Po drodze nie obeszło się bez drobnych komplikacji. Napotkaliśmy policjantów, którzy sprawdzali poziom alkoholu. Zdjęłam kask mimo tego, iż wiedziałam, że kontrolę trzeźwości przeprowadza się jedynie na kierowcy. Zeszłam z maszyny blondyna i oparłam się o nią, uważnie przyglądając się mężczyzną. W międzyczasie poprawiłam swój strój, który nieco się wygniótł. Gdy Shane odłożył alkomat wskazujący zero, zaczął rozmawiać z policjantami, którzy zaczęli prawić nauki. Potem wymienili jakieś ciche szepty, co mnie nieco zaciekawiło, jednak postanowiłam nie wnikać. Po zakończeniu wymiany słów, ku mojej radości, mogliśmy już odjechać. Poczekałam aż zielonooki wsiądzie. W tym czasie założyłam na głowę kask. Przy zapinaniu prawie przycięłam sobie brodę, co skomentowałam cichym westchnięciem. Jeszcze raz poprawiłam swoje ubranie, następnie gotowa usiadłam za chłopakiem. Objęłam go pod ramionami, uważając na jego wyprasowany garnitur. Tym razem, bez żadnych wątpliwości, oparłam swoje ciało o plecy Shane’a. Czując jego bliskość przymknęłam powieki. Przyjemne ciepło rozeszło się po moim ciele, a w brzuchu poczułam tak zwane motylki. Delikatny uśmiech ozdobił moją twarz. W końcu ruszyliśmy, a ja jeszcze mocniej objęłam blondyna. Mimo tego, iż nie widziałam jego twarzy, byłam pewna, że także się uśmiecha. Resztę drogi pokonaliśmy bez problemów. Już po kilkunastu minutach staliśmy przed ogromną restauracją. Po przekroczeniu drzwi z moich ust wydobyło się ciche ‘’wow’’.
- No.. Mam nadzieję, że ci się spodoba. - Uśmiechnął się delikatnie. Wnętrze było mieszanką jasnych odcieni. Po podchodzącym w odcień kremu suficie porozsypywane były małe światełka. Kilka wrzosowych kolumn stało między stołami. Ściany tego samego koloru zdobiły różne, piękne obrazy. Białe obrusy w fioletowe pasy sięgały do ziemi. Na środku każdego stolika stał wazon pełen pachnących, białych kwiatów. Między nim znajdowały się świece. Doszliśmy do wolnego stolika, gdzie Shane, nim sam usiadł, odsunął moje krzesło, a gdy zajęłam miejsce, podsunął je lekko. Muszę przyznać, że uwielbiam te jego maniery. Nie często spotyka się takiego chłopaka. Z zadumy wyrwał mnie kelner, który podszedł do nas niemal natychmiast. Dostałam kartę damską, mój towarzysz zaś standardową.
- To na co masz ochotę? - Zapytał z uśmiechem. Uważnie przejrzałam spis posiłków. Było ich tyle, że nie wiedziałam co zamówić. W końcu jednak zdecydowałam się na filet z łososia, ryż i sałatkę. Blondyn złożył zamówienie kelnerowi, który dzielnie stał obok i czekał. W mgnieniu oka zniknął z mojego pola widzenia. Mimowolnie zaczęłam się rozglądać.
- I co? Podoba ci się? - Zapytał, odwracając moją uwagę od połyskujących wesoło światełek.
- Tak, i to bardzo! - Powiedziałam uradowana. Ten skomentował to uroczym uśmiechem. Po jakimś czasie otrzymaliśmy dania.
- Shane.. Em.. Jesteś pewien, że to zjesz? - Zaśmiałam się, widząc łapiącego za sztućce chłopaka. Jego danie było dwa razy większe niż moje.
- Wątpisz we mnie?
- Trochę..
- Jak to zjem, to.. Hmm.. Musisz do mnie przyjść wieczorem!
- Już jest wieczór. - Stwierdziłam.
- Ale jak wrócimy do akademika!
- Wtedy będzie późno i prawdopodobnie zacznie się cisza nocna.
- No to.. Nie wiem. - Westchnął zrezygnowany. Uśmiechnięta położyłam dłoń na jego ramieniu.
- Wtedy może dam się namówić na jakiś wypad na twojej maszynie.. - Chłopak spojrzał na mnie uradowany. Po zjedzeniu posiłków wyszliśmy z restauracji. Założyliśmy kaski, wsiedliśmy na motocykl, następnie odjechaliśmy w stronę akademii. Droga minęła nam, a przynajmniej mi, bardzo szybko. Stanęłam na środku podjazdu. Dookoła panowała ciemność, jedynie światło bijące z okien ułatwiało zobaczenie czegokolwiek. Gdy blondyn odstawił swoją maszynę, podszedł do mnie.
- Shane.. Ja.. Ja dziękuję, że chciałeś mnie zabrać ze sobą. Było cudownie. Cieszę się, że mogłam spędzić ten wieczór akurat z tobą.. - Spuściłam wzrok. Czując, jak chłopak mnie obejmuje, uniosłam głowę. Niepewnie przytuliłam go, biorąc głęboki oddech.
- Choć do środka. Zimno się robi. - Uśmiechnął się. Fakt, temperatura spadała, a mi dawało się to we znaki. Udaliśmy się do akademika. Gdy weszliśmy po schodach, zatrzymaliśmy się przed moimi drzwiami.
- Jeszcze raz dziękuję. - Po tych słowach zniknęłam w swoim królestwie. Zadowolona zdjęłam ze stóp szpilki, które rzuciłam gdzieś do kąta. Odetchnęłam czując ulgę w stopach. Wyjęłam z szafki piżamę, następnie udałam się do łazienki. Zażyłam ciepły prysznic, rozczesałam włosy, umyłam zęby, zmyłam makijaż. Gotowa wyszłam z toalety i rzuciłam się na łóżko. Zmęczenie skleiło moje powieki, które bezradnie się przymknęły.
~*~
Obudziłam się w środku nocy. Próbowałam zasnąć, jednak niczym to nie skutkowało. Wypróbowałam wszystkie możliwe pozy i sposoby. Rozważałam nawet udanie się do kuchni i wypicie szklanki ciepłego mleka, jednak zrezygnowałam z tego patrząc na godzinę w telefonie. Wskazywał on pierwszą czterdzieści osiem. Jęknęłam cicho, chowając twarz w poduszce. W końcu do głowy przyszedł mi jakiś pomysł. Nie był on najlepszy, ale jedyny na który wpadłam w owej sytuacji. Usiadłam na brzegu łóżka, z którego zwiesiłam nogi. Włożyłam na stopy swoje kapcie, wrzuciłam do kieszeni koszuli telefon, po czym wyszłam z pokoju. Oświetlając sobie drogę latarką udałam się na górę. Stanęłam przed pokojem numer 59. Wahałam się bardzo, biłam z własnymi myślami, które nie pozwalały mi racjonalnie myśleć. W końcu jednak, wbrew własnej woli, zapukałam do drzwi. Nie usłyszałam żadnej odpowiedzi. Niepewnie wślizgnęłam się do środka. W pomieszczeniu panowała ciemność. Jedynie zielone oczy kota blondyna, Yamzesa, połyskiwały w świetle latarki. Odwróciłam głowę w stronę łóżka, na którym leżała owa osoba, do której przyszłam. Postanowiłam zgasić światło, które mogło obudzić śpiącego chłopaka. Usiadłam na brzegu łóżka, przyglądając się spokojnej twarzy Shane’a. Uśmiechnęłam się delikatnie. Nawet podczas snu wyglądał uroczo.. Gdy już miałam wstać i udać się na korytarz, usłyszałam cichy, wręcz niesłyszalny szept.
- Allijay?.. - Gwałtownie zwróciłam się w stronę próbującego odnaleźć mnie wzrokiem zielonookiego.
Shane? Jestem pełna dziwnej weny XD
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Allijay. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Allijay. Pokaż wszystkie posty
sobota, 4 marca 2017
niedziela, 19 lutego 2017
Od Allijay do Sherie
Niestety, moja twarz zaliczyła bliskie spotkanie z podłogą. A to wszystko przez budzik zapowiadający nadejście kolejnego dnia. Byłam strasznie niewyspana, a to przez to, że do północy czytałam książkę. Jedynym plusem tego ranka było to, że nie miałam treningu, ponieważ był to czwarty dzień tygodnia. Ze skarżenia się samej sobie wyrwała mnie Princess. Suczka wskoczyła na mój kark, który zaczęła lizać. Zepchnęłam ją z mojego ciała, po czym przykryłam się leżącą obok kołdrą. Szczeniak nie dawał jednak za wygraną. Zaczął szarpać pościel swoimi ostrymi ząbkami.
- Odwal się.. - Jęknęłam w poduszkę. Podirytowana jej zachowaniem wstałam gwałtownie, przez co sturlała się ona na podłogę. Zaśmiałam się cicho na widok bezradnej Princess. Mina zrzedła mi jednak, gdy zobaczyłam swój pokój. Rzecz jasna, mój kochany Flash, jak co ranek, musiał coś odwalić. Poduszki walały się po całym pokoju, z niektórych powylatywało pierze. Miski leżały górą do dołu, przez co karma się wysypała. No i oczywiście piach z kuwety nie leżał już w kuwecie. A każdy przecież wie, co z tym piachem się wysypało..
- Jeszcze jeden taki numer, a odsyłam cię do domu! - Krzyknęłam, zaciskając usta w wąską linię. Podeszłam do ściany i zaczęłam walić w nią głową. Potem usiadłam na brzegu łóżka i zakryłam dłońmi twarz. Westchnięciem obdarzyłam swoje palce, dzięki czemu poczułam przyjemne ciepło. Zerknęłam na zegar wiszący na ścianie. Wskazywał on siódmą czterdzieści jeden. Miałam nie całe dwadzieścia minut do śniadania. Z niechęcią wstałam i podeszłam do szafki. Kucnęłam, następnie po otworzeniu szuflady wyciągnęłam bieliznę i ubrania. Wstając prawie się przewróciłam. Ledwo patrzyłam na oczy. Najchętniej przeleżałabym cały dzień. No ale cóż. Mam lekcje, poza tym zwierzaki nie dałyby mi zmrużyć oka. Udałam się do łazienki. Położyłam rzeczy na specjalnym stoliczku. Zdjęłam piżamę, po czym weszłam pod prysznic. Strużki ciepłej wody przecięły moją skórę. Po umyciu się i wytarciu suchym ręcznikiem założyłam ubrania. Wybrałam zwykłe jeansy, białą bokserkę oraz niebieską koszulę z ćwiekami. Związałam włosy w warkocza, na którego końcu zawiązałam gumkę z granatową, małą kokardką. Umyłam zęby, przemyłam twarz. Z powodu bardzo widocznych worów pod oczami użyłam także pudru. Usta ozdobiłam jasnym błyszczykiem, oczy tuszem. Gotowa wyszłam z łazienki. Miałam sześć minut. Szybko wsypałam zwierzakom karmę, umyłam ręce i założyłam czarne botki. Po zamknięciu drzwi na klucz, który wrzuciłam do kieszeni, zbiegłam po schodach. Nie minęłam nikogo, co oznaczało, że wszyscy byli już na śniadaniu. Nie myliłam się. Długa kolejka, na której końcu stałam ja, sięgała do korytarza. W końcu dostałam swoją porcję. Usiadłam na tym samym miejscu co zwykle. Shane z prędkością światła wsuwał płatki. Zaśmiałam się cicho, następnie sama zaczęłam jeść.
~*~
Cudem przeżyłam lekcję matematyki. Pan Mark przepytywał na ocenę kilka osób, w tym mnie. Na szczęście załapałam się na piątkę, co było cudem, ponieważ się nie uczyłam. Zadowolona z siebie w podskokach przemierzałam korytarz. Shane gdzieś zwiał, widocznie obawiał się, ze znowu wyciągnę go na przejażdżkę. Udanie się do pokoju nie zajęło mi zbyt dużo czasu. Miałam wielką ochotę na teren. Przebrałam się w granatowe bryczesy, koszulę zamieniłam na ciepły sweter. Naciągnęłam na nogi grube skarpety, a na nie czarne oficerki. Ramiona przyodziałam ciemną kurtką. Do kiszonek wrzuciłam rękawiczki. Złapałam w rękę toczek, następnie wyszłam z pokoju. Gdy przekroczyłam próg drzwi wyjściowych, od razu oślepił mnie blask bladego słońca. Bruk nie był już oblodzony, co naprawdę mnie ucieszyło. Jak zwykle w pierwszej kolejności udałam się do siodlarni, skąd wzięłam sprzęt i szczotki. Większość koni wychyliło swoje łby słysząc moje kroki. Po wejściu do boksu Amora, odłożyłam rzeczy obok jednej ze ścian. Podeszłam do karosza, po czym objęłam jego szyję. Ten parsknął cicho, na co się zaśmiałam. Podczas czyszczenia kilka razy pogłaskałam domagającego się pieszczot Varatha. Zazdrosny Grand przysłonił mi dostęp do obcego ogiera.
- Zazdrosny jesteś? - Zaśmiałam się. W pewnym momencie ujrzałam piegowatą dziewczynę idącą ze sprzętem. Weszła do boksu jakiegoś srokacza, prawdopodobnie swojego wierzchowca. Obojętna wróciłam do czyszczenia kopyt. Po zakończeniu czynności nałożyłam czaprak, podkładkę i siodło. Nim dopięłam popręg, obwiązałam nogi ogiera owijkami. Potem założyłam czarne ogłowie oraz podpięłam popręg. Gotowego rumaka wyprowadziłam na korytarz. Naciągnęłam na dłonie rękawiczki i zapięłam toczek. W tym samym momencie owa brunetka wyprowadziła swojego konia. Nie chcąc zagradzać jej drogi wyszłam na zewnątrz.
Sherie?
- Odwal się.. - Jęknęłam w poduszkę. Podirytowana jej zachowaniem wstałam gwałtownie, przez co sturlała się ona na podłogę. Zaśmiałam się cicho na widok bezradnej Princess. Mina zrzedła mi jednak, gdy zobaczyłam swój pokój. Rzecz jasna, mój kochany Flash, jak co ranek, musiał coś odwalić. Poduszki walały się po całym pokoju, z niektórych powylatywało pierze. Miski leżały górą do dołu, przez co karma się wysypała. No i oczywiście piach z kuwety nie leżał już w kuwecie. A każdy przecież wie, co z tym piachem się wysypało..
- Jeszcze jeden taki numer, a odsyłam cię do domu! - Krzyknęłam, zaciskając usta w wąską linię. Podeszłam do ściany i zaczęłam walić w nią głową. Potem usiadłam na brzegu łóżka i zakryłam dłońmi twarz. Westchnięciem obdarzyłam swoje palce, dzięki czemu poczułam przyjemne ciepło. Zerknęłam na zegar wiszący na ścianie. Wskazywał on siódmą czterdzieści jeden. Miałam nie całe dwadzieścia minut do śniadania. Z niechęcią wstałam i podeszłam do szafki. Kucnęłam, następnie po otworzeniu szuflady wyciągnęłam bieliznę i ubrania. Wstając prawie się przewróciłam. Ledwo patrzyłam na oczy. Najchętniej przeleżałabym cały dzień. No ale cóż. Mam lekcje, poza tym zwierzaki nie dałyby mi zmrużyć oka. Udałam się do łazienki. Położyłam rzeczy na specjalnym stoliczku. Zdjęłam piżamę, po czym weszłam pod prysznic. Strużki ciepłej wody przecięły moją skórę. Po umyciu się i wytarciu suchym ręcznikiem założyłam ubrania. Wybrałam zwykłe jeansy, białą bokserkę oraz niebieską koszulę z ćwiekami. Związałam włosy w warkocza, na którego końcu zawiązałam gumkę z granatową, małą kokardką. Umyłam zęby, przemyłam twarz. Z powodu bardzo widocznych worów pod oczami użyłam także pudru. Usta ozdobiłam jasnym błyszczykiem, oczy tuszem. Gotowa wyszłam z łazienki. Miałam sześć minut. Szybko wsypałam zwierzakom karmę, umyłam ręce i założyłam czarne botki. Po zamknięciu drzwi na klucz, który wrzuciłam do kieszeni, zbiegłam po schodach. Nie minęłam nikogo, co oznaczało, że wszyscy byli już na śniadaniu. Nie myliłam się. Długa kolejka, na której końcu stałam ja, sięgała do korytarza. W końcu dostałam swoją porcję. Usiadłam na tym samym miejscu co zwykle. Shane z prędkością światła wsuwał płatki. Zaśmiałam się cicho, następnie sama zaczęłam jeść.
~*~
Cudem przeżyłam lekcję matematyki. Pan Mark przepytywał na ocenę kilka osób, w tym mnie. Na szczęście załapałam się na piątkę, co było cudem, ponieważ się nie uczyłam. Zadowolona z siebie w podskokach przemierzałam korytarz. Shane gdzieś zwiał, widocznie obawiał się, ze znowu wyciągnę go na przejażdżkę. Udanie się do pokoju nie zajęło mi zbyt dużo czasu. Miałam wielką ochotę na teren. Przebrałam się w granatowe bryczesy, koszulę zamieniłam na ciepły sweter. Naciągnęłam na nogi grube skarpety, a na nie czarne oficerki. Ramiona przyodziałam ciemną kurtką. Do kiszonek wrzuciłam rękawiczki. Złapałam w rękę toczek, następnie wyszłam z pokoju. Gdy przekroczyłam próg drzwi wyjściowych, od razu oślepił mnie blask bladego słońca. Bruk nie był już oblodzony, co naprawdę mnie ucieszyło. Jak zwykle w pierwszej kolejności udałam się do siodlarni, skąd wzięłam sprzęt i szczotki. Większość koni wychyliło swoje łby słysząc moje kroki. Po wejściu do boksu Amora, odłożyłam rzeczy obok jednej ze ścian. Podeszłam do karosza, po czym objęłam jego szyję. Ten parsknął cicho, na co się zaśmiałam. Podczas czyszczenia kilka razy pogłaskałam domagającego się pieszczot Varatha. Zazdrosny Grand przysłonił mi dostęp do obcego ogiera.
- Zazdrosny jesteś? - Zaśmiałam się. W pewnym momencie ujrzałam piegowatą dziewczynę idącą ze sprzętem. Weszła do boksu jakiegoś srokacza, prawdopodobnie swojego wierzchowca. Obojętna wróciłam do czyszczenia kopyt. Po zakończeniu czynności nałożyłam czaprak, podkładkę i siodło. Nim dopięłam popręg, obwiązałam nogi ogiera owijkami. Potem założyłam czarne ogłowie oraz podpięłam popręg. Gotowego rumaka wyprowadziłam na korytarz. Naciągnęłam na dłonie rękawiczki i zapięłam toczek. W tym samym momencie owa brunetka wyprowadziła swojego konia. Nie chcąc zagradzać jej drogi wyszłam na zewnątrz.
Sherie?
piątek, 10 lutego 2017
Od Allijay CD Shane'a
Gdy chłopak ujął moje dłonie w swoje, gładząc je przy okazji kciukami, uniosłam niepewnie wzrok w stronę jego oczu. Chłopak zrobił podobnie, przez co siedzieliśmy wpatrzeni w siebie.
- Następnym razem, proszę, uważaj na siebie... - Rzekł zatroskany i przejęty. - …Chyba, że będę musiał chodzić za tobą krok w krok i cię pilnować. - Dodał z chytrym uśmieszkiem.
- Chciałbyś! - Krzyknęłam, śmiejąc się przy tym. - Nie wiem czy wiesz, ale nie jestem już małym dzieckiem. Potrafię o siebie zadbać. - Wywróciłam oczami, jednak szeroki uśmiech wciąż zdobił moją twarz.
- Ale.. - Otworzył usta, chcąc kontynuować swoją wypowiedź.
- To był przypadek. Nie przypuszczałam, że będzie tak ślisko. - Wydobyło się ze mnie ciche westchnięcie. Spojrzałam na twarz blondyna. Wykrzywiał ją w takim grymasie, że nie wytrzymałam. Wybuchłam śmiechem, a z moich szarych oczu popłynęły łzy. Zapewne byłam zaróżowiona, ponieważ zwykle, gdy się śmiałam, czerwieniłam się. Oparłam się o miękki materac i zakryłam dłońmi usta. Próbowałam się opanować, jednak widok Shane’a, takiego zagubionego i zdezorientowanego człowieka, totalnie mnie rozwalał. Poczułam jak ciepło rozchodzi się po moim ciele. Zakasłałam kilka razy, po czym podbiegłam do balkonowych drzwi. Uchyliłam je, następnie wychyliłam głowę na zewnątrz, podpierając się o parapet. Wzięłam kilka wdechów, aż całkowicie ochłonęłam. Z bladym uśmiechem usiadłam na tym samym miejscu co wcześniej. Siedzący naprzeciw jasnowłosy kompletnie nie wiedział co ma o tym myśleć. Wpatrywał się we mnie tępo. Oczekiwałam jakiegoś komentarza, stwierdzenia, jakiegokolwiek odgłosu. Jego zachowanie nie wykazywało jednak na to, aby zamierzał się odezwać. W końcu z jego usta otworzyły się.
- Przyjdę po ciebie za dziesięć, okej? -Zapytał. Pokiwałam twierdząco głową, następnie odprowadziłam Shane’a do drzwi. Gdy wyszedł, zamknęłam je i stanęłam na środku pokoju. Wbiłam wzrok w zegar tykający na ścianie. Wskazywał on godzinę osiemnastą dwadzieścia cztery. Podeszłam do leżącego na swoim czerwonym legowisku Flasha. Pogłaskałam psa po grzbiecie, na co ten odpowiedział zadarciem głowy. Dopiero teraz zauważyłam wtuloną w niego Princess, która leniwie się przeciągnęła i, usiłując wstać, przewróciła na plecy. Delikatnie podniosłam ją i postawiłam na krótkich łapkach. Podbiegła do mnie i zaczęła gryźć mojego kapcia. Śmiejąc się delikatnie przeszłam do siadu tureckiego. Zaczęłam pieścić swoje pupile. Po pewnym czasie przypomniałam sobie, że mam smakołyki. Podpierając się jedną ręką, drugą sięgnęłam w stronę szafki. Wyciągnęłam z niej małą, plastikową torebkę z nadrukiem owczarka niemieckiego. Otworzyłam paczuszkę, następnie wyciągnęłam z niej dwie kostki. Słysząc szelest, Kasai poderwała się z parapetu i, niczym zawodowa sprinterka, podbiegła do mnie. Flash, podirytowany zachowaniem kotki, pacnął ją delikatnie łapą. Ta odskoczyła sycząc przy okazji. Rzuciłam jeden ze smakołyków gdzieś na bok, odciągając tam wilczura. Kasai, nie robiąc gwałtownych ruchów, podeszła. Przełamałam kostkę na dwie połowy. Jedną dałam Princess, drugą stojącej obok kotce. Odruchowo zerknęłam na wiszący na ścianie zegar. Miałam pięć minut. Natychmiast poderwałam się do góry, płosząc przy okazji zwierzęta. Naciągnęłam na nogi trampki. Po udaniu się do łazienki umyłam ręce. Gdy usłyszałam pukanie, spokojnym krokiem podeszłam do drzwi. Otworzyłam je bez wahania. Wychodząc odepchnęłam nogą usiłującego wydostać się Flasha. Potem udaliśmy się na schody. Zejście po nich zajęło nam mało czasu. Zdziwiłam się, gdy zastaliśmy na stołówce kilka osób. Spodziewałam się tłumu. Ale cóż, zapewne większość miała ciekawsze zajęcia lub po prostu przyjdzie później. Wzięliśmy czerwone tacki, następnie podeszliśmy do okienka. Pani Maria podała nam dopiero co wyjęte, ciepłe zapiekanki. Do tego dostaliśmy kubki z gorącą herbatą. Chwyciłam tabliczkę czekolady znajdującą się w miseczce obok innych słodyczy. Usiadłam obok Shane’a. Położyłam opakowanie na środku stolika. Usiłując oderwać ciągnący się ser zauważyłam grupkę uczniów. Jadalnię wypełniły krzyki, wrzaski, śmiechy no i oczywiście nastolatki. A ja narzekałam na ciszę.. Wzdychając cicho przymrużyłam oczy. Gdy wypiliśmy napoje i zjedliśmy połowę pysznej czekolady odnieśliśmy tacki. Wychodząc napotkaliśmy drugą grupę, tym razem składającą się z samych dziewcząt.
- Ugh.. Czy one muszą chodzić stadami? - Westchnęłam, na co mój towarzysz się zaśmiał. Rozstaliśmy się przed drzwiami numer ‘’24’’. Wchodząc do pokoju zauważyłam niecodzienny widok. Flash i Princess siedzieli obok siebie, trzymali w pyskach smycz. Śmiejąc się podeszłam do nich i przykucnęłam. Przypięłam przedmiot do obroży owczarka. O Princess nie musiałam się bać, wiedziałam bowiem, że bez Flasha nigdzie się nie oddali. Wyszliśmy na korytarz, a potem na schody. Dla bezpieczeństwa wzięłam suczkę na ręce. Gdy przekroczyłam ostatni stopień, postawiłam ją na ziemi. Udaliśmy się na zewnątrz. Stojąc na środku podjazdu wlepiłam wzrok w akademik. Większość okien zdobiła budynek jasnym światłem. Po trzydziestominutowym krążeniu dookoła stajni wróciliśmy do pokoju. Odczepiłam smycz od obroży psa. Ten wskoczył na swoje posłanie. Po zdjęciu kurtki i butów udałam się do łazienki. Przed tym wyjęłam z szafki piżamę. Wzięłam szybki, rozgrzewający prysznic. Przy okazji umyłam włosy. Po przewiązaniu ich ręcznikiem ubrałam się w czarne, długie spodnie i bluzkę tego samego koloru z nadrukiem konia. Suszenie mokrych włosów zajęło mi jakieś dwadzieścia minut. Mycie zębów także nie zajęło mi dużo czasu. Odświeżona wyszłam z łazienki i opadłam na łóżko.
~*~
Z sideł pana Alfredo wybawił mnie dzwonek. Wdałam się z nim w rozmowę po łacinie, co okazało się błędem. Sądząc po minie nauczyciela i zdziwieniu innych uczniów powiedziałam coś obraźliwego. Mężczyzna stojący naprzeciw zaczął coś mówić, jednak ja, słysząc wspaniały dźwięk, wybiegłam z Sali krzycząc ‘’Do widzenia’’. Na korytarzu oparłam się o jedną z szafek. Czekałam na Shane’a, który strasznie się wlekł. W końcu ujrzałam idącego w moją stronę blondyna. Ruszyłam powolnym krokiem, tak, aby mnie dogonił.
- Shane..? - Wypowiedziałam imię zielonookiego wydłużając je.
- Hm? - Uniósł lekko brwi.
- Jedziemy później na przejażdżkę?.. - Uśmiechnęłam się szeroko.
- Zauważyłem, że za wszelką cenę chcesz mnie uśmiercić.. - Westchnął mrużąc powieki.
- Ja? Nie, skądże.. - Zaśmiałam się złowieszczo.
- Rozumiem, że zapłacisz mi odszkodowanie. - Na jego twarzy dojrzałam delikatny uśmiech.
- Pff, chciałbyś. No weź, fajnie będzie. - Nie miałam zamiaru przesiedzieć tego dnia. Jeżeli Shane się nie zgodzi, trudno. Pojadę sama.. Chociaż chciałabym zobaczyć go w akcji.
- Ugh.. Okej. - Z trudem wypowiedział owe słowa.
- Tak! No to za dziesięć trzecia, po obiedzie, masz czekać w stajni. - Nim blondyn zdążył cokolwiek odpowiedzieć w podskokach pobiegłam do swojego pokoju.
Shane? :3
niedziela, 5 lutego 2017
Od Allijay CD Shane'a
Po śniadaniu udałam się do pokoju. Za kilka minut miała odbyć się lekcja żywienia i opieki nad końmi z panią Laylą. Nie przebrałam się, zamieniłam jedynie bryczesy na jeansy. Gdy stanęłam przed lustrem, zdjęłam gumkę. Okazało się to błędem. Usiłując spiąć włosy w koka poddałam się po jakimś czasie. Kudły rozłaziły się na wszystkie strony, co mnie strasznie irytowało. Przeczesałam je dokładnie i zrobiłam luźnego kucyka. Nie miałam czasu na użeranie się z nimi. Potem narzuciłam na ramiona kurtkę, naciągnęłam na nogi sztyblety i wyszłam z pokoju. Jak zwykle zamknęłam pomieszczenie na klucz. Schodząc po schodach zerknęłam na ekran telefonu. Miałam jeszcze dwie minuty na dojście do stajni. Przyspieszając wybiegłam z budynku. Nie spodziewając się śliskiego podłoża, miałam bliskie spotkanie z twardym, oblodzonym brukiem. Szczęściem było to, że w ostatnim momencie podparłam się rękoma. Gdy się podniosłam zauważyłam, że moje nadgarstki krwawią. Wzdychając udałam się do stajni. Nie miałam czasu na wracanie się do pokoju. Punktualnie o ósmej dwadzieścia stanęłam w rzędzie uczniów, tuż obok Shane’a. Gdy pani Smith odeszła w stronę drugiego końca, chłopak szeptem zwrócił mi uwagę.
- Co ci się stało? - Zapytał, wyglądając w między czasie za nauczycielką.
- Um.. Nic. - Jęknęłam, ponieważ rana strasznie szczypała.
- Pokaż to. - Mówiąc to, blondyn chwycił moje ręce uważając na krwawiące nadgarstki. Nim zdążył coś powiedzieć, wyprzedziłam go.
- Ugh, wywaliłam się po prostu. - Rzekłam obojętnym tonem. Shane zapewne obdarzyłby mnie jednym ze swoich pouczających kazań, gdyby nie to, że pani Layla właśnie do nas nie podeszła. Gwałtownie obciągnęłam rękawy kurtki. Szeroko otwartymi oczami wpatrywaliśmy się w nauczycielkę. Ta zmierzyła nas wzrokiem, po czym odeszła. Stanęła na środku stajni i zaczęła coś tłumaczyć.
- Ale z ciebie ciamajda. - Stwierdził, wywracając oczami. Mimo tego w jego głosie kryło się zmartwienie.
- Heh, dzięki, Shane. - Powiedziałam z lekkim wyrzutem i sarkazmem.
- Nie ma za co. - Odwrócił głowę w stronę nauczycielki.
- Poczuj ten sarkazm. - Szepnęłam mu do ucha, stając w tym czasie na palcach. Chłopak wywrócił oczami i skrzyżował ręce na piersi. Po raz kolejny byłam zmuszona do stwierdzenia, że lekcje minęły mi bardzo szybko. W między czasie, a tak dokładnie na lekcji matematyki, droczyłam się z panem Markiem. Oczywiście to było tak dla żartów. Uwielbiam droczyć się z nauczycielami. W podstawówce obiektem dręczonym przeze mnie był mój trener piłki ręcznej. Mimo tego, że był ode mnie starszy, traktowałam go jak dobrego kolegę. Z zamyślenia wyrwał mnie cios w ramię.
- Ała? - Spojrzałam na pakującego książki Shane’a. Jasnowłosy posłał mi chytry uśmiech, po czym wstał i skierował się w stronę wyjścia. Szybko wrzuciłam rzeczy do torby. Wstałam i ruszyłam w stronę zielonookiego. Zanim wyszłam, odwróciłam się i zwróciłam do siedzącej przy biurku nauczycielki.
- Do widzenia. - Nie czekając na odpowiedź wybiegłam na korytarz. W tłumie odszukałam jasną czuprynę. Cudem przebrnęłam przez dziki tłum. Biorąc kilka głębokich wdechów złapałam ramię Shane’a.
- Jak mogłeś mnie zostawić?! Prawie mnie udusili! - Popatrzyłam z wyrzutem na mijających nas uczniów.
- A to moja wina? - Zaśmiał się. Walnęłam go z pięści w ramię, śmiejąc się przy tym. Udaliśmy się po schodach do mojego pokoju. Gdy zamknęłam za nami drzwi, rzuciłam torbę z książkami na szafkę. Gdy Shane rzucił się na moje łóżko, ja podeszłam do apteczki. Wyciągnęłam z niej dwa bandaże, waciki i wodę utlenioną. Usiadłam na kanapie, kładąc owe rzeczy obok. Odkręciłam zakrętkę, po czym oblałam nadgarstki cieczą. Zacisnęłam usta, czując okropny ból. Po moich rękach spłynęła biała piana. Starłam ją wacikami. Potem obwinęłam rany bandażami. Gdy zawiązałam supełki, schowałam wodę utlenioną do apteczki, waciki wyrzuciłam do kosza. Usiadłam na skraju łóżka.
- Posuń się! Zająłeś całe łóżko! - Zaśmiałam się. Chłopak wzdychając teatralnie posunął swoje cielsko. Opadłam bezwładnie na miękki materac przykryty aksamitną kołdrą. Przymknęłam powieki. Poczułam, jak ktoś łapie moją dłoń. Shane, uważając na bandaże, splótł nasze palce. Zamknął oczy i wziął kilka wdechów. Leżeliśmy tak kilka, może nawet kilkanaście minut. Błogie lenistwo przerwał nikt inny jak Flash. Pies wskoczył na tors blondyna. Pacnęłam go w pysk. Ten zeskoczył z łóżka i udając obrażonego usiadł w kącie. Wymieniliśmy porozumiewawcze spojrzenia, po czym zaśmialiśmy się.
~*~
Wychodząc ze stajni ujrzałam stojącego na środku podjazdu, wpatrującego się w ciemne niebo jasnowłosego.
- Shane? - Zapytałam. Chłopak odwrócił się i obdarzył mnie pytającym spojrzeniem. Odpowiedziałam tym samym. Podeszłam kawałek, mimo tego dzieliła nas spora odległość. Zdziwiłam się, gdy to zielonooki podszedł i stanął naprzeciw.
- Droga Allijay… - Mówiąc to, Shane położył swoją rękę na moich plecach, drugą zaś ujął moją dłoń. Gdy się ukłonił, z moich ust wydobył się cichy śmiech. - Czy uczynisz mi ten zaszczyt i zatańczysz ze mną w ten deszczowy wieczór? - Twarz blondyna ozdobił szeroki uśmiech.
- Z przyjemnością. - Przez chwilę między nami panowała cisza, jednak zaraz wybuchliśmy niepohamowanym śmiechem. Gdy się opanowaliśmy, zaczęliśmy tańczyć. Zaczęło się od zwykłych obrotów. Na początku nie potrafiłam złapać rytmu, przez co całkowicie polegałam na moim towarzyszu. Po jakimś czasie wczułam się w piosenkę. Przymknęłam powieki i oddałam się muzyce. W pewnym momencie Shane złapał mnie w tali i zaczął mną kręcić. Rozłożyłam ręce na boki, wzrok powędrował w górę, do ciemnych chmur obdarzających nas deszczem.
Szum odbijającej się od bruku wody dopełniał nasz śmiech oraz początek piosenki ‘’Uncover’’. Po jakimś czasie zbliżyliśmy się do siebie. Zarzuciłam ręce na szyję blondyna. Głowę oparłam o jego tors. Przymknęłam powieki, wdychając rześkie powietrze. Jedna z dłoni Shane’a wciąż spoczywała na mojej tali, druga zaś powędrowała na moją głowę, gładząc mokre włosy. Nasze ciała bujały się na boki zgodnie z rytmem lecącej z radia piosenki.
Shane?
sobota, 4 lutego 2017
Od Allijay CD Shane'a
Popatrzyłam na chłopaka nieco zaskoczona.
- Sam sobie nie poradzisz? - Zaśmiałam się, na co blondyn podrapał się po karku.
- Nie dosięgam.. - Shane widocznie bardzo się krępował, ponieważ wypowiedział te słowa bardzo cicho. Do tego na jego twarz wpełzł delikatny, wręcz niezauważalny rumieniec. Wzdychając cicho usiadłam po turecku na łóżku. Poklepałam miejsce przed moimi nogami.
- Siadaj, ale najpierw.. Um.. Zdejmij koszulkę.. - Odwróciłam głowę, zamykając przy tym oczy. Już po chwili poczułam obecność mojego towarzysza. Niepewnie otworzyłam powieki. Moim oczom ukazały się kilkucentymetrowe szramy. Jasnowłosy siedział pochylony do przodu.
- Masz jakąś maść, czy coś? - Zapytałam wychylając się lekko do przodu w celu ujrzenia twarzy mojego towarzysza. Pokiwał lekko głową, po czym podał mi średniej wielkości, szarą tubkę. Odkręciłam zakrętkę, następnie nałożyłam trochę esencji na dłoń. Delikatnie przyłożyłam ją do ciała Shane’a. Chłopak momentalnie się wzdrygnął. Po jego plecach przeszedł dreszcz. Usłyszałam ciche jęki, widocznie maść bardzo piekła. Drugą, czystą rękę położyłam na ramieniu zielonookiego. Zaczęłam nią delikatnie poruszać, głaszcząc go w ten sposób. Chłopak rozluźnił się i zgarbił jeszcze bardziej. Czynność nakładania i rozcierania maści powtórzyłam jeszcze kilka razy. Mimo tego, za każdym razem, gdy moja dłoń miała styczność z jego ciałem, przechodził przez niego dreszcz. W pewnym momencie, kątem oka dostrzegłam, że Shane kurczowo ściska kawałek mojej kołdry. Gdy maść zaschła, a na plecach chłopaka pojawiła się skorupa o cienkiej warstwie, odłożyłam zakręconą tubkę. Nie zwracając większej uwagi na blondyna wstałam i podeszłam do wielkiego okna. Wpatrzona w ledwo widoczne z powodu mroku budynki stałam tak w bez ruchu. Kasai jak zwykle plątała mi się między nogami. Jej błękitne oczęta wpatrywały się w moją twarz. W pewnym momencie ujrzałam stojącego obok jasnowłosego. Po krótkiej chwili zbliżyłam swoją dłoń do dłoni zielonookiego. Splotłam nasze palce, uszczelniając w mocnym uścisku.
Delikatny uśmiech wkroczył na twarz blondyna. Staliśmy tak dobre kilka minut. W końcu jednak otrząsnęłam się i puściłam rękę Shane’a. Odeszłam na bok i łapiąc się za ramiona zapytałam.
- Skoro już tu jesteś, to może coś obejrzymy? Mam też kilka fajnych gier.. - Moje nogi sprawiły, że zaczęłam chodzić po całym pokoju. Po chwili, podczas której mój towarzysz myślał, stwierdził, że możemy obejrzeć jakiś film. Zaproponowałam mu kilka. Nie dysponowałam taką ilością jak on, jednak coś tam miałam. Wybrał Następców. Wskazałam na wielką, zamszową kanapę. Chłopak usiadł na niej, ja w tym czasie udałam się po popcorn. Gdy wróciłam, włączyłam film i zgasiłam światło. Wygodnie usadowiłam się obok Shane’a. Tym razem nie zasnęłam podczas oglądania. Wytrzymałam do samego końca, z czego byłam bardzo zadowolona. Blondyn uznał, że musi już iść.
- Shane.. - Rzekłam stojąc naprzeciw. Już chciałam coś powiedzieć, jednak się powstrzymałam. - Dobranoc. - Wydukałam zmuszając się do uśmiechu. Chłopak odwzajemnił gest. Już po chwili zniknął na schodach. Wróciłam do pokoju, zamykając za sobą drzwi. Umyłam się, przebrałam w piżamę po czym położyłam. Powieki bezradnie mi opadły. Właśnie w tym momencie odpłynęłam.
~*~
Tego dnia obudziły mnie oślepiające promienie bladego słońca. Zasłoniłam dłonią twarz, krzywiąc się przy tym. Odwróciłam się na drugi bok, jednak wtedy mój nos miał do czynienia z Princess. Nie chcąc zrobić jej większej krzywdy, pchnęłam ją lekko starając się dać do zrozumienia, że tym razem nie pozwolę obślinić sobie twarzy. Błędem było leżenie na brzegu łóżka. Flash, mój jakże mądry piesek, zepchnął mnie na podłogę. Miał szczęście, że kołdra zamortyzowała upadek. Z jękiem wyczołgałam się z otaczającej mnie pościeli, po czym wstałam podpierając się o krzesło. Jedyną rzeczą, która motywowała i zachęcała mnie do wstania była lekcja ujeżdżania, która miała dobyć się za półtorej godziny. Podeszłam do szafki, z której wyciągnęłam czarne bryczesy, fioletową bluzę i bieliznę. Udałam się do łazienki, w której zażyłam prysznic. Ubrałam się, związałam włosy w kucyka i umalowałam. Gotowa wyszłam z toalety. Nałożyłam zwierzakom karmę. Tym razem byłam bardziej ostrożna niż poprzedniego dnia. Cały czas miałam na oku siedzącego obok Flasha. Pies zawiedziony z tego, że nie zrobił mi drugiego psikusa, wpatrywał się we mnie wielkimi oczyma. Uśmiechnęłam się lekko. Potem niespiesznie nałożyłam świeżo wypastowane sztyblety i sztylpy. Poprzednio na nogi wciągnęłam grube, ciepłe skarpety. Na bluzę narzuciłam ciepłą kurtkę, na szyję zaś długi szal. Toczek wzięłam w rękę. Przejrzałam uważnie pokój, nie chcąc o czymś zapomnieć. Upewniając się, że wszystko wzięłam, wyszłam z pomieszczenia. Zamknęłam je na klucz, który wrzuciłam do kieszeni. Powolnym krokiem udałam się do stajni. Po przejściu dość szerokiego chodnika weszłam do budynku. Skręciłam w prawo, tak, aby dostać się do siodlarni. Zgarnęłam stamtąd szczotki. Miałam dużo czasu, więc mogłam pozwolić sobie na kilka kursów. Nie spiesznie przeszłam połowę korytarza. Stanęłam przed boksem Amora. Po chwili weszłam do środka i zaczęłam pieścić mojego wierzchowca. Wyjęłam z kieszeni kawałek marchewki, którą zwinęłam z kuchni. Położyłam jedzenie na dłoni, którą wyciągnęłam przed siebie. Ogier z chęcią schrupał przekąskę. Chwyciłam zgrzebło. Widocznie Grand się tarzał, ponieważ całe jego ciało, a w szczególności brzuch, było w sklejkach. Potem w ruch poszła miękka szczotka. Przejechałam nią kilka razy w celu wygładzenia sierści. Następnie użyłam kopystki. Amor jak zwykle chętnie podawał nogi. Zadowolona przeczesałam jego grzywę i ogon. Po skończeniu owej czynności udałam się po czaprak i owijki. Kończył mi się czas, tak więc zaczęłam się sprężać. Nakładanie owych rzeczy poszło szybko i sprawnie. Gdy wróciłam z siodlarni trzymając siodło i ogłowię w boksie obok zastałam niejakiego Shane’a Harkera. Chłopak, zajęty czyszczeniem, nie zwracał na mnie uwagi. Wzdychając przystąpiłam do zakładania reszty ekwipunku. Już po pięciu minutach Grand Amour stał zwarty i gotowy. Miałam jeszcze dziesięć minut. Zauważyłam, że inni uczniowie wychodzą na zewnątrz. Nim uczyniłam podobnie, obdarzyłam blondyna cichym ‘’cześć’’. Potem wyszłam i udałam się na halę. Na samym środku ujrzałam stępującego kasztana, a na jego grzbiecie jakąś kobietę. Kilkoro uczniów wsiadało już na swoje wierzchowce. Nie chcąc być w tyle opuściłam strzemiona. Zwinnie wskoczyłam i usadowiłam się w siodle. Podjechałam bliżej stojących nieopodal koni. Wszyscy ustawili się w rzędzie. Widząc to, uśmiechnięta kobieta podjechała bliżej. Na jej kurtce ujrzałam przyczepioną zawieszkę. Widniało na niej imię i nazwisko; ‘’Melanie O’Connor’’ oraz napis ‘’Instruktorka Ujeżdżenia’’. Wyprostowałam się znacząco. Oznaczało to, że owa kobieta jest nauczycielką. Pani O’Connor widząc to, że się spięłam rzekła.
- Spocznij. -Zaśmiała się lekko. Uśmiechnęłam się delikatnie. Może to dziwne, ale już ją polubiłam.
Shane?
czwartek, 2 lutego 2017
Od Allijay CD Shane'a
Gdy usłyszałam pytanie chłopaka zamarłam. Na moją twarz wkradł się piekący rumieniec, przez co musiałam wyglądać jak naprawdę dorodny buraczek. Wzrok wlepiłam w jakże interesujący, biały sufit. Nie miałam odwagi spojrzeć mu w oczy. Czując na sobie jego spojrzenie, zasłoniłam dłońmi twarz. Ciszę panującą w pomieszczeniu przerywały jedynie nasze oddechy. Mój był szybki, nierównomierny. Jego zaś spokojny i rytmiczny.
- Allijay? - Łagodny głos blondyna starał się dotrzeć do mojej pełnej myśli głowy. Odsłoniłam odzyskującą naturalną barwę twarz. Krzyżując ręce zmarszczyłam brwi.
- Nie.. Może.. Sama nie wiem.. - Westchnęłam słysząc swoją bezsensowną wypowiedź. Starałam się utrzymać naburmuszoną minę jak najdłużej. Niestety, nie potrafiłam tak. Spojrzałam na chłopaka. Wpatrywał się we mnie tępo, jakby był niezadowolony z mojej odpowiedzi. Pstryknęłam palcami tuż przed jego oczami. Potrząsnął delikatnie głową.
- Puścisz mnie? - Jęknęłam. Shane wykonał moją prośbę. Wpatrzona w wielkie okno usiadłam na skraju łóżka. Obserwowałam spływające po szybie krople deszczu. Na dworze panował mrok. W głębi duszy byłam ciekawa o czym myśli towarzyszący mi chłopak. Kątem oka zauważyłam, że już nie patrzy na mnie, lecz na przymilającą się do mnie Kasai. Wzięłam kotkę na ręce, następnie usiadłam po turecku naprzeciw Shane’a. W pewnym momencie nasze spojrzenia skrzyżowały się.
- O co ci chodziło? - Zapytał. Czułam, że nie odpuści. Przymrużyłam opadające powieki.
- Ugh.. Po prostu.. Ta dziewczyna mnie wkurzyła.. I.. No.. Jestem trochę zazdrosna.. - Słowa te z trudem opuściły moje gardło. Głupio mi było. Uciekając zachowałam się jak jakieś dziecko. - Przepraszam.. - Oczekując karcącego komentarza opuściłam głowę. Wplotłam palce w długą, miękką szatę mojego kota. Zadowolone zwierze zaczęło chodzić w kółko, pomrukując przy okazji. Blondyn długo się nie odzywał, widocznie dokładnie analizował moją wypowiedź. W końcu jednak otworzył usta, z których wydostały się słowa.
- Oh.. Zazdrosna? Ale o co? Nie mów, że o tamtą brunetkę.. - Przechylając głowę na bok uśmiechnął się. Zmęczona, nieśmiało pokiwałam głową.
- Ale rozmawiałeś z nią na kolacji. No i była u ciebie.. - Nim skończyłam, zielonooki mi przerwał.
- To ona zagadała do mnie. A cóż miałem zrobić, jak nie odpowiedzieć na jej pytania? Nie mogłem jej tak po prostu zignorować.. Jeżeli chodzi ci o to, co wydarzyło się przed moim pokojem, to wiedz, że ja nie miałem z tym nic wspólnego. Ona do mnie przyszła.. - Shane zakończył swoją wypowiedź głębokim westchnięciem. Widocznie oczekiwał odpowiedzi. Pokiwałam głową dając mu do zrozumienia, że jej nie otrzyma. Byłam tak śpiąca, że ledwo wytrzymywałam w pozycji siedzącej. Mój towarzysz najwidoczniej to zauważył. Wstał i podszedł do mnie. Obraz chłopaka powoli rozmazał się. Widziałam tylko poruszającą się plamę. Poczułam jak opadam na poduszki, a potem zostaje przykryta ciepłą kołdrą. Wtulona w jej skrawek zdołałam wypowiedzieć jedno zrozumiałe słowo.
- Dobranoc.. -Szepnęłam.
~*~
Jakim szczęściem było to, że miałam nastawiony budzik. Chociaż i tak nie miałam ochoty na trening westernu. Znowu będę męczyła się z zakładaniem siodła. Wstałam z towarzyszącym temu jękiem. Każde z moich zwierząt zostało nakarmione. Wykładając mokrą karmę do różowej miseczki mojej kotki zostałam brutalnie potraktowana. Mój kochany Flash wskoczył na moje barki. Pod jego ciężarem ugięły mi się ręce, przez co.. Moja twarz miała zbyt bliski kontakt ze śmierdzącą papką.. Na dodatek miałam otwarte usta.. Piszcząc pobiegłam do łazienki. Miałam zamknięte oczy, tak więc łatwo można się domyślić, że przewróciłam się po drodze. Po omacku odszukałam kranu. Spłukałam karmę z twarzy i przepłukałam usta. Wycierając się ręcznikiem wyszłam przed drzwi toalety.
- Nie licz na spacer. - Wskazałam na spoglądającego na mnie psa. Flash nie przejął się zbytnio moją pogróżką. Podirytowana podeszłam do szafy. Wyciągnęłam z niej ubrania oraz bieliznę. Miałam jeszcze godzinę, tak więc nie spieszyłam się zbytnio. Tego dnia moje ciało zdobiła biała bluzka oraz błękitny, rozpinany sweter. Ponieważ najpierw miałam trening, na nogi naciągnęłam niebieskie bryczesy. Uczesałam włosy, robiąc z nich warkocza. Zrobiłam delikatny, wręcz niewidoczny makijaż składający się z tuszu i błyszczyku. W pewnym momencie zerknęłam na zegarek. Wskazywał on szóstą dwadzieścia dwa. Założyłam oficerki, ciemną kurtkę i czapkę. W rękę chwyciłam toczek. Zamykając za sobą drzwi byłam zmuszona do przepychania się z moimi psami. Gdy udało mi się wepchnąć je do środka, przekręciłam klucz. Żwawym krokiem zeszłam po schodach. Miałam nadzieję, że nie zostanę dzisiaj pozbawiona dobrego humoru. Już po dziesięciu minutach stałam przed boksem mojego wierzchowca. Z trudem otworzyłam drzwi boksu. Spowodowane był to tym, że wzięłam cały ekwipunek na jeden raz. Amor na początku podszedł do mnie, jednak gdy zauważył sprzęt do westernu, odwrócił się i odszedł. Wywracając oczami zaczęłam go czyścisz. Jak zwykle nie sprawiał problemów. Do czasu, gdy zakładałam mu siodło. Z trudem udało mi się podpiąć popręg. Po założeniu ogierowi ogłowia wyprowadziłam go na zewnątrz. Po drodze założyłam toczek.
~*~
Tak jak się spodziewałam, trening nie przebiegł najlepiej. Zaliczyłam trzy upadki. Oprócz tego Grand obdarzył innych pokazem swojego dzikiego tańca. Podczas zdejmowania ekwipunku ogier sięgnął pyskiem w stronę kieszeni mojej kurtki.
- Nie zasłużyłeś. - Pokazałam mu język, po czym wyciągnęłam marchewkę. Ugryzłam kawałek. Amor nie mógł się pogodzić z tym, że nie dostał nagrody. Zamknęłam boks, następnie zaniosłam sprzęt i szczotki do siodlarni. Tym razem nie dysponowałam sporą ilością czasu. Miałam dziesięć minut do śniadania. Fakt, trwało ono do ósmej dwadzieścia. Wbiegnięcie po schodach minęło dość szybko. Wparowałam do pokoju bez poświęcenia większej uwagi zwierzętom. Zmieniłam jedynie bryczesy na jeansy oraz oficerki na botki. Gotowa udałam się na stołówkę. Nie musiałam przekraczać progu jadalni, ponieważ kolejka sięgała do korytarza. Stanęłam na końcu. Obawiałam się, że nie zdążę na lekcje. Niecierpliwa wyglądałam za uczniów, starając się dostrzec cokolwiek. Po jakiś piętnastu minutach otrzymałam tackę z posiłkiem. Płatki na mleku, super. Usiadłam naprzeciw blondyna. Ten posłał mi ciepły uśmiech, który oczywiście odwzajemniłam. Podczas śniadania ani razu nie zaobserwowałam odwracającej się brunetki. Zadowolona uśmiechnęłam się chytrze. Po śniadaniu, jak zwykle, udaliśmy się do klasy.
Shane? Brak weny ;-;
poniedziałek, 30 stycznia 2017
Od Allijay CD Shane'a
Mimo tego, że jeszcze nigdy nie zginął mi ktoś bardzo bliski, w głębi duszy wiedziałam co czuje Shane. Było mi go strasznie żal. Strata matki była dla niego ogromnym ciosem. Stałam tak nie wiedząc co powiedzieć. Gdy blondyn chwycił delikatnie moją dłoń, poczułam ciepło wypełniające mnie od środka. Zarumieniona spojrzałam na jego twarz. Chłopak miał spuszczoną głowę, wzrok prawdopodobnie wlepiony w buty.
- Shane.. Wybacz mi, ja.. Ja nie wiedziałam.. - Zdenerwowana zaczęłam się jąkać. W pewnym momencie emocje wygrały z rozsądkiem, przez co zarzuciłam ręce na ramiona blondyna. Ten odwzajemnił uścisk. Dobrze wiedziałam, że potrzebuje teraz czułości. Uśmiechnęłam się pod nosem czując, że chłopak wtula się we mnie. Przejechałam dłonią po jego włosach. Staliśmy tak kilka minut. Żadna ze stron nie zamierzała przestać. Może to dziwne, ale czułam się wspaniale w objęciach Shane’a. Niestety, zbliżała się piętnasta trzydzieści, a ja musiałam jeszcze oporządzić Amora. Lekko go odepchnęłam, wciąż jednak trzymałam jego ramiona.
- Wiesz.. Jeżeli chcesz, to mogę pomóc ci pozbyć się lęku do koni.. Zdaję dobie sprawę, że to będzie trudne, ale.. Nie chcę, abyś czuł odrazę i ból widząc te zwierzęta.. - Starałam się nawiązać kontakt wzrokowy. Gdy mi się udało, nie widziałam już radosnych iskierek. Oczy jego pełne były smutku, przybrały odcień szarości. Twarz blada, policzki wklęsłe. Całość nie komponowała się zbyt dobrze. Złapałam go za rękę, po czym udaliśmy się do siodlarni. Podałam mu do rąk siodło, przy okazji rzuciłam komentarz.
- Lekcja pierwsza. - Powiedziałam, następnie przerzuciłam przez ramię ogłowie, czaprak i owijki wzięłam w ręce. - Siodłanie i czyszczenie. - Mówiąc to podałam blondynowi torbę ze szczotkami. Idąc zauważyłam, że nogi chłopaka dygoczą. Bałam się, że Shane upadnie. Podeszłam bliżej, aby w ostateczności móc go złapać. Dochodząc do boksów naszych rumaków, mój towarzysz się zatrzymał.
- Shane.. Nie chce cię zmuszać. - Mówiąc to podeszłam i odebrałam mu siodło. O dziwo chłopak nie puścił trzymanej rzeczy. Z trudem przełknął ślinę, po czym wszedł do boksu Granda. Nim ogier zdążył zareagować, złapałam go za kantar.
- Musisz dać mu się obwąchać. - Powiedziałam spokojnym tonem. W żadnym wypadku nie chciałam go stresować. - Jeżeli coś będzie nie tak, mów śmiało. - Posłałam mu ciepły uśmiech, który widocznie do ośmielił. Powoli podprowadziłam Amora w stronę chłopaka. Ten wystawił drgającą rękę. Przerażony zamknął oczy i odwrócił głowę. Ogier obwąchał go bardzo dokładnie, widocznie był zainteresowany nową osobą. Kątem oka zauważyłam wierzchowca Shane’a. Varath przyglądał się zaistniałem sytuacji. Powoli podeszłam do krat dzielących nasze ogiery. Pogłaskałam go po pysku, na co ten zarżał cicho.
- Alli.. Allijay. - Przerażony chłopak zaczął błądzić rękoma w powietrzu. Podeszłam i poklepałam go po ramieniu.
- Brawo. Dałeś radę. -Uśmiechnęłam się delikatnie. Potem podałam Shane’owi niebieskie zgrzebło. Drugie, fioletowe, wzięłam ja. Stanowczymi ruchami zaczęłam czyścić grzbiet Granda. Zdezorientowany blondyn nie wiedział co ze sobą począć. Położyłam dłoń na jego dłoni. Przejechałam kilka razy po szyi, dzięki czemu mój towarzysz w końcu załapał. Radził sobie świetnie.
- Wspaniale. Czyszczenie masz zaliczone. - Podałam mu czysty, granatowy czaprak. Owijki tego samego koloru założyłam sama. Chłopak poradził sobie doskonale. Poprosiłam go, aby przytrzymał chwilę Amora, ponieważ muszę założyć mu siodło. Ten bez wahania złapał ogiera za kantar. Zadowolona z podpięcia popręgu na ostatnią dziurkę, chwyciłam ogłowie. Na szczęście obeszło się bez zadzierania łba.
- Em.. Świetnie sobie poradziłeś, naprawdę. Jestem z ciebie dumna. - Stwierdziłam, gdy skończyłam zapinać skośnik. Shane złapał mnie za dłoń. Zarumieniłam się delikatnie.
- Dziękuję. - Powiedział uśmiechnięty. Zrobiło mi się ciepło na sercu. Pożegnałam się z nim, po czym udałam na zewnątrz, razem z innymi uczniami z mojej grupy. Tego dnia miałam teren.
- Witajcie. Widzę nowe twarze, tak więc się przedstawię. Nazywam się Liam O’Donnel. Jak się domyślacie, uczę crossu. - Wypowiadając te słowa ukłonił się. Po pięciu minutach ruszyliśmy w stronę lasu.
~*~
Muszę przyznać, że się nieźle zmęczyłam. Amor wyglądał jak jakaś mokra kura. Po raz kolejny byłam zmuszona założyć mu derkę, tym razem fioletową. Gdy odnosiłam sprzęt kątem oka zauważyłam, że Grand i Varath obwąchują się. Uśmiechnęłam się mimowolnie. Wychodząc ze stajni poczułam nieprzyjemny chłód. Czym prędzej pognałam w stronę akademika. Przy okazji kilka razy się przewróciłam, na oczach innych uczniów wracających do swoich pokoi. Czerwona niczym dojrzały burak czym prędzej udałam się na piętro. Ręce miałam przemarznięte, przez co straciłam w nich czucie. Z trudem włożyłam i przekręciłam kluczyk. Przecisnęłam się przez drzwi, tak, aby moje ukochane psy mi nie nawiały. Przebrałam się w długą, niebieską bluzę z kapturem i czarne legginsy. Bluza była nadzwyczaj urocza, ponieważ na kapturze znajdowały się uszy, a rękawy zakończone były odpinanymi łapkami. Padnięta opadłam na łóżko. Chwyciłam jakąś książkę. Lektura wciągnęła mnie tak bardzo, że straciłam poczucie czasu. Odłożyłam ją dopiero po dziewiętnastej. Zdając sobie sprawę, że Shane pewnie jest już na stołówce, zbiegłam po schodach. Przekraczając próg jadalni przekonałam się, że miałam rację. Chłopak stał w kolejce, kilka osób przede mną. Odebrał jedzenie i usiadł przy naszym stoliku. Po odebraniu tacy spostrzegłam, że Shane rozmawia z jakąś brunetką siedzącą przy stoliku obok. Poczułam jak coś we mnie buzuje. Zaraz, zaraz.. Czyżbym była zazdrosna o Shane’a? Nie miałam czasu na dalsze rozmyślania, ponieważ prowadzące mnie nogi zatrzymały się przy krześle, na którym po chwili siadłam. Owa dziewczyna posłała mi karcące spojrzenie, następnie, lekko naburmuszona, odwróciła się z powrotem. Poczułam się trochę dziwnie.
- Cześć. - Rzekł siedzący naprzeciw chłopak.
- Um.. Hej.. - Odpowiedziałam obojętnym tonem. Spuściłam głowę i wlepiłam wzrok w kanapkę.
- To co? Wpadniesz dzisiaj do mnie? - Zapytał unosząc brwi.
- Okej.. - Odparłam.
- To o dwudziestej u mnie. - Oznajmił. Podczas kolacji brunetka odwróciła się jeszcze kilka razy. W końcu nie wytrzymałam i podirytowana odniosłam tacę. Następnie wbiegłam po schodach. Sama nie wiem dlaczego byłam zła.. Wpadłam do pokoju niczym huragan niszczący wszystko co napotka. Nie byłam zła na blondyna, skądże. To ta bruneta działała mi na nerwy. Zrezygnowana usiadłam na brzegu łóżka. Spojrzałam na zegarek. 19:33.. Westchnęłam. Postanowiłam, że się umyję. A to dlatego, że zapewne usnę u Shane’a. Zrobiłam tak jak powiedziałam. Potem uczesałam włosy w luźnego koka. Poprawiłam delikatny makijaż. Założyłam swoje ukochane kapcie. Wzięłam w rękę paczkę żelków. Nakarmiłam swoje zwierzaki, po czym powolnym krokiem udałam się dwa piętra wyżej. Zastanawiałam się, czy Shane zaprosił tą brunetę. Jeżeli tak, to niech wie, że do niego nie wstąpie..
Shane? XD
Od Allijay CD Shane'a
Przerażona mocniej złapałam się chłopaka. Gdy Shane zaczął schodzić po schodach, oparłam głowę o jego tors i zamknęłam oczy. Bałam się, że spadniemy. Blondyn uśmiechnął się na mój widok. Widocznie niesienie mnie sprawiało mu przyjemność. W końcu doszliśmy pod drzwi mojego pokoju. Shane w końcu mnie puścił, a ja zadowolona wyjęłam z kieszeni klucze. Włożyłam je do zamka, następnie spojrzałam na chłopaka.
- Jesteś pewny, że chcesz tam wejść? - Zapytałam. On popatrzył na mnie zdziwiony, po czym z uśmieszkiem odparł.
- Wyganiasz mnie? - Zaśmiał się.
- Nie, skądże! - Podniosłam ręce w obronnym geście. Niepewnie przekręciłam klucze. Lekko pchnęłam drzwi, zza których wyskoczyły moje psy. Flash rzucił się na mojego towarzysza. Przewrócił go na plecy i zaczął wylizywać. Potem do zabawy przyłączyła się Princess. Chłopak zaczął się śmiać. Z trudem odepchnęłam psy na bok. Wskazałam na pomieszczenie i skarciłam je wzrokiem. Te z podkulonymi ogonami uciekły do pokoju.
- Wybacz, oni tak zawsze.. Nic ci się nie stało? Coś cię boli? - Podałam blondynowi rękę. Z chęcią przyjął pomoc. Obdarzył mnie przyjaznym spojrzeniem. Zdziwiona zaniemówiłam. Spodziewałam się bardziej krzyków, obelg i nieprzyjemnych uwag.
- W porządku. - Po wypowiedzeniu tych słów weszliśmy do pomieszczenia, w którym znajdowało się moje królestwo. Chłopak zajął miejsce na zamszowym fotelu. Podeszłam do szafy, z której wyciągnęłam ubrania i bieliznę. Czując na sobie wzrok Shane’a zarumieniłam się lekko. Czym prędzej udałam się do łazienki. Gdy weszłam pod prysznic, przypadkowo odkręciłam zimną wodę. Z trudem wstrzymałam pisk. Urażona wyszłam z prysznica, wytarłam się i ubrałam. Tego dnia wybrałam błękitną bluzę z napisem ‘’Never Stop Dreaming’’ oraz zwykłe jeansy. Włosy uczesałam w niechlujnego koka, z którego kilka pasem opadło na mą twarz. Oczy podkreśliłam tuszem oraz kreskami. Gdy byłam gotowa wyszłam z toalety. Popatrzyłam na chłopaka bawiącego się z moimi zwierzętami. Chrząknęłam, dzięki czemu zwróciłam na siebie uwagę zielonookiego.
- Wyglądacie naprawdę uroczo, ale musimy iść na śniadanie. - Westchnęłam. Chłopak podniósł się z podłogi, po czym podszedł do mnie. Narzuciłam na nogi czarne vansy. Wyszliśmy z pokoju, który zamknęłam na klucz. Złapałam chłopaka za rękę. Nim zdążył zareagować, pociągnęłam go i zaczęłam biec.
- Gdzie ci się tak spieszy, moja droga? - Zapytał, śmiejąc się.
- Za dziesięć minut są lekcje, a ja nie zamierzam się spóźnić. - Wbiegliśmy na stołówkę, z której większość osób już wychodziła. Zdyszana podeszłam do okienka, w którym kucharki wydawały tacki z posiłkami. Poprosiłam jakąś kanapkę i herbatę. Poczekałam, aż towarzyszący mi blondyn odbierze tacę. Potem usiedliśmy naprzeciw siebie, przy tym samym stoliku co wczoraj. Jedzenie nie zajęło nam dużo czasu. Już po pięciu minutach biegliśmy w stronę klasy, w której miała odbyć się pierwsza lekcja, a mianowicie angielski. Weszliśmy do pomieszczenia równo z dzwonkiem. Zajęliśmy ostatnią ławkę, tą obok okna.
~*~
Lekcje minęły mi niesamowicie szybko. Nim się obejrzałam, zadzwonił dzwonek oznaczający koniec lekcji fizyki z panem Markiem. Cudem przepchnęłam się przez dziki tłum uczniów wychodzących z klasy. Po drodze zgubiłam Shane’a. Zatrzymałam się i rozejrzałam. Niestety, dziki tłum nie pozwolił mi na dalsze poszukiwania. Uznałam, że jeżeli będzie miał jakąś potrzebę, to osobiście do mnie wstąpi. Wchodząc po schodach minęłam wielu uczniów. Weszłam do swojego pokoju i stanęłam na środku. Nie miałam pomysłu co mogę zrobić. Kątem oka spostrzegłam machającego ogonem Flash’a. W pysku trzymał czarną smycz. Z uśmiechem podeszłam do niego i kucnęłam. Pies położył przedmiot na mojej dłoni. Pogłaskałam go po głowie. Przyczepiłam smycz do jego obroży, narzuciłam na siebie czarną kurtkę i czapkę tego samego koloru. Wyszłam z pokoju, po czym udałam się na parter. Po drodze z trudem powstrzymałam Flasha przed oznaczeniem terytorium.. Gdy wyszliśmy, spuściłam psa ze smyczy. Ten od razu pognał w stronę gołych krzaków. Pewnie się domyślacie, co z nimi zrobił. Obawiałam się reakcji właścicieli. Pewnie nieźle się zdziwią, gdy zobaczą latem gołe krzaczki. Zaśmiałam się pod nosem. Włożyłam ręce do kieszeni i powolnym krokiem ruszyłam w stronę psa. Przykucnęłam, dzięki czemu Flash podbiegł do mnie. Jak każdy przedstawiciel jego gatunku, położył się na plecach i domagał pieszczot. Pogłaskałam go po brzuchu. Przypięłam smycz do jego obroży. Udaliśmy się do lasu, na pół godzinny spacer. Gdy wróciłam była równa czternasta. Zaprowadziłam psa do pokoju. Przy okazji przeprowadziłam konwersację z rodzicami. Była ona tak nudna, że nie warto o niej wspominać. Po dwudziestu minutach udałam się na stołówkę. Stanęłam w jakże długiej kolejce i rozejrzałam się dokładnie. Nigdzie nie ujrzałam jasnej, bujnej czupryny Harkera. Gdy przyszła moja kolej, odebrałam tacę z jedzeniem. Usiadłam na, można by rzec, moim krześle. Wkładając do ust jedzenie, ujrzałam wbiegającego na jadalnie Shane’a. Na moją twarz wpełzł delikatny uśmiech. Usiadł naprzeciw i zdyszany spojrzał mi w oczy.
- Yamzes.. Ten sierściuch.. Znowu mi uciekł. -Wyjęczał. Z moich ust wydobył się cichy śmiech.
- Śmieszy cie to?! -Zapytał z wyrzutem.
- Troszeczkę. - Stwierdziłam.
- Jesteś jak moja siostra. - Powiedział obrażony. - Pewnie spiskujecie za moimi plecami! - Wybuchłam mimowolnym śmiechem. Oparłam łokcie o blat stołu, po czym spojrzałam w zielone oczy chłopaka.
- Nie znam twojej siostry, więc nie jest to możliwe. Jeszcze.. - Wyraźnie podkreśliłam ostatnie słowo. Chłopak skrzyżował ręce, odwrócił głowę i wydął wargi. - Oj, przecież żartuję. Nie obrażaj się.. - Spojrzałam na blondyna. Ten ani drgnął. Zrezygnowana odniosłam tackę i udałam się do wyjścia z jadalni. Gdy zaczynałam wchodzić po schodach, coś, a raczej ktoś podniósł mnie do góry.
- Shane! Puść mnie! - Przez śmiech moje słowa brzmiały niewyraźnie. Po jakimś czasie zrozumiałam, że machanie rękoma nic nie pomoże. Opadłam bezsilnie na ramię chłopaka. - Jesteś strasznie uparty, wiesz? - Uśmiechnęłam się szeroko. Ten jedynie uśmiechnął się pod nosem. Tak jak rano, odstawił mnie dopiero pod drzwiami mojego pokoju.
- O piętnastej wybieram się do stajni. Pójdziesz ze mną? - Zapytałam unosząc nieśmiało wzrok.
- Jasne, to.. - Przełknął ślinę. - Do zobaczenia.. - Uśmiechnął się blado i zniknął na schodach.
