Jechałam na targ koni połączony z rodeo i walką byków. Było to nawet daleko od miasteczka bo aż 150 km stąd. Jechałam dosyć szybko, na szczęście nie było dużego ruchu. po czasie dojechałam w miejsce. Zadzwoniłam do matki i poinformowałam, żeby szykowała czek, bo chce kupić nowego konia. Ta zgodziła się i powiedziała, że za pół godziny załatwi czek na pięćdziesiąt tysięcy oraz przyleci helikopterem. To ostatnie mi się nie spodobało, ponieważ mogła spłoszyć konie. Zaparkowałam gdzieś w cieniu i dokładnie zamknęłam i zablokowałam auto. Chociaż nie takie auta tu stały, wolałam nie ryzykować. Szłam drogą. Najpierw odbywały się walki byków. Podążyłam do zagrody otoczonej przez masę ludzi i zauważyłam dwa ogiery. Walczyły. Jeden z nich był rasy mustang, a drugi był andaluzyjski. Mustang wygrał. Jeszcze chciał dobijać go, ale na wybieg wszedł mężczyzna i próbował odgonić go na drugi wybieg. Niestety to koń pogonił jego. Na wybieg wskoczyło jeszcze więcej mężczyzn, tym razem z biczami.
- Dam za niego pięćdziesiąt tysięcy euro! - wrzasnęłam, a wszyscy umilklli.
- Sprzedany - oznajmił jeden z nich. Do jego kantata szybko przyczepia uwiąz, który po chwili wyślizgnął mu się z rąk. Wskoczyłam na wybieg i złapałam uwiąz najpierw prawą, a potem lewą ręką. Oczywiście musiał się wyrywać, ale nie dawałam za wygraną. Zaprowadziłam go do przyczepy i mocno przywiązałam uwiaz, a potem zamknęłam ją. Moje dłonie były zakrwawione i zniszczone. Po chwili pojawił się helikopter matki z czekiem. Z właścicielem konia załatwiliśmy wszystkie formalności, a potem mogłam ruszać z powrotem. Jechałam bardzo wolno, mimo, że po wprowadzeniu do przyczepy koń dostał środki uspokajające na dwie godziny. Po dojechaniu do akademii, założyłam mu derkę i pojechałam naa fiszce do biblioteki.
- Dam za niego pięćdziesiąt tysięcy euro! - wrzasnęłam, a wszyscy umilklli.
- Sprzedany - oznajmił jeden z nich. Do jego kantata szybko przyczepia uwiąz, który po chwili wyślizgnął mu się z rąk. Wskoczyłam na wybieg i złapałam uwiąz najpierw prawą, a potem lewą ręką. Oczywiście musiał się wyrywać, ale nie dawałam za wygraną. Zaprowadziłam go do przyczepy i mocno przywiązałam uwiaz, a potem zamknęłam ją. Moje dłonie były zakrwawione i zniszczone. Po chwili pojawił się helikopter matki z czekiem. Z właścicielem konia załatwiliśmy wszystkie formalności, a potem mogłam ruszać z powrotem. Jechałam bardzo wolno, mimo, że po wprowadzeniu do przyczepy koń dostał środki uspokajające na dwie godziny. Po dojechaniu do akademii, założyłam mu derkę i pojechałam naa fiszce do biblioteki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz