemu taka ślicznotka ma zły humor?
- Bo ślicznotce wszyscy wybaczą - odparłam, a on się zaśmiał. - Tylko najpierw trzeba być ślicznotką.
- Proszę cię, mogłabyś być modelka albo miss z tego co widzę.
Spojrzałam na niego. Co za idiota. Może i nieświadomy swoich czynów, ale idiota. Chciałam zostać modelką. Byłam nią... Byłam cholera jasna! BYŁAM.
- Nie sądzę aby dziewczyna z ohydnymi bliznami mogła zostać miss.
- Ohydnymi? - uniósł brew. - Nie wierzę.
- Cóż udowadniania nie mam w zestawie, więc będziesz musiał zostać niedowiarkiem.
- Szkoda - puścił mi oczko. Zero reakcji. Chociaż. Wymownie pochyliłam się nad stołem i zlustrowałam go wzrokiem.
- Może i szkoda.
- Długo tutaj jesteś?
- Nie, ale na tyle długo, żeby poznać za wielu ludzi.
- Nie lubisz ludzi? - zdziwił się.
- Nie, kiedy sprawiają mi ból.
- A kiedy to robią?
- Dzisiaj za każdym razem, kiedy mnie dotkną. Taki bonus nieuleczalnej choroby.
- Nie wierzę.
- Słabo z tą twoją wiarą - odparłem. - Co pijesz?
- Gorącą czekoladę - sięgnęłam po jego kubek i wypiłam łyka zanim zdążył zaprotestować. Była gorzka. - Fuj, gorzka.
- Nie wiesz, że nie rusza się nie swojego?
- Oj, przecież całego ci nie wypiłam, nie?
- To jakie masz jeszcze te bonusy? - zapytał z uśmiechem.
- Mogę się spóźniać, mam wciąż życzenie dla dżina, mam wszystko co chcę, rodzice są aż zbyt wrażliwi i mnie denerwują... nic ciekawego - odparłem, stawiając nogi na podłodze i opierając się łokciami o blat.
- I jak się spóźnisz to nic ci nie zrobią?
- Robię słodkie, smutne oczy i mówię, że tak bardzo mnie bolała noga, że lewdo doszłam do sali. Ohydne...
- Jak to ohydne?
- Normalnie... zdechłabym z bólu, a się do niego nie przyznała, ale to najlepsza wymówka jaką mam - mruknęłam.
- Przesadzasz z tą ohydą, w końcu cię boli, tak? Bo tak zrozumiałem.
- No boli... - zamyśliłam się.
- Chce ci się iść na lekcje? - zapytał.
- Nie... A coś proponujesz?
- Tak. Bo wiesz, przypadkowo mi też się nie chce iść.
- Niech będzie - odparłam, sama się zdziwiłam, że tak szybko dałam się namówić do wyjścia z tym chłopakiem. Jednak to lepsze od gnicia na lekcjach, a zresztą, miałam być bardziej normalna niż zwykle, nie? - Tylko proszę bez wysiłku fizycznego, bo będziesz mnie nosił.

Alistair?
Niech zacznie się gra xD

piątek, 28 kwietnia 2017

Od June C.D. Phill'a

Mój kochany Leonard postanowił nie dać się złapać, jednak chodzenie samemu po korytarzu też najmądrzejsze nie było, próbowałam więc go złapać. Szłam wpatrzona w niego, kiedy nagle ktoś na mnie wpadł. Czułam już ból, który będzie towarzyszył upadkowi, gdy ku mojemu zdziwieniu zawisłam nad ziemią. Nieznajomy zdążył mnie złapać.
- Dzięki - odparłam, łapiąc ponownie równowagę.
- Nie ma za co, właściwie to powinienem cię przeprosić, nie zauważyłem cię - odpowiedział stojący przede mną chłopak, którego wcześniej nie widziałam w akademii.
- Zdarza się, nie mamy oczy dookoła głowy - starałam się mówić jak najbardziej przyjaźnie.
- To twój kot?
- Tak. Leonard właśnie postanowił samodzielnie pozwiedzać cały uniwersytet.
- Koty tak raczej mają.
- Jednak boję się, że jak go samego zobaczy sprzątaczka, to ten wolny strzelec wyląduje za drzwiami, a nie mam ochoty się męczyć, kąpiąc go... - rozejrzałam się. Nigdzie nie było kota. - Gdzie on jest?
- Był tutaj przed chwilą...
- To wiem, że był - zaczęłam odczuwać szerpnięcie, towarzyszące złapaniu mnie, przez chłopaka. - Leo...
- A mogę znać imię osoby, którą uratowałem przed upadkiem?
- I który to upadek byś spowodował... June - podałam mu rękę.
- Phill, miło mi.
- Co? A tak, mi też. Przepraszam, ale chciałabym go poszukać.
- Może ci pomóc? - zaproponował chłopak. Właściwie dlaczego nie? A z drugiej strony, będę musiała z kimś iść, rozmawiać, a wszystko mnie boli. Chyba jednak szarpnięcie było mocniejsze, niż myślałam na początku. Chciałam tylko znaleźć Leo i zaszyć się w pokoju, żeby skończyć grafikę, która czeka na to już dłuższy czas. Jednak, cały czas miałam w głowie słowa mojego starszego brata, kiedy mnie tutaj przywiózł. Mogę chociaż spróbować, poznać kogoś, to mi nie zaszkodzi... chyba.
- Cóż, jeśli chcesz - odparłam. Miałam w zwyczaju zostawiać wszystkim otwarte drzwi. Zero zobowiązań.
- Z przyjemnością - ruszyliśmy korytarzem. - Długo tutaj jesteś?
- Pewnie jakiś tydzień, może więcej - przyznałam, cały czas się rozglądając.
- Musiałaś więc trochę obejrzeć to miejsce...
- Właściwie to nie - przerwałam mu. - Ostatnio, na nie za wiele mnie stać.
- A można wiedzieć czemu?
- W sumie to wolałabym nie, ponieważ będziesz mi współczuć, a ja nienawidzę takiego traktowania mojej osoby. Jeszcze nie jestem kaleką - sięgnęłam do kieszeni, wyciągnęłam z niej małe pudełeczko, pełne tabletek, połknęłam jedną.
- To nie narkotyki, prawda?
- Nie. Choć niektóre mogłyby, nimi być. To leki przeciwbólowe, dość mocne.
- Potrzebujesz ich, ponieważ... - zatrzymałam się. Spojrzałam na niego. No okey, skoro chce wiedzieć.
- Ponieważ inaczej przestanę funkcjonować, bądź zwariuję. Do wyboru, do koloru. Idziemy?

Phill?

Od June

- Zaraz dojeżdżamy - usłyszałam głos brata.
- Słyszałeś Leonardzie? Zaraz dojeżdżamy - mruknęłam szeptem do kota, który leżał w transporterze, ułożonym obok mnie.
- Postaraj się zaaklimatyzować i być delikatnie bardziej niż zwykle normalną - dodał Patrick. W ułamku sekundy mój wzrok powędrował do przedniego lusterka, kiedy nasze spojrzenia się spotkały, zmieszał się. Zacisnęłam mocniej szczęki. Bardziej niż zwykle normalna, to chyba kpina. Wysiadłam zaraz po tym, jak auto się zatrzymało. Za nami jechał samochód, przewożący Fantome'a. Pewnym krokiem ruszyłam z kierunku stani. Pewnym, dumnym, ale jednak delikatnym. Ból dokuczał mi jak na razie mniej, niż na co dzień, ale o uldze nie było mowy. Przed wejściem do pięknych, zadbanych i nadzwyczaj czystych, jak zauważyłam, stajni, stała kobieta starsza od mojej matki, wyglądała na emanującą dobrocią.
- Dzień doby - odezwała się do mnie. - Nazywam się Ruby Stewart, jestem właścicielką tej Akademii, a ty?
- June Van Allen - przedstawiłam się i podałam jej rękę. - Czy są wolne boksy, blisko wyjścia?
- Myślę, że nie będzie z tym problemu. Jacob? - podszedł do nas starszy, ale całkiem dobrze trzymający się mężczyzna. - June pyta o wolne boksy przy wyjściu.
- Oczywiście są wolne, większość woli miejsca w środku budynku, żeby konie nie przemarzły w zimne dni.
- Fantome'owi  nie przeszkadza temperatura, a mi odległość owszem. Nie chcę, żeby to zabrzmiało niemiło, to naprawdę wspaniałe stajnie, jednak nie na moje możliwości.
- Masz jakieś problemy? - zapytała ze zmartwieniem.
- Cóż, niewielkie problemy zdrowotne, dlatego wolę, aby był bliżej wyjścia.
- Oczywiście, już szykuję boks - odparł mężczyzna, a ja skinęłam głową i odwróciłam się, właśnie podjechał samochód z moim koniem. Kierowca otworzył klapę. Wystarczyło, że cmoknęłam trzy razy, a mój fryz posłusznie wyszedł, zatrzymując się tak, że jego łeb znajdował się na wysokości mojego ramienia. Wzięłam go za część uzdy i wprowadziłam do stajni, aby po chwili ustawić go w boksie.

* * *

Drzwi za Patrickiem się zamknęły i zostałam sama. Rozejrzałam się po pokoju, który był utrzymany w jasnych biało kremowych kolorach. Nie był on ogromny, jednak nie mały... wystarczający. Drzwi znajdowały się po jego prawej stronie. Na lewo od wejścia stał materiałowy fotel z małym szklanym stoliczkiem, a za nimi duża, widać, że pojemna, szafa. Obok znajdowało się ogromne okno, z szerokim parapetem, na którym stało kilka roślinek. Na prawej ścianie znajdowały się drzwi, do niewielkiej łazienki, dalej ciągnąca się przez prawie cały pokój komoda. Naprzeciwko drzwi stało duże lustro, oparte o ścianę, a obok niego wysoka lampa. Dalej łóżko, na którym można by się pewnie zgubić. Co po mi aż tak obszerne łóżko? No niech im będzie, z drugiej strony znajdował się mały stoliczek nocny. Podłoga była wyłożona bardzo jasnymi, brązowymi deskami.
- Ładnie tutaj, nieprawdaż? - położyłam transporter na podłodze i wypuściłam mojego kociaka, który po przeciągnięciu się, podszedł do łóżka, na które wskoczył. - To ty tu zostań, a ja pójdę znaleźć kawę i mleko.
Jakimś pięknym cudem, mój pokój miał numer 14, czyli znajdował się znośnie blisko stołówki. Pomimo popołudniowych godzin, w środku znajdowało się mało ludzi. Podeszłam do jednego z okienek i w miarę możliwości najmilej zapytałam o kawę i mleko dla Leonarda. Po przyniesieniu mi trochę mleka, poinstruowała mnie, gdzie znajdę kawę. W jednym z rogów pomieszczenia stał stół, na którym można było znaleźć dzbaneczki z kawą, herbatą, a także różne dodatki. Nalałam sobie do kubka jasno brązowego, dymiącego płynu i podeszłam do pierwszego wolnego stolika, jaki znalazłam. Zaciągnęłam na dłonie rękawy bluzy, którą miałam na sobie, wzięłam kubek w obie ręce i rozkoszowałam się smakiem napoju, kiedy ktoś się do mnie dosiadł.
- Można?
- Nie mam takiej władzy, żeby zabronić - odparłam, wpatrując się w zawartość kubka.

Ktoś? Coś?

June Van Allen i Fantome

tumblr_mlvg42ecZC1rgsouqo1_400.jpg
Motto: "Na pustyni jest się samotnym. Równie samotnym jest się wśród ludzi." 
~ Mały Książę Antoine de Saint-Exupéry
Imię: June
Nazwisko: Van Allen
Płeć: Kobieta
Wiek: 23 czerwca 1997 [20 lat]
Pochodzenie: Holandia, dokładnie Amsterdam, pochodzi ze znanego i starego holenderskiego rodu, matka ma francuskie korzenie.
Pojazd: kiedyś jeździła na rolkach, kiedyś...
Pokój: 14
Grupa: II
Poziom: średnio zaawansowany
Koń: Fantome
Partner: --
Rodzina: Cóż… rodzice, wiecznie zajęci pracą: Maryse i John, starszy brat Patrick.
Aparycja: June to szczupła dziewczyna o stu siedemdziesięciu dwóch centymetrach wzrostu. Ma bardzo dziewczęcą budowę ciała, a mięśni prawie wcale nie widać, jednak talii i płaskiego brzucha mogłaby jej pozazdrościć nie jedna modelka. Twarz o szlachetnych rysach, dużych ciemnozielonych oczach i naturalnie niemalże bordowych ustach, okalają pukle kruczoczarnych, delikatnie falujących się, sięgających połowy pleców, włosów. Ma dość jasną cerę, która kontrastuje z całą resztą, jednak sama nigdy na to nie narzekała. Dziewczyna zawsze miała swoje małe dziwactwo, czyli bardzo dbała o perfekcję swojego ciała, czytaj brak tatuaży, kolczyki tylko po jednym na ucho itp. Jednak wypadek to delikatnie zmienił, ponieważ na jej ciele pojawiły się dwie, wyraźne blizny... jedna prawie nie widoczna na piszczelu i druga, wyraźniejsza, ciągnąca się od prawego biodra pod żebra. Spowodowało to mniej więcej tyle, że nie pokazuje się w kostiumie, niechętnie zakłada krótkie spodenki, nie nosi bluzek z odsłoniętym brzuchem. Warto też wspomnieć o kilku szczegółach, czyli o nadzwyczajnie aksamitnych dłoniach i gracji towarzyszącej jej każdemu ruchowi.
Charakter: Ludzie się zmieniają... świat nas zmienia... Wszelką empatię, głębsze emocje i urok osobisty, pociągający wszystkich June straciła dokładnie 03 lutego 2014 roku. Wiadomość o komplikacjach, śmierci bliskiej osoby i prawdopodobnie ból do końca życia, spowodowało, że tak niezależna dziewczyna, stała się jeszcze bardziej dumna, twarda, a co w jej przypadku najgorsze, uparta. Otrzymała ultimatum od lekarzy, jednak ją to nie obeszło, nie będzie rośliną, która nie może się ruszyć. Codziennie dowodzi sobie, że jest silna i nic jej nie złamie. Nikt nie może odmówić June ogromnej inteligencji, w połączeniu z rozgoryczeniem i smutkiem emanującym z niej, większość spodziewa się po niej złośliwości, nic bardziej mylnego. W żadnym razie ironiczna, cyniczna czy sarkastyczna, tylko zdystansowana, obojętna, zamknięta ze swoimi problemami. Z drugiej strony uczciwa względem rozmówcy, nie obiecuje wiele. Czuje się bardzo niezrozumiana, a przez jej uzależnienie do leków przeciwbólowych ma niską samoocenę i wręcz żywi obrzydzenie do samej siebie, jednak tego nie zauważysz. Za to doświadczysz jej zwykłego spokoju i ciszy, która ją otacza, zobaczysz jakim nieuzasadnionym i niezrozumiałym szacunkiem darzą ją inni. Możesz się zawieść w te dni, kiedy w milczeniu, duszy, umiera z bólu, gdy jej organizm mówi nagle "Czas na uziemienie" i zamyka ją w klatce cierpienia. Wtedy to June staje się bardzo zmienna z depresji przechodzi do wybuchów agresji, krzyku, aby po chwili zamilknąć do końca dnia. Warto wspomnieć o jej niezwykłej szczerości, prostocie w poglądach dziewczyny oraz postrzeganiu rzeczywistości i odrazie do obłudy. Białe to białe, czarne to czarne - bez światłocienia. Jaka jest przy kimś bliskim? To wiedział tylko Andreas i zabrał  to ze sobą, nikt inny tego nie odnalazł.
Zainteresowania: z powodów zdrotownych, jej zainteresowania zostały bardzo ograniczone, ponieważ zostały z niej usunięte praktycznie wszystkie formy aktywności fizycznej. Jednakowoż pływa, dużo pływa i jeszcze raz pływa, tańczyła balet, ale już raczej tego nie robi, lubi czytać, podróżować, a także rysować grafiki (graffiti też), najczęściej jak może jeździ konno.
Inne:
1) Lubi rock, ale także grę na skrzypcach, jednak nie muzykę klasyczną, bez przesady.
2) Miała wypadek, w którym zginął jej chłopak, a ona w czasie długiej śpiączki przeszła szereg skomplikowanych operacji, m.in. wstawiono jej sztuczną kość piszczelową.
3) Po operacjach wystąpiły komplikacje, które spowodowały u niej napady paraliżującego bólu, który z czasem zaczął utrzymywać się na stałym poziomie. Krótko mówiąc normalnie ją boli, a jak źle trafisz, to będzie umierać z bólu.
4) Jest uzależniona od leków przeciwbólowych, przez jakiś czas brała narkotyki, aby uśmierzyć ból.
5) Zdarza się, że przez nogę ma problemy przy wsiadaniu na konia, jednak jest zbyt dumna, żeby poprosić o pomoc.
6) Jest wegetarianką. Dlaczego? Ponieważ w jej przypadku weganizm były niebezpieczny dla i jak już nadszarpniętego zdrowia.
Kontakt: Cairenne
Inne Pupile: kociak, bez żadnej konkretnej rasy, Leonard

10557515_1544667925824671_7974748686512562501_o.jpg
Imię: Fantome
Płeć: ogier
Rasa: Koń fryzyjski
Data urodzenia: 07 sierpnia 2011 [6 lat]
Charakter: Bardzo spokojny, ułożony wierzchowiec, skupiony na treningach, zdyscyplinowany. Łagodny, cierpliwy i wtrzymał. Ogromnym szacunkiem darzy swoją właścicielkę i każdego jeźdźca, który go dojeżdżał. Nigdy nie zdarza mu się szarżować, czy po prostu uciekać, nigdy sam nie odchodzi od June, nawet jeśli ta puści jego wodze, idąc obok. Wybitnie inteligentny, oddany właścicielce, którą się opiekuje jak tylko może, a może tylko przez bezwzględne posłuszeństwo. W słoneczne dni jest energiczny, zdarza mu się ciągnąć June za końcówkę płaszcza, aby go zabrała na przejażdżkę.
Specjalizacja: ujeżdżanie
Umiejętności: Fantome to doskonale ułożony koń i zdyscyplinowany, przez co czworobok, figury ujeżdżeniowe przychodzą mu bez problemu. Bardzo silny i wytrzymały, szybki jak na swoją rasę. Najgorzej idą mu skoki, których zresztą nie lubi, na tych treningach wykonuje polecenia niechętnie, jednak nie sprzeciwia się June.
Właściciel: June van Allen