Oparłam się o drewniane ogrodzenie, podążając wzrokiem za
Agnes, siedzącą na Sherlocku. Westchnąwszy ciężko, przycisnęłam do ciała
płaszcz, chociaż wiedziałam, że na niewiele się to zda. Zrezygnowana,
zacisnęłam dłonie na oszronionej desce. Szkotka nie mogła mnie zauważyć, jak
obserwuję jej każdy ruch – jedynie na część parkouru padało światło lamp - ja
zaś ukryłam się w mroku. Drgnęłam, gdy zimne powietrze przeciął donośny głos
pani Stewart.
- Przed skokiem mocno uderz go palcatem, ma wiedzieć, że
musi skoczyć! – wrzasnęła, odwracając się za jadącą dziewczyną. Szkotka nie
posłuchała kobiety, jedynie pospieszyła swego konia, który był niesamowicie
zmęczony, zmuszając go do galopu. Wierzchowiec spróbował się zatrzymać tuż
przed niewielką przeszkodą, jednak właścicielka nie pozwoliła mu na to –
Sherlock skoczył niezgrabnie, a po chwili już był na ziemi. Chwilę spokojnej
ciszy przeciął kolejny krzyk, tym razem Agnes, która poderwała się do góry,
stając w strzemionach. Mimowolnie uśmiechnęłam się, przylegając do ogrodzenia i
próbując usłyszeć słowa trenerki. Kobieta najwyraźniej gratulowała Szkotce, która
zeskoczyła ze swojego konia i powoli prowadziła go w stronę stajni. Podążyłam
wzrokiem za całą trójką i, dopóty nie zniknęli mi z pola widzenia, nawet nie
drgnęłam, w obawie przed tym, że mnie zauważą. Niepewnie ruszyłam się z
miejsca, dopiero, gdy nawet w świetle lamp nie mogłam znaleźć wzrokiem rudych
włosów Agnes, skierowałam się do stajni.
Szybko zamknęłam za sobą duże, drewniane drzwi. Zdecydowanie
pewniej niż wcześniej, odszukałam Szkotkę i powoli podeszłam do niej, starając
się opanować drżenie rąk i własne myśli, które kierowały się w stronę Agnes,
podeszłam do dziewczyny. Ta, słysząc moje kroki, odwróciła się szybko,
nieznacznie skrzywiła i powróciła do obserwowania jedzącego Sherlocka. Zaklęłam
w myślach, tym samym karcąc własną głupotę.
- Agnes… - zaczęłam niepewnie, wbijając paznokcie w
zaciśniętą dłoń i obserwując brudną podłogę – Ja chci--Nieważne. Wesołych świąt.
– zakończyłam, mrucząc niewyraźnie ostatnie słowa. Reakcja dziewczyny
skutecznie mnie zniechęciła. Odwróciłam się na pięcie i zbliżyłam do boksu
Eleventh Doctora. Uśmiechnęłam się nieznacznie, muskając kciukiem jego krótką
grzywę. Po chwili, westchnąwszy i zerknąwszy na obojętną Agnes, obróciłam się i
skierowałam ku wyjściu ze stajni. Naparłam na nie, otwierając, a zaraz po swoim
wyjściu, zamykając. Szczelniej otuliłam się ciemnym płaszczem, czując
nieprzyjemny powiew zimnego wiatru. Rozejrzawszy się dookoła i nie ujrzawszy
nikogo, niechętnie poruszyłam się, stawiając kolejne szybkie kroki i tym samym
zbliżając się do ciepłego wnętrza akademika.
***
Zaklęłam cicho, gdy po raz kolejny, podczas wycinania skórek
na prawej dłoni, krew lekko pokryła część paznokcia. Sięgnąwszy po chusteczkę,
przycisnęłam ją do palca, tamując niewielki wyciek szkarłatnej posoki. Wzięłam
kilka buteleczek lakieru do paznokci w odpowiednich kolorach – bladym
czerwonym, czarnym, białym i srebrnym brokatowym. Wśród wszystkich przyborów
odnalazłam pędzelek do zdobienia paznokci, z jednej strony zakończony
niewielkim pędzelkiem, z drugiej zaś kuleczką. Na biurko rzuciłam pilnik i
buteleczkę sprayu przyspieszającego wysychanie. Tak przygotowana, zaczęłam
piłowanie paznokci, próbując doprowadzić je do kształtu migdałka. Westchnęłam
ciężko, gdy tylko, po kilkunastu minutach pracy, udało mi się ją pomyślnie
zakończyć na obu dłoniach. Zajęłam się kolejną, najważniejszą czynnością –
malowaniem. Powoli, starając się, by każde pociągnięcie niewielkim pędzelkiem
było jak najbardziej precyzyjne, malowałam każdy z paznokci u prawej, jak i
lewej dłoni. Kciuk i środkowy palec zostały pomalowane bladoczerwonym
lakierem, wskazujący i mały na czarno, serdeczny zaś, jako jedyny, pomalowałam
srebrnym brokatowym lakierem. Odczekawszy chwilę, aż całość wyschnie,
poprawiłam pierwszą warstwę.
Odczekałam dłuższą chwilę, chcąc mieć pewność, że lakier całkowicie
zaschnie i, mieszając go z kolejnymi kolorami, nie utworzy mieszanki. Upewniwszy
się w tym, odkręciłam buteleczkę z białym lakierem i, zamoczywszy w nim pędzelek,
zajęłam się zdobieniem płytki paznokcia. Na kciukach i środkowych palcach po
kilku minutach malowania, pojawiły się śnieżynki otoczone kilkoma białymi
kropeczkami. Na środku każdego z płatków znalazł się brokat. Zerknąwszy na
zegarek, zajęłam się palcami wskazującymi. Miejsce białego lakieru zajął
brokatowy, którym pokryłam tylko część paznokcia, tworząc tym samym efekt przejścia
między czernią, a srebrem. Po kolejnej chwili oczekiwania, uprzednio pokrywszy całość
przeźroczystym lakierem, spryskałam palce sprayem. Po trzech godzinach
malowania paznokci, wreszcie to zakończyłam. Podniosłam się z krzesła i, odsunąwszy
je, zajęłam się makijażem, który skończyłam w zaledwie kilka minut – nigdy nie
lubiłam nakładać wielu kosmetyków na twarz, męczyło mnie to. Szybko przebrałam
się, bordową koszulę i czarne jeansy, zastępując je sukienką. Przez krótki
moment zamierzałam zmienić czarne sztyblety Cambridge na jakieś szpilki, jednak
ostatecznie zrezygnowałam, wybiegając z pokoju. Właśnie zaczął się bal, na
którym muszę pogodzić się z Agnes.

***
Na miejscu pojawiłam się w momencie, gdy puszczano „Baby it’s cold outside” w wykonaniu Dodie Clark i Lewisa
Watsona. Oparłam się o ścianę, błądząc wzrokiem po sali pełnej uczniów.
Dopiero, gdy światło błysnęło na ścianach, udało mi się odnaleźć Agnes, stojącą
po przeciwnej stronie pomieszczenia. Zacisnęłam pięści, westchnęłam i odsunęłam
się od ściany i, przepychając się przez tańczący tłum, podeszłam do Szkotki,
stając przy niej dopiero po słowach „My
sister will be suspicious”. Teraz.
- Szk--Agnes, posłuchaj mnie – powiedziałam szybko, chwytając
jej dłoń, by odwróciła się w moją stronę. Zrobiła to, chociaż bardzo niechętnie.
Spojrzała w moje oczy, a ze mnie, niemal natychmiast, uciekła cała pewność
siebie – Ja… Ja… Ja chciałam… Cię przeprosić… Za… To… To… Wszystko. Za ten
pocałunek… I głupią kurwę… I… I… Bo wiesz… Ja chyba jestem… Lesbijką… I cię…
Kocham? Tak… Chyba… Tak, na pewno…
Agnes milczała, by już za chwilę puścić dłoń i objąć mnie w
pasie. Przycisnęła moje ciało do jej i pocałowała nieśmiało. Wplotłam dłonie w
jej włosy, także ją całując. Na chwilę odsunęła się ode mnie, ruchem głowy
wskazując coś ponad nami.
- Jemioła… - szepnęła, przytulając mnie. Oparłam głowę o jej
pierś i zerknęłam w górę. Mimowolnie uśmiechnęłam się, widząc niepozorną
roślinę. Rudowłosa spojrzała na mnie niepewnie, przygryzając wargę.
- To urocze… - odpowiedziałam, również szeptem, ściskając
dziewczynę. Po chwili odsunęłam się od niej, chwytając jej dłonie – Chodźmy… -
dodałam, ciągnąc ją za sobą. Tym razem nie stawiała oporu, podążała za mną
ufnie, jak za opiekunem. Trzymając się ścian, przeszłyśmy przez zatłoczoną
salę, następnie przeciągnęłam ją przez ciemne, opustoszałe korytarze i
wyprowadziłam na zewnątrz. Z cichym westchnięciem spojrzałam na ciemne niebo.
Agnes ruszyła dalej, nadal ściskając moją dłoń. Po chwili ciągnięcia mnie po
lodzie, zrównałam z nią krok. Nagle, dziewczyna potknęła się i, próbując utrzymać
równowagę, chwyciła mnie za rękę, przez co, gdy ta leżała na śniegu, ja
wylądowałam na niej. Nasze twarze znalazły się blisko siebie, ale ja
zwiększyłam tę odległość, opierając dłonie na ośnieżonej ziemi. Spojrzałam na
twarz Agnes, która nagle pobladła i zaczęła drżeć.
- Będziesz musiała zdjąć tę sukienkę… - odezwałam się,
zupełnie nie myśląc nad własnymi słowami. Dopiero po chwili zorientowałam się o
okropnym podtekście – Nie chodziło mi o…
- Rozumiem – odparła szybko, znowu przygryzając wargę.
Wzięła głębszy haust powietrza – Tak, rozumiem, naprawdę.
Agnes?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz