Znamy się już trzynaście lat. Do tej pory dokładnie pamiętam ten dzień
kiedy pojawiła się moim życiu. Miałyśmy wtedy obie tylko pięć. To było
jakoś parę dni przed tym jak zostałam zaadoptowana. Od tej pory byłyśmy
nierozłączne - jak siostry. Jednak ostatnio długo jej nie widziałam.
Czasem odzywała się do mnie, ale to wszystko. A teraz siedziała u mnie w
pokoju na parapecie. Tym razem miała czarne włosy, spięte w dwa niskie
kucyki, które jeszcze bardziej podkreślały jej bladą cerę. Dobrze
wiedziałam, że to nie jest jej naturalny kolor. Siedziała po turecku
skubiąc szew swoich niebieskich podkolanówek. Nie pytałam dlaczego jej
bluzka jest w połowie ucięta i założona na lewą stronę. Sama się
przecież podobnie ubierałam.
- Dawno się nie widziałyśmy - zaśmiałam się.
Dziewczyna podniosła głowę i spojrzała na mnie błękitnym i zielonym
okiem (i nie myślcie sobie, że to heterochromia - to po prostu
soczewki).
- Taaa - mruknęła leniwie.
- O co ci chodzi?
- Nie podoba mi się w tej Anglii - przewróciła oczami i spojrzała za okno na śnieg.
- Nie było cię, kiedy podejmowałam decyzję o wyjeździe - odparłam rozdrażniona.
- Nie uważasz, że tu jest trochę...za zimno? I tak...nijak...
- Jeśli o to ci chodzi, to nigdzie nie wracam - odparłam ostro.
Zaczynała mnie naprawdę denerwować. Najpierw znika na długi czas, a gdy
się pojawia stara się mnie namówić do powrotu? Nie ma mowy! Aż tak nie
dam sobą pomiatać!
- Czyli...Angie...nie chcesz współpracować? - spytała urażona albinoska.
- Nie - spojrzałam na nią wyzywająco.
Pokiwała spokojnie głową i powoli zaczęła otwierać okno.
- W takim razie... - zaczęła nawet na mnie nie patrząc - myślę, że
powinnam odwiedzić twojego czworonożnego przyjaciela. Wtedy
porozmawiamy.
Przerażona aż cofnęłam się o krok. Wiedziałam, że Ethel nie przepada za Mountain Dew.
- Nie masz prawa go skrzywdzić - odparłam ostro.
- Och, ale czy ja mówiłam coś o krzywdzeniu? - stanęła na parapecie.
Prosto przed nią ziała przepaść, ale na lewo rozciągał się dach budynku.
- Ja chcę się z nim tylko przywitać - dodała niewinnie i ruszyła w lewo
po ośnieżonym dachu.
Nie wierzyłam jej. Wskoczyłam na parapet i zaczęłam krzyczeć, żeby wracała.
- Angie? - czyiś głos dochodzący z wnętrza pokoju sprowadził mnie z
powrotem na ziemię. Byłam wściekła, ale w tym momencie musiałam się
ogarnąć.
W drzwiach stały dwie dziewczyny. Jedna wysoka, o krótkich włosach, w
okularach; druga mniej więcej mojego wzrostu, o długich włosach i ze
starannym makijażem. Obie miały tak samo zdziwione miny. Przysięgam,
byly identyczne!
- To ty jesteś Angie? - kontynuowała okularnica.
- Taak, a co? - spytałam niby od niechcenia.
Zeskoczyłam z parapetu i zamknęłam okno.
- Słyszałyśmy jak się drzesz. Myślałyśmy, że coś się stało - wyjaśniła ta druga takim tonem jakby to było oczywiste.
- Nic się nie stało - odparłam i spojrzałam na moje bagaże stojące na
środku pokoju niczym mur oddzielający mnie od tych dwóch dziewczyn. -
Muszę się rozpakować...
- Z kim rozmawiałaś? - przerwałam mi ta wyższa bardzo podejrzliwym tonem.
Niby od niechcenia wyjrzałam przez okno, jednak Ethel już tam nie było.
- Z nikim - wzruszyłam ramionami i ruszyłam w stronę wyjścia. Wyprosiłam
obie zdziwione dziewczyny z mojego pokoju, po czym sama wyszłam. -
Muszę iść do mojego konia.
- Jeszcze przed chwilą mówiłaś, że musisz się rozpakować - drążyła temat
ta w okularach. - Co jest z tobą nie tak? - spytała takim tonem jakby
uważała, że coś kombinuję.
Nie mogłam im przecież powiedzieć prawdy. Nie uwierzyłyby mi. Podobnie jak wszyscy inni ludzie.
Kto dokończy? Édith? Czy Nucka?
*Ethel nie istnieje; jest tylko wyobrażeniem Angie, więc inni ludzie jej nie widzą*
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Angie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Angie. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 5 stycznia 2017
piątek, 30 grudnia 2016
Od Angie cd
Jadąc za Laylą już piętnaście minut później byłam na miejscu. Zaparkowałam najbliżej jak się dało i wyskoczyłam z garbusa.
- Zgaduję, że nie przyjechałaś tu na spacer - zagadnęła Layla zerkając znacząco na moją przyczepę.
- Słuszne spostrzeżenie. Ja do akademii - kiwnęłam głową.
- W takim razie będziemy się często widywać, ponoeważ uczę tutaj opieki stajennej. - Uśmiechnęła się do mnie przyjaźnie po czym dodała - A przy okazji...ciekawe...ubranie.
Spojrzałam na swoje odbicie w szybie samochodu. Byłam ubrana zupełnie normalnie. Czarne zimowe buty z których wystawały grube skarpety były związane czerwoną i niebieską sznurówką. Pasiaste rajstopy, ledwo widoczne spod jasnobrązowego płaszcza, pięknie komponowały się z równie pasiastym dłgim szalikiem. Do tego czerwona czapka z pomponem na moich różowych włosach i tego samego koloru rękawiczki bez palców.
Wzruszyłam ramionami.
- Powiesz mi gdzie jest mój pokój, czy będziemy tu sterczej jak kołki na tym mrozie?
Dowiedziałam się, że nauczycielka właśnie spieszyła się na swoją lekcję, ale dobrodusznie postanowiła, że poświeci mi chwilkę swego cennego czasu. Po drodze wskazała mi stajnię, w której powinnam znaleźć przygotowany dla mojego konia boks, a parę minut później stanęłyśmy przed budynkiem, w którym miałam zamieszkać. W tym momencie zaczęłam się poważnie zastanawiać, czy wszystkie internaty wybudowane w Anglii po roku 1997 wyglądają jak Hogwart.
- Masz klucz - Layla wcisnęła mi do ręki kluczyk do pokoju numer 36 - rozgość się, rozpakuj, wyprowadź konia. Przepraszam, że tak to wszystko szybko załatwiamy, ale już jestem spóźniona na lekcję.
- Myślę, że uczniowie nie będą nażekać - powiedziałam tylko gdy już odchodziła.
Mountain Dew był dosyć podenerwowany, gdy wreszcie wyprowadziłam go z przyczepy. Do tego gdy wychodził poślizgnął się na lodzie. Drobił w miejscu i rozglądał się z przerażeniem, jednocześnie wąchając nowe zapachy. Kręcił głową w jedną i w drugą nie wiedząc gdzie jest i czemu jest tu tak zimno. Specjalnie nie strzygłam go w tym sezonie, wiedząc, że inaczej zamarznie w tej Wielkiej (I Dalekiej Od Równika) Brytani. Do tego miał na sobie derkę, która niestety rozpięła mu się gdy tak się szarpał.
- Weź się na chwilę zatrzymaj - mówiłam do niego, bezskutecznie próbując złapać powiewający przy każdym ruchu materiał, który dodatkowo pogarszał sprawę. - Stój ,ośle jeden!
Wreszcie udało mi się zapiąć derkę, ale koń wcale się nie uspokoił.
- No dobra, jak chcesz - westchnęłam i zdjęłam szalik.
Zawiązałam go tak, żeby zakrywał oczy konia i dopiero w tym stanie mogłam spokojnie doprowadzić Dew do stajni. Nie wiedząc gdzie zostawić osprzęt, ułożyłam wszystko pod boksem. Stwierdziłam, że jak znajdę siodlarnię, to wszystko przeniosę. Tym czasem poszła do pokoju się rozpakować...a na miejscu zastałam pewną niespodziankę.
C.D.N.
obiecuję, że następnym razem już nie będę taka egoistyczna i dam komuś do dokończenia ;*
- Zgaduję, że nie przyjechałaś tu na spacer - zagadnęła Layla zerkając znacząco na moją przyczepę.
- Słuszne spostrzeżenie. Ja do akademii - kiwnęłam głową.
- W takim razie będziemy się często widywać, ponoeważ uczę tutaj opieki stajennej. - Uśmiechnęła się do mnie przyjaźnie po czym dodała - A przy okazji...ciekawe...ubranie.
Spojrzałam na swoje odbicie w szybie samochodu. Byłam ubrana zupełnie normalnie. Czarne zimowe buty z których wystawały grube skarpety były związane czerwoną i niebieską sznurówką. Pasiaste rajstopy, ledwo widoczne spod jasnobrązowego płaszcza, pięknie komponowały się z równie pasiastym dłgim szalikiem. Do tego czerwona czapka z pomponem na moich różowych włosach i tego samego koloru rękawiczki bez palców.
Wzruszyłam ramionami.
- Powiesz mi gdzie jest mój pokój, czy będziemy tu sterczej jak kołki na tym mrozie?
Dowiedziałam się, że nauczycielka właśnie spieszyła się na swoją lekcję, ale dobrodusznie postanowiła, że poświeci mi chwilkę swego cennego czasu. Po drodze wskazała mi stajnię, w której powinnam znaleźć przygotowany dla mojego konia boks, a parę minut później stanęłyśmy przed budynkiem, w którym miałam zamieszkać. W tym momencie zaczęłam się poważnie zastanawiać, czy wszystkie internaty wybudowane w Anglii po roku 1997 wyglądają jak Hogwart.
- Masz klucz - Layla wcisnęła mi do ręki kluczyk do pokoju numer 36 - rozgość się, rozpakuj, wyprowadź konia. Przepraszam, że tak to wszystko szybko załatwiamy, ale już jestem spóźniona na lekcję.
- Myślę, że uczniowie nie będą nażekać - powiedziałam tylko gdy już odchodziła.
Mountain Dew był dosyć podenerwowany, gdy wreszcie wyprowadziłam go z przyczepy. Do tego gdy wychodził poślizgnął się na lodzie. Drobił w miejscu i rozglądał się z przerażeniem, jednocześnie wąchając nowe zapachy. Kręcił głową w jedną i w drugą nie wiedząc gdzie jest i czemu jest tu tak zimno. Specjalnie nie strzygłam go w tym sezonie, wiedząc, że inaczej zamarznie w tej Wielkiej (I Dalekiej Od Równika) Brytani. Do tego miał na sobie derkę, która niestety rozpięła mu się gdy tak się szarpał.
- Weź się na chwilę zatrzymaj - mówiłam do niego, bezskutecznie próbując złapać powiewający przy każdym ruchu materiał, który dodatkowo pogarszał sprawę. - Stój ,ośle jeden!
Wreszcie udało mi się zapiąć derkę, ale koń wcale się nie uspokoił.
- No dobra, jak chcesz - westchnęłam i zdjęłam szalik.
Zawiązałam go tak, żeby zakrywał oczy konia i dopiero w tym stanie mogłam spokojnie doprowadzić Dew do stajni. Nie wiedząc gdzie zostawić osprzęt, ułożyłam wszystko pod boksem. Stwierdziłam, że jak znajdę siodlarnię, to wszystko przeniosę. Tym czasem poszła do pokoju się rozpakować...a na miejscu zastałam pewną niespodziankę.
C.D.N.
obiecuję, że następnym razem już nie będę taka egoistyczna i dam komuś do dokończenia ;*
wtorek, 27 grudnia 2016
Od Angie
Stanęłam przed lustrem i podparłam się pod boki. Przyjrzałam się sobie
dokładnie. Nie, tak nie może być. Nie mogę tak dłużej wyglądać. Po
prostu znudził mi się mój wygląd.
Przede mną na umywalce leżały nożyczki i szamponetka. Chwyciłam to drugie i chwilę później moje włosy miały kolor różowy. Spięłam je w koka na czubku głowy i już miałam wyjść z łazienki, kiedy coś jeszcze przyszło mi do głowy. Wyciągnęłam parę kosmyków z upięcia i przycięłam je tak by sięgały mi do brody. Uśmiechnęłam się blado do swojego odbicia w lustrze i uznałam, że jestem gotowa do wyjścia.
Otworzyłam okno i walnęłam w klakson. Kierowca z przodu otworzył okno i krzyknął do mnie, żebym się nie gotowała bo spaghetti się cieszy... A może chodziło mu raczej o to żebym się nie denerwowała bo nie tylko mnie się śpieszy? Nie wiem. Miałam zbyt głośno włączoną muzykę. Idiotka ze mnie, że nie pojechałam obwodnicą tylko przez centrum Londynu! Teraz stałam w gigantycznym korku na wyjeździe z miasta. Ponieważ przez godziny ruszyłam się może 2 metry do przodu, przechyliłam fotel do tyłu, zdjęłam buty i położyłam nogi na desce rozdzielczej. Gdybym włożyła okulary przeciwsłoneczne czułabym się prawie jak na plaży w Kaliforni. Z tą różnicą, że aktualnie była zima, a wokół mnie było pełno śniegu. Najbardziej jednak martwiło mnie jak Dew zniesie tą podróż. Nigdy nie lubił podróżować. Na szczęście na razie nie słyszałam zniecierpliwionego rżenia i kopania. Nie wiedziałam tylko czy to dlatego, że środki uspokajające zadziałały, czy mój koń nie żyje.
Tym razem usłyszałam klakson za sobą. Leniwie się przeciągnęłam i spostrzegłam, że auta z przodu już dawno się przesunęły. Dodałam gazu i skręciłam w bok, a po kilku minutach znalazłam upragnioną autostradę, którą mogłam dojechać prosto do stadniny. Tak mi się przynajmniej zdawało.
Gdy autostrada się skończyła skręciłam w lewo. Kilometr jechałam asfaltową drogą, a kiedy ta zmieniła się w polną dróżkę pomyślałam, że to musi być dobra droga. Kiedy jednak po 20 minutach jazdy po nie równym zamarzniętym błocie dalej nie widziałam stadniny, stwierdziłam, że coś jest nie tak. Zatrzymałam się i wyciągnęłam mapę. Przyciszyłam trochę Lanę Del Rey starając się znaleźć na mapie miejsce, w którym skręciłam w złym kierunku. Wtem usłyszałam klakson. Przez chwilę wydawało mi się, że znów stoję w korku, więc odkrzyknęłam.
- Co na mnie trąbisz?! T ktoś z przodu blokuje ruch!
Zaraz jednak zdałam sobie sprawę, że już dawno wyjechałam z korku. Odwróciłam się w lewo i spojrzałam na zdziwioną blondynkę wyglądającą przez otwarte okno w swoim samochodzie.
- Sorry...to...e... - machnęłam ręką - coś mi się pomieszało...
''Już dawno!'' - dodał głos w mojej głowie, a ja z trudem powstrzymałam się, żeby na niego nie nakrzyczeć.
- Ok...rozumiem - odparła niepewnie z wyraźnym brytyjskim akcentem. Mówiąc to pokiwała głową, chyba głównie po to żeby przekonać samą siebie, że to co mówi jest prawdą.
- Wiesz jak dojechać do Morgan University? - spytałam pociągając nosem. Przez otwarte okno w samochodzie robiło się zimno. Zauważyłam, że osoba, z którą rozmawiam jest ode mnie starsza, ale osobiście uważam, że zwracanie się do obcych ''na ty'' jest bardzo wygodne, więc nie przestawałam.
- Tak, właśnie tam jadę. - Wytrzeszczyłam oczy, więc dodała - pracuję tam.
- Świetnie! - Zatarłam ręce jak mucha, żeby je ogrzać.
- Jesteśmy niedaleko, tyle, że jedziesz w złym kierunku. Jedź za mną. - To powiedziawszy już miała zamknąć okno i ruszyć, ale zawahała się. - Layla Smith - przedstawiła się.
Ponieważ już zamykałam okno wyciągnęłam szyję żeby odkrzyknąć w pozostałą szczelinę swoje imię i nazwisko. Musiało to wyglądać dość zabawnie - jak w kreskówce - ale nie przejmowałam się tym.
C.D.N.
Przede mną na umywalce leżały nożyczki i szamponetka. Chwyciłam to drugie i chwilę później moje włosy miały kolor różowy. Spięłam je w koka na czubku głowy i już miałam wyjść z łazienki, kiedy coś jeszcze przyszło mi do głowy. Wyciągnęłam parę kosmyków z upięcia i przycięłam je tak by sięgały mi do brody. Uśmiechnęłam się blado do swojego odbicia w lustrze i uznałam, że jestem gotowa do wyjścia.
Otworzyłam okno i walnęłam w klakson. Kierowca z przodu otworzył okno i krzyknął do mnie, żebym się nie gotowała bo spaghetti się cieszy... A może chodziło mu raczej o to żebym się nie denerwowała bo nie tylko mnie się śpieszy? Nie wiem. Miałam zbyt głośno włączoną muzykę. Idiotka ze mnie, że nie pojechałam obwodnicą tylko przez centrum Londynu! Teraz stałam w gigantycznym korku na wyjeździe z miasta. Ponieważ przez godziny ruszyłam się może 2 metry do przodu, przechyliłam fotel do tyłu, zdjęłam buty i położyłam nogi na desce rozdzielczej. Gdybym włożyła okulary przeciwsłoneczne czułabym się prawie jak na plaży w Kaliforni. Z tą różnicą, że aktualnie była zima, a wokół mnie było pełno śniegu. Najbardziej jednak martwiło mnie jak Dew zniesie tą podróż. Nigdy nie lubił podróżować. Na szczęście na razie nie słyszałam zniecierpliwionego rżenia i kopania. Nie wiedziałam tylko czy to dlatego, że środki uspokajające zadziałały, czy mój koń nie żyje.
Tym razem usłyszałam klakson za sobą. Leniwie się przeciągnęłam i spostrzegłam, że auta z przodu już dawno się przesunęły. Dodałam gazu i skręciłam w bok, a po kilku minutach znalazłam upragnioną autostradę, którą mogłam dojechać prosto do stadniny. Tak mi się przynajmniej zdawało.
Gdy autostrada się skończyła skręciłam w lewo. Kilometr jechałam asfaltową drogą, a kiedy ta zmieniła się w polną dróżkę pomyślałam, że to musi być dobra droga. Kiedy jednak po 20 minutach jazdy po nie równym zamarzniętym błocie dalej nie widziałam stadniny, stwierdziłam, że coś jest nie tak. Zatrzymałam się i wyciągnęłam mapę. Przyciszyłam trochę Lanę Del Rey starając się znaleźć na mapie miejsce, w którym skręciłam w złym kierunku. Wtem usłyszałam klakson. Przez chwilę wydawało mi się, że znów stoję w korku, więc odkrzyknęłam.
- Co na mnie trąbisz?! T ktoś z przodu blokuje ruch!
Zaraz jednak zdałam sobie sprawę, że już dawno wyjechałam z korku. Odwróciłam się w lewo i spojrzałam na zdziwioną blondynkę wyglądającą przez otwarte okno w swoim samochodzie.
- Sorry...to...e... - machnęłam ręką - coś mi się pomieszało...
''Już dawno!'' - dodał głos w mojej głowie, a ja z trudem powstrzymałam się, żeby na niego nie nakrzyczeć.
- Ok...rozumiem - odparła niepewnie z wyraźnym brytyjskim akcentem. Mówiąc to pokiwała głową, chyba głównie po to żeby przekonać samą siebie, że to co mówi jest prawdą.
- Wiesz jak dojechać do Morgan University? - spytałam pociągając nosem. Przez otwarte okno w samochodzie robiło się zimno. Zauważyłam, że osoba, z którą rozmawiam jest ode mnie starsza, ale osobiście uważam, że zwracanie się do obcych ''na ty'' jest bardzo wygodne, więc nie przestawałam.
- Tak, właśnie tam jadę. - Wytrzeszczyłam oczy, więc dodała - pracuję tam.
- Świetnie! - Zatarłam ręce jak mucha, żeby je ogrzać.
- Jesteśmy niedaleko, tyle, że jedziesz w złym kierunku. Jedź za mną. - To powiedziawszy już miała zamknąć okno i ruszyć, ale zawahała się. - Layla Smith - przedstawiła się.
Ponieważ już zamykałam okno wyciągnęłam szyję żeby odkrzyknąć w pozostałą szczelinę swoje imię i nazwisko. Musiało to wyglądać dość zabawnie - jak w kreskówce - ale nie przejmowałam się tym.
C.D.N.
poniedziałek, 26 grudnia 2016
Angie Blume i Mountain Dew

Motto: "Be who you want to be, not what others want to see"
Imię: Angie
Nazwisko: Blume
Płeć: Kobieta
Wiek: 14.08.1998 (18 lat)
Pochodzenie: USA; Los Angeles
Pojazd: Garbus Angie uwielbia zabytkowe samochody.
Pokój: 36
Grupa: II
Poziom: Średnio zaawansowany
Koń: Mountain Dew
Głos: Amy Macdonald
Partner: Nie posiada.
Rodzina: Prawdziwych rodziców nigdy nie poznała. Nie wie nawet czy żyją. Jej rodzinę zastępczą stanowią William i Tiffany Marshal, których toleruje, ale nie można powiedzieć, że uwielbia.
Aparycja: Angie jest bardzo niska. Ma jedynie 160 cm wzrostu, co wyjaśnia dlaczego tak lubi chodzić w butach na obcasach. Jest także dosyć szczupła. Ma duże oczy koloru piwnego, które podkreśla dodatkowo tuszem do rzęs. Nie oznacza to od razu, że zawsze chodzi z tapetą na twarzy. Częstwo bowiem pokazuje się ludziom bez makijażu. Wiele razy farbowała włosy, więc mają one konsystencję starego mopa. Do tego paznkocie Angie zawsze są pomalowane. Lubi być oryginalna, więc często ubiera się...ciekawie.
Charakter: Angie jest zupełnie pokręcona i szalona. W przenośni i dosłownie. W pozytywnym i negatywnym tego słowa znaczeniu.
Potrafi być wesoła i pomysłowa, dzięki czemu ludzie jej ufają, a ona zdobywa przyjaciół. Wpada na szalone pomysły, które realizuje z tymi właśnie ludźmi. Wspina się na drzewa jak dziecko, chodzi po mieście w piżamie i robi inne szalone rzeczy. Śmieje się i warjuje, a oni nie wiedzą, że pod przykrywką idealnej i wiecznie szczęśliwej dziewczyny kryje się druga Angie. Ta druga Angie rozmawia z wymyślonymi przyjaciółmi, choć inni ludzie twierdzą, że gada sama do siebie. Ta druga Angie była poszukiwana przez policję za kradzież. Ona nie ma prawdziwych przyjaciół. Ona próbowała popełnić samobójstwo. Ona nie ma nawet rodziny. Płacze po nocach i denerwuje się z błahych powodów. To ona upiera się, że jest zupełnie narmalna. I po części ma rację. Ponieważ w towarzystwie koni Angie staje się zupełnie spokojna, opanowana i...normalna.
Trzeba również ostrzec, że jest to prawdopodobnie najbardziej nieprzywidywalna osoba jaką kiedykolwiek widzieliście. Trzeba ją naprawdę dobrze znać, żeby móc przewidzieć co zrobi, co powie lub jak zareaguje.
Zainteresowania: Hmm...wydaje mi się, że po za jazdą konną nie ma zbyt konkretnych zainteresowań. Czasem przeczyta jakąś książkę, ale nie ma swojego ulubionego autora. Czasem obejrzy jakiś film, ale nie ma swojego ulubionego gatunku. W zimie zawsze jeździła do Kanady na narty, ale nie można powiedzieć żeby to uwielbiała. Często zamiast pieszo przemieszcza się po mieście na deskorolce, ale nie potrafi nic poza utrzymaniem równowagi i skręcaniem. Raz coś ugotuje, raz zatańczy (mimo braku talentu do obu tych czynności); kiedyś uczyła się grać na pianinie i gitarze, ale juz pewnie wszystko zapomniała. Kiedy była młodsza lubiła grać w hokeja, teraz woli po prostu jeździć na łyżwach lub rolkach.
Inne: 1 | 2
Kontakt: *Anonim*
~*~*~*~

Imię: Mountain Dew
Płeć: wałach
Rasa: Appaloosa
Data urodzenia: 17.02.2010 (6 lat)
Charakter: Jest to żwawy koń, który lubi szaleć. Uwielbia przebywać na padoku, dlatego spędza tam możliwie jak najwięcej czasu. Gdy ma za dużo energii lubi pobrykać ze szczęścia, czasami też coś zniszczyć... Czasem jednak wystarczy mu tylko pozwolić się wybiegać, a od razu zaczyna się słuchać. W gruncie rzeczy to miłe zwierzę, które nie skrzywdziłoby ani małego dziecka ani kota. Nigdy nie gryzie ani nie kopie bez powodu. Nie jest wredny, a jedynie...niezdarny. Dlatego czasem zdąży mu się kogoś zdeptać, przygnieść czy w inny sposób uszkodzić.
Specjalizacja: Skoki i western
Umiejętności: Nie jest szybki, dlatego Angie nigdy nie boi się go rozpędzać. Nawet kiedy się spłoszy nie pobiegnie zbyt szybko. Nie jest też wysoki, ale mimo to potrafi pokonywać olbrzymie przeszkody. Nie można powiedzieć, że łatwo się uczy, bo to "osioł". Łatwo się rozprasza i woli zabawę od nauki. Jednak lubi zawody i na parkurze koncentruje się na swoim zadaniu.
Właściciel: Angie Blume
Subskrybuj:
Posty (Atom)