Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Joshua. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Joshua. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 22 lutego 2018

Odejście!

Z dniem dzisiejszym żegnamy Milesa i Joshuę
Który wyjechali razem do Norwegii, Miles po wielkich cierpieniach się przełamał i po raz pierwszy powiedział wszystko. Wszystko, czyli nawet rzeczy, o których nie wiedzieli jego matka i Jules. Załamany Josh wydusił z siebie opowieść o swojej przeszłości, powstrzymując Milesa przed powrotem do Szkocji i wymordowania połowy jej mieszkańców. Wreszcie jeden mógł pokochać drugiego. Miles złamał wszystkie swoje zasady, Josh też. Nie sądzimy jednak skromnie, jako twórczynie ich historii, że tego żałowali...

 

Od Joshuy cd. Milesa - ending

Telefon. Słyszałem go, ale nie widziałem. Znalazłem go dopiero pod pościelą, właściwie co on tam robił? Przez chwilę zastanawiałem się, patrząc na ekran telefonu, czego tak właściwie dyrekcja uniwersytetu może ode mnie chcieć. Nie spotkałem się aby dzwonili do ucznia. Odebrałem.
~ Dzień dobry ~ byłem zdziwiony tym nieoczekiwanym telefonem, ale zarazem nie mogłem go zignorować. W kościach czułem, że to dosyć poważna sprawa, skoro nie poczekali do mojego powrotu ~ Rozumiem ~ nakaz przyjazdu z powrotem był wyczuwalny w głosie sekretarki, która w imieniu dyrektorki, przekazała mi wiadomość ~ Może mi pani powiedzieć, co się właściwie dzieje? Zaskoczył mnie ten telefon ~ nie wyjaśniła, bo sama pewnie nie wiedziała. Po prostu muszę się stawić i tyle. Trochę niezbyt mi to pasowało, zważając na odległość akademii od Cardiff. Podziękowałem jej i rozłączyłem. Odłożyłem telefon na szafkę i spojrzałem na torbę. Trzy godziny do samego Londynu. Gdybym wyjechał teraz, byłbym wieczorem. Może to wcale nie jest zły pomysł? Zacząłem się mimo wszystkiego pakować, gdy nagle do mojego pokoju wszedł Miles. No może nie tak nagle, bo spokojnie, wcześniej pukając. Był zaskoczony, ale w jego głowie wyraźnie siedziało coś innego niż tylko pytanie co ja robię i dlaczego się pakuję.
I cóż... samego mnie zaskoczył. Wyjazd? Z Wielkiej Brytanii? Wnioskując z tego co powiedział... na bardzo długi czas, może nawet na zawsze? I choć tak naprawdę nigdy nic mnie tutaj nie trzymało, nie potrafiłem podjąć decyzji.
- Dziękuję - odpowiedziałem. Skinął delikatnie głową i chciał wychodzić, ale go zatrzymałem - Więc... to może być koniec, albo początek? - uniosłem spojrzenie do góry. Nie był w stanie się ze mną nie zgodzić. Ogarnął spojrzeniem pokój, znów kierując go na mnie.
- To zależy od twojej decyzji - odparł i wyszedł. Nie powstrzymywałem go, choć prawdopodobnie miałem ku temu powody. Usiadłem na skraju łóżka i zamiast wrócić do pakowania, zacząłem usilnie myśleć. Wyjeżdżać dzisiaj to nie był dobry pomysł, ale jadąc jutro, zmarnuję tylko czas. A on obecnie wywierał na mnie najsilniejszy wpływ. Nie zamierzam go marnować, dlatego postanowiłem, że szybko się spakuję i od razu wyjadę. Co nie oznacza, że było to dla mnie łatwe, bo nadal miałem w głowie rozmowę, która się przed chwilą odbyła.
- Już wyjeżdżasz? - zagadnął ojciec Milesa, uśmiechając się niemrawo. Założyłem kurtkę na siebie, kiwając głową - Mam nadzieję, że to nie przez... - powiedział delikatnie zmieszany.
- Nie, absolutnie nie - wyciągnąłem go z niepewności - Muszę wrócić do akademii, jakieś sprawy, sam do końca nie wiem o co właściwie chodzi - spojrzałem na stojącego nieopodal Milesa, przyglądającego się w milczeniu. Założyłem torbę na ramię i posłałem im obydwóm uśmiech - W takim razie... dziękuję za możliwość pobytu - uścisnąłem dłoń mężczyzny i podszedłem do chłopaka - Dam ci znać, Miles - pokiwał głową. Objąłem go i przycisnąłem do siebie jakbym miał go już nigdy nie zobaczyć. Właściwie, to nie wiadomo. Może to już po raz ostatni kiedy go widzę? Być może nigdy już się nie spotkamy. Odwróciłem się i wyszedłem, a drzwi delikatnie zostały za mną zamknięte. Wsiadłem do samochodu, długo go nie odpalając. Zwróciłem spojrzenie na budynek, zarazem żegnając się z całą tą okolicą, dopiero wtedy dało się słyszeć warkot silnika.

sobota, 17 lutego 2018

Od Joshuy cd. Milesa

Ogarnąłem wzrokiem już po raz któryś z kolei ten sam korytarz. Może zbyt przejmuję się takimi rzeczami, ale w pewnym sensie zrobiło mi się głupio. Nie byłem zaproszony, moja obecność nie była planowana. Właściwie powinienem być w akademii i nie ruszać się stamtąd na krok. Tymczasem w ciszy rozmyślałem nad tym, jak bardzo przeszkadzam i ukradkiem przyglądałem się poznanemu chłopakowi, który nosił miano brata Milesa. Cóż, na pierwszy rzut oka wcale nie wyglądał na potwora. Powiedzmy, że spodziewałem się naprawdę czegoś innego.
- W takim razie ustalone - przerwał ojciec i wskazał na górę - Lećcie się ogarnąć, bo z Edynburga kawał drogi przejechaliście.
- Właściwie to z nieco dalej niż z Edynburga - Miles ruszył za ojcem, a ja wszedłem na górę według zaleceń. Wszedłem do mojego tymczasowego pokoju, który należał do chłopaka. Niby w nim byłem, ale tylko na chwilę i zbyt zajęty czymś innym, nie miałem okazji się jemu przyjrzeć. Tak, decydująco nasze gusta nieco się od siebie różniły. I tak jak mogłem to stwierdzić na samym początku, tak teraz było to tylko udowodnienie samemu sobie. Usiadłem na łóżku, w tym samym miejscu co poprzednio, po czym opadłem lekko plecami na materac.
~*~
Zszedłem z dołu, zastanawiając się nad celem mojej obecności wraz z Milesem w szpitalu. Naturalnie, że z nim pojadę. Nawet wejdę na salę, jeśli mnie w ogóle wpuszczą. Ale nadal miałem uczucie, że mimo wszystko jako obca osoba, zajmuję tylko niepotrzebnie miejsca. Polubiłem ich. Mało tego, nawet zazdrościłem w jakiś sposób chłopakowi posiadania takich osób, choćby nawet brata, do którego żywił w jakiś sposób urazę, a z której nie do końca się wytłumaczył.
Wyszedłem na korytarz o mało nie uderzając w wychodzącego z pokoju obok ojca Milesa, który złapał mnie za ramię, przytrzymując i przy tym cicho się śmiejąc.
- Przepraszam, nie zauważyłem pana.
- Nad czym taki zamyślony byłeś? Chyba trudno się tobie z nami rozstać - mężczyzna uśmiechnął się, puszczając moje ramię. Spuściłem głowę, będąc jednak rozbawiony tymi słowami. To faktycznie tak wygląda jakbym nie mógł się oderwać od nich - Co dziwne, bo zawsze mi się wydawało, że nasz syn się nieco wstydzi.
- Wstydzi? - odparłem zdziwionym tonem - Jak dla mnie, nie ma się czego wstydzić. Nazwałbym to raczej krępacją przed brakiem zachowania idealności wobec gościa. Coś o tym wiem - westchnąłem, nadal utrzymując uśmiech.
- Nie spodziewałem się, że po raz kolejny się tutaj zjawisz - ojciec Milesa natychmiast wyjaśnił, delikatnie kiwając głową na poprzednie moje słowa, jakby się z nimi zgadzał.
- Ujmę to tak, że akurat miałem po drodze i samo wyszło.
- Zgaduję, że raczej mój syn nie dał ci pola do dyskusji - uniósł brew do góry, lecz wcale nie czekał na moją odpowiedź, bo doskonale wiedział jakim kontrargumentem rzucić w razie jakbym jednak się zdecydował zaprzeczyć - A nie mówiłem? I nie próbuj go bronić.
- Ale kogo? - w przejściu do otwartej kuchni pojawił się Miles i zmierzył ojca spojrzeniem. Ten natomiast posłał mu empatyczny uśmiech i wzruszył ramionami.
- Właśnie cię obgadujemy - postawił przede mną kubek z parującą herbatą i sam usiadł naprzeciwko, opierając się o krzesło. Chłopak zmierzył spojrzeniem całe pomieszczenie, spoglądając na mnie, kiedy uniosłem oczy z niewinnym uśmiechem na niego, a potem odwrócił się do ojca.
- Tato... proszę cię, możesz ze mną rozmawiać o mnie, a nie z obcym chłopakiem? - wszedł głębiej do kuchni, stając naprzeciwko stołu i oparł się o szafki, krzyżując swoje ręce.
- To nagle jest obcy? - mężczyzna zdziwił się i z dyskretnym uśmiechem spojrzał na syna, który przewrócił oczami.
- Nie dyskutujmy na ten temat, dobrze?
- Zmienia zdanie szybciej niż jakakolwiek kobieta - zwrócił się do mnie, kiwając głową tak aby Miles go nie zauważył.
- A może porozmawiamy o tobie?
- O mnie? Żartujesz sobie - jego ojciec pokręcił głową i upił łyk ze swojego kubka - Jestem tutaj najstarszy i mam pierwszeństwo. Chcesz czegoś tak w ogóle?
- Tak. Spytać jaki masz plan na dzień.
- Najpierw wykorzystam was do zrobienia czegoś do jedzenia, a potem od was zależy.
- Chciałbym po obiedzie w miarę chwili pojechać do mamy - mężczyzna pokiwał głową odpowiadając coś w tylu nie ma sprawy, jak tylko zakończy parę spraw. Po czym wysłał syna na górę. Odprowadziłem posyłającego mi wymowne spojrzenie chłopaka wzrokiem. Znowu zostałem sam wraz z jego ojcem.
- Pani Lisa musi być wytrwałą kobietą - zagadnąłem, a mężczyzna pokiwał głową.
- Za to ja muszę być wytrwałym ojcem - zaśmiał się- Ale nigdy nie narzekałem na posiadanie dwójki synów - mężczyzna uśmiechnął się - Ale moja żona kiedyś coś tam wspominała o córce, ale się nie powiodło - zaśmiał się - A ty masz rodzeństwo z tego co pamiętam - uniosłem głowę i uważnie przyjrzałem się mężczyźnie i kiwnąłem głową. Choć rodzeństwem takich relacji to bym nie nazwał.
- Młodszą siostrę - odpowiedziałem i zawahałem się w pewnym momencie - No... i jeszcze dwójkę starszych. Kolejną siostrę i brata - wlepiłem wzrok w szklankę - Tylko, że nie do końca ich znam, znaczy... w życiu ich na oczy nie widziałem, więc nie powiem panu nawet jak się nazywają.
- Rozumiem - w sumie to poczułem się dobrze, gdy w końcu mu o tym powiedziałem. Nie miałem też za złe, że chce się dowiedzieć trochę o moim życiu, w końcu jest ojcem Milesa i ma takie prawo. Zarazem dziękowałem mu, że więcej nie pytał. Zanim jednak zdążył cokolwiek powiedzieć, w kuchni pojawił się Ian, na którego zwrócił uwagę. Chłopak sięgnął po leżące nieopodal przekąski i odwrócił się w naszą stronę, unosząc spojrzenie na ojca.
- Dzisiaj wieczorem wybywam. Może wrócę później, może nie. Nie wiem - wzruszył ramionami, a mężczyzna pokiwał głową.
- Dobrze, tylko bądź na jutro. Trzeba jeszcze parę rzeczy z góry poznosić, a chłopaki pewnie będą musieli się zbierać do akademii na powrót. Nie chcę ich trzymać zbyt długo - brunet na chwilę zwrócił na mnie swoje spojrzenie, po czym spuścił głowę i pokiwał na znak, że będzie.
- Tato! - dało się słyszeć z góry. Mężczyzna wstał i przeprosił mnie na chwilę, po czym zniknął. Upiłem kolejny łyk herbaty, kątem oka obserwując stojącego niedaleko Iana.
- Poznaliście się w akademii? - zagadnął z obojętnością. Uniosłem spojrzenie i pokiwałem głową - Dobrze wiem jakich mój brat ma kolegów. Możemy ze sobą nie rozmawiać, ale choćby chciał, nie ukryje wszystkiego przed wszystkimi - zmierzyłem go spokojnym spojrzeniem. No dobrze, to zachowujemy pozory.
- Byłem u siebie w domu po parę rzeczy, bo jeszcze nie zdążyłem się porządnie wyprowadzić, a żeby dotrzeć do Aberdeen, muszę przejechać przez Edynburg, więc umówiliśmy się, że po drodze go zgarnę z akademii lotniczej - wytłumaczyłem - Tak po prostu bardziej się opłacało. A że chciał wstąpić do swojego domu, to chyba normalne - wstałem i podszedłem do zlewu, odkładając kubek pana Charlesa.
- Ojciec cię woła - usłyszałem za sobą i odwróciłem się patrząc na podchodzącego bliżej Milesa. Odprowadziłem wzrokiem Iana, stukając palcami w porcelanę, z której nadal unosiła się do góry jasna chmura gorącej pary. Naprawdę próbowałem się powstrzymać od uśmiechu, ale niezbyt mi się to udało, bo gdy spuściłem głowę w dół, on sam pojawił się na mojej twarzy. Mimo, że moje włosy przysłoniły być może połowę policzka, musiało być to bardzo dobrze widoczne.
- I czego się tak szczerzysz? - Miles spojrzał na mnie uważnie. Uniosłem powoli głowę, odwracając w jego stronę i przez chwilę patrzyłem na niego w ciszy. Widziałem to w jego oczach, że domyśla się wszystkiego, ale tak jakby czekał aż ja sam mu to powiem i udowodnię.
- Nie śmieję się - zaprzeczyłem, z powrotem spuszczając głowę.
- Jasne - mruknął, odkładając to co trzymał w ręce dalej i oparł się bokiem o szafki, krzyżując ręce na klatce piersiowej. Po raz kolejny spojrzał na mnie w ciszy - Przecież widzę, kłamco - uśmiechnąłem się jeszcze szerzej i spojrzałem przed siebie.
- Pilnujesz mnie, tak jakby miało mi się stać coś naprawdę złego, a przez naprawdę długi czas, nie zauważyłem aby twój brat miał zdolności seryjnego mordercy - spojrzałem mu w oczy, unosząc brwi podczas brania kolejnego łyka herbaty. Chłopak zmierzył mnie spojrzeniem, prostując się, tak jakby coś mocno próbował zrozumieć bądź kalkulował. Po chwili delikatnie się skrzywił i wrócił do poprzedniej czynności.
- A nie chcesz? - zapytał, delikatnie zmieszany, ale nadal pewny swojego, jakby to co mówię, było prawdą.
- Nie, dlaczego miałbym nie chcieć? Podoba mi się adoracja, ale nie jestem ślepy i widzę, że za każdym razem, gdy Ian pojawia się w moim otoczeniu, ty natychmiast pojawiasz się obok.
- Nie widzę w tym nic nienormalnego, bo przecież...
- Miles - przerwałem mu, czego nie miałem w zwyczaju robić. Nie spodziewałem się, a co lepsze... on chyba też nie. Delikatnie się zmieszałem, odwracając wzrok w drugą stronę, ale zaraz natychmiast go podniosłem - Nie obronisz mnie przed całym złem tego świata, choćbyś chciał - odłożyłem kubek na bok, oglądając się za siebie i szybko pocałowałem go w policzek. Zmarszczył brwi i odwrócił się w moją stronę.
- Co to było?
- Dyskretny całus, więc się nie zdradź, obrońco - uśmiechnąłem się do niego.

Miles?
Mam nadzieję, że nie wyszło to bardzo źle

środa, 31 stycznia 2018

Od Joshuy cd. Milesa

Nawet nie wiem dlaczego się temu dziwiłem. Doskonale wiem o co chodzi, ale tak jakbym udawał, że to dla mnie niezrozumiałe. Sam wiem co to znaczy obiecać. Sam wiedziałem co znaczy złamać obietnicę i co w tym przypadku mogłoby się stać. Nic nie wyglądałoby tak samo. Pewnie by mnie tutaj nie było, nawet nie zapoznawszy go. Jeśli w ogóle bym był gdziekolwiek.
Z obietnicami jest tak, że potrafią cię ocalić, ale zarazem zabijając od środka. U każdego działają inaczej, w większości jednak nie pozwalają na swobodę zdarzeń i pozostawiają tym samym ślad po sobie. Tak jak w tym cholernym mieszkaniu. Nie było mnie tu długo, bo wiedziałem, że przebywając w tym miejscu, moja normalność ucieknie, nie pozostawiając po sobie nic. Uciekłem też z domu, bo i tam czułem zagrożenie ze strony wszystkiego. Myśląc, że znajdę wolność w ciągnięciu siebie na samo dno, poczuję swobodę, ale to coraz bardziej mnie zniewalało i utrudniało ruchy. Potem nie miałem nawet siły i ochoty na szamotanie. Przyjąłem taktykę "im mniej się bronisz, tym mniej boli ucisk opatulających, kolczastych ramion. A być może z czasem i one zrezygnują, puszczając". Ale nic tak naprawdę nie dało mi ukojenia duszy, którego nieświadomie szukałem. Ba, nawet odrzucałem myśl, że próbuję się uwolnić, zaprzeczając temu kolejną dawką, kolejnym branym łykiem, kolejnym zaciągnięciem się, jakimkolwiek następnym ruchem. Aż w końcu, po jakimś czasie, pojawiła się obietnica, której złamanie oznaczałoby ogromne wyrzuty sumienia do końca życia, które i tak posiadałem. Dołączyłyby się tylko do tych poprzednich, powiększając całą ogromną, wiszącą, czarną chmurę i kwestią czasu było rozpętanie wichury. Choć ja nie obiecałem się nie zabijać, ale już nigdy do tego wszystkiego nie wrócić. Chociaż to i tak byłoby skazanie na swój koniec, gdybym to zrobił. Więc jednakowoż wychodzi na to samo.
Znów się odnosisz do siebie. Pieprzony egoista z ciebie.
- Fakt, skomplikowane - powtórzyłem, unosząc kubek do swoich ust, jednakowo spuszczając spojrzenie, szukając tylko dogodnego miejsca na jego zawieszenie. Zdałem sobie sprawę, że ja go nie znam, choć powinienem jakąś część. Drobną, malutką, minimalną. A nie wiem o nim dosłownie nic, prócz pomniejszych sytuacji. Jest dla mnie obcy. Z drugiej jednak strony, on o mnie również nic nie wie. To zabawne. Widzimy tylko człowieka takim jakim chcielibyśmy widzieć i odrzucamy inne oblicze jakie nam pokazuje, bo przecież on taki nie może być. Żyjemy w zbyt kolorowym świecie by zobaczyć jego czarno-białe barwy. Wszystko jest proste, tylko to ludzie sobie utrudniają.
Dopiłem kawę, od razu myjąc kubki, bo przecież spędzą tu zapewne kolejnych parę ładnych latek zamknięte w szafce. Mimo, że kupiłem do mieszkanie, jakbym nie miał serca go sprzedać, a z drugiej strony chciałem się go pozbyć, nigdy nie wracać, oddać w cholerę. Poszedłem się spakować, choć tak naprawdę nie było wiele do pakowania. Poza tym ubrań miałem w nadmiarze, wracając z domu, z którego właściwie to pewnie mnie już wydziedziczyli.
Wchodząc do salonu, zatrzymałem wzrok na drewnie bardzo starej, albo mi tylko się tak wydawało, komody. Czas robił swoje. Nie wiem dlaczego właściwie tam podszedłem. Nie wchodziłem do tego pokoju, bo tu najczęściej spędzaliśmy razem czas, uczyliśmy się, wyzywaliśmy ludzi, których nie lubiliśmy, rozwiązywaliśmy konflikty, odbywaliśmy poważne i te mniej poważne rozmowy. To było cholerne centrum tego wszystkiego. Zdjąłem z półki kolorowy zeszyt, przewracając po kolei strony. Był strasznie zakurzony, jak wszystko tutaj wołające o pomstę do sprzątaczki albo chociaż szmatki i wody. Od paru lat nie było ruszane, bo od paru lat nikogo tu nie było. Wiadomo dlaczego co chwilę kicham.
Wytarłem dłoń o koszulkę z warstwy kurzu, nie zwracając uwagi na podchodzącego Milesa.
- Co to? - zajrzał mi przez ramię. Podałem mu zeszyt, niech sobie sam zobaczy.
- Moje stare zeszyty - przejechałem spojrzeniem po półce pełnej książek, które wówczas musiałem trzymać - Jeszcze, gdy chodziłem do szkoły.
- Nie zabrałeś ich ze sobą - to twierdzące zdanie idealnie nadawało się na pytanie, ale nim nie było. To było czyste, nieukrywane stwierdzenie faktu, na które miałbym nawet rozbudowaną odpowiedź. O ile zależałoby mi na jej wypowiedzeniu.
- Nie były mi do niczego potrzebne - wzruszyłem ramionami, patrząc na trzymaną w rękach stertę zszytego, niepotrzebnego papieru, na którym widniały małe literki, napisane czarnym długopisem, czasem staranniej, czasem nie, w zależności od tego jaki wtedy miałem dzień. Robiłem notatki... jak tylko zaczęło mi zależeć nad zdaniem szkoły. Miles zmarszczył brwi i wskazał na rysunek z boku, na marginesie zeszytu. Uśmiechnąłem i uniosłem spojrzenie na niego - A bo ty myślałeś, że byłem pilnym uczniem?
- No wiesz... ja zawsze starałem się być poprawnym... a wnioskując po tym co teraz jest... nie wyglądasz na kogoś nieuważnego - wyciągnąłem dłoń, a chłopak oddał mi zeszyt, który schowałem z powrotem na miejsce.
- Nie zawsze i nie wszystko wyglądało tak jak teraz - westchnąłem, zaraz potem posyłając do niego szybki uśmiech - Lepiej już jedźmy żebyśmy dotarli o normalnej porze - przejechałem ręką po jego ramieniu i wróciłem po swoją torbę.
~*~
Chłopak mimo, że tego nie okazywał i starał się być jak najbardziej obojętny, denerwował się tym, że z nim pojadę. Im dłużej tkwił w tym temacie, tym coraz bardziej robił się podenerwowany, co jakiś czas biorąc głęboki oddech, ukrywając to pod głębokim westchnieniem dla niepoznaki. W końcu widząc jak unika mojego spojrzenia, które od jakiegoś czasu uważnie go śledziło, mimo chyba jego woli, wstałem i założyłem torbę na ramię, rzucając w jego stronę kluczyki, które złapał w rękę i spojrzał na mnie.
- Miles... - przerwałem niemal monolog, w którym jakby sam siebie utwierdzał, że utwierdza mnie w swoim utwierdzeniu. Bez sensu - Poradzę sobie.
- To nie takie łatwe - pokręcił głową, bawiąc się swoją trzymanymi w dłoni kluczykami i westchnął.
- Dam radę - nie raz byłem świadkiem sytuacji, w których ktoś poniża drugą osobę. Może to źle brzmi, może nie wiem i nie jestem świadomy powagi tej sytuacji, w której się znajdę, ale po prostu wiem, że nie zareaguję na to skrajnie negatywnie. Poza tym, to jego rodzina i głupio byłoby nie pojechać, tylko ze względu na wybuchowe rodzeństwo. Podszedłem do niego, całując przeciągle i zabrałem mu torbę z rąk - Nie martw się. Będzie ok - może to nie było zbyt skuteczne, czy nawet pocieszające, ale ważne, że było - Idź do samochodu, a ja zamknę mieszkanie - skinął głową i wyszedł, schodząc na dół.
Przypomniałem sobie moment, w którym powiedział te kilka słów, gdzie przyjdzie moment, który może wszystko zmienić. Zaprzeczyłem temu w myślach. Nie chcę kolejnych zmian, bo one przynosiły mi tylko coraz gorsze zdarzenia, ich konsekwencje odczuwam do dzisiaj. Po prostu nie potrafię w tej sytuacji powiedzieć, że teraz będzie inaczej, bo z doświadczenia wiem, że wszystko pójdzie i się zawali. Moment, w którym wszystko się zmieni. Ale to tak jakbym chciał zatrzymać czas związany z przeznaczeniem, co jest niemożliwe. Bo to co ma się stać musi się stać. A ja od tego uciekam.
- Do zobaczenia Millie - szepnąłem i zamknąłem drzwi, przekręcając ich zamek. Zszedłem na dół, wsiadając do auta i chowając klucze do kieszeni torby, którą rzuciłem do tyłu - Musisz mnie pokierować przy wyjeździe z Aberdeen - zapiąłem pasy i uśmiechnąłem się do niego.
- Myślałem, że twoja orientacja w terenie pozwoli ci na moją drzemkę - zaśmiałem się, opierając głowę.
- Zamierzałeś spać i mnie zostawić? I co po tych dwóch kawach?
- Pójdą w niepamięć na przystanku.
- To z Aberdeen, a potem pozwolę ci chrapać ile chcesz - odpaliłem silnik.
- Nie chrapię - zmarszczył brwi.
- Jasne. Przecież spałem z tobą.
- Nie chrapię - powtórzył.
- Nagram cię - puściłem mu oczko. Prychnął cicho pod nosem.
Droga była długa, a w samym Aberdeen natężony ruch przy wyjeździe. Ogólnie to jakby nagle cała Wielka Brytania się zmówiła i wytworzyła korki. Dopiero w połowie trasy się rozluźniło, ale to wszystko i tak zjadło okropnie dużo czasu.
Przetarłem dwoma palcami oczy, które zaczęły mi same opadać. Przed nami jeszcze sporo kilometrów, a ja usilnie szukałem sposobu w tej sytuacji, jak nie zasnąć. Oparłem dwie dłonie na kierownicy, zaciskając na niej palce. Nie było dobrym pomysłem wyjeżdżanie o późnej porze. Znaczy... nie wyjechaliśmy o późnej porze, ale powinienem uwzględnić, że droga nie jest też krótka. Wiadomo ile jechałem z domu do Londynu, gubiąc się przy tym.
- Miles - szepnąłem, gładząc delikatnie swoją dłonią jego udo. Poruszył się, podnosząc głowę i zmarszczył brwi, powoli odwracając się w moją stronę.
- Co? Coś się stało? - zapytał zaspanym głosem, opuszczając wzrok na moją rękę. Zabrałem ją, z powrotem kładąc na kierownicę. Cicho zaśmiałem się pod nosem, kręcąc w zaprzeczeniu głową.
- Nie, wszystko w porządku. Mam tylko prośbę - kątem oka widziałem jak kiwnął głową - Zmienisz mnie? Muszę się zdrzemnąć, a obecnie całe moje skupienie na drodze coraz silniej ulatnia się w powietrze.
- A gdzie jesteśmy?
- Na wylotówce z Birmingham - rozejrzałem się aby upewnić się.
- Już tak daleko? - zmarszczył brwi, na co pokiwałem głową.
- Trochę czasu minęło.
- Która jest godzina?
- A chcesz koniecznie wiedzieć?
- I tak sprawdzę.
- Czwarta. Właściwie to za chwilę będzie czwarta - podwinąłem rękaw, jakby zegar obok licznika prędkości miał wskazywać nieprawdziwą godzinę.

Miles?

wtorek, 23 stycznia 2018

Od Joshuy cd. Milesa

To był zły pomysł. O matko, jaki to był zły pomysł. Sądząc po tym, że raczej to moja ostatnia wizyta tutaj, bo ani ja, ani oni pewnie nie chcieli mnie tu widzieć, to już nie wpadnę na ten sam po raz kolejny. Ale nie przerwałem mu. Mało tego, widząc ich twarze czerpałem niemal satysfakcję z mówionej im prawdy, choć nie do wszystkiego się utożsamiałem. Jednak unikałem ich spojrzeń z powodu przyzwyczajeń jakie nabrałem przez te kilka lat.
Czekałem w ciszy aż skończy mówić, lustrując go spojrzeniem. Wydawało mi się, że jestem obojętny, zbyt obojętny w takiej sytuacji, kiedy to powinienem okazać więcej emocji podczas takich słów. Moja twarz nie drgnęła, choć w środku ucieszyłem się z tego powodu. Wyjmując ręce z kieszeni, podszedłem bliżej i oparłem zimne opuszki palców o jego policzek.
- Nie jestem zły za to - odparłem, wzdychając - I nigdy nie wiń siebie, albo chociaż spróbuj, bo ja skutecznie ciebie od tego odciągnę - objąłem go ramieniem i przyciągnąłem do siebie. Uniosłem delikatnie wzrok w stronę okien, gdzie rysowała się sylwetka Jasona. Automatycznie odwróciłem wzrok i cofnąłem się parę kroków, unosząc nieco wymuszenie kąciki ust - Jedźmy stąd - poprosiłem - Wiem, że to może dziwnie zabrzmieć, ale muszę sam ochłonąć. To miejsce... nigdy wcześniej tak nie działało - chłopak skinął głową i obszedł auto dookoła, zajmując swoje miejsce. Wrzuciłem torbę na tylne siedzenie, po raz kolejny rzucając spojrzenie w stronę domu. Nie zamierzam tu już nigdy wracać. I nie będę czuł takiej potrzeby, bo nigdy mnie nic tutaj nie trzymało.
Robił się wieczór, a ja nie zjadłem nic od rana. Czasem lubiłem mój brak odczuwania głodu po długim czasie, nigdy nie czułem potrzeby częstego jedzenia, ale teraz mój organizm chyba zaprzeczył samemu sobie i zdecydował się na zmianę przyzwyczajeń.
- Proponuję przystanek przy jakiejś restauracji.
- Głodny?
- Trochę. Zresztą... pokazałeś mi swoje dzieciństwo i okolicę, to teraz ja pokażę ci swoje. Choć to nie dzieciństwo, bliżej mi do dorosłości niż dziecka, ale... restauracje są nadal aktualne - schowałem kluczyki w kieszenie i ruszyłem w stronę miasta - Chodź, zjemy coś na wieczór i wracamy.
- Tylko błagam, nie karm mnie tymi waszymi szkockimi daniami - jęknął, a ja zachichotałem cicho pod nosem.
- A co? Nie smakują ci?
- Nie. Nie o to chodzi... Własna kultura, to własna sztuka, ale jednak odbierana inaczej przez obcych, różnych ludzi.
- Mhm. Jedyne, tradycyjne danie szkockie jadłem u państwa Lennox. Cóż... potem już nigdy nie ruszyłem żadnego. Pani Lennox to starsza kobieta, ale gotować to ona nie potrafi - zrobiłem wymowną minę, kręcąc głową.
- Trauma?
- Nie no... było dobre, nawet zjadliwe... - potarłem kark ze skrzywieniem - Ale nie chcesz wiedzieć co tam znalazłem. Zostawmy ten temat w punkcie na którym obecnie jesteśmy.
- Nie wnikam - pokręcił głową.
Po zjedzeniu kolacji, choć bardziej nazwałbym to obiadokolacją, wróciliśmy do samochodu. Jedyny problem jaki się pojawił to kwestia powrotu. Było późno, bardzo późno. Nawet gdybyśmy się zmieniali w prowadzeniu, to uważałem, że bez sensu się męczyć. Z drugiej strony miałem wahania co do podjęcia decyzji. Znałem miejsce, w którym nie dość, że za darmo moglibyśmy się przespać do rana, to jeszcze wygodnie. Tylko, że to miejsce oznaczało powrót do przeszłości i wspomnienia. Które zresztą dawno powinienem wyrzucić z siebie.
- Jak mi zakupisz nocny zapas kofeiny, to mogę nie spać - uśmiechnąłem się na te słowa.
- Nie no, zawsze możemy skorzystać z mojego mieszkania.
- Naprawdę masz własne mieszkanie? - spytał zdziwiony. Nawet nie wiem czym. Myślałem, że to normalne. Spojrzałem na niego z uśmiechem, który momentalnie się powiększył i kiwnąłem głową, znów wracając wzrokiem na drogę.
- Owszem. Co prawda dawno nieodwiedzane, opuszczone, ale jednak moje - wzruszyłem ramionami.
- Możemy tam pojechać? - no tym pytaniem to mnie zaskoczył. Odwróciłem powoli głowę i przyjrzałem mu się uważnie. Nie wyglądał na specjalnie zaintrygowanego, chociaż bardzo dobrze mogłoby mi się tylko wydawać. Zrównał po chwili ze mną spojrzenie i zmarszczył brwi - Co?
- Nie... nic... - zająknąłem się, chowając nadal zdezorientowane spojrzenie - Nie byłem tam od dawna. Po prostu... myślałem żeby tam spędzić noc, a nad ranem wypoczęci pojechali dalej
- Dlaczego tak dziwnie podkreśliłeś wypoczęci? - uniósł brew.
- Ja? Pokreśliłem? Nie, wydaje ci się. Normalnie powiedziałem. Dostaniesz osobne łóżko.
- Co? - delikatnie się uniósł.
- A co myślałeś, że w kawalerce są jakieś większe możliwości? Wielkie łóżka jak w hotelu?
- No wiesz, to w końcu twoje mieszkanie.
- Nie spodziewaj się jednak wielkiego opływania w luksusach jak w poprzednim domu. To zwykłe, proste mieszkanie, jak na moje możliwości ówczesnego kupna jakiegokolwiek.
- Więc... nie mieszkałeś zawsze tam wraz z Samanthą i Jasonem? - pokręciłem głową, domyślając się, że to pytanie wymaga wyjaśnień. Nie chciałem go zagłębiać w to wszystko, bo to po pierwsze pogmatwane, po drugie nieciekawe, po trzecie jak dla mnie nudne i powtórzę się, ale skomplikowane.
- Widziałeś jakie jest ich podejście. Nie będę ci tego tłumaczyć na tle całego mojego życia, bo to zbyt uderzające w przeszłość, wyszedłbym na ogromnego sentymentalistę, a nie chcę cię zanudzić. Kupiłem to mieszkanie, bo... - no dalej Josh. Tłumacz się, skoro już zacząłeś mówić. Najgorsze jest jednak to, że w moim życiu wszystko jest konsekwencją albo wynikiem czegoś. Co stawia mnie również w sytuacji, w której musiałbym wyłożyć cały felieton o mojej przeszłości, a to akurat nie jest wygodne. Ani też odrobinę ciekawe - Po prostu musiałem je kupić. Nie tylko dla siebie, ale też dla kogoś. Była potrzeba, a że stoję zawsze przy kasie i stać mnie na małą kawalerkę, to zdecydowałem się pomieszkiwać tutaj - Miles siedział cicho, nie wiem czy kalkulował sobie tą istotnie pogmatwaną wypowiedź, czy tylko próbował zrozumieć ogólnie, cicho mruknął pod nosem i odwrócił przenikliwe spojrzenie - Ja wiem, że to jest mówione strasznie na okrętkę. Nie chcę aby to tak brzmiało, ale nie wiem jak ci inaczej to wytłumaczyć. Musiałbym złożyć sobie wszystko w głowie, stwierdzić co jest warte uwagi, a co nie... standardowe procedury...
- Nie ma sprawy. Rozumiem - wzruszył ramionami i dalej nie pytał.
Po trzydziestu minutach byliśmy na miejscu, uwzględniając korki jakie utworzyły się w Aberdeen w tym okresie zimy. Wąskie uliczki, wcale nieprzystosowane do przejazdu dużej ilości samochodów, nie zmieniły się od tych czterech lat. Nadal szarawe, nadal pustawe, chłodne, przyciemnione od stojących budynków. Dodając do tego noc, która zdążyła już zapaść, tworzyły nieco mroczną atmosferę. Mam nadzieję, że tylko go to nie przerazi. Choć w środku wcale nie było lepiej. Przynajmniej dla mnie. Jedyne co się tu zmieniło to korytarz, wymalowany i odświeżony, choć ten odcień niebieskiego wcale nie nadawał koloru temu wszystkiemu. Nie wiem jakim cudem, posiadałem przy sobie nadal klucze od tego mieszkania, a byłem w przekonaniu, że sentymentalizm nie jest dobry. Otworzyłem drzwi, czując przenikliwe zimno. No tak. Przecież nie było tutaj nikogo od ponad chyba czterech, czy nawet pięciu lat.
- Nie wchodzisz? - spojrzałem delikatnie nieprzytomny na Milesa.
- Goście przodem - wyciągnąłem rękę do przodu i przepuściłem go - No więc tak jak mówiłem... nie spodziewaj się tu za wiele.
- Jestem tak padnięty tym dniem, że wcale wiele mi nie będzie potrzeba - westchnął z zamyśleniem.
- Łazienka po prawej. Odpręż się, a ja... - rozejrzałem się po głównym pomieszczeniu jakbym był tutaj pierwszy raz - A ja zajmę się innymi sprawami - kiedyś mi powiedzieli, że genów nie da się już zmienić. Więc pochodząc z patologicznej rodziny, odziedziczyłem wszystko co najgorsze i tego nie da się już zastąpić niczym. Mogą jedynie mi wskazywać drogę, która by jakoś ukryła moje złe pochodzenie. Ale oprócz tego mieli mnie za nikogo i byli w stanie mi to powiedzieć otwarcie w twarz. To nie stanowiło dla nich żadnego problemu. I dziękuję im za to, bo to właśnie dzięki temu byłem w stanie się zawziąć. Długo nad tym pracowałem. Miałem wiele momentów, kiedy to chciałem zrezygnować, nie widziałem innego wyjścia, miałem zamiar rzucić wszystkie dni przetrzymywania siebie z daleka od tego i ponownie rzucić się w wir nałogu. A potem pojawiała się przed moimi oczami ona wraz z obietnicą, którą jej złożyłem. Nienawidziłem siebie za to, że to zrobiłem. Tak samo jak jej, że wszystko mi utrudniła. Być może to tylko moja perspektywa, ale prawdziwa. Nie robiłem tego, bo nie mogłem, a nie mogłem, ponieważ zbytnio przejmowałem się złożonymi obietnicami już zmarłej osoby, która tak właściwie nie miała już wpływu na to co robię, zrobię bądź zrobiłem. Mimo tego, kurczowo się trzymałem jak tego podpisanego paktu na swoje życie. Lepsze, mniej ciekawe, nie opływające zabawą od rana do wieczora, pozbawione odchyleń od zasad, a zawsze brzytwą była moja rodzina, która wyzwalała chęć złamania i rzucenia w cholerę tego wszystkiego. Z wiekiem nauczyłem się, że nie warto tłumaczyć siebie. Bo tym sposobem uczę ludzi posiadania władzy nad moim życiem. Dlatego milczę i robię swoje. Bo stwierdziłem, że tak będzie lepiej. Przynajmniej dla mnie. Ale co mi z tego wyciszenia skoro teraz czuję, jak wszystko ponownie zaczyna się budzić? To jak nawałnica, której w żaden sposób nie da się zatrzymać, jedynie można liczyć w sercu, że ominie właśnie ciebie.

Miles?

niedziela, 14 stycznia 2018

Od Joshuy cd. Milesa

Spojrzałem przed siebie, wzrokiem obejmując tył budynku stojącego tuż przed nami, drewniane i metalowe ogrodzenia, wszystko czego byłem tylko zdolny zauważyć. Oparłem głowę o zagłówek.
- Tak Miles, tylko wiesz... ludzie nie zmienili się od wieków, mimo tego, że mówi się o coraz większej przytomności społeczeństwa. Skoro uważają, że mają prawo ranić ciebie i czują taką potrzebę, to niech ranią, bo masz racje. Zawsze znajdą się tacy. Ale na pewno nie ciebie samotnego. Przynajmniej nie teraz. Już nie - spojrzałem na niego. Milczał, tylko skinął delikatnie głową, tak jakby był zmuszony do tego aby zgodzić się na moje cierpienie. Tylko, że ja sam uważałem, że wcale nie będę cierpiał. Nie bardziej niż kiedyś. I wcale się tego nie obawiałem, wręcz byłem pewien, że to nie okaże się dramatem. Przysunąłem się do niego i ujmując jego wargi między swoje, pocałowałem - Chodźmy - otworzyłem drzwi i wysiadłem z samochodu, wypuszczając również z tylnego siedzenia Raven, która poznając teren, zajęła się obwąchiwaniem wszystkiego dookoła oraz cieszeniem wokół moich nóg. Poprawiłem torbę i objąłem Milesa ramieniem, idąc w kierunku akademika. Jednak mimo szczerych intencji dojścia tam, zatrzymał nas ktoś, w drzwiach, które o mało nie odepchnęły mnie do tyłu z całym impetem, i które przytrzymałem, w myślach wiedząc, że osoba za nimi zostanie zmierzona moim spojrzeniem. Jednak gdy okazało się, że osoba ta jest mi znajoma, a tym bardziej dla Milesa, wyprostowałem się i przygryzłem wargę od środka.
- Miles! - krzyknął chłopak, szybko przemierzył wzrokiem po naszej dwójce i ostatecznie zatrzymał go na przyjacielu - Ty cholerny znikaczu...
Schowałem ręce w kieszenie, nie wiedząc do końca co mam zrobić. Chyba najlepiej będzie udać się do siebie, zresztą i tak trzeba zrobić dużo. Rozpakować rzeczy, no... i... no dużo rzeczy. Tak...
- Ja pójdę do siebie - wtrąciłem, a czując na sobie spojrzenie dwójki, zawahałem się przed zrobieniem kroku. Ostatecznie jednak wyminąłem w przejściu Julesa.
- Czekaj... - usłyszałem za sobą i przystanąłem, chwytając za obrożę Raven. Odwróciłem się w stronę drzwi, ale Milesowi nie było dane dokończyć czegokolwiek co chciał powiedzieć. Posłałem mu uśmiech.
- Nie. Ty nigdzie nie idziesz - zaprotestował czarnowłosy i przytrzymał go za bluzę - Idziesz ze mną. Teraz - wróciłem do siebie. Z trudem odnalazłem trzymany przez ten czas klucz w torbie. Matko, zdążyłem zapomnieć pół rzeczy, bo fakt faktem, w pokoju zagościłem nie na długo. Na tyle krótko, że moja część rzeczy nadal było nierozpakowana, leżała na podłodze, czekając aż ktoś się nią zainteresuje. Wzdrygnąłem się, czując ogromny chłód kiedy otworzyłem drzwi. Ktoś chyba musiał zapomnieć zamknąć okna. Wszystko było trochę zakurzone. Odłożyłem torbę na łóżko i podszedłem do terrarium. Nie zagłodzili słodziaka, to najważniejsze. Opadłem na łóżko i uchwyciłem pysk Raven w dłonie, targając jej sierść. Powrót do rzeczywistości był ciężki. Tak naprawdę uważam ten wyjazd z jedną z lepszych rzeczy. Tak jak każdy mój wcześniejszy, tylko że tamte były spędzane w samotności, nieco na odcięciu, gdy wówczas nie miałem problemów ze spędzaniem czasu sam ze sobą. Miałem spokój, ciszę, czas na przemyślenie. Czułem się jakbym dopiero tu przyjechał i znowu miał klimatyzować. Kiedyś nie miałeś z tym problemu, a teraz masz? Może jednak ludzie się zmieniają?

Zbliżały się święta. Co ja wygaduję. Ludzie zaczęli je obchodzić już w listopadzie. Świąteczne ozdoby, kolory, piosenki na okrągło powtarzane w radiu, dosłownie wszędzie. Brodaty dziadek wspinający się po balkonach, renifery zbudowane jedynie ze światełek, małe krasnale w zielonych czapkach... Dosłownie gdzie się nie obejrzeć, był motyw świąt. Tyle dobrego z tego, że choinkę można ubierać.
Tak, podchodzę do tego zbyt krytycznie.
I tak, nie bez powodu.
Owszem, nie lubię świąt.
Kiedyś je kochałem.
Były najlepszym czasem. Czasem spędzonym ze znajomymi, a przede wszystkim z rodziną.
Rodziną...
Nie lubię świąt.
Ale tego nie okazuję, bo mam szacunek do całej reszty.
U mnie święta wyglądały nieco inaczej. Zawsze wykwintnie, dostojnie, na pokaz. Ogromna choinka, zaznaczając, że nie prawdziwa, bo Samantha narzekała na walające się wszędzie igły i tylko problematyczne istnienie drzewka w domu, które szybko usycha. Przynajmniej sprzątaczka miała mniej do roboty. Taki plus. Gromadziło się w domu wiele ludzi. Bardzo wiele ludzi. Połowy z nich nawet nie znałem, a składając im życzenia po prostu nie miałem pojęcia co im mogę życzyć. Więc miałem przygotowaną formułkę i leciałem po kolei, patrząc tylko czy Jason mnie przypadkiem nie obserwuje. Jakbym miał zrobić coś źle i zepsuć wszystko. A jego spojrzenie było silniejsze niż kogokolwiek. Jako dzieciak czułem ogromny respekt, wolałem nie wchodzić mu w drogę, nigdy też mu się nie postawiłem. Tylko jedyny raz. Jedyny, ostatni, drugiego nigdy nie było choć okazji wiele, nie zamierzałem tego robić nigdy w życiu. Więc posyłałem równie sztuczny uśmiech wszystkim gościom, tak jak oni posyłali mnie. Choć większość wiedziała, że jestem tu obcy. Przygarnięty. Taki odludek, nie pasujący do żadnej kategorii. Jedynie ciocia Hannah była w miarę fajna, można było z nią porozmawiać, ale niestety zmarła. Nie wiem w jaki sposób, czy to w wyniku choroby czy innej sytuacji, ale wnioskując po problemach ze spadkiem, raczej nie zmarła z powodów naturalnych. Tak więc mijały święta. Mijały, mijały, powoli, aż przychodził Nowy Rok. Naprawdę nie wiem co ludzie mają z tymi postanowieniami noworocznymi. Jakby te kilka zdań miało zmienić ich samych i życie, które prowadzą. Pewnie sylwestrowa noc pełni funkcję takiej motywacji, która jest granicą na wszystko. Tylko niektórym się wydaje, że jak zostawią wszystko w starym roku, to nie powinno do nich już wrócić. W końcu to było, należy do przeszłości, ale jak się okazuje, przeszłość lubi ingerować w teraźniejszość i manipulować przyszłością. Bo jej samej nic nie zagraża, nie da się zmienić, ona jest stała i nie do ruszenia. A ci którzy próbowali cokolwiek zmienić wychodzili z porażką na twarzy. Nie żebym był sentymentalistą i rozprawiał nad swoją jakże smutną przeszłością, ale pamiętam, że gdy byłem nieco straszy, Nowy Rok spędzałem poza domem. Z "przyjaciółmi". Do pewnego momentu. Ważne żebym był w domu na święta, a reszta już nikogo nie obchodziła. A ja czując szansę wydostania się ze sztuczności, uciekałem jak najdalej.
- Muszę wyjechać do Edynburga. Wołają mnie, mam się stawić w Akademii Lotniczej - otworzyłem oczy, dotychczas skupiając się tylko na krążącej, ciepłej dłoni chłopaka po swoich plecach. Spojrzałem mu w oczy, przez chwilę próbując sobie przypomnieć dlaczego, ale przecież dokładny powód nie był mi znany. Aż do Edynburga? Przecież to w Szkocji. Daleko na północ, choć niby miasto było przy granicy z Anglią. Starałem się nie spytać o co chodzi... ale tylko starałem jak widać.
- Dlaczego? - zapytałem łagodnie, nie tylko z powodu tego aby brzmieć jak najmniej nachalnie, ale po prostu było późno, a to wszystko dosyć męczące i przyjemne.
Miles spuścił spojrzenie i uśmiechnął nieznacznie.
- Nic takiego, ale... nie wiem czy zdążę do świąt. Rozumiesz... chciałbym jeszcze odwiedzić rodziców na ten czas - pokiwałem głową. Naturalnie, że rozumiem.
- Kiedy dokładnie wyjeżdżasz? - zawahał się, skrzywił, a potem szybko odpowiedział.
- Jutro... w sumie to już dzisiaj. Na ranem...
- Mówisz jakbyś miał popełnić ogromny grzech - zaśmiałem się, przewracając na bok, przodem do niego.
- Bo cię zostawiam. To nie jest karygodne?
- Musisz wyjechać. I to rozumiem. Poradzę sobie, dzieckiem nie jestem, poza tym... mam też swoje plany - skłamałem, ale to kłamstwo mi się chyba udało.
Nad ranem faktycznie się zbierał. Prosił abym przyszedł do pokoju, więc przyszedłem. A potem pojechał. Dziwnie się czułem bez jego czasem pozbawionego sensu gadania czy podszczypywania pod stołem, za co nie raz obrywał ode mnie wymownym spojrzeniem. I to zauważyłem kolejny przełom, bo po raz pierwszy w samotności poczułem samotność. Ale nie taką z braku ludzi wokół. Ich było pod dostatkiem. Nie, nie jestem aż tak aspołeczny żeby nie potrafić rozmawiać ze światem. Ale jednak było inaczej. Jedyną rozrywką był Jules. Który został i co jakiś czas, dyskretnie, swoim obojętnym tonem wypytywał się o tajemniczy wyjazd. Zazwyczaj wzruszałem ramieniem i odpowiadałem równie podobnym, obojętnym tonem. Przecież wiem, że wiedział i on wie, że ja wiedziałem. Ale chyba był zajęty bardziej Victorią i próbą nie zostania martwym przez rudowłosą.
Święta się zbliżały. W sumie to za kilka dni miał być ich szczyt. W sumie to nie za kilka dni. W sumie to już jutro. Za szybko czas leci. Zdecydowanie.
I... zrobiłem coś, na co w życiu nie byłbym w stanie wpaść.
Od kiedy to ja jestem zdolny do takiej nieprzemyślanej, gwałtownej, według mojego przekonania głupiej decyzji? Jechać do Edynburga. Teraz. W święta. Nawet nie wiedząc czy jest możliwość. I czy nie okaże się przypadkiem, że będę musiał wrócić. Z drugiej strony... to Szkocja. Tłumaczyłem sobie to jako niespodziewany powrót do kraju. Nie do domu. Do kraju, gdzie mieszkałem. A skoro w święta zdarzają się cuda... to dlaczego nie miałbym go odwiedzić?
Droga była długa. Moja obawa - nie zgubić się tak samo jak wtedy. Tylko, że tym razem byłem sam. Z piosenkami w radiu. Jedynie. Nigdy nie nuciłem. Nie lubiłem swojego głosu. Nie potrafiłem śpiewać. Za grosz talentu artystycznego. Ale coś tam zacząłem ułomnie nucić. Zaraz zrezygnowałem. Porażka. Aż zacząłem się śmiać.
- Skończ Joshua... koniec...
Plus był taki, że w Edynburgu byłem już raz i tak się składa, że akurat wiedziałem gdzie się znajduje Akademia Lotnicza. Jak miło było usłyszeć czysty szkocki, gdy przechodziłem obok starszych wykładowców. Wszedłem do środka, układając na bok opadające włosy na oczy, idąc nieco bokiem. To jak szkoła. Wyszedłem z budynku na plac główny, zauważając akademik. Chyba... Musiałem się przekonać. Nawet nie wiem dlaczego pomyślałem, że tam będzie. Cholera, nawet nie wiem po co tu jestem. Przypadkiem zahaczyłem o kogoś ramieniem, posyłając mu ukradkowe przepraszające spojrzenie i otwierając drzwi, poszukałem spojrzeniem schodów na górę. Już miałem wchodzić na długi korytarz, ale znowu uderzyłem o kogoś. Jestem jakiś rozkojarzony. To nie dobrze.
- Matko Joshua... co ty tu robisz? - uniosłem brew, nie ukrywając zdezorientowania, że to akurat Miles. Nabrałem powietrza do płuc, patrząc za siebie na schody i kalkulując dokładnie. Musiałem wyglądać jakbym był na jakiejś jawie. Chyba w moim pojęciu nie występuje romantyczne czekanie przy aucie, opartym o maskę.
- Właściwie... to nie mam bladego pojęcia jak tu się znalazłem. Nawet nie wiem co zmusiło mnie do przyjechania do ciebie, ha... nawet nie wiem dlaczego nagle jestem taki zdenerwowany, ale... Wesołych Świąt! - w życiu nie wypowiedziałem tyle słów na jednym wdechu. Wydechu. Nie, wdechu. A diabli jedni wiedzą czym.

Miles?
Jeśli wyszło to spontanicznie, to ładnie przepraszam jeśli nie tak miało być.
Być może właśnie miało tak wyjść

poniedziałek, 1 stycznia 2018

Od Joshuy cd. Milesa

Odwróciłem się na drugi bok, czując jak przez moją rękę przechodzą dreszcze. Przez chwilę prawie jej nie czułem. Ludzie po amputacji muszą czuć się dziwnie i nieswojo. Wkrótce przerodziło się to w nieprzyjemne szczypanie, odczuwalne przy każdym, nawet najdrobniejszym ruchu. A potem było coraz lepiej. To trochę jak w życiu. Skręcasz w jakąś ścieżkę i odczuwasz jak wszystko narasta. Powoli, w swoim tempie, aż osiąga punkt krytyczny. A potem spada. Szkoda tylko, że to się może powtarzać.
Westchnąłem przeciągle, a z powodu braku obecności kogokolwiek i wręcz przerażającej ciszy, otworzyłem oczy, mim wszystkiego, nie podnosząc się. Nie było go. Choć domyśliłem się, że nie mógł spać, to mój umysł zaczął znowu mnie nękać. On jest czasem gorszy od samego dręczyciela. I stwierdzam to z przekonaniem. Założyłem rękę za głowę, wpatrując się w samą górę, zmieniając jeszcze raz pozycję, tym razem leżąc na plecach. Wiedziałem, że nie zasnę.
Ta rozmowa była dziwna. No może niezbyt to słowo pasuje, ale ja czułem się dziwnie. Czułem, że namiastka mojego stłamszonego ja zaczyna się wyrywać z silnego objęcia metalowych krat, co gorsza... nawet to delikatnie rozchylone okno pozwoliło mu na zobaczenie przez świat, przez Milesa. Widziałem to po nim w pewnym momencie.
Miałem wrażenie, że w środku czuję się jeszcze gorzej niż przedtem. Niby wszystko miało zostać wytłumaczone, dokończone, ale ta kłótnia pozostawiła po sobie jeszcze więcej pytań niż było.
Sięgnąłem ubrania i założyłem je na siebie. Wyszedłem na zewnątrz, od razu zostając uderzonym świeżym, górskim powietrzem Walii. Podoba mi się tu. Jest cicho jak w Norwegii. Jest chłodno, no może nie jak w Norwegii, ale zawsze jest. I teren jest podobny jak w Norwegii. Choć też wszystko przypominało Szkocję. Jak się do niej przeprowadziliśmy. Nie podobało mi się to. Mało tego... nie podobało się to mojej psycholog, która mówiła, że jednak takie przeniesienie wpływa na nastawienie. I miała rację. Nie znosiłem Szkocji za to, że tam musiałem mieszkać. Do potęgi przypominała mi Norwegię, aż w końcu po kilku latach zanikło to porównanie. Fajne, gdyby znikło też wszystko co z rodzinnym krajem związane, ale to pozostało.
Słońce właśnie pokazywało się nad szczytami, oświetlając wszystko wokół, kiedy dół nadal był ogarnięty mrokiem. To wszystko ze sobą tak współgrało.
Rozciągnąłem się, nabierając głęboko zimnego powietrza i spojrzałem na siedzącego całkiem niedaleko chłopaka. Siedział zamyślony, nie samotny, bo z Raven przy sobie. Ja czułem się mimo wszystko wypoczęty, a całkiem na odwrót Miles, patrząc po nim.
Podszedłem bliżej, usiadłem za nim, otaczając go w pasie ramionami i opierając podbródek o ramię. Nie byłem nauczony po prostu takich rzeczy, więc nie czułem potrzeby. Amber też nie, kiedy byliśmy ze sobą, więc zwyczajnie w świecie nie praktykowaliśmy tego. A wypomniała by mi, gdyby chciała.
Dopiero po jakimś czasie oparł się o mnie plecami, jakby oczekiwał pozwolenia. Co dziwne, bo wczoraj zbytnio nie potrzebował
- Nie wiedziałem, że lubisz patrzeć na wschody słońca - odezwałem się, patrząc na liżącą moje dłonie Raven.
- Jak byłem mały, często czekałem na nie. Z różnych powodów - odpowiedział - A ty? - zapytał po chwili ciszy. Pokręciłem głową.
- Wolę zachody.
- Dlaczego? - zmarszczył delikatnie brwi. Dla mnie to nie miało znaczenia. Do tego również nie przywiązywałem wagi, ale jeśli mam się wypowiedzieć...
- Nie wiem. Po prostu... w nocy człowiek śpi... a przynajmniej powinien - uśmiechnąłem się - Jest spokojniejszy, sen przyćmiewa rzeczywistość, a tym bardziej świadomość... to wynika z danej osoby. Gdy się robi ciemno nic nie widać, a gdy nie widzisz przed sobą zagrożenia, to nie tracisz pewności siebie i kroczysz dalej.
- Ale możesz spaść - delikatnie odwrócił głowę w moją stronę. W duchu przyznałem mu rację.
- Nawet widząc, możesz spaść. Ale spadasz, wiedząc, że straciłeś równowagę, a tak... po prostu nie masz czasu na próbę zrozumienia co się dzieje, dlaczego, w jaki sposób... - wzruszyłem ramionami - No. Jestem głodny. Po raz pierwszy w życiu - odsunąłem się od niego i wstałem.
Zjedliśmy śniadanie, Raven dostała swoje, ale szybko zjadając to co miała, wzrokiem prosiła o więcej. Pokręciłem głową, a ona ułożyła się wkrótce pod nogami, gotowa właściwie do dalszej drogi.
Nigdy nie potrafiłem narzekać na nic. Robiłem to cicho w głębi duszy, nigdy nie głośno. Ale teraz musiałem wyżalić się, nawet samemu sobie, dlaczego składanie tego wszystkiego zajmuje mniej czasu niż rozkładanie. Zdałem sobie sprawę, że od tamtego wieczora powiedziałem więcej słów niż kiedykolwiek przy nim. A teraz, może nie na okrągło, ale dosyć często miałem dużo do powiedzenia. A to droga, a to powrót, którego Miles mi jednak nie chciał zdradzić, co porządnie mnie zaintrygowało. Co siedzi w tej jego główce i jakie znowu niecne plany obmyśla?
- Ale rąbek tajemnicy chyba możesz mi zdradzić? - tym razem to ja złapałem smycz Raven. Miles zmierzył mnie spojrzeniem, uśmiechnął się i pokręcił głową bez słowa. Przewróciłem oczami, oczywiście odwrócony tyłem. Jest zbyt spostrzegawczy jak na kogoś tak żywiołowego - To również mój powrót.
- Joshua... powrót to powrót - stanął przede mną. Patrzyłem na niego z nieprzekonaną miną - Nic nadzwyczajnego - pocałował mnie, oczekując odwzajemnienia. Odwzajemniłem... żegnamy silną wolę, chyba od tej pory wypada z castingu na wrodzone cechy - Wracamy do akademii i tyle. Nie mam ułożonych konkretnych planów - ruszył pierwszy, a ja za nim. Nie mam ułożonych konkretnych planów? To tak jakby miał plany, ale nie mógł się na nie zdecydować. A ja dociekliwy nie jestem. Nie potrafię wyciągać od innych, lecz moja ciekawość w jakimś stopniu jest obecna. A ostatni zbytnio nadmiernie te wszystkie cechy się okazują. Aj... zbytnio zwracam na to uwagę. Znowu o tym zaczynam rozmyślać, jakby nie miał przed sobą pięknych widoków, wchodzących ludzi, którzy omijali bezpiecznie białego owczarka i chłopaka, który mi się podoba. Jestem całkowicie normalny. Ale testy o autyzm raczej by się przydały, co nie?
Schodzenie zawsze uważałem za bardziej bolesne od wchodzenie. Po prostu trudniejsze. Wchodzenie było męczące, ale satysfakcjonowało, a gdy się schodzi, traci się ten widok, wyczuwa koniec podróży, powrót. I strasznie bolą nogi, które muszą utrzymać cały ciężar ciała i plecaku. Całe szczęście, że pies nie ciągnął. Była nauczona chodzenia przy nodze. Choć nie zawsze podobało jej się słuchanie.
Wydawało mi się, że potrzebowaliśmy mniej czasu na powrót, choć wiem, że to tylko złudzenia. Ale po jakimś czasie byliśmy zmuszeni odpocząć. Usiedliśmy na powalonym pniu starego drzewa, widocznie przesuniętego ze szlaku już całkiem ładny czas temu. Dobra ławka i miejsce na odpoczynek. Chwyciłem butelkę wody i napiłem się.
- Zahaczymy jeszcze o jezioro w dole - spojrzałem w tym samym kierunku co on, nic jednak nie widząc - Co ty na to?
- Nie za zimno dzisiaj? - uniosłem brew.
- To mnie rozgrzejesz - wzruszył ramieniem.
- Nie widzisz w tym problemu? - powstrzymałem uśmiech, który sam cisnął mi się na usta.
- Nie. Absolutnie żadnego - pokręcił niewinnie głową, a ja powtórzyłem za nim ruch, czując jak jego twarz nieznaczenie się zbliża - A ty?
- Nie... absolutnie żadnego - powtórzyłem, całując go jednak delikatnie - Pod warunkiem, że mi powiesz co to za brak konkretnych planów na powrót - odsunął się, mrużąc oczy. Pokręcił głową z dezaprobatą i zabierając ode mnie Raven, ruszył przed siebie.
- Ale ty jesteś nieustępliwy... - westchnął, gdy znalazłem się obok niego - Podoba mi się, gdy pytasz po raz dziesiąty.
- Nieprawda - zaprzeczyłem - Trzeci. Może nawet nie - choć wiedziałem, że jak dla mnie to za dużo.
- A jak ci powiem nad jeziorem?
- A prawdopodobieństwo, że masz konkretne plany wynosi...?
- Nie powiedziałem, że mam konkretne. A ty nie odmówiłeś pójście nad jezioro.
- Nie odmówiłem. To prawda - przyznałem - Ale... - jednak zanim zdążyłem coś powiedzieć, zamknął mi usta pocałunkiem. Znowu. Najpierw przy wchodzeniu, potem wieczorem i znowu teraz. A ja nie byłem w stanie się oprzeć. Utrata kontroli to rzecz, którą doskonale pamiętam i która w tej pamięci wyryła mocną ranę, zmieniając się w bliznę. To chyba jedna z gorszych rzeczy, która człowieka dopada. Potem przychodzi żal - żałujesz, że nie powstrzymałeś w porę wszystkiego. Wiesz, że i tak nie możesz nic zrobić, bo co się stało, nie odstanie. A to jak pasożyt, przyczepia się i nie chce puścić, i nie ma na to właściwie żadnego lekarstwa. Ale akurat taka forma uciszania mi się podobała i chodź potem cicho mruczałem, że chcę się wypowiedzieć do końca, to nie miałem tego na myśli. Niech mnie tak ucisza, jeśli chce. Chyba mu się nie będę opierał.
Jezioro pokazało się, gdy zeszliśmy niżej. Sporo niżej. Co mnie zaskoczyło, rzeczywiście nikogo nie było. A samo jezioro rozciągało się daleko. Bardzo daleko. Stwierdziłem, że Raven nie sprawi większego problemu i na chwilę spuściłem ją. Od razu pobiegła do wody, zamaczając łapy.
Usiadłem na ziemi, a tuż obok Miles, gdy chwyciłem go skuteczni za dłoń. Dobra, opłacało się trochę wydłużyć drogę.
- Jak to będzie wyglądało po powrocie? - zadałem kluczowe pytanie. Chłopak odwrócił się w moją stronę i zlustrował wzrokiem. Patrzyłem na niego ze spokojem, tak żeby nie wyglądać na kogoś, kto natychmiast potrzebuje odpowiedzi. Chociaż bardzo mnie ona ciekawiła. Tutaj jesteśmy sami. Nikt nas nie widzi. A w akademii będzie pełno ludzi. Będzie jego przyjaciel. Będą osoby mniej czy więcej zainteresowane, bo tak działa społeczeństwo.

Miles?

środa, 27 grudnia 2017

Od Joshuy cd. Milesa

Nie lubię decydować i mimo tego, że wyglądam na takiego co w grupie wypowiada swoją, słuszną decyzję, to wcale tak nie jest. Wolę, gdy ktoś inny decyduje. Ja podjąłem tyle beznadziejnych decyzji w przeciągu dwudziestu jeden lat, że starszy mi do końca życia.
Nie mam pojęcia co on takiego w tym wszystkim widział. We mnie. Nie potrafię się bawić. Nie jestem w stanie nawet zaryzykować. Nieraz zachowuję się jak czterdziestolatek, a nie dwa razy młodszy chłopak. Nie jestem w stanie się zabawić. Tak jakbym kompletnie nie pasował do obecnego świata. A on mi mówi, że pragnie mnie bardziej od atrakcyjnej dziewczyny. Przecież to paradoks.
- Miles, nie obrażę się jeśli pójdziesz się zaspokoić - nie był zadowolony z tej odpowiedzi. Widziałem to po jego mimice twarzy, nawet jeśliby właśnie w tym momencie zaprzeczył. I miał rację. Te słowa zabrzmiały jakbym właśnie powiedział wyraźnie "Nie chcę." Jakbym zaprzeczył temu co naprawdę moje ciało i dusza oczekują. Spodziewałem się, że nie da po sobie poznać zawiedzenia, a ja zamiast jak najszybciej odepchnąć od niego te emocje, trzymałem w utwierdzeniu, że jeszcze nie pora. Najgorsze było to, że sam nie wiedziałem kiedy tak naprawdę chcę. I co właściwie chcę od życia? Mogłem siebie porównać do chodzącej skorupy, która sama sobie wyznaczyła drogę i nawet decydując się na tak niepewny ruch, jakim była ta cała relacja z Milesem. Żeby nie było mało, po tej decyzji nadal trzyma się zasad, choć chce się niby wyrwać. To wygląda jakbym rzeczywiście nie wiedział co oczekuję, a najgorsze jest to, że im dłużej stawiam sobie to stwierdzenie, tym ono bardziej staje się prawdziwe. A przespanie się z dopiero co poznaną dziewczyną? Wszystko byłoby w porządku, gdybym nie zrezygnował z tego dawno temu i przestał traktować ludzi jak użyteczne na moment zabawki, które dostajesz od swojego wujka losu, lecz one szybko się nudzą, więc szukasz czegoś nowego. Ciężko mi się przyznać, że sterowałem nimi jak kukiełkami, malowanymi na swój własny wzór.
Pokiwał głową, zakrywając tym swoim uroczym uśmiechem wszystkie emocje, którymi nie chciał się ze mną podzielić. Tak Miles, jesteś skomplikowany, ale nie mogę ci tego powiedzieć, bo nie wiem jak zareagujesz. Odgarnął moje włosy z twarzy, które podczas uderzenia opadły bezwładnie na moje oczy i powoli się podniósł, odsunął, wstał, odwrócił i skierował w kierunku drzwi. Przełknąłem nabrane przed chwilą powietrze. To było mocniejsze niż jakiekolwiek słowa. Poczułem się winny. Nie tylko dlatego, że go odrzucam, ale daję mu tak po prostu odejść, kiedy tak naprawdę tego nie chcę. No i cholera może wszystko strzelić. Gdy usłyszałem charakterystyczny dźwięk naciskania klamki, od razu wiedziałem, że nie mogę mu dać tak po prostu wyjść. Nie potrafię udawać, że wszystko jest okey... mimo że raczej stare przyzwyczajenia nie mijają i mogę jednoznacznie stwierdzić, że w udawaniu jestem mistrzem. Brawo Joshua, doskonały z ciebie kłamca. Możesz pochwalić się tym, bo nie ma co, ale to doskonała zaleta.
Podniosłem się z łóżka, czując nadal dreszcze przechodzące przez moje ciało od momentu tak wyraźnego dotyku na swoim biodrze. Podszedłem, aczkolwiek dusza niemal wyrywała się do biegu i jakimś cudem, nie mam pojęcia jakim, sprawiłem, że Miles zatrzymał się tuż przed drzwiami. Otwartymi drzwiami. Jakby podświadomie wiedział, że jednak zareaguję.
- Ale śmiertelnie obrażę się jak teraz zrezygnujesz wyłącznie z mojego powodu - z korytarza dobiegł dźwięk zamykania drzwi i ciche śmiechy. Spojrzałem z cieniem wątpliwości na otwarte drzwi, spuszczając wzrok, gdy kroki były coraz bardziej słyszalne. Oparłem dłoń na ciemnym drewnie, odgradzającym pokój od korytarza, unosząc spojrzenie na chłopaka. Nie dostając jednak ani werbalnie, ani słownie odpowiedzi, cicho zamknąłem drzwi, kiedy rozbiegło się pukanie. Dobrze. Skoro przyszło mi już decydować, to nie możesz do mnie mieć już pretensji, Miles. Nawet jeśli wyszedłem na niezdecydowanego zazdrośnika. I sztywniaka, co poniekąd jest prawdą. Moje zasoby dobrej zabawy chyba się wyczerpały. Albo po prostu postarałem się ich pozbyć. Najwyraźniej plan wypalił.
- Przyszły... - powiedziałem cicho, w wypadku jakby jednak drzwi przepuszczały dosyć mocno dźwięki - A ja nie powiedziałem nie - miałem tylko nadzieję, że nie otworzą same drzwi, a głupio zakluczyć im tak przed nosem. To wszystko to i tak wbrew etykietom. Od samego początku. No i co, znowu mam zignorować wszystkie zasady? Władować się we wszystko i nic? Potem nie chcieć z tego wyjść, ale ostatecznie nie mając wyjścia?
A do diabła z tym wszystkim.
Sam nie mogąc podejść bliżej, chyba z wrażenia, że zignorowałem błagające krzyki mojego umysłu co do postanowienia, przyciągnąłem go za koszulkę bliżej siebie, błagając tylko wszystko wokół by faktycznie ściany nie były tak przepuszczalne. Pierwszy raz, tak silnie i mocno pragnąłem poczuć jego smak, jakbym właśnie poprzez pozwolenie mu wyjścia z tego pokoju, miał stracić okazję i jego samego. A przecież doskonale wiedziałem, że tak się nie stanie. Dostałem zapewnienie, na tyle wyraźne, by być spokojnym, nawet jeśli rzeczywiście poszedłby do kogoś innego. A nie tak wszystko było umówione. Wolna relacja. I co z tego, że będę to sobie powtarzał, jak moja świadomość na siłę wypycha tą myśl, jakby nie było miejsca już w karcie pamięci. A było go pełno i z chęcią pozbył bym się starych wspomnień, które nie były mi potrzebne, a zaśmiecały mój umysł, zarazem jak i wszystko inne dookoła. Po odciskały niewidoczne piętno na najdrobniejszej rzeczy czy osobie. A jedyne piętno jakie pragnąłem ja mieć na sobie, to te usta, które natychmiastowo odnalazły rytm, a nadal dawały mi wolną przestrzeń. Jakbym miał w razie czego zrezygnować. W ostatniej chwili odzyskać rozsądek. Poczułem jakbym to nie ja w tym momencie próbował się pozbyć głupich wątpliwości, ale Miles. To on jedną ręką niby mnie przyciągał, ale drugą odpychał, kładąc ją na moim ramieniu. To on podtrzymywał moje usta w ciągłym ruchu, ale zarazem starał się oderwać w pretekście zaczerpnięcia oddechu. On też uśmiechał się, ale w przeciągu sekundy jego twarz delikatnie się krzywiła. On prowadził, chociaż to ja miałem być na górze. I to dosłownie. Nie musiałem nawet pytać, bo wiedziałem, że robiąc to wszystko, on mi tylko pokaże. Jakby twierdził, że na początek to co było, a dopiero potem zażyję zupełnie nowego odczucia. Po drugie jest strasznie zmienny. I nie twierdzę, że mi to przeszkadza. Wręcz przeciwnie. To pociągające. Na początku był stanowczy i pewny w swoich ruchach i czynach, przy drzwiach jakby nagle zmienił maskę i nie pamiętał nic sprzed kilku minut, a teraz jakby wszystko się wymieszało. Subtelność wymieszana z pożądaniem, czasem nawet silnie wyczuwalnym, nieco brutalnym. Ile w tym trwasz już Miles? Od jak dawna o tym myślałeś? Jak długo ci tego brakowało?
Kolejny paradoks, bo gdy ja coraz bardziej czułem się pewien, wbijając sobie słowa, że nie mogę tego zepsuć, on coraz bardziej opadał. A wtedy mogłem być niemal pewien, że jednak jest coś, nad czym może w głębi umysłu myśleć.
I co mnie najbardziej zszokowało, zaskoczyło, licho jedno wie, ale gdy już pewnie miałem zrobić ostatni ruch, on mnie powstrzymał. Zawahał się, może nie? Trwało to jedną setną sekundy, ale poczułem to. Nie dało się tego zauważyć, ale przy tak mocnym skupieniu by nie zrobić niczego źle, żadnego złego ruchu z mojej strony, dało się wyczuć wszystko.
Wstrzymałem oddech, przełykając głośno przez gardło, niemal już z trudem podtrzymując się na rękach i błagając w duchu o pozwolenie na zniwelowanie tego uczucia gorąca, któremu wolałbym dać upust. Cicho zachichotał i przyciągnął mnie bliżej, tym samym moje ramiona odmówiły dalszej pracy, a ja opadłem delikatnie na niego.
Wiedziałem, że on chciałby mocniejszych odczuć, silniejszych doznań i chyba to stawiało mnie w niezręcznej sytuacji braku poczucia przydatności. Niejako sprawiało, że nie byłem w stanie posunąć się dalej, ale echem odbijał się jego szept niczym tajemnica: "Dowiesz się, Josh. Dowiesz w swoim czasie". Było to uspokojenie, bo mimo mojego zewnętrznego, towarzyszącego mi niemal zawsze spokoju, w środku drżałem. I on to czuł. Pod wpływem tego wszystkiego, cicho wyszeptywał mi w ramię swoje myśli, owiewając i tak rozpaloną skórę gorącym oddechem. "Matko, ty cały drżysz". To prawda, którą chciałem nieznacznie ukryć między jego szyją a ramieniem, chowając całą twarz, zasłaniając się przed światem, czując opokę, bezpieczne miejsce, które w dzieciństwie zostało mi odebrane i nigdy nie zwrócone. Może nie powinienem tego tak mocno odbierać. Układ był inny. Układ był INNY. UKŁAD BYŁ INNY.

Chyba jeszcze nigdy zarazem tak ciężko, ale z ulgą mi się nie oddychało. A wkrótce pozostała tylko ulga. Oczywiście musiało minąć dosyć czasu, by ona pozostała wyłącznie sama.
- Rusz się - odwróciłem głowę, mierząc jego do połowy przykryte ciało - Chyba nie zaciągnąłeś mnie tu tylko w tym jednym celu? - uniosłem brew, na co on cicho roześmiał się pod nosem i z tajemniczym uśmiechem wzruszył ramionami. Jest okropny.
- A co jeśli to była próba obudzenia w tobie współczucia, tylko po to aby wykorzystać ciebie w całości?
- Bój się, albowiem stać mnie na doskonałego prawnika, gwałcicielu - powiedziałem to na tyle stanowczo, że chłopak aż podskoczył na tym łóżku, dławiąc się powietrzem.
- Tylko nie gwał... - uśmiechnąłem się szeroko na ten widok i podniosłem, by zamknąć mu te usteczka - Albo w sumie...? - mruknął przekonany. Roześmiałem się, delikatnie kręcąc głową i podnosząc się do siadu.
- Tak czy inaczej - założyłem z powrotem ubrania i odwróciłem się w stronę stękającego pod nosem chłopaka z powodu polecenia wstania spod cieplutkiej kołderki - Ktoś tu chciał się zabawić. Dwie ładne, wolne panie czekają zapewne z jakąś ofertą skoro przyszły tutaj, aż pod sam pokój - zmierzwiłem włosy, w miarę swoich sił układając kosmyki włosów, rozchodzących się w różne strony.
- Obiecaj mi, że jeszcze to powtórzymy, ale bez zmieniania nagle moich planów. Miałem już iść i zaspokajać się w objęciach kobiety - skrzywił się, po chwili zmieniając swój wyraz twarzy.
- To faktycznie okropne, że odebrałeś przyjemność od mężczyzny. Chyba ci się nie podobało - pokręciłem głową, odwracając się. Chłopak natychmiastowo znalazł się przede mną. Spojrzałem ze spokojnym wyrazem twarzy, delikatnie odsuwając głowę do tyłu. On był zbyt blisko, biła od niego pewność siebie, która tak bardzo jeszcze przed niespełna godziną cała się wahała.
- Musisz mi to obiecać - uniosłem kąciki ust do góry - Rozumiesz? - po chwili ciszy, którą przerywało tylko ciche tykanie zegara, skinąłem głową.
- Obiecuję - i to słowo zabrzmiało jak obietnica. Wypuściłem powietrze przez usta w westchnieniu i podałem mu ubranie - Skoro się już ruszyłeś to załóż coś na siebie, bo ktoś znowu pragnie dostać się do naszego pokoju - wyminąłem go i podszedłem do drzwi, otwierając je delikatnie i spoglądając na stojącą Ninę.
- Hej. Caroline mnie przysłała z pytaniem czy nie chcielibyście razem z nami pójść na małą imprezę, tuż za rogiem? - wzruszyłem ramieniem, właściwie mając już odpowiedzieć, ale funkcję przejął Miles. A raczej Miles bez koszulki, bo to jednak stanowiło różnicę.
- Dlaczego nie? - spojrzał na mnie, oczekując odpowiedzi. Zgodziłem się, bo niby dlaczego nie. Dziewczyna uśmiechnęła się przelotnie i zawróciła, tymczasem ja zamknąłem drzwi i wlepiłem spojrzenie w chłopaka z szerokim uśmiechem.
- Co? - zmarszczył nos, a ja roześmiałem się ze skrzyżowanymi rękoma.
- Ale drugi raz z klubu znosić cię nie będę - zabrałem bluzę, zakładając ją na siebie. Przez chwilę się zastanowił, wkrótce zrozumiał o co mi chodzi.
- Wtedy była inna sytuacja.
- Owszem. Zapamiętałem, że kaczki to mordercy i nigdy nie mam farbować się na blond oraz, że moje ramię to całkiem fajne ramię.
- Ty to nadal pamiętasz?
- Oczywiście... nadal nie powiedziałem ci dokładnie wszystkiego - puściłem w jego stronę oczko.
- To zatajanie prawdy - mruknął niezadowolony z tej wiadomości.
- Tylko odrobinę. Może kiedyś trochę ci poopowiadam...
~*~
- A wy właściwie skąd jesteście? - Caroline odłożyła swojego drinka i oparła głowę o dłoń, wpatrując się usilnie we mnie. Skoro normalny facet ucieszyłby się zainteresowaniem ze strony kobiety, to ja zdecydowanie powinienem udać się z powrotem do psychologa specjalisty. Spojrzałem na Milesa, w głębi ducha oczekując ratunku, ale szybko przypomniało mi się, że tylko ja mam problem z określaniem mojego pochodzenia.
- Cardiff - odpowiedział Miles. No to moja kolej pochwalenia się miejscowością? Ehh... niech będzie. Zakreśliłem koło na blacie i z wlepionym spojrzeniem w to samo miejsce.
- Właściwie... to urodziłem się w Bergen, aczkolwiek wychowywałem się zarówno w norweskim Oslo, jak i szkockim Aberdeen - stuknąłem kilkukrotnie w stolik.
- Dosyć daleko jak na przeprowadzki - przechyliła głowę Nina, która nieco mniej żywiołowo wtrącała się w rozmowę. Widać było, że to Caroline nadawała tempo. Pokiwałem głową, więcej jednak nie mówiąc.
- Pogmatwane to trochę - stwierdziła Caroline, pewnie nie mając świadomości jak bardzo pogmatwane jest to i moje życie.
Wkrótce Nina gdzieś poszła, a po krótkiej rozmowie ze mną i Caro na temat Szkocji, zniknął też Miles. Gdy oznajmiał to, posłałem mu wymowny uśmiech, delikatnie zostając uderzony w kostkę pod stołem. Niech się wypiera jak może. Tym samym zostałem wraz z Caroline.
- Ale chyba na długo się tutaj nie zatrzymujecie? - zerknąłem na nią i odwzajemniłem uśmiech. Jak to delikatnie powiedzieć...
- Swansea to nasz przystanek. Tak przynajmniej mi się wydaje. Trochę do zobaczenia i wybieramy się dalej na północ - wyjaśniłem, jednak widząc jej wyczekujące spojrzenie, zrozumiałem, że mam się określić dokładniej. Niezbyt szło mi to na rękę, bo nie chciałem zdradzać całych planów. Przynajmniej uważałem, że nie ma takiej potrzeby - Snowdonia. A dokładniej park.
- Snowdonia - dziewczyna ożywiła się, na sam wyraz szeroko się uśmiechając - Byłam tam jeszcze jako dziecko. Piękne tereny. Skąd taki pomysł żeby wybrać się we dwójkę?
- Cóż, zagospodarowanie czasu. I nie we dwójkę, ale trójkę - roześmialiśmy się razem, a Caroline przyznała mi racje.
- Pies przyjacielem człowieka. Gdzie ty tam i ja?
- No chyba, że oferujesz lepsze warunki niż właściciel, wtedy zdrada murowana - dopiłem do końca swój napój, odkładając pustą szklankę przed sobą - Ale żeby było sprawiedliwie to nie oddam za darmo.
- A zakup razem z właścicielem czy bez? - uniosłem spojrzenie, lustrując ją wzrokiem. Ładna dziewczyna. Energiczna i pełna życia. Szatynka o niebieskich oczach, przypominająca mi nieco Bridget w przyszłości. Miały podobne rysy twarzy, tyle że ona miała ostrzejsze. A to już od razu wyklucza możliwość czegokolwiek.
- Nie ma gratisów na razie - zachichotała, a ja odetchnąłem z ulgą, że nie poczuła albo być może nie okazała tego urażenia.
Wkrótce znowu rozmawialiśmy w czwórkę o zwykłych, ludzkich, neutralnych tematach. Najlepszych i bezpiecznych tak uważam, choć Miles nadal nie potrafił się ze mną zgodzić w niektórych kwestiach. Mieliśmy inne poglądy, poprzez pewnie inne wychowanie, a to oznaczało dwa różne zdania. Co okazało się nie być żadnym problemem.
Wróciliśmy do pokoi wcześniej, będąc w pełni świadomym, bo dużo nie piliśmy. Nie wiem czy to z powodu zachowanej kultury co do nowo poznanych, czy bardziej ze względu na samych siebie, choć prawdę mówiąc, to ja wypiłem więcej.
Nazajutrz, dosyć wcześnie się zbieraliśmy. A z racji, że zegar wskazywał szóstą rano, nawet nie chcieliśmy budzić towarzyszek poprzedniego dnia. Miles coś tam marudził, że jednak mu się nie udało, ale szybko skupił się na dalszej drodze.
Do samego parku w Snowdonii droga miała trwać trzy godziny. Może trochę ponad, uwzględniając wszelkie utrudnienia. Walia jest piękna, że aż nie do opisania. Trochę jak Norwegia, ale w nieco cieplejszych kolorach. Udało nam się wysiąść w miarę pod naszym celem, więc samo dojście nie zajęło długo. Spojrzałem w górę na wyjątkowo rozpogodzone niebo, przykryte częściowo koronami drzew. Puściłem Raven, która biegała wokół, niezbyt daleko się od nas oddalając.
- Jaka tu cisza - powiedziałem w miarę nisko, tak jakby w obawie przed niedopuszczalnym przerwaniem tej bezdźwięcznej harmonii natury.

Miles?

czwartek, 7 grudnia 2017

Od Joshuy cd. Milesa

To nie jest aż takie trudne. Da się do tego przyzwyczaić po jakimś czasie, jeśli jest się wytrzymałym. Najgorzej, gdy pojawiają się rzeczy, które odciągają cię od tej utrzymywanej powagi. Ale po jakimś czasie stajesz się odporny na nie i później cię nie wzruszają. To ciekawe. Nie mieć wyznaczonych etykiet, ścisłych zasad zachowania, narzucanego wzoru.
- Teoretycznie da się wytrzymać, ale po prostu do niektórych ludzi to nie pasuje - podniósł delikatnie brew, czekając na moją kontynuację przemyśleń. Uśmiechnąłem się i spojrzałem przed siebie - Nie obraź się, ale jakby postawili ciebie przede mną i kazali przydzielić do jednej grupy, to nie powiedziałbym, że wyglądasz na kogoś będącego przez cały czas poważnym.
- Zastanawiam się, czy to właśnie był komplement, czy jednak szpilka w moją osobowość - spojrzał w sufit, przez co również odruchowo uniosłem głowę.
- To pozytywne słowa - wyjaśniłem - Jakkolwiek zabrzmiało to co przed chwilą stwierdziłem, ale uważam, że jednak będąc w połowie spontanicznym, to cecha dużo warta w charakterze. Niektórzy będąc jej pozbawieni są po prostu... nudni - wzruszyłem ramionami. Zapadła chwilowa cisza, podczas której Miles wyjątkowo nerwowo się poruszył.
- Ej ej ej... wiem do czego zmierzasz i nie waż mi się tak myśleć.
- Ale do czego? - spojrzałem na niego z pytającym wyrazem twarzy. Po krótkiej chwili zrozumiałem co ma na myśli - Aha. O to ci chodzi. Cóż... każdy człowiek posiada jakiś rodzaj spontaniczności, nawet jeśli jest bardzo przewidywalny.
- Ty mi tutaj nie próbuj się rekompensować. Doskonale wiem o twoim hobby umniejszania swojej wartości - prychnął, na co się tylko szerzej uśmiechnąłem.
- To by było dosyć oryginalne zainteresowanie - pokręcił głową z dezaprobatą.
- Za chwilę sam ci znajdę zainteresowanie - zachichotałem. Nastąpiła chwila ciszy, a ja zdecydowałem się w końcu zapytać.
- To jak? Zejdziesz?
- Kocham ich, ale nie dam tej satysfakcji. Są przekonani do jednego. Ja swoje, a oni swoje.
- Chyba tak powinno być. Każde dziecko ma jednak inne zdanie i pogląd niż jego rodzice - spojrzałem na niego. Pokręcił delikatnie głową w zastanowieniu, nie zaprzeczając, ale potwierdzeniem też tego nie mogłem nazwać - Znaczy... chyba. Tak słyszałem.
- Po prostu udowodnię im, że się mylą - uparte to jak mało kto.
- Czyli nie namówię cię do zejścia na dół? - westchnąłem, opadając plecami na łóżko, za to głowę opierając o jego uda. Spojrzałem w sufit, bawiąc się palcami w oczekiwaniu na jego odpowiedź.
- Nie - odpowiedział stanowczo. Uniosłem brew, kątem oka przyglądając się mu. Przewróciłem się na brzuch, opierając głowę o swoją rękę. Zmierzyłem go spojrzeniem, drugą, wolną dłoń opierając o jego bok.
- Nawet na chwilkę? - zapytałem, wodząc delikatnie palcem po jego ciele, aby po chwili podwinąć delikatnie jego koszulkę i dotknąć ciepłej skóry. Jego kąciki ust delikatnie uniosły się ku górze.
- Nawet na chwilkę - mimo to nadal nie rezygnował. Jestem okropny, że próbuje go do tego przekonać. Przecież on ma wolną wolę, a ja wykorzystuję najgorszy sposób z możliwych. Jestem godzien potępienia, co mnie w przyszłości z pewnością dopadnie.
- To ogromna szkoda - posmutniałem, spuszczając wzrok. Złożyłem delikatny pocałunek na jego odsłoniętym biodrze. Nabrał głęboko powietrza do płuc, po chwili je wypuszczając, jakby udawał, że tylko chce westchnąć.
- Trochę? - uśmiechnąłem się szerzej. Podniosłem całe ciało na rękach i powoli przeniosłem nad nim, zawisając przez chwilę. Powoli przesunął spojrzeniem po suficie wprost na moje oczy. Odgarnąłem grzywkę nieco na bok - Myślę, że da się ciebie przekonać. Tylko trzeba użyć stosownego argumentu - delikatnie wzruszyłem ramieniem, spoglądając na jego usta. Zmniejszyłem odległość między nimi. Gdy nieznacznie je odchylił, było to jak pozwolenie do kontynuowania. Pocałowałem go, po dłużej chwili powoli się odsuwając. Zjechałem ustami po jego policzku aż do szyi - Pewnie nadal nic z tego? - pokręcił głową powoli - Jesteś strasznie uparty - wyszeptałem.
- Wiem. To moja wada - uniosłem głowę, gdy otworzył oczy.
- Nie. To zaleta - stwierdziłem - Podobasz mi się, uparcie stawiając na swoim, jeszcze bardziej intrygujesz... - ponownie ucałowałem jego szyję - Ale ja schodzę na dół, bo pomimo, że pachniesz smakowicie, to twoja mama gotuje wyśmienicie - wyszczerzyłem się i odsunąłem się, wstając z łóżka.
- Ej. To kolejna zdrada - usłyszałem, gdy poprawiałem na sobie bluzkę. Odwróciłem się z uśmiechem w jego stronę. Wsparł się na rękach, siadając.
- Skądże. Będę czekał na dole - wskazałem ręką na wyjście z pokoju.
- A co z ciągiem dalszym? - uniósł brew, gdy otworzyłem drzwi, co skutkowało zatrzymaniem się idealnie przed nimi i ponownym odwróceniem w jego stronę. Zmierzyłem go spojrzeniem i pokręciłem głową w zamyśleniu.
- Cóż... może wymyślę kontynuację - posłałem mu uśmiech i zamknąłem za sobą drzwi, schodząc na dół do kuchni.
Mama Milesa spojrzała na mnie, potem uważnie na schody i westchnęła z uśmiechem. Usiadłem przy stole, zwracając uwagę ojca chłopaka, który zaśmiał się cicho pod nosem.
- A nie mówiłem kochanie. Nie zejdzie, choćby go siłą wyciągano z pokoju - podniosłem wzrok do góry, delikatnie unosząc kąciki ust do pokoju. W sumie siłą go nie wyciągałem. To byłoby niegrzeczne.
- Pewnie go uraziliśmy - kobieta cicho powiedziała pod nosem i odwróciła się w kierunku swojego męża - Bardzo? - zapytała mnie. Pokręciłem głową, posyłając do niej uśmiech.
- Przejdzie mu. Zawsze mu przechodzi - uspokoił ją mężczyzna - Poza tym, niedługo obiad - puścił mi oczko.
- Dziwne - mruknąłem pod nosem, bawiąc się leżącą na stole chusteczką - Nie wygląda jakby lubił jeść.
- Bo to był taki niejadek - zachichotała Lisa. Uśmiechnąłem się pod nosem - Ty zresztą też wyglądasz jakbyś od miesięcy nie jadł - posłała mi groźne spojrzenie. Jeśli dało się to nazwać groźnym - Ja pamiętam, Charles, jak twoja mama nakładała. Przez cały dzień chodziłeś najedzony, a jeszcze po obiedzie jęczałeś, że za dużo - mężczyzna roześmiał się, choć sądząc po jego budowie, wcale nie wyglądał aby dużo jadł.
- A potem mama wkurzała się, że nie jadłem kolacji. Jak ja byłem pełny po wsze czasy - roześmiałem się wraz z nim, głaszcząc Raven, która usiadła obok mojego krzesła i oparła pysk o moje uda.
- No już, już - wtrąciła Lisa - Nie przesadzaj.
- Nie przesadzam - zaprzeczył. Ciekawie było przyglądać się ich rozmowom.
- Trochę jednak tak - pokiwała głową.
- Ależ skarbie - kobieta odwróciła się przodem do męża, zakładając ręce na biodra. Ten natomiast zrobił proszącą minę, na którą Lisa zareagowała cichym prychnięciem pod nosem i z jeszcze szerszym uśmiechem, odwróciła się z powrotem w stronę blatu - Czasem wydaje mi się, że mamy dosyć specyficzne rozmowy. A u ciebie rodzice też tak rozmawiają, Josh? - zwrócił się w moim kierunku. Delikatnie zaskoczył mnie tym pytaniem, nie wiedziałem co właściwie na nie odpowiedzieć. I pod względem kogo odpowiedzieć. Rose i Jeremy'ego już nie ma, więc nie mogą rozmawiać. Ledwo pamiętam ich rozmowy, chociaż były równie ciekawe, jednak będąc jeszcze dzieckiem, Rose pilnowała żeby ich droczenia nie były zbyt wpływające na mnie. A co do Samanthy i Jasona... nawet nie obchodziło mnie czy ze sobą rozmawiają, bo właściwie jako małżeństwo, nie za często rozmawiali ze sobą na inne tematy niż praca czy o rzeczach związanymi z nią. Szczerze mówiąc, to rzadko rozmawiali czy nawet spędzali czas, jedynie dzieląc ze sobą łoże małżeńskie, choć sądząc po relacjach między Jasonem, a jego o dziesięć czy nawet dwadzieścia lat młodszymi sekretarkami, to nie wiem czy nawet chce sypiać z Samanthą.
Całkowita prawda jest jednak inna. Ja nie mam rodziców. Od dawna.
Spuściłem głowę, starając się utrzymać uśmiech, jednak przybrał on gorzki wyraz. Otworzyłem usta żeby coś powiedzieć, cokolwiek by panująca cisza nie była tak uciążliwa, ale zawahałem się i żaden dźwięk nie wypłynął z mojego gardła. Po tylu latach nie byłem nawet w stanie powiedzieć, że moi rodzice nie żyją. To słabość. Nie da się tego inaczej określić.
- U mnie... to znaczy ja... - westchnąłem.

Miles?

niedziela, 19 listopada 2017

Od Joshuy cd. Milesa

Cicho zaśmiałem się pod nosem na jego słowa. I jeszcze to ciężkie westchnięcie w między czasie, połączone ze smutnym wzrokiem, przypominającym szczeniaka.
- Cóż... dlaczego mielibyśmy nie pójść na żywioł? Dotychczas na tym się opieraliśmy i szczerze powiedziawszy spodobało mi się to - kątem oka widziałem jak Miles uśmiecha się delikatnie, uważnie obserwując ekran telefonu. W moim życiu było stanowczo za dużo ułożonych, przemyślanych rzeczy, więc powrót do tego luzu był dla mnie dosyć nietypowy. Ale podobał mi się - A jeśli chodzi o samą Snowdonię to proponuję ten trudniejszy szlak, z Pen-y-Pass. Mniej ludzi, jeśli o to chodzi... mój ty napaleńcu - roześmiałem się, na co chłopak tylko się nachmurzył, zmrużył oczy i spojrzał na mnie. Jego wzrok biegał po mojej twarzy. Uśmiechnąłem się niewinnie, wzruszając delikatnie ramieniem.
- Czyli potwierdzasz? - podniósł brwi, robiąc poważną minę. Znowu to samo. Znowu nie wiem czy mówi na serio czy też się bawi.
- Nie... znaczy... to miało być... - uśmiechnął się, a ja wypuściłem głośno powietrze z płuc, przewracając oczami. Teraz nie tylko się uśmiechał, ale niemal wyszczerzył i cicho zaśmiał. Poprawiłem głowę, przygryzając usta od środka.
- Jossy, co się stało? - odparł słodkim głosem, a ja prychnąłem pod nosem.
- No widzisz, znowu to robisz... - mruknąłem, mocniej go obejmując - Znowu mnie straszysz.
- Ojć, przepraszam - oparł dłoń na moim policzku.
- Przepraszaj dalej - uniosłem kąciki ust.
- Do jakiego momentu?
- Dopóki nie powiem, że ci wybaczam - odparłem stanowczo - I żeby nie było... używanie gróźb, łapówek czy czegokolwiek z nieczystej gry jest zabronione.
- To na czym ja mam się oprzeć? - zapytał. Wzruszyłem ramionami, poniekąd delikatnie się z nim drocząc.
- Ja mam to wiedzieć? Użyj swojego uroku osobistego, być może zadziała.
- Jak to być może zadziała? - zdziwił się, co tylko wprawiło moją twarz w drgania. Joshua, nie śmiej się.
- Mówię, że jeśli dobrze go wykorzystasz to być może zadziała.
- A mogę wykorzystać go nieco później? - uniósł brew. Mierzyłem jego twarz, na której stopniowo pojawił się uśmiech, spojrzeniem. Cóż, całkiem niegłupi pomysł.
- Takie przełożenie terminu użycia?
- Coś w tym stylu. Taka szansa nie może się zmarnować.
- Nie wiem czy nazwałbym to szansą
- A ja owszem
- Skoro tak... to udzielam pozwolenie - chłopak odwrócił się z powrotem widocznie zadowolony i przedstawił swój plan. Słuchałem go uważnie, do czasu, gdy nie spytał o moje zdanie. Walnąłem chyba największą rozprawkę mojego widzenia planu, jaką mogłem tylko wymyślić. Co nie oznaczało, że mi się nie podobał pierwsze, jego założenie. Wręcz przeciwnie.
Po jakimś czasie poczułem jak głowa Milesa odchyla się do tyłu aż do momentu, gdy całkowicie ją oparł o mnie i przymknął oczy. Co chwila oczywiście starał się patrzeć w ekran telefonu, w ten sam punkt co ja, ale długo tak nie wytrzymał. Wkrótce chyba zrezygnował z odepchnięcia snu od siebie, bo zamknął na dłużej oczy i zasnął. Postanowiłem to sprawdzić, dlatego delikatnie zaczesałem jego grzywkę do tyłu, wyszeptując jego imię. Odpowiedziała mi cisza i jedynie ciepłe powietrze wydychane równo i spokojnie. Cóż, jeśli teraz miałem chwilę wolnego, a ruszyć i tak się nie mogłem, więc postanowiłem rozplanować jakoś koniec naszej podróży, który nastąpi w niedalekiej przyszłości. Snowdonia to ciekawe miejsce. Walia jak na mały kraik, istniejący na tle innych państw Wielkiej Brytanii oraz Irlandii było dosyć ciekawa. Zabrałem ostrożnie z rąk chłopaka jego telefon i zacząłem rozpisywać poszczególne miejsca, jakby tego było mało... nawet godziny. Moja pedantyczność jest okropna. Nie raz przeszkadzała mi w życiu, ale nie mogę zarzucić jej całkowitego braku przydatności. Zdarzały się momenty kiedy byłem jej w pewien sposób wdzięczny. Minęło już koło godziny. Byłem zaskoczony, jak bardzo Miles musiał się nie wyspać, a to aż dziwne. Mruczał coś niezrozumiałego pod nosem. Nawet nie wiedziałem, że rozmawia przez sen, a było to na tyle słodkie, że sam nie mogłem przestać się uśmiechać. Zrobiłem plan na trzy notatki w telefonie, każda uwzględniała najdogodniejszą drogę wraz z ciekawymi atrakcjami. Delikatnie obniżyłem się na siedzeniu, opierając głowę, tak aby spojrzeć w górę na drewniany daszek, zakrywający dzisiejsze niebo. Było chłodno, ale mając taką ochronę, nie czułem zimna. Wręcz delikatnie się odkryłem.
To dziwne. Mimo swojej skomplikowanej, jak nie trudnej natury, nieco innego podejścia do świata i wyraźnej tajemniczości, ten chłopak był w stanie zrobić więcej niż ktokolwiek inny, przebijający się człowiek w moim życiu. Zastanawiałem się czy gdybym zdołał wyciągnąć go do Norwegii to czy w ogóle by się zgodził. Już od jakiegoś czasu myślałem o powrocie w rodzinne strony, a raczej na małe odwiedziny. Tęskniłem za tamtejszym krajobrazem, będąc niejako zabrany pod przymusem z Norwegii. Dlatego Szkocja nigdy nie potrafiła mnie przyciągnąć identycznie. Nie posiadam dobrych wspomnień z niej, lecz nie winię jej jako kraju. Bo jest piękna. Wracając, wraz z pójściem do akademii, plan wycieczki do ojczyzny został przeniesiony na inny czas. Oczywiście, kiedyś w młodości próbowałem na własną rękę tam polecieć, ale nigdy nie doszło to do skutku.
Spojrzałem na godzinę i zamknąłem oczy. Nawet nie wiem w jaki sposób udało mi się zasnąć, ale zapewne przyczyniło się do tego to ciepełko. Było przyjemnie... aż za przyjemnie. A wiadomo, że jak wszystko, wkrótce mijało.
Znowu to samo. Niczym co miesięczna rutyna ten sam sen dopada mnie w najmniej oczekiwanych momentach. Miał się skończyć lata temu. Cztery lata temu. A im bliżej dnia, w którym się to stało tym coraz częściej się pojawia. A najgorsze jest to, że nie mam pojęcia jak temu zapobiec.
Zawsze czułem się jakbym tam był. Jakbym siedział na miejscu jeszcze stosunkowo małego, trzynastoletniego chłopca. Jakbym nim był. Do dzisiaj pamiętam każdy szczegół tej krótkiej sytuacji. Każdy mój ruch w tamtej chwili i każde słowo rodziców. Mama nigdy nie dokończyła tego co do mnie mówiła. Miała mi powiedzieć jakąś tajemnicę, zapewne z życia taty, bo uwielbiała się z nim droczyć. Zawsze się śmiał, gdy to mi opowiadała i pytał po co mi do życia takie informacje. Mama nigdy mu tego nie wytłumaczyła, ale powtarzała, że przynajmniej przestaje z nią dyskutować.
Moje ruchy jednak w śnie wyglądały nieco inaczej. Nie widziałem rodziców, ale doskonale ich słyszałem. Te same, do dzisiaj bolące słowa uderzały we mnie, tylko dodając pewności, że tym razem wcale nie potoczy się inaczej. Oddałbym wszystko by tylko była możliwość zmiany tego wszystkiego. Mimo chęci, wydostać się nie mogłem. Świadomość, że z każdą minutą jest coraz bliżej końca snu, przyprawiało mnie o zdenerwowanie. Za każdym razem pojawiała się w dali ciężarówka, której wtedy żadne z nas nie podejrzewało o przyczynę zdarzenia. Nawet jej nie zauważyłem, teraz widziałem każdy detal. I za każdym razem zamykałem oczy. Nie chciałem widzieć tego po raz setny.
Wcale nie poderwałem się z pozycji. Nigdy nie wstawałem z krzykiem czy z czymś podobnym. Nigdy nie okazywałem zdenerwowania, gdy końcowy moment następował. Otwierałem powoli oczy, jakby w bojaźni, że to wcale nie mógł okazać się sen i wpatrywałem się w sufit, z początku nie mogąc się ruszyć. Czułem się obolały. Może mniej niż wtedy, gdy wyciągali mnie z auta. Do dziś nie mam pojęcia jak ręka, połamana w czterech miejscach może sprawnie funkcjonować. Zresztą nie tylko ręką. Ta pozycja nie była zbyt wygodna na długie leżenie, dlatego przetarłem bolący kark. Przejechałem dłońmi po twarzy, przy okazji ocierając wilgotne oczy. Wydawało się jakoś mniej ciężko i zimniej. Miles gdzieś zniknął. Pewnie poszedł do domu. Zdjąłem z siebie koc, zwieszając nogi i pochylając się nad ziemią. Może nie potrzebowałem uspokojenia oddechu, ale na pewno zaczerpnięcia jego większej ilości.
Wszedłem do środka, opierając się o ścianę. Chłopak posłał mi pytające spojrzenie.
- Zimno było - skrzywiłem się. Zrobił zdziwioną minę.
- Tobie? Niemożliwe?
- Wiesz, jednak co się ugrzeje to jest już ciepłe.
- Ciekawe kto kogo tu grzał.
- Ty mnie.
- Właśnie - uśmiechnąłem się, sięgając po szklankę z wodą.
- Nie powiedziałeś mi jeszcze jednego. O której zamierzasz wyjechać?

Miles?

środa, 1 listopada 2017

Od Joshuy cd. Milesa

Ten ton nie należał do jednych z przyjemniejszych tonów. Poza tym, te ciche mruknięcia również oznaczały nic innego jak koniec tematu. A ja wcale nie byłem złośliwy. Może tylko trochę z naturalnej strony...
Podniosłem plecy z podłogi, przyglądając mu się z uśmiechem. Nie Joshua, teraz powaga.
- Miles... - przerwałem mi gestem kręcenia głowy i wstał.
- Nie - powiedział i skierował się w stronę łazienki.
Zanim jednak wszedł do pomieszczenia i chwycił za klamkę, ostatecznie kończąc sprawę wygranym rozdaniem, złapałem go za nadgarstek i pociągnąłem lekko do tyłu. Zachwiał się, przez co o wiele łatwiej było mi go oprzeć o sąsiednią ścianę niżeli w sytuacji kiedy musiałbym naruszyć jego silną wolę.
- Miles... no nie obrażaj się już - nadal trzymałem jego nadgarstek, powoli luzując ucisk na nim. Nie patrzył mi w oczy, ale przyjmując taktykę podstępu, podniósł spojrzenie, kierując je gdzieś w okolicach twarzy. Dzięki złudzeniu, wyglądało to z mojej perspektywy jakby jego źrenice skierowane były wprost na mnie, choć tak naprawdę, pod minimalnym kątem jednak nie zgadzało się - Tak, to była zamierzona złośliwość... - ten delikatny uśmiech sugerował, cytując "mów dalej, mamy czas". Z tłumaczeń o sobie i swoim zachowaniu nie jestem mistrzem. Czego już chłopak doświadczył. I śmiem twierdzić, że teraz to tylko forma zemsty i lekcji, że moje zgryźliwe uwagi będą odpowiednio wypłacalne - Ty się naprawdę mścisz - uśmiechnąłem się, a on wzruszył ramieniem.
- Nie, to taka forma zabawy. Powiedzmy, że obrałem sobie cel, a nawet formę zadania - skinąłem głową.
- Rozumiem... założyłeś się ze samym sobą i od teraz postanawiasz mnie zwyczajnie ignorować?
- Dokładnie. Zero ciebie gdziekolwiek.
- A ja mam być czynnikiem utrudniającym?
- Nawet nie wiesz jak bardzo utrudniającym - skrzywił się. 
- Nie pójdziesz na kompromis?
- W życiu - pokręcił głową. Zrobiłem zrezygnowaną minę, po chwili przybliżając usta do jego twarzy. Odsunął się delikatnie do tyłu, co też uniemożliwiła mu ściana. Musiał oprzeć głowę o zimną, powstrzymującą ruchy granicę. Nie kryłem swojego początkującego triumfu. Westchnąłem głęboko tuż przy jego uchu, unosząc wzrok i wlepiając źrenice w mieniące się kolorami tęczówki chłopaka.
- Sprawdzimy twoją wytrzymałość? Jak długo będziesz utrzymywał się przy tej decyzji... Kompromis? Masz rację, nie ma w tym zabawy - odsunąłem się powoli i poklepałem go po ramieniu. Aż się wzdrygnął - Idę do siebie, skończyć się pakować, tak jak rozkazałeś. Liczę na to, że jednak zjesz ze mną obiad, bo tak samemu nudno będzie. I smutno - odsunąłem się krok do tyłu i nadal uśmiechając, otworzyłem sobie drzwi od pokoju.
- To manipulacja - zdążył mruknąć pod nosem, tym samym zatrzymując mnie w przejściu. Zmrużyłem oczy i pokiwałem z uznaniem głową.
- Racja. To delikatna forma manipulacji - skinąłem głową, posyłając mu przelotne spojrzenie. Kurczę, naprawdę dobrze gra. I jest uparty, co wcale nie ułatwia niczego. Chociaż w niektórych aspektach jego zacięta natura jest wręcz pożądana.
Tak jak powiedziałem, wróciłem do pokoju i skończyłem pakowanie, wywalając już widocznie całkowicie zadomowioną Raven z pokoju. Zajęło mi to dłużej niż przewidywałem. Miles już był na dole, zajmując się obiadem? Nie wierzę, że to z powodu moich słów. Po prostu nie.
- Rozumiem, że to w ramach przeprosin? - cicho zaśmiał się pod nosem i pokręcił głową.
- Ja nie mam za co przepraszać - odparł.
- Obraziłeś się na mnie - powiedział ze skrzywieniem, siadając przy stojącym niedaleko krześle.
- No co ty... - zaprzeczył - Ja miałbym się obrazić? - usiadł po drugiej stronie.
- W akcie desperacji klepnę cię w tyłek i zmuszę do spojrzenia - odpowiedziałem pod nosem.
- Groźba.
- Owszem, zastosuję groźby, a zważywszy na to, że nie mam zbyt wiele czasu na przekonanie cię do powrotu twoich rodziców, będzie to szybki zabieg. Chyba, że wolisz szantaż. Też dobre wyjście - wzruszyłem ramionami, mimo obojętnego spojrzenia, przyglądałem mu się badawczo. To faktycznie może okazać się trudniejsze niż sądzę.
- Nic na mnie nie masz - skrzyżował ręce na klatce piersiowej jak pewne swego dziecko.
- Naprawdę jesteś tego pewien?
- Masz całe trzy godziny na przekonanie mnie - odpowiedział bezceremonialnie.
- A jeśli nie zdążę?
- No to trzymając się moich słów, zostawię cię pośrodku Walii bez możliwości mobilnych. A znam takie zakątki swojego kraju, że szybko się bez pomocy nie odnajdziesz - pokręcił głową.
- I kto tu stosuje groźby?
- Widzisz. Jednak nie jestem zawsze taki milutki i słodziutki.
- Jesteś. Po prostu nie dopuszczasz takich myśli do siebie w pewnych sytuacjach.
- Na przykład w jakich?
- Mam na myśli, że jeśli powiedziałbym to w nieco innych okolicznościach, kiwnąłbyś głową albo chociaż nie zaprzeczył.
- Odnieś się.
- Odnieść się... - powtórzyłem na głos myśl, głośno wzdychając. Przemierzyłem spojrzeniem cały sufit, zatrzymując ostatecznie wzrok na jego krańcu. Uniosłem niewidocznie kąciki ust i spuściłem głowę w stronę Miles, który natychmiast odwrócił spojrzenie. Miałem ochotę cicho się zaśmiać, ale nawet nie było mowy o jakimkolwiek pokazaniu rozbawienia - Chodź - wstałem i wyszedłem z pomieszczenia na korytarz, nie czekając aż chłopak podniesie się i dołączy do mnie.
Stanąłem w miejscu, gdzie po raz pierwszy Miles ujął moje usta między swoje wargi i z tajemniczym uśmiechem, czekałem aż dołączy do mnie. Ze wzruszeniem ramion zatrzymał się obok i rozejrzał.
- Odwróć się - to był moment, w którym normalny człowiek ze zdziwieniem spojrzałby na drugą osobę żądającą, ale to nie ta persona. Gdy tylko wykonał polecenie, oparłem dłoń na jego ramieniu, obchodząc dookoła i delikatnie popchnąłem do tyłu. Nieco wymuszony ruch... no dobrze, nie nieco, ale na pewno wymuszony przeze mnie ruch Milesa, nie musiał wcale mu się podobać. Był mi całkiem znany, bo stosowałem go nie raz. To oznaczało jakąś tam zmianę. Oczywiście, że ją widziałem. W sposobie swojego zachowania, podejścia, czy nawet myślenia. Tak jakby jakiś czynnik powodował przewrót wszystkich rzeczy o sto osiemdziesiąt stopni. To była dobra informacja. Zła strona jest jednak taka, że nie do końca byłem pewien, nie wiedziałem czy chcę tego przewrotu. Czy chcę powrotu. Ktoś kiedyś powiedział mi, że nie mam się zmieniać, ale ta zmiana wyszła na dobre. Co prawda wymagała poświęceń i odrzuceń większości rzeczy, ale była dobra. Tak mi się wydaje. Dzięki temu posunięciu stanąłem w miejscu. Gdy nie ma możliwości zrobienia kroku dalej, wtedy lepiej stanąć niż zawrócić.
- Nie wiem czy powinienem to robić. Domyślam się, że tu w środku jest coś - przerwałem, przystawiając wskazujący palec do jego delikatnie unoszącej się piersi - Co raz pozwala ci na okazywanie wszystkiego, a nieraz powstrzymuje przed następnymi krokami - oparłem całą dłoń na jego materiale koszulki - Nigdy nie będę miał stuprocentowej pewności co do mojego postępowania wobec ciebie. I obydwoje to wiemy. Jestem z tobą szczery, bo wiem, że tego oczekujesz. Nadal nie potrafię cię rozgryźć, a zazwyczaj udawało mi się to w przeciągu dwóch dni. Nie miewałem problemów z rozpoznaniem konkretnych typów ludzi, ich myśli, choć nawet nie zwracałem na to większej uwagi. Dlaczego musisz być tym cholernym wyjątkiem, nie mam bladego pojęcia. Ale to pociągające i nie wiem czy robisz to w zamiarze, czy całkiem nieświadomie, ale jeśli jest to druga opcja, więc cię w tym utwierdzam. Choć nadal nie wiem czy ta forma cię do czegoś przekona - oparłem swoje usta o jego, po chwili ujmując je pomiędzy własne wargi.

Miles?

poniedziałek, 16 października 2017

Od Joshuy cd. Milesa

Wiem jak wygląda człowiek, który unika tematu. Wiem, jak może wyglądać Miles unikający tematu. I wiem, że nie miałem pytać o to co przed chwilą zaszło. Mimo tego, że jego wzrok był obecny, to myśli latały wokół tego co się dzieje obecnie, a tego co działo się w jego głowie jeszcze niecałą minutę temu. A ja? Zamiast dać sobie spokój, oczywiście nad tym myślałem. Idiota. Może byś odpowiedział na pytanie?
- Yyy... nie... nie, możemy wracać do domu - odwróciłem się, patrząc w stronę, gdzie około dziesięć kilometrów dalej, znajdował się budynek państwa Young. Schowałem ręce w kieszenie kurtki, dopiero teraz czując, że potrzebowały tego bijącego ciepła z mojego ciała, przebijającego się przez wewnętrzny materiał kurtki. Były zimne. Nerwowo zatoczyłem koło na chodniku, co nie uszło uwadze ludzi wokół.
- Na pewno? - zapytał, unosząc brwi. Pokiwałem głową.
- Tak. Wiem, że chciałeś wyjechać, więc nie powinniśmy marnować czasu - uśmiechnąłem, na co skinął głową i odwracając się ostatni raz do tyłu, w niewiadomym celu, ruszył przed siebie.
- Jeśli czujesz się dobrze - dodał po chwili. Wzruszyłem ramionami, ale z racji tego, że ten gest mógł zostać źle odebrany, szybko się poprawiłem.
- Jestem zdrowy. To było... coś chwilowego, nie wiem... nigdy mi się nie przytrafiło, ale teraz jest dobrze. Twoja mama jest pielęgniarką, prawda? - spojrzał na mnie i kiwnął głową.
- Skąd wiesz? - ponownie wzruszyłem ramionami. No wiesz Miles... grzebałem w prywatnych albumach i tam, na zdjęciu, widziałem, że twoja mama była ubrana w typowy fartuch pielęgniarski, więc jakoś tak sobie skojarzyłem.
- To pewnie dlatego wyzdrowiałem. Magiczny dotyk czy coś w tym stylu... - zagestykulowałem energicznie. Chłopak zamrugał oczami, nie bardzo rozumiejąc o co mi chodzi. Nie dziwię się. Sam bym nie wiedział o co mi chodzi. Z powrotem schowałem ręce do kieszeni.
- Na pewno dobrze się czujesz? - było słychać delikatne rozbawienie w jego głosie.
- Tak, tak. Wszystko okey... nie zwracaj uwagi... wracajmy już do domu - westchnąłem, nareszcie idąc tak jak powinienem od samego początku. Tylko właśnie nie jest okey. Bo cały czas zastanawiam się co się stało tam przed sklepem. Jego twarz było bez wyrazu, ale tylko z zewnątrz. Tak jakby dla świata przybrał maskę obojętności, ale pod spodem mieszały się uczucia. Albo po prostu gadam bzdury i widzę bzdury, które chcę widzieć.
Jesteś głodny?
Em... Nie?
Na pewno? Bo wiesz... to idealny czas i miejsce na dowiedzenie się.
Nie, nie jestem głodny. I nie chcę pytać.
Ale...
Powiedziałem nie. Trzymamy się zasad.
Więc przyznaj, że wpakujesz się w sytuację, o której nawet nie masz bladego pojęcia.
Nie przyznam tego, bo tak nie uważam.
Ale wiesz, że tak jest.
A co, jeśli nie jest?
Zamierzasz znowu siebie okłamywać? Czy życie nie dało ci na tyle mocnego i bolącego kopa, żebyś teraz w końcu wiedział, że nie należy robić wbrew jemu. A ty z uporem, znowu zaczynasz coraz bardziej wbijać się w to, co kiedyś było.
Niby co kiedyś było?
Płacz i zgrzytanie zębów.
Nie możesz chociaż raz nawiązać do tej lepszej części? To wkurzające. Ciągle porównujesz mnie do tego co było w ciągu ostatnich ośmiu lat.
A mam porównywać do niezdającego sobie sprawy dziewięciolatka? W sumie... tak Josh, zachowujesz się jak ten niezdający sobie sprawy z wszystkiego wokół dziewięcioletni chłopiec, układający sobie drogę z płatków róż i myślący, że w wieku trzydziestu lat, odwiedzi swoich rodziców z żoną. Pogratulować tylko. Jak widać, potoczyło się całkiem inaczej, jak nie drastycznie inaczej. A wiesz co ci powiem? Nigdy tak nie będzie. Choćbyś na siłę się do tego zmuszał, nigdy się tak nie stanie. Bo zawsze zabraknie tobie jednego elementu. Najważniejszego elementu, który kończy układankę. Możesz go zamienić, ale kosztem drugiego, który stracisz. To zamknięte koło, kiedy zawsze będzie brakowało ci jednego puzzla do skończenia obrazka. I będziesz chciał zobaczyć to w pełni zakończone, i wiedział co obrazek przedstawia, ale on nigdy nie będzie mógł zostać wprowadzony w życie, bo zawsze brakuje tego głupiego, cholernego, ostatniego elementu!
- Cholerne puzzle... - mruknąłem pod nosem, wyraźnie kończąc ten wewnętrzny dialog, a właściwie to kłótnię, której wygrana była wyraźnie po jednej stronie. I nie po mojej, chociaż raz mógłbym wygrać. I mieć satysfakcję z tego, że mam rację. Ale z tą racją ostatnio kiepsko wyglądało.
- Co? - usłyszałem z boku, odwracając głowę i mierząc idącego obok mnie chłopaka spojrzeniem, jakby powiedział coś co mnie wielce zaskoczyło. Miał zmrużone oczy i typowe dla tej sytuacji skrzywienie.
- Co? - powtórzyłem jego słowo. No tak, to było pytanie skierowane do ciebie. Wypada na nie odpowiedzieć. Ale niby jak mam mu wytłumaczyć słowa "Cholerne puzzle"? Chyba tylko tyle, że nie lubię ich układać i mam do nich wstręt - Nie, nic... - pokręciłem głową, znów patrząc przed siebie. Takie typowe odwrócenie i zignorowanie jego pytającego spojrzenia - Nad czym wtedy myślałeś? - i po raz kolejny to coś, co przed chwilą się ze mną kłóciło, jakimś cudem zmusiło mnie do wypalenia tego pytania w momencie, gdzie miało być to całkowicie inne pytanie. Czułem jak Miles odwraca powoli głowę, powoli spoglądając na moją twarz. Dylemat czy również się obejrzeć czy nadal utrzymywać wzrok przed sobą pojawił się natychmiast. Jeśli się obejrzysz i spojrzysz na niego, to nie dość, że pokażesz swoją głupotę i zobaczysz w jego oczach niechęć... bo zapewne ona była obecna, to ponadto uświadomisz sobie, że jesteś najgorszym rozmówcą jaki mógł się przytrafić. Natomiast gdy utrzymasz wzrok przed sobą to będzie oznaką ignorancji i braku zainteresowania, tak jakbyś nie mógł znaleźć lepszego tematu i po prostu z braku pomysłów, postanowiłeś spytać o tym, nad czym tak właściwie myślał.
- Nad niczym ważnym... układałem... układałem sobie plan i tyle - nie powinienem zastanawiać się nad tym czy kłamie, ale właśnie to robię. I próbuje go wyczuć, choć nie powinienem. A najlepsze jest to, że robię to w pełni świadomie. Joshua, mistrzu dyskrecji... spadłeś na drugie miejsce. Ale cholera jasna, tak nie wygląda człowiek, który układa sobie plan. Układanie planów nie jest męczące. A Miles wyglądał jakby się męczył. A co robię ja? Właśnie zmierzam w tym samym kierunku co rzecz, która to u niego sprawiła. Więc co teraz? Teraz zmiana tematu za trzy, dwa, jeden...
- Męczący ten plan - gdyby tylko rozdawali medale za najbardziej idiotyczne i niechciane ciągnięcie rozmowy, którą pragnie się przerwać, wygrałbym. W końcu chociaż coś, ale nie ukrywam, że chciałbym być również z tego dumny. A obecnie nie jestem ani trochę - Znaczy... to nie miało zabrzmieć tak, że ja...
- Po prostu tego nie kontynuujmy. Myślałem nad czymś co było na tyle niezwiązane z czymś konkretnym, że nawet nie warto tłumaczyć - to były słowa, które mimo swojego chłodu, wszystko ratowały.
Wróciliśmy do domu. Przez całą drogę starałem się nie pokazywać jak bardzo wiem, że układanie planu było kłamstwem, tak samo jak moja próba wypowiedzenia słów, że wcale nie zamierzałem pytać. Bo chciałem to zrobić. Przez co wszystko było nieco bardziej trudne niż zazwyczaj. Poszedłem do swojego pokoju się spakować. Nadal nie wiedziałem kiedy dokładnie Miles zamierza wyjść, ale nie było mi to wielce potrzebne do życia. I tak bym się dostosował. Raven szła za mną, siadając obok łóżka, gdy otworzyłem drzwi od pokoju. Sięgnąłem torbę, odwracając ją i wyrzucając pozostałe, nierozpakowane rzeczy na pościel. Zrobiłem to z powodu tak zwanego spaczenia porządkowego, kiedy to musiałem ponownie ułożyć wszystko od nowa. Całkiem normalny i nie dziwny zwyczaj u mnie. Oczywiście dla tych co do tego przywykli. Otworzyłem szafę i wziąłem kilka rzeczy z niej, w zamiarze włożenia ich do torby, gdy zauważyłem na pościeli zdjęcie. To samo, które miałem czelność ukraść. Tak, ukraść. Bo nie należało do mnie. Zapewne było pamiątką rodziny. I znalazłbym jeszcze dużo powodów, dlaczego nie powinno znaleźć się u mnie. Wziąłem je do ręki, przejeżdżając palcem po śliskiej powierzchni i... spakowałem na sam spód. Bo niby dlaczego nie odłożyć je na miejsce? Poskładałem rzeczy, pakując je do torby i zaraz oparłem się rękoma o łóżko. Spojrzałem na Raven, która patrzyła na mnie z dołu, oparta głową o swoje przednie łapy.
- Wiem Biała... jakbyś tylko była człowiekiem i potrafiła mówić... - westchnąłem - Myślisz, że powinienem tam iść? Głupio wyszło... Nie chciałem tego zauważać, to było... dosyć wścibskie, szczególnie jeśli chodzi o to, że miałem się nie zagłębiać. Ale to mi się kompletnie nie zgadza... - usiadłem obok i uderzyłem rękoma o podłogę - Wiem, że nie wiem nic. Kompletnie nic. Nawet nie mam zarysu co tak właściwie jest, a jednak mam przeczucie, że coś mi się nie zgadza. I to frustrujące. Chciałbym, aby tego nie było. Ale jest. I doskonale wiem, że nic z tym nie zrobię... - zacząłem stukać palcami o udo. Spojrzałem z powrotem na Raven, która zaczęła bawić się zwisającym rękawem bluzy z łóżka - Sądzisz, że potrzebna mi jest pomoc w związku z tym, że gadam do psa, który właściwie mi w żaden sposób nie odpowie? - zapadła chwila ciszy, w której suczka otrzepała się i usiadła w poprzedniej pozycji - Masz racje. Tutaj już nikt nie pomoże... - westchnąłem i wstałem, wychodząc z pokoju. Zawahałem się tuż przed drzwiami Milesa, ostatecznie jednak pukając i czekając, opartym o framugę drzwi. Otworzył. Uniosłem głowę.
- Przepraszam za tamto. Wyszedłem na wścibskiego, nie miało tak być...

Miles?

1522 słowa