Shane? ;-;
niedziela, 29 stycznia 2017
Od Allijay CD Shane'a
Po jakimś czasie natrafiliśmy na piękną alejkę. Dwa rzędy wysokich, grubych drzew, których gałęzie uginały się pod ciężarem śniegu, dzieliła szeroka, udeptana ścieżka. Po dłuższym jechaniu stępem postanowiłam przyspieszyć do kłusa. Zacmokałam i przyłożyłam łydki do boków ogiera, na co ten zareagował rozpędzeniem się. Uważnie wsłuchałam się w odgłos skrzypiącego, białego puchu. Nie słyszałam pękającego lodu, co mnie ucieszyło. W pewnym momencie aleja się skończyła. Wyjechaliśmy na ogromną polanę. Teren był idealny. Bez kopców, zamarzniętych kałuży czy dziur. Zadowolona uznałam, że warto by było pogalopować. Gdy popuściłam wodze, Amor bez zastanowienia ruszył bardzo szybkim tempem. Zrobiliśmy kilka kółeczek i wolt. Następnie wjechaliśmy w inną alejkę. Tym razem bardziej zagęszczoną, pełną przewróconych drzew i gałęzi. Droga była pełna miękkiego śniegu. Na szczęście nie trafiliśmy na lód. Byłam z tego zadowolona, ponieważ trochę poskakaliśmy. Co prawda przewrócone drzewa i kłody nie były zbyt wysokie, jednak jak na pierwszy dzień pobytu w akademii to mi zupełnie wystarczyło. Po godzinnej jeździe dojechaliśmy do akademika. Przed wejściem do stajni zatrzymałam Amora, po czym zeskoczyłam z niego. Podciągnęłam strzemiona, następnie wprowadziłam spoconego wierzchowca na korytarz. Ogier z przyjemnością wszedł do boksu pełnego świeżej słomy i siana. Grand od razu dorwał się do żłobu. Podirytowana lekko walnęłam go w pysk. Ogier zdezorientowany uniósł łeb. Rozejrzał się, spojrzał na mnie i wrócił do zaprzestanej czynności. Westchnęłam ciężko. Odpięłam popręg i zdjęłam z niego siodło. Oparłam je o ścianę boksu. Z długiego grzbietu ściągnęłam mokry, granatowy czaprak. Owijki także nie uszły mojej uwadze. W końcu nadszedł czas na ogłowię. Z trudem odciągnęłam ogiera od żłobu, lecz w końcu się udało. Podczas ściągania go przypadkowo przejechałam po zębach wierzchowca. Obrażony odwrócił się tyłem, na co ja zaśmiałam się cicho. Zaniosłam sprzęt do siodlarni. Grand nie był zbyt brudny, dzięki czemu nie musiałam go czyścić. Ciało Amora przykryłam jednak fioletową derką. Nie chciałam, aby zachorował. Poklepałam wciąż obrażonego konia po szyi. Wyszłam z boksu, zamknęłam drzwi i udałam się do wyjścia. Tym razem byłam ostrożniejsza. Nie mogłam sobie pozwolić na upadek, ponieważ nie miałam przy sobie Shane’a.. Właśnie! Shane. Ciekawa jestem, co teraz robi.. W niedługim czasie przeszłam bruk dzielący stajnię i akademik. Gdy przekroczyłam drzwi, poczułam pachnącą woń unoszącą się po całym budynku. Nerwowo spojrzałam na zegarek. Była dziewiętnasta. Wchodząc po schodach starałam się przypomnieć sobie, o której godzinie jest kolacja. Weszłam do pokoju i wręcz rzuciłam się w stronę biurka. Śniadanie, obiad.. Kolacja! Zaczyna się o dziewiętnastej, kończy zaś przed dwudziestą pierwszą. Fakt, nie musiałam się spieszyć, ale nie chciałam siedzieć sama. Przebrałam się w jeansy i włochaty, czerwony sweter. Zdjęłam gumkę podtrzymującą moje włosy w ładzie. Te opadły na moje ramiona. Rozczesałam je dokładnie. Potem wyszłam z pokoju, który zamknęłam na klucz. Pobiegłam po schodach dwa piętra wzwyż. Zdyszana zapukałam do drzwi z numerem 59. Odpowiedziałam mi głucha cisza. Oznaczało to, że chłopak jest już na stołówce. Zawróciłam i równie szybkim tempem udałam się do jadalni. Gdy weszłam, wszyscy siedzieli przy stolikach. Głupio mi było, że jako jedyna się spóźniłam. Rozejrzałam się w poszukiwaniu blondyna. Ujrzałam go siedzącego przy pustym stoliku. Znudzony wpatrywał się w kanapkę leżącą na talerzu. Podeszłam do okienka i poprosiłam zapiekankę z serem oraz dwie szklanki soku pomarańczowego. Oparłam się o blat, wlepiając wzrok w Shane’a. Uśmiechnęłam się mimowolnie. Po dwóch minutach odebrałam tackę. Powoli podeszłam do stolika, przy którym siedział blondyn. Usiadłam naprzeciw, następnie podsunęłam mu pod nos szklankę soku. Gdy ten zaskoczony uniósł głowę, ja posłałam mu ciepły uśmiech.
- Cześć. - Po wypowiedzeniu tych słów z zadowoleniem ugryzłam zapiekankę. Byłam strasznie głodna, przez co pochłaniałam jedzenie z zawrotną prędkością. Widocznie wyglądało to zarówno śmiesznie, jak i źle, ponieważ chłopak wpatrywał się we mnie z krzywym grymasem. W pewnym momencie zadał pytanie, które trochę mnie zaskoczyło.
- Allijay.. Em.. Wpadniesz dzisiaj do mnie? Obejrzymy jakiś film, czy coś.. - Blondyn podrapał się po karku. W jego zielonych oczętach ujrzałam iskierkę nadziei.
- Z przyjemnością. Nie mam żadnych planów na wieczór. - Z uśmiechem odpowiedziałam na jego pytanie. Twarz Shane’a od razu pokrył szeroki, uroczy uśmiech. Po skończonym posiłku udaliśmy się na czwarte piętro. Nie obyło się bez mojego narzekania i śmiechów z powodu przewrócenia się Shane’a. Zachowywaliśmy się jak małe dzieci, jednak ani mi, ani chłopakowi widocznie to nie przeszkadzało. W końcu, po długich udrękach ze schodami, doszliśmy do pokoju blondyna. Tym razem chłopak wszedł pierwszy. Opowiedział mi historię ucieczki jego kota. Z moich ust wydobył się cichy śmiech. Usiedliśmy na czarnej, skórzanej kanapie stojącej naprzeciw wielkiego telewizora. Chłopak podał mi pudło z płytami. W oczy rzuciła mi się ta z napisem ‘’Wielka Szóstka’’. Trzymając ją w dłoni, spojrzałam na chłopaka. Ten się uśmiechnął. Włączył ową animację, po czym usiadł obok mnie. Przed tym zgasił światło. Oglądaliśmy w ciszy. Przy okazji popłakałam się, gdy brat głównego bohatera zginął. Po jakimś czasie zaczęłam zasypiać. Starałam się oprzeć, jednak było to silniejsze ode mnie. Nieświadomie oparłam głowę o ramię chłopaka. Mimo tego, że miałam zamknięte oczy, byłam pewna, że się uśmiecha.
Shane? Wybacz, ale pisałam na szybko ;-;
sobota, 28 stycznia 2017
Od Allijay CD Shane'a
Na moje policzki wpełzł piekący rumieniec. Wpatrzona w błyszczące, zielone oczy chłopaka nie byłam w stanie wypowiedzieć żadnego słowa. W końcu otrząsnęłam się i udzieliłam odpowiedzi.
- Allijay.. Allijay Jewel.. - Powiedziałam wręcz niesłyszalnie. - Chociaż możesz mówić do mnie po prostu Jay.. - Jego szczery uśmiech sprawił, że nie czułam już takiego dyskomfortu. Chłopak po jakimś czasie milczenia delikatnie puścił moją dłoń.
- Piękne imię dla pięknej dziewczyny.. - Stwierdził.
- Nie przesadzaj.. - Zarumieniona odwróciłam na chwilę wzrok. Spowodowane to było tym, że Amor domagał się pieszczot. Pogłaskałam ogiera po pysku. W odpowiedzi zarżał radośnie. Spojrzałam wtedy na Shane’a. Chłopak, wpatrzony w mojego wierzchowca, cofnął się gwałtownie.
- Coś się stało? - Zapytałam lekko zaniepokojona.
- Nie, wszystko w porządku. - Odpowiedział z prawdopodobnie niezniszczalnym uśmiechem. W tym momencie nastąpiła trwająca kilka minut cisza. Mimo tego wciąż patrzyliśmy sobie w oczy. Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że jestem niższa od Shane’a o jakieś dwadzieścia centymetrów. Chłopak musiał się przez to schylać. Po jakimś czasie po moich plecach i ramionach przeszedł dreszcz. Było mi strasznie zimno.
- Shane, wybacz, ale.. Muszę już iść do akademika.. - Powiedziałam z trudem opanowując dygoczącą szczękę.
- Odprowadzę Cię. - Powiedział. Zaśmiałam się delikatnie.
- To miłe z Twojej strony, ale pewnie masz wiele innych zajęć. - Wypowiadając te słowa, wyminęłam chłopaka i ruszyłam w stronę wyjścia. Poczułam lekkie ściśnięcie na ramieniu. Odwróciłam głowę i spojrzałam na blondyna.
- Nalegam. - Powiedział uparcie. Mimo tego, że znałam go zaledwie pół godziny, dobrze wiedziałam, że nie odpuści. Wywróciłam oczami i zgodziłam się. Uradowany chłopak wręcz podskoczył ze szczęścia. Gdy wyszliśmy z budynku, pośliznęłam się na schodach. Byłam przekonana, że zaraz poczuje okropny ból w okolicach pleców, jednak w ostatnim momencie ktoś mnie złapał i podciągnął do góry. Shane wciąż trzymał mnie za dłonie, jakby bał się, że zaraz znów się przewrócę. Wyrwałam się z jego objęć, po czym udałam się do swojego pokoju. Tego dnia kilka rumieńców nawiedziło moją twarz. A to wszystko przez tego chłopaka.. Gdy wreszcie doszliśmy pod drzwi mojego pokoju, spojrzałam na blondyna.
- Zdradzisz mi numer swojego pokoju? - Zapytałam z uśmiechem. Shane powiedział, że mieszka dwa piętra wyżej, w pomieszczeniu ‘’59’’. Podziękowałam za informacje i zniknęłam w swoim królestwie. Kurtkę powiesiłam na wieszaku, sztyblety zajęły zaś miejsce w szafce. Rzuciłam się na łóżko. Princess niestety nie oszczędziła mojej twarzy.
- Princess! Nie! Zostaw! - Zaczęłam bezsensownie machać rękami. Nie zniechęciło to jednak suczki do dalszego obśliniania mojej szyi i twarzy. Gdy udało mi się ją odgonić, pognałam do łazienki. Dokładnie umyłam obojczyk oraz usta. Resztę przetarłam wilgotnym ręcznikiem. Gdy wyszłam z toalety, spojrzałam na sunię. Ta, jakby nigdy nic, gryzła swoją zabawkę. Posłałam jej obrażoną minę. Usiadłam na fotelu, który stał naprzeciw wielkiego okna. Wpatrzona w biały puch znajdujący się na zewnątrz, przypomniałam sobie, że po południu jest obiad. Spojrzałam na zegarek. Była czternasta. Wstałam i podeszłam do biurka, na którym leżały kartki z wszelkimi informacjami. Wyszukałam tej z godzinami posiłków. Miałam dwadzieścia minut. Wyszłam z pomieszczenia, zamknęłam je na klucz i udałam się do pokoju numer 59. Po udręce z wchodzeniem po schodach, wreszcie doszłam. Zapukałam delikatnie. Nie minęło dziesięć sekund, kiedy drzwi zostały otworzone. Blondyn z szerokim uśmiechem opierał się o futrynę.
- Zapraszam. - Gdy weszłam do środka, Shane wskazał na łóżko. Usiadłam na nim, po czym wlepiłam wzrok w siedzącego naprzeciw chłopaka. Jego kot wskoczył na moje kolana. Pogłaskałam zwierzę za uszami, na co zamruczało i zamknęło oczy.
- Za dziesięć minut jest obiad. - Powiedziałam. Zastanawiałam się, czy zadać to pytanie. - Siądziesz ze mną na stołówce? -Dopiero teraz uświadomiłam sobie, jak bardzo źle brzmiała ta wypowiedź. Po dłuższym milczeniu blondyna, zawiedziona wlepiłam wzrok w podłogę.
- To było pytanie retoryczne, czyż nie? - Zaśmiał się. - Oczywiście, że z tobą siądę. - Dodał. Usiadł obok mnie, po czym zerknął na zegarek. - Chodź, bo nam najlepsze miejsca zajmą. - Gdy wyszliśmy, Shane zamknął pokój. Zeszliśmy po schodach, następnie weszliśmy na stołówkę. Kilkoro uczniów siedziało już przy stolikach, reszta, tak jak my, stała w kolejce do odbioru tacy z obiadem. W końcu przyszła nasza kolej. Po odbiorze zajęliśmy miejsce przy wolnym stole. Zdziwiłam się, gdy chłopak podsunął mi krzesło i poczekał, aż pierwsza zacznę jeść. To było urocze. Nie często spotyka się mężczyznę z takimi manierami.. Po skończonym posiłku oboje udaliśmy się do swoich pokoi. Zastanawiałam się, co porabia mój misiek. Postanowiłam, że wybiorę się na przejażdżkę. Związałam włosy w warkocza. Założyłam moje ulubione granatowe bryczesy, grubą, szarą bluzę oraz czarną kurtkę. Ubiór dopełniły sztyblety i sztylpy. Już po piętnastu minutach stałam przed wejściem do stajni. Przy okazji zaszłam do siodlarni. Byłam zmuszona do zrobienia trzech kursów, ponieważ nie dałabym sobie rady z przyniesieniem wszystkiego naraz. Najpierw wzięłam torbę ze szczotkami. Położyłam ją w kącie boksu. Czyszczenie przebiegło szybko i sprawnie. Ogier ochoczo podawał nogi, dzięki czemu jego kopyta wręcz lśniły. Potem przyniosłam czaprak i owijki, idealnie pasujące do moich bryczesów, bo w kolorze granatowym. Gdy zaniosłam torbę z rzeczami do czyszczenia Amora, przerzuciłam przez ramię ogłowie, siodło złapałam zaś rękoma. Grand spokojnie stał przy dopinaniu popręgu, gorzej było z ogłowiem. Ogier strasznie wiercił się przy wkładaniu wędzidła. W końcu jednak udało mi się, z czego byłam bardzo zadowolona. Gotowego wierzchowca wyprowadziłam na zewnątrz. Dzisiaj nie mogłam pozwolić sobie na zbyt wiele, ponieważ było strasznie ślisko. Wyregulowałam strzemiona, później zwinnie wskoczyłam na konia. Wygodnie usadowiłam się w siodle. Delikatnie przyłożyłam łydkę. Ruszyliśmy żwawym stępem w stronę jakiegoś lasu.
Shane?
- Allijay.. Allijay Jewel.. - Powiedziałam wręcz niesłyszalnie. - Chociaż możesz mówić do mnie po prostu Jay.. - Jego szczery uśmiech sprawił, że nie czułam już takiego dyskomfortu. Chłopak po jakimś czasie milczenia delikatnie puścił moją dłoń.
- Piękne imię dla pięknej dziewczyny.. - Stwierdził.
- Nie przesadzaj.. - Zarumieniona odwróciłam na chwilę wzrok. Spowodowane to było tym, że Amor domagał się pieszczot. Pogłaskałam ogiera po pysku. W odpowiedzi zarżał radośnie. Spojrzałam wtedy na Shane’a. Chłopak, wpatrzony w mojego wierzchowca, cofnął się gwałtownie.
- Coś się stało? - Zapytałam lekko zaniepokojona.
- Nie, wszystko w porządku. - Odpowiedział z prawdopodobnie niezniszczalnym uśmiechem. W tym momencie nastąpiła trwająca kilka minut cisza. Mimo tego wciąż patrzyliśmy sobie w oczy. Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że jestem niższa od Shane’a o jakieś dwadzieścia centymetrów. Chłopak musiał się przez to schylać. Po jakimś czasie po moich plecach i ramionach przeszedł dreszcz. Było mi strasznie zimno.
- Shane, wybacz, ale.. Muszę już iść do akademika.. - Powiedziałam z trudem opanowując dygoczącą szczękę.
- Odprowadzę Cię. - Powiedział. Zaśmiałam się delikatnie.
- To miłe z Twojej strony, ale pewnie masz wiele innych zajęć. - Wypowiadając te słowa, wyminęłam chłopaka i ruszyłam w stronę wyjścia. Poczułam lekkie ściśnięcie na ramieniu. Odwróciłam głowę i spojrzałam na blondyna.
- Nalegam. - Powiedział uparcie. Mimo tego, że znałam go zaledwie pół godziny, dobrze wiedziałam, że nie odpuści. Wywróciłam oczami i zgodziłam się. Uradowany chłopak wręcz podskoczył ze szczęścia. Gdy wyszliśmy z budynku, pośliznęłam się na schodach. Byłam przekonana, że zaraz poczuje okropny ból w okolicach pleców, jednak w ostatnim momencie ktoś mnie złapał i podciągnął do góry. Shane wciąż trzymał mnie za dłonie, jakby bał się, że zaraz znów się przewrócę. Wyrwałam się z jego objęć, po czym udałam się do swojego pokoju. Tego dnia kilka rumieńców nawiedziło moją twarz. A to wszystko przez tego chłopaka.. Gdy wreszcie doszliśmy pod drzwi mojego pokoju, spojrzałam na blondyna.
- Zdradzisz mi numer swojego pokoju? - Zapytałam z uśmiechem. Shane powiedział, że mieszka dwa piętra wyżej, w pomieszczeniu ‘’59’’. Podziękowałam za informacje i zniknęłam w swoim królestwie. Kurtkę powiesiłam na wieszaku, sztyblety zajęły zaś miejsce w szafce. Rzuciłam się na łóżko. Princess niestety nie oszczędziła mojej twarzy.
- Princess! Nie! Zostaw! - Zaczęłam bezsensownie machać rękami. Nie zniechęciło to jednak suczki do dalszego obśliniania mojej szyi i twarzy. Gdy udało mi się ją odgonić, pognałam do łazienki. Dokładnie umyłam obojczyk oraz usta. Resztę przetarłam wilgotnym ręcznikiem. Gdy wyszłam z toalety, spojrzałam na sunię. Ta, jakby nigdy nic, gryzła swoją zabawkę. Posłałam jej obrażoną minę. Usiadłam na fotelu, który stał naprzeciw wielkiego okna. Wpatrzona w biały puch znajdujący się na zewnątrz, przypomniałam sobie, że po południu jest obiad. Spojrzałam na zegarek. Była czternasta. Wstałam i podeszłam do biurka, na którym leżały kartki z wszelkimi informacjami. Wyszukałam tej z godzinami posiłków. Miałam dwadzieścia minut. Wyszłam z pomieszczenia, zamknęłam je na klucz i udałam się do pokoju numer 59. Po udręce z wchodzeniem po schodach, wreszcie doszłam. Zapukałam delikatnie. Nie minęło dziesięć sekund, kiedy drzwi zostały otworzone. Blondyn z szerokim uśmiechem opierał się o futrynę.
- Zapraszam. - Gdy weszłam do środka, Shane wskazał na łóżko. Usiadłam na nim, po czym wlepiłam wzrok w siedzącego naprzeciw chłopaka. Jego kot wskoczył na moje kolana. Pogłaskałam zwierzę za uszami, na co zamruczało i zamknęło oczy.
- Za dziesięć minut jest obiad. - Powiedziałam. Zastanawiałam się, czy zadać to pytanie. - Siądziesz ze mną na stołówce? -Dopiero teraz uświadomiłam sobie, jak bardzo źle brzmiała ta wypowiedź. Po dłuższym milczeniu blondyna, zawiedziona wlepiłam wzrok w podłogę.
- To było pytanie retoryczne, czyż nie? - Zaśmiał się. - Oczywiście, że z tobą siądę. - Dodał. Usiadł obok mnie, po czym zerknął na zegarek. - Chodź, bo nam najlepsze miejsca zajmą. - Gdy wyszliśmy, Shane zamknął pokój. Zeszliśmy po schodach, następnie weszliśmy na stołówkę. Kilkoro uczniów siedziało już przy stolikach, reszta, tak jak my, stała w kolejce do odbioru tacy z obiadem. W końcu przyszła nasza kolej. Po odbiorze zajęliśmy miejsce przy wolnym stole. Zdziwiłam się, gdy chłopak podsunął mi krzesło i poczekał, aż pierwsza zacznę jeść. To było urocze. Nie często spotyka się mężczyznę z takimi manierami.. Po skończonym posiłku oboje udaliśmy się do swoich pokoi. Zastanawiałam się, co porabia mój misiek. Postanowiłam, że wybiorę się na przejażdżkę. Związałam włosy w warkocza. Założyłam moje ulubione granatowe bryczesy, grubą, szarą bluzę oraz czarną kurtkę. Ubiór dopełniły sztyblety i sztylpy. Już po piętnastu minutach stałam przed wejściem do stajni. Przy okazji zaszłam do siodlarni. Byłam zmuszona do zrobienia trzech kursów, ponieważ nie dałabym sobie rady z przyniesieniem wszystkiego naraz. Najpierw wzięłam torbę ze szczotkami. Położyłam ją w kącie boksu. Czyszczenie przebiegło szybko i sprawnie. Ogier ochoczo podawał nogi, dzięki czemu jego kopyta wręcz lśniły. Potem przyniosłam czaprak i owijki, idealnie pasujące do moich bryczesów, bo w kolorze granatowym. Gdy zaniosłam torbę z rzeczami do czyszczenia Amora, przerzuciłam przez ramię ogłowie, siodło złapałam zaś rękoma. Grand spokojnie stał przy dopinaniu popręgu, gorzej było z ogłowiem. Ogier strasznie wiercił się przy wkładaniu wędzidła. W końcu jednak udało mi się, z czego byłam bardzo zadowolona. Gotowego wierzchowca wyprowadziłam na zewnątrz. Dzisiaj nie mogłam pozwolić sobie na zbyt wiele, ponieważ było strasznie ślisko. Wyregulowałam strzemiona, później zwinnie wskoczyłam na konia. Wygodnie usadowiłam się w siodle. Delikatnie przyłożyłam łydkę. Ruszyliśmy żwawym stępem w stronę jakiegoś lasu.
Shane?
piątek, 27 stycznia 2017
Od Allijay
Z błogiego snu wyrwał mnie głośny, niewyraźny krzyk. Starałam się przeanalizować całą wypowiedź, jednak zrozumiałam jedynie kilka słów.
- … Allijay, wstawaj! Jest już strasznie późno... - to był głos mojego ojca. Na początku nie wiedziałam o co mu chodzi, jednak gdy otworzyłam oczy i ujrzałam dwie spore walizki, od razu przypomniałam sobie o dzisiejszym wyjeździe. Zerwałam się z łóżka. Moja kochana kotka bacznie obserwowała każdy mój krok. Psy jeszcze spały, co bardzo mnie ucieszyło, ponieważ nie chciałam, żeby biegały mi pod nogami. Nie wiedziałam co mam zrobić najpierw. Podbiegłam do szafki, która była pusta. No, prawie pusta. W głębi leżały ubrania, w których zamierzałam dzisiaj pojechać. Otworzyłam drzwi, po czym udałam się do łazienki. Wzięłam szybki prysznic, dokładnie umyłam zęby oraz twarz. Rozczesałam włosy, które opadły bezwładnie na moje ramiona i plecy. Wreszcie przyszedł czas na moją ulubioną poranną czynność - ubieranie się. Założyłam czarne spodnie i kremowy sweter. Strój podkreśliły złote kolczyki, zegarek oraz pierścionek. Pomalowałam rzęsy tuszem, usta ozdobiłam zaś jasną szminką. Gdy byłam gotowa, zeszłam po schodach na dół. W całym domu unosił się zapach jajecznicy, świeżego chleba oraz kawy. Weszłam do kuchni, w której zastałam moją matkę. Krzątała się między szafkami i urządzeniami elektronicznymi. Nie zdziwiłam się zbytnio, ponieważ był to widok, który zastawałam codziennie.
- Dzień dobry! - Gdy kobieta się odwróciła, posłałam jej ciepły uśmiech. Odwzajemniła serdeczny gest, po czym wskazała na pomieszczenie obok.
- Idź. Zaraz przyniosę jedzenie.- Kiwnęłam głową. Powolnym krokiem udałam się do jadalni. Przy stole siedział mój ojciec. Widocznie mnie usłyszał, ponieważ wychylił się zza gazety.
- Cześć, córeczko. Wyspałaś się? - Zapytał z nieco złośliwym uśmieszkiem. Pokiwałam twierdząco głową, następnie usiadłam na krześle obok. Zaraz po tym mama przyniosła koszyczek z pokrojonym chlebem, wielką miskę pełną jajecznicy oraz kubek z kawą. Gdy postawiła owe rzeczy na stole, udała się do kuchni. Wróciła ze sztućcami, talerzami i słoikiem dżemu truskawkowego. W końcu usiadła razem z nami. Zaczęliśmy jeść. Chwyciłam trzy kromki chleba. Posmarowałam je dżemem, po czym zjadłam ze smakiem. W końcu przerwałam panujące między nami milczenie.
- O której wyjeżdżamy? - Na te słowa mój ojciec zaprzestał picia kawy. Spojrzał na mnie, potem na mamę.
- Za pół godziny. - Rzekł spokojnie. Gdy przełknęłam ostatni kawałek, wstałam, wzięłam talerzyk i udałam się do kuchni. Wstawiłam naczynie do zmywarki. Potem pobiegłam po schodach na górę, do mojego pokoju.
Zaglądałam do każdej szafki w poszukiwaniu czegoś, czego mogłabym zapomnieć. Jednak wszystko było puste. Odłączyłam telefon od ładowarki, którą schowałam do torby. Spojrzałam na zegarek. Miałam jeszcze dziesięć minut. Zajrzałam do transporterów, w których znajdowała się Kasai i Princess. Uśmiech wpełzł na moją twarz, gdy ujrzałam śpiące zwierzaki. Założyłam brązowe, zamszowe, sznurowane botki. Szyję obwiązałam kominem tego samego koloru. Na ramiona zarzuciłam czarną kurtkę. Zawołałam tatę, który zaniósł walizki do samochodu. Ja natomiast wzięłam swoją torbę i transportery. Wyszłam z pokoju, zeszłam po chodach i udałam się przed dom. Moi rodzice już siedzieli w aucie. Wpakowałam zwierzaki do pojazdu, następnie spojrzałam na dom. Muszę przyznać, że bałam się. Bałam się, że nie zostanę zaakceptowana, że będę sama. Jednak świat należy do odważnych, nie? Mniejsza. Po trzydziestu minutach dojechaliśmy do stajni. Przyczepa dla Amora już czekała. Powiedziałam rodzicom, aby poczekali. Wyszłam z samochodu. Przeszłam kawałek, pchnęłam drzwi i weszłam do środka. Kilka łbów obdarzyło mnie spojrzeniem. Przy ostatnim boksie stał mój wujek. Podeszłam do niego. Mężczyzna głaskał właśnie pysk mojego karosza. Z uśmiechem szturchnęłam go w ramię.
- Cześć, wujku. Grand gotowy? - Ogier skubnął moje włosy.
- Witaj. Tak, gotowy jak zawsze. - Zaśmiał się. - Ekwipunek Amora jest już w przyczepie. Pomóc Ci go wprowadzić?
- Nie.. Poradzę sobie. - Odpowiedziałam. Chwyciłam za granatowy uwiąz, który kolorystycznie idealnie pasował do kantara. Wyprowadziłam wierzchowca z boksu. Tak jak sądziłam, Amor nie sprawiał większych problemów z wchodzeniem do przyczepy. Pożegnałam się z wujkiem, którego na pewno będzie mi brakowało. Dziesięć minut po tym byliśmy już w drodze.
~*~
Minęło pięć godzin. Tym razem ze snu zbudziło mnie nagłe szarpnięcie.. Otworzyłam powieki. Dotarliśmy na miejsce. Przetarłam szybę. Ujrzałam dwa ogromne budynki oraz kilka trochę mniejszych. Całość wyglądała wspaniale. Moi rodzice wysiedli z pojazdu. Kątem oka zauważyłam, że rozmawiają z jakimś mężczyzną. Delikatnie zsunęłam ze swoich kolan głowę mojego psiaka. Flash zaniepokojony otworzył jedno oko. Pogłaskałam go po karku, dzięki czemu odprężył się. Wyszłam z samochodu. Podeszłam do rozmawiających.
- O! Ty pewnie jesteś Allijay. Miło mi Cię poznać. Jestem Sam Stewart, właściciel akademii. - Mężczyzna podał mi dłoń, którą z przyjemnością uścisnęłam.
- Przyjemność po mojej stronie. - Uśmiechnęłam się delikatnie.
- Allijay, mogłabyś przyprowadzić swojego konia? - zapytał. Pokiwałam twierdząco głową. Udałam się do przyczepy. Powoli otworzyłam wrota. Ogier spojrzał w moją stronę. Pogłaskałam go po łbie, na co on parsknął przyjaźnie. Odwiązałam uwiąz, po czym powoli pchnęłam ogiera. Ten posłusznie zaczął się cofać. Gdy oboje byliśmy na zewnątrz, podprowadziłam Amora do właściciela akademii. Pan Stewart przyglądał się wierzchowcowi przez dłuższą chwilę, jednak w końcu zaprzestał.
- Masz pięknego konia, panienko. Nie mogę się doczekać, gdy zobaczę go na parkurze. - Mężczyzna szeroko się uśmiechnął. Odwzajemniłam gest. W końcu zostałam zaprowadzona do stajni. Kilka łbów z zaciekawieniem wpatrywało się we mnie i Granda. Przechodzący obok uczniowie także okazywali zainteresowanie nowym koniem. W końcu doszłam do boksu, na którego drzwiach wisiała tabliczka z imieniem Amora. Wprowadziłam go do środka. Odpięłam granatową uwiąz od kantara ogiera. Ten był bardzo podekscytowany, wiercił się, przez co prawie nie oberwałam w głowę. Postanowiłam, że zostawię go, aby oswoił się z otoczeniem. Wróciłam do swoich rodziców. Pan Sam powiedział mi, gdzie mam się udać po klucze do pokoju. Pożegnał moich rodziców, po czym zniknął w stajni.
- Tato, pomożesz mi z bagażem? - Zwróciłam się do ojca. Ten z uśmiechem przytaknął. Udaliśmy się do stojącego nieopodal auta. Wyjęłam z niego walizki, które wziął mój tata. Mama uparła się, że też chce pomóc, przez co wyrwała mi z rąk transportery. Została mi jedynie torba. Przerzuciłam ją przez ramię, była trochę ciężka, ale cóż. Zagwizdałam, dzięki czemu Flash wyszedł z samochodu. Zamknęłam auto. Kilka minut zajęło nam, a raczej tacie, taszczenie bagaży. W końcu doszliśmy do sekretariatu. Otrzymałam tam klucze. Uważnie przyglądałam się numerom pokoi. Na drugim piętrze znajdowało się moje nowe królestwo. Pokój ‘’24’’. Pomieszczenie było idealne. Zarówno pod względem wielkości, jak i wyglądu. Zmachany ojciec postawił moje walizki pod ścianą. Odetchnął z ulgą, na co ja i mama zaśmiałyśmy się cicho.
- Córciu, dzwoń często. - Wiedziałam, że jeżeli nie będę tak robiła, to osobiście będą tu przyjeżdżali.
- Tak, tak. Obiecuję. - Pocałowałam rodziców w policzki. Minęło raptem piętnaście minut, a ich już nie było..
~*~
Przez godzinę zdążyłam się rozpakować. Na biurku znalazłam karteczki z planem lekcji i godzinami, w których odbywają się treningi. Przyjechałam tu w niedzielę. Był to dzień wolny od zajęć, treningów. Nie wiedziałam co robić. Nudziło mi się niesamowicie. Nikogo tu nie znałam, co bardzo mi ciążyło, ponieważ potrzebowałam osoby, z którą mogłabym zamienić chodź jedno słowo. Postanowiłam, że pójdę do mojego miśka. Przebrałam się w granatowe bryczesy, a zamiast botek założyłam sztyblety. Ubrałam się w czarną kurtkę, po czym wyszłam z pokoju. Najpierw jednak zamknęłam go na klucz. Zbiegłam ze schodów, przy okazji minęłam kilka nieznajomych osób. Podróż do stajni nie zajęła mi zbyt długo. Weszłam do budynku, w którym było o wiele cieplej niż na dworze. Żwawym krokiem ruszyłam w stronę boksu Amora. Gdy zauważyłam jaki jest brudny, udałam się do siodlarni po szczotki. Czyszczenie sierści nie zajęło mi zbyt wiele czasu. W końcu nadszedł czas na kopyta. Chwyciłam kopystkę, jednak w tym samym czasie usłyszałam rytmiczne stukanie kopyt. Uniosłam głowę do góry. Ujrzałam wysokiego blondyna prowadzącego pięknego wierzchowca. Zapatrzona w zielone oczy chłopaka opuściłam nagle głowę. Spowodowane to było tym, że mój wierzchowiec skubnął mnie w plecy. Poczułam nieprzyjemny dreszcz, który przebiegł przez całe moje ciało. Wiedziałam, że ogier jest bardzo niecierpliwy. Wróciłam do czyszczenia kopyt Granda. O dziwo blondyn wprowadził swojego konia do boksu obok. Gdy skończyłam, sprzątnęłam szczotki. Zaniosłam je do siodlarni. W drodze powrotnej wpadłam na owego chłopaka, który w ręce trzymał czaprak oraz owijki.
Shane?
wtorek, 24 stycznia 2017
Allijay Jewel i Grand Amour

Motto: "Nawet jeśli niebo zmęczyło się błękitem, nigdy nie trać światła nadziei."
Imię: Została obdarzona imieniem Allijay, które znajomi skracają do Jay.
Nazwisko: Jewel
Płeć: Allijay to stuprocentowa kobieta.
Wiek: Urodziła się 16.07.1998 roku, dzięki czemu łatwo można się domyślić, że stąpa po tym świecie już 18 lat.
Pochodzenie: Wielka Brytania, a tak dokładniej Guildford.
Pojazd: W przyszłości zamierza kupić motocykl.
Pokój: 24
Grupa: III
Poziom: Średnio zaawansowany
Koń: Grand Amour
Głos: Jamie-Lee Kriewitz
Partner: -
Rodzina:
Phill Jewel - Ojciec pracujący jako chirurg.
Jane Jewel - Matka obejmująca stanowisko adwokata.
Alan Jewel - Młodszy Brat.
Silence Jewel - Starsza siostra będąca na studiach.
Vrego Jewel -Wujek, który jest właścicielem małej stadniny znajdującej się na obrzeżach rodzinnego miasta Jay.
Aparycja: Ciemne, falowane włosy wiecznie opadają bezwładnie na ramiona i plecy dziewczyny. Są one miękkie i miłe w dotyku. Jay zazwyczaj nie związuje ich, chodź zdarza się, że robi sobie luźnego koka lub kucyka. Owalną twarz o delikatnych rysach odziedziczonych po matce zdobi mały, lekko zadarty nosek oraz jasne, pełne usta. Główną cechą Allijay są bystre, szare oczy, które okalają naturalnie gęste, ciemne rzęsy. Warto też wspomnieć o wąskich brwiach, które idealnie komponują się z resztą. Dziewczyna ta nie należy do grzeszących wzrostem. Mierzy 167 centymetrów. Nastolatka sprawia wrażenie drobnej i słabej, jednak podczas wysiłku fizycznego można zauważyć u niej delikatny zarys mięśni na brzuchu i ramionach. Długie ręce zakończone są dłońmi, które zdobią zadbane, czasem pomalowane paznokcie. Jay jest dumną właścicielką zgrabnej, szczupłej sylwetki w kształcie klepsydry. Wąskie ramiona i krągłe biodra dzieli wcięcie w tali. Nie posiada zbyt pokaźnych kształtów, jednak jej to nie przeszkadza. Przejdźmy może do makijażu. Dziewczyna ta nie należy do tych, które nie przeżyłyby bez kosmetyków jednego dnia. Maluje jedynie rzęsy oraz usta. Zdarza się jej także dołożyć cienie do powiek lub kreski, ale to naprawdę rzadko. Nie używa fluidu ani pudru. Zawdzięcza to delikatnej, nieskazitelnej cerze, której nigdy nie zaatakował trądzik. Jeśli chodzi o ubiór, to jest on zróżnicowany. Dziewczyna ta szczególnie gustuje w sweterkach i bluzach. Dolną część garderoby stanowią zazwyczaj jeansy, chodź to nie znaczy, że nie spotkasz jej w bryczesach lub legginsach. W porównaniu do innych dziewcząt, Jay bez problemu zakłada sukienki. Preferuje każdego rodzaju obuwie, jednak głównie są to botki i sztyblety. Allijay bardzo lubi nosić skórzane kurtki i włochate swetry. Zaglądając do jej szafy można zauważyć, że znaczna część jej ubrań jest w kolorze białym, szarym i czarnym. Nie oznacza to jednak, że nastolatka nie nosi kolorowych rzeczy. Oprócz tego Allijay często zakłada słuchawki oraz srebrną biżuterię, ponieważ uważa, że dodaje jej ona uroku.
Charakter: Jest to dziewczyna, która dobre strony znajduje nawet w najgorszych sytuacjach. Jej pozytywne nastawienie do życia bardzo często wpływa na innych. Nie umie wytrzymać jednego dnia bez promiennego, ciepłego uśmiechu, którym obdarza każdą napotkaną twarz. W porównaniu do innych dziewcząt, Allijay nie obraża się o byle co. Nieprzyjemne uwagi na jej temat traktuje jako żarty, z których się śmieje. Właśnie. Dziewczyna ta ma ogromne zasoby śmiechu. Jest bardzo roztrzepana, wszędzie jej pełno. Jej zachowanie można porównać do dziecięcego. Mimo tego, gdy zachodzi taka potrzeba, potrafi zachować powagę. Jest to osoba, która najpierw myśli, a dopiero potem robi. Dokładnie analizuje swoje decyzje. A to wszystko przez to, że w młodości popełniała wiele błędów, które zazwyczaj kończyły się dla niej źle. Jay jest niesamowicie uparta. Gdy coś postanowi tak ma być i kropka. Dyskusje z nią są bezsensowne, ponieważ i tak robi wszystko po swojemu. Nastolatka ta nie należy do grupy osób, które odkładają obowiązki na ‘’później’’. Uważa to za głupotę, ponieważ większość ludzi zapomina o tym co miała zrobić. Tak więc wypełnia swoje zadania szybko, jak i dokładnie. Wspomnę także, że Allijay jest bardzo odważna. Są tylko dwa lęki, których nie może się pozbyć - pająki i ciemność. Wiele razy próbowała się z tym oswoić, jednak terapie nie skutkowały i kończyły się piskiem dziewczyny. Jay ma wielką wyobraźnie. To właśnie ona płata jej figle w nocy. Jest też jednak przydatna. Brunetka podczas jazdy w teren bardzo często udaje, że jest w magicznej krainie. Może wydawać się to dziwne, no bo przecież ma osiemnaście lat. Mimo tego uważa, że jest to całkiem normalne. Przejdę teraz do tematu przywiązania i miłości. Allijay jest gotowa wskoczyć w ogień, tylko po to, aby jej rodzinie nic się nie stało. Jest bardzo szczęśliwa, jednak w jej sercu brakuje małego elementu, którego raczej nigdy nie zapełni. Otóż Jay nigdy nie posiadała partnera. Uczucie wzajemnej miłości jest dla niej obce. Na koniec dodam, że jest to osoba, która bardzo szybko nawiązuje nowe znajomości. Nie ma większego problemu z dogadywaniem się z innymi.
Zainteresowania: Allijay jest wielką miłośniczką wszelkich sportów. Gdy była w gimnazjum, mianowano ją na kapitankę szkolnej drużyny piłkarek ręcznych. Jej grupa zaszła bardzo daleko. Osiągała przy tym wiele sukcesów. Gimnastyka też jest wielkim zamiłowaniem nastolatki. Dzięki temu, że regularnie ćwiczyła, stała się bardzo rozciągnięta. Bez większego wysiłku potrafi zrobić takie pozy jak szpagat czy sznurek. Wspomnę także, że Jay interesuje się sztuką. Preferuje głównie szkicowanie i cieniowanie, jednak to nie oznacza, że nie radzi sobie z malowaniem farbami i pastelami. Dziewczyna ta kocha zwierzęta. Właśnie przez to ma trójkę własnych małych rozrabiaków. Jest bardzo doświadczona, dzięki czemu świetnie radzi sobie z każdym stworzeniem. W wieku dwunastu lat uczęszczała na lekcje gry na gitarze. Gdyby ktoś dał jej gitarę, na pewno zagrałaby jakiś utwór. Do jej zainteresowań można zaliczyć także śpiewanie i taniec. Należy do nielicznej grupy ludzi, którzy śpiewają pod prysznicem. Mimo tego nigdy nie śpiewa w towarzystwie. Dwa lata temu uczęszczała na lekcje tańca. Jej ruchy są delikatne i pełne wdzięku. Często tworzy własne choreografie.
Inne:
• Nigdy nie miała w ustach papierosa ani alkoholu.
• Kocha słodycze, jednak szczególną sympatią darzy czekoladę i żelki.
• Śmiertelnie boi się pająków i ciemności.
• Uwielbia zapach jaśminu, bzu i róż.
• Potrafi grać na gitarze.
• Jest wielką wielbicielką książek i filmów fantastycznych oraz przygodowych.
• Mimo swojego wieku nadal ogląda bajki Disneya.
Kontakt: ZaRa
Inne pupile:
Kasai
Princess
Flash

Imię: Jego pełne imię brzmi Grand Amour. Jego właścicielka nazywa go jednak Amor, rzadziej Grand.
Płeć: Ogier
Rasa: KWPN
Data urodzenia: Grand urodził się 19.10.2011 roku, dzięki czemu łatwo można stwierdzić, że przeżył już 5 lat.
Charakter: Grand Amour jest bardzo ułożonym koniem. Jest to ogier o przyjaznej i miłej naturze. Przy czyszczeniu stoi spokojnie, chodź zdarza się, że wyciąga łeb w stronę właścicielki tylko po to, aby skubnąć ją w ramię. Bez problemu podaje nogi do czyszczenia. W porównaniu do innych koni, Grand nie przepada zbytnio za tarzaniem się w błocie. Należy do grupy czyścioszków, które kochają się myć. Wielbi pieszczoty i nagrody w postaci smakołyków. Jest taką wielką przylepą, którą ciągnie nawet do obcych. Bardzo często zdarza się, że ogier wkłada pysk do kaptura bądź kieszeni w poszukiwaniu smakołyków. Lubi być przytulanym i głaskanym. Uwielbia, gdy się go drapie za uszami. Na padoku trzyma się na uboczu, ponieważ boi się, że jakiś inny ogier go zaatakuje. Mimo tego bardzo często można go spotkać biegającego radośnie po pastwisku. Amor jest skory do współpracy z jeźdźcem. Bardzo czuły na wędzidło, dzięki czemu Allijay nie ma większych problemów z panowaniem nad nim. Ogier jest bardzo przywiązany do właścicielki. Źle znosi rozstania. Po dłuższym czasie samotności zaczyna wariować. Czasami, gdy Allijay planuje dłuższy wyjazd bez Amora, zostawia u niego swojego psa. Zwierzęta dziewczyny są ze sobą zaprzyjaźnione, więc takie spotkanie jest dla nich przyjemnością.
Specjalizacja: Skoki | Ujeżdżenie
Umiejętności: Grand Amour zdecydowanie przoduje w skokach. Zawdzięcza to wspaniałym genom przodków, którzy odnosili wiele sukcesów w tejże dziedzinie. W owej specjalizacji pomagają mu również długie, mocne nogi oraz umięśnione ciało. Ogier zawsze dobiera odpowiednie tempo, dzięki czemu podczas skoku nie zawadza tylnymi nogami. Ochoczo naciera na przeszkodę, którą pokonuje bez większego wysiłku. Skacząc wybija się tak delikatnie, że jeździec ledwo to odczuwa. Warto też wspomnieć, że pokonuje przeszkody mające ponad metr osiemdziesiąt. Podczas ujeżdżenia prezentuje grację i płynność ruchu. Stara się wykonywać perfekcyjnie każdą figurę. Podczas kłusowania porusza się rytmicznie i delikatnie, dzięki czemu nie wybija zbyt mocno z siodła. Amor nieźle radzi sobie także w crossie. Jest szybki i zwrotny, ma bardzo dobry refleks. Problemem jest jednak to, że z niewiadomych przyczyn Grand dostaje popędu, gdy jakiś koń go wyprzedza. Wtedy bardzo trudno opanować ogiera. Nie jest to jednak niemożliwe – wystarczy, że jeździec ma silną i stanowczą rękę. Podczas jazdy w teren należy wystrzegać się dzikich zwierząt. Gdy takowe wyskoczy na drogę wiedz, że Amor stanie dęba. A wtedy upadek gwarantowany. Słabą stroną ogiera jest na pewno western. Siodło do tej specjalizacji jest dla Amora za ciężkie. Gdy się mu je zakłada ucieka. Następnie, jakby nigdy nic, zrzuca je sobie z grzbietu, po czym zadowolony ze swojego czynu podchodzi do swojej właścicielki.
Właściciel: Allijay Jewel
Subskrybuj:
Posty (Atom)




