Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Samuel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Samuel. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 maja 2017

Od Samuela cd Vicky

Kiedy Vicky odeszła w objęcia Morfeusza, zasypiając spokojnym snem, rozejrzałem się po jej pokoju. Był przytulnie urządzony, w podobnej konfiguracji mebli jak mój i chyba całej reszty uczniów Morgan. Wciąż zastawiało mnie to, czemu William zdecydował się poprosić akurat mnie abym z nią został. Po reakcji Victorii domyśliłem się, że nie było to do końca w jego stylu. No ale, nie miałem już za bardzo siły by drążyć dalej temat i wymyślać coraz to nowsze scenariusze i powody dlaczego to ja stałem się tym szczęściarzem. Zerknąłem na jedną z półek zapełnionego regału i przejrzałem tytuły książek. "Gniazdo orłów", "Czemu ty?"... Vicky w swej biblioteczce miała chyba wszystkie gatunki literackie świata. Po chwili przeglądania jeden z tytułów przykuł moją uwagę. Sięgnąłem po książkę i przyjrzałem się jej okładce. Zaciekawiła mnie jeszcze bardziej, bo domyśliłem się, że to tematyka sci-fi, czyli krótko rzecz ujmując - moje klimaty. Otworzyłem książkę na pierwszej stronie i zacząłem czytać.
Nie wiem ile dokładnie minęło czasu, ale po przeczytaniu trzydziestu czterech stron moją uwagę odwrócił cichy jęk. Jego źródłem najprawdopodobniej była śpiąca Vicky. Zagiąwszy róg zaznaczyłem sobie gdzie skończyłem czytać i przeniosłem się po cichu wraz z krzesłem bliżej łóżka dziewczyny. W razie czego chciałem być w pogotowiu. Na przykład gdyby znów miała ten atak paniki. Gdyby nie byłoby wtedy Willa na linii kompletnie nie wiedziałbym co robić. Jęk jednak okazał się być fałszywym alarmem i Vicky na powrót spała kamiennym jak mi się zdawało snem. Powróciłem do czytania książki, ale po przeczytaniu kilku linijek literki zaczęły sobie ze mnie robić żarty i biegały sobie po całej kartce. Oczy same mi się zamykały i w końcu dałem za wygraną.

Kiedy się obudziłem byłem przykryty miękkim kocykiem, za oknem świtało, a w miejscu gdzie spała Victoria zastałem rozkopaną pościel. Przetarłem zmęczone nocnym czytaniem oczy i wyciągnąłem telefon by sprawdzić która godzina. Wyświetlacz wskazywał 7:43. Całe szczęście, że dziś była niedziela, bo gdybym zaspał tak w tygodniu na bank dostało by mi się od trenerów i najpewniej Maxa też. Od strony łazienki dobiegał cichy szum. Domyślałem się, że Vicky najprawdopodobniej bierze prysznic. Wstałem obolały jak pokrzywiony staruszek. Zdecydowanie nie polecam spania całej nocy w takiej pozycji. Z jękiem przeciągnąłem się, odstawiłem pięknie krzesełko na swoje pierwotne miejsce i poskładałem kocyk. Już miałem wychodzić z pokoju dziewczyny, ale pomyślałem, że tak dziwnie bez jakichkolwiek słów pożegnania czy czegoś takiego, sobie zniknąć. Na biurku dostrzegłem kolorowe karteczki samoprzylepne i wpadłem na pewien pomysł. Oderwałem pierwszą z góry i nabazgrałem na niej coś w stylu:
Jakby co, szukaj mnie w pokoju nr 51. c:
Przykleiłem ją następnie na drzwi i cichutko wypełzłem na korytarz. Pognałem do swojego pokoju żeby jeszcze choć na chwilę przytnąć sobie komara zanim wparuje Max i będzie mnie wyciągał na jakieś przejażdżki. Hope na pewno byłaby szczęśliwa, aczkolwiek nie miałem teraz na to siły. Perspektywa zawinięcia się w cieplutką pościel była zbyt kusząca.
W pokoju padłem na swoje łóżko i niemal od razu zasnąłem.

- Sammy? - obudził mnie stłumiony głos Maxa, który dobijał się do moich drzwi. - Jesteś tam w ogóle?
- Mhhmmm... - mruknąłem, naciągając kołdrę po same uszy. Było mi tak milutko, a ten musiał jak zwykle mnie denerwować.
- Dobra, wchodzę.
Zawiasy wydały z siebie cichutki jęk, co było znakiem, że braciszek wszedł sobie do środka. Otworzyłem jedno oko i zerknąłem na szatyna. Stał z zasłoniętymi jedną ręką oczami.
- Mam nadzieję, że nie biegasz sobie nagi. - nie miałem siły odpowiadać, więc tylko westchnąłem. Max odsłonił patrzałki, a jego wzrok padł wpierw na buty walające się w nieładzie przy łóżku, a potem na mnie. - A tobie co? Gdzieś ty się szlajał wczoraj? Kaca masz?
Lawina pytań spadła na mnie i na dobre obudziła. Szkoda tylko, że w gratisie dostałem też zirytowanie, którego pełne było moje spojrzenie.
- Nie. Nie mam kaca. Nigdzie się nie szlajałem. Wróciłem grzecznie o 22 do Morgan. Mogę iść dalej spać? - wyrecytowałem znudzonym tonem.
- Spać? Stary, nie widziałem cię na śniadaniu, więc teraz po ciebie wstąpiłem. - po chwili ciszy dodał - Jest 14.00.
Rozszerzyłem oczy ze zdziwienia. Tyle przespać?
- Zbieraj się. Zaa... - Max spojrzał na swój zegarek - ...dokładnie 6 minut zaczyna się obiadek. Mam poczekać aż się ogarniesz?
Z głębokim westchnieniem zsunąłem się z łóżka i poczłapałęm do łazienki.
- Rób co chcesz - wymamrotałem po drodze.

Maximilian uparł się jednak żeby poczekać. Po kilku minutach ogarnąłem się na tyle żeby nie straszyć przechodniów i razem zeszliśmy na stołówkę. Nabrałem sobie porcję na talerz i rozejrzałem się w poszukiwaniu stolika, gdzie siedziała Victoria. Jest. Przysiadłem się.

Vicky? Sorki, że tak długo musiałaś czekać xd Proszę, nie bij patelnią!

sobota, 25 marca 2017

Od Samuela CD Vicky

Po treningu z Vicky udałem się do miasta. Max prosił mnie o załatwienie kilku jego spraw, bo, jak zaczął mi się tłumaczyć, nie miał czasu i musiał trenować z Newtem do zawodów. Zgodziłem się, a przy okazji sam chciałem coś pooglądać na mieście.
Włożyłem kluczyki do stacyjki Hondy Maxa i przekręciłem je. Silnik warknął cicho i wrzucając wsteczny bieg wycofałem z miejsca parkingowego. Droga do miasteczka minęła mi bardzo szybko i już po dwudziestu minutach załatwiałem sprawy Maxa. Na liście zadań, które miałem zrobić w jego imieniu znalazła się również pozycja: Kup żelki. 10 paczek. Cały Max, nic tylko by żarł żelki. No ale obietnica obietnicą. Przy kasie ekspedientka patrzyła to na 10 opakowań kolorowych misiów to na mnie. Zapłaciłem za zakupy i czym prędzej stamtąd wyszedłem, nie chcąc być już dłużej obrzucanym dziwnym spojrzeniem sprzedawczyni. Wrzuciłem reklamówki do bagażnika i zatrzasnąłem klapę. Poczułem jak kilka kropel zimnego deszczu spada mi na twarz. Spojrzałem w górę i zobaczyłem nad sobą ciężkie burzowe niebo. Ponownie usiadłem za kółkiem samochodu i w momencie zamknięcia się drzwi deszcz runął na ziemię, jakby czekał na ten moment całą wieczność. Odpaliłem pojazd i włączyłem wycieraczki. Widoczność nie była najlepsza, a z nieba nadal uderzały wielkie krople deszczu, które bębniły charakterystycznie o maskę i szyby samochodu.
Kiedy byłem już jakieś nie całe półtora kilometra od bramy Morgan dostrzegłem czyjąś postać. Zdążyło się już zrobić trochę ciemniej, a burzowe chmury przysłoniły ostatnie promienie słońca. Nie zdołałem rozpoznać kto stoi na drodze, ale po długich włosach zorientowałem się, że to dziewczyna. Otworzyłem drzwi i wychyliłem się na zewnątrz. Zmrużyłem oczy by cokolwiek zobaczyć przez zacinający deszcz.
- Nie zimno ci? - zdołałem w końcu coś z siebie wydusić.
- Ani trochę... - odpowiedział mi znajomy głos.
- Vicky? - zapytałem dla pewności, a skinięcie głowy dziewczyny potwierdziło moje podejrzenie.
Zatrzasnąłem drzwi od strony kierowcy i szybkim krokiem podszedłem do dziewczyny. Skulona sylwetka i posiniałe usta świadczyły o tym, że musi jej być strasznie zimno. Zdjąłem szybko swoją kurtkę i narzuciłem ją Victorii na ramiona, która nie protestując pozwoliła mi się następnie zaprowadzić do samochodu. Wsiedliśmy do Hondy i spojrzałem na przemoczoną do suchej nitki dziewczynę. Widziałem jak trzęsie się z zimna i włączyłem ogrzewanie. Nie uszło również mojej uwadze jej przygnębienie.
- Co się stało? - zapytałem, patrząc jej prosto w oczy - Jak długo tak siedziałaś?

Vicky? Takie nijakie i krótkie... xdd

piątek, 3 marca 2017

Od Samuela CD Vicky


- Myślę, że lepiej będzie, jak ja to zrobię. – zanim dziewczyna zdążyła wypowiedzieć jedno słowo, odpowiedział za nią jakiś chłopak.
Kiedy on się tutaj w ogóle zjawił? Zaskoczony jego pojawieniem się i zimnym tonem jakim się odezwał cofnąłem się w tył. Rudowłosa chwyciła się ramienia z tego co kojarzyłem Will’a i z jego pomocą podniosła się z powrotem na nogi. Poczułem się strasznie głupio i chciałem już wybełkotać coś w stylu przeprosin, ale w tym samym momencie podbiegły do nas dwa psy. Doberman i młody owczarek niemiecki. Kątem oka dostrzegłem jak Hope patrzy w ich stronę i tylko strzyże uszami.
- Waruj. -  dziewczyna warknęła oschle, a doberman natychmiast zareagował na polecenie, w przeciwieństwie do szczeniaka. Po chwili on również usiadł. - Pomożesz mi ze sprzętem?
Zwróciła się do chłopaka, który stał nieruchomo, mierząc mnie przeszywającym spojrzeniem błękitnych oczu. Fakt, że był ode mnie sporo wyższy nie dodawał mi wcale otuchy. Will wpatrywał się we mnie tak jakbym ukradł mu konia, a przecież nic takiego nie miało miejsca. Wytrzymałem jego spojrzenie zachowując kamienny wyraz twarzy. Rudowłosa widząc, że do szatyna najwyraźniej nie dotarło pytanie, szturchnęła go łokciem w żebra. William w końcu przestał się na mnie patrzeć i zwrócił uwagę na dziewczynę, której twarzy za nic nie potrafiłem skojarzyć z odpowiednim imieniem.
- Dasz radę tak jeździć? Przecież widzę jak odciążasz tę prawą nogę. – w głosie chłopaka dało się wyczuć nutkę troski
- Ja nie dam rady?! Lepiej pomóż mi ze sprzętem. – prychnęła
- Jasne. - mruknął, raz jeszcze rzucił mi niezbyt przyjazne spojrzenie i ruszył wzdłuż stajennego korytarza.
Podążyłem za nim wzrokiem, wciąż czując się jak ostatnia oferma. Kiedy rudowłosa zwróciła się do mnie szybko skupiłem na niej swoją uwagę.
- Bardzo za niego przepraszam. On jest... specyficzny. - szepnęła, sięgając po okulary.
Uśmiechnęła się do mnie blado i podążyła w ślad za Will’em lekko utykając na prawą nogę. Kiedy to dostrzegłem ogarnęło mnie poczucie winy. Czyli jednak coś jej się stało. Miałem ochotę zapaść się pod ziemię, ale zamiast tego zrezygnowany poszedłem raz jeszcze napełnić wiadro i umyć nogi Hope. Usłyszałem jak kilka boksów dalej ktoś otwiera bramkę i końskie kopyta uderzają z charakterystycznym echem o podłogę.
Po kilkunastu minutach kopyta klaczy były czyściutkie, a owijki wisiały wciąż mokre po małym praniu. Wprowadziłem siwą do boksu i ściągnąłem kantar z jej pyska. Hopeful prychnęła i zabrała się do skubania świeżego siana w kącie. Odwiesiłem pomarańczowy uwiąz i kantar na haczyk na zewnątrz boksu i wyszedłem z niego, zamykając bramkę. Odniosłem sprzęt do siodlarni, a podczas drogi powrotnej rozmyślałem nad wydarzeniem z ostatnich chwil. Musiałem się upewnić czy dziewczyna jest cała. Nawet nie znałem jej imienia i dość kiepsko rozpocząłem naszą znajomość.
Nie miałem bladego pojęcia gdzie mogła się teraz znajdować. W końcu była sobota i mogła sobie pojechać na przejażdżkę, ale równie dobrze mogła ćwiczyć gdzieś na terenie MU. Tak więc postanowiłem odwiedzić najpierw halę. Po chwili wchodziłem na trybuny i odetchnąłem z ulgą na widok rudowłosej dziewczyny, kłusującej na siwym koniu. Najwyraźniej mnie zauważyła, bo zwolniła do stępu i podjechała do barierki.
- Jak noga? – odezwałem się pierwszy, starając się nie pokazywać jak bardzo jestem zaniepokojony
- W porządku, jak widać... Ale nie wierzę, że przyszedłeś tu tylko po to, aby zapytać jak się czuję. – mruknęła, a w sposobie wymówienia ostatniego zdania wyczułem podejrzliwość.
- A jednak. – odparłem, wzruszając ramionami.
Na chwilę zapadła cisza, podczas której patrzeliśmy na siebie. Na szczęście dziewczyna pierwsza przerwała ją cichym chrząknięciem.
- Dziękuję za troskę, ale potrafię o siebie zadbać. Chociaż ta scenka Will'a pewnie mówi zupełnie co innego. On jest po prostu... trochę...
- Zazdrosny? Nie musi się martwić, nie jestem z tych, co... – zacząłem, chcąc wyprostować sytuację. Nie miałem zamiaru wtrącać się pomiędzy nią, a jej chłopakiem, ale nie dane mi było skończyć.
Rudowłosa wybuchnęła śmiechem, a uśmiech rozświetlił jej twarz. Teraz czułem się już totalnie zbity z tropu. Powiedziałem coś nie tak?
- Wątpię, żeby był zazdrosny o młodszą, co prawda adoptowaną, siostrę. Jest wyjątkowo nadopiekuńczy. – Will był jej bratem. Cholera, w ogóle nie przyszło mi to do głowy i teraz miałem ochotę po raz kolejny zapaść się pod ziemię. - Oboje straciliśmy w życiu zbyt wiele i mam ograniczony limit zaufania, czasem zupełnie niepotrzebnie, ale lepiej w tą, niż w drugą. – westchnęła i sekundę później dodała - Wybacz mi, musiałam w jakiś sposób dać upust swojej frustracji z całego tygodnia. Swoją drogą, nie widziałeś go przypadkiem gdzieś po drodze? Miał mi pomóc przy treningu. Samemu jednak trochę ciężko jednocześnie skakać, sprzątać po koniu i ustawiać przeszkody...
- Niestety go nie widziałem, ale może ja mógłbym ci pomóc. W ramach małej rekompensaty? – uśmiechnąłem się – Tak w ogóle to jestem Samuel.
- Victoria. – odwzajemniła uśmiech – Jeśli chcesz, możesz mi ustawić niskiego krzyżaka. – dodała i dała łydkę swojemu siwkowi
Ruszyłem w stronę wejścia na miejsce do jazdy i już po chwili ustawiałem przeszkodę. Podniosłem się i wzrokiem poszukałem Victorię.
- Tyle wystarczy? – zapytałem, podnosząc głos kiedy ją dostrzegłem
- Daj trochę wyżej. – odparła i zmieniła w galopie kierunek tak, by mogła skierować konia na przeszkodę.
Podniosłem poprzeczkę o kilkanaście centymetrów i odsunąłem się na bezpieczną odległość. Nie chciałem dostać przypadkiem z kopyta. Słyszałem o takim przypadku i niezbyt przyjemnie się to skończyło. Pęknięta czaszka, niemal zmiażdżona szczęka i spory wstrząs mózgu. Nawet nie pamiętam od kogo to słyszałem, ale te wspomnienie kazało mi zachować ostrożność. Tymczasem Victoria zbliżała się do przeszkody.

Vicky?
Przepraszam, że musiałaś tak długo czekać i… Znowu beznadziejna końcówka xdd

wtorek, 14 lutego 2017

Od Samuela CD Hayden

- O! Słuchajcie, mam dla was propozycję. Zbieramy ekipę, żeby pojechać do miasta na łyżwy, grupowo zawsze taniej, dołączycie się? – spytała Hayden, rozpromieniając się
Nabrałem powietrza w płuca mając już coś powiedzieć, lecz Max musiał pierwszy wtrącić swoje pięć groszy. Zamknąłem usta wypuszczając powoli powietrze przez nos.
- Jasne, a pytałaś może Samanthę? – przerwał czyszczenie kopyt Newtona i podszedł do bramki
Czy on właśnie powiedział jasne? Przecież on nawet nie potrafi nałożyć łyżew na stopy, a co dopiero jeździć.
- Tak, rozmawiałam z nią i powiedziała, że postara się jeszcze ciebie namówić. – Hayden uśmiechnęła się szeroko.
- To oczywiste, że jedziemy! Prawda, Sam? – Max wydawał się podekscytowany wyjazdem, widziałem to w jego oczach. Chciałem odpowiedzieć chociaż krótkim tak albo pewnie, ale najwidoczniej nie było mi to dane - No jasne, jedziemy. Widzę odpowiedź w twoich oczach.
Spiorunowałem brata wzrokiem, czując wzbierającą irytację. Zawsze zachowywał się tak kiedy się na coś za bardzo nakręcił.
- Dobra - dziewczyna zaśmiała się, widząc nasze nieme starcie - To w takim razie wyjeżdżamy o 15, chyba uda nam się zebrać odpowiednią ilość.
Następnie Hayden pożegnała się z nami i potruchtała w stronę wyjścia ze stajni. Podwinąłem rękaw, unosząc lewą rękę i rzuciłem okiem na zegarek. Była 13:24. Czyli zostało nam jeszcze sporo czasu do wyjazdu. Kątem oka zauważyłem jak Max odwraca się z powrotem w stronę swojego gniadosza, który pił właśnie wodę. Złapałem brata za ramię i odwróciłem twarzą do siebie.
- Co to miało być? – zmarszczyłem brwi, widząc uśmieszek błąkający się po twarzy brata
- Co? To? Zaproszenie na łyżwy. – odpowiedział, wzruszając ramionami
- Przecież ty nawet nie potrafisz jeździć. – zmrużyłem oczy, a zaraz potem uśmiechnąłem się szelmowsko – Aa, już wiem dlaczego chcesz jechać. Twoja Sammy będzie cię uczyć, co?
Podkreśliłem te słowa, a gdy tylko wypowiedziałem jej imię zauważyłem, że trafiłem w sedno. Widziałem to w oczach Maxa, który zacisnął usta i zmierzył mnie wzrokiem. Nie zamierzałem mu tak szybko odpuścić i napawałem się chwilą zwycięstwa.
- Może. – odpowiedział w końcu i zabrał się za rozczesywanie grzywy Newta
Pokręciłem lekko głową, uśmiechając się pod nosem i skierowałem się do wyjścia ze stajni. Po drodze do akademika zastanawiałem się co będę robić przez ten czas pozostały do wyjazdu.
Skończyło się na tym, że do obiadu czytałem książkę, a po obiedzie dla odmiany również czytałem książkę. Nawet się nie obejrzałem, a zegar wybił godzinę 14.55. O kurczę! Mam pięć minut. Zerwałem się szybko z łóżka i pobiegłem się ubrać. Sekundę później zamykałem drzwi na klucz i biegłem po schodach przeskakując po dwa stopnie. Kiedy wyszedłem przed akademik powiodłem wzrokiem po zebranej grupce. Prędko odszukałem Maxa i Samanthę i podszedłem do nich.
Chwilkę później dołączyła do nas Hayden. Podzieliliśmy się na dwa samochody. Miałem jechać z Maxem, Sammy i Hayden za kierownicą. Pomiędzy mną a bratem wybuchła mała sprzeczka o miejsce z przodu. Sammy przewróciła oczami mijając nas i sama zajęła siedzenie obok kierowcy. Spojrzeliśmy po sobie z Maxem, marszcząc brwi.
- To nie fair - jęknął, okrążając niebieskie BMW należące do Hayden
Wsiedliśmy do tyłu, a po odpaleniu silnika podążyliśmy za samochodem Theo.
- Umiecie jeździć? - spytała Hayden, zerkając na nas do lusterka
Zerknąłem na Maxa. Szczerze, to żaden z nas nigdy nie brał lekcji jazdy na łyżwach. Ja jedynie mając jakieś siedem lat pojechałem na kilkudniową wycieczkę szkolną i jedną z atrakcji był wypad na lodowisko. Pamiętam, że przejechałem niespełna pół szerokości i zaliczyłem glebę. Wracałem do domu z pękniętą kością przedramienia w gipsie. To był mój pierwszy i ostatni przejazd na łyżwach. Max w ogóle nie stał nawet obok budynku lodowiska.
- Niiee... - odparliśmy jednocześnie
Dziewczyny zachichotały i wymieniły znaczące spojrzenia, które dla mnie niekoniecznie musiały wiele znaczyć. Czułem, że one zdążyły już wszystko dokładnie zaplanować.
- To was nauczymy. - Sam spojrzała do tyłu
- Mamy się bać? - zapytał Max
- Ależ skąd. - zaśmiała się Hayden, nie odwracając wzroku od ulicy.
***
Będąc już w budynku przyszedł czas na wybranie odpowiedniego sprzętu z wypożyczalni. Kiedy zobaczyłem kilka tuzinów par łyżew pomyślałem, że zajmie nam to wieki. Myliłem się jednak, bo z pomocą miłej pani z obsługi każdy znalazł szybko pasujące łyżwy.
No dobra. Założyłem łyżwy i doczłapałem jakoś do tafli wypolerowanego lodu. Stałem, obserwując spod ściany jak inni wyjeżdżają na środek i zaczynają płynnie sunąć po lodzie. Nawet Max w towarzystwie Sammy powoli ślizgał się naprzód, a gdy po chwili zaliczył pierwszą glebę zaśmiałem się cicho.
- Co jest? - zapytała z uśmiechem Hayden, podjeżdżając bliżej mnie - Boisz się?
Ja? Bać się? Pff... No dobra, przyznam, trochę się obawiałem. Nie lubię nie mieć pewnego gruntu pod nogami.
- Em, niee. - odpowiedziałem dziewczynie, puszczając się barierki i robiąc pierwszy krok na dowód, że się nie boję.
Straciłem równowagę i już miałem uderzyć twarzą w lód, ale na szczęście Hayden w porę mnie przytrzymała. Zaśmiała się, a uśmiech rozświetlił jej twarz.
- Dzięki. - odpowiedziałem nieco zakłopotany.

Hayden? 
Wieem, opko jest złe... Ale poprawię się! xd

niedziela, 12 lutego 2017

Od Samuela do Victorii

Obudził mnie dziś dźwięk budzika. Zacisnąłem powieki i naciągnąłem kołdrę na uszy, zwijając się w kłębek. Upierdliwa piszcząca melodyjka nadal rozbrzmiewała głośno w pokoju. Nie przypominałem sobie żebym zmieniał dźwięk budzika, ale domyślałem się czyja to sprawka. Max. Czemu musiał ustawić właśnie to coś? W końcu zmusiłem się do wygrzebania się spod ciepłej kołdry i sięgnięcia po telefon. Na wyświetlaczu pojawiła się godzina 6.55. Ze złością kliknąłem ‘odrzuć’ i odłożyłem komórkę z powrotem na szafkę nocną. Przetarłem zaspane oczy i zabrawszy rzeczy do ubrania przygotowane na dziś dzień skierowałem się do łazienki. Po przebraniu się i porannej toalecie wyszedłem z pokoju, zakładając wcześniej zimową odzież. Wolnym krokiem skierowałem się w stronę schodów zastanawiając się po drodze co będę robił o siódmej rano w sobotę. Miałem zamiar odespać cały tydzień, jak każdy normalny człowiek, ale Max miał najwidoczniej inne plany. Niemal na sto procent byłem pewien, że to mój kochany braciszek ustawił ten budzik.
Nie czułem głodu, toteż nie miałem powodu odwiedzać stołówki. Od razu skierowałem swe kroki na zewnątrz, a potem w stronę stajni. Chciałem zobaczyć co słychać u mojej Hopeful i, jeśli oczywiście go spotkam, ofuknąć Maxa. Otwarłem drzwi i podążyłem cicho wzdłuż stajennego korytarza. Przy boksie numer 8 dostrzegłem postać brata, który zamykał właśnie bramkę. Max napotkał mój wzrok i posłał mi łobuzerski uśmiech.
- Hej, piękny poranek dziś mamy, nieprawdaż? – wyszczerzył się
Rzuciłem mu przesiąknięte irytacją spojrzenie spode łba. Czy jemu sprawiało przyjemność wyprowadzanie mnie z równowagi zaraz z rana?
- Jak cholera. – odburknąłem, nie zatrzymując się – Ja się zemszczę.
Max słysząc moją groźbę roześmiał się tylko.
- Za piętnaście minut przed stajnią! Jedziemy na cross. – rzucił jeszcze przez ramię i zniknął w boksie Newtona
Przewróciłem oczami i przyspieszyłem kroku. Będąc już przy boksie Hope cicho odsunąłem zasuwę i wślizgnąłem się do środka. Klacz stała spokojnie z ugiętą tylną nogą, drzemiąc jednak na dźwięk otwieranej bramki zwróciła łeb w moją stronę i zarżała cicho na przywitanie.
- Cześć, mała. – pogładziłem ją po aksamitnej sierści na szyi – Co powiesz na krótką przejażdżkę?
Siwka wypuściła z chrap powietrze, dmuchając mi nim w twarz i trącała mnie w ramię. Zaśmiałem się cicho, uznając to za ‘tak’. Poklepałem ją po łopatce i wyszedłem z boksu. Podreptałem do siodlarni po cały osprzęt i szczotki klaczy i po chwili stałem już z powrotem przy siwej. Położyłem wszystko w kącie i zabrałem się za czyszczenie. Energicznymi ruchami sunąłem szczotką wzdłuż jej grzbietu, pozbywając się kurzu oraz drobinek słomy. Kiedy sierść klaczy niemal lśniła czystością chwyciłem kopystkę i wyczyściłem jej wszystkie cztery kopyta. Następnie zarzuciłem na jej grzbiet pomarańczowy czaprak, a potem siodło z brązowej skóry. Założyłem jej również ogłowie, a jako ostatnie były owijki w tym samym kolorze co czaprak. Wyprowadziłem gotową siwkę przed stajnię, gdzie umówiłem się z Maxem. Zastałem go siedzącego na grzbiecie swojego gniadosza. Gadał z jakąś dziewczyną na karym koniu. Nie rozpoznałem jej od razu, ale sekundę później dotarło do mnie, że to Sammy.
- Sammy… - zaczął Max, podjeżdżając do mnie
- Nie kończ. Jedź ze swoją dziewczyną, ale przysięgam, że jak następnym razem obudzisz mnie tak wcześnie tylko po to żeby mi odmówić, to nogi z dupy powyrywam. – odparłem, wskakując na grzbiet Hope
Max posłał mi wdzięczne spojrzenie i poruszył ustami wypowiadając nieme słowo ‘dzięki’. Przewróciłem oczami, dodając łydki Hope, która ochoczo ruszyła stępem. Postanowiłem, że pojedziemy na zwykłą przejażdżkę na zwykłej ścieżce zamiast crossu.

***

Po godzinnej przejażdżce myślałem, że zaraz odpadnie mi nos. Tak wcześnie rano mróz dawał się znacznie bardziej we znaki. Wprowadziłem klacz do stajni i potarłem ręce, czując jak przyjemnie ciepłe powietrze panujące w budynku owiewa moją twarz. Zatrzymaliśmy się dopiero przy boksie Hope. Przywiązałem siwkę do krat i spojrzałem w dół na jej kopyta. Jęknąłem w duchu widząc zabłocone nogi Hopeful. Błoto sięgało aż do jej kolan. Poszedłem na koniec stajennego korytarza po wiadro z wodą i gąbkę. Co chwilę zerkałem na klacz. Wiem, że nieodpowiedzialnie jest zostawiać uwiązanego konia samego, ale znałem moją Hope i wiedziałem, że będzie grzecznie stać. Tak też było. Nie ruszyła się nawet o centymetr, cały czas wpatrując się we mnie. Kiedy napełniłem już plastikowe wiadro letnią wodą skierowałem swe kroki z powrotem w stronę siwki. Wodę niosłem oburącz. Widziałem jak z naprzeciwka zbliża się dziewczyna z przeciwsłonecznymi okularami na nosie. Zagapiłem się trochę na nią i kiedy byłem zaledwie kilka kroków przed nią potknąłem się o własne nogi. Na sekundę straciłem równowagę rozchlapując wodę prosto pod stopy nieznajomej. Dziewczyna zatrzymała się i odskoczyła nieco do tyłu, potykając się. Przewróciła się. Zakląłem w duchu swoją niezdarność. Odstawiłem prędko wiadro na bok i podbiegłem do niej.
- Cholera, przepraszam. - wydusiłem, siląc się na uśmiech - Nic ci się nie stało?
Zaskoczona uniosła swój wzrok na moją wyciągniętą rękę.

Vicky? ;3 Wiem, końcówka do dupy xdd

wtorek, 31 stycznia 2017

Od Samuela CD Hayden

Dzień zaczął się zwyczajnie. Trochę zbyt zwyczajnie. Nic praktycznie bardziej ciekawszego się nie działo. Aż do popołudniowego treningu. Z racji tego, że dziś był wtorek, drugą jazdę mięliśmy z panią Melanie O’Connor. Ujeżdżenie, coś co lubię prawie najbardziej.

Czyściłem właśnie jedno z kopyt Hope, kiedy usłyszałem nad sobą głos.
- Co masz? – od razu poznałem, że był to Max
Podniosłem wzrok na brata, stojącego przy boksie siwki. Trzymał sprzęt Newtona i najwyraźniej się nie spieszył. Spojrzałem na zegarek, żeby upewnić się która jest faktycznie.
- Ujeżdżenie. Gościu, za dziesięć minut masz trening, a ty się jeszcze zatrzymujesz żeby pogadać? Może chcesz herbatki jeszcze? – zaśmiałem się, wyciągając szczotkę o miękkim włosiu i piorunując go wzrokiem
- Sam nie jesteś gotowy! Poza tym, napiłbym się herbatki. – wyszczerzył się i poszedł do swojego ogiera
Pokręciłem głową, uśmiechając się lekko sam do siebie. Max miał rację, też byłem daleko w lesie z siodłaniem siwej. Dokończyłem w mgnieniu oka czyszczenie Hope i popędziłem do siodlarni po jej  sprzęt. Rozejrzałem się po pomieszczeniu, szukając swojego haka oraz brązowego siodła klaczy. Jest! Szybko zdjąłem je wraz z ogłowiem i powróciłem pędem do Hope. W połowie drogi wróciłem się po czaprak i owijki, bo oczywiście musiałem o nich zapomnieć.
W boksie siwki zabrałem się za jej siodłanie, a gdy wszystko było dopięte na ostatni guziczek zerknąłem na zegarek. Zostały mi trzy minuty. Założyłem więc toczek i wyprowadziłem klaczkę z boksu. Podekscytowana siwka strzygła co chwilę uszami i po cichu rżała. Po drodze mijałem boks Newtona, gniadosza Maxa i zerknąłem do środka. Kiedy dostrzegłem jak braciszek męczy się z ostatnią owijką ogiera, który nie mógł się już doczekać jazdy i dreptał w miejscu, uśmiechnąłem się złośliwie.
- Ruszaj się, ciamajdo! – rzuciłem ze śmiechem przez ramię, Max w odpowiedzi pokazał mi język

Trening zaczęliśmy od krótkiej rozgrzewki. Hopeful zachowywała się wręcz jak aniołek, posłusznie wykonując każde moje polecenie. Naprawdę świetnie się z nią pracuje. Po kilku okrążeniach stępem a potem kłusem, przyszedł czas na galop. Miękki chód i jednolity rytm siwej świadczył o jej całkowitym rozluźnieniu i chęci współpracy.
- Okey, zatrzymajcie się! Niech kilka osób pomoże mi sprzątnąć to wszystko i ustawcie, proszę slalom! – powietrze przeciął wysoki głoś pani O’Connor
Zgodnie z poleceniem trenerki kilka osób zeszło z koni i pomogło jej znieść wszystkie przedmioty z ujeżdżalni. Wiedziałem co się kroi.
- Ustawcie się proszę w kolejce poza barierką. Pamiętać o odstępach! – poleciła trenerka
Wykonaliśmy to, co nam polecono. Stanąłem za Samanthą i jej karym wałachem i obserwowałem przejazd trenerki. Pani O’Connor wykonała kilka podstawowych ćwiczeń na swoim koniu. Potem powiedziała, żeby każdy spróbował z osobna. Miał to być freestyle'owy przejazd.
W głowie układałem sobie po kolei to co będę pokazywał. Z niecierpliwością oczekiwałem na swoją kolei, a kiedy nadeszła byłem nawet trochę zdenerwowany. Wiedziałem, że prawie każda para oczu mnie obserwuje, niemal jak na zawodach. Okey, skup się, Sam. Dasz radę.
Wjechałem na środek pustej ujeżdżalni. Hope nie dawała żadnych oznak zdenerwowania. Dało się wyczuć opanowanie i skupienie w jej ruchach. Rozpocząłem od salutu, a następnie popędziłem klacz do lekkiego kłusu. Potem wjechałem na slalom, skracając nieco wodze. Klacz wiedziała o co mi chodzi. Spięła się, wyginając długą szyję w zgrabny łuk. Po gładkim przejechaniu slalomu zrobiliśmy przekątną z przestępowaniem na krzyż. Byłem dumny z siwej, bo wyszło jej to naprawdę nieźle. Potem zrobiliśmy jeszcze kilka innych ćwiczeń i zakończyliśmy swój przejazd.
Po treningu rozsiodłałem i wyczyściłem szybko Hope. Jazda nie była dziś specjalnie męcząca, więc siwka była nadal pełna energii. Poklepałem ją i czule podrapałem po czole na pożegnanie i skierowałem się w stronę boksu Maxa. Tak jak się spodziewałem, znów się guzdrał i nadal nie odniósł sprzętu ogiera do siodlarni tylko rzucił w kąt. Eh, on w ogóle nie szanuje tego co ma.
- Co tak wolno, ślimaku? – zaśmiałem się, opierając się o bramkę boksu
- Nie mam po co się spieszyć. – odparł, nie zwracając na mnie większej uwagi
Prychnąłem. Nadal opierałem się ramieniem o bramkę i obserwowałem Maxa. Cisza między nami trochę zaczęła mi przeszkadzać, a chciałem mu jeszcze trochę podokuczać zanim sobie pójdę.
- A… Jak tam twoja Sammy? – zmrużyłem oczy i posłałem mu znaczący uśmieszek
Może to od wspomnienia jej imienia, a może od tego że trzymał głowę nisko przy czyszczeniu tylnego kopyta Newta, ale dostrzegłem jak się zarumienił. Zabębniłem palcami o kraty, wciąż się głupkowato uśmiechając.
- Dobrze. – krótka odpowiedź. Chwilę potem zmienił temat, szczerząc się szeroko, jak zawsze – A zgadnij kto dzisiaj zaliczył aż trzy gleby.
Zmarszczyłem brwi. Do kogo on to mówił?
- Przynajmniej nie zrobiłam tego na samym początku – odpowiedział Maxowi melodyjny głos, należący do którejś z dziewczyn z jego grupy
Byłem pewien, że gdzieś go już słyszałem, ale za nic nie mogłem go skojarzyć z żadną twarzą. Nie zdołałem powstrzymać ciekawości i skierowałem szybko swój wzrok w stronę źródła głosu. Okazało się, że jego właścicielką była Hayden. Chyba… Tak miała na imię, o ile się nie pomyliłem.
- Nie zdążyłem się dobrze rozgrzać – usprawiedliwiał się Max, wciąż się uśmiechając
- Tak, tak. Tak się tłumacz – dziewczyna zaśmiała się i pokiwała głową
Zapadła cisza. Max zmarszczył brwi i skakał spojrzeniem to na Hayden, to na mnie. Niemal widziałem jak trybiki w jego umyśle zaczynają się rozkręcać, uruchamiając proces myślenia. Tylko nad czym on się zastanawiał?
- Wy się znacie? – odezwał się w końcu, przerywając ciszę
- Um… Raczej nie. – dziewczyna odpowiedziała, jakby niepewnym tonem
Pokiwałem przecząco głową. Max ożywił się i podszedł do nas. Najpierw gestem wskazał na mnie.
- Sam. – odwrócił się na pięcie w stronę dziewczyny, nie zmieniając pozycji swoich rąk – Hayden. Hayden. – powtórzył obrót – Sam.
Miałem rację. Posłałem uśmiech w stronę dziewczyny i podałem jej rękę.

Hayden? Trochę kijowe, wiem, ale obiecuję poprawę. xdd

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Od Samuela CD Jasmine

Zakręciłem ponownie butelką i znów wypadło na mnie. Jasmine podniosła się szybko z podłogi i wypadła przez drzwi. Słyszałem jak biegnie po schodach, a po chwili po nich z powrotem wbiega. Zastanawiałem się co tym razem wymyśliła. Kiedy dziewczyna pojawiła się w drzwiach uniosła trochę swoją szarą bluzę, ukazując ciemną butelkę i coś jeszcze. Jednak nie byłem pewien co to było.
Uniosłem brwi, a na mojej twarzy na pewno malowało się zaskoczenie. Nie wiedziałem co o tym myśleć.
- Idiota. – zaśmiała się, podchodząc do mnie
Położyła przedmioty na podłodze i ponownie podeszła do drzwi, by je zamknąć na klucz. Wśród przyniesionych przez Jas rzeczy był alkohol oraz e-fajka. Miałem złe przeczucia. No, może nie o tyle złe, że dziewczyna chciałaby mnie upić itd., ale zamknięcie drzwi na klucz wzbudziło moją czujność. Jasmine usiadła z powrotem naprzeciwko mnie.
- Po co ci to? – zapytałem, mając nadzieję, że odpowie szczerze
- Jak grać w butelkę, to na poważnie. – powiedziała, uśmiechając się szyderczo
Nie odezwałem się. Co raz mniej mi się to podobało. No, ale przecież nie wyrzucę jej z pokoju, nie?
- Twoje wyzwanie. Zrób łyka. – podała mi odkorkowaną butelkę, zerknąłem na nią niepewnie – Tylko jednego.
Wahałem się. W regulaminie Morgan chyba na drugim miejscu była informacja, że picie alkoholu, branie jakichkolwiek używek i palenie papierosów jest surowo karane. Nie jestem pewien, czy nawet nie wydaleniem ze szkoły. Co jeśli nas nakryją?
- Jezu, po jednym łyku się nie upijesz – zaśmiała się, najwyraźniej było jej do śmiechu
Wziąłem głęboki wdech i chwyciłem butelkę. Powąchałem zawartość. Hm, czy to wino? Przyłożyłem szkło do ust i zrobiłem łyk. Malutki. Po przełknięciu potrząsnąłem głową i zmarszczyłem brwi. Napój może nie był najmocniejszy, ale był okropnie gorzki. Jak czerwone wytrawne wino. Ohyda.
Dziewczyna zaśmiała się na mój widok. Moja mina musiała być najwyraźniej śmieszna. Posłałem jej blady uśmiech i zakręciłem butelką. Wypadło na Jas.
- Poczekasz chwilę – zabrzmiało to bardziej jak stwierdzenie aniżeli pytanie
Jasmine podniosła się znów z podłogi, zabierając e-fajkę i skierowała się w stronę okna balkonowego. Zaraz, ona zamierzała zapalić? Teraz? Przekląłem w duchu swoją głupotę. Przecież przyniosła e-fajkę, idioto! Podniosłem tyłek z ziemi i podbiegłem do balkonu, by jakoś powstrzymać Jas przed zapaleniem. Niestety było już za późno. Jasmine oparła się o balustradę i wzięła pierwszego bucha, wypuszczając w mroźne powietrze biały dym.
- Co robisz? – zapytałem, podchodząc bliżej – Wiesz, że w Morgan nie można palić, brać ani pić.
Jasmine odwróciła się i dmuchnęła w moją stronę. Instynktownie zacisnąłem powieki i wstrzymałem oddech. Ją najwyraźniej to rozbawiło, bo zaśmiała się cicho. Otworzyłem oczy, a w powietrzu poczułem truskawkowy zapach. Czyżby używała smakowej?
- Mogą nas przyłapać. Co wtedy? – zapytałem spokojnie, w środku czułem jednak narastające zdenerwowanie
Jasmine wzruszyła jedynie ramionami i spojrzała w dół, wychylając się nieco przez barierkę. Zrobiłem krok w jej stronę. Zaskoczyło mnie, że przez chwilę bałem się, że spadnie. Dziewczyna chyba tego nie zauważyła i nadal spoglądała w dół.
- Będziemy mieć kłopoty. Mam złe przeczucie. – powiedziałem, łapiąc się lodowatej barierki
Będąc w samym T-shircie, było mi zimno. Zwłaszcza, że staliśmy już na dworze od kilku minut. Puściłem poręcz balustrady i schowałem dłonie w kieszeniach dresowych spodni.

Jasmine? Wiem, słabe xd

niedziela, 8 stycznia 2017

Od Samuela CD Jasmine

Mimo tego, że między nami panowała cisza nie potrafiłem się skupić na swoim talerzu. Na nosie dziewczyny, niczym u Rudolfa, znajdowała się mała czerwona kropka sosu. Otwarłem usta żeby powiedzieć coś Jasmine, ale zamiast tego zaśmiałem się lekko i sięgnąłem po leżącą na stole serwetkę. Mina dziewczyny zdradzała niepewność i zmieszanie.
- Ubrudziłaś się sosem – wytłumaczyłem ze śmiechem, pochyliłem się nieco i zbliżyłem papier do jej nosa
Jas była jednak szybsza i prędko wytarła koniuszek nosa swoją serwetką. Oparłem się znów, prostując plecy i chwyciłem ponownie widelec. Dziewczyna spojrzała na mnie lekko zawstydzona.
- Już? – zapytała, a ja przyjrzałem się, mrużąc oczy
Kiwnąłem głową na potwierdzenie i zaśmiałem się. Jasmine zrobiła obrażoną minę i zmierzyła mnie spojrzeniem swoich zielonych oczu. Po raz drugi od czasu przyjazdu poczułem się tutaj dobrze.
- To nie jest śmieszne – oburzyła się lekko, ale chwilę potem na jej twarzy ponownie zakwitł uśmiech
Spuściłem wzrok na talerz kiedy usłyszałem odsuwanie krzesła po mojej prawej stronie. Spojrzałem szybko w tamtą stronę i moim oczom ukazała się twarz Maxa. Brat obrzucił pospiesznie wzrokiem Jasmine, a potem posłał w moją stronę ten swój standardowy perlisty uśmiech.
- Cześć – powiedział, przysuwając się na krześle bliżej stołu
- Hej – odpowiedziała Jas i włożyła sobie do ust kilka nitek spaghetti, owiniętych o widelec
- Strasznie długi miałeś ten trening – rzuciłem zanim zdążyłem przełknąć
Max oderwał na sekundę wzrok od parującego makaronu i spojrzał na mnie. Sekundę później znów zainteresował się jedzeniem i chwycił widelec, gotów jeść.
- No tak wyszło
Musiał być naprawdę głodny, bo zaraz po wypowiedzeniu tych słów napchał sobie jedzenia do buzi. Przyjrzałem mu się chwilę.
- Żresz jak świnia – stwierdziłem, marszcząc nos i grzebiąc w swoim talerzu
- Ja przynajmniej coś jem, nie to co ty. – zmarszczył brwi i uśmiechnął się szelmowsko – O, czekaj. Mam cię nakarmić?
Max sięgnął po mój widelec, który szybko przełożyłem do drugiej ręki i odstawiłem jak najdalej od niego. No nie, przegiął. Zmierzyłem go wzrokiem i z trudem powstrzymywałem uśmiech, który pchał się na moje usta. Zdecydowanie brakowało mi przekomarzania się z tym głupkiem. Teraz wystarczyło wymyśleć dobrą ripostę, ale zanim się odezwałem Jasmine zabrała głos.
- Muszę iść, za chwilę mam trening – oznajmiła, wstając i zabrała swój talerz. Zanim jednak odeszła odwróciła się – Do zobaczenia.
Pomachałem jej wolną ręką, wciągając makaron. Max dał mi już spokój i do końca posiłku zamieniliśmy tylko kolka zdań.
Szczerze, to trochę głupio się czułem. Wszyscy śpieszyli się na treningi i znikali na ponad godzinę. Musiałem się w końcu dowiedzieć kiedy ja mam zacząć, bo właściwie nie mogłem się doczekać pierwszej lekcji. Wraz z bratem poszliśmy do sekretariatu. Akurat nikogo nie zastaliśmy i mogliśmy spokojnie sprawdzić rozkład lekcji i treningów. Ogromna tabela z nazwiskami wszystkich uczniów, godzinami i grupami wisiała na ścianie naprzeciw biurka sekretarki. Max przejechał palcem wzdłuż nazwisk i zatrzymał się przy swoim.
- Ej – upomniałem go, dając mu kuksańca w bok
- Sory – zaśmiał się i zjechał wskazującym palcem niżej – Mam. Jesteś… W grupie trzeciej, jak Sammy…
Jak Sammy? Ta Sammy, o której wystarczy wspomnieć by się zrobił czerwony jak burak? Uśmiechnąłem się nieznacznie pod nosem wyczuwając pewien szatański plan, kotłujący się gdzieś z tyłu głowy.
- Treningi w poniedziałki od 7:00 do 7:40… - zaczął mi czytać to wszystko, ale w połowie się potraciłem
- Czekaj – mruknąłem i wyciągnąłem z kieszeni spodni telefon
Odblokowałem go i wyszukałem ikonki z aparatem. Sekundę później miałem zrobione zdjęcia i nie musiałem się martwić, że wszystko zapomnę. Spojrzałem na Maxa.
- Cholera, nie pomyślałem o tym – podrapał się po karku
- Bo jesteś idiotą – uśmiechnąłem się złośliwie i wyminąłem szatyna, kierując się w stronę drzwi.
- Czegoś potrzebujecie, chłopcy? – kiedy rozległ się przyjazny głos sekretarki zamarłem w połowie kroku i odwróciłem się twarzą do niej
- Nie, chcieliśmy zerknąć tylko na plan – pierwszy odezwał się Max, uśmiechając się promiennie w stronę kobiety
- Ach, to ty jesteś Samuel? – zwróciła się teraz do mnie
Jej przyjazne spojrzenie i pogodny uśmiech na twarzy sprawiły, że niemal natychmiast polubiłem tę kobietę. Kiwnąłem twierdząco głową i również posłałem jej uśmiech.
- Ale jesteście podobni – znów się uśmiechnęła, a mnie na dźwięk tych słów ścisnął się żołądek i obie pięści – Pan Steward kazał ci przekazać, że dziś jesteś zwolniony z treningów i jeśli twoja klacz już się czuje tutaj dobrze, możesz zaczynać jutro rano.
- Dziękuję za informację – jeszcze raz się uśmiechnąłem i odwróciłem z zamiarem wyjścia – Do widzenia.
Za plecami usłyszałem jak Max również żegna się z sekretarką i chwilę potem szedł tuż przy mnie. Max zaproponował mi, że choć robi się ciemno, to oprowadzi mnie po akademii. Zgodziłem się kiwnięciem głową. Wyszliśmy na dwór i pierwszą stacją była karuzela. A więc tutaj można wylonżować konika, tak…? Starałem się zapisywać wszystkie miejsca na twardym dysku. Po kilku chwilach doszliśmy do parkouru, gdzie ktoś właśnie trenował. Osoba pomachała nam z daleka. To była Jasmine.
Oparłem się o bramkę i przyjrzałem się dziewczynie, która podjechała bliżej nas.
- Kiedy twój pierwszy trening? – zapytała, spoglądając na nas z grzbietu swojego rumaka
- Jutro rano. – odparłem – Jestem w trzeciej grupie.
Jas kiwnęła głową i ponownie zajęła się treningiem. Zamierzałem na nią poczekać i przyjrzeć się jak jeździ, w przeciwieństwie do Maxa.
- Ja lecę. Mam dużo nauki. – rzucił, szturchając mnie w żebra – Mam nadzieję, że trafisz do swojego pokoju, bobasku?
Rzuciłem mu ostrzegawcze spojrzenie i pokazałem środkowy palec.
- Dam radę, kujonie.
Max zaśmiał się tylko i pobiegł w stronę akademika. Ja odwróciłem się z powrotem w stronę ćwiczącej Jas. Po jakichś kilkudziesięciu minutach miałem wrażenie, że odpadną mi palce. Na dworze, szczególnie gdy zaszło słońce, zrobiło się przeraźliwie zimno. Dziewczyna w końcu skończyła i poprowadziła konia do stajni. Widząc zmarzniętego mnie podążającego za nią do cieplutkiej stajni, nie zdołała powstrzymać się od śmiechu. Tym razem to ja zrobiłem obrażoną minę.
- To n-nie jest śmieszne! – wybąkałem, trzęsąc się z zimna
- Właśnie, że jest – zaśmiała się i zaczęła rozsiodływać klacz.
Kiedy się już zagrzałem pomogłem Jas. Kiedy uporaliśmy się z czyszczeniem Avery skierowaliśmy się w stronę akademika. Przeszliśmy przez odśnieżony plac i po kilku chwilach byliśmy już w środku. Przyjemne ciepłe powietrze dmuchnęło nam w twarz przy otwieraniu drzwi. Rozdzieliłem się z Jasmine i obaj powędrowaliśmy do swoich pokoi. Kiedy przekręcałem klucz w zamku, zauważyłem, że chodzi jakoś opornie. Wzruszyłem tylko ramionami i wślizgnąłem się do środka. Będąc już za drzwiami numer 51, rozebrałem się i rzuciłem się na łóżko. Podniosłem się na łokciach i sięgnąłem po głośniczek bluetooth. Włączyłem go oraz telefon i przeszukałem swoje playlisty. Nic jednak nie przykuło moje uwagi, więc odłożyłem z westchnieniem wszystko na szafkę nocną. Rozejrzałem się po pokoju w poszukiwaniu jakiegoś zajęcia i nagle dostrzegłem futerał mojej gitary. Wstałem i zabrałem instrument z powrotem opadając na łóżko. Wyszukałem w kieszonce czarnego futerału piórko i przyłożyłem je do strun. Zagrałem tylko kilka nut, kiedy do moich uszu dobiegło pukanie. Odłożyłem gitarę i podszedłem do drzwi. Otworzyłem je i w świetle wypadającym z mojego pokoju ujrzałem Jasmine.


Jas? 1179 słów ;D

sobota, 31 grudnia 2016

Od Samuela Do Jasmine


Dziś trzydziesty grudnia. Dwa dni przed rozpoczęciem nowego roku. Co mnie wzięło, żeby zmieniać coś akurat teraz. Mogłem sobie poczekać do pierwszego stycznia i pochwalić się wszystkim na FB: Nowy rok, nowy ja! i wkleić zdjęcie Morgan University. Nie, to nie w moim stylu. Kogo w ogóle obchodzi moja osoba? Dostałbym może ze dwa lajki. Od ciotki i Maxa. Ech… Na tę myśl poczucie beznadziejności jeszcze bardziej zaćmiło mój umysł. Wyjrzałem przez okno srebrnego Forda, którym aktualnie kierował ojciec. Uparł się, że sam odwiezie mnie cały ten kawał drogi i przy okazji spotka się ze swoim drugim synem. Dlaczego w ogóle zgodziłem się na Morgan? Na świecie znajduje się w trzy dupy takich uniwerków. Teraz będę musiał widzieć Maxa codziennie. W sumie, może to i dobrze? Może się trochę stęskniłem za dogryzaniem mu? Tak podsumowując, jakoś nie czułem się z tym tragicznie źle, jedyne co mnie dobijało to to, że będę tak daleko od domu i starych znajomych. Trochę ciężko było mi to wszystko zostawić. Co jeśli mnie tam nie polubią i będą gnębić do końca wszystkich dni? Teraz do mnie dotarło, że wolałbym mieć tam kogoś, do kogo będę miał otworzyć gębę. Znając siebie nie ośmieliłbym się nawet zapytać kogoś o drogę na stołówkę, nie walcząc przy tym z nieśmiałością. Może to jednak dobrze, że Max tam będzie. Ciekawiło mnie jedynie, jak zareaguje na mój przyjazd. W końcu nic mu jeszcze nie powiedziałem.
Otworzyłem szybko oczy czując pulsujący ból w czaszce. Musiałem zasnąć i uderzyć głową na tej wyboistej ścieżce. Spojrzałem na tatę.
- Już prawie jesteś my na miejscu, Sam. Właśnie miałem cię budzić. – uśmiechnął się, a ja dostrzegłem zmęczenie na jego twarzy
- Dlaczego nie chciałeś się zmienić? Przecież mam już prawko. – posłałem ojcu karcące spojrzenie
- Oh, Sammy. W Anglii panują inne zasady ruchu i nie chciałem…
- To nie jest żadne wytłumaczenie. Potrafię się przestawić. – przerwałem mu, a po chwili znów się odezwałem – Obiecaj mi tylko, że nie ruszysz w drogę powrotną zanim się porządnie nie wyśpisz w jakimś hotelu.
Tata pokiwał głową i uśmiechnął się szerzej. Przerzucił gałkę na większy bieg i dodał nieco gazu, podjeżdżając pod górkę. Naszym oczom ukazała się ośnieżona brama i ogromne drzewa, których gałęzie oblepiał śnieg. Miałem wrażenie, że wjeżdżamy w jakąś magiczną krainę.
- Mówisz zupełnie jak Victoria – uśmiechnął się smutno, postukując palcem w kierownicę w rytmie piosenki
Zerknąłem przez tylną szybę, upewniając się, czy przyczepa wciąż za nami podążała. Ręce zaczęły mi się pocić, a w brzuchu szykowało się małe powstanie. Cz-czy ja się denerwowałem? Tak, znaczy może trochę. Kiedy tata zaparkował samochód na parkingu, wyciągnął kluczyki ze stacyjki i odpiął pas, poczułem jak moje kości robią się nagle strasznie ciężkie. Tata położył rękę na moim kolanie spojrzał mi w oczy.
- Będzie dobrze, zobaczysz. – powiedział jakby wiedział czym się teraz przejmuję, dodając mi tym samym nieco otuchy.
Kiwnąłem głową, biorąc głęboki oddech i wyszedłem z samochodu. Śnieg przyjemnie zachrzęścił pod moimi stopami, a mroźne powietrze zaszczypało w nos i policzki. Zatrzasnąłem drzwiczki i rozejrzałem się dookoła. Szczerze, myślałem, że to wszystko będzie trochę mniejsze i… No w sumie sam nie wiem czego oczekiwałem. Nie zawiodłem się jednak, tylko nabrałem obaw. Wszystko wyglądało tutaj tak ekskluzywnie i elegancko, że miałem wrażenie, iż nie dopasuję się tutaj. Nie pozostało mi teraz nic innego jak poszukać Maxa i swojego nowego pokoju.
- Jak myślisz, gdzie on teraz może być? – usłyszałem za plecami pytanie ojca
- Nie mam poję… - zacząłem i w tym momencie zobaczyłem tę idiotyczną czapkę z bąblem, którą rozpoznałbym wszędzie – Tam jest.
Wskazałem tacie kierunek ruchem głowy, a następnie skierowałem tam swoje kroki. Dostrzegłem, że siedzi sam na ławce plecami do nas i grzebie coś w telefonie. Uśmiechnąłem się złośliwie pod nosem i podbiegłem do niego, zbierając po drodze śnieg. Zlepiłem z niego prowizoryczną śnieżkę i wtarłem ją Maksowi prosto w twarz. Braciszek podskoczył przestraszony i zerwał się na równe nogi.
- Hahah, orientuj się, głupku! – krzyknąłem, zwijąjąc się ze śmiechu, faktycznie brakowało mi wkurzania brata
Podniosłem wzrok i zobaczyłem zdezorientowaną i zaskoczoną minę Maxa, co wywołało kolejny atak śmiechu. Max zmarszczył brwi, sięgnął w dół po porcję śniegu i uformował z niej śnieżkę. W następnej sekundzie zamachnął się i rzucił ją we mnie. Ja zdążyłem się uchylić i pocisk trafił w brzuch naszego ojca. Obaj wybuchliśmy śmiechem, widząc zaskoczoną minę taty.
- No dzięki, naprawdę ciepłe powitanie – zaśmiał się, otrzepując czarny płaszcz ze śniegu
- Co wy tu robicie? – zapytał Max, łapiąc oddech w przerwie od śmiechu
- Jak to co, wprowadzam się. – wyszczerzyłem zęby w szatańskim uśmiechu
Max pokiwał głową i podszedł do nas. Spojrzał najpierw na tatę, a potem na mnie. W jego spojrzeniu dostrzegłem zwyczajne iskierki radości. Nic a nic się nie zmienił.
- Którego konia ukradłeś ciotce? Hope? – skrzyżował ramiona na piersi
- Może – odparłem wymijająco, odwróciłem się napięcie i ruszyłem w stronę samochodu
Pomyślałem, że po tylu godzinach jazdy Hopeful musiała być równie zmęczona co ja. Najlepiej by było, gdyby znalazła się już w swoim nowym boksie. Usłyszałem za sobą kroki Maxa i taty, który wypytywał o wszystko brata. Wiecie, zadawał takie standardowe pytania z podręcznego zestawu każdego rodzica: Czy nic ci się nie stało? Dlaczego tak rzadko do mnie dzwonisz? I tak dalej. Przewróciłem tylko oczami, domyślając się, że następnym razem mnie również nie ominie ta lawina pytań. Kiedy doszliśmy już na miejsce otworzyłem przyczepę, kładąc rampę na śniegu.
- Pomóc ci? – usłyszałem pytanie Maxa
- Przecież dam radę. – warknąłem, ech… On dalej uważa mnie za małego braciszka, którego ciągle trzeba mieć na oku. Coś czułem, że tak będzie wyglądał każdy dzień spędzony tutaj razem z Maksem.
- Okey, mam nadzieję, że dacie sobie radę, chłopcy. Idę pogadać z właścicielem i potem was znajdę, ok? – poinformował nas tata i nawet nie czekając na potwierdzenie odszedł w stronę któregoś z budynków
Wszedłem powoli na rampę i położyłem rękę na siwym zadzie klaczy. Hope nawet nie drgnęła i dalej stała spokojnie, więc przesunąłem się bliżej pyska.
- Dzielna dziewczynka. Chodźmy zobaczyć twój nowy dom. – szepnąłem do niej gładząc ją po szyi
Odwiązałem klacz i powoli wyprowadziłem na zewnątrz. W jej oczach nie było nawet cienia strachu czy choćby niepokoju. Hopeful z ciekawością rozglądała się na wszystkie strony świata i strzygła co chwilę uszami. Wyciągnąłem z kieszeni kurtki kartkę z podstawowymi informacjami i odszukałem wzrokiem numer boksu klaczy. Czarno na białym widniał numer 13. Nie czekając na Maxa poprowadziłem Hope w stronę pierwszych lepszych drzwi dużego budynku naprzeciw, mając nadzieję, że to stajnia. Nie chciałem robić wrażenia, że kompletnie nie mam pojęcia gdzie idę, więc zadarłem brodę wyżej i szedłem pewnym krokiem.
- Ej, Sammy, to nie w tą stronę. – zaśmiał się Max, a ja poczułem jak z irytacji palą mnie policzki
Miałem ochotę pacnąć się w czoło i jęknąć z frustracją, ale zamiast tego odwróciłem się sztywno i ściskając mocno uwiąz klaczy podążyłem za Maksem. Brat przytrzymał nam drzwi stajni. Mijałem go z lekko naburmuszoną miną, na co szatyn uśmiechnął się. Dlaczego on zawsze musiał się uśmiechać? Biorąc głęboki oddech i zaciągając się zapachem koni, skierowałem się w stronę boksu numer 13. Zerkałem po tabliczkach wywieszonych na drzwiach boksów szukając odpowiedniej. Jest!
Widząc swoje nazwisko jak najszybciej podszedłem do boksu. Chwyciłem za zasuwę i otworzyłem drzwi. Moim oczom ukazał się smukły pysk gniadosza Maxa o imieniu Newton. Cholera. Kiedy ogier dostrzegł Hope zarżał i naparł na drzwi próbując wyjść.
- Sams, co robisz? – usłyszałem głos Maxa, który sekundę później chwycił za kraty w drzwiach boksu i pomógł mi je zamknąć
Ponownie zakląłem w myślach, przeklinając własną głupotę. Wbiłem wzrok w kamienną podłogę. Hopeful trącała mnie w ramię, czułem jej ciepły oddech na karku.
- Hej, co jest grane, Sammy? – wyczułem nutkę troski i zaniepokojenia w głosie brata
- Nic. – odparłem krótko, chcąc jak najszybciej zakończyć tą rozmowę
- Gadaj. Widzę, że coś cię gryzie. – Max chwycił za uwiąz Hope i spróbował wyjąć mi go z ręki, ale ja zacisnąłem mocniej palce. Widząc to, odpuścił wkładając ponownie rękę do kieszeni kurtki.
- Pokaż mi tylko gdzie jest ta cholerna trzynastka. – powiedziałem spokojnie i spojrzałem w czekoladowe oczy brata
Max kiwnął głową, mrużąc odrobinę oczy i minął mnie bez słowa. Zatrzymał się cztery boksy dalej, otworzył zasuwę i gestem wskazał, że mogę wprowadzić już klacz. Hopeful weszła do niego, czując się niemal jak u siebie w domu. Max spojrzał na zegarek, a następnie zasunął drzwi.
- Ja muszę szykować się na trening. Dasz sobie radę? – widząc moją wymowną minę zmarszczył brwi i ciągnął dalej – Jaki masz numer pokoju?
Ponownie wyciągnąłem papierek z kieszeni. Drugi widniejący na nim numer musiał zapewne być numerem pokoju.
- 51. Jak strefa 51. – posłałem mu blady uśmiech – To na piętrze, tak?
- Mhm. – kiwnął głową i uśmiechnął się – Zajrzę do ciebie po treningu, ok? Na razie.
Odprowadziłem brata wzrokiem aż zniknął z pola mojego widzenia, a następnie zająłem się klaczą. Zdjąłem z niej ochraniacze, które odłożyłem w kąt boksu. Usiadłem na słomie, oparłem się plecami o drewnianą ścianę i głęboko westchnąłem. Poobserwowałem chwilę jak Hope bada wszystko uważnie i strzyże uszami. Po chwili jednak zdecydowałem się zacząć rozpakowywać rzeczy. Podniosłem się z ziemi i chwyciłem ochraniacze siwki. Następnie wyślizgnąłem się z boksu, zamykając go. Nagle poczułem jak coś dotyka mojej prawej nogi. Spojrzałem na to coś szybko i uśmiechnąłem się pod nosem. To był pies. Uważnie mnie obwąchiwał i merdał przy tym puchatym białym ogonem. Wahałem się przez chwilę czy go nie pogłaskać.
- Snowy, do nogi – ciszę, panującą w stajni przerwał melodyjny głos dziewczyny, stojącej tuż obok

Jas? C: