środa, 7 grudnia 2016

Od Belli - eliminacje do poziomu zaawansowanego

Wstałam z łóżka. Była piąta rano - sobota. Pobiegłam po cichu do szafy i założyłam białe bryczesy i czarną marynarkę, którą zakładam na zawody. Na nogi włożyłam oficerki, a na głowę mój nowy toczek. Dzisiaj był ten dzień, za chwilę czekał mnie egzamin do poziomu zaawansowanego. Dokładniej za godzinę. Wymknęłam się z pokoju i pobiegłam do stajni. Śnieg na szczęście nie padał, ale na ziemi było pełno białego puchu. Z boksu Księcia wystawał pobudzony łeb mojego konia. Ucieszyło mnie to. Kiedy podeszłam do niego usłyszałam ciche rżenie, a potem koń trącił mnie pyskiem w ramię. Zaśmiałam się i pogłaskałam go po pysku.
- Dzisiaj nasz wielki dzień, kochany. - powiedziałam i dałam mu miętówkę.
Wzięłam szczotki Księcia i zaczęłam go dokładnie czyścić. Potem zrobiłam mu koreczki i osiodłałam. Był w pełni wyposarzony - owijki, nauszniki, kaloszki, czaprak, podkładka pod siodło, siodło i uzda. Przed wsunięciem wędzidła do pyska konia, ogrzałam je trochę w dłoniach. Po wszystkich tych rzeczach wsiadłam na Księcia i ruszyłam rozgrzać się na krytą ujeżdżalnie. Po jakiś pietnastu minutach nauczyciele jazdy dołączyli do mnie. Zaczęło się od ujeżdżania. Wykonywałam wszystkie polecenia trenera, albo trenerki. W sumie nie wiem, byłam tak skupiona na tym co robię, że nie rozpoznałam płci. Kłus wyciągnięty, piaff, galop zebrany i inne ćwiczenia poszły mi bezbłędnie. Jednak wolałam wciąż skoki. I wyścigi. Mimo, że tego drugiego tutaj się nie trenuje zawodowo. Następnie były skoki. To zadanie pójdzie mi najlepiej. Nauczycielka, chyba... ustawiła przeszkody na niewielką wysokość bo od osiemdziesięciu centymetrów do stu dziesięciu. Oczywiście wszystkie pokonaliśmy bezbłędnie, a czas mięliśmy bardzo dobry. Ostatni był cross. Najpierw las szybkim galopem, potem standardowo szarżem, znów las, tym razem cwałem bo Książe się uparł i nie chciał zsolnić, potem znowu polana szarżem i dojechaliśmy do mety. Poprawiłam swój czas o dziesięć sekund. Nawet fajnie. W końcu po naradzie nauczycieli, razem z Księciem byliśmy już bardzo zestresowani. Byłam ciekawa wyników. Bardzo chciałam dostać się wyżej. Mogłam mieć wtedy drugiego konia...
W końcu Pan Lionel (sukces, zapamiętałam imię i płeć) podszedł do mnie.
- Gratulujemy, dostałaś się.
Zeskoczyłam z Księcia i uścisnęłam dłonie. Byłam zdumiona. Przepełniła mnie radość. Wróciłam do Księcia i mocno się w niego wtuliłam.
- Dziękuję ci kochany. - szepnęłam.
Wróciłam do stajni wyczyścić konia po wysiłku, a potem dałam mu odpocząć. Miałam rozumieć, że teraz mogę iść spać. A o pietnastej wybiorę się na targ koni i rodeo. Uratuje jednego biedaka...

~Brak weny~

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz