sobota, 24 grudnia 2016

Od Lydii C.D. Agnes

Oparłam się o drewniane ogrodzenie, podążając wzrokiem za Agnes, siedzącą na Sherlocku. Westchnąwszy ciężko, przycisnęłam do ciała płaszcz, chociaż wiedziałam, że na niewiele się to zda. Zrezygnowana, zacisnęłam dłonie na oszronionej desce. Szkotka nie mogła mnie zauważyć, jak obserwuję jej każdy ruch – jedynie na część parkouru padało światło lamp - ja zaś ukryłam się w mroku. Drgnęłam, gdy zimne powietrze przeciął donośny głos pani Stewart.
- Przed skokiem mocno uderz go palcatem, ma wiedzieć, że musi skoczyć! – wrzasnęła, odwracając się za jadącą dziewczyną. Szkotka nie posłuchała kobiety, jedynie pospieszyła swego konia, który był niesamowicie zmęczony, zmuszając go do galopu. Wierzchowiec spróbował się zatrzymać tuż przed niewielką przeszkodą, jednak właścicielka nie pozwoliła mu na to – Sherlock skoczył niezgrabnie, a po chwili już był na ziemi. Chwilę spokojnej ciszy przeciął kolejny krzyk, tym razem Agnes, która poderwała się do góry, stając w strzemionach. Mimowolnie uśmiechnęłam się, przylegając do ogrodzenia i próbując usłyszeć słowa trenerki. Kobieta najwyraźniej gratulowała Szkotce, która zeskoczyła ze swojego konia i powoli prowadziła go w stronę stajni. Podążyłam wzrokiem za całą trójką i, dopóty nie zniknęli mi z pola widzenia, nawet nie drgnęłam, w obawie przed tym, że mnie zauważą. Niepewnie ruszyłam się z miejsca, dopiero, gdy nawet w świetle lamp nie mogłam znaleźć wzrokiem rudych włosów Agnes, skierowałam się do stajni.
Szybko zamknęłam za sobą duże, drewniane drzwi. Zdecydowanie pewniej niż wcześniej, odszukałam Szkotkę i powoli podeszłam do niej, starając się opanować drżenie rąk i własne myśli, które kierowały się w stronę Agnes, podeszłam do dziewczyny. Ta, słysząc moje kroki, odwróciła się szybko, nieznacznie skrzywiła i powróciła do obserwowania jedzącego Sherlocka. Zaklęłam w myślach, tym samym karcąc własną głupotę.
- Agnes… - zaczęłam niepewnie, wbijając paznokcie w zaciśniętą dłoń i obserwując brudną podłogę – Ja chci--Nieważne. Wesołych świąt. – zakończyłam, mrucząc niewyraźnie ostatnie słowa. Reakcja dziewczyny skutecznie mnie zniechęciła. Odwróciłam się na pięcie i zbliżyłam do boksu Eleventh Doctora. Uśmiechnęłam się nieznacznie, muskając kciukiem jego krótką grzywę. Po chwili, westchnąwszy i zerknąwszy na obojętną Agnes, obróciłam się i skierowałam ku wyjściu ze stajni. Naparłam na nie, otwierając, a zaraz po swoim wyjściu, zamykając. Szczelniej otuliłam się ciemnym płaszczem, czując nieprzyjemny powiew zimnego wiatru. Rozejrzawszy się dookoła i nie ujrzawszy nikogo, niechętnie poruszyłam się, stawiając kolejne szybkie kroki i tym samym zbliżając się do ciepłego wnętrza akademika.
***
Zaklęłam cicho, gdy po raz kolejny, podczas wycinania skórek na prawej dłoni, krew lekko pokryła część paznokcia. Sięgnąwszy po chusteczkę, przycisnęłam ją do palca, tamując niewielki wyciek szkarłatnej posoki. Wzięłam kilka buteleczek lakieru do paznokci w odpowiednich kolorach – bladym czerwonym, czarnym, białym i srebrnym brokatowym. Wśród wszystkich przyborów odnalazłam pędzelek do zdobienia paznokci, z jednej strony zakończony niewielkim pędzelkiem, z drugiej zaś kuleczką. Na biurko rzuciłam pilnik i buteleczkę sprayu przyspieszającego wysychanie. Tak przygotowana, zaczęłam piłowanie paznokci, próbując doprowadzić je do kształtu migdałka. Westchnęłam ciężko, gdy tylko, po kilkunastu minutach pracy, udało mi się ją pomyślnie zakończyć na obu dłoniach. Zajęłam się kolejną, najważniejszą czynnością – malowaniem. Powoli, starając się, by każde pociągnięcie niewielkim pędzelkiem było jak najbardziej precyzyjne, malowałam każdy z paznokci u prawej, jak i lewej dłoni. Kciuk i środkowy palec zostały pomalowane bladoczerwonym lakierem, wskazujący i mały na czarno, serdeczny zaś, jako jedyny, pomalowałam srebrnym brokatowym lakierem. Odczekawszy chwilę, aż całość wyschnie, poprawiłam pierwszą warstwę.
Odczekałam dłuższą chwilę, chcąc mieć pewność, że lakier całkowicie zaschnie i, mieszając go z kolejnymi kolorami, nie utworzy mieszanki. Upewniwszy się w tym, odkręciłam buteleczkę z białym lakierem i, zamoczywszy w nim pędzelek, zajęłam się zdobieniem płytki paznokcia. Na kciukach i środkowych palcach po kilku minutach malowania, pojawiły się śnieżynki otoczone kilkoma białymi kropeczkami. Na środku każdego z płatków znalazł się brokat. Zerknąwszy na zegarek, zajęłam się palcami wskazującymi. Miejsce białego lakieru zajął brokatowy, którym pokryłam tylko część paznokcia, tworząc tym samym efekt przejścia między czernią, a srebrem. Po kolejnej chwili oczekiwania, uprzednio pokrywszy całość przeźroczystym lakierem, spryskałam palce sprayem. Po trzech godzinach malowania paznokci, wreszcie to zakończyłam. Podniosłam się z krzesła i, odsunąwszy je, zajęłam się makijażem, który skończyłam w zaledwie kilka minut – nigdy nie lubiłam nakładać wielu kosmetyków na twarz, męczyło mnie to. Szybko przebrałam się, bordową koszulę i czarne jeansy, zastępując je sukienką. Przez krótki moment zamierzałam zmienić czarne sztyblety Cambridge na jakieś szpilki, jednak ostatecznie zrezygnowałam, wybiegając z pokoju. Właśnie zaczął się bal, na którym muszę pogodzić się z Agnes.

***
Na miejscu pojawiłam się w momencie, gdy puszczano „Baby it’s cold outside” w wykonaniu Dodie Clark i Lewisa Watsona. Oparłam się o ścianę, błądząc wzrokiem po sali pełnej uczniów. Dopiero, gdy światło błysnęło na ścianach, udało mi się odnaleźć Agnes, stojącą po przeciwnej stronie pomieszczenia. Zacisnęłam pięści, westchnęłam i odsunęłam się od ściany i, przepychając się przez tańczący tłum, podeszłam do Szkotki, stając przy niej dopiero po słowach „My sister will be suspicious”. Teraz.
- Szk--Agnes, posłuchaj mnie – powiedziałam szybko, chwytając jej dłoń, by odwróciła się w moją stronę. Zrobiła to, chociaż bardzo niechętnie. Spojrzała w moje oczy, a ze mnie, niemal natychmiast, uciekła cała pewność siebie – Ja… Ja… Ja chciałam… Cię przeprosić… Za… To… To… Wszystko. Za ten pocałunek… I głupią kurwę… I… I… Bo wiesz… Ja chyba jestem… Lesbijką… I cię… Kocham? Tak… Chyba… Tak, na pewno…
Agnes milczała, by już za chwilę puścić dłoń i objąć mnie w pasie. Przycisnęła moje ciało do jej i pocałowała nieśmiało. Wplotłam dłonie w jej włosy, także ją całując. Na chwilę odsunęła się ode mnie, ruchem głowy wskazując coś ponad nami.
- Jemioła… - szepnęła, przytulając mnie. Oparłam głowę o jej pierś i zerknęłam w górę. Mimowolnie uśmiechnęłam się, widząc niepozorną roślinę. Rudowłosa spojrzała na mnie niepewnie, przygryzając wargę.
- To urocze… - odpowiedziałam, również szeptem, ściskając dziewczynę. Po chwili odsunęłam się od niej, chwytając jej dłonie – Chodźmy… - dodałam, ciągnąc ją za sobą. Tym razem nie stawiała oporu, podążała za mną ufnie, jak za opiekunem. Trzymając się ścian, przeszłyśmy przez zatłoczoną salę, następnie przeciągnęłam ją przez ciemne, opustoszałe korytarze i wyprowadziłam na zewnątrz. Z cichym westchnięciem spojrzałam na ciemne niebo. Agnes ruszyła dalej, nadal ściskając moją dłoń. Po chwili ciągnięcia mnie po lodzie, zrównałam z nią krok. Nagle, dziewczyna potknęła się i, próbując utrzymać równowagę, chwyciła mnie za rękę, przez co, gdy ta leżała na śniegu, ja wylądowałam na niej. Nasze twarze znalazły się blisko siebie, ale ja zwiększyłam tę odległość, opierając dłonie na ośnieżonej ziemi. Spojrzałam na twarz Agnes, która nagle pobladła i zaczęła drżeć.
- Będziesz musiała zdjąć tę sukienkę… - odezwałam się, zupełnie nie myśląc nad własnymi słowami. Dopiero po chwili zorientowałam się o okropnym podtekście – Nie chodziło mi o…
- Rozumiem – odparła szybko, znowu przygryzając wargę. Wzięła głębszy haust powietrza – Tak, rozumiem, naprawdę.

Agnes?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz