Znalazłszy się w pokoju od razu włączyłam laptopa. Dopiero jakiś czas temu zdałam sobie sprawę, że od kilku dni nie oglądałam swojego ukochanego serialu. Szybko włączyłam odcinek i zabrałam się do oglądania. Moje zainteresowanie fabułą rosło z każdą chwilą, a gdy w punkcie kulminacyjnym umarł jeden z moich ulubionych bohaterów po moich policzkach zaczęły płynąć łzy. Lincoln Campbell poświęcił swoje życie chcąc ratować świat i ocalić ukochaną. Jak dla mnie trzeba było wysłać jakiegoś słabszego agenta, a ocalić blondyna, który był w gronie najciekawszych postaci tej serii. Niesprawiedliwość Marvel'a, sprawiła, że klnąc pod nosem zamknęłam komputer i odłożyłam go na biurko. Z nie lada dołem emocjonalnym, zdecydowałam się położyć spać. Jutrzejszy sprawdzian z matematyki również dołożył swoją cegiełkę do zmęczenia i po chwili prawie już spałam. Jednak, gdy moje oczy zaczęły mi ciążyć, w mojej głowie pojawiła się myśl. Sięgnąwszy po telefon, napisałam do Max'a.
Dobranoc ;)
Nie minęła minuta, a już dostałam odpowiedź.
Dobranoc Sammy :D
Z uśmiechem na ustach, ułożyłam się wygodnie i zasnęłam.
~~*~~
Poranek nie należał do najlepszych. Obudziłam się godzinę przed treningiem, toteż niczym burza pognałam przygotować się do wyjścia. Zwyczajowo nałożyłam sobie cienką warstwę podkładu, aby zamaskować poranne zaczerwienienie skóry i podkreśliłam rzęsy. Usta pokryłam warstwą przezroczystej pomadki ochronnej, gdyż ostatnimi czasy zrobiły się one suche. Gotowa do jazdy pobiegłam do stajni, gdzie zabrałam się za przygotowanie Veti'ego do treningu. Na szczęście po wczorajszym wieczornym czyszczeniu nie zdążył się wybrudzić. Zaskoczył mnie fakt, że Newton nie jest jeszcze gotowy, dlatego, gdy mój koń był już ubrany weszłam do boksu gniadosza. To co tam zastałam, zaskoczyło mnie. Chociaż powinnam chyba powiedzieć "kogo". Ciało szatyna drgało niespokojnie, a jego wierzchowiec parskał nerwowo.
- Max! - potrząsnęłam nim, chcąc go obudzić, ale bez skutku. Spróbowałam ponownie, ale znowu mi się nie udało. W momencie, gdy już chciałam sięgnąć po wiadro z wodą, chłopak usiadł gwałtownie. Rozejrzał się dookoła zdezorientowany, a następnie zasłonił oczy. Newt znowu parsknął.
- Max? - położyłam mu dłoń na ramieniu, mówiąc cicho jego imię. Szatyn wzdrygnął się pod moim dotykiem. - W porządku?
Nie otrzymawszy odpowiedzi, zaczęłam gładzić jego ramię, a gniadosz zbliżył nos do jego stóp.
- Sam... - po kilku minutach podniósł na mnie wzrok. Jego głos brzmiał sucho i dość niepewnie. Mojej uwadze nie uszła jego lekka chrypa.
- Chodź, powinieneś wrócić do pokoju - ukucnęłam naprzeciw Max'a i złapałam jego dłoń. - Za piętnaście minut zaczynają się treningi. Pójdę do pani Stewart i powiem jej, że źle się czujesz, ok?
On tylko kiwnął głową i wstał.
- Pomóc ci dojść do akademii?
- Poradzę sobie - odparł. - Dzięki Sam.
Powiedziawszy to wyszedł z boksu w swojej piżamie w Star Wars'y i skierował się w stronę budynku z sypialniami uczniów. Ja za to wyprowadziłam Venti'ego i prowadząc go w stronę czworoboku, rozglądałam się za nauczycielką skoków. Akurat przechodziła obok, dlatego poinformowałam ją o nieobecności Watsona. Wydała się zaniepokojona tym faktem, ale skinęła głową i kazała mi iść na lekcję.
Jak zwykle mój kary wałach nie rozumiał o co chodzi w tych wszystkich krokach i wszelkie próby nakłonienia go do wykonania czegokolwiek. Jedyną rzeczą, która nieźle mu wychodziła był piaff.
- Samantho, zacznij nim sterować! On robi co chce! - usłyszałam głos trenerki O'Connor. Czy ona nie widziała, że starałam się jak mogłam?
Fils parsknął, jak gdyby mówił "Droga pani, nie jestem motorówką". Zgadzałam się z nim całkowicie, jednak skinęłam posłusznie głową i spróbowałam nakłonić konia do wykonania kolejnego kroku.
~~*~~
Czas leciał nieubłaganie, bal zbliżał się wielkimi krokami, ale ja zajęta poprawianiem ocen na lepsze nie zdążyłam zaplanować wszystkiego, tak jak robiła to większość moich rówieśniczek. Dlatego właśnie, gdy przyszedł dzień zabawy byłam przede wszystkim zaskoczona. Cały dzień nie wyściubiłam nosa z pokoju, spędzając więcej czasu nad martwieniem się, że zabiję się w obcasach niż faktycznym przygotowaniem.
Gdy usłyszałam pukanie do drzwi, właśnie kończyłam czesać włosy, a mój pokój przypominał miejsce wybuchu bomby atomowej. Nie chcąc niecierpliwić Max'a, pospiesznie otworzyłam mu drzwi.
Maxiu?
Dobranoc ;)
Nie minęła minuta, a już dostałam odpowiedź.
Dobranoc Sammy :D
Z uśmiechem na ustach, ułożyłam się wygodnie i zasnęłam.
~~*~~
Poranek nie należał do najlepszych. Obudziłam się godzinę przed treningiem, toteż niczym burza pognałam przygotować się do wyjścia. Zwyczajowo nałożyłam sobie cienką warstwę podkładu, aby zamaskować poranne zaczerwienienie skóry i podkreśliłam rzęsy. Usta pokryłam warstwą przezroczystej pomadki ochronnej, gdyż ostatnimi czasy zrobiły się one suche. Gotowa do jazdy pobiegłam do stajni, gdzie zabrałam się za przygotowanie Veti'ego do treningu. Na szczęście po wczorajszym wieczornym czyszczeniu nie zdążył się wybrudzić. Zaskoczył mnie fakt, że Newton nie jest jeszcze gotowy, dlatego, gdy mój koń był już ubrany weszłam do boksu gniadosza. To co tam zastałam, zaskoczyło mnie. Chociaż powinnam chyba powiedzieć "kogo". Ciało szatyna drgało niespokojnie, a jego wierzchowiec parskał nerwowo.
- Max! - potrząsnęłam nim, chcąc go obudzić, ale bez skutku. Spróbowałam ponownie, ale znowu mi się nie udało. W momencie, gdy już chciałam sięgnąć po wiadro z wodą, chłopak usiadł gwałtownie. Rozejrzał się dookoła zdezorientowany, a następnie zasłonił oczy. Newt znowu parsknął.
- Max? - położyłam mu dłoń na ramieniu, mówiąc cicho jego imię. Szatyn wzdrygnął się pod moim dotykiem. - W porządku?
Nie otrzymawszy odpowiedzi, zaczęłam gładzić jego ramię, a gniadosz zbliżył nos do jego stóp.
- Sam... - po kilku minutach podniósł na mnie wzrok. Jego głos brzmiał sucho i dość niepewnie. Mojej uwadze nie uszła jego lekka chrypa.
- Chodź, powinieneś wrócić do pokoju - ukucnęłam naprzeciw Max'a i złapałam jego dłoń. - Za piętnaście minut zaczynają się treningi. Pójdę do pani Stewart i powiem jej, że źle się czujesz, ok?
On tylko kiwnął głową i wstał.
- Pomóc ci dojść do akademii?
- Poradzę sobie - odparł. - Dzięki Sam.
Powiedziawszy to wyszedł z boksu w swojej piżamie w Star Wars'y i skierował się w stronę budynku z sypialniami uczniów. Ja za to wyprowadziłam Venti'ego i prowadząc go w stronę czworoboku, rozglądałam się za nauczycielką skoków. Akurat przechodziła obok, dlatego poinformowałam ją o nieobecności Watsona. Wydała się zaniepokojona tym faktem, ale skinęła głową i kazała mi iść na lekcję.
Jak zwykle mój kary wałach nie rozumiał o co chodzi w tych wszystkich krokach i wszelkie próby nakłonienia go do wykonania czegokolwiek. Jedyną rzeczą, która nieźle mu wychodziła był piaff.
- Samantho, zacznij nim sterować! On robi co chce! - usłyszałam głos trenerki O'Connor. Czy ona nie widziała, że starałam się jak mogłam?
Fils parsknął, jak gdyby mówił "Droga pani, nie jestem motorówką". Zgadzałam się z nim całkowicie, jednak skinęłam posłusznie głową i spróbowałam nakłonić konia do wykonania kolejnego kroku.
~~*~~
| Tak się prezentuje Sam w sukni :3 |
Gdy usłyszałam pukanie do drzwi, właśnie kończyłam czesać włosy, a mój pokój przypominał miejsce wybuchu bomby atomowej. Nie chcąc niecierpliwić Max'a, pospiesznie otworzyłam mu drzwi.
Maxiu?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz